środa, 19 czerwca 2013

Muzycznie dzisiaj: Clair Cassis



Słucham sobie właśnie ambient black metalowego enigmatycznego tria z Portland Clair Cassis (ex Velvet Cacoon), bardziej popowej, delikatniejszej i dziwaczniejszej wersji Aksamitnego Kokonu i muszę przyznać, że ta muzyka wciąga. Black metal wykonywany przez Clair Cassis ma charakter iście narkotyczny, pełen gotyckich post-punkowych wibracji, żałobnych i melancholijnych melodii, shoegazowych tripów oraz super psychodelicznej aury. Pozycja obowiązkowa dla wielbicieli opium, grobów oraz drogich perfum. Co ciekawe, zarówno Josh, jak i Angela (na zdjęciu), ex-muzycy Velvet Cacoon i obecnie Clair Cassis twierdzą, że są aseksualistami...  Wielbiciele bardziej eksperymentalnego black metalu zahaczającego o ambient i shoegaze a la Cold Body Radiation czy An Autumn for Crippled Children powinni być usatysfakcjonowani.

Angela o aseksualizmie: "When you remove sex from the equation of life, you are left with endless possibilities, a sense of liberated freedom which few could ever comprehend."

Stronka na Metal Archives i pełna dyskografia:http://www.metal-archives.com/bands/Clair_Cassis/3540303819

sobota, 15 czerwca 2013

Sanktuarium mroku



Jedna z moich absolutnie ulubionych kapel gothic neoclassical darkwave. Od llipca 2009 roku niestety przestała być aktywna twórczo. We francuskim Dark Sanctaury zachwycała mnie przede wszystkim ogromna dawka melancholii, przecudowne wokale Dame Pandory, która dysponowała naprawdę fantastycznym głosem, wzruszające i podniosłe pasaże klawiszowo-akustyczno-skrzypcowe oraz piękna poetycka warstwa liryczna. Kiedy słucham Dark Sanctuary, a musicie wiedzieć, że wracam do tej muzyki dość często, od razu wyczuwam inspirację nieśmiertelnym Dead Can Dance. Zresztą "Summoning of the Muse" w wykonaniu Dark Sanctuary jest po prostu fenomenalne! Zespół wydał 7 albumów studyjnych - z czego moje ulubione to "L'etre las - L'envers du miroir" (2002), "Les Memoires Blesses" (2004) oraz "Dark Sanctuary" (2009). Najczęściej słuchanym utworem jest chyba "Seul, face au sinistre" z singla "Vie Ephemere" (2002). W 2004 roku Dark Sanctuary wystąpił na Wave Gothic Treffen. Zaiste szkoda, że nie zobaczę już Dark Sanctuary na żywo - inna sprawa, że zespół występował koncertowo zazwyczaj na terytorium Francji, Niemiec czy Hiszpanii, ostatni koncert miał miejsce w 2009 roku w Anglii. Dame Pandora, oprócz niewątpliwej urody prezentuje się przewspaniale w czerni.

http://www.metal-archives.com/bands/Dark_Sanctuary/2128

czwartek, 13 czerwca 2013

Martwi zatańczyli z gracją i dostojeństwem

















Miałem przyjemność uczestniczyć ze znajomymi we wrocławskim koncercie Dead Can Dance. Jedno z moich muzycznych marzeń uważam za spełnione. Relację z tego wydarzenia możecie przeczytać tutaj:

http://bartkrawczyk.natemat.pl/64473,dead-can-dance-we-wroclawiu-relacja-z-koncertu

Choć raz w życiu trzeba być na ich koncercie, aby zasmakować w pięknie kompozycyjnym "Velvet Undeground neoklasycznego darkwave'u".

poniedziałek, 10 czerwca 2013

W oczekiwaniu na misterium Dead Can Dance




Nie załapałem się na ubiegłoroczny koncert Dead Can Dance w warszawskiej Sali Kongresowej, gdyż bilety rozeszły się w ciągu zaledwie 1-2 dni. Czerwcowa trasa Lisy Gerrard i Brendana Perry pod szyldem DCD obejmuje trzy miejsca: Wrocław, Zabrze i Sopot. Udaję się jutro do Wrocławia, aby spełnić jedno ze swoich muzycznych marzeń. Po raz pierwszy doświadczyć muzyki Lisy i Brendana na żywo. Ciężko jest tak naprawdę opisać muzykę Dead Can Dance bez popadania w nadmierną egzaltację. Ich neo-klasyczny darkwave pełen jest pasaży niewysłowionego rozmachu i olśniewającego piękna. Nie będę w tym miejscu ukrywał, że najbardziej cenię sobie wczesny okres twórczości Dead Can Dance do albumu "The Serpent's Egg" (1988), z którego pochodzi bodaj ich najsłynniejszy utwór "The Host of Seraphim". Natomiast magnum opus zespołu jest dla mnie i zawsze będzie "Within the Realm of a Dying Sun" (1987) - arcydzieło melancholii i żałobnego piękna, którego okładkę zdobi rzeźba z grobowca chemika i fizjologa Francoisa Vincenta Raspaila z paryskiego cmentarza Père-Lachaise. Jak dla mnie płyta kompletna, absolutny majstersztyk, na której nie ma słabej kompozycji, wszystkie tworzą zwarty monolit neo-klasycznej metafizyki. Słuchanie tej płyty po zmroku przyprawia o dreszcze - niesamowite wokale Brendana i Lisy z naciskiem na ekspresję wokalną Gerrard doskonale się równoważą. "Cantara", "Xavier", "Persephone (The Gathering of Flowers)", "Summoning of the Muse"... te przecudowne kompozycje nigdy się nie zestarzeją... a "Within the Realm of a Dying Sun" chyba już na zawsze pozostanie moją płytą numer jeden. Polecam również niewtajemniczonym w DCD ich debiutancki (i najbardziej gotycki) album z 1984 roku zatytułowany po prostu "Dead Can Dance".  Pozostaje tylko czekać na jutrzejszy koncert... dłuższa relacja pojawi się na naTemat.pl, gdzie piszę...

niedziela, 9 czerwca 2013

Gene Sprague - wspomnienia






























Gene Sprague nie żyje od 9 lat. Kim był? Osobą, której nie znałem i już nigdy nie poznam osobiście. A chciałbym go poznać.

Trzy lata temu szukając informacji o mrocznym lesie Aokigahara pod wulkanem Fudżi - japońskiej mekkce samobójców chcąc nie chcąc natrafiłem na film dokumentalny "The Bridge" (2006) Erica Steele'a, nakręcony za pomocą kamer przemysłowych obraz o skoczkach z mostu Golden Gate w San Francisco. Gene był centralną postacią tego wzruszającego i przeraźliwie smutnego dokumentu. I choć widzimy w "The Bridge" samobójstwa innych osób, to jego postać zapada najbardziej w pamięć. Odziany od góry do dołu w czerń, o długich czarnych włosach przez ponad 90 minut krąży po Golden Gate, co rusz się zatrzymuje, wiatr rozwiewa jego bujne czarne włosy, mijają go piesi, samochody, nikt nie zwraca na niego uwagi. No bo po co? Po co zawracać sobie uwagę jakimś samotnym ekscentrykiem? W końcu Gene podejmuje decyzję...  Po obejrzeniu "The Bridge" sięgnąłem po pamiętnik Gene'a, który można przeczytać w sieci. Aby się o nim dowiedzieć jeszcze więcej. Aby zrozumieć dlaczego postanowił odebrać sobie życie - jak wielu przed i po nim... Trawiony wewnętrznym bólem, emocjonalną udręką, mający wrażenie, że traci kontrolę nad swoim życiem i nie umiejący nikomu o tym powiedzieć Gene wrył mi się w psyche i nadal w niej pozostaje...  oto jest moc dobrego kina dokumentalnego!

Przypomina mi się pewna historia samobójcy, który w liście pożegnalnym napisał: "Jeśli choć jedna osoba, którą minę w drodze na most się do mnie uśmiechnie to nie skoczę." Finał był do przewidzenia. Skoczył. I słowa piosenki Gary Julesa (coveru Tears for Fears) "Mad World" z "Donnie Darko" (2001): "Sny, w których umierałem były najlepsze, jakie miałem..."

Link do pamiętnika Gene'a: http://freekboyg.livejournal.com/

Głosy z grobu: Aghast


















Kilka miesięcy temu oglądałem całkiem udany horror "Sinister" (2012). Na soundtracku do filmu obok utworów Ulver czy Sunn O))) / Boris znalazł się norweski projekt dark ambientowy Aghast, a konkretnie trzy kawałki "Call from the Grave", "Sacrifice" oraz "Enthral". Było to dla mnie spore zaskoczenie, gdyż uwielbiam mroczny dark ambient dwóch norweskich wiedźm: Andrei Haugen i Tanii Stene. Jedyny w dorobku muzycznym album Aghast ""Hexerei Im Zwielicht Der Finsternis" (1995) to kwintesencja gęstego niczym smoła mroku pełnego zawodzeń, szeptów i niepokojących inkantacji. Doprawdy kult muzyczny i tyle, tudzież album pionierski będący inspiracją dla wielu wykonawców ritual dark/black ambientowych m.in. dla Sui Generis Umbra czy Lamia Vox. ""Hexerei Im Zwielicht Der Finsternis" wprowadzi was w hipnotyczny świat onirycznych koszmarów. Każdy utwór z "Hexenrei" stanowi auralny ekwiwalent starożytnych rytuałów, samotności, strachu i zła.

http://www.youtube.com/watch?v=VAhuNMhNXZc

Czarny łabędź w blasku rozporoszonych gwiazd

Mila Kunis w "Black Swan" Darrena Arnofsky'iego. Swoją drogą jeśli już jesteśmy przy kinematografii to moje ulubione filmy zahaczające o tematykę baletową to "Suspiria" (1977) Dario Argento i "Etoile" (1988) Petera Del Monte. Zwłaszcza ten ostatni może przypaść do gustu wielbicielom filmu Arnofsky'iego ("Pi", "Requiem dla snu"). Dlaczego? Ano dlatego, że łączą go z mrocznym spektaklem Natalie Portman i Mili Kunis pewne podobieństwa. Wpierw co nieco o fabule:

Jennifer Connelly w roli amerykańskiej baletnicy Claire, która trafia do Budapesztu i zostaje opętana przez ducha baleriny z 1891 roku. Owa balerina po raz ostatni zatańczyła właśnie w "Jeziorze łabędzim" Czajkowskiego. Jest w "Etoile" kilka uderzających podobieństw do "Black Swan":

1) otrzymanie bukietu czarnego kwiecia przez Claire z napisem "Welcome Home Natalie".


2) przejechanie baletnicy przez dorożkę (Winona Ryder w "Black Swan" trafia pod koła samochodu).

3) podobna tematyka utraty tożsamości

Film przyzwoity, nieco kafkowski i niepokojący, subtelny i kontemplacyjny, niestety zapomniany. Słaba rola Gary'ego McCleery. 
 

TymczasemCzarny Łabędź’ Jamesa Merrilla - jeden z moich ulubionych wierszy. Spleen aurora! 

Sunąc po płaskiej wodzie, w której drżą krawędzie
Kwietnych gazonów, czerń łabędzia
Holuje swój prywatny chaos, szum i
świegot.
 

I tą jak czwarty wymiar niezwykłą paradą
Wabi dziecko – wraz z jego wciąż białym pojęciem
Łabędzia – na brzeg zielonego
Stawu, gdzie cudem jest każdy paradoks.

Choć jego czarna szyja nad stawem się skłania
Wygięta jak znak zapytania,
Prawu do łatwych pytań taki łabędź przeczy:
Przedmiot sam w sobie, wieloznaczny nieskończenie,
Znajomy jak ból albo piosenka poranna;
Łabędzi śpiew to w gruncie rzeczy
Przytłaczające łabędzie milczenie.

Złudzenie: czarny łabędź zawsze w nas przełamie
Rutynę, nieoczekiwanie
To pierś muskając dziobem, to swój wizerunek;
Sunąc przez staw naszego życia, jednym drgnieniem,
Jednym obrotem szyi porządkuje zamęt,
To, co czas zniszczył – reperuje,
A ciężar czasu w czarne piórko zmienia.

Czarodziej: czarny łabędź zna tajemne wejście
W smutek, w niedocieczone miejsce
W jego wnętrzu: to jak na majowym festynie
Wydrążony słup, w którym, spowitym w osobne
Wstążki tragedii, kryje się szpik najzimniejszej
Zimy, niezmiennej i jedynie
Olśniewającej roziskrzonym lodem.

I zawsze czarny łabędź sunie przez staw. Zawsze
Nastają te chwile zapatrzeń,
Gdy smukły symbol robi zwrot i wraz z odbiciem
Rusza w przeciwną stronę, zawsze. I brzeg będzie,
Gdzie jasnowłose dziecko, jak w trudnym teatrze,
Trwa to w zwątpieniu, to w zachwycie,
I ruch warg: Kocham czarnego łabędzia.

piątek, 7 czerwca 2013

Barbara Steele i ogary z piekła rodem


























No cóż, ikona włoskiego gotyckiego horroru lat 60-tych, Barbara Steele. Demoniczna aktorka, pamiętna chociażby z "Black Sunday" (1960) Mario Bavy, "Castle of Blood" (1964) Antonio Margheritiego, "Shivers"/"Dreszczy" (1975) Davida Cronenberga oraz "Silent Scream" (1980). Każdy, kto lubi stare gotyckie horrory i okultystyczny doom metal powinien znać filmy z udziałem tej Pani.

Czarna Dahlia i wampir




Morderstwo Elizabeth Short, czyli Czarnej Dahlii (Black Dahlia) pozostaje jedną z najbardziej fascynujących spraw kryminalnych w annałach amerykańskiej kryminalistyki. Kto zabił, okaleczył i poćwiartował tę młodziutką aspirującą aktorkę? Po dziś dzień nie wiadomo.

Zginęła 15 stycznia 1947 roku, czyli już ponad 60 lat temu. Nawet po 6 dekadach od jej tragicznej śmierci sprawa Liz Short fascynuje zarówno pisarzy, jak i filmowców. Istnieje nawet zespół thrash/metalcorowy The Black Dahlia Murder. Czarna Dahlia (Dalia) urodziła się 29 lipca 1924 roku. Nie będę przytaczał jej biografii (zainteresowanych odsyłam w odmęty sieci), wspomnę jedynie, że próbowała swoich sił w aktorstwie, chciała również zostać modelką. Ostatni raz widziano ją żywą 9 stycznia 1947 roku - nikt nie miał pojęcia, gdzie była i co robiła w ciągu tygodnia poprzedzającego morderstwo.

Jej nagie i poćwiartowane zwłoki znalezione zostały przez matkę Betty Bersinger i jej trzyletnią córkę wracającą z zakupów 15 stycznia 1947 roku w trawie w Leimert Park (Los Angeles). Początkowo obie myślały, że ktoś wyrzucił manekina. Ale to nie była kukła. Zwłoki Liz Short zostały przecięte na pół, jej twarz została okaleczona od ust do ucha (wyglądała jakby się uśmiechała, tzw. uśmiech Glasgow), ręce upozowano nad głową, nogi rozszerzono, piersi wycięto. Ciało zostało kompletnie pozbawione krwi. Czyżby Liz Short padła ofiarą współczesnego krwiopijcy? Nie było żadnych śladów na miejscu zbrodni, żadnych odcisków palców; śledczy stwierdzili, że Czarna Dahlia została zamordowana gdzie indziej, a jej zwłoki porzucono w innym miejscu.  Autopsja wykazała, że Liz Short była torturowana i została zgwałcona zarówno przed, jak i po śmierci. 60 mężczyzn przyznało się do popełnienia tego szokującego morderstwa, większość kłamało, podejrzanych zostało 23... czy zrobił to któryś z nich? Sprawa pozostaje po dzień dzisiejszy nie rozwiązana i pozwala na grę domysłów...

Powstało kilka filmów o Czarnej Dahlii, w tym "Black Dahlia" (2006) Briana De Palmy, gdzie w rolę zamordowanej wcieliła się olśniewająca Mia Kirshner, "The Devil's Muse" (2007) Ramzi Abeda z Kirsten Kerr w roli głównej oraz chyba mój ulubiony "Who Is the Black Dahlia?" (1975) Josepha Pevneya - spokojny i wysublimowany dramat kryminalny z Lucie Arnaz w roli Liz.

Na zdjęciach Mia Kirshner, Lucie Arnaz (odtwórczynie ról Liz Short) oraz prawdziwa Black Dahlia: Liz (1924-1947) oraz jej pozbawione krwi ciało (zdjęcie z materiałów policyjnych). 

Link: http://en.wikipedia.org/wiki/Elizabeth_Short

Rozplatanie czarnej tęczy





Nie wiem, ile ten blog przetrwa. Zobaczymy. Mój główny blog Wulkany Świata ma się całkiem dobrze. A tematyka Darker Than Black, Blacker Than Hate będzie dotyczyła czerni. Nie mam aspiracji do założenia kolejnego blogu modowego, ani predyspozycji do pisania o modzie. Natomiast jako fan muzyki metalowej i gotyckiej uwielbiam elegancką czerń - nader często niesłusznie stereotypizowaną jako kolor żałoby, dla mnie to barwa tajemnicy, niesamowicie uwodzicielska i stylowa. Absorpcja światła. Tęsknota za świtem. Kolor ukrycia. Zatem będzie o kobietach w czerni, o mroku ludzkiej duszy i wędrówce przez gęstniejącą ciemność. Dominować będzie czerń, ewentualnie z domieszką szarości i bieli. Szarość to również jeden z moich ulubionych kolorów (pomijając wypływającą z trzewi wulkanu pomarańczową czerwień lawy).

Imponują mi kobiety odziane w czerń. Zapadają w pamięć. Pamiętam wytatuowaną skrzypaczkę, która grała gościom kawiarenki w Barcelonie - od góry do dołu odziana w czerń. Skrzypce niosła na plecach także pewna Włoszka w Neapolu, której zrobiłem pośpiesznie zdjęcie, kiedy podążała przed siebie. Z kolei w trakcie rodzinnej wyprawy na południe Portugalii widziałem wiele kobiet odzianych w czerń. Plus czarne ubrania wiszące na sznurkach... ten blog ma być moim hołdem dla kobiet w czerni... i dla uniwersum muzycznego/filmowego... dla ciekawostek naukowych też. Na dolnym zdjęciu piosenkarka soulowa Joss Stone.