Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 stycznia 2022

Ashling Murphy: morderstwo nad kanałem

              
Aktualna sprawa kryminalna z Irlandii, ale stwierdziłem, że warto o niej napisać z prostego powodu: sam mieszkam blisko Warty i Wartostrady, prawie codziennie chodzę na spacery (nie biegam tak jak ofiara), zarówno nad rzekę, jak i w jej bardziej odludne leśne okolice i często natykam się na rowerzystów, biegaczy, biegaczki, spacerowiczów czy kobiety wyprowadzające psy. 12 stycznia 2022 roku 23-letnia skrzypaczka i nauczycielka muzyki w szkole w Durrow (jej klasa 5-7 latków liczyła 28 dzieci), Ashling Murphy wyszła z domu w Tullamore godzinę po powrocie z pracy, by pobiegać. Została zaatakowana około godziny 16.00 lokalnego czasu w Cappincur, Tullamore, nad brzegiem Grand Canal przez nieznanego sprawcę i zmarła wskutek odniesionych obrażeń. Irlandzka policja na razie nie podaje informacji o charakterze tych obrażeń, ale nie należy wykluczyć motywu seksualnego napaści, która miała miejsce w biały dzień. Sprawca prawdopodobnie został spłoszony przez spacerujące dwie kobiety. Tak czy owak musiał być zdesperowany, gdyż dokonał napaści i morderstwa w miejscu, które jest popularne wśród spacerowiczów i biegaczy z Tullamore. To najgorszy koszmar dla każdej kobiety dbającej o aktywność fizyczną (biegającej, spacerującej, etc.), chcącej żyć bez strachu o własne bezpieczeństwo.

Irlandzka policja (Gardaí) aresztowała 40-letniego mężczyznę, ale go wypuściła i już nie jest on osobą podejrzaną. Działający samotnie sprawca nadal pozostaje na wolności. Poszukiwany jest posiadacz roweru górskiego Falcon Storm, który może mieć związek z atakiem. Napastnik mógł przemieszczać się tym rowerem, po czym spłoszony porzucił go i zbiegł.

Ta sprawa skojarzyła mi się z niedawnym brutalnym gwałtem i morderstwem dokonanym na polskiej studentce Paulinie Dembskiej w Garden Independence w Sliema (Malta) przez 20-letniego Abnera Aquilinę. 29-letnia Paulina została zgwałcona i uduszona wczesnym rankiem 2 stycznia 2022 roku przez sprawcę, którego nie znała. Zapewne tak samo jest i w przypadku Ashling: sprawca i ofiara nie znali się. Paulina także wyszła pobiegać i przy okazji dokarmić bezpańskie koty.

Takie sprawy jak powyższa są o tyle przerażające i niepokojące, gdyż mogą dotyczyć każdej dziewczyny, kobiety. W końcu to czynność najnormalniejsza pod słońcem: wyjść na dłuższy spacer czy pobiegać po powrocie z pracy. Ashling biegła wzdłuż Fiona's Way, nazwanej w taki sposób ku czci zaginionej Fiony Pender. 25-letnia Fiona zaginęła w Tullamore 23 sierpnia 1996 roku i po dziś nie została odnaleziona. Być może została zamordowana, a jej ciało zostało starannie ukryte.

Za takie napaści i morderstwa (często na tle seksualnym) odpowiadają mężczyźni. Oczywiście nie wszyscy, aczkolwiek pewien odsetek. Sam często spaceruję po odludnych okolicach, lubię też szwendać się po opuszczonych miejscach i do tej pory nic złego mnie nie spotkało. Jednak to samotne kobiety ryzykują na co dzień bardziej. Ryzykują napaść na tle seksualnym, która może skutkować morderstwem. Przemoc fizyczna/seksualna wobec kobiet jest dużym problemem - niezależnie od tego czy oprawcą jest partner, znajomy czy obcy mężczyzna. Problemem, o którym trzeba stale i głośno mówić. 

Irlandzka policja ma już nowego podejrzanego, który zgłosił się do szpitala z ranami po nożu oraz z obrażeniami na twarzy (śladami zadrapania). 31-letni Słowak Jozef Puska został już postawiony w stan oskarżenia.

https://www.dublinlive.ie/news/dublin-news/ashling-murphy-murder-new-chief-22767933

EDIT: I jeszcze rodzima sprawa pedofila i seksualnego drapieżcy, który w 2005 roku wykorzystał seksualnie kobietę w Southampton, a w 2009 roku wykorzystał seksualnie dwie dziewczynki w wieku 14 i 16 lat w leśnym bunkrze w wielkopolskiej wsi Antonin. Jak podaje wielkopolska policja: "Kiedy były w środku, wszedł do nich nagi mężczyzna ze slipami założonymi na głowę. Napastnik zatorował im wyjście, sterroryzował je, wykorzystał seksualnie, a następnie uciekł". Jedna z ofiar przytomnie zadzwoniła na numer alarmowy i dzięki temu udało się nagrać głos dewianta. Miałem okazję wysłuchać to niepokojące nagranie i powiem tylko tyle: mam nadzieję, że ten prymitywny zboczeniec (jeśli jeszcze żyje) zostanie schwytany i odpowie za traumę, którą zgotował tym dwóm nastolatkom. Także podejrzewam, że był to znający teren (ten konkretny las i bunkier) miejscowy. Osobiście gdybym był świadkiem takiego zdarzenia to chyba bym zmiótł tego osobnika z powierzchni ziemi. Autentycznie brzydzę się ludźmi, którzy w tak ohydny sposób krzywdzą słabszych. Może ktoś skojarzy ten obleśny głos:

https://www.youtube.com/watch?v=d7lqjQadSDI

niedziela, 3 stycznia 2016

Mourning Beloveth "Rust and Bone" (2015) - recenzja

















Co prawda "Rust and Bone" (2015) Irlandczyków z Mourning Beloveth ma swoją premierę za pośrednictwem Van Records dopiero 22 stycznia 2016 roku, ale limitowane CD z tym materiałem mam już od jakiegoś czasu w kolekcji, zatem najwyższa pora na recenzję. Odkąd sięgam pamięcią lubię doom death Mourning Beloveth, a zwłaszcza będący ich wizytówką mariaż czystych epickich wokali Franka Brennana z brutalnym growlem Darrena Moore'a. Pierwsze jednak co mnie zaskoczyło w "Rust and Bone" to krótki, zaledwie 37 minutowy czas trwania szóstego długograja Irlandczyków. Tyle w końcu zazwyczaj trwa dłuższa EP-ka. Lecz to nie jedyna zmiana na "Rust and Bone" - na album składają się dwie dłuższe kompozycje "Godether" i "The Mantle Tomb" oraz trzy krótsze do których powrócę później. Zwłaszcza "Godether" to prawdziwe doom death metalowe monstrum. Kompozycja niezwykle ponura, desperacka i ogromnie zróżnicowana na którą składają się akustyczne partie, intrygujące zmiany tempa, szepty, hipnotyzujące zaśpiewy, potężny growling i opętańcze black metalowe przyśpieszenie pod koniec. 16 minut gargantuicznej doom metalowej potęgi jakiej nie w pełni oczekiwałem od Mourning Beloveth. Utrzymany w nieco zbliżonej stylistyce 11-minutowy "The Mantle Tomb" jest numerem równie wciągającym, przesyconym smutkiem i melancholią. Dwa łagodnie i króciutkie numery instrumentalne "Rust" i "Bone" są z obu stron do niego doklejone. Sporą niespodzianką jest ostatni utwór na "Rust and Bone", a mianowicie "A Terrible Beauty Is Born" - można go określić jako akustyczny doom metal, w którym miarowo bije serce mrocznego folka. Najważniejsze że Mourning Beloveth na szóstym długograju brzmi świeżo i potężnie. Padają porównania do My Dying Bride i wczesnej Anathemy (co akurat nie dziwi), ale też do In the Woods..., Woodensthrone i Primordial. I jak tu nie lubić kwintetu z Kildare, gdy szykują słuchaczowi takie smakowite urozmaicenia. Nad brakiem zainteresowania w Polsce ich muzyką (co niestety uwidoczniło się w słabej frekwencji w grudniu 2015 roku we Wrocławiu, gdy supportowali Hooded Menace) należy tylko ubolewać.

Dla zachęty: https://www.youtube.com/watch?v=QW9wutrCsrk

niedziela, 20 grudnia 2015

Metalowa Wigilia 2015 - Gehenna, Kampfar, Primordial, Gorgoroth i Triptykon, 19.12.2015 (fotorelacja)

Metalowa Wigilia 2015 roku będzie zapewne zwieńczeniem mojego uczestnictwa w koncertach w powoli mijającym roku. Nie będę się jednak silił na jakieś podsumowanie, bo jestem na to zbyt leniwy. Natomiast ciekaw jestem co przyniesie 2016 rok - już szykuje się kilka dobrych podziemnych gigów chociażby w samym Poznaniu. Tak czy owak niektóre koncerty na pewno będę musiał sobie odpuścić z różnych powodów (brak czasu, przyczyny finansowe, etc.) Tak naprawdę głównym magnesem, który przyciągnął mnie na Metalową Wigilię był Triptykon, którego jestem wielkim fanem. Kiedy zespół Toma Gabriela Fischera zagrał 21.12.2014 roku w krakowskiej Fabryce nie było szans, by pojechać na ten koncert. Tym razem postanowiłem nie odpuszczać. Poznański koncert norweskich black metalowców z Gehenna również mi przepadł, bo w tym akurat terminie (8 maja 2014 roku) byłem na Sycylii i eksplorowałem wulkan Etna. W dodatku korciło mnie, by zobaczyć Irlandczyków z Primordial (lubię ten zespół), no i siłą rzeczy intrygował też Gorgoroth.

19 grudzień zaczął się ciekawie, gdyż ze względu na moje pozamuzyczne zainteresowania zostałem zaproszony do warszawskiego radia RDC, gdzie udzieliłem wywiadu na temat mojej górsko-wulkanicznej pasji. W związku z tym że miałem potem sporo czasu wolnego zjadłem obiad w wietnamskim barze i udałem się pieszo Puławską, a potem Marszałkowską w stronę Metro Ratusz Arsenał, a stamtąd tramwajem nr 26 do Fort Wola 22. Do Progresji zaczęto ludzi wpuszczać po 15, z początku nie było ich wielu. Rozejrzałem się po stoisku z merchem, kupiłem Primordial "Where Greater Men Have Fallen" (2014) i doom metalowy Dread Sovereign "All Hell's Martyrs" (2014) na CD i czekałem na znajomych z Piły, Poznania, Częstochowy i Wrocławia. O 16 poleciałem pod scenę zobaczyć pierwszy support, czyli Włochów z Selvans. Ich debiutancki album "Lupercalia" (2015) naprędce miałem okazję przesłuchać jeszcze przed koncertem. Włosi grają symfoniczny black metal z naleciałościami folkowymi. Owe naleciałości folkowe sprowadzają się do kilku melodii zagranych za pomocą folkowego instrumentarium oraz ambientowych leśnych odgłosów. Kapela dała przyzwoity koncert prezentując się jeszcze niezbyt tłumnie zgromadzonej publiczności. Generalnie nie przepadam za symfonicznym black metalem, ale krótki 30-minutowy set Selvans zdecydowanie na plus. Jako ciekawostkę dodam że Selvans inspiruje się dawnymi rzymskimi obrzędami religijnymi oraz antycznym folklorem - Luperkalia to dawne rzymskie święto religijne przypadające na 14-15 lutego (prawdopodobnie pierwowzór Walentynek), związane z kultem pół-kozła, pół-człowieka Fauna i obchodzone ku czci Luperkusa, bóstwa-opiekuna pasterzy przed wilkami.

O ile Selvans zagrał całkiem ciekawy gig, o tyle Słoweńcy z Cvinger trochę mnie przytłoczyli monotonną brutalnością. Black metal Cvinger nie jest niczym odkrywczym - czuć w tych dźwiękach pochwałę drugiej fali skandynawskiego black metalu. Na plus sporadyczne zaśpiewy przypominające chorały gregoriańskie i nieliczne partie akustyczne, ale stanowią one tylko niewielki element całości. Generalnie mnóstwo blastów, od czasu do czasu przykuwające na chwilę uwagę zwolnienia. Po wysłuchaniu połowy koncertu Cvinger jestem skłonny zauważyć iż muzyka Słoweńców zahacza o blackened death metal. Przydałoby się jednak trochę więcej życia w tej bezdusznej rzezi.

Norweska Gehenna istnieje od 1993 roku. Zespół przechodził przez różne wolty stylistyczne - na pierwszych materiałach Gehenna odnajdziemy elementy symfoniczne z klawiszami, "Admirion Black" z 1998 roku był całkiem oryginalną płytą black metalową, w 2000 roku zespół zwrócił się w kierunku surowego death metalu wydając kontrowersyjny krążek "Murder", ale już na "WW" (2005) zaczęło się stopniowe odejście od death metalu na rzecz powrotu ku black metalowym korzeniom. Tak jak wspomniałem na początku tekstu ominął mnie poznański koncert Gehenna (jako supporty zagrały wówczas I Saw Red i Demonical), więc z chęcią obejrzałem Norwegów na żywo. Kapelą od ponad 20 lat kieruje Sanrabb. Koncertowo Gehenna wypadła dość dobrze atakując uszy zgromadzonych ascetycznym, ponurym i transowym black metalem utrzymanym raczej w umiarkowanych tempach. Muzycy na scenie dość statyczni, a ich corpse paint wydawał się dość złowieszczy - zwłaszcza w oparach sztucznej koncertowej mgły. Moja kumpela rozmawiała z Mortenem z Gehenna w trakcie gigu Primordial i powiedział jej że nowy alum Gehenna powinien ukazać się w 2016 roku, planowany jest też powrót koncertowy zespołu do Polski, ale gdzie zagrają nie mam pojęcia. Czyżby Poznań? W Progresji zagrali m.in. "Devil's Work" czy "Grenade Prayer".

Chwila przerwy i na scenę wkraczają Norwedzy z Kampfar. I muszę przyznać że ich występ bardzo mi się podobał. Żywiołowy pagan black metal zagrany z werwą i pasją. Będąc szczerym nazwa Kampfar (choć mi znana) jakoś nie skłaniała mnie przez lata do dogłębnego przyjrzenia się ich bogatej dyskografii. Inna sprawa że miałem w życiu taki okres w którym niemal całkowicie odszedłem na kilka lat od black metalu i death metalu skupiając się na doom metalu. Przestałem śledzić wiele kapel death metalowych i black metalowych i teraz tych zaległości nie jestem w stanie nadrobić. A dobrej muzyki jest obecnie za DUŻO. Nie wiem czy mam się cieszyć czy płakać z tego powodu. Przesłuchałem przed koncertem najświeższy siódmy album Kampfar "Profan" (2015) i przypadł mi do gustu z uwagi na jego niepohamowaną porywczość, gwałtowność. Podoba mi się że muzyka Kampfar w dużej mierze opiera się na gitarowych riffach, ale momentami czuć w niej podniosły nastrój dumy jak na krążkach Primordial.

Ano właśnie Primordial. Bardzo lubię ten zespół i specyficzna atmosfera kreowana przez Irlandczyków na ich albumach ze wszech miar mi odpowiada. Nawiązująca do podań celtyckich z mocno zaakcentowanym tłem historycznym i kulturalnym dziedzictwem Irlandii majestatyczna muzyka Primordial nie daje się łatwo zaszufladkować. Mnie się podoba określenie blackened folk metal. Zostańmy jeszcze przy nastroju, gdyż ten da się wyczuć już przy dziewiczym odsłuchu któregoś z albumów Primoridal np. "The Gathering Wilderness" (2005). Nastroju, który jest podniosły, emocjonalny, przesycony nostalgią, melancholią, ale też goryczą i nihilizmem. Wokalista Primordial Alan Nemtheanga (z wykształcenia dziennikarz) dysponuje wspaniałym czystym wokalem, śpiewa żarliwie i niezwykle przekonywająco. Wspomagają go epickie i potężne gitarowe riffy jak np. w sztandarowej kompozycji Primordial "The Coffin Ships", którą zresztą zespół wzorcowo odegrał ku uciesze swoich fanów.

Po udanym koncercie Primordial nadszedł czas na norweską black metalową smołę czyli Gorgoroth, któremu przewodzi gitarzysta Roger "Infernus" Tiegs, jedyny członek oryginalnego składu. Któż nie pamięta słynnej Czarnej Mszy Gorgoroth w Krakowie w 2004 roku? Kontrowersji w polskich mediach było wówczas co niemiara - w końcu miała miejsce 'promocja satanizmu' na katolickiej polskiej ziemi w postaci uciętych owczych głów, ukrzyżowanych nagich ludzi, pirotechniki i antychrześcijańskiego black metalu. W Gorgoroth nie ma już charakterystycznego wokalisty Gaahla, zastąpił go Serb Atterigner z Triumfall. I choć zdania na temat ostatnich dokonań studyjnych Gorgoroth, w tym ich ostatniego albumu "Instinctus Bestialis" (2015) są podzielone na żywo Norwedzy nie znają litości. Nadal jest to bestialski black metal, pełen agresji, jadu i złowrogiej atmosfery. Tym razem obyło się bez prowokacyjnego urozmaicenia sceny - liczyła się tylko dewastująca muzyka. A było czego słuchać i co chłonąć. Wściekłość i dzikość koncertu Norwegów dało się odczuć wręcz fizjologicznie.

Gwoździem do wigilijnej trumny był finalny koncert Szwajcarów z Triptykon, którym przewodzi 52-letni Thomas Gabriel Fischer, a jego muzycznych dokonań w postaci Hellhammer i Celtic Frost nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Tom G. Warrior wielokrotnie opowiadał w wywiadach że proces twórczy muzyki Triptykon stanowi dla niego katalizator negatywnych emocji (w tym myśli samobójczych), które wezbrały się w nim po rozpadzie Celtic Frost. Jak wiadomo poprzez sztukę można odreagować najczarniejsze pokłady depresji, które gromadzą się w człowieku. Dlatego też w gothic/black/doom metalu Triptykon tyle mroku i nienawiści do świata. Koncertowo Triptykon zawładnął mną całkowicie - śledziłem ich występ ze wzrokiem wbitym w scenę. Miazga i jeszcze raz miazga. Monstrualny ciężar gitar, miażdżące doom metalowe zwolnienia i partie basu, wreszcie niepowtarzalne wokale Fischera. Zwróciłem uwagę na basistkę Triptykon Vanję Šlajh. W sieci nie ma o niej praktycznie żadnych informacji - introwertyczna Vanja pilnie strzeże swojej prywatności i nie robi z siebie gwiazdy. W trakcie setu Triptykon wybrzmiały m.in. "Circle of the Tyrants", "Necromantical Screams", "Goetia" i "Synagoga Satanae". Jeden z najlepszych koncertów w roku 2015. Jeśli jeszcze Szwajcarzy zawitają do Polski stawiam się obowiązkowo.

Chyba trochę uzależniłem się od koncertów. Niemniej jest to okazja, by poczuć muzykę na żywo, spędzić czas w towarzystwie znajomych, z którymi dzielę podobne zainteresowania i być może podobny światopogląd, a także poznać nowe osoby. I piszę to jako osoba introwertyczna, której zdarza się stronić od innych. PS Zdjęcia są jakie są. Generalnie ciężko mi było znaleźć jakiejś odpowiednie w miarę przyzwoitej jakości. To nie lada wyzwanie zrobić dobrą fotkę muzyków z szalejącego tłumu.

piątek, 11 grudnia 2015

Shores of Null, Mourning Beloveth i Hooded Menace, Ciemna Strona Miasta we Wrocławiu, 10.12.2015 (fotorelacja)

Takie koncerty jak powyższy udowadniają że niestety doom deathowe czy funeral doom nie cieszą się w Polsce nadmierną estymą. No bo jak inaczej wytłumaczyć słabą frekwencję na wczorajszym koncercie Shores of Null, Mourning Beloveth i Hooded Menace? Ok, termin (roboczy czwartek) też się mógł do tego przysłużyć, ale moim zdaniem muzyka doom metalowa w Polsce jest traktowana przez metalowców po macoszemu. Niektóre koncerty black metalowe np. Mgły są wyprzedane w ciągu paru dni, na gig Carcass, Obituary, Voivid i Napalm Death przychodzi do warszawskiej Progresji 2000 ludzi (nie byłem, ale wiem z wiarygodnego źródła od osoby, która uczestniczyła w owym koncercie), a gig Irlandczyków z Mourning Beloveth i Finów z Hooded Menace przyciąga raptem 30, może 40 osób. Osobiście marzy mi się aby doświadczyć w Polsce na żywo doom metalu np. Skepticism czy Evoken, ale ile osób tak naprawdę przyszłoby zobaczyć te zespoły?

Zatem wczoraj we wrocławskiej Ciemnej Stronie Miasta zgromadzeni niezbyt tłumnie fani mieli do czynienia z koncertem kameralnym. Musiałem przyjechać, gdyż uwielbiam death doom, doom death, black doom czy funeral doom. Niestety doszło do półgodzinnej obsuwy, która zaważyła na tym że nie mogłem zobaczyć koncertu Hooded Menace do końca, stąd mam pewien niedosyt. Wykupiłem bilet na nocny pociąg powrotny do Poznania o godzinie 23.37 sądząc że uda mi się zobaczyć gig Finów w pełni. Niestety Finowie rozpoczęli swój występ dopiero o 22.40, a o 23.18 opuściłem klub, bo inaczej bym na pociąg nie zdążył.

Lecz po kolei. Włosi z Shores of Null zaczęli grać o 20, choć mieli według rozpiski zacząć o 19.30. To zaważyło o późniejszym niż przewidywany zakończeniu koncertu. Zespół z Rzymu ma na koncie jedynie wydany przez Candlelight Records w 2014 roku debiutancki album "Quiescence". Gdy tak obcowałem z muzyką Włochów na żywo miałem skojarzenia z Katatonią, Amorphis, Swallow the Sun i ich krajanami z The Foreshadowing. W melodyjnej i chwytliwej muzyce Włochów odnalazłem też wpływy gothic doom metalu a la Draconian czy progresywnego rocka. Na pewno jest to kawał świeżej i interesującej muzyki - choćby przez pryzmat możliwości wokalnych Davide Straccione, który umie zarówno łagodnie zaśpiewać, jaki i zaryczeć w stosownym momencie. Jednak nie do końca jest to doom metal, jaki lubię - za mało w muzyce Shores of Null wolnego miażdżenia i depresji. Ba, odniosłem wrażenie że muzyka Shores of Null podnosi na duchu. Mimo wszystko zespół ciekawy, oferujący zróżnicowane dźwięki. Ich muzyka na żywo może się spodobać.

Irlandczycy z Mourning Beloveth zaczęli grać około godziny 21.20. I rzecz jasna ich godzinny koncert spełnił wszelkie moje oczekiwania. W końcu to już weterani ciężkiego i posępnego doom death metalu, którzy istnieją od 1992 roku i mają już w swoim dorobku muzycznym parę albumów m.in. rewelacyjny "Formless" z 2013 roku. Mourning Beloveth to esencja doom death metalu - powolne miażdżenie gitarowymi riffami, głębokie partie perkusji i brutalny growling Darrena Moore'a co pewien czas występujący na przemian z epickimi czystymi wokalami Franka Brennana. Długie i hipnotyczne kompozycje i warstwa liryczna ociekająca bólem, cierpieniem, śmiercią. Zaiste szkoda że Mourning Beloveth nie są tak znani jaki ich krajani z Primordial, bo na to w pełni zasługują. Koncert rewelacyjny, stałem wmurowany pod sceną chłonąc tą piękną doom deathową potęgę. Jeszcze przed koncertem Irlandczyków zakupiłem ich najnowszy album (limitowana do 100 sztuk srebrna edycja) "Rust & Bone", którego premiera dopiero w styczniu 2016 roku. Odsłuch niebawem, może też napiszę recenzję.

Mourning Beloveth zakończyli gig przed 22.20, a potem sceną zawładnęli zakapturzeni Finowie z Hooded Menace. Choć nie dane mi było zobaczyć ich koncertu do końca, te 4-5 kawałków (z siedmiu zagranych) sprawiło mi kupę radochy. Hooded Menace to cmentarna death doom metalowa bestia inspirowana horrorami i kinem eksploatacji z lat 70-tych i 80-tych. I jak tu Finów nie lubić? W ich muzyce tkwi pierwiastek przyczajonej grozy, a duszna atmosfera horroru zdaje się wyciekać z każdego dźwięku. Potęgę zniekształconych doom metalowych riffów (ździebko podlanych psychodelią) odczuwa się wręcz fizjologicznie, a growle Lasse Pyykkö sprawiają wrażenie jakby dochodziły z otchłani. Zresztą Finowie są mistrzami takiego abisalnego doom metalu, czego dowodem jest np. Tyranny. Lubicie dźwięki z otwartej krypty martwych templariuszy (nieprzypadkowo powołuję się tutaj na tetralogię "Blind Dead" Amando de Ossorio)? Hooded Menace to kapela dla was. Set-lista Hooded Menace: "Blood for the Burning Oath / Dungeons of the Disembodied", "Fulfill the Curse", "The Love Song of Gotho, Hunchback of the Morgue", "Night of the Deathcult", "Elysium of Dripping Death", "The House of Hammer" i coś jeszcze.