Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowa Zelandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowa Zelandia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 lutego 2024

Suffocation w 2Progi 14 lutego 2024 r. (fotorelacja)

                                                               







Nigdy nie przepadałem za Walentykami, gdyż uważałem, że cała celebracja to nic innego jak komercja, plastik i jeszcze jedna okazja do otwierania portfela. To już lepiej (ewentualnie) wybrać się na jakąś imprezę antywalentynkową albo iść na koncert death metalowy. Oczywiście warto wspierać i troszczyć się o partnerkę czy przyjaciółki każdego dnia, nie tylko w Walentynki. Warto być życzliwym w codziennym życiu, choć nie wszyscy to uszanują. Tak czy owak, 14 lutego 2024 roku w poznańskim klubie 2Progi zaprezentowali się nowojorscy death metalowcy Suffocation i była to dla mnie pierwsza okazja, by zobaczyć tych muzyków na żywo. W tym roku postanowiłem sobie (o ile budżet na to pozwoli) częściej chodzić na koncerty wykonawców, których jeszcze nie widziałem live. Inna sprawa, że ceny biletów dość mocno poszły w górę - zwłaszcza jeśli chodzi o zagranicznych (nawet niszowych) wykonawców. Osobiście koncerty stadionowe i wielkie festiwale w ogóle mnie nie interesują, ale co kto lubi. 

Na początek słowo o supportach Suffocation. Żadnego zbytnio nie znałem, bo też nie jestem jakimś wielkim fanem slam death metalu, deathcore'a, metalcore'a, itd. Jeśli już, to preferuję death metal w stylu Immolation, Incantation, Autopsy, itd. Suffocation w pewnym stopniu położyli podwaliny pod deathcore i slam death metal, choć ich płyty z lat 90-tych to kanon technicznego death metalu. Jakie zatem zespoły zaprezentowały się przed Suffocation?

Organectomy (Nowa Zelandia), Enterprise Earth (USA) i Sanguisugabogg (USA), czyli generalnie death metal/slam, deathcore/metalcore i groovyy death metal. Z całego tego zestawu Enterprise Earth podobał mi się najmniej, choć w ich muzyce były elementy thrash metalu, no i frontman imponował charyzmą i liczbą rzucanych fucków. Natomiast Organectomy i Sanguisugabogg dały radę, było sporo miażdżenia w wolnych i umiarkowanych tempach, co cenię (jako wielbiciel death doom metalu) w death metalu. Nowozelandczykom daleko do wygórowanego poziomu technicznego krajanów z Ulcerate, ale warto ich sprawdzić. Natomiast death metal Sanguisugabogg na myśl przywiódł mi wczesne Six Feet Under i oczywiście gwiazdę wieczoru, Suffocation. Na końcu wrzucę linki do bandcamów zespołów, abyście je sobie w spokoju sprawdzili. 

https://uniqueleaderrecords.bandcamp.com/album/nail-below-nail 

https://enterpriseearth.bandcamp.com/album/death-an-anthology 

https://sanguisugabogg.bandcamp.com/album/pornographic-seizures 

Co można natomiast powiedzieć o koncercie weteranów z Suffocation? No cóż, był znakomity, brutalny i precyzyjny, z mocno przekrojową setlistą. Publiczność w amoku (odchodziły mosh pity i stage diving), dawno nie stałem w takim ścisku przy barierkach na koncercie death metalowym. Set-lista mocno przekrojowa, gdyż Suffocation zaprezentowali kawałki także z albumów z lat 90-tych: "Breeding the Spawn" (1993), "Effigy of the Forgotten" (1991) czy "Pierced from Within" (1995). Te trzy albumy nowojorczyków są wśród metalowców najbardziej cenione. Sam zaczynałem przygodę z Suffocation od "Breeding the Spawn", a miało to miejsce pod koniec lat 90-tych. Co istotne, brutalny i techniczny death metal Amerykanów wciąż brzmi świeżo i gęsto, co udowadnia ich ostatni album "Hymns of the Apocrypha" (2023). Obecnie na wokalu Suffocation grolwuje Ricky Myers (Disgorge), który zastąpił Franka Mullena. Zawiłe i połamane riffy Terrance Hobbsa to kolejny niezaprzeczalny atut zespołu.

Set-lista Suffocation: "Seraphim Enslavement", "Thrones of Blood", "Breeding the Spawn", "Dim Veil of Obscurity", "Pierced from Within", "Funeral Inception", "Perpetual Deception", "Effigy of the Forgotten", "Hymns of the Apocrypha", "Catatonia", "Liege of Inveracity" i "Infecting the Crypts".

Odsłuch:

https://suffocation.bandcamp.com/album/hymns-from-the-apocrypha

piątek, 28 maja 2021

Kitchen Sink (1989) - recenzja

Kobieta wyciąga owłosiony płód z otchłani zlewu. W wannie ciepłej wody płód zamienia się w owłosionego człowieka... Taki zarys fabuły "Kitchen Sink" (1989) w zupełności wystarczy. Pamiętam pierwszy seans tego mrocznego krótkiego metrażu wiele lat temu i wówczas filmik wywarł na mnie spore wrażenie. Dzisiaj przypomniałem sobie o nim słuchając muzyki Coil, Skinny Puppy, Clock DVA, Of the Wand and the Moon, Atrax Morgue, etc. i przerywając słuchanie postanowiłem "Kitchen Sink" odświeżyć. No i owo dawne pozytywne wrażenie nie zniknęło. Piękne czarno-białe zdjęcia, oryginalny pomysł wyjściowy i chłodny, mroczny nastrój, który potrafi pochłonąć widza. Elegancko i tajemniczo ukazana tematyka podmiejskiej samotności i dążenia do perfekcji z doskonałą muzyką The Headless Chickens z NZ.

Pierwszy seans 31 lipca 2008 roku, dzisiaj kolejny. Wielbicielom "Eraserhead" (1977) Davida Lyncha, "Tetsuo" (1989) Shinya Tsukamoto czy "Singapore Sling" (1990) Nikosa Nikolaidisa "Kitchen Sink" powinien przypaść do gustu.

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Sojourner, Harakiri for the Sky i Draconian 18 I 2019 roku w Progresji (fotorelacja)



















18 stycznia 2019 roku postanowiłem się wybrać do warszawskiej Progresji, by zobaczyć doom metalowców z Draconian na żywo. Był to jeden z koncertów, których po prostu nie mogłem ot tak sobie odpuścić. Bilet zakupiłem już wcześniej, udało się zorganizować dni wolne w pracy i zapakowałem się w poranny pociąg z Poznania do Warszawy. Z powodu żałoby narodowej po bezsensownym zamordowaniu prezydenta miasta Gdańska Pawła Adamowicza miałem obawy czy koncert nie zostanie przypadkiem odwołany - na szczęście nic takiego nie miało miejsca, gdyż występ został zakontraktowany już kilka miesięcy temu.

Warszawa przywitała mnie dość przyjemną i mało mroźną pogodą. Zero śniegu na chodnikach i ulicach. Przed Progresją pojawiłem się już przed 19.30 i dość szybko zostałem wpuszczony do klubu. Przed koncertem Sojourner na scenę Progresji wyszedł Prezes klubu Marek Laskowski i poprosił już zgromadzonych o uczczenie minutą ciszy zamordowanego 13 stycznia Pawła Adamowicza i wysłuchanie w skupieniu utworu Disturbed "The Sound of Silence". Ładny gest w czasach podziałów, w których ludzie stają się coraz bardziej nieprzystępni, wrodzy, nieufni wobec innych. Zresztą odniosłem wrażenie że w przerwach między koncertami poszczególnych zespołów leciała całkiem refleksyjna muzyka np. Antimatter czy Gary Jules "Mad World" z filmu "Donnie Darko" (2003).

Sojourner grali jako pierwsi. Epicki, podszyty folkiem i atmosferyczny black metal z Nowej Zelandii i Szwecji (zresztą gitarzysta Mike Lamb i wokalistka/gitarzystka Chloe Bray są małżeństwem). Na pewno jest to ciekawa muzyka, na swój sposób przyjemna, przenosząca słuchacza w czasy zapomnianych historycznych królestw. Coś dla wielbicieli takich kapel jak Summoning, Caladan Brood czy Utstott, do których jednak się nie zaliczam. 40-minutowy koncert Sojourner przypadł mi do gustu, ale nie spowodował jakiejś większej ekscytacji. Bardzo fajne brzmienie gitar, niezwykle bogate, oszczędne użycie folkowego instrumentarium, pojawiający się sporadycznie delikatny śpiew Chloe Bray skontrastowany z black metalowymi wokalami Emilio Crespo. Widać że Sojourner gra w swojej folkowo-black metalowej niszy inkorporując do swojej chwytliwej muzyki elementy melodyjnego death metalu. Tutaj można posłuchać ich drugiego albumu "The Shadowed Road" (2018), z którego grali niektóre utwory na żywo:

https://sojournermetal.bandcamp.com/album/the-shadowed-road

Potem krótka przerwa i około 21 sceną zawładnęli Austriacy z depresyjnego post-black metalowego Harakiri for the Sky. To dobry zespół, który inkorporuje do black metalu wpływy post-rocka i shoegaze. Długie i ciekawie zaaranżowane kompozycje zahaczające czasem trwania o funeral doom plus mroczna tematyka dotycząca odrzucenia, depresji, samobójstw. Koncertowo Harakiri for the Sky wypadli bardzo dobrze. Koncert był agresywny, energiczny, tych spokojniejszych post-rockowych fragmentów było bardzo mało. Post-black metal Austriaków potrafi być jednocześnie melancholijny, a ja bardzo cenię posępne i smutne dźwięki. Zwróciłem uwagę na koszulkę wokalisty Harakiri J.J - z islandzką wokalistką Björk. Nietypowy wybór. Tym bardziej szanuję.

https://artofpropaganda.bandcamp.com/album/arson

Tak czy inaczej najbardziej czekałem na drugi w moim życiu koncert gothic doom metalowego Draconian. Posępny i refleksyjny doom metal darzę estymą od wielu lat, generalnie uwielbiam wolne doom metalowe tempa, żałobną atmosferę tej muzyki i niekiedy wgniatający w ziemię ciężar takich sub-gatunków jak death doom, doom death, black doom czy funeral doom. Od czasu "Sovran" (2015) w Draconian śpiewa Heike Langhans z RPA, niezwykła wokalistka dysponująca charakterystycznym kojącym wokalem. Sprawdźcie koniecznie jej ambient dronowy projekt Ison, zwłaszcza płytę "Andromeda Skyline" (2018). Delikatny śpiew odzianej w czerń Heike idealnie kontrastuje z mocnym grolwingiem Andersa Jacobssona (miał na sobie koszulkę Fields of the Nephilim!), co wzmacnia ogromny ładunek emocjonalny zawarty w zróżnicowanym doom metalu Draconian. Do tego pięknie brzmiące, pełne smutku gitary - czego chcieć więcej?

Set-lista Draconian była następująca: "A Phantom Dissonance", "Bloodflower", "The Wretched Tide", "Stellar Tombs", "A Scenery of Loss", "The Last Hour of Ancient Sunlight", "The Marriage of Attaris", "Heavy Lies the Crown", "Pale Tortured Blue" i na sam koniec zaśpiewany przez Heike solo utwór Ison (?).

Merch obfity i w miarę przystępnych cenach: płyty CD zespołów po 50 zł (kupiłem dwa ostatnie albumy Harakiri for the Sky oraz Doom: VS "Dead Words Speak"), koszulki za 70 zł (kupiłem Doom: VS - rewelacyjnego projektu funeral doom/death metalowego Johana Ericsona).

https://doomvs.bandcamp.com/album/dead-words-speak

sobota, 11 listopada 2017

Outre, Blaze of Perdition i Ulcerate w Bazylu, 08.11.2017 (fotorelacja)



















Nieco spóźniona relacja, ale po prostu nie miałem wcześniej czasu, by skrobnąć choć parę słów na temat koncertu Nowozelandczyków w Poznaniu. Generalnie ostatnio chodzę na koncerty mniej niż kiedyś i w zasadzie przestałem już na nie jeździć do innych miast. Dwie prace plus rozliczne moje zainteresowania nie pozwalają mi nawet na regularne śledzenie tego co w świecie ciężkich brzmień piszczy. Ale stwierdziłem że na koncert Ulcerate z nowozelandzkiego Auckland (swoją drogą miasta wśród wulkanów) przejdę się koniecznie, gdyż to kawał intensywnego i mocno zapętlonego death metalu.

Ulcerate supportowały dwa rodzime bandy black metalowe - Outre z Krakowa i Blaze of Perdition z Lublina. Oba te zespoły widziałem już na żywo wcześniej, zatem nie ma sensu się rozpisywać. Zauważyłem że w Outre pojawił się nowy wokalista dysponujący rasowym black metalowym wokalem. Natomiast Blaze of Perdition promowali na trasie z Ulcerate najnowszy album "Conscious Darkness" (2017, Agonia Records), bardzo zresztą udany. Oba koncerty bardzo poprawne, przyjemnie się je oglądało. Nie na darmo rodzima scena black metalowa jest jedną z ciekawszych na Starym Kontynencie.

Ale przejdźmy do Ulcerate. Nowozelandczycy dali absolutnie niszczący występ, pełen mocy i brutalności, który pozostanie w mojej pamięci na długo. Podoba mi się jak nowozelandzkie trio kształtuje death metal na własną modłę posługując się przy tym nowymi strukturami, formami i jednocześnie zawierając w tej raczej trudnej w odbiorze muzyce spory ładunek emocji. Techniczny death metal Ulcerate nasuwał mi w wyobraźni obrazy zgliszcz, wymarłych miast, konających rozległych przestrzeni. To iście post-apokaliptyczna muzyka, bardzo przestrzenna, pełna napięcia, eksplodująca niczym wulkan i pulsująca od magmy i trujących gazów. Wybaczcie mi geologiczne metafory, ale mam fioła na punkcie wulkanów od wielu lat i nie wiem jak inaczej opisać tektoniczne dźwięki Ulcerate. Nie ma tutaj chwytliwych riffów czy solówek, tudzież ładnych refrenów - jest tylko kosmiczna otchłań pochłaniająca wszystko co znajdzie się na jej drodze. Miażdżące doomowe zwolnienia, nagłe przyśpieszenia, potężne wokale Paula Kellanda, niesamowita wyrazistość, kontrolowany chaos, dezorientacja i dysonanse. Coś pięknego.

https://ulcerate.bandcamp.com/

Zdjęcia marnej jakości, ale pieprzyć to.

sobota, 24 października 2015

Deathgasm (2015) - recenzja

















Orgazm śmierci. Deathgasm. Na pierwszy rzut oka tytuł tej nowozelandzkiej horror komedii może kojarzyć się z tematyką nekrofilską. Coś a la "Nekromantik" (1987) Jorga Buttgereita. Nic bardziej mylnego. Deathgasm to nazwa kapeli, którą zakłada nastoletni Brodie (Milo Cawthorne) wraz z kumplami. Przedtem jednak po aresztowaniu matki Brodie trafia pod opiekę konserwatywnego wujostwa w zapyziałym miasteczku Greypoint. W sklepie z winylami Brodie zapoznaje się z Zakkiem (James Blake), innym fanem metalem i wraz z dwójką kumpli Brodie'go zakładają kapelę o nazwie Deathgasm. Zakk dowiaduje się, że w Greypoint ukrywa się starzejąca gwiazda muzyki metalowej Rikki Daggers. Chłopak wraz z Brodiem włamują się do domu Daggersa, by ukraść ostatnią trudno dostępną płytę artysty. Zanim Rikki zostaje zaatakowany przez mordercę z satanistycznej sekty przekazuje im nagranie. Wewnątrz Zakk i Brodie znajdują kopię Czarnego Hymnu, antycznego utworu muzycznego po łacinie, który postanawiają zamieścić na przyszłej płycie Deathgasm. Lecz odegranie kawałka powoduje przemianę ludzi w krwiożercze demony, a ta ma być zaczynem do rezurekcji antycznego zła zwanego Aeloth.

Muzyka metalowa zazwyczaj kojarzy się osobom, które jej nie rozumieją z satanizmem, okultyzmem i deprawowaniem młodzieży. Zwłaszcza środowiska chrześcijańskie widzą w niej podstępne zagrożenie, czego przykładem były chociażby absurdalna teoria o nagrywaniu przez niektóre kapele ukrytych wiadomości od Szatana, które można było usłyszeć dopiero po puszczeniu danej kompozycji wspak. W latach 80-tych kiczowate heavy metalowe horrory były dość popularne np. "Black Roses" (1988) czy "Rock 'n' Roll Nightmare" (1987). "Deathgasm" (2015), choć czerpie obficie zarówno z serii "The Evil Dead" Sama Raimiego, jak i "Martwicy mózgu" (1992) Petera Jacksona ogląda się wybornie. Humor, którym przesycony jest film wynika w dużej mierze z wyśmiewania się ze stereotypów związanych z subkulturą metalową (małpowanie teledysku black metalowego a la Immortal czy power metalowego, wymyślanie obrzydliwych nazw dla kapeli, black metalowy corpse-paint w trakcie wcinania loda i rzezi demonów, hasła w stylu "śmierć podrabianemu metalowi", etc.) Fani gore na pewno nie będą rozczarowani krwawymi atrakcjami zawartymi w "Deathgasm" - tryskającej krwi i flaków jest tutaj co niemiara. To doprawdy szalona i odrażająca horror komedia, w której jako narzędzia jatki służą między innymi piły mechaniczne, seks gadżety oraz inne akcesoria. Na soundtracku m.in. kawałki Emperor i Nunslaughter, w garażu wiszą plakaty Trivium i Cannibal Corpse, a Brodie pokazuje uroczej blondynce Kimberly Crossman (z którą chce chodzić) płyty Pungent Stench i Cattle Decapitation.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Transatlantyk 2015: "Everest: Poza krańcem świata" (2013) i "Bridgend" (2015)


















"Everest: Poza krańcem świata" (2013, reż. Leanne Pooley) - W 2013 roku minęła 60 rocznica pionierskiego wejścia na Mount Everest, którego 29 maja 1953 roku dokonali nowozelandzki pszczelarz i alpinista Sir Edmund Hillary i nepalski Szerpa Tenzing Norgay. Hillary wraz z Norgayem znaleźli się w składzie brytyjskiej ekspedycji Johna Hunta, której celem było historyczne zdobycie Everestu. To Hillary opracował niebezpieczną ze względu na lodowe szczeliny trasę przez nieprzewidywalny Lodospad Khumbu. Potem rozpoczął się wyścig z czasem z powodu nadciągającego monsunu. Najpierw mieli wejść na Mount Everest dwaj doświadczeni brytyjscy wspinacze Tom Bourdillon i Charles Evans, ale wskutek awarii systemu tlenowego Evansa dotarli jedynie do południowego wierzchołka Czomulungmy. Dwa dni później Hillary i Norgay rozbili się na wysokości 8500 metrów w tzw. Strefie Śmierci (która rozciąga się od wysokości 7900 metrów wzwyż), po czym ruszyli w kierunku wierzchołka. Na szczycie Everestu spędzili zaledwie 15 minut.

Na "Everest: Poza krańcem świata" składają się nader oszczędne efekty wizualne 3D, archiwalny footage z pamiętnej ekspedycji oraz odtworzenie kluczowych wydarzeń. Aby te ostatnie nakręcić filmowcy ruszyli w nowozelandzkie Alpy Południowe, które stanowią Himalaje w miniaturze. Tam też rozpoczął swoją pasję wspinaczkową Sir Edmund Hillary zdobywając m.in. najwyższy szczyt Nowej Zelandii Mount Cook (3764 metrów wysokości). Wśród kilku narratorów pojawiają się m.in. Peter Hillary i Norbu Tenzing (synowie zdobywców Everestu). Heroiczny soundtrack towarzyszy zmaganiom ekspedycji Johna Hunta w pionierskim zdobyciu Everestu na który obecnie docierają co roku dziesiątki wspinaczki. Everest nadal pozostaje szczytem potwornie wymagającym i potrafiącym uśmiercić za pomocą hipoksji i innych zagrożeń, acz stał się coraz bardziej oblegany. Ciekawy dokument, inspirujący i szczegółowy.

"Bridgend" (2015, reż. Jeppe Rønde) - Po obejrzeniu "Bridgend" zaintrygowała mnie historia samobójstw nastolatków w blisko czterdziestotysięcznym walijskim mieście Bridgend. Od stycznia 2007 roku do lutego 2012 roku w Bridgend samobójstwo (głównie przez powieszenie) popełniło 79 młodych ludzi. Większość samobójców była w wieku od 13 do 17 lat. Byli to sąsiedzi, przyjaciele, a nawet kuzyni. Samobójstwa nastolatków to temat niezwykle nośny dla prasy, a w przypadku Bridgend rozpływano się w domysłach. W 2013 roku John Michael Williams nakręcił film dokumentalny o fali samobójstw nastolatków w Bridgend. Co stoi za przyczyną plagi samobójstw w Bridgend? Kult samobójstwa i przynależność do grupy? Klimat miasta? Czynniki środowiskowe i ekonomiczne? Moim zdaniem wszystko po trochu, ale po obejrzeniu któregoś z filmów wnioski wyciągnijcie sami.

W prologu "Bridgend" owczarek niemiecki podąża wzdłuż obrośniętych torów kolejowych. Krótko potem w leśnej gęstwinie odkrywa ciało powieszonego nastolatka. Mocne otwarcie, które zapada w pamięć. Sara (Hannah Murray) wraz z ojcem-policjantem imieniem Dave (Steven Waddington) przyjeżdżają do Bridgend. Dave chce rozwikłać zagadkę fali samobójstw nastolatków, Sara natomiast zaznajamia się z grupą zakapturzonych młodych ludzi, którzy wprowadzają ją w świat ostrego picia i antyspołecznych zachowań. Wpierw wycieczka nad jezioro do lasu, w którym odnajdywane są ciała samobójców, potem zbiorowe wycie nad naprędce skleconym ołtarzykiem w miejscu w którym zabił się Mark. Wkraczając w świat lokalnych nastolatków Sara zaczyna się oddalać od ojca, który wdaje się w romans z pewną kobietą. Kiedy członkowie grupy zaczynają popełniać samobójstwa jeden za drugim staje się oczywiste, iż łączy ich mroczny pakt, a grupy przyjaciół nie można ot tak sobie opuścić. W rzeczywistości pakt samobójczy wśród nastolatków Bridgend to jedna z teorii, a film nie odpowiada na pytanie: dlaczego? Może przyczyną jest nuda? A może nienawiść do rodziców, dorosłych? W każdym razie samobójczej fali nie da się zatrzymać, ona ciągle płynie wznosząc się i opadając.

"Bridgend" to świetnie zrealizowany mroczny dramat z kilkoma zapadającymi w pamięć scenami. Podobała mi się zwłaszcza kinematografia "Bridgend" za którą stoi Magnus Nordenhof Jønck: mnóstwo szarzyzny, znakomite operowanie cieniem i naturalnym oświetleniem; gęsty las, jezioro i obrośnięte tory kolejowe budzą niepokój. Wiarygodna gra aktorska i przerażające, pozwalające na grę domysłów zakończenie dopełniają całości.

piątek, 22 listopada 2013

Superbakteria KPC-Oxa 48



















Ze zdumieniem przeczytałem dzisiaj na Wired Science artykuł dziennikarki naukowej Maryn McKenna dotyczący szczepu bakterii opornej na wszelkie antybiotyki zwanego KPC-Oxa 48. W lipcu 2013 roku spowodowała ona śmierć 69-letniego nauczyciela Briana Poole'a, który pracował w Wietnamie. Tam też doznał krwotoku śródmózgowego i znalazł się w wietnamskim szpitalu. Po przetransportowaniu pacjenta do szpitala w Wellington (Nowa Zelandia) Poole umarł po sześciu miesiącach przebywania w kwarantannie. Na KPC-Oxa 48 nie działał żaden znany stosowany antybiotyk. Zacząłem czytać prace mikrobiologiczne, aby dowiedzieć się bliżej co to za paskudztwo. Być może rzeczywiście znajdujemy się obecnie na skraju ery post-antybiotykowej...

Gram-ujemna pałeczka jelitowa (Klebisella pneumoniae) wytwarzająca karbapenemazy KPC, MBL i Oxa 48 jest wielolekooporna. Rezerwuarem pałeczek jelitowych jest przewód pokarmowy ludzi i zwierząt. O ile przypadek nowozelandzki nie jest pierwszym przypadkiem zakażenia patogenem KPC-Oxa 48 (szczepem Klebisella pneumoniae), o tyle demonstruje on możliwość infekcji poza granicami państwowymi. Epidemie tego patogenu miały miejsce wcześniej w Turcji (pierwsza w 2004 roku), Libanie, Egipcie, Belgii, Francji, Hiszpanii, Senegalu, Izraelu czy w Indiach. Klebisella pneumoniae oporna na karbapenemy, Clostridium difficile czy oporna na antybiotyki Neisseria gonorrhoeae mogą doprowadzić do globalnej katastrofy.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Ambra, najdroższy ekskrement na świecie




















Mieszkacie gdzieś na wybrzeżu Wielkiej Brytanii, Australii, Nowej Zelandii czy Kaledonii i lubicie spacery po plaży? Możecie zarobić 'kupę' pieniędzy, jeśli tylko natkniecie się na ambrę. Ambra to łatwopalna i przypominająca wosk substancja, którą produkują jelita kaszalota, brylasty twór wydalany przez kaszalota wraz z odchodami. Co ciekawe, odpowiednio rozcieńczona i rozdrobniona ambra jest składnikiem najdroższych kobiecych perfum, lecz według źródeł historycznych używano jej już w staroegipskich grobowcach w charakterze kadzidła. Można ją odnaleźć w trakcie wędrówki po plaży, niemniej ambra potrafi też przez wiele lat dryfować po morzu. Odór ambry jest morski, fekalny, acz wraz z upływem czasu staje się bardziej przyjemny dla nosa (po wysuszeniu ambra pachnie piżmem lub jaśminem). Kolor świeżej ambry brunatny, z czasem jaśnieje aż staje się biała. Uwaga! Jeden gram znalezionej na plaży ambry osiągnąć może cenę 10-20 funtów (20-50 dolarów), kilogram to już 2000-9000 dolarów. W styczniu 2013 roku bezrobotny Ken wędrując z psem po plaży w Morecambe, Lancashire, UK znalazł kawał ambry (pływającego złota) warty potencjalnie 180 000 funtów. Można powiedzieć, że niezły strzał na loterii. Nazwa 'ambra' pochodzi od jantaru (bursztynu) zbieranego na brzegach Bałtyku, zaś 'gris' to po łacinie szary.

Tutaj można kupić i sprzedać ambrę:

http://www.ambergris.co.nz/

wtorek, 8 października 2013

Chłostane wiatrem drzewa w Slope Point, Nowa Zelandia























Uwielbiam drzewa. Te na Slope Point, najbardziej na południe wysuniętym punkcie Wyspy Południowej Nowej Zelandii są doprawdy wyjątkowe, gdyż wyglądają niczym z onirycznych koszmarów. Chłostane zimnymi i bezlitosnymi południowo-zachodnimi wiatrami wędrującymi wprost z Antarktydy. Cyprysy wielkoowocowe powyginane, zniekształcone, wykręcone na zawsze w kierunku skąd wieją antarktyczne wiatry. Rejon Slope Point poza okazjonalnym wypasem owiec nie jest zamieszkiwany przez ludzi, ale o ich bytności świadczą zdewastowane szopy. Lubię takie miejsca, z dala od ludzkich sadyb, tam, gdzie rzadko widzi się ludzi... w rzeczywistości do Slope Point nie prowadzą żadne drogi poza ścieżkami przeznaczonymi dla pieszych eksploratorów.