Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alternatywny rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alternatywny rock. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 czerwca 2024

Kaelan Mikla w Poznaniu oraz undertheskin i Ultra Sunn we Wrocławiu 8-9 czerwca 2024 r. (fotorelacja)

                                                               








Tym razem relacja zbiorcza z dwóch koncertów, które wypadły mi w zasadzie dzień po dniu. Pierwszy koncert odbył się w dobrze mi znanym klubie 2Progi. Wystąpiły Islandki z Kaelan Mikla, które widziałem na pewno na festiwalu Castle Party oraz gdy supportowały Alcest. Jako supporty przed KM zaprezentowali się rodzimy Pastry (rock alternatywny, indie rock, kompletnie nie moje zainteresowania muzyczne, ale życzę muzykom powodzenia) oraz mieszkająca w Polsce Amerykanka Moriah Woods, która ostatnio supportowała neofolkowy Of the Wand and the Moon. Jej poruszający kobiecy dark folk może się spodobać tym z was, którzy cenią nietuzinkowe artystki pokroju Darkher czy Chelsea Wolfe.  

Bardzo lubię niepokojący i nieco wiedźmowaty post-punk/darkwave Islandek z Kaelan Mikla. Mogę wręcz śmiało powiedzieć, że jeśli tylko nadarzy się okazja, to wybiorę się na ich koncert ponownie. Jest w muzyce tria dziewcząt z Reykjaviku coś onirycznego, chwytającego za serce, szamańsko-teatralnego. Z jednej strony te dźwięki potrafią być kojące, aksamitne, wysublimowane, relaksacyjne, tajemnicze, z drugiej (czasami) gniewne, krzykliwe i histeryczne. Publiczność gotycka pokochała Kaelan Mikla, ale Islandki często goszczą także jako support zespołów metalowych, tudzież są zapraszane na festiwale metalowe. A jeśli chcecie sprawdzić dodatkowo Kaelan Mikla z lat 80-tych, to polecam szwajcarskie trio The Vyllies. 

Set-lista z Poznania: "Kaelan Mikla", "Stormurinn", "Draumadis", "Andvaka", "Orlogin", "Kalt", "Sirenur", "Svort augu", "Nott eftir nott", "Hverning kemst eg upp?", "Naeturblom", "Osynileg", "Solstodur", "Hvitir Sandar" i na bis "Nornalagid". 

Odsłuch Kaelan Mikla (trzy pełniaki łącznie z debiutem z 2016 roku, "Draumadis" wciąż pozostaje największym 'hitem' Kaelan Mikla):

https://kaelanmikla.bandcamp.com/album/n-tt-eftir-n-tt

https://kaelanmikla.bandcamp.com/album/k-lan-mikla 

https://kaelanmikla.bandcamp.com/album/undir-k-ldum-nor-urlj-sum

Nazajutrz o 12.33 wsiadłem w pociąg regionalny do Wrocławia, by zobaczyć kolejny koncert, tym razem undertheskin (Polska, post-punk/coldwave) i Ultra Sunn (Belgia, EBM/industrial/dark electro). Zanim jednak trafiłem jednak do klubu Liverpool, postanowiłem przejść się na stary cmentarz żydowski na Ślężnej. Cóż za urocze miejsce. Nie będę wrzucał tutaj fotorelacji, jednak zachęcam do odwiedzin. Sporo grobowców rodzinnych i zapomnianych grobów, wiele z nich pięknie obrośniętych paprociami i innymi roślinami. Chodziłem zachwycony cmentarnymi alejkami tego pięknego cmentarza. Ale wróćmy do koncertu undertheskin i Ultra Sunn. Pospacerowałem niecałą godzinkę po Starym Mieście Wrocławia, zjadłem hamburgera i poszedłem pod Liverpool. Ogromnie mi się podobało, gdy pod klubem zaczęła się gromadzić publika gotycka, czyli (zazwyczaj) obowiązkowa czerń, radykalne makijaże i fryzury, etc., a zwyczajni przechodnie rzucali ukradkowe i zaciekawione spojrzenia. Ostatnio stykam się z tym także i ja i to coraz częściej ze względu na mój 'mroczny' i 'posępny' wizerunek. Z drugiej strony dla mnie nieistotne jest ile masz tatuaży, piercingu i jak się ubierasz, ważne jest natomiast jak empatyczny, uważny i życzliwy jesteś. Pamiętajcie Czytelnicy i Czytelniczki tego bloga: nie słowa innych są ważne, obserwujcie ich zachowania np. czy z empatią i życzliwością odnoszą się do osób z bliskiego otoczenia. 

undertheskin z Warszawy na pewno widziałem już wcześniej na Castle Party. To obecnie i w sumie od lat jeden z najciekawszych zespołów post-punkowych w Polsce, który oferuje słuchaczom muzykę chłodną, mroczną, melancholijną. Znakomite wokale Mariusza, melancholijne brzmienie gitar, doskonale uchwycona atmosfera refleksyjnego smutku. Wybrzmiały m.in. "Wave", "Borderline", "End This Summer", "Burn", "Drown", mój ulubiony "Freezing Lights", itd. Reakcja publiczności była ogromnie entuzjastyczna, zatem istnieje zapotrzebowanie na więcej koncertów undertheskin w Polsce. Osobiście zapraszam kiedyś do Poznania np. do Minogi albo 2Progi. 

Set-lista: "Poison", "Borderline", "Cold", "Wrong", "Undone", "Burn", "Nothere", "Wave", "Drown", "Freezing Lights", "Done", "End This Summer".

Odsłuch: https://underskin.bandcamp.com/album/n-e-g-a-t-i-v-e-2019

Belgijskie trio Ultra Sunn zdobywa w kręgach gotyckich i miłośników nieco mroczniejszej, acz melodyjnej elektroniki/EBM coraz większą popularność. Słyszałem o osobach, które przyjechały na ich wrocławski koncert ponownie. Ultra Sunn ostatnio wystąpili chociażby na Dark Malta Festival, a w Polsce wyprzedali koncert w Krakowie 7 czerwca 2024 r. Tak czy owak, jestem pod wrażeniem koncertu Belgów. Energiczny, żwawy, totalnie żywiołowy, ze znakomitymi męskimi wokalami a la Dave Gahan z Depeche Mode oraz tanecznymi partiami synth/industrialnymi. Wokalista Ultra Sunn = istna sceniczna charyzma.

Set-lista: "Intro", "Some Ghost Could Follow", "Young Foxes", "The Speed", "You & Me", "Broken Monsters",  "This Is Not About You", "Lost and Found", "Out of the Cage", "Can You Believe It", "The Truth", "Shake Your Demons" i na bis "Keep Your Eyes Peeled" i "Night Is Mine". 

https://ultrasunn.bandcamp.com/album/us

Podróż powrotna nocnym pociągiem z Wrocławia do Gdyni przez Poznań była męcząca. Przećwiczyłem to jednak już wcześniej w przypadku innych wrocławskich koncertów, w których uczestniczyłem. Wypada jednak pozdrowić dwie gotki, które jechały w tym samym wagonie osiemnastym co ja.

sobota, 16 marca 2024

New Model Army w Tamie 12 marca 2024 (fotorelacja)

                                                                                    




Mój trzeci koncert New Model Army i drugi w poznańskiej Tamie. Jako support wystąpili bliżej mi do tej pory nieznani warszawiacy z Cold Meat Party z całkiem przyzwoitym instrumentalnym noise rockiem. Jednak tak naprawdę czekałem na danie główne w postaci New Model Army. Muzykę zespołu z UK tak naprawdę ciężko zaszufladkować - jak dla mnie jest to po prostu heavy rock z naleciałościami post-punkowymi i folkowymi. I muszę przyznać, że Justin Sullivan wciąż pozostaje jednym z najbardziej charyzmatycznych wokalistów sceny rockowo-punkowej. Dość powiedzieć, że "The Hunt" coverowali Brazylijczycy na "Chaos AD" (1993). Brytyjczycy wydali w 2023 roku nagrany w Berlinie symfoniczny live album "Sinfonia", natomiast niedawno, bo 26 stycznia br. ukazał się ich kolejny album studyjny "Unbroken", z którym jeszcze nie zdołałem się osłuchać. Muszę jednak przyznać, że na żywo New Model Army wypadają niezwykle żywiołowo. Nawet ich bardziej melancholijne piosenki tchną energią i zapadają w pamięć, gdyż Sullivan jest znakomitym aranżerem. No i doskonałym wręcz frontmanem. NMA to zespoł zapewne dość ważny dla subkultury gotyckiej (obok Killing Joke), chociaż w zasadzie ich początki można uznać za post-punkowe.

Set-lista New Model Army: "Coming and Going", "States Radio", "First Summer After", "Language", "Winter", "If I Am Still Me", "Stormclouds", "Do You Really Want to Go There?", "No Greater Love", "Deserters", "225", "Green and Grey", "Idumea", "Reload", "Angry Planet", "Purity", "Wonderful Way to Go" oraz zagrane na bis "Where I Am", "Fate" i "Get Me Out".

poniedziałek, 21 listopada 2022

Retrospective i Antimatter w 2Progi, 19 listopada 2022 (fotorelacja)

                                                       




Z nieukrywaną przyjemnością wybrałem się na koncert Antimatter do poznańskiego klubu 2Progi, gdyż zespół Micka Mossa znam i cenię od lat. To była pierwsza moja wizyta w 2Progi i muszę przyznać, że to całkiem fajny klub, który mieści się w podziemiach. Co prawda w pewnym momencie mojego życia straciłem zainteresowanie rockiem progresywnym na rzecz innych gatunków muzycznych, Antimatter w zasadzie został jedynym zespołem tego gatunku muzycznego, który stale słucham - przede wszystkim ze względu na poruszający głos Micka Mossa oraz ogromny ładunek melancholii tkwiący w muzyce Brytyjczyków. Muzyki otwierającego zespołu z Leszna, Retropsective nie znałem zupełnie i muszę przyznać, że koncert Polaków odebrałem bardzo pozytywnie. Żwawy, energiczny, fajnie zaaranżowane i rozbudowane piosenki, ciekawe żeńskie i męskie wokale. Do tej pory przesłuchałem tylko najnowszy (piąty) album Retrospective "Introvert" (2022), który gorąco polecam.

https://retrospectivepl.bandcamp.com/album/introvert

Ósmy album Antimatter "A Profusion of Thought" (2022), który ukazał się zaledwie kilka dni temu to piosenki pochodzące z długoletniego archiwum Micka Mossa, które nie znalazły się na wcześniejszych albumach Antimatter. Album bardzo udany, co stwierdziłem już po jego pierwszym odsłuchu. Ilekroć widzę zespół Micka Mossa na żywo to jestem naprawdę pod wrażeniem. Energia, przejmująca melancholia, doskonałe zgranie się muzyków, humorystyczne interakcje Micka i pozostałych muzyków z widownią. Nie inaczej było w 2Progach. Zapamiętałem wypowiedź 47-letniego Mossa, że "muzyka Antimatter jest dla niego terapią". Bez niej by zniknął. Poza tym Mick Moss często współpracuje wokalnie z zespołami metalowymi (doom death metalowcy z Clouds, black metalowcy z Eudaimony), zatem ma wszechstronny gust muzyczny. Tak czy owak Antimatter zagrali bardzo przekrojowy set obejmujący w zasadzie wszystkie albumy zespołu (plus trzy kompozycje z "A Profusion of Thoughts"). 

Set-lista z Poznania: "The Third Arm", "This Is Not Utopia", "Partners in Crime", "Can of Worms", "Black Eyed Man", "The Last Laugh", "Monochrome", "Angelic", "Fold", "No Contract", "Wish I Was Here", "Kick the Dog", "Leaving Eden", "Paranova", "Redemption".

https://open.spotify.com/album/6P83JPvL9LTJ9wp8RH1cWg

piątek, 8 października 2021

Pink Turns Blue "Tainted" (2021) - recenzja

                                                  
Pink Turns Blue należy zdecydowanie do moich ulubionych zespołów post-punkowych/gotycko rockowych. Na Castle Party 2021 Niemcy zagrali rewelacyjnie. Powstali w 1985 roku, obok m.in. Marquee Moon należeli do pierwszej generacji niemieckiego rocka gotyckiego i początkowo funkcjonowali w dwuosobowym składzie: Mic Jogern i Thomas Elbern plus aparat perkusyjny. Głównymi muzycznymi inspiracjami dla darkwave'a/post-punka PTB były Clan of Xymox, Joy Division, The Chameleons oraz The Cure. W październiku 1987 roku ukazał się pierwszy album studyjny Niemców zatytułowany "If Two Worlds Kiss", z którego pochodzi m.in. ich emanujący chłodem przebój "I Coldly Stare Out". Jednak największym hitem PTB jest pochodzący z albumu "Meta" (premiera w październiku 1988 roku) "Your Master Is Calling", przebojowy i długi (ponad 7 minutowy) kawałek, który jednoznacznie kojarzy się z Pink Turns Blue. Sam osobiście go uwielbiam, a co za tym idzie słucham nader regularnie. 

1 października 2021 roku ukazał się dwunasty album Pink Turns Blue "Tainted". Album szczególny ze względu na jego tematykę. Obok typowych dla Niemców piosenek o miłości, przyjaźni, odrzuceniu, samotności znalazły się bowiem na nim kawałki o zmianach klimatycznych i inercji ludzkości w ich obliczu, niszczeniu środowiska, deforestacji, zaniku bioróżnorodności, bezmyślnej konsumpcji, problemach zdrowotnych i finansowej niepewności. Tak, to album proekologiczny, ale jednocześnie gorzki, introspektywny, refleksyjny i smutny. Miliony osób na Ziemi dostrzega problem antropogenicznych zmian klimatycznych, jednak tak naprawdę niewielu świadomych choć próbuje tak zmienić swoje życie, by zmniejszyć swój ślad węglowy. Jesteśmy na to zbyt wygodni, gdyż nie umiemy chociażby zredukować do minimum konsumpcji czy zrezygnować z dalekich podróży zagranicznych samolotem. Sam w tej materii bywam hipokrytą, choć doskonale wiem, że przyszłym pokoleniom przyjdzie żyć w świecie anomalii klimatycznych i nasilających się ekstremów pogodowych. W pewnym sensie ludzkość zawsze była, jest i będzie mądra po szkodzie. I być może stanie się tak w przypadku zmian klimatycznych: zaczniemy globalnie, kolektywnie współdziałać, gdy już pewnych procesów nie da się ot tak sobie zatrzymać czy zredukować. Może rzeczywiście w pewnym sensie ludzkość (albo część ludzkości) czeka prędzej czy później autodestrukcja na własne życzenie? Przykre natomiast jest to, że ciężar zmian klimatycznych i ich konsekwencji zrzucamy na barki dzieci, które przyszły już na świat, ale też dzieci, które dopiero zostaną poczęte. Ogromna chciwość i krótkowzroczność wielu polityków, decydentów i miliarderów oraz ich paskudna obojętność przyczynią się do pogarszających się warunków życia wielu milionów ludzi na Ziemi, gdyż zmiany klimatyczne będą postępować. Co do tego nie mam żadnych złudzeń.

Na "Tainted" jest 10 wspaniałych, melodyjnych i smutnych piosenek, ale ja osobiście wyróżniam najbardziej "Not Even Trying" (poruszający teledysk), "Summertime", "Brave New World" czy "You Still Mean Too Much to Me".

Posłuchajcie tego albumu tutaj:

https://pinkturnsblue.bandcamp.com/

czwartek, 4 lutego 2021

Marilyn Manson vs oskarżenia jego byłych partnerek o znęcanie się

                                                             

                                          
                                                    
Ostatnio głośno jest nie tylko w prasie muzycznej o oskarżeniach, jakie wniosły wobec Marilyna Mansona jego byłe partnerki i inne kobiety, w tym Evan Rachel Wood, Ashley Lindsay Morgan, Sarah McNeilly, Chloe Black i Gabrielle. Oskarżeń o znęcanie się fizyczne i psychiczne nie potwierdziła jedynie eks-żona muzyka Dita Von Teese. Z Mansonem współpracę zerwała jego dotychczasowa wytwórnia Loma Vista Recordings. Stanowczo odciął się od niego Trent Reznor z Nine Inch Nails - producent dwóch pierwszych albumów MM.

Osobiście nigdy nie miałem regularnej styczności za twórczością Marilyna Mansona, choć raz miałem okazję widzieć tego artystę na żywo: w poznańskiej Arenie w 2003 roku. Pamiętam, że koncert subiektywnie mi się podobał, był mocny, nieco perwersyjny i ekscentryczny. Ale jakoś mnie to zbytnio nie przekonało do muzyki Briana Warnera, ot, lubię ledwie kilka kawałków i miałem bodaj jego dwa albumy na CD ("Antichrist Superstar" i "Holly Wood"). Bardziej ciągnęło mnie do muzyki wspomnianego powyżej Nine Inch Nails, Ministry, Godflesh, Front Line Assembly, etc. Pamiętam jednak jak z ciekawością śledziłem informacje o masakrze w Columbine z 20 kwietnia 1999 roku. Za masowy mord Dylana Klebolda i Erica Harrisa niektórzy politycy i dziennikarze obwinili zespoły, które sprawcy słuchali np. Rammstein, KMFDM i Marilyn Manson. Szczególnie Manson stał się wówczas kozłem ofiarnym, naczelnym deprawatorem amerykańskiej młodzieży. Brian bronił się najlepiej jak mógł i udało mu się ten kryzys wizerunkowy jakoś przetrwać.

Nie było wielką tajemnicą, że Marilyn Manson traktował ludzi okropnie, zarówno członków swojego zespołu, jak i asystentki czy dawne partnerki. Wystarczy przeczytać jego biografię z 1998 roku "Long Hard Road Out of Hell" (ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Kagra) czy poszukać informacji odnośnie 'zaginionego' filmu Mansona zatytułowanego wymownie "Groupie". Zdziwienia i szoku większego nie ma. Rozsądek i empatia nakazuje mi w tym akurat przypadku stanąć po stronie skrzywdzonych kobiet, czyli ofiar.  Żyjemy obecnie w czasach MeToo, gdzie przestępstwa znęcania się psychicznego, molestowania seksualnego i przemocy seksualnej są błyskawicznie nagłaśniane w mediach społecznościowych i wieści bardzo szybko się rozchodzą. Manson tłumaczy się, że wszelkie relacje intymne z kobietami, które wcześniej miał były w pełni konsensualne. Czy aby na pewno? 

Owszem, zdarzały się przypadki fałszywego oskarżenia o gwałt, ale są one statystycznie rzadkie. Przestępstwa seksualne i akty domowej przemocy wobec kobiet są też często (stanowczo zbyt często) ignorowane, bagatelizowane przez organy ścigania, a kobiety zazwyczaj wstydzą się przyznać, że padły ofiarą wampirów emocjonalnych i seksualnych drapieżców. Ruch MeToo ośmielił je, sprawił, że przestały się bać i co rusz dochodzi do takich smutnych, aczkolwiek koniecznych coming outów. 

Przeczytałem opis asystenta Mansona Dana Cleary, który stanął po stronie Evan Rachel Wood i sprzeciwił się nazywaniu oskarżających muzyka kobiet kłamczyniami. Warto przeczytać i samemu wyrobić sobie zdanie:

https://twitter.com/DanCleary79/status/1304976908489076739

Czy obecny skandal wokół Mansona sprawi, że ów artysta spadnie z hukiem z piedestału tak jak np. Bill Cosby? Być może. Czas pokaże. Ja jednak nie zamierzam nikogo zniechęcać do słuchania Marilyna Mansona i kupowania jego płyt, gdyż jestem zwolennikiem oddzielenia sztuki od osoby artysty. Dla wielu słuchaczy i słuchaczek jego muzyka coś kiedyś znaczyła, dla mnie akurat nie. Nie przepadam też za cenzurowaniem sztuki w drastycznej formie. Wychowałem się na horrorach (zarówno literackich, jak i filmowych) oraz na black i death metalu. Wielu cenionych artystów miało swoje mroczne odchyły, ćpało na potęgę, zachowywało się obscenicznie i traktowało innych ludzi podle, skandalicznie i z wyrachowaniem. Nie pierwszy taki przypadek i nie ostatni. Oczywiście należy być przyzwoitym wobec innych, a już szczególnie wobec kobiet, które bardzo często są ofiarami przemocy domowej, seksualnej, emocjonalnej. Wykazać zainteresowanie, wspierać i nigdy nie osądzać. Pewne zachowania traumatyzujące innych muszą być jednak społecznie piętnowane - niezależnie od tego jak znany i straumatyzowany był sam sprawca. Jeśli celowo i z rozmysłem niszczymy kogoś fizycznie czy psychicznie to nie zasługujemy na żaden poklask, a jedynie na dezaprobatę, ostracyzm. Plamy na reputacji nie da się łatwo zmazać. Zwłaszcza w dobie zainicjowanego w USA ruchu MeToo.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Steven Wilson w Poznaniu, 17.04.2016, Sala Ziemi oraz samotna śmierć Joyce Carol Vincent



















Zapewne każdy fan twórczości Stevena Wilsona zapoznał się już z prawdziwą historią Joyce Carol Vincent stanowiącą niepokojący koncept czwartego albumu artysty "Hand. Cannot. Erase" (2015). Jest to historia kobiety, która przeprowadza się do wielkiego miasta i początkowo odnosi sukcesy, lecz przychodzi taki moment że zostaje kompletnie zapomniana i umiera w samotności. 25 stycznia 2006 roku w londyńskim Wood Green w małej kawalerce zostają odnalezione zwłoki 38-letniej Joyce Carol Vincent. Szkielet kobiety znajduje się na sofie, a w kącie pokoju stoi telewizor nastawiony na stację BBC1. Ciało jest w stanie tak daleko posuniętego rozkładu że dokonano jego identyfikacji na podstawie akt dentystycznych i zdjęcia uśmiechniętej kobiety, którą była Joyce Carol Vincent. Śmierć Joyce nastąpiła prawdopodobnie w grudniu 2013 roku, kobieta umarła naprzeciw włączonego telewizora, jej ciało odnaleziono po dwóch latach i miesiącu od prawdopodobnej daty śmierci. W jaki sposób czyjaś absencja może zostać przez tak długi czas niezauważona? Tym bardziej w wielkim mieście jakim jest Londyn. Powstał na ten temat film dokumentalny "Dreams of Life" (2011) w reżyserii Carol Morley, który obejrzał Steven Wilson i pod jego wpływem narodził się koncept "Hand. Cannot. Erase" (2015).

Joyce Carol Vincent przyszła na świat w londyńskim Hammersmith 15 października 1965 roku. Jej rodzice wyemigrowali do UK z karaibskiej Grenady. Gdy Joyce miała 11 lat zmarła jej matka. Dziewczynką opiekowały się cztery starsze siostry. Ojciec, który zmarł w 2004 roku zbytnio się nią nie interesował. Joyce Vincent można było określić jako kobietę sukcesu. Pracowała w wydziale finansowym w Ernest & Young, gdzie zarabiała dobre pieniądze. Zaręczyła się z kimś, kto wolał pozostać anonimowy. Z prestiżowej pracy zrezygnowała jednak z nieznanych powodów w marcu 2001 roku. Znajomi wspominają Joyce jako kobietę ambitną, pozbawioną nałogów, umiejącą śpiewać. Jednak Joyce często zmieniała miejsca zamieszkania i była skryta.

Ciało Joyce znaleziono w kawalerce na samym końcu deptaku. Drzwi do mieszkania Joyce były zamknięte, przez okna nie dało się wiele zobaczyć. Z jej kawalerką sąsiadowało tylko jedno mieszkanie, nie było pomieszczeń mieszkalnych nad nią, ani pod. Połowa czynszu za kawalerkę Joyce była płacona przez agencję wypłacającą świadczenia, opłaty za telewizję i ogrzewanie też były automatycznie opłacane. Przyczyna śmierci Joyce pozostała nieznana, ale kobieta cierpiała na astmę i chorobę wrzodową. Jej ciało leżało na plecach blisko torby na zakupy, otaczały je zapakowane lecz nigdy nie dostarczone prezenty świąteczne. Dla kogo miały być one przeznaczone? Nie wiadomo. Wykluczono udział osób trzecich w śmierci Joyce.

Po rezygnacji z pracy w Ernest & Young Joyce przez pewien czas przebywała w schronieniu dla ofiar przemocy domowej w Haringey. W owym czasie miała narzeczonego do którego policja nie dotarła. Kim był ten człowiek? Przed śmiercią Joyce nie odpowiadała na telefony od sióstr, nie miała stałych przyjaciół, zawierała raczej znajomości z osobami jej obcymi, często zmieniała miejsca zamieszkania jakby stale przed czymś uciekała. Przed wstydem nieudanego związku? Dlaczego postanowiła całkowicie zerwać więzi z siostrami i grupką przyjaciół z lat 80-tych? Wreszcie ile takich osób żyje w wielkich miastach? Zapomnianych, ignorowanych, świadomie redukujących kontakt z otoczeniem i uciekających przed bolesną przeszłością?

Koncept "Hand. Cannot. Erase" Stevena Wilsona opiera się na życiu Joyce, choć naturalnie znalazły się w nim elementy fikcyjne. Czołową postacią konceptualną jest H., która znika 22 grudnia 2014 roku pozostawiając spakowane prezenty dla odseparowanego brata i jego rodziny. Co ciekawe, główną postać konceptu stanowi modelka Carrie Grr, która jest moją znajomą. I to ona zaproponowała mi w ubiegłym roku dołożenie swojej skromnej cegiełki do historii scalającej "Hand. Cannot. Erase". Pojawiam się króciutko w utworze "Happy Returns", a konkretnie w wizualizacji koncertowej, która towarzyszy odgrywaniu przez zespół tego utworu na żywo. Gros materiału filmowego stanowiącego oprawę wizualną koncertów promujących najnowszy album Wilsona nakręcono w Poznaniu, a ja sam brałem udział w kręceniu filmu na Cytadeli.

Koncert Stevena Wilsona i jego zespołu w poznańskiej Sali Ziemi trwał prawie trzy godziny z 20-minutową przerwą. W pierwszej połowie koncertu Wilson wraz z towarzyszącymi mu muzykami skupił się na zagraniu w całości "Hand. Cannot. Erase", a w drugiej zaprezentował utwory z repertuaru Porcupine Tree oraz z najnowszego albumu Wilsona "4 ½", który ukazał się w styczniu 2016 roku. W trakcie pierwszej połowy koncertu oprócz pięknej (czasem stonowanej, czasem zmetalizowanej) i częstokroć smutnej muzyki Wilsona trudno było nie zwracać uwagi na cudowne wizualizacje, które towarzyszyły poszczególnym utworom z "Hand. ..." Skupiały się one na Carrie Grr, ale można było się też zasmakować w specyfice Poznania. Sam Wilson powiedział żartobliwie że wizualizacje z Poznania zachęcą zagranicznych miłośników jego twórczości do odwiedzin miasta. Jak w wielu innych przypadkach z muzyką Wilsona zacząłem zaznajamiać się za sprawą albumu "In Absentia" (2002) Porcupine Tree, a potem w mniejszym lub większym stopniu (choć niezbyt dokładnie) śledziłem dokonania Brytyjczyka w innych projektach. Odpowiadał mi ten specyficzny brytyjski sentymentalizm jego utworów, nadto trudno nie docenić niewiarygodnego wręcz talentu multiinstrumentalisty Wilsona. Tym chętniej wziąłem udział we wczorajszym koncercie, gdyż ostatni raz widziałem Porcupine Tree na żywo w 2007 roku, gdy supportowała ich Anathema. Od tego czasu Wilson pojawił się w Polsce kilkukrotnie, ale zawsze albo nie miałem pieniędzy albo coś innego mi wypadało.

Wykonanie całego "Hand. Cannot. Erase" od początku do końca było perfekcyjne, a po przerwie Wilson wraz ze swoimi muzykami zagrał m.in. w nieoficjalnym hołdzie Davidowi Bowie "Lazarus" (na finalnym albumie Davida znajduje się utwór pod tym samym tytułem), "Open Car", "Sleep Together", "Don't Hate Me" czy "The Sound of Muzak" (wszystkie utwory z repertuaru Porcupine Tree), "Drag Ropes" (Storm Corrosion) oraz trzy kawałki z ""4 ½". Na bis "The Raven That Refused to Sing", który to utwór Wilson uznaje za swojego osobistego faworyta. Pięknie zabrzmiał także cover Davida Bowiego "Space Oddity" - Steven w trakcie koncertu przyznał że Bowie inspirował go pod kątem nie tyle muzyki, co konsekwentnej ścieżki artystycznej kariery. Niestety śledziłem koncert z antresoli, zatem zdjęcia nie są idealne, ale wybrałem kilka takich, które prezentują się w miarę przyzwoicie.

Zachęcam do wybrania się na dzisiejszy koncert w Krakowie. Oraz do zwracania większej uwagi na żyjących gdzieś obok outsiderów w społeczeństwie, gdyż przypadki takie jak smutna historia Joyce zdarzają się całkiem często.

środa, 30 marca 2016

New Keepers of the Water Towers i Hexvessel w Minodze, 29.03.2016 (fotorelacja)



















Bardzo miło wspominałem poznański koncert Finów z Hexvessel z 16 kwietnia 2013 roku, gdy supportowali Sabbath Assembly. Po blisko trzech latach zespół Kvohsta (Matthew McNerneya) powrócił do klubu Minoga, by zagrać koncert promujący najnowszy album Hexvessel "When We Are Death" (2016), który lada dzień ma się ukazać na łamach Century Media. Matthew McNerney zaczynał karierę muzyczną jako wokalista awangardowo black metalowych Code i Dødheimsgard, założył także własny industrial black metalowy projekt Void. Wraz z przeprowadzką do Finlandii Kvohst dość radykalnie zmienił rejony muzyczno-twórcze i obecnie jego muzyka ma niewiele wspólnego z metalem. Założył psychodeliczno-folkowo-rockowy Hexvessel, a także nieistniejący już post-punkowy Beastmilk (obecnie Grave Pleasures). W Hexvessel Matthew gra na gitarze, śpiewa i odpowiada za warstwę liryczną piosenek zespołu. W Helsinkach posiada własny klub muzyczny Mega Therion, w którym organizuje koncerty kapel metalowych np. Obliteration i występy DJ-ów. Coś a la Libacja Nergala z Behemoth, tylko muzycznie jest zapewne ciekawiej.

Szwedów z New Keepers of the Water Towers nigdy wcześniej nie słyszałem, zatem to był mój dziewiczy kontakt z ich muzyką. Ku mojemu zdziwieniu to nie są żadni debiutanci na scenie muzycznej, gdyż kapela istnieje już od 2006 roku i ma na swoim koncie trzy długograje, w tym "The Infernal Machine" z 2016 roku. Muzycznie progresywny i psychodeliczny stoner doom, wielowymiarowy i interesujący, w którym nietrudno wyczuć wpływy przede wszystkim Mastodon, Opeth czy Baroness. Podobał mi się kosmiczny nastrój New Keepers of the Water Towers oraz spokojniejsze akustyczne partie gitarowe. Stoner doom metalu słucham bardzo sporadycznie, a tutaj miałem do czynienia ze swoistym miksem prog rocka, stoner doom metalu z odrobiną folkowych brzmień i post-metalu. Przyjemna muzyka na żywo. Właśnie ją odsłuchuję z Youtube.

Hexvessel zagrał blisko 80-minutowy koncert i muszę przyznać że ponownie bawiłem się wybornie. Zastanawiałem się czy w ogóle się na tym gigu stawić z racji tego że trawi mnie wiosenna grypa. Muzyka Hexvessel nie bez kozery bywa określana jako psychodeliczny leśny folk rock. I rzeczywiście w tym opisie tkwi sedno sprawy. Aż się ma ochotę słuchając bogatych w emocje dźwięków Hexvessel rzucić wszystko, wyrwać się z matni oczekiwań i podążyć do leśnej głuszy. Wyciszyć się wewnętrznie wśród szumu starych drzew i zapachu bagien & torfowisk. Co prawda nowa płyta "When We Are Death" (2016) nurza się w hipisowskim retro-rocku lat 60-tych nieco odcinając się od leśnych korzeni (z naciskiem na nieco), ale te nowe kawałki brzmią na żywo wybornie. Do tego McNerney jest wyśmienitym i niezwykle charyzmatycznym frontmanem. Nad muzyką Hexvessel wciąż unosi się psychodeliczna aura, woń kadzideł i leśnego poszycia, pogański wolny duch będący przeciwwagą dla męczącej zorganizowanej religii. To muzyka pełna luzu, zadziorna i czasem refleksyjna. Set-lista Hexvessel: "Transparent Eyeball", "Woods to Conjure", "Teeth of the Mountain", "I Am the Ritual", "Mirror Boy", "Sacred Marriage", "Drugged Up on the Universe", "Cosmic Truth", "Mushroom Spirit Doors", "Hunter's Prayer", "Earth Over Us", "When I Am Dead" i "Are You Coniferous?"

środa, 21 października 2015

Antimatter w Bazylu 20 października 2015 roku (fotorelacja)

.

















Ominął mnie koncert Antimatter na tegorocznym Castle Party, gdyż w dniu kiedy grali nie było mnie w Bolkowie (Castle Party odwiedziłem w 2015 roku tylko na jeden dzień - dzień Wardruny). Po niedawny koncercie Outre i Infernal War miałem też przemożną ochotę posłuchać łagodniejszych i melancholijnych dźwięków. Często zahaczam o tego typu dźwięki, jeśli wypływają z nich szczere emocje. W muzyce metalowej poszukuję nie tylko agresji, wściekłości, nihilizmu, brzydoty, transu, ale też smutku, szarzyzny, mroku, melancholii. Wielu artystów wywodzących się spoza sceny metalowej np. projekty dark ambientowe, neofolkowe, neoklasyczne czy post-rockowe są mi w stanie zagwarantować przepływ właściwych emocji. Nie chodzi o to że jestem skrajnym pesymistą, bo tak nie jest (choć odrobina pesymizmu i rozczarowania światem nie zaszkodzi), po prostu muzyka smutna i posępna zostaje w słuchaczu na dłużej, łatwiej mi jest się z nią zidentyfikować. Dość tych dywagacji, wracam do koncertu.

Pierwsze niemiłe zaskoczenie to brak jakiegokolwiek merchu Antimatter. Czemu? Nie mam pojęcia, tym bardziej że zespoły supportujące kolektyw Micka Mossa miały płyty do sprzedania. Na pierwszy ogień poszła poznańska kapela instrumentalno-post-rockowa Beyond the Event Horizon. Koncert całkiem przyjemny, acz ździebko monotonny i w tej chwili trudno mi sobie przypomnieć jakiekolwiek kompozycje, które wczoraj zagrali. Inna sprawa, że z muzyką BTEH zapoznałem się bardzo pobieżnie na krótko przed koncertem. Zwykle tak robię gdy danej kapeli w ogóle nie znam. Utkwiły mi w pamięci wizualizację w trakcie zagranego w finale porywającego utworu: erupcje wulkaniczne, tornada, teleskopy. Może dlatego że interesuję się zarówno katastrofami naturalnymi, jak i astronomią i kosmologią. Nadto fajna nazwa zespołu, którą można przetłumaczyć jako Poza Horyzont Zdarzeń (przypis: Czarnej Dziury), czyli tam skąd nie ma już powrotu. Granica obszaru, z którego nie może wydostać się informacja o jakimkolwiek zdarzeniu zachodzącym w jego wnętrzu. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu że nastrój muzyki Beyond the Event Horizon był chwilami kosmiczny, do czego przyczyniały się ciekawe partie klawiszowe.

Obecnie po sludge doom czy atmosferyczny sludge sięgam dość rzadko, choć kilka lat temu miałem na tego typu dźwięki dość mocną zajawkę i uwielbiałem kapele pokroju Cult of Luna, Isis czy Pelican. Ta muzyka jednak trochę mi się przejadła, niemniej od czasu do czasu mogę posłuchać tego typu dźwięków. Poznański Butterfly Trajectory widziałem już kilkakrotnie (supportowali w Poznaniu m.in. Leech, Obscure Sphinx i Blindead), zatem ich muzyka nie była mi obca (przynajmniej w wydaniu koncertowym). Nie miałem okazji zapoznać się z najnowszym albumem "An Act of Name Giving" (2015), ale z pewnością to kiedyś uczynię, tym bardziej że muzycy BT zagrali wczoraj z niego kilka kawałków. Momentami potężny i wgniatający w glebę atmosferyczny sludge/post-metal przeplatany łagodniejszymi aranżacjami post-rockowymi. Mało jest w Polsce tego typu zespołów, ale generalnie odnoszę wrażenie że w Polsce muzyka doom metalowa czy ocierająca się o doom metal jest traktowana nieco po macoszemu. Polska stoi death i black metalem.

Czytałem kiedyś mało pochlebną opinię o muzyce Antimatter. Ktoś w czeluściach Internetu stwierdził że jest płaczliwa i adresowana głównie do kobiet. Rzeczywiście na wczorajszym koncercie Antymaterii przedstawicielek płci pięknej było całkiem sporo, a co do płaczliwości muzyki Antimatter to mnie taka płaczliwość odpowiada. Mick Moss jest wrażliwym człowiekiem i przekuwa ową wrażliwość na kompozycje Antimatter. Inna sprawa, że wczorajszy, trwający ponad 90 minut koncert Antimatter nie był pozbawiony rockowego pazura. Momentami gitary brzmiały ciężko, wręcz metalowo, a wokale Mossa poruszały w słuchaczkach i słuchaczach czułe struny. O to chodzi w pięknej i zapadającej w pamięć muzyce: ma poruszać, a nie służyć jako tło. Zespół skupił się na prezentowaniu kawałków z najnowszego albumu "The Judas Table" (2015), który traktuje o zdradzie w stosunkach międzyludzkich, ale też zagrali kilka kompozycji z "Fear of a Unique Identity" (2013). Osobiście zabrakło mi cudownie smutnych numerów z "Planetary Confinement" (2005) czy "Leaving Eden" (2007) np. "Legions", "Epitaph" czy ""Fighting for a Lost Cause", ale nie można mieć wszystkiego. Set-lista (zapewne niepełna, gdyż nie pamiętam wszystkich zagranych piosenek) Antimatter była następująca: "Killer", "Paranova", ""Firewalking", "The Black Eyed Man", "Monochrome", "Uniformed and Black", "Can of Worms", "Leaving Eden" plus jeszcze parę kawałków, w tym jeden utwór projektu Sleeping Pulse z którym nie jestem zaznajomiony.

wtorek, 2 grudnia 2014

Swans w Eskulapie, 01.12.2014 roku (fotorelacja)



















Kiedy dowiedziałem się, że Swans mają grać bardzo blisko mojego miejsca zamieszkania nie mogłem tego koncertu tak po prostu odpuścić. Miałem w świadomości pamiętny koncert Łabędzi z 16 marca 2013 roku, który odbył się w warszawskiej Stodole - bilet wstępu kosztował wówczas 100 zł, na wczorajszy gig 75 zł. Skąd taka różnica? Nieważne. Michael Gira z zespołem wystąpił w tym roku na krakowskim Unsound; trasa promująca najnowszy album Łabędzi "To Be Kind" (2014) objęła trzy polskie miasta: wczoraj Poznań, dzisiaj Gdańsk, zwieńczenie trasy w Warszawie. Co znamienne, Michael Gira będąc już po sześćdziesiątce znajduje się obecnie w jednym z najpłodniejszych twórczo okresów w swojej niesamowicie bogatej i zróżnicowanej muzycznej karierze. Wcale się nie zdziwię, gdy w 2015 roku wyjdzie kolejny album Swans i zespół wróci na polską ziemię, by zagrać koncerty. W końcu grają u nas w miarę regularnie.

Tym razem obyło się bez żadnego supportu. No i dobrze, mam tylko jedno ale. Skoro na bilecie napisane było godzina 20 to czemu Łabędzie zaczęły grać dopiero po 21. Tak długie czekanie pod sceną na Swans (w klubie byłem już przed dwudziestą) było trochę frustrujące. W przypadku koncertu Łabędzi daje się odczuć wymiar fizjologiczny ich muzyki. Eksplozje hałasu w wykonaniu Swans i wibracje im towarzyszące odczuwa się na całym ciele. Niektórzy świadomi tego fani kapeli przynoszą ze sobą zatyczki do uszu, ale dla mnie takie podejście mija się celem. Hałaśliwa i organiczna muzyka Łabędzi ma za zadanie wbijać słuchaczy w ziemię, doprowadzać ich do stanu ekstatycznego transu, przenikać umysł i zmusić ciało do drżenia. Te pulsujące, częstokroć bardzo długie i rozbudowane kompozycje brzmią niczym trzęsienia ziemi i nadchodzące krótko po nich wstrząsy wtórne. Michael Gira, kapitan okrętu flagowego Swans od ponad trzydziestu lat nadal jest w znakomitej formie koncertowej. Tańczył na scenie, przewracał się na podłogę, drżał, policzkował się po twarzy, a jego głos chwilami brzmiał niczym skomlenie z piekielnych otchłani. Z lewej strony pozbawiony koszuli długowłosy Thor Harris wyżywał się na dzwonach rurowych i klarnecie. Wysunięty na przód Christopher Hahn żując coś nieprzerwanie w skupieniu grał na gitarze lap steel. Co rusz zerkał jednak w stronę widowni. Po prawej stronie sceny znajdowali się basista Chris Pravdica oraz gitarzysta Norman Westberg (obecny w Swans niemal od początku istnienia zespołu), a w tyle zasiadł za perkusją Phil Puleo.

Koncert Łabędzi był bardzo długi (trwał ponad dwie godziny), bezkompromisowy i intensywny, pełen napięcia i uwalniania emocji w formie eksplozji nieobliczalnego hałasu. Poleciało bodaj siedem długich i rozbudowanych kompozycji. Set-lista przedstawia się następująco:

1) "Intro"/"Bang a Gong"
2) "Frankie M"
3) "A Little God in My Hands"
4) "The Cloud of Unknowing"
5) "Just a Little Boy (For Chester Burnett)"
6) "I Forget"
7) "Bring the Sun"/ "Black Hole Men"

Wrzucam większość zdjęć, które zrobiłem wczorajszego wieczoru.