Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 maja 2023

Stefanies Geschenk (1996) - recenzja

Oniryczny i niepokojący film w estetyce arthouse, w którym rzeczywistość przeplata się z buzującą wyobraźnią dwunastoletniej Stefanie. Dziewczynka dorasta seksualnie i widzi różne dziwne rzeczy m.in. morduje swoich rodziców, którzy usiłują wywrzeć na nią nieustanną presję (dziewczynka unika szkoły) czy przeżywa pierwszą inicjację seksualną.

Eleganckie czarno-białe zdjęcia, ciekawe kadry i sporo lekkiego fetyszyzmu m.in. dużo zbliżeń na usta dziewczynki, jej nogi czy makijaż. "Stefanie Geschenk" potrafi być ździebko perwersyjny i nihilistyczny, choć daleko mu w tej materii do dosłowności "Maladolescenza" (1977) Pierre Giuseppe Murgia. Doskonała rola młodziutkiej szwajcarskiej modelki Soraya Da Mota (w chwili nakręcenia "Stefanie's Gift" miała 14 lat). 

Polecam, jeśli lubicie kino arthouse i coming-of-age. Mocna inspiracja niemieckim ekspresjonizmem a la "Nosferatu" Murnaua czy "Vampyr" Dreyera. Ten deliryczny film można obejrzeć na YouTube za darmo. Któż by pomyślał jak wiele dziwnych filmów oraz zapomnianych muzycznych albumów, dem i EP-ek można tam znaleźć.

poniedziałek, 3 kwietnia 2023

Holy Spider/ Święty pająk (2022) - recenzja

                                                                 
Ostatnio miałem okazję obejrzeć irański serial killer movie "Holy Spider" (2022) w reżyserii Ali Abbasi, który dość luźno (ale w miarę wiarygodnie) opiera się na prawdziwej historii seryjnego mordercy Saeeda Hanaei, który w latach 2000-01 mordował prostytutki w mieście Mashad (Iran). Saeed, bogobojny mąż i ojciec trójki dzieci (syna i dwóch córek) przez lata tkwił w dysfunkcjonalnej relacji ze swoją matką, która się nad nim znęcała. Mężczyzna był zgorzkniałym weteranem wojny iracko-irańskiej i pracował na budowach. 

Wieczorami i nocami polował na kobiety lekkich obyczajów, często narkomanki. Upatrzone ofiary zabierał do domu, tam je dusił ich własnymi chustami, a ich ciała porzucał niczym śmieci w okolicach Mashad. Łącznie zabił 16 kobiet. Po schwytaniu w lipcu 2001 roku twierdził, że jego celem było pozbycie się, ukrócenie 'moralnego zepsucia' w Masahad. W popełnianiu morderstw miał mu sprzyjać Allah. Co ciekawe, wielu religijnych fanatyków popierało morderstwa Saeeda i wspierało go dobrym słowem. Mimo to Saeed nie uniknął kary śmierci i został powieszony w więzieniu Masahad 8 kwietnia 2002 roku.

W "Holy Spider" na trop mordercy prostytutek zwanego Pająkiem wpada dziennikarka Arezoo Rahimi (Zar Amir Ebrahimi), która w Masahad styka się z wszechobecnym teistycznym patriarchatem oraz z charakteryzującą go mizoginią. Morderca w filmie to Saeed Azimi (Mehdi Bajestani) i w zasadzie jest on odzwierciedleniem Saeeda Hanaei (wierna żona, trójka dzieci, w tym syn, który uważa ojca za idola).  

W filmie Abbasi zaakcentowana zostaje głęboko zakorzeniona mizoginia, z jaką stykają się kobiety w Iranie. Nie brakuje też w nim brutalniejszych scen morderstw, seksu i odrobiny nagości, zatem nie można było nakręcić "Holy Spider" w Islamskiej Republice Iranu (film będący koprodukcją Niemiec, Danii, Szwecji i Francji nakręcono w Jordanii). Oczywiście irańscy fundamentaliści (już w oparciu o sam trailer) zawyrokowali, że thriller Abbasi obraża miliony muzułmanów. Natomiast na festiwalu w Cannes "Holy Spider" otrzymał owację na stojąco, gdyż jest doskonale zagrany, zrealizowany, całkiem sugestywny i potrafi wzbudzić smutek i niepokój. 

Po seansie warto obejrzeć wywiad z seryjnym mordercą Saeedem Hanaei z 2002 roku i członkami jego dysfunkcjonalnej rodziny:

https://iranwire.com/en/society/60247/

wtorek, 21 lutego 2023

Stray Dogs/ Psy (1989) - recenzja

                                                  
Wskutek konstrukcji zapory pewna osada w Kazachstanie ("Psy" nakręcono nad wysychającym wskutek wywołanej przez Sowietów katastrofy ekologicznej Morzem Aralskim) zamienia się w pustynię i staje się niezdatna do życia, co skutkuje jej opuszczeniem przez mieszkańców. Na miejscu pozostają zdziczałe psy, które nie wahają się atakować i zabijać ludzi. W wymarłej pustynnej osadzie pojawia się grupa bezlitosnych eksterminatorów pod przewodnictwem Iwana, której zadaniem jest wyrżnięcie w pień stada krwiożerczych psów.

"Psy" to jeden z najdziwniejszych filmów jakie miałem okazję w bieżącym roku oglądać. To brutalny i surrealistyczny thriller post-apo z ZSRR, którego fabuła toczy się wśród piasków, opuszczonych budynków i zardzewiałych wraków Morza Aralskiego. Sporo brutalności, trochę gore, fascynująca lokalizacja, nihilistyczna atmosfera, nastrojowa ścieżka dźwiękowa Mashina Vremeni oraz dobra gra aktorska.

Jedna uwaga: w filmie są brutalne i zapewne traumatyczne dla zwierząt sceny strzelania do psów. Owe sceny są nad wyraz mocne i dość realistyczne. Zastanawiam się czy w trakcie kręcenia "Psów" rzeczywiście żadne zwierzę nie zostało trwale skrzywdzone. Tak czy owak, film ogląda się z fascynacją, obrzydzeniem i zainteresowaniem. Do zapamiętania choćby scena wessania busa przez piasek i śmierci jednej z postaci.

Gdy zmarł Ruggero Deodato, reżyser "Jungle Holocaust" i "Cannibal Holocaust" niektórzy moi znajomi ucieszyli się z jego śmierci, gdyż na planie filmów kanibalistycznych Włocha realnie umierały zwierzęta. Takim osobom odradzam też seans "Psów", choć istnieje oczywiście możliwość, że żadne zwierzę nie zostało w trakcie kręcenia scen filmu skrzywdzone. 

Ten pustynny sowiecki film post-apo skojarzył mi się nieco z australijskim arcydziełem kina outback "Wake In Fright" (1971) Teda Kotcheffa, w którym mamy drastyczną scenę polowania na kangury.  Dla wielbicieli "Zapisków martwego człowieka" (1986) film jak znalazł.Także wielbiciele nurtu animal attack powinni zapisać "Psy" na listę filmów do obejrzenia.

wtorek, 6 grudnia 2022

To Kill a Dead Man (1994) - recenzja

Jako że ostatnio przesłuchałem/odświeżałem wszystkie trzy albumy stuudyjne Portishead ("Dummy", "Portishead" i mocno awangardowy/eksperymentalny "Third") plus nowojorską koncertówkę Roseland przyszedł czas na krótki seans "To Kill a Dead Man". To czarno-biały kryminał w estetyce kina noir będący hołdem dla kina szpiegowskiego z lat 50-tych, 60-tych i 70-tych.

Snajper w długim płaszczu zabija pewnego mężczyznę, męża Beth Gibbons. Kobieta trafia do szpitala i tam zaczyna wyobrażać sobie różne scenariusze...

Fajnie uchwycony klimat kina noir i doskonała muzyka Portishead ilustrująca zagmatwaną fabułę. Sam pomysł nakręcenia krótkiego filmu jako uzupełnienia ikonicznego juz albumu "Dummy" (1994) genialny. Lubię mroczny, melancholijny i mocno kinematograficzny (by nie rzec gotycki) trip hop Portishead i szanuję ten zespół, gdyż rzadko wydają muzykę. W końcu po co tworzyć na siłę, jeśli tworzenie przestaje być satysfakcjonujące? Nic dziwnego, że wielkim fanem Portishead jest m.in. Aaron Stainthorpe, wokalista My Dying Bride. Cover "Roads" Portishead w wykonaniu MDB jest naprawdę świetny.

https://www.youtube.com/watch?v=zU450iMsdOk

Natomiast jeśli chodzi o Portishead to moim ulubionym albumem Brytyjczyków jest (niepopularna opinia) "Portishead" z 1997 roku - subiektywnie to album wiele mroczniejszy i silniej działający na wyobraźnię niż siłą rzeczy popularniejszy "Dummy" (1994). 

No to trzeba zaprezentować młodszym czytelnikom i czytelniczkom "Cowboys" i "Elysium".

https://www.youtube.com/watch?v=ApQpx-MVk0w 

https://www.youtube.com/watch?v=9emetvyFwY4 

Natomiast jutro zabiorę się za recenzję "Moonage Daydream" (2022).

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

Malpertuis (1971) - recenzja

                                      

Młodziutki marynarz Jan (Mathieu Carriere) poszukując rodzinnego domu zostaje porwany w tajemniczych okolicznościach i budzi się w posępnej rezydencji zwanej Malpertuis. Dziwnym i odrealnionym domostwie, które zaludniają szalone i groteskowe postaci. Domostwie pełnym labiryntowych korytarzy, spiralnych schodów i przyprawiających o dreszcze tajemnic. Jego przykuty do łóżka wujek-okultysta Kasawiusz (genialny Orson Welles) zwołuje wszystkich, by podyktować im testament. Uczestnicy spotkania mają zamieszkać w Malpertuis, nikt nie może rezydencji opuścić...

Starałem się zbytnio nie spoilerować, zatem ograniczyłem się jedynie do przedstawienia zarysu fabuły. "Malpertuis" to adaptacja onirycznej powieści fantasy/horror Jean Ray z 1943 roku. Jeśli mieliście okazję ją kiedyś czytać, to tym bardziej zachęcam do zapoznania się z jej belgijsko-holenderską adaptacją z 1971 roku. Z prostego powodu: to jeden z esencjonalnych gotyckich filmów fantasy z elementami horroru z lat 70-tych. Film ogromnie wysmakowany, stylowy, doskonale zagrany i zrealizowany. Harry Kümel wyreżyserował w 1971 roku także świetny lesbijski horror wampiryczny "Daughters of Darkness", który można śmiało uznać za prekursora "Zagadki nieśmiertelności" (1983).  Podobnie jak w "Dzieciach nocy" także i w "Malpertuis" jest mnóstwo efektownej gotyckiej atmosfery grozy i niesamowitości oraz nieco uwodzicielskiej erotyki i seksualnego napięcia. Film jest także bogaty w symbolizm i oniryzm rodem z "Alicji w Krainie Czarów" Lewisa Carrolla.

Labirynt fantasmagorycznego szaleństwa. Uwielbiam!

Fani Eurohorroru i filmowego surrealizmu muszą zobaczyć ten w gruncie rzeczy raczej mało znany film.  

"I Am Love" "I Am Death" - Jestem miłością. Jestem śmiercią. 

Link do obejrzenia "Malpertuis":

https://www.youtube.com/watch?v=8TWOSn130ac

środa, 9 lutego 2022

Oszust z Tindera (2022) - recenzja

W ten weekend obejrzałem kolejny film dokumentalny Netflixa "Oszust z Tindera" (2022). Nie żeby mnie specjalnie interesowała jego tematyka, ale podobał mi się poprzedni film true crime w reżyserii Felicity Morris o Luce Magnottcie, mordercy i kanibalu z Kanady, który za wszelką cenę pragnął internetowego rozgłosu (zaczął od zabijania kotków, skończył na brutalnym morderstwie człowieka). Tematyka "Oszusta z Tindera" nie jest aż tak drastyczna i wciągająca. Fabuła dotyczy izraelskiego oszusta i szwindlarza Simona Levieva, który w latach 2017-19 rozkochał w sobie i oszukał kilka kobiet w Europie używając do tego tzw. schematu Ponziego (piramidy finansowej). Zmieniał personalia, chwalił się na Tinderze luksusem roztaczając wokół siebie aurę nadzianego młodego biznesmena. Kobiety, które w sobie rozkochał długo dawały wodzić się za nos. Leviev podrabiał paszporty, prawa jazdy, karty kredytowe, czeki i pozwolenia na lot. Udawał syna izraelskiego króla diamentów Leva Levieva. Oczarowywał szukające miłości na Tinderze kobiety drogimi podarunkami i kolacjami na pokładzie samolotów używając do tego środków finansowych, które pożyczyły dla niego wcześniejsze ofiary. Oszukiwał je wysyłając nowo poznanym kobietom zdjęcia siebie oraz rannego ochroniarza (notabene Polaka, który obecnie chce pozwać Netflix na ogromną sumę za szkody wizerunkowe, choć zapewne wiedział, iż bierze udział w perfidnym szwindlu i na to się godził) - rzekomych ofiar ataku ze strony tajemniczych wrogów, których nie było. W 2019 roku historię Simona nagłośnił norweski tabloid Verdens Gang. Simon został aresztowany w Grecji i skazany na 15 miesięcy więzienia w Izrealu za podrobienie paszportu. Wskutek pandemii koronawirusa wyszedł na wolność po 5 miesiącach i dalej lansuje się na Instagramie. Kara śmiesznie niska, gdyż jego ofiary z klasy średniej do tej pory zmagają się z długami, w które popadły. Tak to jest zaufać nieodpowiedniej osobie.

Simon na pewno umiał manipulować udając osobę, której grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, zatem potrzebuje ona jak najszybciej (najlepiej oczywiście dużych) pieniędzy. Czasem w podzięce wysyłał dawnym 'miłościom' podrobione czeki, po czym zrywał kontakt. Najważniejsze dla niego były luksusowe podróże, drogie imprezy np. na Mykonos i ciuchy oraz sypianie z pięknymi kobietami. Niestety na świecie byli, są i będą tacy cwaniacy jak Simon. Nie należy zbytnio ufać świeżo poznanym romantycznym partnerom czy przyjaciołom, którzy prawie od razu żądają od nas pieniędzy.

Oczywiście oszust wykorzystał zaufanie i empatię uwiedzionych kobiet. Działał metodycznie, choć w sposób powtarzalny. Jego zachowanie zasługuje na napiętnowanie w mediach społecznościowych, choć zbyt często mam niestety wrażenie, że oszuści, manipulatorzy, pseudocelebryci czy patostreamerzy są w sieci promowani jako osoby zaradne, umiejące zarabiać duże pieniądze. To oczywiście wina odbiorców ich treści, dzięki którym rosną ich zasięgi. W końcu posmak sukcesu finansowego, luksusu należy stale podtrzymywać na IG czy TikToku, nawet jeśli to oszustwo, mistyfikacja, starannie zaplanowana zagrywka pijarowska. Lgniemy do ludzi sukcesu jak muchy plujki do padliny, chcemy żyć i doświadczać tak jak oni, a oni doskonale umieją to wykorzystać.

piątek, 21 stycznia 2022

Stage Fright (2014) - recenzja

                                                 
20 stycznia 2022 roku w wieku 74 lat zmarł Meat Loaf. Moja znajomość jego muzyki jest mizerna i ogranicza się do pamiętania kilku jego przebojów, aczkolwiek muszę przyznać, że ten artysta miał całkiem imponującą karierę filmową. Oprócz wystąpienia w kultowym dla subkultury gotyckiej "The Rocky Horror Picture Show" (1975) zagrał także w kilku horrorach min. w humorystycznym i ociekającym krwią mariażu slashera i musicalu "Stage Fright" (2014), w którym ukryty za maską kabuki morderca będący fanem hard rocka i heavy metalu wyrzyna ekipę obozowego teatru muzycznego przed i w trakcie spektaklu "Haunting of the Opera".

Sporo zabawnych i wpadających w ucho piosenek oraz świetny kostium mordercy (Metal Killer). Dobra obsada (zwracają na siebie uwagę zwłaszcza Minnie Driver i Meat Loaf), krwawe sceny morderstw oraz trochę wyrazistych nawiązań do obozowych slasherów i "Carrie" (1976) Briana De Palmy, "Hellraiser" (1987) Clive Barkera czy "The Texas Chainsaw Massacre" (1974) Tobe Hoopera. Tożsamość mordercy bardzo łatwo odgadnąć, ale nie jest to zarzut. Polubiłem ten absurdalno-parodystyczny slasher/musical w odróżnieniu od słabego i na siłę feministycznego rimejku "Black Christmas" z 2019 roku. 

Nie mylić z jednym z moich ulubionych włoskich slasherów/gialli z lat 80-tych "Stagefright" aka "Aquarius" (1987) w reżyserii Michele Soavi. Tam z kolei pojawia się morderca w masce sowy.

niedziela, 2 stycznia 2022

Don't Look Up/ Nie patrz w górę (2021) - recenzja

                                                 



Wokół "Nie patrz w górę" (2021) w reżyserii Adama McKaya powstał ostatnio ogromny internetowy buzz, zatem chciałem się z tym filmem jak najszybciej skonfrontować. Po ofertę Netflixa sięgam jednak okazjonalnie głównie oglądając horrory, thrillery, dokumenty true crime oraz popularnonaukowe. Oprócz "Nie patrz w górę" z gwiazdorską obsadą (Jennifer Lawrence, Leonardo DiCaprio, Ron Perlman, Cate Blanchett, itd.) w Sylwestra obejrzałem także kiepski feministyczny remake kultowego slashera z 1974 roku "Black Christmas" (2019) oraz dwa dokumenty o brytyjskich seryjnych mordercach, o których wspomnę na sam koniec niniejszego wywodu. Teraz skupię się na "Nie patrz w górę".

O tym filmie napisano już dziesiątki analiz, artykułów, recenzji czy rekomendacji. Polecali go dziennikarze (nawet prawicowi np. Marcin Rola), aktywiści klimatyczni z Extinction Rebellion, klimatolodzy i wielu recenzentów. Ogólnie rzecz biorąc "Nie patrz w górę" to mroczna satyra przedstawiająca w krzywym zwierciadle bierną reakcję polityków, mediów, bogaczy i społeczeństwa na jakiekolwiek zagrożenia egzystencjalne (w filmie owym zagrożeniem jest zbliżająca się do Ziemi kometa odkryta teleskopem przez astronomkę Jennifer Lawrence, której rychłe uderzenie zmiecie z powierzchni Ziemi całą ludzkość), z którymi zmagamy się obecnie bądź możemy mieć do czynienia w przyszłości: pandemia Covid19 czy innego niebezpiecznej choroby, antropogeniczne zmiany klimatyczne czy gigantyczna erupcja superwulkanu. A w zasadzie brak stosownej reakcji na nadciągające zagrożenie skutkujące natychmiastową bądź stopniową zagładą ludzkości.

Główną ideą "Don't Look Up" jest zatem szerzenie się błahych informacji, fake newsów i wszelkiej maści teorii spiskowych/bzdur. Mamy tutaj dwójkę naukowców (Jennifer Lawrence i Leonardo DiCaprio) próbujących usilnie przekonać niekompetentną, wzorowaną na Donaldzie Trumpie prezydentkę (Meryl Streep), aby podjęła stosowne działania wobec nadchodzącej zagłady ludzkości (uderzenie komety w Ziemię). Jak wiadomo posłuch naukowców wśród społeczeństwa jest znikomy, co udowadnia pandemia Covid19 i szerzące się w Polsce (i na świecie) nierzadko histeryczne próby wyolbrzymiania zagrożenia szczepionkami i bagatelizowania/wypierania pandemii. Inna sprawa, że naszym krajem rządzi banda skompromitowanych kłamców i manipulatorów z zakusami autorytarnymi, nic zatem dziwnego, że skuteczne poradzenie sobie z pandemią nie leży w interesie rozmodlonych konserwatystów z PiSu. Za niekompetencję demokratycznie wybranych polityków przyjdzie nam drogo zapłacić, ponieważ w przypadku rządu Morawieckiego króluje zasada "po trupach do celu", czyli stare dobre pieniądze, kolesiostwo i władza za wszelką cenę. Już za to płacimy coraz dotkliwszą inflacją i najwyższą umieralnością rodaków od czasów II WŚ, do czego przyczynia się także antysanitarna postawa części polskiego społeczeństwa. 

Kolejna postać z filmu, o której warto wspomnieć to technologiczny miliarder Peter Isherwell, swoisty amalgamat Elona Muska, Marka Zuckerberga, Jeffa Bezosa i Billa Gatesa. Chciwy technokrata i drapieżny kapitalista z ambicjami podróży międzyplanetarnych, mający w poważaniu zagrożenie egzystencjalne w postaci mknącej ku Ziemi komety, chcący po prostu na niej szybko zarobić (wydobycie pierwiastków ziem rzadkich tj. jak itr czy terb, które są niezbędne dla rozwoju high tech). Swoją drogą większość miliarderów marzy o podboju kosmosu. W razie jakiegokolwiek zagrożenia oni pierwsi będą próbowali z Ziemi spierdolić albo chociaż ukryć się w prywatnych podziemnych schronach wraz z ochroną i przynajmniej częścią zgromadzonego majątku. Celem nadrzędnym tych technokratów jest spełnianie naszych rozbuchanych potrzeb konsumpcyjnych, w zamian otrzymują od nas gigantyczne pieniądze, monopol i wielką władzę. Zuckenberg i jego współpracownicy doskonale wiedzą jak nas uzależnić od Facebooka i Instagrama, a w trakcie pandemii to dezinformacja i jej milcząca aprobata służą im do ciągłego powiększania majątków. 

Osoba kwestia poruszona w filmie to komunikacja medialna w postaci np. telewizji śniadaniowej, w której informacja ma być podana w przystępny sposób i musi mieć wydźwięk pozytywny. Uderzenie komety czy szkodliwe zmiany klimatyczne to nie są nośne tematy, lepiej skupiać się na 'burzliwych' związkach i rozstaniach celebrytów z Instagrama, którzy non-stop monetyzują naszą atencję i zaangażowanie. Kult celebry ponad wszystko. Generalnie odnoszę wrażenie, że popularyzowanie jakiejkolwiek nauki w mediach nastawionych na lifestyle i rozrywkę jest raczej trudne i niewdzięczne, choćby dlatego, że trzeba drastycznie spłycić temat i mówić zrozumiale (bez operowania naukowym żargonem), by trafić do potocznego odbiorcy. Zazwyczaj też ludzie utwierdzeni w swoich przekonaniach wiedzą 'lepiej' i czasem wręcz kwestionują długoletnie ustalenia badaczy, choć nie mają ku temu żadnych kompetencji/predyspozycji. Wolą wierzyć wszelkiej maści celebrytom, którzy plotą bzdury, szerzą teorie spiskowe i zarabiają na ignorancji części społeczeństwa, która woli poczytać ploteczki o celebrytach czy przejrzeć zdjęcia jakiejś uroczej influencerki zrobione w modnym Dubaju niż wzbogacić się o solidną wiedzę ekspercką o zmianach klimatycznych, kometach czy patogenach. Inna sprawa, że dopóki będziemy konsumować ile wlezie, wierzyć w mit nieskończonego wzrostu gospodarczego czy uważać się za panów tego świata, którym wszystko wolno to nie ma szans w najbliższym czasie na rozwiązanie palącego problemu zmian klimatycznych. To musi być kolektywny i szalenie trudny wysiłek, na podjęcie którego większość społeczeństwa póki co nie stać. Konkludując, informacje ważne i definiujące życie nasze i przyszłych pokoleń muszą poczekać, gdyż nie są dla masowego odbiorcy wystarczająco atrakcyjne, ważniejsze wciąż pozostają magiczne sukcesy, cudowne diety, bajońskie zarobki, intymne związki, bajeczne podróże czy luksusowe ubiory/marki celebrytów, prowokacyjne/wołające o atencję filmiki czy urocze bądź dramatyczne nagrania (z ratowania) kotków i piesków. 

I jeszcze jedno: film pokazuje marginalizację kobiet w świecie nauki. Kate (Jennifer Lawrence) odkrywa zmierzającą ku Ziemi kometę, jednak jej odkrycie nie zostaje w pełni zauważone, docenione. Często pada stwierdzenie, że "Don't Look Up" nie przekazuje nic nowego, bo po prostu tacy jesteśmy. Jednak pandemia Covid19 uzmysłowiła mi w pełni monstrualną skalę dezinformacji w sieci, antynaukowej ignorancji, samooszukiwania się i krótkowzroczności ludzi. Zamiast walczyć z globalnymi problemami wypieramy je czy negujemy, wolimy schować głowę w piasek i przeczekać żywiąc nadzieję, że naukowcy wespół z mądrze rządzącymi politykami ocalą ten świat. To jednak utopia, gdyż naukowcy (wirusolodzy, epidemiolodzy, klimatolodzy, przyrodnicy) wciąż nie są wystarczająco słuchani.

Obejrzałem także dwa solidne dokumenty o brytyjskich seryjnych mordercach Peterze Williamie Sutcliffie ("Rozpruwacz z Yorkshire") oraz Dennisie Nilsenie, a mianowicie "Rozpruwacz z Yorkshire" (2020) oraz "Pamiętniki mordercy: Taśmy Dennisa Nilsena" (2021). W pierwszym z nich poraża niekompetencja policji z Yorkshire, która przez 5 lat nie była w stanie złapać seryjnego mordercy kobiet, który zabił i straszliwie okaleczył młotkiem, nożem czy śrubokrętem w latach 1975-80 13 kobiet i zranił 7. Sutcliffe był wyjątkowo groźnym seryjnym mordercą, który atakował w ustronnych miejscach prostytutki, uczennice, studentki, po prostu kobiety. O jego złapaniu w styczniu 1981 roku przesądził czysty przypadek. Faktem jest natomiast, że brytyjska policja była słusznie krytykowana za mizoginiczne podejście do prostytuujących się ofiar, gdyż prostytutki to łatwe ofiary z kategorii tych, których śmierć prawie nikogo nie obchodzi. Na niewidoczne ofiary (męskie prostytutki, bezdomnych gejów czy heteroseksualistów) polował również homoseksualny seryjny morderca i nekrofil Dennis Nilsen, który w latach 1978-83 udusił i poćwiartował w Londynie 15 młodych mężczyzn. Nilsen oferował swoim ofiarom schronienie, jedzenie i alkohol w dwóch mieszaniach w Północnym Londynie, po czym je dusił, rozczłonkowywał, wreszcie ich szczątki palił na stosie w ogrodzie bądź spłukiwał w toalecie (zablokowanie kanalizacji przez ludzkie tkanki i kości doprowadziło do jego ujęcia). Nilsen nie mógł przestać zabijać i choć mordowanie nie sprawiało mu przyjemności "cenił akt i sztukę śmierci". W dokumencie odnajdziemy sporo cytatów z jego opublikowanej post-mortem w styczniu 2021 roku więziennej autobiografii oraz z nagranych taśm. Zapewne niektórzy moi czytelnicy pamiętają też posępny "Killing for Company" zespołu Swans z albumu "The Great Annihilator" (1985):

https://www.youtube.com/watch?v=wfvjKD6D_Zo

Pierwszy post w 2022 roku, a już się rozpisałem. :-)

sobota, 18 grudnia 2021

Luka Magnotta i "Don't Fuck with Cats: Hunting an Internet Killer" (2019)

                

Sprawa internetowego mordercy z Kanady Luka Magnotty jest mi znana w zasadzie już od 2013 roku, ale tutaj o niej szerzej nie pisałem jedynie ją wspominając. Dopiero teraz zapoznałem się z trzyczęściowym filmem dokumentalnym "Don't Fuck With Cats: Hunting an Internet Killer" i muszę przyznać, że to fascynujący dokument przedstawiający kulisy polowania na mordercę, który początkowo zamieszczał filmiki z zabijania kociąt w sieci, po czym zapragnął zabić człowieka. Luka Rocco Magnotta był patologicznym narcyzem, który desperacko pragnął zostać celebrytą. Sława przyciąga jak magnes, oznacza luksus, prestiż, szybkie i łatwe pieniądze, nieustanne brylowanie w sieci i łechtanie narcystycznego ego. Chłopak próbował swoich sił jako aktor w gejowskich filmach porno, jako pin-up model czy uczestnik telewizyjnych reality shows, czasem pracował jako męska prostytutka. Jego obecność w sieci była zaiste imponująca: dziesiątki profili i fejkowych kont w social mediach i na grupach dyskusyjnych, olbrzymia liczba fotomontaży, które miały za zadanie pokazywać, że prywatne życie Luki opływa w luksusy i bajeczne podróże. Luka rozpuszczał także plotkę o byciu partnerem słynnej kanadyjskiej morderczyni Karli Homolki, najbardziej znienawidzonej kobiety w Kanadzie, a potem sam jej zaprzeczał. Fascynowali go seryjni mordercy tacy jak Ian Brady i Myra Hindley (Mordercy z wrzosowisk, zapewne niektórzy czytelnicy tego bloga kojarzą poniższy utwór The Smiths).

https://www.youtube.com/watch?v=Xux9-UQ4wJ4

Był gotów prowokować, zrobić wszystko dla sławy, zatem zaczął transmitować morderstwa kotków online np. poprzez uduszenie ich odkurzaczem, utopienie w wannie czy nakarmienie pytona. Wówczas zaczęli go szukać w sieci internetowi detektywi i obrońcy praw zwierząt, w tym obecni w filmie Deanna Thompson i John Green. Analizowali wszelkie cyfrowe ślady młodego mężczyzny, który pojawiał się zakapturzony w nagraniach np. wygląd pokoju, w którym przebywał i papierosy, które palił. Kwestią czasu było zabicie przez Lukę człowieka, do czego sprawca podszedł w sposób zorganizowany, metodyczny.

25 maja 2012 roku na nieistniejącej już stronie Best Gore pojawiło się szokujące nagranie 1 Lunatic 1 Ice Pick, na którym zarejestrowano brutalne morderstwo przy użyciu śrubokrętu (imitującego szpikulec do lodu z "Nagiego instynktu") i noża, ćwiartowanie zwłok, kanibalizm i nekrofilię. Ofiarą był otumaniony lekami mężczyzna azjatyckiego pochodzenia, jako tło muzyczne leciał kawałek New Order "True Faith" (obecny także w filmowej ekranizacji "American Psycho" z 2000 roku), nad łóżkiem wisiał plakat filmu "Casablanca" (1942) - była to inscenizacja erotycznej sceny morderstwa dokonanego przez Sharon Stone we wspomnianym "Nagim instynkcie" (1992). Sprawcą bestialskiego mordu i zbezczeszczenia zwłok dokonanego w Montrealu okazał się 29-letni wówczas Luka Rocco Magnotta, jego ofiarą był pochodzący z chińskiego Wuhan student Jun Li. Magnotta był na tyle zuchwały, że po dokonaniu morderstwa i zaprezentowaniu go online globalnej widowni wysłał poćwiartowane części ciała Juna Li m.in. do siedziby Partii Konserwatystów oraz Liberałów w Montrealu. Zanim policja zidentyfikowała ciało ofiary i samego sprawcę Lucę udało mu się wylecieć z Montrealu do Paryża, tam ukrywał się przez kilka dni. Został schwytany 4 czerwca w kafejce internetowej w Berlinie, gdy czytał informacje dotyczące jego osoby na stronie Interpolu. Dwa tygodnie później poddano go ekstradycji do Kanady. W 2014 roku dostał karę dożywotniego pozbawienia wolności. W zakładzie karnym wziął ślub z innym mordercą.

Pisałem tutaj wcześniej o samobójstwach transmitowanych online. Jednak casus Luki Magnotty to chyba najbardziej znany przykład sytuacji, w której morderca chwali się morderstwem zarejestrowanym na żywo (filmem snuff) przed globalną widownią w mrocznych odmętach darknetu i mediów społecznościowych. Luka zdawał sobie sprawę, że znajdzie audiencję, gdyż masa ludzi na świecie jest zafascynowana true crime. Dlatego też zostawiał w sieci ślady bawiąc się z internetowymi detektywami w kotka i myszkę, karmił się ich gniewem, atencją, desperacją. Nie był pierwszym, ani ostatnim człowiekiem, który ośmielił się nakręcić/sfotografować moment morderstwa, jednak do tej pory sprawcy okrutnych morderstw robili to zazwyczaj dla własnych potrzeb, by powracać do tych chwil, ukrywali takie materiały, nie dzielili się nimi online - dopóki nie wpadły one w ręce organów ścigania i nie nastąpił ich celowy wyciek do sieci.

Sam lubię tematykę true crime. I powiem więcej: najpopularniejsze teksty na tym blogu dotyczą nie muzyki, filmów, koncertów, książek, ale właśnie szokujących zagadek kryminalnych, morderstw czy samobójstw. Jednak nie miałem zamiaru ograniczać się tylko i wyłącznie do tej tematyki, gdyż nie lubię być monotematyczny. 

Przy okazji gorąco polecam poniższy blog kryminalistyczny, który odkryłem niedawno. Tutaj obszerny tekst o Luce, który dosłownie zagląda w umysł tego mordercy-'celebryty':

https://thecrimes.pl/magnotta/

piątek, 15 października 2021

Hausu/ House (1977) - recenzja

                                      
Kopę lat nie widziałem "Hausu". Recenzowałem tą psychodeliczną parodię horroru zarówno na Danse Macabre, jak i na IMDb (4 października 2007 roku). Pamiętam, że oglądałem "House" po japońsku na długo zanim ten film ukazał się z angielskimi napisami w ramach Criterion Collection. I już wówczas psychodeliczna parodia horroru o duchach w reżyserii Nobuhiko Obayashi zachwyciła mnie całkiem mocno. Przede wszystkim ogromną kreatywnością i fantazją jak na lata powstania (końcówka lat 70-tych).

Można "Hausu" śmiało przyrównać pod kątem pomysłowości do takich filmów jak "The Evil Dead" (1981) Raimiego, "Sok z żuka" (1988), "Mordercze klauny z kosmosu" (1988) braci Chiodo oraz do niskobudżetowych horrorów Williama Castle'a. To film wysmakowany, stylowy, piękny kolorystycznie i baśniowy a la "Suspiria" (1977) czy "Phenomena" (1984) Dario Argento. Jednocześnie wyjątkowo pocieszny, kreskówkowy i ogromnie psychodeliczny. Ekscentryczna fantasmagoria nie pozbawiona akcentów humorystycznych.

Reżyser Obayashi w tej unikalnej opowieści o 7 uczennicach (o imionach tj. Fantasy, Kung-Fu i Melody), które trafiają do nawiedzonego zamku pewnej cioteczki stosuje eksperymentalny metody filmowania: niekonwencjonalne metody kręcenia, animację stop-motion, kalejdoskopowe kolory, pomysłowy montaż, interludia muzyczne, itd. Z  tego też względu mamy tutaj do czynienia z jednym z najbardziej ekscentrycznych horrorów lat 70-tych.  

Dla niektórych widzów "Hausu" będzie irytujący, inni zakochają się w jego psychodelicznej atmosferze. Ja należę do tej drugiej grupy, gdyż jak tu nie polubić eleganckiego filmu, w którym znajdziemy m.in. żarłoczny fortepian, tańczący szkielet, latającą odciętą głowę ze studni czy białego kota zjawę (Snowy). Toż to William Castle  ("House on Haunted Hill", "The Old Dark House") na psychodelikach! 

Film powinien przypaść do gustu nawet dzieciakom, które siedzą w po uszy w mandze. Zapewne przypadnie też do gustu fanom azjatyckiego kina, którzy uwielbiają "Squid Game" (2021), głównie ze względu na ekscentryczną scenografię.

poniedziałek, 11 października 2021

The Appointment (1981) - recenzja

Mało znany, a w zasadzie zapomniany brytyjski horror nadnaturalny z 1981 roku ze przerażającym prologiem, w którym uczennica Sandy Freemont wraca skrótem z próby skrzypcowej przez niewielki las zwany Cromley Wood. Do domu ma niedaleko, lecz po drodze zaczyna słyszeć złowieszczy śmiech dzieci i ktoś wzywa jej imię. Dziewczynka zatrzymuje się i... nagle staje się coś, co przyprawiło mnie o dreszcze. Zaiste to jeden z najbardziej sugestywnych fragmentów w kinie grozy z lat 80-tych. Zresztą obejrzyjcie go sami i dajcie znać czy wam się spodobał.

https://www.youtube.com/watch?v=9PckpAtvAVw

Znany z wyśmienitego "The Wicker Man" (1973) Edward Woodward wciela się w "The Appointment" w postać inżyniera Iana, który oświadcza córce Joanne (Samantha Weysom), że nie weźmie udziału w jej szkolnym występie. Dziewczynka jest wyraźnie rozczarowana, jednak niewzruszony ojciec każe jej udać się do łóżka. Wkrótce Iana zaczną trapić oniryczne koszmary z udziałem Joanne i trzech czarnych rottweilerów. Ian śni także o przyszłej podróży. Czy rzeczywiście czeka go śmierć? Z jakiego powodu?

Oniryczny dreszczowiec, znakomicie udźwiękowiony, dzięki czemu jest aż tak niepokojący. Mamy tutaj dziecięcy śmiech, odgłosy wiatru, doskonałe użycie ciszy i echa, wreszcie melancholijną muzykę skrzypcową, która zapada w pamięć. "The Appointment" to dziwny i bardzo sugestywny horror o nieuchronnym przeczuciu, że coś złego ma się wydarzyć. Przeczuciu, które każe odwołać nam w ostatniej chwili zaplanowany lot, gdyż intuicyjnie czujemy, że dojdzie do tragedii. 

Niektórych wielbicieli kina grozy odrzuci od dreszczowca wyreżyserowanego przez Lindsey C. Vickers raczej ospałe tempo akcji, jednak film zdecydowania nadrabia wybornym udźwiękowieniem, dzięki któremu atmosfera w "The Appointment" jest gęsta, opresyjna, fantasmagoryczna, na pograniczu jawy i snu. 

Vickers w 1978 roku zrealizował krótkometrażowy film grozy "The Lake", w którym młoda para z psem wypoczywa nad jeziorem, blisko opuszczonego domu, w którym ongiś doszło do potwornej zbrodni. Ktoś lub coś obserwuje ich poczynania. Nakręcony w całości w świetle letniego dnia "The Lake" także odznacza się starannie wykreowaną atmosferą grozy i doskonałym udźwiękowieniem. 

Życzyłbym sobie jako fan horroru, aby więcej filmów grozy było tak doskonale udźwiękowionych jak "The Appointment" i "The Lake". 

Przy okazji jeśli chcecie posłuchać naprawdę nastrojowej elektroniki, która potrafi przykuć uwagę to zachęcam do zapoznania się z nietuzinkową twórczością Arkadiusza Kulawika.

https://www.youtube.com/watch?v=-4Q3DNSnuSQ

poniedziałek, 4 października 2021

Squid Game (2021) - recenzja

Do filmów fabularnych na Netflixie (zwłaszcza horrorów) podchodzę z pewną dozą rezerwy, gdyż zazwyczaj są to produkcje dość rozczarowujące, przypominające lekkie filmy telewizyjne. Jednak niektóre filmy dokumentalne na Netflixie (np. "Into the Inferno" Wernera Herzoga) czy seriale są bardzo dobre. Koreański serial "Squid Game" w reżyserii Hwang Dong-hyuka pozytywnie mnie zaskoczył, choć sama idea centralna bezpardonowej walki o przetrwanie (i przy okazji o ogromną sumę pieniężną) była już obecna w dziesiątkach survival thrillerów czy horrorów. Przykłady można mnożyć: "The Most Dangerous Game" (1932), "Deliverance" (1972), "Rituals" (1977), "Turkey Shoot" (1981), czyli osławione "Polowanie na indyki", "Battle Royale" (2000), japońska seria gore/AV "Red Room", "The Hunger Games" aka "Igrzyska śmierci" (2012), oparty na mandze "As the Gods Will" (2014) Takashii Miike czy "The Belko Experiment" aka "Eksperyment Belko" (2016) Grega McLeana. Co jednak niewątpliwie wyróżnia "Squid Game" to bezpardonowa walka klas, w której zabijani są ludzie ledwo wiążący koniec z końcem, zadłużeni po uszy, stłamszeni przez żarłoczny kapitalizm. 

W sumie nic dziwnego, że ten dziewięcio-odcinkowy serial survivalowy stał się prawdziwym hitem Netflixa. Jest doskonale zagrany, wciągający jak diabli, chwilami mocny, brutalny i krwawy, chwilami całkiem poruszający czy zabawny. W chwili gdy piszę te słowa ma miejsce gigantyczna awaria Facebooka i Instagrama, jednak od czasu netflixowej premiery 17 września "Squid Game" stał się nie lada trendem w social mediach (Facebook, Instagram, TikTok). Widzowie łatwo identyfikują się z niektórymi sympatyczniejszymi postaciami w "Squid Game", które stale myślą tylko o zdobyciu pieniędzy, gdyż pragną odmienić los własny i rodzin, pragną za wszelką cenę wyjść z piekła ekonomicznej biedy i beznadziei, czują się zdradzeni i dyskryminowani przez system. Można się z tymi postaciami identyfikować, zwłaszcza wówczas, gdy samemu odczuwa się wyalienowanie, rozczarowanie i gniew.

Warto dodać, że Korea Południowa jest krajem z bardzo wysokim wskaźnikiem samobójstw (zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet). Przyczyny są złożone: bieda, bezrobocie, nierówność płci, przemoc w rodzinie, konflikty rodzinne/międzypokoleniowe, hejt w sieci i nade wszystko nieustanna presja na sukces, bezduszna i niekończąca się rywalizacja, której nie są w stanie sprostać choćby młodzi ludzie (zarówno kobiety, jak i mężczyźni). Swoje zrobiła także pandemia Covid19. Od śmierci samobójczej umierają także gwiazdy K-popu i inni idole np. aktorka i piosenkarka Sulli (Choi Jin-ri) w 2019 roku, aktorka Lee-Eun-ju w 2005 roku (napisała list samobójczy własną krwią), aktorka Choi Jin-sil w 2007 roku, piosenkarz Kim Jong-hyun z zespołu Shinee w grudniu 2017 roku,  itd. Social media domagają się coraz to nowych wschodzących gwiazd, ich blask gaśnie jednak bardzo szybko i są strącane z piedestału, a na ich miejsce wchodzą nowi wschodzący idole. Gwiazdy K-popu i młodzi aktorzy/młode aktorki prowadzą stresujące życie pełne zażartej konkurencji i presji sukcesów, wciąż muszą wyglądać pięknie, uśmiechać się, podporządkowywać się (także seksualnie) menadżerom, innym idolom czy agentom, jeśli ich kariera ma być długa, obfitująca w komercyjne sukcesy i znacząca. 

"Squid Games" obejmuje sześć morderczych, bazujących na zabawach z dzieciństwa gier (m.in. wycinanie igłą z plastra miodu danego kształtu), w których biorą udział motywowani zdobyciem fortuny gracze w liczbie 456. Ci co przegrają giną nierzadko w dość brutalny i sadystyczny sposób. I choć tytułowa gra ma być oparta na uczciwych zasadach, przyjaciele czy osoby bliskie zdradzają się i stają się śmiertelnymi wrogami, niektórzy gracze podejmują irracjonalne i brzemienne w skutkach decyzje. Wśród głównych bohaterów "Squid Game" mamy m.in. gamoniowatego, acz wrażliwego hazardzistę, młodą uciekinierkę z Korei Północnej czy źle traktowanego przez bossa pracownika z Pakistanu. Jednak zwycięzca może być tylko jeden. Czy gigantyczna nagroda pieniężna warta jest przygniatającego poczucia winy?

Do zapamiętania kreskówkowa i zarazem złowieszcza scenografia w "Squid Game", zwłaszcza nasycone kolorami labirynty schodów jakby żywcem wyjęte z "Relativity" M.C. Eschera czy z bogatej wyobraźni Jorge Luisa Borgesa. Swoją drogą morderczej robotycznej lalce z pierwszego odcinka sezonu wróżę nie mniejszą viralową popularność jak niemal trzymetrowej i zabójczo powabnej wampirzycy z "Resident Evil Village", Lady Dimitrescu.

Zastanawiałem się nad mechanizmami popularności "Squid Game" wśród widowni z różnorodnych krajów (nawet małoletni oglądają ten serial i dyskutują o nim w szkołach, co nie umyka uwadze pedagogów). Mnożą się cosplaye bazujące na postaciach z serialu, organizowane są pierwsze gry oparte na grach ze "Squid Game", w których ludzie rywalizują o pieniądze, ale na szczęście nie są mordowani, sprzedawane są maski, białe vansy czy dresy przypominające te z serialu.

I doszedłem do wniosku, że "Squid Game" obala mit ciężkiej, zespołowej pracy będącej gwarantem sukcesu w kapitalistycznym społeczeństwie, gdyż jeśli będziemy słabsi czy wybierzemy zły zespół do wzajemnej współpracy... to zginiemy, przepadniemy. Jednostkę czy grupę łatwo poświęcić dla dobra ogółu, a dzika i nieposkromiona rywalizacja ludzi znajdujących  się na finansowym dnie zamienia niektórych w amoralne bestie. W dystopijnym "Squid Game" zagrożeniem nie jest jakiś środowiskowy kataklizm, wojna nuklearna czy jakaś inna apokalipsa; owo zagrożenie jest banalne: popadnięcie w długi. Jeśli popadniesz w długi to będziesz nikim, będziesz stygmatyzowany, ludzie odwrócą się od ciebie. Obecnie łatwiej przyznać się do życia z depresją, niż do bycia dłużnikiem, co oczywiście sprzyja kryzysom psychicznym. 

W Korei Południowej mnóstwo dorosłych ludzi zmaga się z długami, gdyż pożyczki są tam bardzo łatwo dostępne. Niektórzy nie umieją wyjść ze spirali zadłużenia i stają się niewypłacalni. Rośnie bezrobocie wśród młodych ludzi, rosną ceny mieszkań w wielkich miastach. Pandemia Covid19 przyczynia się do upadku małych biznesów np. lokalnych restauracji czy barów. Jednak bolączka tkwienia po uszy w długach i ciągłego brania pożyczek to uniwersalny problem. I często pętla zaciśnięta na gardle. Dlatego też "Squid Game" stał się hitem, swoistym viralem w social media, serialem, o którym prawie wszyscy słyszeli. Jestem jednocześnie przekonany, że jego popularność jeszcze wzrośnie, właśnie ze względu na ów uniwersalny przekaz. W końcu popaść w długi może realnie każdy, wystarczy do tego po prostu nagła choroba czy upadek biznesu dzięki pandemii.

W tej chwili od bodaj 5 godzin nie działają Facebook, Instagram, Messenger i WhatsApp. Zapraszam zatem do lektury mojego bloga. :-)

EDIT 14 października - rośnie popularność "Squid Game" w social mediach (serial jest obecny na Youtube, Tik Toku, CDA - poza Netflixem), pojawiają się dedykowane serialowi gry. "Squid Game" oglądają już (być może wyrywkowo) 7-8 letnie dzieci albo przynajmniej wiedzą o jego istnieniu. Oczywiście ze względu na krwawe i brutalne sceny dzieci nie powinny go oglądać, z drugiej strony podam swój przykład: już jako kilkuletnie dziecko oglądałem na pirackich kasetach video takie krwawe horrory jak "Martwe zło"  (1981), "Phenomena" (1984) czy "Świt umarłych" (1978), co później skutkowało wielką miłością do gatunku. Czytałem też powieści grozy Grahama Mastertona, Guya N. Smitha czy Stephena Kinga, grałem potem w strzelanki a la "Doom", pamiętam też oglądanie z rodzicami 997, stąd utrzymujące się po dziś dzień zainteresowanie kryminalistyką i kryminologią, częstokroć banalnym złem, które człowiek czyni. Horrory i programy kryminalne nie wypaczyły mojej psychiki, nauczyły mnie natomiast odróżniać wykreowaną fikcję filmową od rzeczywistości. Stałem się bardziej ostrożny w kontaktach międzyludzkich i z czasem zrozumiałem, że wśród ludzi mogą czaić się odrażające potwory, bestie w ludzkiej skórze. Człowiek postawiony w sytuacji ekstremalnej czy będący pod wpływem znajdującego się wyżej w hierarchii autorytetu może krzywdzić i nie widzieć w swoim postępowaniu nic złego. W "Squid Game", tak jak zresztą w "Parasite" (2019) mamy atak na rozpasany, oparty na niepohamowanej konsumpcji kapitalizm. Mamy także inwigilację i totalną kontrolę oraz rozpad więzi międzyludzkich w toku morderczej rywalizacji, gdyż stają się one płytkie, manipulacyjne, wyzute z empatii, oportunistyczne. Może zamiast zabraniać całkowicie oglądania tego serialu dzieciom (a jak wiadomo  zakazany owoc smakuje najlepiej), warto byłoby z nimi na ten temat porozmawiać? 

Lepiej tłumaczyć i edukować niż zabraniać, zakazywać, prawda? 

sobota, 24 lipca 2021

Ulica Krokodyli (1986) - recenzja

                           

Bodaj najsłynniejszy film animowany braci Quay to sugestywna porcja mrocznego i melancholijnego surrealizmu, którą można przyrównać do twórczości Franza Kafki czy malarstwa Zdzisława Beksińskiego. Prześlicznie wykreowany i ogromnie plastyczny mikro-świat poszukujących znaczenia lalek, a zaraz mikro-przestrzeń nici, śrubek, rozkładu, degradacji i samotności. "Ulica Krokodyli" wciąga, zachwyca enigmatycznością, przytłacza mroczną atmosferą, to film trudny do rozszyfrowania. Tak jak zresztą awangardowa i przesycona poetyką sennego koszmaru proza Brunona Schulza.

Odświeżam po latach.

Przy okazji polecam najnowszy album Holendrów z Clan of Xymox zatytułowany "Limbo" i oczywiście zainspirowany globalną pandemią Covid19. Dużo melancholii zakutej w dźwięki. 

https://clanofxymox.bandcamp.com/ 

niedziela, 27 czerwca 2021

Mano Destra aka Right Hand (1986) - recenzja

                                                              
Intrygujący, utrzymany w eleganckiej czarno-białej tonacji lesbijski film bondage wyreżyserowany przez Cleo Übelman. Nie mam nic przeciwko sadomasochizmowi i relacji dominacja-uległość, jeśli występuje na to obopólna zgoda zaangażowanych w praktyki BDSM partnerów. Można potraktować "Mano Destra" jako minimalistyczne i lodowate studium erotycznego uprzedmiotowienia, w którym twarz dominy wprawnie posługującej się białymi sznurami jest doskonale widoczna w kontraście do jej uległej partnerki, która zawsze ma oblicze zakryte/zasłonięte i jest anonimowa. Co znamienne, w "Mano Destra" nie ma w ogóle nagości, dużo natomiast w tym filmie bezruchu i antycypacji np. uległa partnerka słyszy odgłosy wysokich obcasów dominy czy zamykających się drzwi. 

Czarno-biała tonacja "Right Hand" nadaje filmowi BDSM szwajcarskiej reżyserki tajemniczego, nieco gotyckiego i industrialnego posmaku. Podobnie soundtrack zapomnianej żeńskiej grupy darkwave The Vyllies, której głównym źródłem inspiracji była grupa The Siouxsie and the Banshees. Płyty "Lilith" z 1985 roku i "Sacred Games" z 1987 roku do odsłuchu poniżej:

https://www.youtube.com/watch?v=7oFV8MOqnGI

https://www.youtube.com/watch?v=zXJCU4Fr2Gw 

"Mano Destra" był jednym z filmowych źródeł inspiracji dla stylowego lesbijskiego dramatu "The Duke of Burgundy" (2014) Petera Stricklanda, brytyjskiego reżysera, któremu nieobce są także włoskie filmy giallo i erotyczne Eurohorrory z lat 70-tych.

Czerń skórzanego stroju Cleo, białe sznury, drgające mięśnie, pończochy, symbioza kontroli i uległości. Oto "Mano Destra" w kilku słowach i wspomnieniach.

sobota, 19 czerwca 2021

Possibly in Michigan (1983) - recenzja i popularność dzięki TikTokowi

                                                            
"Possibly in Michigan" to przykład totalnie surrealistycznego i ekscentrycznego krótkiego metrażu. Wyreżyserowany przez reżyserkę Cecilię Condit i okraszony dziwacznym soundtrackiem elektronicznym niejakiej Karen Skladany. Na uwagę zasługują stonowane kreacje aktorskie i dziwne monotonne dialogi. Filmik jest mocno pro-kobiecy i feministyczny. Centrum handlowe, manekiny, kanibal w masce podążający za dwiema przyjaciółkami, zawalający się budynek, wreszcie akt kanibalizmu... Wielbiciele filmów Davida Lyncha powinni zerknąć na "Possibly in Michigan". A ja nadal próbuję rozkminić o co w tym filmiku chodzi.

Oświecił mnie nieco wywiad z reżyserką Cecilią Condit. Zamaskowany 'Animal/Cannibal Man" imieniem Arthur podąża za dwiema przyjaciółkami do centrum handlowego. Potem sam staje się ofiarą obu kobiet, które dopuszczają się aktu kanibalizmu. Arthur zmienia kształt, gdyż jest mężczyzną, który nosi maskę. Zmienia się np. z Czarującego Mężczyzny w Kanibala z ciągle otwartą buzią. Jak sama przyznaje w w wywiadzie Cecilia w swoich filmach nienawidziła mężczyzn albo inaczej: nienawidziła toksycznej męskości. Wywiad możecie przeczytać poniżej:

 https://morbidlybeautiful.com/interview-filmmaker-cecelia-condit/

Interesujący jest w przypadku "Possibly in Michigan' (1983) mechanizm powstawania sieciowego virala. Filmik stał się najpierw popularny na Reddit (w roku 2015) jako "Possibly the creepiest thing I've ever watched", a potem w 2019 roku na TikToku. Tysiące TikTokerów dowiedziało się o tym filmiku dzięki dwóm sympatycznym piosenkom Karen Skladany: "“Oh no, no, no, no…silly” i “Animal/Cannibal.”

 https://www.reddit.com/r/creepy/comments/34ejws/possibly_the_creepiest_thing_ive_ever_watched/

Podobnym sieciowym viralem dzięki użytkownikom TikToka stał się paradokumentalny horror "Megan Is Missing" z 2011 roku. Jego popularność na TikToku eksplodowała w listopadzie 2019 roku, potem film stał się popularny na Twitterze. Oba przytoczone przykłady są dość interesujące, gdyż pokazują, iż czyjaś twórcza praca/przejaw kreatywności (w tym przypadku filmy) może zostać doceniona dzięki sile social media dopiero po latach.  

"Possibly in Michigan" możecie obejrzeć poniżej:

 https://www.youtube.com/watch?v=iLJNSD3H5sg&t=1s

środa, 9 czerwca 2021

Listy martwego człowieka (1986) - recenzja

Niezwykle opresyjny, przesycony smutkiem i intensywną melancholią radziecki film post-apo o fizyku-nobliście, który w świecie post-nuklearnych zgliszcz i zagłady ukrywa się z grupą ocalałych (w tym z umierającą żoną) w piwnicach biblioteki i w swoim umyśle pisze listy do martwego (?) syna. Listy, które nigdy nie zostaną przez odbiorcę odczytane.

"Listy martwego człowieka" wyreżyserował Konstantin Łopuszanski, podwładny Andrieja Tarkowskiego (słynny "Stalker" z 1979 roku). Wpływ filmów Tarkowskiego w "Listach" jest zauważalny: powolne i kontemplacyjne tempo akcji, nierzeczywista, mocno kojarząca się z industrialnym urbexem wizja zgliszcz współczesnego świata, zielonkawy akcent monochromatycznej kinematografii wzmacniający atmosferę wszechobecnego rozkładu i dojmującej niepewności.

Niepokojąca i pesymistyczna wizja w "Listach martwego człowieka" zakłada, że ludzkość poprzez arogancką pychę i nieustanną chciwość nieuchronnie zmierza ku samozagładzie. Być może istnieje jednak nadzieja, gdyż film kończy się humanitarnym cytatem ze słynnego apelu Alberta Einsteina i Bertranda Russela: "There lies before us, if we choose, continual progress in happiness, knowledge, and wisdom. Shall we, instead, choose death, because we cannot forget our quarrels? We appeal as human beings to human beings: Remember your humanity, and forget the rest!" Czy można w ogóle wyobrazić sobie Ziemię bez ludzkości?

Najpiękniejszym cytatem z filmu, który od razu utkwił mi w pamięci jest jednak ten poniższy:

"And love created art, an art which reflects our unbearable yearning for perfection, our immense despair, our endless cry of terror...”

Wybitne, posępne i brutalnie realistyczne kino.

piątek, 29 stycznia 2021

My, dzieci z dworca Zoo (1981) i Berlin Zachodni

  

Odświeżyłem ostatnio "Christiane F. - My, dzieci z dworca Zoo" (1981), słynny niemiecki film o nastoletnich narkomanach, którzy aby zdobyć heroinę prostytuują się na dworcu Zoo w Berlinie. Film swego czasu był dość kontrowersyjny - przede wszystkim ze względu na udział młodych 14-letnich aktorów w rolach głównych oraz obsadzenie prawdziwych ćpunów jako statystów. Sam obejrzałem "Christiane F." jeszcze w wieku nastoletnim. Mrocznemu i turpistycznego dramatowi biograficznemu Uli Edela w osiągnięciu sukcesu komercyjnego na pewno pomogła obecność Davida Bowie, który w filmie wystąpił (choć to zapis koncertu z Nowego Jorku) i stworzył do niego soundtrack m.in. z takimi utworami jak "Heroes" czy "Warszawa". Zresztą główna bohaterka ma obsesję na punkcie muzyki Bowiego z lat 1975-77, wybiera się na jego koncert i w końcu sprzedaje jego płyty, by zaspokoić narkotykowy głód. Film jest z jednej strony sugestywno-realistycznym przedstawieniem środowiska berlińskich narkomanów, a z drugiej doskonale pokazuje fascynujący Berlin Zachodni. Czyli miejsce, które na przełomie lat 70 i 80-tych wręcz tętniło radykalną sztuką i specyficznym lifestyle'm. To w Berlinie Zachodnim swego czasu mieszkali i tworzyli Nick Cave, David Bowie, Iggy Pop czy Tilda Swinton. To miasto stało się wówczas swoistą mekką artystów, gdyż sprzyjały ku temu odpowiednie warunki. Mężczyzn zamieszkałych w Berlinie Zachodnim nie dotyczył pobór do wojska. Koszty mieszkalne były niskie. Można było mieszkać w komunie, anonimowo, mając niewielkie środki do życia. Dlatego też Berlin Zachodni przyciągał tak wielu artystów, którzy poszukiwali tam swojego miejsca.

poniedziałek, 18 maja 2020

"Zabawa w chowanego" braci Sekielskich - krótki komentarz













Nowy dokument Tomasza Sekielskiego o tuszowaniu pedofilii w wielkopolskim kościele katolickim obejrzałem już w dniu premiery. Poruszający i przygnębiający. Tym razem zaakcentowana zostaje zmowa pomiędzy kościołem a prokuraturą, by jak najdłużej chronić dewiantów w koloratkach. Tytułowa zabawa w chowanego to nic innego jak właśnie chowanie, przenoszenie z parafii na parafię, skrzętne ukrywanie. W tym całym odrażającym, wyrachowanym i cynicznym procederze szkoda najbardziej szukających sprawiedliwości ofiar (młodych chłopaków), które zostają do końca życia okaleczone psychicznie i przytłoczone bezdusznością, fałszem i pogardą tego systemu. Od zinstytucjonalizowanej religii odseparowałem się w wieku 17-18 lat i z perspektywy czasu nadal uważam, że była to mądra decyzja. Warto obejrzeć, by dostrzec tą obłudę i fałsz - nawet wówczas gdy ktoś jest osobą wierzącą, nadal praktykującą.

Co jest w "Zabawie w chowanego" najbardziej przygnębiające? Owo paskudne systemowe ukrywanie sprawców czynów pedofilskich w obrębie kościoła katolickiego. Szokujące jest także działanie Prokuratury Krajowej w postaci instrukcji adresowanej do prokuratur lokalnych, która zobowiązuje prokuratorów do traktowania księży w sposób wyjątkowy, ekstraordynaryjny, nad wyraz delikatny. A z jakiej to racji? I czemu tylko księży? Lepiej udawać, zaprzeczać lub lekceważyć sprawy pedofili w szeregach kościoła zamiast rozliczać winnych, czego konsekwencją może być przyszłe odwrócenie się ludzi od instytucjonalnego kościoła. Politycy też są zakłamani,a ich deklaracje gówno warte: państwowa komisja ds. pedofilii w ogóle nie powstała. Niektórzy decydenci przejmują się tak bardzo losem nienarodzonych dzieci iż chcą częściowo lub całkowicie zakazać aborcji - natomiast odnoszę wrażenie że los dzieci molestowanych i gwałconych przez księży jest im obojętny. Symbioza polityki i kościoła funkcjonuje w Polsce od dawna, stąd ten bezustanny parasol ochronny nad Kościołem katolickim.

Głównymi postaciami w "Zabawie w chowanego" są dwaj bracia Jakub i Bartłomiej Pankowiak molestowani w dzieciństwie przez księdza. Co ciekawe, ten sam ksiądz w pewnym momencie przyznaje się do winy (na nagraniu audio) tłumacząc że sam był wykorzystywany seksualnie. Czyli z ofiary sam się stał oprawcą. Jest mowa także o tzw. lawendowej mafii, grupie wysoko postawionych homoseksualnych hierarchów kościelnych w Watykanie, których obowiązuje zmowa milczenia (o homoseksualizmie wśród księży pisał Martel w "Sodomie"). Bycie homoseksualistą wcale nie oznacza bycia pedofilem (ofiarami kościelnych pedofilów padają także dziewczynki), aczkolwiek takie tabu na pewno istnieje w seminariach, klasztorach i kościołach oraz może skutkować przestępstwami/nadużyciami seksualnymi - również wobec dzieci, które są łatwymi zastępczymi ofiarami. Kościół się do tego nie przyznaje, ba, zdecydowanie potępia homoseksualizm (tęczową zarazę) mając homoseksualistów we własnych szeregach. Totalna hipokryzja i zakłamanie.

Po obejrzeniu "Zabawy w chowanego" miałem skojarzenia z gwałtami, porwaniami i morderstwami czwórki dziewczynek w Belgii. Chodzi mi tutaj o sprawę Marca Dutrouxa i jego wspólników na początku lat 90-tych. Po schwytaniu Dutroux zaczął mówić o domniemanej zorganizowanej, międzynarodowej siatce pedofilów składającej się z polityków, policjantów, biznesmenów i wielu wpływowych ludzi. Tam działania policji były wyjątkowo nieudolne i zapewne miały na celu zatuszowanie pewnych niepokojących aspektów sprawy. Tak czy owak zorganizowana siatka wpływowych pedofilów (jeśli rzeczywiście istniała) nie została wykryta ani skazana, za kraty trafili jedynie Dutroux, jego żona Michelle i dwaj wspólnicy.

https://www.dziennikwschodni.pl/magazyn/bartlomiej-pankowiak-glowny-bohater-filmu-zabawa-w-chowanego-mysle-ze-ksiadz-doskonale-mnie-pamieta,n,1000266573.html

Film do obejrzenia, jeśli jeszcze nie widzieliście:

https://www.youtube.com/watch?v=T0ym5kPf3Vc

poniedziałek, 13 maja 2019

"Tylko nie mów nikomu" Sekielskiego - krótki komentarz















To nie będzie tradycyjna recenzja, raczej krótki komentarz odnośnie filmu dokumentalnego Tomasza Sekielskiego "Tylko nie mów nikomu" o pedofilii w polskim kościele katolickim uzurpującym sobie prawo do umoralniania innych, który na obecną chwilę obejrzało w Polsce (i na świecie - tak jest, nawet za granicą ten film oglądają, stąd angielskie i hiszpańskie napisy) ponad 7 milionów widzów.

Pedofilia w polskim kościele katolickim istnieje i ma się dobrze, co udowadnia poruszający dokument Sekielskiego, w którym dziennikarz pokazuje konfrontacje po latach pomiędzy pedofilami w sutannach a ich ofiarami oraz zagłębia się w temat bezdusznego zamiatania takich szokujących występków pod dywan przez hierarchów i wyższych urzędników kościelnych. Oglądając "Tylko nie mów nikomu" odczuwałem smutek, obrzydzenie, wściekłość. Ten film utwierdził mnie jedynie w przekonaniu że nie chcę mieć z tak zdeprawowaną instytucją jak Kościół katolicki nic wspólnego. No bo każda instytucja, której członkowie niszczą dzieciństwo niewinnym ofiarom nie zasługuje na jakiekolwiek wsparcie. Tutaj mamy do czynienia z autentycznym cierpieniem jednostek, które nie potrafią sobie poradzić w dorosłym życiu z traumą związaną z gwałtem i seksualnym molestowaniem ze strony księdza. Kapłana, który dla wielu religijnych osób miał być wzorem moralności, postępowania, orędownikiem rzekomego dobra. To cierpienie widać na twarzach ofiar księży pedofilów - niewinnych ofiar, które miały odwagę wystąpić w tym filmie. Kiedyś szczerze wierzących i uległych, by nie rzec zniewolonych ofiar instytucji o potężnych wpływach, która je tak bardzo zawiodła, zniszczyła im życie.

Kościół katolicki, hierarchowie, urzędnicy kościelni, niektórzy wierni - wszyscy oni usilnie wypierają się tych haniebnych czynów dokonanych przez ich braci we wierze, ba, winą są często obarczane ofiary gwałcone i maltretowane seksualnie przez księży w czasie dzieciństwa. Przeraża w tym filmie najbardziej całkowicie odczłowieczona machina obojętności, zimna zmowa milczenia wokół setek przestępstw seksualnych popełnionych na przestrzeni dekad przez duchownych. A potem następują puste przeprosiny, kłamliwe frazesy o chęci poprawy czegoś co jest zepsute do szpiku kości, a proceder ukrywania sprawców, przenoszenia do innych parafii nadal trwa i zapewne będzie trwał. Oczywiście nie twierdzę że ten dokument (przynajmniej chwilowo) nie przyniesie jakichś pozytywnych skutków, zmian na lepsze, przynajmniej jednostkowych, bo to już się dzieje np. odsunięcia winnych nadużyć seksualnych od działalności duszpasterskiej czy wydalenia z zakonów (inna sprawa że powinni odpokutować za swoje czyny w więzieniu), ale czy ofiary nadużyć seksualnych ze strony księży wreszcie zaczną być traktowane poważnie? W to śmiem powątpiewać. Za jakiś czas (gdy minie szum medialny wokół filmu Sekielskiego) zapewne wszystko wróci do normy, a ukrywanie sprawców i kościelna zmowa milczenia znowu staną się powszechne. W końcu przez dekady można tkwić w obłudzie i zakłamaniu.

Obym się jednak w tej materii pomylił.

Kompletnie nie trafiają do mnie argumenty o nakręceniu filmów o pedofilii wśród artystów, nauczycieli, lekarzy, sędziów, kierowców, po prostu innych warstw zawodowych. Przede wszystkim dlatego że sprawcy przestępstw seksualnych dokonywanych na dzieciach wywodzący się z tych innych warstw zostają zazwyczaj postawieni w stan oskarżenia i mniej lub bardziej należycie ukarani (kara pozbawienia wolności, dożywotni zakaz pracy z dziećmi, ostracyzm społeczny), a nie są systematycznie przenoszeni gdzie indziej, chowani, ukrywani po innych parafiach (i co pokazuje "Tylko nie mów nikomu" mogą nadal odprawiać nabożeństwa czy mieć kontakt z najmłodszymi w trakcie rekolekcji). A tacy skażeni ludzie jak prałat Henryk Jankowski stają się patronami szkół i stawiane są im pomniki. Pedofilia w polskim kościele jest niestety zjawiskiem istniejącym i częstokroć przemilczanym. Czas najwyższy z tym skończyć.

Film obejrzałem w dniu premiery - czyli 11 maja 2019 roku. Jakoś krótko po 15 zacząłem go oglądać, co też robiłem z przerwami. Dokument Sekielskiego ma o wiele większą siłę rażenia niż "Kler" (2018) Smarzowskiego. I bardzo dobrze że Sekielski chce nakręcić jego ciąg dalszy. Niech kolejni pedofile w sutannach zaczną się bać.

Dwugodzinny dokument Sekielskiego do obejrzenia tutaj. Powinni go obejrzeć ateiści, agnostycy, ale też przede wszystkim ludzie głęboko wierzący. Zarówno młodzi (nastolatki i studenci), jak i osoby dojrzałe, starsze. Gdyż nie jest to jak sugerował jeden z polskich dostojników kościelnych "byle co".

https://www.youtube.com/watch?v=BrUvQ3W3nV4

sobota, 14 stycznia 2017

The Autopsy of Jane Doe/ Autopsja Jane Doe (2016) - recenzja

13 stycznia 2016 roku klimatyczny horror prosektoryjny "The Autopsy of Jane Doe" w reżyserii Andre Øvredala wszedł na ekrany polskich kin. I bardzo dobrze, gdyż na pewno jest to jeden z wyróżniających się horrorów nakręconych w ubiegłym roku. W miejscu krwawej łaźni policja odnajduje nagie ciało młodej kobiety (Olwen Kelly), częściowo pogrzebane w piwnicy, ale bez śladów ran na ciele czy oznak rigor mortis. Zwłoki Jane Doe (nazwisko używane w USA dla określenia kobiety o niezidentyfikowanej lub ukrytej tożsamości, mężczyzna to John Doe) trafiają do podziemnej kostnicy, w której pracują ojciec Tommy (Brian Cox) i jego syn Austin Tilden (Emile Hirsch). Ich zadaniem jest jak najszybsze ustalenie przyczyny śmierci martwej kobiety. Jednak nocna autopsja Jane Doe okaże się pełna mrożących krew w żyłach niespodzianek. Czy aby na pewno leżąca na stole prosektoryjnym Jane Doe jest martwa?

Całkiem udany horror, który warto zobaczyć na ekranie kinowym. "Autopsja Jane Doe" wyróżnia się na plus znikomą liczbą postaci oraz minimalistyczną lokalizacją, na którą składa się sala prosektorium, przylegający do niej korytarz, winda oraz biuro. Duet aktorski Briana Coxa i Emile Hirscha wypada znakomicie, także rola modelki Olwen Kelly definitywnie do zapamiętania. Sporo suspensu i złowieszczej klaustrofobii, kilka przyprawiających o gęsią skórkę niespodzianek, trochę czarnego humoru. W trakcie scen autopsji nie mogłem się oprzeć wrażeniu że reżyser "The Autopsy of Jane Doe" Andre Øvredal musiał oglądać szokujący nekro-horror "Aftermath" (1993) Nacho Cerdy, gdyż niektóre ujęcia pracy koronerów przy zwłokach wydawały mi się podobne. Musiałbym jednak staranniej porównać oba filmy to znaczy obejrzeć je po raz kolejny. Warto nasycić się niepokojącą i nieco zwyrodniałą aurą "Autopsji Jane Doe".

Na sam koniec wrzucam Tweeta Stephena Kinga zachwalającego "Autopsję": "Visceral horror to rival ALIEN and early Cronenberg. Watch it, but not alone".