niedziela, 14 lipca 2013

Antimatter i Anathema w Progresji - 12 lipca 2013 roku (fotorelacja)







Tutaj nie będę się specjalnie rozpisywał, gdyż do Progresji jechałem w zasadzie dla Antimatter (Anathemę na żywo miałem okazję widzieć na przestrzeni lat parę razy m.in gdy supportowali jako gość specjalny w 2007 roku Porcupine Tree, projekt Duncana Pattersona i Micka Mossa, Antimatter jakoś mi umykał). Koncert był akustyczny, występ Antimatter trwał zaledwie 45 minut czy coś koło tego. Niemniej to, co tworzy Mick Moss bardzo do mnie przemawia: piękne, smutne, melancholijne dźwięki znakomicie uwypuklone na spokojnym, natchnionym i wysublimowanym występie. A sam głos Micka to czysta magia. Poleciały np. "Mr. White", "The Weight of the World czy "A Portrait of the Young Man As an Artist" z mojego ukochanego "Planetary Confinement" (2005) czy chociażby numer tytułowy z "Fear of A Unique Identity". Wzruszony byłem przy wykonaniu "Conspire" z "Leaving Eden" (2007). I już po pogratulowałem Mickowi udanego koncertu!

A Anathema? Fantastyczny kontakt z publicznością (rzucanie butelek z wodą w stronę publiki), dużo żarcików, konwersacji z fanami, po prostu cudowna więź, z której bracia Vincent i Danny Cavanagh zresztą słyną. Do Anathemy mam stosunek nieco ambiwalentny: jako wielbiciel doom metalu rzadko sięgam po ich albumy doom metalowe (jakoś nie przemawiają do mnie, wolę My Dying Bride), moimi ulubionymi albumami Anathemy są "Alternative 4" (1998) czy "Judgement" (1999), czyli rzeczy w ich karierze najbardziej melancholijne, a ostatnie płyty zespołu z Liverpoolu są dla mnie nieco zbyt optymistyczne. Doczekałem się ładnego wykonania "Lost Control" z "Alternatyw", zaskoczeniem była dla mnie przepięknie zaśpiewana przez Lee Douglas miniatura "Parisienne Moonlight" z "Judgement" (znajdująca się po "One Last Goodbye"). No i "Forgotten Hopes", choć w tym akurat przypadku o zaskoczeniu raczej mowy nie ma. Trochę przesadzili z coverami, bo wykonali ich aż cztery np. U2, The Beatels czy "Another Brick in the Wall" Pink Floyd bisując, na którym musiałem wyjść na autobus. Mogli chociażby wykonać kilkakrotnie skandowany przez publikę "Regret". Mimo wszystko, nie dziwię się, że Anathema ma w Polsce tak liczne i oddane grono fanów.

Wrzucam kilka zdjęć, większą relację planuję napisać później.  

https://www.youtube.com/watch?v=exXGD2Jn1K4

Wspomniana relacja: http://bartkrawczyk.natemat.pl/68299,antimatter-i-anathema-akustycznie-relacja-z-koncertu

My Dying Bride na Seven Festival w Węgorzewie (fotorelacja)













13 lipca 2013 roku po 6 latach nieobecności w naszym kraju powrócili w polskie strony doom metalowcy z My Dying Bride z charyzmatycznym współzałożycielem i wokalistą Aaronem Stainthorpe na czele. To, że My Dying Bride wraz z wczesną Anathemą i wczesnym Paradise Lost są pionierami brytyjskiego death doom metalu pozostaje kwestią bezdyskusyjną. O ile z czasem Anathema oraz Paradise Lost wyzbyli się kompletnie doom metalowych korzeni, o tyle My Dying Bride wciąż trzyma sztandar brytyjskiego doom metalu, choć w obecnej muzyce Brytyjczyków jest sporo gotyckich naleciałości.

Jak dla mnie My Dying Bride to wciąż świetny zespół, który mimo ciągotek eksperymentatorskich pozostał wierny doom metalowej estetyce. Zobaczenie tych tuzów brytyjskiego doom metalu w drugi dzień Seven Festivalu (po raz pierwszy zresztą) było dla mnie doświadczeniem niesamowicie ekscytującym. Mimo zaledwie godzinnego czasu trwania koncertu i żadnego bisu My Dying Bride na żywo zaprezentowali walcowate tornado doom metalowego ciężaru i miażdżenia. Potężne brzmienie, fantastycznie zagrane kawałki z urozmaiconej set-listy obejmującej przekrój przez dyskografię My Dying Bride m.in. "My Body, a Funeral", "The Poorest Waltz", "The Whore, the Cook and the Mother", "She Is the Dark", "The Cry of Mankind" czy "Turn Loose the Swans", wreszcie niesamowicie ekspresyjny na scenie fatalista doom metalu, Aaron Stainthorpe - mimo 44 lat na karku wciąż dysponujący brutalnym growlem (i typowym dla niego żałobnym lamentem, którego mogę słuchać w kółko). Zwracała na siebie uwagę także Lena, wytatuowana basistka zespołu.

Szkoda, że nie zagrali nic z mojego ulubionego "The Dreadful Hours" (2001). Marzyłem o "The Return of Beautiful" (gwoli ścisłości, mroczniejszej wersji z debiutu "As the Flower Withers", która absolutnie miażdży), o numerze tytułowym. Ale też o wielu innych kawałkach np. "The Fever Sea". Mniejsza z tym. Set-lista i tak była doskonała jak na godzinę grania.

Jeden z najlepszych koncertów na których byłem w tym roku. Koncert zespołu dla mnie ważnego, który wydatnie przyczynił się do mojego uwielbienia death doom metalu czy pogrzebowego doom metalu.

czwartek, 11 lipca 2013

Rozkochane w czerni, część II















W związku z tym, że wyjeżdżam jutro na koncerty Anathema i Antimatter, a potem na Seven Festival w Węgorzewie, na którym zagra m.in My Dying Bride nie będę blogował przez najbliższe dni. Foto-relacja i relacja pisana na dniach. Pozostawiam Was z damami w czerni oraz z jednym z moich ulubionych wierszy austriackiej poezji ekspresjonistycznej "Przemiana złego" Georga Trakla (przekład: Andrzej Lam). Do genialnej poezji tego autora będę wracał wielokrotnie.


 

"Jesień: czarne kroczenie skrajem lasu; minuta głuchego zniszczenia; nasłuchuje czoło trędowatego pod nagim drzewem. Dawno miniony wieczór, który teraz opada stopniami z mchu; listopad. Bije dzwon i pasterz prowadzi do wsi stado czarnych i czerwonych koni. Pod leszczyną zielony myśliwy patroszy zwierzynę. Jego dłonie dymią od krwi i cień zwierzęcia wzdycha w listowiu ponad oczami mężczyzny, brunatnie i milcząco; las. Wrony, które pierzchają; trzy. Ich lot przypomina sonatę pełną wyblakłych akordów i męskiej melancholii; cicho rozrzedza się złota chmura. Przy młynie chłopcy rozpalają ogień. Płomień jest bratem najbledszego, a tamten śmieje się spowity w swój włos purpurowy; albo jest to miejsce morderstwa, obok prowadzi kamienista droga. Zniknęły berberysy, coś latami śni w ołowianym powietrzu pod świerkami; strach, zielona ciemność, bulgot tonącego; z gwieździstego stawu wyciąga rybak wielką czarną rybę, z obliczem pełnym okrucieństwa i pomieszania.
Głosy trzciny, sprzeczających się mężczyzn, gdzieś z tyłu kołysze się tamten w czerwonym czółnie na marznących wodach jesieni, żyjąc w ciemnych sagach swego rodu ze skamieniałymi oczami, otwartymi na noc i dziewiczy strach. Złe.
Co zmusza cię, byś stał cicho na rozpadłych schodach, w domu twoich ojców? Ołowiana czerń. Cóż unosisz srebrną dłonią do oczu; powieki opadają jak upojone makiem? Ale przez mury z kamienia widzisz gwiaździste niebo, drogę mleczną, Saturna: czerwone. 
Szalejąc obok muru z kamienia, tłucze się nagie drzewo. O, ty na rozpadłych stopniach: drzewo, gwiazda, kamień! Ty, błękitne zwierzę, co cicho drży; ty, pobladły kapłanie, co zabijasz je przed czarnym ołtarzem. O, twój uśmiech w ciemności, smutny i zły, aż dziecko blednie we śnie. Czerwony płomień wytrysnął z twej dłoni i spłonęła w nim nocna ćma. O, flet światła, flet śmierci. Co zmusiło cię, byś stał cicho na rozpadłych schodach, w domu twoich ojców? Na dole puka w bramę anioł kryształowym palcem. O, piekło snu; ciemna uliczka, brązowy ogródek. Cicho dzwoni w błękitnym wieczorze postać umarłej. Zielone kwiatki igrają wokół niej, a jej oblicze ją opuściło. Albo kłoni się, pobladłe, przed chłodnym czołem mordercy w ciemnościach sieni; adoracja, purpurowy płomień rozkoszy; umierając rzucił się śpiący po czarnych schodach w ciemność.
Ktoś opuścił cię na rozstajach i długo patrzysz wstecz. Srebrny krok w cieniu karłowatych jabłonek. Purpurowo świeci owoc w czarnych gałęziach, a w trawie zrzuca łuskę wąż. O! ciemności; pot, co wystąpił na lodowate czoło, i smutne sny w winie, w wiejskim szynku, pod czarno zadymionym belkowaniem. Ty, jeszcze dzikość wyczarowuje różowe wyspy z brązowej chmury tytoniowego dymu, a z wnętrza dziki krzyk gryfa, gdy leci nad czarnymi skałami w morze, burzę i lód. Ty, zielony metal, a wewnątrz ognista twarz, co chce odejść i śpiewać ze wzgórza kości o mrocznych czasach i promieniejącym upadku anioła. 
O, zwątpienie, co z głuchym krzykiem pada na kolana. Odwiedza cię umarły. Z serca wypływa samobójcza krew i w czarnej brwi gnieździ się niewysłowiona chwila; ciemne spotkanie. Ty - purpurowy księżyc, gdy tamten zjawia się w zielonym cieniu oliwnego drzewa. Podąża za nim nieprzemijająca noc."

Cthulhu i Cthylla: dwa symbiotyczne 'mackowate' mikroby




Lubicie mrożące krew w żyłach opowiadania nieśmiałego samotnika z Providence? Ja też. I okazuje się, że Lovercraft ma także wyznawców wśród mikrobiologów. Naukowcy z Uniwersytetu British Columbia nazwali dwa symbiotyczne protisty Cthulhu i Cthylla. Oba mikroorganizmy - Cthulhu Macrofasciculumque oraz Cthylla Microfasciculumque - żyją symbiotycznie w żołądkach termitów i pomagają im w trawieniu celulozy z drewna. Antropomorficzny Cthulhu (Wielki Przedwieczny) po raz pierwszy pojawił się w słynnym opowiadaniu Lovecrafta "Zew Cthulhu" (1926) - "W tym domu w R'lyeh czeka w uśpieniu martwy Cthulhu", natomiast Cthylla to, rzecz jasna, tajemnicza córka Cthulhu, która została stworzona przez Briana Lumleya i po raz pierwszy pojawiła się w opowiadaniu "Przemiana Tytusa Crowa". W przypadku gdy Cthulhu zostanie uśmiercony Cthylla urodzi go na nowo. Badacz Eric James mówi, że kiedy po raz pierwszy zobaczył mikroby pod mikroskopem "wyglądały niczym pływająca ośmiornica". Cthulhu macrofasciculumque posiada czułki na główce oraz 20 wici, nieco mniejszy Cthylla Microfasciculumque dysponuje 5 wiciami.

Swoją drogą szkic Cthulhu Lovecrafta z 1934 roku jest mistrzowski.

środa, 10 lipca 2013

Dolorian znaczy cierpieć





















Jak zapewne zdążyliście zauważyć ruszyłem z kącikiem muzycznym. Będę w nim zamieszczał informacje o zespołach, które lubię i które mnie inspirują. Przede wszystkim uwielbiam fiński doom metal - to właśnie z Finlandii wywodzą się prekursorzy funeral doom metalu (Skepticism, Thergothon) i black doom metalu (Unholy). Poza tym warto zapoznać się z Woods of Belial, October Tide, Wormphlegm, Tyranny, Shape of Despair, Colosseum czy Stabat Mater, by wymienić zaledwie kilka nazw. Obowiązkowo Katatonia z "Dance of December Souls" (1993). A Dolorian... hmm, dlaczego uwielbiam ten zespół i jest on w czołówce moich ulubionych kapel doom metalowych w ogóle? Bo wypracował swój własny styl, który jest nie do podrobienia. Styl dziwaczny, psychodeliczny, niepokojący, depresyjny, który mieli rzeczywistość i alienuje słuchacza. Każdy z trzech albumów Dolorian jest inny: 1) "When All the Laughter Has Gone" (1999) jest najbardziej black metalowy, przesycony karnawałową atmosferą obłędu, pozbawiony barw, esencja black doom metalu plus zniekształcone gitary, 2) "Dolorian" (2001) jest albumem spokojnym, psychodelicznym, ale nadal niepokojącym, wokale black metalowe zostają w nim zastąpione w całości przez szepty i echa, co czyni ten krążek ogromnie opresyjnym, onirycznym i psychotycznym, 3) "Voidwards" (2006) - na trzecim albumie Dolorian dominują szepty, ale równocześnie następuje powrót do black metalowych skrzeków, sporadycznie użyty zostaje także brutalny growling. Jak dla mnie magnum opus zespołu, muzyka mroczna, psychodeliczna, abstrakcyjna, idealna do słuchania w nocy. Od 2006 roku Finowie milczą... a szkoda. Na nowy album wciąż czekam z utęsknieniem...

Dwójka muzyków Dolorian realizuje się twórczo w projekcie dark ambient/dronowym Halo Manash, który również polecam wielbicielom dziwacznych dźwięków.

Do posłuchania jeden wybrany kawałek: https://www.youtube.com/watch?v=HdyiqlWaJYA

Antoine Joseph Wiertz i fascynacja śmiercią





Mało znany w annałach historii sztuki belgijski rzeźbiarz i malarz Antoine Joseph Wiertz (1806-65) jest rozpoznawany zazwyczaj wyłącznie w rodzinnej Belgii. Jego twórczość artystyczna bywała określana rozmaitymi przymiotnikami: banalna, mistyczna, chorobliwa, ekscentryczna, ambitna, wizyjna. Urodził się 22 lutego 1806 roku w Dinant, studiował w Akademii Sztuk w Antwerpii, a potem w Paryżu, gdzie zachwycał się pracami Rubensa w Luwrze. Po jego śmierci i zabalsamowaniu zwłok na wzór egipskich mumii powstało Muzeum Wiertza. Do najsłynniejszych obrazów Wiertza należą "Young Witch" ("Młoda wiedźma"), zainspirowany pisarstwem Edgara Allena Poe, a zwłaszcza powracającym w jego opowiadaniach wątkiem pogrzebania za życia "The Premature Burial" ("Przedwczesny pogrzeb"), kanibalistyczno-groteskowy "Hunger, Madness, Crime" ("Głód, Szaleństwo, Zbrodnia") i zwyrodniały tryptyk "Last Thoughts and Visions of Decapitated Head" ("Ostatnie myśli i wizje uciętej głowy") z 1853 roku.

Ekscentryczny Antoine Joseph Wiertz od dłuższego czasu chciał wiedzieć czy w uciętej gilotyną głowie skazańca kłębią się ostatnie myśli, czy będzie świadoma moment po oddzieleniu od ciała. Nietypowy eksperyment odbył się zimowego 18 marca 1848 roku. Tego dnia na Porte de Hal w Brukseli miało zostać zgilotynowanych dwóch kryminalistów. Wiertz wraz z hipnotyzerem Monsieurem D. dostali się pod gilotynę. Malarz zgodził się poddać hipnozie, aby wczuć się w mężczyznę, na którym zostanie wykonana kara śmierci za potrójne morderstwo (włamywacza imieniem François Rosseel). Miał odczytać jego myśli i stan mentalny skazańca, zarówno przed, jak i po dekapitacji, gdy głowa kryminalisty stoczy się do koszyka. Zahipnotyzowany przez D. Wiertz był wyraźnie przerażony i błagał o wybudzenie z hipnotycznego snu. Zaczął panikować. D. zapytał go co widzi i odczuwa. Wiertz odpowiedział "Pioruny! Uderzenia błyskawicy! Ona widzi! Ona czuje!"
- "Kto widzi i czuje?"
- "Głowa! Cierpi straszliwie. Ona myśli i czuje, ale nie rozumie co się dzieje. Poszukuje ciała i czuje, że ciało musi do niej dołączyć. Ciągle oczekuje na uderzenie śmierci, ale śmierć nie nadchodzi."
Zgromadzeni świadkowie ujrzeli, jak głowa skazańca ląduje w koszyku. Doktor kontynuował zadawanie pytań, a Wiertz nieco się uspokoił.
 "Lecę przez przestrzeń niczym bąk. Ale czy jestem martwy? Czy to jest koniec? Gdyby tylko pozwolili mi dołączyć do ciała. Miejcie litość, oddajcie mi ją, a będę mógł żyć ponownie. Pamiętam wszystko. Sędziowie w czerwonych szatach. Słyszę wyrok. Moja nieszczęsna żona i dzieci. Jestem opuszczony. Jeśli tylko przyłożysz do mnie swoje ciało będziemy znowu razem. Odmawiasz? Kocham cię, kocham was moje biedne dzieci, o ja żałosny nieszczęśnik pokryłem cię krwią. Kiedy się to zakończy! - czy morderca nie będzie cierpiał wiecznie?"
Świadkowie twierdzili, że głowa skazańca otworzyła szeroko oczy z wyrazem niewysłowionego cierpienia.
Malarz nadal lamentował: "Nie, takie cierpienie nie może być wieczne. Bóg jest litościwy. Wszystko co należy do ziemi zniknie. Widzę daleko światełko lśniące niczym diament. Odczuwam nadciągającą ciszę. Jak dobrze będę spał. Cóż za radość!" Wiertz zamilkł. Już nie odpowiadał na pytania D. A głowa skazańca była zimna. Martwa.


Na ile wspomnienia Wiertza są wytworem jego dzikiej, romantycznej wyobraźni, a na ile rzeczywistą rekolekcją wspomnień z egzekucji wiedział tylko on sam. Tryptyk "Last Thoughts and Visions of Decapitated Head" ("Ostatnie myśli i wizje uciętej głowy") powstał 5 lat po egzekucji. Zafascynowany śmiercią Wiertz miał zatem dużo czasu na soczyste ubarwienie swoich wspomnień.

Wiertz, nawiedzony malarz i eksperymentalny parapsycholog został obecnie zapomniany, chociaż nie tak do końca... bo Parlament Europejski w Brukseli znajduje się na Rue Wiertz. 

Galeria obrazów Wiertza tutaj:

http://www.bc.edu/bc_org/avp/cas/fnart/art/wiertz.html

wtorek, 9 lipca 2013

Grisza Perelman i pentagram w pentagonie






Bardzo lubię ekscentryczne osobowości. Zarówno ze świata poezji, literatury, jak i nauki. Edgar Allen Poe. H.P Lovecraft. Georg Trakl. Franz Kafka. Grisza Perelman jest (to znaczy był) matematykiem. Genialnym dziwakiem i ekscentrykiem. W 2002 roku udowodnił pełną hipotezę Poincarego, jeden z najtrudniejszych problemów matematycznych w historii tej nauki i zarazem jeden z problemów milenijnych. 

Hipoteza Poincarego brzmi mniej więcej tak (pytanie): Jeśli trójwymiarowa rozmaitość (bez brzegu, skończona) miałaby tę właściwość, że każdą znajdującą się w niej pętlę można skurczyć do punktu, to czy ta rozmaitość musi być równoważna topologicznie z trójsferą?

Wysiłki topologów pokazały, że odpowiedź jest pozytywna dla wszystkich wersji w każdym wymiarze wyższym od 3. Przekonanie że ta sama odpowiedź jest prawdziwa dla trzech wymiarów to wspomniana hipoteza Poincarego. Co zrobił Perelman? W 2002 roku umieścił kilka artykułów na arXiv.org w formie darmowej, dostępnej dla wszystkich. W pracach Perelman opisał różne właściwości tzw. potoku Ricciego, ale wynikało też z nich, że jeśli jego rozwiązania są prawidłowe to hipoteza Poincarego jest prawdziwa. W 1982 roku matematyk Richard Hamilton wprowadził nową technikę opartą na matematycznych rozwiązaniach użytych przez Alberta Einsteina w ogólnej teorii względności. Czasoprzestrzeń jest zakrzywiona, a jej krzywizna opisuje siłę grawitacji. Pomiar krzywizny ma miejsce za pomocą tensora krzywizny, którego prostszym krewnym jest tensor Ricciego. Hamilton wykazał, że powierzchnia, w której wszystkie pętle się kurczą upraszcza się tak bardzo, że staje się idealną sferą. To podejście da się uogólnić na trzy wymiary, ale trudnością są osobliwości - miejsca w których rozmaitość się 'ściąga', a potok Ricciego zostaje przerwany. Perelman rozciął powierzchnie w pobliżu takiej osobliwości i przykrył 'dziury', aby potok Ricciego (ukazany na dole) mógł płynąć dalej. Jeśli rozmaitość uprości się całkowicie po pojawieniu się skończonej liczby osobliwości to prawdziwa jest hipoteza Poincarego, ale też hipoteza Thurstona dotycząca wszystkich możliwych trójwymiarowych rozmaitości topologicznych. To wykazał Perelman w swoich pracach.

W 2006 roku Perelman otrzymał na Międzynarodowym Kongresie Matematyków prestiżowy Medal Fieldsa (odpowiednik Nobla, którego nie przyznaje się matematykom). Odmówił jego przyjęcia. Odmówił też przyjęcia nagrody pieniężnej w wysokości miliona dolarów za rozwiązanie problemu milenijnego. Przestał kontaktować się z przyjaciółmi i studentami, przestał obcinać paznokcie i włosy, zapuścił długą brodę, zaczął wyglądać jak kloszard. W 2005 roku zrezygnował z pracy "rozczarowany matematyką". Zrezygnował z profesur w Berkeley i Princeton. Stał się odludkiem, mizantropem, który odmawia nawet wsiadania do windy z innymi ludźmi. Zamieszkał w bloku z matką (też matematyczką) w Sankt Petersburgu. Zaczął uczęszczać na spektakle operowe do teatru Mariinsky. Co się stało z tym geniuszem? Dlaczego kompletnie odseparował się od świata? Myślę, że Perelman jako idealista po prostu się zbuntował. Chciał uprawiać naukę bez gratyfikacji finansowych, a przyjęcie jakiejkolwiek nagrody postrzegał jako słabość, afront. Dlatego utkwił mi w pamięci jego wspaniały idealizm.

Na deser pentagram w pentagonie (pięcioramienna gwiazda w pięciokącie foremnym, w który można wpisać kolejny pentagram i tak ad infinitum) - tajny znak pitagorejczyków i pierwotnie symbol szczęścia. Jeszcze zanim zaanektowali go sataniści jako symbol Bafometa. Odwrócony pentagram symbolizował cielesne instynkty człowieka lub przeciwieństwo natury duchowej i miał idealnie pasować do głowy kozła. Na wysokości pięciu ramion pentagramu znajdowały się hebrajskie znaki będące symbolami, z których można odczytać Leviathan (Lewiatan) - wąż wodnych otchłani identyfikowany z Szatanem. Co ciekawe, zanim pentagram powiązano z satanizmem znany był już w Mezopotami 3500 lat p.n.e. O pitagorejczykach wspominałem, natomiast wcześni chrześcijanie odnosili pentagram do Pięciu Ran Chrystusa. Żydzi także używali pentagramu nazywając go pieczęcią Salomona. Używali go także templariusze, wolnomularze i różokrzyżowcy. Obecnie pentagram jest w użyciu ruchów pogańskich, wyznawców wicca i od lat 60-tych satanistów (no i muzyków kapel black i death metalowych, rzecz jasna). 

Linki: http://poincareconjecture.blogspot.com/
http://www.claymath.org/poincare/

Korzystałem też z "Gabinetu matematycznych zagadek" Iana Stewarta.

Dziecko voodoo




12 stycznia 2010 roku trzęsienie ziemi o sile 7 stopni w skali Richtera zrównało z ziemią znaczną część stolicy Haiti, Port-Au-Prince oraz jej okolice. Szacunkowo zginęło 220 000 ludzi, trzy miliony osób zostało bez dachu nad głową. Kiedy w październiku 2012 roku w Haiti uderzył huragan (frankensztorm) Sandy topiąc 55 ludzi i zalewając wyspę w namiotach żyło nadal 370 000 ludzi. Niektórzy chrześcijanie wnet uznali, że trzęsienie ziemi w Port-Au-Prince było boską karą za praktykowanie przez Haitańczyków religii voodoo.

13 lutego 1863 roku był w Port-Au-Prince dniem egzekucji czwórki mężczyzn i czwórki kobiet winnych straszliwej zbrodni: porwania, zamordowania i zjedzenia 12-letniej dziewczynki. Ówczesny prezydent Haiti, Fabre Geffrard chciał zreformować naród pozostawiając w przeszłości jego afrykańskie wierzenia oparte na voodoo (vodou). Owa folkowa afrykańska religia przybyła na wyspę wieki temu wraz z niewolnikami przykutymi łańcuchami na niewolniczych statkach i rozpleniła się po plantacjach i wioskach - wszędzie tam, gdzie nie docierali chrześcijańscy misjonarze. To ceremoniał voodoo miał w 1791 roku stać się zaczynem do rewolty niewolników i oswobodzenia wyspy z rąk francuskich kolonizatorów. Zachodni przybysze postrzegali wierzenia vodou jako prymitywne, okrutne i żądne krwi.

Do morderstwa doszło w wiosce Bizoton, położonej blisko Port-Au-Prince. Dokonać go miał niejaki Congo Pelé, który złożył w ofierze własną siostrzenicę, aby uzyskać od bogów voodoo rozmaite dobra. Brytyjski charge-d'affaires Spencer St.John opisał to zdarzenie. Robotnik i sługa Congo Pelé żył w biedzie i chciał bez wysiłku poprawić swój status materialny. Jego siostrą była kapłanka vodou, zatem rozwiązanie było proste. W grudniu 1863 roku Jeanne Pelé zgodziła się pomóc bratu "złożyć ofiarę, aby przebłagać węża". Po konsultacji z dwoma innymi kapłanami voodoo ofiara miała być ludzka ("kozioł bez rogów"). Jeanne nie szukała daleko, wybrała 12-letnią córkę siostry, Claircine. 27 grudnia Pelé i dwóch kapłanów vodou porwało dziewczynkę; związane dziecko ukryte zostało pod ołtarzem świątyni. Przez cztery dni i noce czekało na ceremoniał. W nocy wraz z nadejściem Nowego Roku, już pod koniec rytuału Claircine została uduszona, obdarta ze skóry, zdekapitowana i poćwiartowana, po czym ciało ugotowano, a krew dziecka trafiła do słoików. Makabra, nieprawdaż?

Formalnie w latach 60-tych XIX wieku Haiti było chrześcijańskie... katolikami były miejskie elity, ludzie ze wsi praktykowali jednak stare wierzenia vodou. Nie wszyscy właściciele plantacji chrystianizowali świeżo przybyłych z Afryki niewolników. Pomimo że rządzący Haiti wyznawali chrześcijaństwo w 1804 roku doszło do schizmy pomiędzy wyspą a Rzymem. Do 1860 roku, czyli do daty podpisania konkordatu czyniącego z katolicyzmu religię państwową chrześcijańscy kapłani niewiele robili, by nawracać - bardziej liczyła się dla nich sprzedaż sakramentów, a co za tym idzie łatwy zysk. Vodou kwitło. Zwłaszcza pod 12-letnimi rządami poprzednika Geffrarda, byłego niewolnika Faustina Soulouque (cesarza Faustina I).

Wróćmy do procesu z 1864 roku. Aby wymusić przyznanie się do winy wszyscy oskarżeni byli bici. Najmłodsza z oskarżonych Roséide Sumera przyznała się do zjedzenia "dłoni ofiary jako ulubionego smakołyku" i w gruncie rzeczy to jej zeznanie zaważyło o egzekucji. Dowody były obciążające: "świeżo ugotowana" czaszka dziecka znaleziona w krzakach przy świątyni czy kupa kości. Pytanie tylko czy faktycznie były to pozostałości Claircine? Według opisu St.Johna pod ołtarzem znaleziono ukrytą drugą dziewczynkę - miała zostać złożona w ofierze Dwunastej Nocy (5 stycznia). Dziecko zeznało, że krwawa uczta rzeczywiście miała miejsce, ale też że zjadła resztki pozostawione przez kanibali następnego ranka.

Inna sprawa, że dowody na istnienie kanibalizmu na Haiti są wyłącznie poszlakowe, by nie rzec wyssane z palca. O kanibalistycznych ucztach i zjadaniu dzieci wspomina John T. Driscoll w 1909 roku w "Katolickiej Encyklopedii". O antropofagii w trakcie rytuałów vodou informują także francuski ksiądz (lata 70-te XIX wieku) oraz dominikanin (dekadę później). Ba, St.John wręcz twierdził, że "mięso ludzkie trafiało na rynek". Jakaż to inspiracja dla XIX-wiecznej wiktoriańskiej powieści groszowej! Vodou stało się tym samym emanacją wszystkiego, co złe i krwiożercze. Za trwającą przez 20 lat okupację Haiti przez USA (rozpoczęła się w 1915 roku) obwiniano uwstecznienie Haitańczyków i, rzecz jasna, voodoo. Francuzi w 1825 roku nałożyli na Haiti ogromny dług (150 milionów franków)... w zamian za niepodległość. To samo przez się doprowadziło kraj do ekonomicznej ruiny. Do tej pory Haiti kojarzy się postronnym osobom z 'krwiożerczym' vodou.

Wszystkich 8 sprawców morderstwa rozstrzelano.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Barnard 68 i Worek Węgla



















Jedne z moich ulubionych obiektów kosmicznych Barnard 68 i Worek Węgla to tzw. ciemne mgławice albo obłoki molekularne (nebulae), których wnętrza są niemal zupełnie pozbawione światła. Owe czarne plamy przesłaniają światło znajdujących się za nimi gwiazd. Mgławica absorpcyjna Barnard 68 znajduje się w gwiazdozbiorze Wężownika i ma masę trzech Słońc oraz średnicę pół roku świetlnego. Wnętrze Barnard 68 jest ekstremalne zimne (-257 stopni Celsjusza). Obłoki takie jak Barnard 68, 69, 70, 72 czy Worek Węgla są prawdopodobnymi miejscami formowania się gwiazd. Ciemne mgławice obserwował William Herschell już ponad dwieście lat temu. W 1927 roku Edward Emerson Barnard skatalogował ciemne mgławice zwane obiektami Barnarda (łącznie 349 obiektów). Globula Boka Barnard 68 pulsuje w tempie jednego uderzenia na 250 000 lat. Do pulsowania obłoku mogła się przyczynić eksplozja supernowej w sąsiedztwie i powstała w jej wyniku fala uderzeniowa. 

niedziela, 7 lipca 2013

Labirynt Baiae zejściem do antycznego świata podziemi?



Labirynty i podziemia... Argentyńczyk Jorge Antonio Borges w jednym ze swoich matematycznych opowiadań-zagadek napisał "...labirynt, który składa się z jednej tylko linii prostej i który jest niewidzialny, nieustanny". Przenieśmy się w tej chwili w okolice Neapolu, a konkretnie na tzw. Pola Flegrejskie, czyli superwulkan Campi Flegrei, częściowo zatopioną kalderę, która po raz ostatni wybuchła w 1538 roku ze stożka Monte Nuovo. Z Polami Flegrejskimi wiąże się legenda o sybilli (wieszczce) Cumaean, która zamieszkiwała jaskinię w Campi Flegrei. Spodobała się bogowi słońca Apollo, który zaoferował jej za dziewictwo jedno życzenie. Sybilla poprosiła o tyle lat życia, ile ziaren piasku zmieści się w garści – było ich tysiąc. Apollo obdarzył ją długim życiem, ale ponieważ nie prosiła o wieczną młodość z biegiem lat starzała się i kurczyła nie mogąc umrzeć.

Grecki geograf, historyk i podróżnik Strabon wspominał, że gdzieś w Campi Flegrei ukryta jest Wyrocznia Śmierci. Archeolodzy zaczęli zatem szukać groty Aornos, w której miała zamieszkiwać sybilla. W pobliżu jeziora Avernus zidentyfikowano 'jaskinię wieszczki', ale nie prowadziła ona do świata podziemi. Przełom nastąpił w latach 50-tych, gdy włoski archeolog Amedeo Maiuri odkrył w antycznym rzymskim uzdrowisku Baiae wejście do tajemniczej, ukrytej przez wieki pod winoroślami jamy (antrum). Tunel, który niknął w pobliskim wzgórzu w pobliżu świątyni ział mrokiem i gorącymi oparami. W latach 60-tych tunelem zainteresował się archeolog Robert Paget oraz jego przyjaciel Keith Jones. Obaj weszli do tunelu nie zważając na trujące opary. Później przez lata z grupą ochotników pracowali przy nim wykrywając niższe poziomy systemu tuneli. W ścianach labiryntu istniały nisze przeznaczone dla lamp olejnych, co nadawało kompleksowi tuneli ceremonialny charakter. To, co odkrył Paget było spektakularne: kolejne antrum zwane Antrum Inicjacyjnym, czy inaczej Wielkim Antrum, które było siecią podziemnych tuneli. W jednym z tuneli płynął gorący strumień siarkowy, którego temperatura była bliska punktu wrzenia. Cuchnęło siarką. Paget odnalazł też ukryte sanktuarium (przedsionek), schowane schody oraz ruiny zbiorników na wodę.

Paget i Jones uznali, że system tuneli w Baiae został skonstruowany przez kapłanów, aby naśladować zejście do greckiego świata podziemi. Strumień reprezentował rzekę Styks, którą musieli przekroczyć umarli, aby dostać się do Hadesu. A z kim mieli się spotkać w ukrytym sanktuarium? Paget spekulował, że z kapłanką, wieszczką, sybillą. Sanktuarium reprezentowało Pałac Królowej i Króla Podziemi: Persefony i Hadesa. A tunele pełne trujących wulkanicznych oparów z Campi Flegrei miały przypominać podziemny świat. W "Eneidzie" Wergiliusza Eneasz przekracza Styks tylko raz wychodząc z Hadesu z drugiej strony - na to pozwalała też konstrukcja systemu tuneli Baiae. Paget i Jones oszacowali powstanie systemu tuneli na ok. 550 p.n.e, czyli mniej więcej w tym samym czasie, w którym miała żyć sybilla Cumaean. Tunele zatem mogli stworzyć greccy kolonizatorzy Cumae, zablokowali je natomiast zapewne Rzymianie w okresie po śmierci Wergiliusza. Kanał z gorącym strumieniem reprezentował Styks, albo rzekę ognia Flegeton w Podziemiu (dopływ Acheronu), która w dantejskiej "Boskiej komedii" pogrążała dusze morderców i tyranów w odmętach wiecznej męki. Podobnież pod słynną grecką wyrocznią delficką znajduje się uskok delficki, którego ruchy powodowały emisję gazów z podziemi.

A dzisiaj? Zagadkowa sieć tuneli pod Baiae jest zamknięta dla zwiedzających i rzadko odwiedzana. Jakie było tak naprawdę przeznaczenie owego kompleksu tuneli? Czy rzeczywiście stanowił on wrota do świata podziemi? Czy kompleks tunelowy Baiae ma jakiś związek z grotą Aornos, tą w której mieszkała sybilla?

Więcej tutaj: http://www.oracleofthedead.com/

"Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie" - Dante Aligheri, "Boska komedia" 

A jak jest w Campi Flegrei możecie przekonać się tutaj. Odsyłam do mojej galerii na Wulkanach Świata.

http://wulkanyswiata.blogspot.com/2013/05/solfatara-moja-galeria-campi-flegrei-26.html