poniedziałek, 16 grudnia 2013

Mortis Dei, Blast Rites, Armagedon - 14 grudnia (fotorelacja)







Armagedon z Kwidzyna. Kapela braci Maryniewskich zasłużona dla polskiego death metalu, o czym świadczy chociażby rok powołania zespołu do życia (1987) oraz takie materiały jak split z Vader, Violent Dirge i Unborn z 1990 roku, demo "Dead Condemnation" (1991) oraz debiutancki album z 1993 roku "Invisible Circle". Zespół siał death metalową pożogę kiedy niżej podpisany nie miał w ogóle pojęcia o metalu, gdyż był jeszcze wtedy na to za młody. Od czasu "Invisible Circle" Armagedon zamilkł na 14 lat, by w 2009 roku powrócić z drugim albumem "Death Then Nothing", dość ciepło przyjętym przez prasę metalową. Rok 2013, trzecia w dorobku Armagedon płyta zatytułowana "Thanatology" (tanatologia i tanatopraksja, chcecie zyskać trochę wiedzy z tych dwóch dziedzin to polecam lekturę "Księgi żałoby i śmierci" Wańczowskiego i Lenarta z 2009 roku, ot, nieco dygresyjnie). I trasa koncertowa ją promująca, która na szczęście zahaczyła o Poznań.

Nie będę się kreował na znawcę historii polskiego death metalu, Armagedon poznałem za sprawą "Death Then Nothing", dopiero później dotarłem do starszych materiałów grupy. Niemniej pierwsze co mi się rzuciło w oczy po dotarciu do poznańskiego Blue Note to marna frekwencja. Publika nie dopisała i tak naprawdę nie wiem dlaczego. Być może o Armagedon pamiętają jedynie najwięksi scenowi wyjadacze, ale nawet tych było malutko. Zresztą podobnie było we Wrocławiu (wiem od znajomych), gdzie Armagedon zaprezentował się 13 grudnia w Liverpoolu. Mniejsza o innych, ja zajrzałem na koncert tej zasłużonej formacji i nie żałuję...

Wpierw słówko o supportach. Jako pierwsi zagrali Mortis Dei z Bydgoszczy prezentując potężny i profesjonalny death metal inspirowany amerykańską szkołą death metalową a la Immolation czy Suffocation. Muzycy doskonale zgrani na scenie, liczne zmiany tempa, dużo urozmaicenia i przestrzeni. Zespół istnieje już od 1992 roku, może poszczycić się już trzema studyjnymi albumami i... nadal tkwi w głębokim podziemiu. Szkoda, ale cieszę się, że mogłem zobaczyć ich koncert na żywo: doświadczyć kanonady perkusji, niekiedy chwytliwych partii gitar i... tańca w trakcie kawałka "Sick Mind" z płyty Mortis Dei "Last Failure". No dobra, nikt nie był skory do tańca, a przecież według wokalisty Łukasza to takie 'catchy rhythms' były :-)

http://www.youtube.com/watch?v=Bgpl7rd4C-8

Blast Rites z Poznania. Nie będę ukrywał, że jak słyszę słowo deathcore to od razu do takiej kapeli podchodzę z rezerwą, gdyż to kompletnie nie mój klimat. Jednak w przypadku Blast Rites corowe naleciałości są raczej subtelne, zespół tworzy coś na kształt hybrydy grindcore'a i death metalu. Z tego co pamiętam to młodzi muzycy z Blast Rites zaprezentowali w Blue Note całą zawartość EP-ki "Suicide Solution" (moim faworytem z niej jest "Abused by Whore") plus trzy najnowsze kawałki. W muzyce Blast Rites znajdziemy sporo melodii, ale dominuje metalowa anihilacja, czyli prawidłowo. W dodatku ta młodziutka kapela na scenie prezentuje się niezwykle żywiołowo. I za to mają ogromny plus.

Najnowszym nabytkiem Armagedon jest mój imiennik, gitarzysta Bart znany wszem i wobec z Azarath i Damnation. Za perkusją siedzi Adam Sierżęga (ex-Lost Soul), jeden z najlepszych pałkerów death metalowych w Polsce. Na basie gra Bartosz Mazur; wreszcie składu dopełniają dwaj założyciele Armagedon, bracia Krzysztof (gitara) i Sławomir Maryniewscy (growling). Zespół zagrał brutalny 50-minutowy death metalowy set dla tej niewielkiej grupki wybrańców, która zdecydowała się wpaść na ich koncert. Skupił się siłą rzeczy na "Thanatology" nie zapominając jednak o przeszłości: poleciały numery z dema "Dead Condemnation" i debiutu "Invisible Circle". Piekła pod sceną dopełniały miażdżące riffy, szarża perkusyjna Adama Sierżęgi, zróżnicowane tempa i mocny growling Sławomira. Mam nadzieję, że frekwencja na przyszłych koncertach Armagedon dopisze, bo warto wspierać ten zespół.  I taki mały hint do organizatorów: może warto np. zrobić trasę weteranów polskiego death metalu (tudzież thrash/death metalu) w przyszłości (np. Armagedon, Betrayer, Magnus, Trauma, Merciless Death i Vader dzielące scenę)? Wtedy frekwencja byłaby znacznie większa. Chociaż to i tak pewnie nierealne...

Kilka impresji z wczorajszego koncertu Antigama w Bazylu
























Wczoraj miałem wielką przyjemność uczestniczyć w koncercie warszawskiej formacji grindcorowej Antigama, zespołu, który cenię i szanuję za niekonwencjonalne podejście do grindcore'a, które przejawia się w odważnym eksperymentowaniu. 28 maja 2013 roku ukazał się nakładem białopodlaskiej Selfmadegod Records szósty album studyjny piewców awangardowej przemocy zatytułowany "Meteor". Płyta kapitalna, której siłę i furię można porównać z eksplozją meteoru czelabińskiego (30 razy silniejszą od bomby atomowej zrzuconej na 6 sierpnia 1945 roku Hiroszimę). Dobra, trochę przerysowania nie zaszkodzi, ale death metal/grindcore Antigama jest piekielnie intensywny - okrutna kakofonia blastów i partii gitarowych, acz z wprawą przesycona wieloma dziwnymi eksperymentami. Skupmy się na najnowszym dziecku Antigama, czyli na "Meteor": obok grindcorowych petard mamy na nim kosmiczny, pełen sampli "Stargate", industrialno-trip-hopowo-progresywno metalowy "Turbulence" czy umiarkowanie wolny, post-apokaliptyczny "Untruth". Niemniej rzeź na tym krążku jest momentami bestialska, lecz jednocześnie skomplikowana, bogata w zaskakujące niespodzianki. Po raz pierwszy z zakręconym grindem Antigamy zetknąłem się na płycie "Zeroland" (2005), od tamtej pory co pewien czas śledzę ich poczynania, bo to jeden z najciekawszych i najbardziej intrygujących polskich zespołów. Koncertowo Antigama miażdży! Takiej dawki intensywności próżno szukać wśród wielu kapel wywodzących się ze sceny grindcorowej czy brutal death metalowej. Wokale Łukasza Myszkowskiego (ex-Spargamos) są niewiarygodnie wściekłe, frontman Antigamy szaleje na scenie jak w transie, perkusja i gitary to moc i potęga. Koncert wspaniały, totalne pójście na żywioł, afirmacja nieskrępowanego obłędu.

Z wczorajszych wykonawców zaintrygował mnie też Rogi - niestety załapałem się na końcówkę występu tego jednoosobowego projektu Bartka Rogalewicza, projektanta okładek dla Non Opus Dei, Antigama, Nyia czy Alne. Rogi jelenie kojarzące się z okładką płyty Agalloch "The Mantle" (2002) jako wiodący element scenicznego tła, nieco za nimi skąpany w czerwonej poświacie Bartek grający jednocześnie na perkusji, gitarze i wzmacniaczach lampowych. Dziwne i niepokojące dźwięki prosto z najgłębszych czeluści lasu.

Set-lista Antigama (22 strzały): "Intro", "Waking the Fear", "Collapse", "The Key", "E Conspectu", "Flies", "Bloodmaker", "Stop the Chaos", "Meteor", "Fed by the Feeling", "Find the Function", "The Law", "Crystal Tune", "Star Gate", "Signal", "Prophecy", "Order", "Intricate Trap", "Perfect Silence", "Psychonaut", "Control", "Untruth", na bis poszły trzy pierwsze kawałki z set-listy.

piątek, 13 grudnia 2013

Tragedia przy morzu/ Corrections House "Last City Zero"




Rankiem 2 kwietnia 1954 roku fotograf "Los Angeles Times" wyszedł na podwórze swojego nadmorskiego domu w Hermosa Beach i usłyszał krzyk sąsiada "Coś się stało na plaży!", po czym chwycił aparat i pognał na brzeg. Młoda para stała w pobliżu nieposkromionych fal i obejmowała się w rozpaczy. Chwila nieuwagi i ich 19-miesięczny synek znalazł się w pobliżu nadciągającej morskiej fali. Pochłonęła go całkowicie i chłopczyk utonął. Gaunt zrobił cztery zdjęcia pary; jedno z nich obiegło świat i zapewniło mu nagrodę Pulitzera. Poruszające zdjęcie ukazujące ogrom żałoby na chwilę po śmierci i ból niewymownej straty.

Słucham właśnie debiutu Corrections House "Last City Zero" (2013), 'super-grupy' w skład której wchodzą muzycy Neurosis, Eyehategod, Minsk i Yakuza. Potwornie opresyjna muzyka osadzona w sludge doom metalowej magmie; zawierająca jednak elementy industrialu, electro, a nawet delikatny posmak noisu. Kawał posępnej i post-apokaliptycznej miazgi, w której Scott Kelly z Neurosis, Bruce Lamont z Yakuza i Mike IX Williams z Eyehategod dzielą się pełnymi desperacji wokalami. Muzyka totalnie antykomercyjna, odpychająca, acz całkowicie hipnotyzująca. I piękna. Lubicie "Drogę" Cormaca MacCarthy? "Last City Zero" to idealny soundtrack obrazujący zagubienie jednostki w zrujnowanym, całkowicie obojętnym świecie... jednostki, która krzyczy w samotności, ale nie jest w stanie niczego zmienić. W dobie milczenia Godflesh taka płyta była potrzebna. Ciekawe co na to przewidziana na następny rok kolaboracja Ulver i Sunn O)))?

Corrections House zagra w Polsce dwa koncerty: 20 grudnia w Krakowie i 21 grudnia we Wrocławiu. Jako support sosnowiecki Thaw. Niestety nie mogę być na żadnym z nich nad czym ubolewam.

"Party Leg and Three Fingers" Corrections House:

https://www.youtube.com/watch?v=zQ5HawBpOOs#t=195

czwartek, 12 grudnia 2013

Scarecrows/ Żywe trupy (1988) - recenzja




Jeden z pierwszych horrorów, które w ogóle miałem okazję oglądać, stąd ciągle mam sentyment do owej niskobudżetowej produkcji Williama Wesleya i raz na jakiś czas do niej wracam. Pamiętam, że widziałem ten horror na początku lat 90-tych na przegrywanej kasecie video (stadionówka). Chyba znajdował się na niej też "Brain Damage" (1988) Franka Henenlottera o pewnym pożerającym mózg pasożycie nazwanym Aylmer. "Scarecrows" na głodnym grozy dzieciaku wywarł wówczas kolosalne wrażenie. A czy ten film broni się obecnie? W pewnym sensie tak.

Fabuła jest prosta jak budowa cepa. Grupa uzbrojonych najemników kradnie 3.2 miliony dolarów z obozu wojskowego Pendelton. Po porwaniu pilota i jego córki uciekają przed pościgiem samolotem. W trakcie ucieczki jeden ze złodziei Bert (B.J. Turner) postanawia zatrzymać całą zrabowaną kasę dla siebie i wykorzystując zamieszanie wywołane wyrzuconym granatem dymowym wyskakuje z samolotu lądując na polu kukurydzy. Jego dotychczasowi wspólnicy postanawiają schwytać zdrajcę. Ruszają za nim w pościg od razu po wylądowaniu samolotu. Wokół mają tonące w nocnych ciemnościach pola kukurydzy, przybite do krzyży upiorne strachy na wróble; w końcu trafiają na opuszczoną farmę. Nie są jednak sami... Bert dowie się o tym jako pierwszy, kiedy zostanie zadźgany przez przywróconego do życia stracha na wróble...

Moim ulubionym horrorem ze strachem na wróble jako elementem grozy pozostanie jednak niezwykle sugestywny "Dark Night of the Scarecrow" (1981) Franka De Felitty.  Ale i "Scarecrows" zasługuje na uwagę, choć nie ustrzegł się pewnych mankamentów charakterystycznych dla niskobużetowego horroru. Wpierw jednak krótko o zaletach: atmosfera filmu jest mroczna, strachy na wróble wyglądają rewelacyjnie, efekty gore (dekapitacja, wbijanie wideł w dłonie, odgryzanie palców, itd.) stoją na przyzwoitym poziomie. Fajne są też licznie zbliżenia na wiszące wokół farmy strachy na wróble. Teraz wady: postaci są raczej nie do polubienia  (łysy i potężny Corbin grany przez Teda Vernona jest zdecydowanie najsympatyczniejszą postacią w filmie), poza tym brakuje odpowiedzi na podstawowe pytanie: dlaczego ożywione strachy na wróble zabijają, tudzież zamieniają swoje ofiary w wypełnione słomą zombies? Mowa jest o trzech braciach zamieszkujących farmę i praktykujących czarną magię. To wszystko? A może taki był zamysł scenarzysty: tajemnica opierająca się na niedopowiedzeniu.

Niemniej jednak warto obejrzeć "Scarecrows", gdyż horror ów cieszy się sporym uznaniem wśród miłośników B-klasowego kina grozy. I można go potraktować jako swoistego prekursora serii gier "Resident Evil" oraz niskobudżetowców takich jak "Scarecrow Slayer" czy "Dark Harvest".

środa, 11 grudnia 2013

1936 rok: morderstwo Nancy Titterton




Ofiara: 33-letnia pisarka Nancy Titterton, mieszkała wraz z mężem Lewisem Tittertonem przy 22 Beekman Place w Nowym Jorku. Jej zwłoki odnaleźli dwaj mężczyźni Theodore Kruger i Johnny Fiorenza. Drzwi do mieszkania były otwarte na oścież, Kruger zawołał Nancy, ale kobieta nie odpowiedziała. Dało się słyszeć odgłos odkręconej wody. Kiedy dotarli do łazienki tam odnaleźli ciało mężatki. Leżało twarzą do dołu w pustej wannie z górą pidżamy owiniętą wokół szyi, nagie poza rajstopami na nogach. Fiorenza zadzwonił po policję...

Śledztwo: rozerwana bielizna na podłodze łazienki wyraźnie wskazywała na seksualny motyw zbrodni. Nie było śladu po wyważeniu drzwi, zatem ofiara musiała znać mordercę. Kiedy ciało Nancy wyjęto z wanny odkryto pod nim odcięty 13-calowy kawał sznura. Ślady na nadgarstku wskazywały, że kobieta została związana. Sprawca zabrał sznur ze sobą, ale najwyraźniej zapomniał o kawałku pod ciałem. Znaleziono nóż, który posłużył do odcięcia sznura, ale nie było na nim odcisków palców. Sprawca sprawnie go oczyścił musiał więc starannie zaplanować atak. Prowadzący śledztwo inspektor Lyons wraz ze współpracownikami odkryli także ślad zielonej farby na prześcieradle. Budynek, w którym mieszkała Nancy został pomalowany na zielony kolor. Sprawca morderstwa musiał zatem otrzeć się o świeżą farbę i nieświadomie pozostawić jej ślad na prześcieradle. Lyons zaczął się zastanawiać czy mordercą był jeden z czterech malarzy malujących  budynek. Z tym że feralnego dnia tylko jeden z nich malował obiekt i miał alibi potwierdzone przez sąsiadów. Toksykolog Alexander Gettler odkrył na miejscu zbrodni coś jeszcze: końskie włosie, którym wypycha się meble. Pasowało ono do kozetki, którą Kruger i Fiorenza dostarczyli w dniu odkrycia zwłok Nancy do jej mieszkania!

Wpierw przepytany został Kruger. Twierdził, że pracował tego dnia w sklepie tapicerskim, ale jego asystent Fiorenza... on miał się spotkać ze swoim oficerem od zwolnienia warunkowego. Uff, robi się gorąco. Fiorenza widniał w policyjnej kartotece: aresztowano go za czterokrotną kradzież samochodu i osadzono w więzieniu na dwa lata. Nancy zabita została w Wielki Piątek, a tego dnia biuro oficera od zwolnienia warunkowego było zamknięte. Johnny Fiorenza został zatem doprowadzony na policję w celu przesłuchania. Trwało ono pięć godzin. Po tym czasie przyznał się do winy.

Sprawca: 9 kwietnia Johnny został wezwany do mieszkania Nancy, aby zabrać wymagającą reperacji kozetkę. Rankiem 10 kwietnia 1936 roku pod nieobecność męża przyszedł do jej mieszkania. Na usta Nancy nałożył knebel, ręce związał sznurem. Potem przeciągnął ją do sypialni i rozebrał z bluzki i spódnicy. Rzucił na łóżko, ściągnął resztę bielizny i zgwałcił kobietę. Po gwałcie zawiązał jej pętle z góry pidżamy wokół szyi, przeciągnął do łazienki, odciął sznur z nadgarstków i odkręcił wodę. Morderstwo zostało dokonane. Śpiesząc się zostawił drzwi otwarte... potem wraz z Kruegerem wrócił na miejsce zbrodni i wezwał policję! 22 stycznia 1937 roku Johnny Fiorenza (na dolnym zdjęciu) został w majestacie prawa usmażony na krześle elektrycznym w Sing Sing. Do końca twierdził, że w chwili morderstwa był niepoczytalny.

Morał tej historii jest jeden: mordercy najpierw należy szukać wśród osób, które aktywnie poszukują bądź znajdują ciało ofiary.

Stopione figury woskowe u Madame Tussaud






















Nie powiem, fantastycznie niepokojące zdjęcie. 19 marca 1925 roku szalejący ogień spustoszył londyńskie muzeum figur woskowych Madame Tussaud. Płomienie odkryto o godzinie 10.30, wskutek pożaru zawalił się dach. Dopiero po północy ognisty żywioł został opanowany. Wiele figur woskowych z Chamber of Horrors udało się uratować, kilkadziesiąt stopiło się całkowicie. Niektóre z 'uratowanych' woskowych postaci widać na niniejszej archiwalnej fotografii. Brakuje im głów, które walają się po podłodze, woskowe korpusy są nadpalone, panuje bałagan i chaos... tak wygląda gabinet figur woskowych po ewakuacji.

Lemora: A Child's Tale of the Supernatural (1973) - recenzja






Moja stara recenzja z portalu Danse Macabre, ździebko aktualizowana o nowe fakty. Uwielbiam ten horror, ba, to jeden z najbardziej niedocenionych filmów grozy z lat 70-tych.

Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z Lemorą, owa zjawiskowa postać kobiecego wampira natychmiast mnie zauroczyła. Film ten przez wiele lat był niedostępny na DVD, ja sam miałem go okazję po raz pierwszy zobaczyć w marcu 2004 roku z przegrywanej kasety video, którą przysłał mi ktoś z USA w zamian za inny horror (nie pamiętam już jaki). I już po pierwszym seansie poetycko-oniryczny debiut reżyserski Richarda Blackburna wrył mi się w pamięć na zawsze. Od kilku lat posiadam wydane przez Synapse DVD z tym wspaniałym gotyckim horrorem wampirycznym i co pewien czas go odświeżam. I mój zachwyt wciąż nie mija.

Trzynastoletnia dziewczynka ("śpiewający anioł") Lila Lee otrzymuje list od tajemniczej Lemory, która zaprasza ją do siebie pod pretekstem odwiedzin jej ojca-gangstera, znajdującego się na łożu śmierci. W trakcie podroży autobusem przez tonący w ciemności las Lila staje twarzą w twarz z upiornymi lykantropicznymi straszydłami. Mimo czyhających na nią niebezpieczeństw udaje jej się dotrzeć cało do położonej wśród moczarów posiadłości tytułowej Lemory. Sama Lemora jest niezwykle złowieszczym charakterem - potrafi być uwodzicielska i powabna, ale jednocześnie bije od niej delikatna woń śmierci. Poznajemy również jej dzieci stanowiące legion małych krwiopijców. Początkowo Lila nie jest świadoma niebezpiecznej aury, jaka roztacza wokół siebie Lemora, ale z czasem udaje jej się odkryć ohydny sekret tej dziwacznej bladolicej wampirzycy. Przestraszona Lila podejmuje ucieczkę, ale czy nie jest już za późno?

Debiutującemu reżyserowi Richardowi Blackburnowi udało się wykreować atmosferę baśniowej grozy i niesamowitości, która przypomina mi najlepsze dzieła Mario Bavy czy najlepsze produkcje ze stajni Hammera. Film obfituje w wiele przerażających scen, które potrafią przyprawić o dreszcze. Znalazło się w nim również miejsce na odrobinę makabry i kilka delikatnych podtekstów erotyczno-lesbijskich. No i trzeba zwrócić uwagę na kolorystykę filmu, która kojarzy mi się z malarskością "Suspirii" (1977) Dario Argento.

Ale to nie wszystko, bowiem "Lemora" jest horrorem bogatym w symbolikę. Lila porzuca dotychczasowy azyl, który zapewniał jej ochronę i bezpieczeństwo po to, aby wkroczyć w przerażający (ale jakże kuszący) świat śmierci, przemocy, ciemności i cielesnej żądzy. W wyniku ciągłej walki o przetrwanie następuję przemiana głównej bohaterki z młodziutkiej, naiwnej dziewczynki w dojrzałą kobietę, która widziała i odczuła śmierć. "Lemora" akcentuje wyraźnie również motyw poznawania samego siebie, odkrywania naszej złej natury, która przecież tkwi w każdym z nas. Cheryl 'Rainbeaux' Smith jest zjawiskowa w głównej roli; piękna i zapomniana aktorka o smutnym, pełnym wrażliwości spojrzeniu. Lesley Gilb w roli odzianej w czerń wampirycznej Lemory także do zapamiętania.

Scenarzysta i reżyser "Lemory" Richard Blackburn oraz producent Robert Fern pragnęli zdyskontować kasowy sukces "Count Yorga, Vampire" (1970) Boba Kelijana. Pierwszy pokaz filmu okazał się fiaskiem, potem rozpoczęły się problemy z dystrybutorem w rezulatcie których film został na wiele lat zapomniany. Tim Lucas, autor przepastnej encyklopedii o Mario Bavie "All the Colors of the Dark" określił horror Blackburna jako "szepczący dreszcz klasyków Vala Lewtona i filmów grozy Curtisa Harringtona". Przy realizacji mrocznej historii dziecięcego strachu Blackburn inspirował się jednym z najsłynniejszych opowiadań Lovecrafta "Widmo nad Innsmouth", "Nocą myśliwego" (1955) Charlesa Laughtona oraz subtelnym opowiadaniem Arthura Machena "The White People" o satanicznej inicjacji młodej dziewczyny wychowywanej przez nianię. Straszliwa podróż autobusem przez gęstniejącą ciemność leśnej głuszy oraz odkrycie przez Lilę Lee pamiętnika to oczywiste nawiązanie do "Draculi" (1931) Todda Browninga.

Co znamienne, w horrorze młodego reżysera pojawia się koncept walki wampirów z wilkołakami – na 30 lat przed przereklamowanym neo-gotyckim cyklem "Underworld". Samą postać Lily Lee można śmiało uznać za symbol dziecięcego lęku przed śmiercią i skorumpowaniem osobowości. Oddajmy zatem głos reżyserowi filmu Richardowi Blackburnowi: "Przemiana w wampira nie jest pozytywna. Bardziej interesowało mnie pytanie: dlaczego? Nie ma wśród nas ludzi absolutnie dobrych, a ci, co wierzą, że tacy są, stają się bardziej podatni na zło, niż ci, co z tego nie zdają sobie sprawy."

Skuta lodem Wyspa Henrietty



















Zimowa aura sprzyja słuchaniu norweskiego black metalu (Isvind) i rozmyślaniu o najbardziej samotnych miejscach na Ziemi. Z racji tego, że mam obsesję na punkcie wyspiarskiej geografii dziś zajmiemy się Wyspą Henrietty. Lokalizacja: Morze Wschodniosyberyjskie, archipelag wysp De Longa, najdalej wysunięta na północ. Można spróbować z niej dotrzeć na dotąd niezdobyty arktyczny Północny Biegun Niedostępności (obecne współrzędne: 85,802 stopni N, 176,149 stopni W). Średnica kolistej wysepki 6 km, odkryta w 1881 roku przez załogę USS "Jeanette". Linia brzegowa stroma, skalista, najwyższy punkt wyspy wznosi się na wysokość 315 metrów, kopuła lodowa pokrywa większość powierzchni Henrietty. Na wyspie znajdują się opuszczone budynki stacji polarnej/astronomicznej.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Vampyres (1974) - recenzja




W hołdzie zmarłemu 3 września 2013 roku reżyserowi "Vampyres" Jose Ramon Larrazowi. 

Dekada lat 70-tych była złotym okresem dla kina eksploatacji, albowiem to wówczas nakręcone zostały najbardziej cenione erotyczne horrory o tematyce wampirycznej, takie jak "Vampyros Lesbos" Jesusa Franco, "Lips of Blood" Jeana Rollina oraz "Veil of Blood" Josepha W. Sarno. Larrazowi udała się natomiast sztuka połączenia intrygującej fabuły z elegancką atmosferą grozy i tajemniczości, co niewątpliwie wyróżnia jego film od reszty produkcji tego typu. Całość okraszona została sporą ilością przemocy i dusznego erotyzmu w doskonale wyważonych proporcjach.

Dwójka biseksualnych wampirzyc, Fran i Miriam (ponętna Marianne Morris i blondwłosa piękność o polskich korzeniach Anulka Dziubinska) poluje na mężczyzn. Obie zamieszkują w starym, gotyckim pałacu pośród zwiędłych drzew (Oakley Court Manor, w której powstało wiele horrorów z brytyjskiej wytwórni Hammer!), a łączy je namiętny i pełen pasji związek lesbijski. Nieświadome niczego ofiary są zwabiane za pomocą obietnicy erotycznych doznań do rezydencji obu kobiet, gdzie zostają uśpione po to, ażeby ponętne wampirzyce mogły zaspokoić wciąż niepohamowany głód krwi.

"Vampyres" nie jest typowym przedstawicielem nurtu wampirycznego, ponieważ w sposób całkowicie zamierzony zrywa z tradycyjnymi konwencjami charakterystycznymi dla horroru o krwiopijcach na rzecz atmosfery i nieskrępowanej erotyki. Obie kobiety nie posiadają wampirzych kłów, a ich ofiary po ugryzieniu nie przemieniają się w wampiry. Promienie słoneczne nie szkodzą eterycznym wampirzycom, co pozwala spacerować im w okolicach zamku w blasku dnia.

Marianne Morris i Anulka Dziubinska są prześliczne, co więcej w paru momentach potrafią wręcz wzbudzić sympatię u widza. Już za samo obsadzenie w filmie tych dwóch piękności Larrazowi należą się gromkie brawa. Obcujemy tutaj bez wątpienia z najpiękniejszą parą biseksualnych wampirzyc, jakie kiedykolwiek pojawiły się na ekranie. Oczywiście uroda głównych bohaterek oraz ich walory fizyczne to nie wszystko, bo "Vampyres" zawiera rzetelną dawkę grozy i kilka drapieżnych scen gore. Sceny erotyczne i lesbijskie są niezwykle naturalne i potrafią pobudzić zmysły niejednego oglądającego. Zapadają w pamięć nastrojowe ujęcia wampirzyc przebiegających w długich czarno-czerwonych sukniach przez sąsiadujący z zamkiem cmentarzyk. Operator kamery Harry Waxman spisał się na medal.

"Vampyres: Daughters of Darkness" to absolutnie jeden z moich ulubionych erotycznych horrorów wampirycznych. Siła tego drapieżnego horroru drzemie przede wszystkim w ukazaniu obu wampirzyc jako seksualnych agresorów, które uwodzą i zwabiają mężczyzn w śmiertelną pułapkę. Obie aktorki (Marianne Morris i Anulka) zdają się kompletnie dominować nad męską obsadą, a sceny wampiryzmu, choć raczej krwawe i przygnębiające szybko nabierają lepkiego od szkarłatu i zmysłowego charakteru. Dla wielbicieli europejskiego horroru z lat 70-tych "Vampyres" to pozycja bezwzględnie obowiązkowa. Nie wyobrażam sobie fana horrorów wampirycznych, który nie widział tego atmosferycznego dreszczowca. Szkoda tylko, że inne znakomite horrory Larraza z lat 70-tych takie jak "Symptoms" nie doczekały się wydania DVD.

Bestialski chaos Teitanblood





















O hiszpańskim duecie Teitanblood słyszałem już od dawna, w podziemiu sporo się o tej kapeli i ich muzyce mówi. Jednak tak naprawdę dopiero teraz w pełni zacząłem się rozkoszować ich szaleńczym occult black/death metalem, a to za sprawą ubiegłorocznej EP-ki "Woven Black Arteries", na której znajdują się dwa kawałki "Sanctified Dysecdysis" and "Purging Tongues". Słówko 'dysecdysis' to nic innego, jak anormalne zrzucanie skóry u węży i jaszczurek. Czy jest ono uświęcone? Cholera wie, pewnie nie, dość powiedzieć, że ""Sanctified Dysecdysis" to 11-minut bestialskiego black/death metalowego szlamu, w którym zespół nie bierze jeńców. Kawałek dziki, chaotyczny, wulgarny, pełen wściekłej furii, delirycznych growli, pomruków i krzyków. Demoniczna kakofonia z najgłębszych czeluści piekieł utrzymuje się także w trakcie "Purging Tongues", w którym black/death metalowemu huraganowi towarzyszy blasfemiczna przemowa po hiszpańsku zapewne z jakiegoś satanicznego horroru z lat 70-tych... Muzyka Teitanblood, co też panowie pokazali na albumie "Seven Chalices" z 2009 roku jest gęsta, skondensowana i chaotyczna oraz posiada aurę autentycznego zła, co nie jest łatwe do wykreowania zarówno w obrębie black, jak i death metalu.

Wielbiciele Deathspell Omega, Necros Christos, Grave Miasma, Ircallian Oracle, Beherit, Blasphemy, Incantation, Diocletian czy niemieckich Katharsis, Truppensturm i Dark Tribe powinni czym prędzej zapoznać się z Teitanblood. Uwielbiam takie dźwięki! Swoją drogą na oficjalnej stronie zespołu jest zdanie po polsku: "Gdziekolwiek jest trup, tam się zbiorą sępy". Urocze. Czyżby któryś z muzyków Teitanblood miał polskie korzenie?

niedziela, 8 grudnia 2013

Płyta tygodnia: Beastmilk "Climax" (2013)

























I znowu na moim blogu gości znany z Hexvessel Khvost, eks-muzyk avant black metalowych Dodheimsgard i Code. Kolejny jego projekt Beastmilk różni się jednak znacznie od psychodelicznego pagan neofolka Hexvessel. Muzyka zawarta na debiutanckim albumie Beastmilk "Climax" to bowiem pierwszorzędny zimnofalowy post-punk w stylu Joy Division czy Christian Death. Czuć też klimat pionierów gotyckiego rocka takich jak np. Bauhaus. Płyta jest cholernie energetyczna, pełna melodyjnych riffów, masywnej perkusji i basu, posiada specyficzny klimat post-apokaliptyczny; to żywiołowy, cudownie mroczny i na wskroś gotycki post-punk z rewelacyjnymi wokalami Khvosta (momentami śpiewa niczym młody Glenn Danzig). Ciężko mi wyodrębnić ulubione piosenki, bo wszystkie są świetne. Może "Genocidal Crush" - posępny utwór o miłości, może majestatyczny "Ghosts Out of Focus", może post-apokaliptyczny "Nuclear Winter" (niemiecki Sodom miał kawałek pod tym samym tytułem na "Persecution Mania" z 1987 roku), gdy ma się wrażenie, że wszystko co kochamy stanęło na ostrzu noża. Zdumiewający debiut. Od czasu "No More Heroes" (2013) Soror Dolorosa nie słyszałem tak udanego albumu post-punk/cold-wave.

Do posłuchania:

http://beastmilk.bandcamp.com/

Nightmare/ Koszmar (1981) - recenzja




Program „M-K Ultra A Code” wprowadzany został w życie po doświadczeniach CIA związanych z programem badawczym kontroli umysłu w latach 50-tych i 60-tych. Ów początkowo ściśle tajny projekt wiązał się z użyciem wielu typów eksperymentalnych narkotyków podawanych więźniom i osobom chorym psychicznie, by dokonać na nich psychologicznej i fizycznej manipulacji poprzez oddziaływanie na  funkcje mózgowe bez pytania ich o zgodę. Testowano m.in. działanie dietyloamidu kwasu lizergowego (LSD, psychodelicznej substancji psychoaktywnej) na pacjentach szpitali psychiatrycznych i więźniach.

W "Nightmare" Romano Scavoliniego, osławionym video nasty z 1981 roku, królikiem doświadczalnym staje się George Tatum (Baird Stafford), cierpiący na zaniki pamięci (amnezja) schizofrenik o morderczych skłonnościach, którym co pewien czas targają ataki epilepsji. Czy przepisane mu substancje narkotyczne łagodzą jego epizody psychotyczne czy to dzięki nim zaczyna zabijać? Jako dziecko Tatum zamordował siekierą swojego ojca i jego kochankę, gdy ci oddawali się przyjemnościom seksualnym. Trapią go koszmary dotyczące tej krwawej zbrodni. Pomimo tego psychiatrzy wypuszczają go na wolność sądząc, że jest niegroźny dla otoczenia. Niemal od razu po wyjściu na wolność Tatum zaczyna zabijać kobiety.

Lata 70-te i początek lat 80-tych to wysyp seryjnych morderców w Stanach Zjednoczonych. Ted Bundy, Richard Ramirez, Henry Lee Lucas i Ottis Toole, Richard Trenton Chase, William G. Bonin, Patrick Kearney... by wymienić zaledwie kilku z nich. Seryjni mordercy zawładnęli też wyobraźnią wielu filmowców - powstały takie kultowe niskobudżetowe horrory jak "Maniac" (1980), "Don't Go in the House" (1980), "Don't Answer the Phone" (1980), "Bloodrage" (1979) czy "Victims" (1977), które bardziej skupiały się na próbie wykreowania wizerunku psychologicznego mordercy niźli na seryjnych morderstwach przez niego dokonywanych (choć akurat "Maniak" Williama Lustiga jest zarazem wyjątkowo krwawym slasherem). Do tej grupy można też zaliczyć "Nightmare" (1981) Romano Scavoliniego - z jednej strony makabryczny slasher, z drugiej dosyć udane studium psychologiczne niekontrolującego swoich poczynań świra.

Scavolini nakręcił "Koszmar" częściowo w Nowym Jorku (Staten Island), a częściowo na Florydzie. Film odznacza się brudnym, odrażającym grindhousowym klimatem. Stafford stapia się ze swoją rolą, zwłaszcza jego epizody epileptyczne są genialnie odegrane. Sceny gore wykonane przez Eda Frencha są całkiem mocne: podcinanie gardła, zadźganie młotkiem, wreszcie końcowa scena podwójnego morderstwa siekierą (fantastyczna dekapitacja); warto tutaj zaznaczyć, iż wybitny spec od charakteryzacji Tom Savini ("Świt umarłych", "Piątek trzynastego", "Maniak") nie współpracował na planie przy tworzeniu efektów specjalnych, był jedynie technicznym konsultantem. W trakcie seansu "Nightmare" nie można się oprzeć wrażeniu, że Scavolini trochę za bardzo inspirował się słynnym slasherem Johna Carpentera "Halloween" (1978), choć jego film jest zdecydowanie bardziej posępny. "Koszmar" znalazł się na liście video nasties, jego dystrybutor spędził 6 miesięcy w więzieniu, film był wielokrotnie cięty i montowany na nowo przez cenzurę. Dziś już jednak tak bardzo nie szokuje jak kiedyś.

sobota, 7 grudnia 2013

The Beyond/ Hotel siedmiu bram (1981) - recenzja





W Poznaniu wczoraj w najlepsze hulał dość porywisty orkan ochrzczony przez media wdzięcznym imieniem Ksawery - głównie z jego powodu, a co za tym idzie ze względu na chaos komunikacyjny z nim związany zdecydowałem odpuścić sobie piątkowy koncert zespołów Supreme Lord (brutal death metal) i Besatt (black metal) w ramach Chainsaw Metal Slaughter 2013. A cóż innego robić wieczorem jak za oknami mego domostwa wieje wędrujący wiatr? Obejrzeć kolejny horror, ot co. A w zasadzie przypomnieć w celach stricte opisowych, bo od grudnia 2001 roku widziałem "The Beyond" kilka razy, w tym jednokrotnie podczas seansu kinowego. 

Rok 1927, mokradła Luizjany, Hotel Siedmiu Bram. Wściekły tłum dokonuje bestialskiego linczu na malarzu imieniem Schweick wierząc, że jest on praktykującym okultyzm czarnoksiężnikiem. Mężczyzna zostaje pobity do krwi łańcuchami, ukrzyżowany i polany gorącym wapnem. Mord na nim dokonany otwiera jedną z siedmiu bram piekieł przez którą martwi mogą przenikać do świata żywych. Ów zabity artysta odnalazł do niej klucz. Wszytko następuje według przepowiedni znajdującej się w antycznej księdze zwanej Eibon. Mija kilka dekad. Do hotelu przybywa Liza Merrill (Catriona MacColl), która po dokonaniu renowacji ma zamiar otworzyć budynek dla gości. Niestety to błędna decyzja i na nic się zdają prorocze ostrzeżenia ślepej dziewczyny (Cinzia Monreale, "Buio Omega"), gdyż wkrótce dojdzie do serii krwawych mordów, pojawią się żywe trupy, krwiożercze tarantule i sam nieumarły Schweick powróci z zaświatów...

Któż nie pamięta wspaniałej sekwencji początkowej samosądu w kolorze sepii, która została sfilmowana przez Sergio Salvatiego, z którymi Lucio Fulci często współpracował. Nabiera ona odrealnionego, wręcz fantasmagorycznego charakteru. Słynne są też kadry końcowe "The Beyond", w których para protagonistów przekracza bramę podziemnego świata po to, by zostać skonfrontowana z niekończącą się pustynią szarzyzny, upstrzoną martwymi ciałami i kośćmi, na które pada blady blask, a zewsząd dochodzą ponure jęki i lamenty... Niekończona szarość pustki i przerażająca samotność od której nie ma ucieczki. "The Beyond" w reżyserii Lucio Fulci'ego to chłodny i bezwzględny majstersztyk surrealistycznego horroru gore, w którym takich zapadających w pamięć i przypominających oniryczny koszmar momentów jest mnóstwo. Czarnoskóry sanitariusz przetaczający na oczach odzianej w czerń dziewczynki skrzypiący wózek ze zwłokami pustym szpitalnym korytarzem, Lisa podróżująca samochodem przez most i natykająca się na ślepą dziewczynę z psem przewodnikiem, itd. Wreszcie oszałamiająco krwawe sceny gore: nabicie oczodołu na wystający ze ściany zardzewiały gwóźdź, wydłubywanie oka palcem, pająki atakujące oczy leżącego na ziemi nieszczęśnika. To właśnie w "The Beyond" dobitnie uwidacznia się obsesja Lucio Fulci'ego na punkcie oczu (i ich okaleczania). Oprócz tego eksplodujące od kul głowy umarlaków, rozrywanie krtani przez psa ("Suspiria" Dario Argento się kłania) i wiele innych scen gore pierwszorzędnie wykonanych przez włoskiego speca od charakteryzacji Gianetto De Rossi. Za kapitalną ścieżkę dźwiękową "Hotelu siedmiu bram", w której możemy usłyszeć złowieszcze chóry, wpływy klasyczne i brzmienia elektroniczne, odpowiada Fabio Frizzi. "The Beyond" to (obok "Miasta żywych trupów") chyba najbardziej lovercraftowski horror włoskiego mistrza makabry, czego dowodem jest chociażby magiczna księga Eibon, czyli dzieło autorstwa Hyperboreańskiego czarnoksiężnika Eibona, zapisane na pergaminie ze skóry nieznanego dziś zwierzęcia, a odnalezione w ruinach jego pentagonalnej, zbudowanej z czarnych gnejsów wieży już po ucieczce prześladowanego za herezje maga. 

piątek, 6 grudnia 2013

Lew Lucerny: agonia z kamienia



















W 1880 roku znany pisarz Mark Twain określił kamienny pomnik Lwa Lucerny "najbardziej żałobnym i poruszającym kamiennym monumentem na świecie". Coś w tym jest. Fotografia Lwa Lucerny nadawała by się na okładkę niejednej płyty funeral doom metalowej. Spojrzenie lwa wyraża nieskończoność smutku i tragedii. Monument przedstawiający króla drapieżców umierającego od strzały został wykuty w piaskowcu w 1820 roku ku chwale i pamięci 700 szwajcarskich żołnierzy zmasakrowanych w trakcie Rewolucji Francuskiej przez żądny krwi motłoch. Mierzy 10 metrów długości i 6 metrów wysokości. Nad nim widnieje łacińska inskrypcja:

"Helvetiorum Fidei Ac Virtuti"...

The House by the Cemetery/ Dom przy cmentarzu (1981) - recenzja






Już prolog "The House by the Cemetery" Lucio Fulci'ego ocieka makabrą. Młoda kobieta (Daniela Doria) poszukuje swojego chłopaka w opuszczonym tytułowym domu przy cmentarzu. Kiedy odkrywa jego ciało ktoś zachodzi ją od tyłu i wbija jej nóż w czaszkę, a ostrze wychodzi ustami dziewczyny. Niebieskooki Bob (Giovanni Frezza) oraz jego rodzice Norman i Lucy Boyle (Paolo Malco, Catriona MacColl) wyprowadzają się z Nowego Jorku do New Whitby w okolicach Bostonu. Dziewczynka imieniem Mae, którą tylko Bob może zobaczyć ostrzega go przed osiedleniem się w tym domostwie. Miejsce przeprowadzki: wymagająca renowacji Rezydencja Dębu (Oak Mansion) z zamkniętymi drzwiami do piwnicy. Zjawia się opiekunka Ann (Ania Pieroni), która usiłuje je otworzyć. W Rezydencji mieszkał uprzednio Dr. Peterson, który zamordował swoją narzeczoną, a potem powiesił się. Przedtem studiował przypadki zaginięć na tym terenie. Lucy pod nieobecność męża odkrywa pod dywanem grobowiec Jacoba Tessa Freudsteina i zaczyna być coraz bardziej zaniepokojona. W dodatku Norman po zejściu do piwnicy domostwa zostaje zaatakowany przez nietoperza i pogryziony w dłoń. Kiedy Boylowie udają się do szpitala w progi rezydencji przybywa agent nieruchomości Mrs. Gittelson (Dagmar Lassander) i zostaje bestialsko zamordowana przez istotę kryjącą się w piwnicy. Następna w kolejności jest opiekunka Ann, której morderca trzykrotnie podrzyna w piwnicy gardło tak głęboko, że jej głowa odpada od tułowia. Oprawcą okazuje się wiktoriański chirurg Freudstein, mający 150-lat gnijący żywy trup, który używa części ciał zamordowanych, aby regenerować swój organizm. Jego celem staje się Bob i jego rodzice...

Mam przeogromny sentyment do "Domu przy cmentarzu", gdyż był to pierwszy horror Lucio Fulci'ego, który miałem okazję widzieć. Ongiś bardzo popularny tytuł w wypożyczalniach kaset video (dystrybuował go Imperial) i w odróżnieniu od "Miasta żywych trupów" ("City of the Living Dead", 1980) był nieocenzurowany. Na pewno widziałem ten horror po raz pierwszy jako dzieciak, jeszcze gdy mieszkałem w Tomaszowie Mazowieckim. Była to połowa lat 90-tych, czasy wypożyczalni i przegrywania filmów na taśmy. Wreszcie doczekałem się DVD z tym horrorem, a konkretnie eleganckiego niemieckiego wydania. W przypadku "The House by the Cemetery" mamy do czynienia z gotyckim zombie/slasherem z elementami ghost story - jakkolwiek dziwnie owo zaszufladkowanie zabrzmi. Włoski Ojciec Chrzestny Gore i scenarzyści Elisa Briganti i Dardano Sacchetti inspirowali się niewątpliwie "Horrorem Amityville", "Lśnieniem" Stanleya Kubricka i postacią monstrum Frankensteina przy kręceniu klaustrofobicznego "Domu przy cmentarzu".

Film cechuje wzorcowo utkana atmosfera grozy i niesamowitości, którą Fulci jeszcze mocniej uwypuklił w "The Beyond" (1981). Szokujące sceny gore (przebijanie tętnicy szyjnej pogrzebaczem, dekapitacja po trzykrotnym podcięciu gardła, rozrywanie krtani gołymi rękoma) pieczołowicie wykonane przez Gino de Rossi robią wrażenie; uroku filmowi dodają także zdjęcia Sergio Salvatiego i przejmująca ścieżka dźwiękowa Waltera Rizzati. Do zapamiętania nadnaturalna końcówka "Domu przy cmentarzu" oraz wieńczący ją cytat z Henry'ego Jamesa (autora mistrzowskiej wiktoriańskiej powieści grozy "W kleszczach lęku"): "Nikt nigdy nie będzie wiedział czy dzieci są potworami czy potwory są dziećmi". Czas zabrać się za "The Beyond"...