piątek, 7 lutego 2014

Narkotyki Sarah Schoenfeld
















































































































































Nie mogę się nadziwić abstrakcyjnemu pięknu tych zminiaturyzowanych wszechświatów. Niemiecka artystka Sarah Schoenfeld w ramach serii fotografii "Wszystko co czujesz" wycisnęła krople różnorodnych legalnych i nielegalnych mikstur narkotyków (bądź też samych narkotyków) na naświetlony negatyw tworząc abstrakcyjną mozaikę barw i kształtów. Na zdjęciach Sarah Schoenfeld począwszy od góry ecstasy, metamfetamina, ketamina, LSD, valium, kokaina, heroina, mefedron i speed, a także speed w kombinacji z mefedronem. Więcej poniżej:

http://www.sarahschoenfeld.de/works/all-you-can-feel-2/
Wywiad z artystką z Berlina: http://www.kaltblut-magazine.com/sarah-schoenfeld-all-you-can-feel/

czwartek, 6 lutego 2014

Morbo/ Morbidness (1972) - recenzja






















Prolog filmu. Opuszczona farma gdzieś w pobliżu strawionego przez płomienie lasu. Zakurzone pomieszczenia ziejące pustką, okna i ściany obrośnięte winoroślą i chwastami, strzelba oparta o ścianę, puste krzesło inwalidzkie, kłębowisko szczurów. Słychać głosy mężczyzny i kobiety. On próbuje ją komplementować, ona wybucha gniewem. Napisy początkowe. Ceremonia ślubna w kościele. Świeżo upieczeni małżonkowie Alice (Ana Belen) i Diego (Victor Manuel) wsiadają do sportowego samochodu z podczepioną do niego przyczepą kempingową i ruszają w podróż poślubną na odludzie. Na stacji benzynowej Alice pozbywa się sukni ślubnej obserwowana przez młodego chłopaka. Suknia trafia na tylne siedzenie samochodu. Nowożeńcy wjeżdżają w wiejską drogę ignorując ostrzeżenie o prywatnej własności. Parkują w jednej lokalizacji, piją szampana, jedzą z puszek, Diego odnajduje gnijące ścierwo zwierzęcia. Dlatego też rusza dalej szukając innego miejsca do zaparkowania. Pole na krawędzi lasu - oto co wybiera. Tam mają pozostać przez najbliższe dni. Początkowo para jest szczęśliwa i pozbawiona trosk: kochają się namiętnie, bawią się zieloną piłką, niszczą kiczowate prezenty od rodziny, ona scyzorykiem wykrawa na drzewie imiona obojga wraz z rysunkiem serca. Czar zaczyna jednak stopniowo pryskać niczym bańka mydlana, zaczynają się pierwsze sprzeczki i niedopowiedzenia. Alice intuicyjnie wyczuwa, że ktoś bądź coś ich obserwuje. W nocy wycieraczki samochodu same zaczynają chodzić. W pobliskim strumieniu Alice odnajduje figurki nowożeńców z tortu ślubnego. Na ziemi leży czyjaś spinka do włosów. Czy ktoś prześladuje parę zakochanych?

Subtelny thriller w reżyserii Gonzalo Suáreza, w którym na pierwszy rzut oka nic nie wydaje się oczywiste. Jest w nim kilka niepokojących momentów np. psychodeliczna scena,w której Alice dostrzega w klatce jednego chomika pożerającego drugiego (dalekie echa znakomitego australijskiego horroru "Long Weekend" z 1978 roku) czy przechadzka dziewczyny po pomieszczeniach na pierwszy rzut oka opuszczonej farmy. Nade wszystko motywem przewodnim "Morbo" zdaje się być powolna dezintegracja małżeństwa Diego i Alice pod wpływem osamotnienia i poczucia osaczenia z zewnątrz. Para stopniowo przestaje się komunikować, na powierzchni ich związku zaczynają pojawiać się rysy. I tutaj warto wspomnieć o znakomitych rolach Any Belen i Victora Manuela - w trakcie kręcenia "Morbo" zakochali się z wzajemnością i później pobrali. Enigmatyczna natomiast pozostaje rola Michaela J. Pollarda; jego postać jest niejednoznaczna, nie jesteśmy pewni czy Pollard jest niebezpieczny czy nie. Znana z horroru Jorge Grau "Ceremonia Sangrienta" (1973) Maria Vico wciela się w rolę jego uwięzionej na wózku inwalidzkim towarzyszki. Ostatnie 20 minut "Morbo" to przepyszny kawałek pozwalającej na grę domysłów grozy.

Dla zachęty fragment filmu:

http://www.youtube.com/watch?v=Ehan0U3KdN8

środa, 5 lutego 2014

Refleksje po przesłuchaniu "The Satanist" Behemoth
















Początkowo miałem nie pisać o "The Satanist" (2014) Behemoth, bo w mediach jest o tej płycie cholernie głośno. Ale po odsłuchu zmieniłem zdanie. Pisanie bloga pozwala mi na staranny dobór tego, o czym chce pisać, a "Satanista" jest wyjątkowo udanym, by nie rzec doskonałym albumem. Założeniem DTB, BTH (przynajmniej pod kątem treści muzycznych) było promowanie mniej znanych zespołów/projektów z szerokiego spektrum (sub)gatunkowego, których twórczość z takich czy innych względów przypadła mi do gustu, ale narzucane reguły są po to, by je łamać.

Próbując się staranniej wgryźć w filozofię "Satanisty" muszę sięgnąć po booklet albumu, w którym Nergal pisze o tym, co go pcha do przodu w procesie tworzenia. Patrzę na otaczający mnie świat podobnie jak Darski: z pozycji obserwatora, daleko mi jednak z racji mego charakteru do chęci aktywnej partycypacji. Aby coś zaistniało coś przedtem musi umrzeć. Dwa przeciwstawne żywioły walczą między sobą, ale są nierozłączne. Doskonale to widać w trakcie erupcji wulkanicznej na Islandii, gdy wydobywająca się z ziemskich trzewi lawa topi pokrywę lodową powodując gwałtowne powodzie. Wówczas słońce zasnuwa całun mroku. W nas samych tkwi nieprzenikniona ciemność, lecz tak naprawdę niewielu ludzi jest tego świadomych. Ciemność, która fascynuje, przeraża, oblepia umysł i rozkochuje w sobie. Z ciemności wyzwala się sztuka, zdumiewający wytwór wyobraźni mogący być aktem blasfemii. Sztuka, która ignoruje religijne dogmaty i ograniczenia, strąca z piedestału złote cielce, wychodzi poza oczekiwania. Jej orędownikiem staje się Szatan, uosobienie wolności, niezależności, determinacji. Wolność ciała i wolność umysłu przestają być skute rdzewiejącymi kajdanami religijnych nakazów i zakazów. Chrześcijański kod moralności tłamszący wszelkie przejawy indywidualności traci na znaczeniu. Liczy się afirmacja życia, nieskrępowana wolna wola, upojenie drugim człowiekiem, jego pragnieniami, ideałami. A także sztuka - gwałtowna, intensywna, kalecząca, pełna sprzecznych emocji, obrazoburcza, transgresyjna: przykładowo w 1936 roku francuski postmodernistyczny filozof Georges Bataille założył sekretne spirytystyczno-okultustyczne stowarzyszenie Acéphale (Bezgłowy), w którym badał śmierć, cierpienie, składanie ofiar z ludzi, wyzwolenie się z więzów poprzez akt rozkosznego spełnienia. "The Satanist" Behemoth to w rzeczy samej ekstatyczne misterium black death metalu, dionizyjska orgia zmysłów; płyta, która w pewnym sensie redefiniuje zespół na nowo. Ale od początku...

W trakcie odsłuchu "The Satanist" nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że ten album to osobista proklamacja Nergala, który po udanej operacji przeszczepu szpiku narodził się powtórnie. I rzeczywiście z "Satanisty" wyziera drapieżna siła charakteru i rebeliancka ambicja. Nawet jeśli słuchaczowi Behemoth obca jest crowleyowska filozofia Thelemy liryki Nergala i Krzysztofa Azarewicza skłaniają do refleksji. I podobnie jest w przypadku "The Satanist", dziesiątego albumu studyjnego Behemoth. To płyta w każdym calu przemyślana, nic na niej nie jest przypadkowe. Już otwierający numer "Blow Your Trumpets Gabriel" zaskakuje wprowadzając do muzyki Behemoth element niepokoju, a to za sprawą wolnego początku przeradzającego się w crescendo agresji. Kolejny numer na płycie, czyli "Furor Divinus" to siarczysty, pełen blastów wyziew przypominający mi nieco opętańczy black/death serwowany przez austriacki Belphegor. W trzeciej kompozycji "Messe Noire" oprócz fantastycznej finalnej solówki pojawiają się delikatne naleciałości francuskiego Deathspell Omega w postaci złowieszczych gitarowych dysonansów (to naprawdę zadziwiające jak wielu artystów ze sceny black metalowej inspiruje Mikko Aspa; no cóż, czapki z głów dla DO). "Ora Pro Nobis Lucifer"  charakteryzuje się potężnym, mielącym kości wiodącym riffem - to chyba mój ulubiony kawałek na "The Satanist", w dużej mierze dzięki precyzyjnie utkanej mrocznej atmosferze. Po nim z siłą szalejącego tornado nadciąga "Amen", w którym Inferno zdaje się dosłownie dewastować swój zestaw perkusyjny. Nokautujący cios przed wolniejszą kompozycją tytułową ("The Satanist") o rdzeniu rockowym z death metalowymi wokalami Nergala i furią blastów w końcówce. Z kolei w monumentalnym "Ben Sahar" mamy do czynienia z doskonałą synergią brutalnego jadu z melodyjną progresją.  Potem uszy miażdży nieokrzesany "In the Absence ov Light". Miażdży i zarazem zaskakuje, a to za sprawą ustnej deklamacji Nergala ze "Ślubu" Witolda Gombrowicza w środku kompozycji (w tle towarzyszą jej akustyczna gitara i saksofon); prostych słów, acz pełnych mocy i siły, mogących stanowić swoiste credo "Satanisty". "The Satanist" wieńczy "O Father O Satan O Sun" - rozbudowany, epicki, demoniczny utwór nad którym unoszą się eteryczne widma Crowleya i Bataille'a oraz antyczne demony (Agathos czy grecko-egipski Bezgłowy Bóg Akephalos). Niesamowicie zróżnicowana i dynamiczna płyta, opus magnum bombastycznej blasfemii.

"Odrzucam wszelki ład, wszelką ideę
Nie ufam żadnej abstrakcji, doktrynie
Nie wierzę ani w Boga, ani w Rozum!
Dość już tych Bogów! Dajcie mi człowieka!
Niech będzie, jak ja, mętny, niedojrzały
Nieukończony, ciemny i niejasny
Abym z nim tańczył! Bawił się z nim! Z nim walczył
Przed nim udawał! Do niego się wdzięczył!
I jego gwałcił, w nim się kochał, na nim
Stwarzał się wciąż na nowo, nim rósł i tak rosnąc
Sam sobie dawał ślub w kościele ludzkim!" - Witold Gombrowicz, "Ślub"

Słówko jeszcze o zawartości DVD dołączonego do CD "The Satanist".  Obejmuje ono blisko godzinny (doskonale zmontowany) koncert, który Behemoth zagrał w rosyjskim Jekaterynburgu 26 września 2013 roku oraz interesujący 30-minutowy dokument o powstawaniu "The Satanist" zrealizowany przez Grupę 13. Zwłaszcza film zasługuje na uwagę, gdyż jest bardzo plastyczny, wizyjny, utrzymany w czarno-białej fantasmagorycznej tonacji. Wypowiadają się Nergal, Orion i Inferno, zabrakło Setha do kompletu. Inferno wspomina, że gra na perkusji wprowadza go w trans, a Nergal mówi, że w muzyce ekstremalnej często brakuje mu emocji. W tej kwestii absolutnie się z nim zgadzam, gdyż sam szukam w muzyce metalowej szczególnych doznań. 

poniedziałek, 3 lutego 2014

Deathcamp Project, Closterkeller, Fields of the Nephilim - 1 luty (fototrelacja)







Pierwszy mój koncert w 2014 roku i zarazem pierwsza wizyta w Progresji Fort Wola 22. Na początek mały zgrzyt, bo rzekomo w ogóle nie można robić w trakcie koncertu zdjęć, o czym informuje obszukujący mnie ochroniarz każąc oddać aparat do depozytu. Na szczęście drugi ochroniarz (odpowiedzialny za depozyt) nie zabiera mi kompakta, który chowam do tylnej kieszeni. Postanawiam tak czy owak robić zdjęcia - po prostu nie używając flesza. Przestaję mieć jakiekolwiek wątpliwości gdy zaczyna grać nasz rodzimy Deathcamp Project widząc, że sporo osób na sali cyka fotki.

Przyznam się bez bicia, nie znałem wcześniej muzyki Deathcamp Project, choć nazwa zespołu obiła mi się o uszy. Może dlatego że w rejony gotyckie zaglądam okazjonalnie siedząc intensywniej w metalu i dark ambiencie. Posłuchałem przed koncertem paru kawałków na YouTube i spodobały mi się, poczytałem też co nieco o kapeli. Regularni bywalcy Castle Party, supportowali takie zespoły jak Christian Death, The Birthday Massacre, Clan of Xymox czy Fields of the Nephilim (w 2010 roku, również w Progresji). Przedwczoraj zagrali bardzo przyjemny i wpadający w ucho goth rockowy koncert okraszony chwytliwą elektroniką i industrialnymi pejzażami. Świetny, lekko mroczny image muzyków oraz obdarzony unikalną barwą głosu gitarzysta i wokalista Void (swoją drogą istnieje bardzo ciekawy brytyjski duet industrial black metalowy pod tą samą nazwą, który gorąco polecam). Zagrali m.in. ""Too Late", "No Cure", "Betrayed" "Fuckin' Deathrock" i "Rule and Control"...

Closterkeller. Nigdy nie byłem wielkim fanem zespołu Anji Orthodox, kojarzyłem tylko kilka kawałków, w tym ongiś puszczaną w radio "Władzę", więc znów wyjdzie na wierzch moja ignorancja. Nigdy nie widziałem ich też na żywo, bo jakoś mnie do tego nie ciągnęło. No ale skoro występują przed Fields of the Nephilim to stwierdziłem, że zobaczę choć kawałek ich koncertu. I muszę przyznać, że nie żałuję, choć nie był to jak dla mnie powalający występ. Niemniej słuchałem piosenek śpiewanych przez odzianą w długą gotycko-wiktoriańską suknię Anję Orthodox z zainteresowaniem. Zgromadzeni na sali fani zespołu usłyszeli takie utwory jak ateistyczny "Miraż" z płyty "Nero", "Matka", "Między piekłem a niebem" i "Dwie połowy" z "Aurum". Od znajomego dowiedziałem się natomiast, że Anja piekliła się, gdy Fields of the Nephilim zagrało przed koncertem 40-minutową próbę. Trochę nieładnie z jej strony. 

W paranoicznym horrorze science-fiction Richarda Stanleya "Hardware" (1990) jest scena początkowa, w której charyzmatyczny lider Fields of the Nephilim Carl McCoy jako Nomad (Wędrowiec) odkrywa w piasku Sahary militarną maszynę do zabijania, czyli robota MARK 13. Ta epizodyczna rola idealnie do niego pasowała. Anioł zagłady. Ponury żniwiarz, który przynosi ze sobą chaos i zniszczenie. Diabeł pustyni - scenę z Carlem nakręcono w marokańskiej Quarzazate będącej częścią Sahary, w trakcie wschodu i zachodu słońca, pod czerwienią nieboskłonu. Możecie mi uwierzyć albo nie, ale to był mój pierwszy kontakt z Carlem McCoyem, jeszcze zanim poznałem muzykę Fields of the Nephilim. A była to połowa lat 90-tych czy jakoś tak. Natomiast pierwszy kontakt z cudowną muzyką Fields of the Nephilim to nagrany z telewizji teledysk do "Psychonaut" (1989); pamiętam też, że nagrałem z niemieckiego programu Metalla teledysk do "Penetration" z płyty "Zoon" (1996) The Nefilim, czyli gotycko-metalowego projektu Carla. Wreszcie posępny kowbojski wizerunek FOTN nawiązujący do włoskich spaghetti westernów (szerokie kapelusze, długie płaszcze, kowbojskie buty). XIX-wieczni renegaci z prerii tonący w mglistych oparach. No i muzyka Fields of the Nephilim: głęboka, tajemnicza, mroczna, podsycana niskim i pełnym mocy śpiewem Carla McCoya, szamana dźwięku i miłośnika mistycyzmu, od którego roi się w jego lirykach. 

W przypadku każdego występu Fields of the Nephilim umysł absorbuje muzykę w pełni, syci się nią, rozkoszuje. Dało się to odczuć w Progresji. Atmosfera w trakcie koncertu FOTN błyskawicznie zrobiła się gęsta, muzycy stali nieruchomi, otoczeni nimbem tajemniczości, Carl McCoy małomówny w stosunku do widowni, lecz uwaga zgromadzonych skupiała się przede wszystkim na nim jako na szamanie odprawiającym rytuał Fields of the Nephilim. I rzeczywiście koncert Fields of the Nephilim był magiczny, by nie rzecz transcendentalny. Mieli grać całość "The Nephilim" (1988), ale jednak nie... FOTN zagrali także utwory z "Elizium" (1990) i "Mourning Sun" (2005). Usłyszeliśmy "Chord of Souls", "For Her Light", "The Watchman", "New Gold Dawn", "At The Gates of Silent Memory", "Love Under Will", "Psychonaut", "Last Exit For The Lost" czy zagrane na bis "Moonchild" oraz "Mourning Sun", który zabrzmiał potężnie i majestatycznie. Nie było chyba lepszego numeru na zamknięcie koncertu. Był to na pewno spektakl o którym się myśli jeszcze długo po jego zakończeniu. I z utęsknieniem czeka się na powtórkę.

http://www.youtube.com/watch?v=jjsUmqCcnZE

piątek, 31 stycznia 2014

Premiera minialbumu Det Gamle Besatt

























Pozostańmy jeszcze przy black metalu, ale tym razem w kategorii informacji muzycznej. Już 1 lutego 2014 premierę będzie miał debiutancki mCD bytomskiego Det Gamle Besatt. Materiał zarejestrowany został w 2012 w składzie, który ponad 20 lat temu powołał do istnienia potężny Besatt: Weronis (gitara i wokal), Beldaroh (bas i wokal), Dertalis (perkusja). Płyta zawiera osiem numerów, w tym pierwszy utwór jaki stworzył Besatt: Ares; dostarcza 30 minut plugastwa w klimacie lat 80-tych. Jest to mieszanka mocy i zła spod znaku heavy i thrash z blackowym zacięciem. Sam chętnie zapoznam się z tym materiałem.

Kawałek promocyjny można usłyszeć na YouTube:
http://www.youtube.com/watch?v=mXin9K8mnoM

Tracklista:
1. Ares
2. Golgota
3. Mój Raj
4. Epitafium Ku Czci Boga
5. Deus Est Mortuus
6. Wojenne Werble
7. Ołtarze Piekieł
8. Labirynt Szaleństwa

Wydawca:
Black Vault Productions
Po Box 11
05-420 Józefów
www.blackvault.pl

Koszt:
15 pln + 5 pln przesyłka

Zamówienia:
bartek@blackvault.pl
lub allegro:
http://allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=3429261

Jarno Elg, fiński kanibal i satanista


















Lata minęły od czasu gdy sięgnąłem po norweski black metalowy Ancient. Dziś przed pójściem do pracy przesłuchałem sobie ich singiel "Det Glemte Riket" (1994) oraz drugą płytę "The Cainian Chronicle" (1996), czyli ostatnią słuchalną rzecz, którą spłodził Aphazel z zespołem. Jak powszechnie wiadomo Ancient stał się potem swoistą karykaturą black metalu; ociekające kiczem teledyski i jasełkowy wampiryzm w ich wydaniu cuchnęły wiochą na odległość. Lecz 21 listopada 1998 roku metalowy światek obiegła wieść o rytualnym mordzie dokonanym przez młodych fińskich 'satanistów' na 23-letnim mężczyźnie. Oprawcy mieli jakoby torturować ofiarę w trakcie słuchania "The Cainian Chronicle" Ancient. Przewodził im 24-letni Jarno Elg, który zjadł niektóre części ciała zabitego mężczyzny po poćwiartowaniu jego zwłok. Do zdarzenia doszło w fińskim mieście Hyvinkää. Partnerami Jarno w morderstwie byli 17-letnia Terhi Johanna Tervashonka, 20-letni Mika Kristian Riska oraz 16-letni chłopiec, którego danych nie podano do opinii publicznej (podobnie jak danych zamordowanej ofiary). Uciętą nogę mężczyzny znaleziono na wysypisku śmieci. Jarno jako mózg 'satanicznej' grupki został skazany na dożywocie, Tervashonka jako osoba nieletnia (i częściowo obłąkana) została skazana na karę 8 lat i 6 miesięcy pozbawienia wolności. Wyszła na wolność w 2003 roku. Nie na długo jednak... 23 sierpnia 2007 roku ruszył jej proces o drugie morderstwo, którego dziewczyna miała dokonać sierpakiem (rodzajem noża ogrodniczego). 20-letni Riska dostał dwa lata i osiem miesięcy więzienia za napaść i zbezczeszczenie grobu; 16-latka uniewinniono, bo twierdził, że pozostali go zmusili do udziału w zbrodni. Ofiara była długotrwale torturowana i w końcu została uduszona. Fiński sąd utajnił dane tej sprawy na okres 40 lat, stąd też niewiele informacji na jej temat znalazło się w środkach masowego przekazu. Oczywiście wskazywano na satanistyczne tło morderstwa. Jednak w 2000 roku Tervashonka w wywiadzie wyznała, że jej zdaniem nie doszło do umyślnego morderstwa. Totalnie pijana grupa postanowiła uciszyć piątego jej członka, który był bardzo hałaśliwy... poprzez zaklejenie mu ust taśmą klejącą. Nawaleni sprawcy nie rozumieli, że mężczyzna się udusi... uff, kandydaci do Nagrody Darwina murowani. I udusił się. Wtedy pijani w sztok 'sataniści' zaczęli ciąć jego ciało na kawałki. Kontynuowali, gdy wytrzeźwieli, bo zwłok kolegi należało się pozbyć. I tak noga 23-letniego mężczyzny odnalazła się na wysypisku na śmieci. Tervashonka stanowczo zaprzeczyła, aby ta śmierć miała cokolwiek wspólnego z satanizmem. Na zdjęciach Tervashonka i Jarno Elg (sardoniczny uśmieszek a la Varg Vikernes). Do posłuchania "The Cainian Chronicle" norweskiego Ancient. Serio czy przy takiej muzyce można torturować kogokolwiek?

https://www.youtube.com/watch?v=0JkwniRNJpo

czwartek, 30 stycznia 2014

Matej Curko, słowacki kanibal


Kanibalistyczni mordercy budzą grozę i obrzydzenie. Sawney Bean, na którego historii Jack Ketchum oparł swój odrażający literacki debiut "Off-Season" (1980). Kanibale z Niemiec: Georg Grossman, Fritz Haarman, czyli niesławny Rzeźnik z Hannoveru, z polsko-niemieckich akcentów Karl Denke. Issei Sagawa, adorator ludzkiego mięsa. Z ostatniej dekady m.in. Armin Meiwes i słowacki kanibal Matej Curko (plus kilku innych). Historia tego ostatniego jest na tyle groteskowa, że nadaje się na mojego bloga. 43-letni Matej Curko nie żyje, wiele tajemnic zabrał ze sobą do grobu. 10 maja 2011 roku zastrzelił go snajper słowackiej policji, gdy szykował się do morderstwa kolejnej "ofiary".

Internetowa ksywka: Kanibm, mail kontaktowy: kanibm@volny.cz. Jeśli chcesz umrzeć to skontaktuj się z Kanibm. Poda ci potężną dawkę środków usypiających, a potem zada cios nożem  w serce. Nie dowiesz się jednak co Matej zamierza zrobić z twoim ciałem post-mortem. Hmm, po prostu poćwiartuje je i zje. Matej Curko, programista komputerowy mieszkał spokojnie z żoną i dwójką córek w słowackiej wiosce Kysik. Nie rzucał się w oczy, nikt oczywiście nie podejrzewał, że mógł być seryjnym kanibalem. Praktycznie zawsze tak jest. Szwajcar Markus Dubach chciał umrzeć i zostać zjedzony. Korespondował mailowo z Matejem; uzgodnili, że spotkają się w Słowacji. Curko pisał mu szczegółowo co zamierza zrobić, ba, chciał aby Markus ubrał się w specyficzny sposób. Zamierzał podać Markusowi narkotyk, a potem pchnąć go nożem w serce; potem chciał go poćwiartować, a części ciała zjeść. Te, których nie zjadłby od razu zamierzał posypać pieprzem, aby ukryć odór gnicia i zapobiec konsumpcji ze strony zwierząt. Do spotkania między ofiarą, a jej katem miało dojść w lesie. Ale Szwajcar się rozmyślił i powiadomił policję. Pod Szwajcara podszył się agent policji, ubrał się tak jak Curko przykazał, pojechał pociągiem do Kysik i poszedł do lasu na spotkanie z Matejem. Miał na sobie podsłuch. Snajper ze SWAT ukrył się w pobliżu i czekał tylko na właściwy ruch. Kiedy agent ujawnił się i chciał zatrzymać Mateja, ten strzelił do niego z broni palnej, którą miał przy sobie. Wtedy zaczął strzelać snajper ze SWAT-u. Matej upadając na ziemię poważnie ranił jednego z nadbiegających policjantów. Curko dostał 5 kul, umarł na stole operacyjnym w niecałe 48 godzin po strzelaninie. 

Curko miał przy sobie plecak, w którym znajdowały się środki usypiające, butelki wódki, przyprawy do zamaskowania odoru rozkładu, zapalniczka i rękawiczki. W lesie trzymał noże, piły i liny, dysponował także legalnym arsenałem broni palnej i amunicji. Odnaleziono także własnoręcznie zrobiony ołtarz ceremonialny i świece. Matej nigdy jednak nie wspominał, że uczestniczy w jakiejkolwiek aktywności spirytualno-sekciarskiej. Naprowadzona kordynatami GPS z komputera Curko policja odkryła w lesie blisko ołtarza dwa poćwiartowane ciała młodych kobiet owinięte w plastikową folię i zakopane w płytkich grobach. Nie tylko zresztą tam... w lodówce Curko leżała reszta ich ciał. Po badaniu DNA policja ustaliła tożsamość jednej z ofiar. 20-letnia Lucia Uchnarova (na zdjęciu) ze Snina była łatwą ofiarą. Walczyła z chorobą psychiczną, chciała popełnić samobójstwo, o czym niejednokrotnie wspominała na Facebooku. Jej sieciowa persona przypadła do gustu Curko, namówił ją do spotkania w lesie wcześniej dokładnie opisując co jej zrobi. Drugą ofiarą okazała się Elena Gudjakova z Oravske Vesele, która zaginęła w 2010 roku. Jak wynika z korespondencji między kanibalem a ofiarami obie kobiety ochotniczo chciały umrzeć i zostać po śmierci zjedzone. Ciekawa transakcja, nie ma co... Curko pisał do Uchnarovej m.in. "Nie jestem gwałcicielem, ani gejem. Jestem tylko zboczeńcem, który chce poczuć śmierć, dotknąć umierającego ciała". Czarujące. Był podekscytowany tym, że odnalazł dziewczynę. Chełpił się, że w wieku 17 lat też próbował popełnić samobójstwo. "Jeśli przyjedziesz bez policji to umrzesz" - pisał. Uchnarova poprosiła o jego zdjęcie, ale jej 'przyszły egzekutor' odmówił. Co ciekawe, Curko wysłał fotografie części ciał obu kobiet Markusowi. Być może to sprawiło, że Szwajcar o dziwacznych upodobaniach zmienił zdanie... Ile ofiar miał na swoim koncie Matej Curko? Tego pewnie prędko się nie dowiemy, bo jego komunikacja elektroniczna sprzed 2010 roku została wymazana przez operatora internetowego. Na pewno przebił o wiele bardziej znanego Armina Meiwesa, kanibala z Rohtenburga z jedną ofiarą na koncie. Ktoś z Włoch został wspomniany przez Mateja w korespondencji elektronicznej z Markusem, ale tożsamość tej osoby (potencjalnej ofiary?) pozostaje nieznana...

Generalnie historie niektórych morderców-kanibali są tak groteskowe, że wrócę do nich w przyszłości.

Płyta tygodnia: Urna "Mors Principium Est" (2013)



























Urna powraca z czwartym albumem i robi to jak zwykle w oszałamiającym stylu. "Mors Principium Est" (2013) to następca znakomitego "Iter ad Lucem" (2009) i zarazem album po brzegi wypełniony zdumiewająco mrocznym i niepokojącym black/funeral doom metalem, który regularnie zapuszcza się w rejony mrożącej krew w żyłach psychodelii znanej wszystkim miłośnikom brytyjskiego Esoteric. A że Esoteric znam i cenię od lat (w kwietniu zagrają w Polsce wraz z Isole i Procession - tego koncertu nie wolno przegapić!), zatem nie mam pytań. Świadczy o tym ekstremalnie zagęszczona praca gitar kreująca bezlitosną atmosferę rodem z najmroczniejszych koszmarów. Ponure riffy płynnie przechodzą w delikatne interludia; w posępnej muzyce Włochów spotykamy się także z wprawnym użyciem crescendo i decrescendo, a także z klawiszowo-ambientowymi pasażami. Nastrojowy black/funeral doom zaprezentowany na "Mors Principium Est" wymaga od słuchacza całkowitego skupienia, wręcz  bezgranicznego oddania się dźwiękom; poszczególne utwory zlewają się w mknący nieprzerwanie strumień ciemności. Niepokojąca głębia muzyki Urna nie przestaje mnie zachwycać. Nie mam wątpliwości, że Urna z płyty na płytę coraz bardziej dojrzewa oddając się awangardowemu eksperymentowaniu. W ramach ciekawostki na sam koniec wspomnę, że w "Fui Sum Ero" gościnnie pojawia się wokalista, gitarzysta i założyciel Esoteric, Greg Chandler.

http://urna.bandcamp.com/

Il Mostro di Firenze/ The Monster of Florence (1986) - recenzja


















Sprawa seryjnego mordercy o przydomku Potwór z Florencji jest jedną z najbardziej fascynujących zagadek w annałach światowej kryminalistyki. Nie będę się zbytnio rozpisywał na temat Il Mostro, podam tylko kilka ogólnikowych faktów. W latach 1968-1985 Il Mostro zamordował 16 osób. Polował nocą na pary uprawiające seks w samochodach bądź przebywające po zmroku w namiocie. Do ofiar strzelał z pistoletu, ciał mężczyzn nie poddawał okaleczeniom post-mortem, natomiast zastrzelonym kobietom (jeśli nikt go wcześniej nie przepłoszył) wycinał sutki i okaleczał genitalia. Podwójne morderstwo z 1983 roku, w trakcie którego zabił dwójkę mężczyzn prawdopodobnie popełnił przez pomyłkę z uwagi na długie włosy jednej z męskich ofiar (myślał, że ofiara jest kobietą). W 1986 roku Włosi nakręcili dwa gialli bazujące na do tej pory nie rozwiązanej sprawie Potwora z Florencji, a mianowicie "The Killer Is Still Among Us" w reżyserii Camillo Teti oraz "Il Mostro di Firenze", który wyreżyserował Cesare Ferrario. Pierwszy z wymienionych tytułów widziałem na przestrzeni lat kilkakrotnie (miałem go przegranego na kasecie video wraz z "Giallo a Venezia" od szwajcarskiego kolekcjonera), "Il Mostro di Firenze" obejrzałem po raz pierwszy dopiero teraz. O ile "The Killer Is Still Among Us" jest thrillerem bardziej posępnym, dołującym i brudnym (końcowa scena okaleczania seksualnego ciała dziewczyny wyciągniętego z namiotu jest autentycznie szokująca), o tyle "Il Mostro di Firenze" odznacza się większą subtelnością w scenach morderstw. Przez to niestety pewnie nie zostanie w pamięci na długo, chociaż sekwencja podwójnego morderstwa ofiar z namiotu na początku "The Monster of Florence" jest krwawa i efektowna (w 'siostrzanym' "The Killer Is Still Among Us" Teti umieścił ją w finale filmu).

"Il Mostro di Firenze" nie jest złym filmem, lecz nie wciągnął mnie zbytnio. I to chyba jego główna wada, gdyż momentami miałem wrażenie, że oglądam film telewizyjny (ze sporą dawką nagości i niewielką przemocy - pomijając pierwszą scenę mordu większość zabójstw ma miejsce poza kadrem). Fabuła "The Monster of Florence" kręci się wokół postaci pisarza Andreasa Ackermanna (Leonard Mann), który pisze książkę o mordercy i jednocześnie usiłuje stworzyć jego portret psychologiczny... Trochę grozy, trochę niejasności, przyzwoita ścieżka dźwiękowa, ale brakuje filmowi Cesare Ferrariego tego czegoś (delirycznego szaleństwa? wciągającej zagadki? większej dawki makabry?), czym się charakteryzują najlepsze gialli. W ogólnym rozrachunku "The Killer Is Still Among Us" jest po prostu ciekawszym filmem.

środa, 29 stycznia 2014

La Muerte Incierta (1973) - recenzja




Oto "La Muerte Incierta" (1973) Jose Ramona Larraza, reżysera jednego z moich ulubionych horrorów wampirycznych "Vampyres" (1974). Nie będę ukrywał, że jako fanowi hiszpańskiego horroru z lat 70-tych bardzo zależało mi na zobaczeniu niniejszego filmu, ponieważ do niedawna uchodził on za 'zaginiony' - zatem nie tylko dlatego, że bardzo cenię "Vampyres" (1974) i "Symptoms" (1974) Larraza. Jednak w przypadku "La Muerte Incierta" trochę się zawiodłem, gdyż owa egzotyczna (w końcu osadzona w Indiach) ghost story jest raczej nużąca. Brytyjski plantator żyjący w Indiach wraz z synem ma romans z Hinduską (Rosalba Neri). W trakcie wizyty w Anglii żeni się z piękną Brytyjką (Mary Maude). Odstawiona na bok hinduska kochanka z rozpaczy popełnia samobójstwo. Jej zjawa zaczyna prześladować plantatora, który w trakcie wyprawy do dżungli zostaje zaatakowany i pogryziony przez tygrysa bengalskiego. W dodatku syn plantatora oraz żona mężczyzny nawiązują ze sobą płomienny romans...

Fani Eurohorroru na pewno zetknęli się z przerażającym dreszczowcem "La Residencia" (1969) Chicho-Ibanez Serradora. Jest to film, który łączą zauważalne podobieństwa z genialną "Suspirią" (1977) Dario Argento. W "La Residencia" obok przepięknej Cristiny Galbo zwracała na siebie uwagę Mary Maude, brytyjska aktorka w horrorze Serradora wcielająca się w postać sadystycznej uczennicy znęcającej się nad wrażliwą Galbo. Maude ma w "La Muerte Incierta" jedną z wiodących ról jako brytyjska małżonka plantatora. I to głównie dla niej warto mimo wszystko zobaczyć ów przeciętny Eurohorror, bo grozy i makabry w nim malutko (dwie sceny ataków tygrysa bengalskiego, w tym jedna ze skutkiem śmiertelnym, morderstwo w piwnicy oraz finał). Jeszcze bardziej zaskakuje brak erotyzmu od którego wręcz kipi "Vampyres" Larraza. "La Muerte Incierta" jest raczej niechlujnie nakręcony, o czym świadczy nachalne użycie filmowego materiału archiwalnego mającego przedstawiać scenki z życia Hindusów oraz ujęcia przyrodnicze (tygrysy, krokodyle, bawoły, itd.) Przeciętniak, ale dla Mary Maude i Rosalby Neri warto.

wtorek, 28 stycznia 2014

La Casa del Buon Ritorno/ The House of Blue Shadows (1986) - recenzja







W prologu "La Casa del Buon Ritorno" w reżyserii Beppe Cino chłopiec przypadkowo powoduje śmierć koleżanki (jego siostry?), która spada z dachu czerwonej włoskiej willi. Przedtem dziewczynka straszyła chłopca kryjąc twarz za białą maską japońskiej czarownicy Onibaby. Mija piętnaście lat. Luca (Stefano Gabrini) powraca wraz ze swoją przyjaciółką (Amanda Sandrelli) na miejsce tragedii sprzed lat. Mężczyzna nie może się pogodzić ze śmiercią dziewczynki i zaczyna mieć obsesję na punkcie groteskowego manekina ją przypominającego. Zaczyna widzieć Lolę (tak nazywała się śmiertelna ofiara zabawy w chowanego, tak też nazwaliśmy naszą czarną kotkę) po pokojach domostwa i powoli tracić zmysły (albo ktoś próbuje go wpędzić w szaleństwo). Film wkracza na terytorium giallo, kiedy w willi pojawia się odziany w czerń i w maskę Onibaby nieznajomy o morderczych skłonnościach...

Kompletnie zapomniane giallo, które do tej pory nie doczekało się żadnego wydania DVD. Film bardzo elegancki i wysublimowany, o nieśpiesznej akcji i zagadkowej atmosferze. Można "The House of Blue Shadows" porównać pod kątem niepokojącego nastroju do arcydzieła Pupi Avatiego "The House with the Windows That Laugh" (1976) oraz dziwacznego giallo Francesco Barilli "The Perfume of the Lady in Black" (1974). Oba te filmy są znakomite, także jest to niewątpliwie doborowe towarzystwo dla "La Casa del Buon Ritorno" Beppe Cino. Choć "The House of Blue Shadows" odznacza się elementami typowymi dla giallo (brzytwa, odziany w czerń napastnik, trauma z dzieciństwa) pozbawiony jest niemal całkowicie makabry i nagości. Atmosferyczne lokalizacje (czerwona willa, budynek ze spiralnymi schodami) zapewniają dreszczyk emocji, podobnie jak elementy wizualne (zamaskowany manekin, upiorna biała maska Onibaby, stare fotografie zmarłej dziewczynki oraz czarne ubrania). Identyfikacja mordercy w finale nie powinna nastręczać trudności otrzaskanym z nurtem giallo widzom, choć nihilistyczny finał może zaskoczyć. Film obejrzałem z nieukrywaną przyjemnością chłonąc jego złowieszczą atmosferę i fantastyczną ścieżkę dźwiękową Carlo Siliotto.

niedziela, 26 stycznia 2014

Dominka Swr: Misterium fotografii























Zapytałem DominkęSwr co ją inspiruje do robienia zdjęć. Chciałem też dowiedzieć się jaki nastrój chciałaby wykreować przy pomocy swoich prac. Oto co mi opowiedziała:

"Fotografia jest dla mnie odkrywaniem i kreowaniem. Czerpię z tego, co daje mi otaczająca rzeczywistość i różne bodźce przetwarzam przez swoje skojarzenia, odczucia i wyobrażenia i wyrzucam w postaci zdjęcia. Uważam, że dobre sfotografowanie czegoś to nie tylko sztuka patrzenia i pokazania, jak dany obiekt wygląda, to obserwowanie i w subiektywny sposób uwypuklenie najciekawszych dla fotografa elementów, niezależnie od tego czy zdjęcie jest bardziej spontaniczne, czy wyreżyserowane. Nie ma jednej, powszechnej dla wszystkich prawdy, którą powinien pokazywać fotograf, jak to jest w mniemaniu wielu ludzi, nawet fotoreportaż jest spojrzeniem jednej osoby. Obserwacja i możliwość uwiecznienia tego, co mnie w danym momencie ujmie jest oczywiście tym, co jako pierwsze najbardziej przyciąga do posiadania aparatu, chociaż w swoich pracach wolę raczej z elementów rzeczywistości układać swój świat, bo taką odczuwam potrzebę, lubię w ten sposób coś 'wypluć'. Osób pozujących mi do zdjęć nie traktuję jak tworzywa, tylko aktorów, z którymi próbuję stworzyć emocje widoczne później na obrazku, opowiedzieć coś, co wcześniej wymyślę sobie w głowie."

Zdjęcia Dominiki bardzo przypadły mi do gustu, toteż staram się z uwagą śledzić jej poczynania artystyczne. Częstokroć odnajduje w jej fotografiach odniesienia do ulubionych filmów czy literatury, którą cenię. Zdjęcia Dominiki potrafią być mroczne, oniryczne, wizyjne; występuje w jej pracach dbałość o detale i kompozycję kadru. Są też obecne niedopowiedzenia. Potrafię dostrzec w nich grozę, fantasmagorię, tajemnicę, ale także piękno, wrażliwość i słodycz. Nade wszystko jednak pasję tworzenia i bezmiar wyobraźni. Gorąco polecam czytelnikom mojego bloga zapoznanie się ze zdjęciami Dominiki, które znajdziecie poniżej:

https://www.facebook.com/DominikaSWRPhotography?fref=ts 
http://separatefromthehead.deviantart.com/ 

Seven Deaths in the Cat's Eye (1973) - recenzja













Ponownie zmarły niedawno Riz Ortolani i jego twórczość. Kolejny film okraszony muzyką włoskiego maestro, który postanowiłem odświeżyć po latach. I dobrze się stało, bo to bardzo atmosferyczny dreszczowiec. "La Morte Negli Occhi del Gatto" aka "Seven Deaths in the Cat's Eye" nakręcił w 1973 roku specjalista od stylowego horroru gotyckiego Antonio Margheriti, ale film powstał w okresie ogromnej popularności nurtu giallo we Włoszech. Rezultat: oniryczna kombinacja gotyckiego dreszczowca z lat 60-tych z krwawym "żółtym" thrillerem.

W prologu filmu mężczyzna zostaje zamordowany brzytwą, a jego ciało trafia do lochu rzucone na pożarcie kłębiącym się szczurom. Momentowi zbrodni przygląda się futrzasty kot. Piękna uczennica Corringa (Jane Birkin) powraca w rodzinne strony: do szkockiego zamku, by spotkać się z dawno nie widzianymi krewnymi. Przyjazd dziewczyny obserwuje ukrywający się za zasłoną goryl (?) będący oczywistym nawiązaniem do klasycznego opowiadania Edgara Allena Poe "Zabójstwo przy Rue Morgue". Corringa szybko poznaje grupkę ekscentrycznych krewnych zaludniającą zamek, w tym przypuszczalnie szalonego Jamesa McGrieffa (Hiram Keller). Dziewczyna zaczyna krążyć po zakamarkach ponurego zamczyska bacznie obserwowana przez tytułowego rudego kota. Wtedy ktoś zaczyna zabijać przy pomocy lśniącej brzytwy, a dotąd skrzętnie ukrywane sekrety rodu zaczynają wychodzić na jaw...

Adaptacja gotyckiej noweli Petera Bryana spełniła moje oczekiwania. Goryl (błędnie nazwany przez jedną z postaci orangutanem) i brzytwa jako narzędzie zbrodni to oczywiste mrugnięcia w stronę Rue Morgue Poego i zarazem pyszna zabawa gotycką konwencją (pajęczyny, kamienne gargulce, rodzinne klątwy, ukryte w ścianie przejście, podziemne korytarze pełne szczurów i nietoperzy, wreszcie raczej mało przekonująca wampiryczna legenda). Sceny morderstw brzytwą (podcinania gardeł) są odrobinę makabryczne, ale film stawia przede wszystkim na duszny klimat grozy i niesamowitości. Podobało mi się ujęcie a la "Suspiria" Dario Argento, w którym lśniące ostrze brzytwy pojawia się we framudze drzwi. Plus uroczy kłębiasty kot, lecz tym razem nie czarny jak w dwóch włoskich gialli z 1972 roku "Crimes of the Black Cat" i "Gently Before She Dies".

piątek, 24 stycznia 2014

Trauma/ Enigma Rosso (1978) - recenzja




Wczoraj zmarł w wieku 87 lat Riz Ortolani, zatem postanowiłem odświeżyć któryś z filmów do którego skomponował muzykę. Pierwszy mój wybór padł na "Trauma" (1978) Alberto Negrina - nieco ospałe giallo, którego akcja rozgrywa się w dużej mierze toczy się w szkole dla dziewcząt imienia Świętej Teresy. Film niniejszy można potraktować jako trzecią część trylogii Massimo Dallamano - po świetnym i kultowym giallo "What Have You Done to Solange?" (1972) oraz udanym miksie giallo i polizioteschi "What Have You Done to Your Daughters" (1974). Tym razem Dallamano był współautorem scenariusza do "Trauma" (1978).

Inspektor Gianni Di Salvo (Fabio Testi) prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa młodej dziewczyny, której zwłoki wyłowiono ze zbiornika przy tamie. 16-latka została przed śmiercią zgwałcona tępym przedmiotem. Młodsza siostra zamordowanej Angeli przekazuje Di Salvo cenne informacje. Angela wraz z trójką dziewcząt ze szkoły Świętej Teresy była częścią kliki tzw. 'nierozłącznych' . Trójkę żyjących nastolatek ktoś prześladuje przy użyciu złowieszczych notek ("Śmierć przyjdzie po każdą z was"). Kiedy jedna z nich omal nie ginie w spowodowanym przez kogoś konnym wypadku Di Salvo stopniowo zaczyna odkrywać karty zbrodni powiązane z perwersyjnym seksem z bogaczami...

Przyzwoite giallo, choć bez ikonicznego dla nurtu mordercy w skórzanych czarnych rękawiczkach. Pomimo że pozbawione stylowych scen morderstw odznacza się perwersyjnym klimatem (scena orgii seksualnej w trakcie zabiegu aborcji) i sporą dawką damskiej golizny (wspólne prysznice). Podobały mi się zbliżenia na twarz rzeźby anioła oraz zawilgocone oko podglądacza, który obserwuje nagie dziewczęta pod prysznicem (w kwestii ujęcia ocznego Dario Argento się kłania). Fabio Testi do zapamiętania jako kochający koty inspektor, który bije podejrzanego w trakcie przejażdżki rollercoasterem. Umawia się także z kobietą (Christine Kaufmann) cierpiącą na kleptomanię. Jeśli chodzi o reżysera Alberto Negrina to mogę przysiąc, że miałem kiedyś nagrany z TVP1 jego film telewizyjny "Porwanie Achille Lauro" z 1990 roku.