czwartek, 6 marca 2014
Raus!/ Perunwit split "Under the Sign of the Black Sun" (2014) - recenzja
Ostatnimi czasy nader często wracam do skandynawskiego industrial black metalu. W tym wypadku wypada wręcz wspomnieć tak kultowe albumy jak Thorns "Thorns" (2001) oraz Mysticum "In the Streams of Inferno" (1996), od siebie dodam także znakomite demo norweskiego Helheim "Fenris" z 1996 roku. Dlaczego wspominam o tych materiałach? Bo Raus!, czyli projekt Shadowa z black metalowego Black Altar i Aro z Perunwit obraca się właśnie w odhumanizowanych industrial black metalowych klimatach czerpiąc jednocześnie ze sceny martial industrialnej (Arditi, Puissance, Von Thronstahl, etc.) To cieszy, gdyż lubię od czasu do czasu zagłębić się w militarny industrial czy przestrzenny dark ambient. W końcu nie samym metalem człowiek żyje!
Pierwsza połowa splitu "Under the Sign of the Black Sun" należy do Raus! i składa się na nią 5 utworów. Jako intro "Spirit ov Victory" - zagrzewająca do walki i pełna epickiego splendoru martial industrialna kompozycja przenosząca słuchacza na pole bitwy. Potem ze zgrzytem rusza wojenny pociąg zwany "Raus!" i mknie po industrial black metalowych torach. W "Raus!" pojawiają się mówione sample oraz black metalowe wokale. Ciężki, szybki i masywny utwór, którego słucha się z zapartym tchem. I zarazem pierwszy industrial black metalowy wystrzał na splicie (drugim jest "Genocidum Atrox", utwór numer cztery); wystrzał, który zabija albo przynajmniej dotkliwie rani. Trzecią kompozycję "Ich bin Got" otwiera łacińska przemowa i odgłosy karabinowej palby, a potem wchodzi rewelacyjna militarna perkusja i ciężki gitarowy riff. Znowuż pojawiają się mówione sample, a w tle rozbrzmiewają niepokojące industrialne pasaże. Rdzeniem wspomnianego już wcześniej "Genocidum Atrox" jest industrialny black metal, któremu towarzyszą marszowe partie perkusji, złowieszcze wokale szeptane, a także te bardziej tradycyjne black metalowe. W finale "Genocidum Atrox" zaczął kojarzyć mi się nieco z kosmicznym dark ambientowym obliczem szwajcarskiego Darkspace, kapeli przeze mnie lubianej i szanowanej. Część Raus! kończy intrygująca kompozycja martial industrialna "Go and Die with Honour". Jeśli walczyć i umierać, to tylko z honorem! Muszę przyznać, że Raus! zaskakuje zróżnicowaniem i jest tworem nieszablonowym na zagęszczonej rodzimej scenie metalowej. Czekam na pełnometrażowy album.
Muzyka drugiego oblicza splitu, czyli Perunwit zabiera natomiast słuchacza w podróż po meandrach słowiańskiego pogaństwa. Pięć instrumentalnych kompozycji tego zasłużonego dla polskiej sceny folk metalowej zespołu oscyluje wokół szamańskich dark folkowych pejzaży, o czym świadczy ich plemienno-zrytualizowany charakter. Zachwyca płynność tych utworów, ich podniosła melodyka, mistyczna aura. Reasumując, "Under the Sign of the Black Sun" to niezwykle udany split, który powinien przypaść do gustu fanom industrial black metalu, martial industrialu, dark ambientu czy neo-folka. Każdy otwarty na nowe doznania muzyczne słuchacz znajdzie tutaj coś dla siebie.
Stronka Odium Records, gdzie można zakupić rzeczony split:
www.odiumrex.com
www.facebook.com/odiumrex
www.myspace.com/odiumrex
www.youtube.com/odiumrec
Raus! na Facebooku: www.facebook.com/rausband
środa, 5 marca 2014
Suffering "Chaosatanas" (2014) - recenzja

Suffering (Cierpienie). Nazwa bardziej kojarząca się mi z kapelą depressive black czy funeral doom metalową. Nic bardziej mylnego. Powstały w 2007 roku Suffering para się bowiem ostrym jak brzytwa sataniczno-okultystycznym black metalem. Ich świeżutka EP-ka "Chaosatanas" zawiera 6 bestialskich hymnów ku chwale Ciemności; kompozycji przesiąkniętych posępną aurą grozy i nienawiści. Począwszy od otwierającego "Suicide for Satan" nie ma litości - kąśliwe gitary wwiercają się w mózg, wokal Armagedona znanego z death metalowej formacji Deprived rzyga siarką, dominują szybkie i walące po ryju blast beaty, choć na umiarkowane tempa też się miejsce znajdzie. "Chaosatanas" to black metalowy wyziew z piekła rodem, czuć w tym materiale uwielbienie Rogatego, oj czuć... a także arktyczne zimno czarciej muzyki. To zarazem dzieło trójki kompetentnych muzyków, którzy zjedli zęby na bluźnierczym black metalu. Słucham tego 28-minutowego materiału z masochistyczną przyjemnością i liczę w przyszłości na długograja. Posłuchajcie chociażby zaśpiewanego w języku polskim ostatniego kawałka EP-ki "Ofiara". Diaboliczny jad węża w najczystszej postaci.
https://www.youtube.com/watch?v=H0Ie3wCsLHo
EP-ka Suffering "Chaosatanas" jest dostępna nakładem rodzimej Mort Productions.
wtorek, 4 marca 2014
Uśpiony wirus pod lodem Syberii
Pithovirus sibericum czekał na naukowców pogrzebany pod syberyjskim lodem Czukotki przez 30 000 lat. I nawet po jego wybudzeniu jest ciągle wirulentny. Nowo odkryty przez biologów ewolucyjnych Jeana Michela Clavarie i Chantal Abergel z Uniwersytetu Aix-Marseille wirus ma długość 1.5 mikrometra i średnicę 0.5 mikrometra, zatem jego rozmiar można porównać do rozmiaru bakterii. Nazwa pierwszego członu "pithos" pochodzi od wielkiego pojemnika, w którym starożytni Grecy trzymali jedzenie i wino. Już w 2003 roku Clavarie i Chantal odkryli innego wirusa-olbrzyma Mimivirus, a w ubiegłym roku dwa Pandorawirusy (o nich będzie krótko na sam koniec artykułu).
Dwa lata temu rosyjscy naukowcy ożywili prehistoryczny kwiat Silene stenophylla z owoców pogrzebanych w syberyjskiej zmarzlinie 30 000 lat temu. Clavarie i Chantal postanowili 'ożywić' Pithovirus sibericum, który poluje na ameby. Użyli do tego próbek zmarzliny dostarczonych przez rosyjski team i ameb jako przynęty. Pierwotniaki zaczęły umierać, a w nich odnaleziono cząstki wirusa. Pod mikroskopem Pithovirus sibericum wygląda niczym owal z grubymi ściankami. Wirus posiada 'korek' wraz ze strukturą przypominającą plaster miodu, który wieńczy jego otwarcie na jednym z końców. Kopiuje się poprzez budowę 'fabryk' replikacyjnych w cytoplazmie nosiciela - nie atakuje jądra jak czyni to większość wirusów. Jedynie jedna trzecia jego białek jest podobna do białek innych wirusów. Jego genom jest też mniejszy od genomu Pandorawirusów, gdyż obejmuje zaledwie 500 genów. Cząsteczka Pithovirus sibericum jest praktycznie pusta, nie ma w niej ciasno upakowanego DNA; ba, Pithovirus sibericum jest mniej zagęszczony niż jakikolwiek bakteriofag (wirus atakujący bakterie). Wirusy-olbrzymy zazwyczaj atakują ameby, ale wirusolog Christelle Desnues w ubiegłym roku wykazała, że Marseillevirus zainfekował 11-miesięczne dziecko. W jego krwi odkryto ślady DNA wirusa. Jak widać wirosfera się rozrasta, a odkrycia następują lawinowo.
Istnieje ryzyko, że wraz z globalnym ociepleniem powodującym topnienie syberyjskiej zmarzliny i prowadzeniem wierceń w tundrze zostaną odgrzebane nowe śmiertelnie niebezpieczne wirusy (z tym że musiałyby one pochodzić z zamrożonego prehistorycznego człowieka). Zatem nie tylko metan znajdujący się pod syberyjską zmarzliną może (ale nie musi) stanowić zagrożenie dla ludzkości.
Pandorawirusy - NLF ('new life form', nowa forma życia), odkryta przez Chantal i Claverie w próbce wody pobranej przy wybrzeżu Chile. Infekowała i zabijała ameby. Później odkryto inny Pandorawirus w sadzawce w Australii. Zaledwie 7% genów tychże struktur pasowało do genetycznej bazy danych. Różnorodność wirusów jest wciąż niezbadana, to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Nazwy łacińskie odkrytych wirusów: Pandoravirus salinus i Pandoravirus dulcis. Wcześniej parazytolodzy uważali te dwa organizmy za pasożytnicze bądź symbiotyczne bakterie. Pandorawirusy nie wytwarzają własnych białek, nie produkują energii za pomocą ATP (nukleotydu adenozynotrójfosforanu) i nie reprodukują się poprzez podział. Prawdopodobnie wyewoluowały z komórek.
Video: http://www.youtube.com/watch?v=KIuIhsskxGk
niedziela, 2 marca 2014
Aeolis Mons podglądany przez Curiosity

Lubię przyglądać się zdjęciom powierzchni Marsa robionym przez marsjańskie łaziki. Dla astronomów powierzchnia Czerwonej Planety to wciąż jeszcze terra incognita. Nie wiem czy za mojego życia uda się ludziom dotrzeć na Marsa i spróbować się tam osiedlić. Być może na skutek stale rosnącego przeludnienia ludzkość w końcu zostanie do tego zmuszona. Na razie pozostaje mi jedynie delektować się zdjęciami rdzawej i suchej powierzchni Marsa wykonywanymi przez niestrudzony łazik NASA Curiosity. Żyjemy w ciekawych czasach niezwykle szybkiego postępu naukowego i technologicznego, bo czyż pokolenia sprzed wieków mogły zaglądać tak daleko (i coraz dalej) w kosmos?
Mozaikowe zdjęcie wykonane przez Curiosity 19 lutego 2014 roku przedstawia rzędy skał, pręgowany grunt oraz mierzącą 5500 metrów górę Mount Sharp (Aeolis Mons) w oddali. W połowie tego roku Curiosity powinien dotrzeć do jej niższych zboczy. Tam łazik pobierze próbki skał w celu ich studiowania. Ma jeszcze przed sobą pięć kilometrów do przemierzenia.
https://twitter.com/marscuriosity
"Zobaczyć świat w ziarenku piasku,
Niebiosa w jednym kwiecie z lasu.
W ściśniętej dłoni zamknąć bezmiar,
W godzinie – nieskończoność czasu." - William Blake.
sobota, 1 marca 2014
Tower of Evil/ Horror on Snape Island (1972) - recenzja

Mam obsesję na punkcie opuszczonych wysp. Fascynują mnie niedostępne dla szarego człowieka skrawki lądu, skaliste i chłostane silnymi wiatrami. Stanowią one wdzięczne miejsca dla tła akcji licznych filmów grozy typu slasher np. "The Slayer" (1982) J.S. Cardone, "American Gothic" (1988) Johna Hougha czy "Humongous" (1982) Paula Lyncha. Brytyjski "Horror on Snape Island" (1972) w reżyserii Jima O'Connolly to jeden z pierwszych slasherów (proto-slasherów) osadzonych na samotnej wyspie. A wszystko zaczyna się od polowania na ukryty skarb należący przed wiekami do króla Fenicjan.
Dwóch rybaków cumuje u brzegu otoczonej wianuszkiem mgły Snape Island. Schodzą na ląd i odnajdują zmasakrowane zwłoki trójki nastolatków: ucięta głowa dziewczyny toczy się po schodach, jeden z chłopców leży nagi pośród skał, inny jest nabity na wielką lancę. Stary Gurney natrafia na jedyną ocalałą z masakry osobę: nagą, okrwawioną i histeryczną Penny, która wielokrotnie dźga rybaka... i biegnie rozszalała dalej. Tam obezwładnia ją Gurney junior. Dziewczyna trafia do szpitala w Londynie. Opiekuje się nią Dr. Simpson i to z jego pomocą dowiadujemy się, że dziewczyna nie zabiła swoich towarzyszy, zrobił to ktoś inny. Jeden z nastolatków został zamordowany antyczną fenicjańską włócznią. To sprawia, że kurator muzeum (Dennis Price) organizuje ekspedycję na Snape Island, by odszukać ukryty tam skarb. Towarzyszy mu czwórka archeologów, prywatny detektyw, a także Hamp i jego długowłosy siostrzeniec Brown. Ostatnimi mieszkańcami wyspy byli szalony brat Hampa oraz jego żona, którzy zaginęli w tajemniczych okolicznościach na morzu. Wkrótce rozpoczyna się seria brutalnych morderstw; nikt nie jest bezpieczny na Snape Island...
Świetny brytyjski slasher pełen golizny i krwawych scen morderstw. Od razu rzuca się w oczy, że nakręcono go w studio filmowym, niemniej nie przeszkadza to w odbiorze filmu. Mamy tutaj wyspę z latarnią morską i tajemniczego mordercę kryjącego się wśród skał, perfekcyjnie utkaną atmosferę izolacji, gnijące trupy, niepokojące odgłosy przypominające gwizdy czy ukryte pieczary. Jeśli jesteście fanami horrorów typu slasher "Tower of Evil" powinien przypaść wam do gustu. Obok "Fright" (1971) Petera Collinsona i "A Bay of Blood" (1971) Mario Bavy to jeden z pionierskich reprezentantów tego jakże obszernego gatunku filmowej grozy.
piątek, 28 lutego 2014
Casa della Paura/ Girl in a Room 2A (1974) - recenzja
Kilka dni tygodni temu za pośrednictwem kumpla złożyłem skromne zamówienie z Diabolik DVD. W końcu dotarły do mnie dwa zamówione horrory z lat 70-tych "Girl in a Room 2A" (1973) Williama Rose'a oraz "Tower of Evil" (1972) Jima O'Connoly. Ten pierwszy wydało na DVD Mondo Macabro, zatem można się było spodziewać profesjonalnego i wypełnionego dodatkami wydania. Z ulubionymi horrorami na DVD mam podobnie jak z płytami CD z metalem. Lubię starannie je odpakować i sycić się ich zawartością. Ot, typowy kaprys skromnego kolekcjonera.
"Girl in a Room 2A" to specyficzna kombinacja giallo, gotyckiego horroru oraz grindhouse exploitation. Reżyser William Rose zaczynał w latach 60-tych od kina nudystycznego - spod jego ręki wyszły takie obrazy jak "The Smut Peddler" czy "Rent-A-Girl". Gdy zapotrzebowanie na tego typu filmy spadło Rose przeprowadził się do Włoch, gdzie nawiązał współpracę z brytyjskim producentem Dickiem Randallem ("Pieces", "Don't Open Till Christmas"), której owocem okazał się "Girl in a Room 2A". Już początek filmu jest obiecujący: młoda kobieta zostaje porwana, umieszczona w podziemiach, gdzie jest torturowana i zamordowana przez zamaskowanego psychopatę w czerwonym płaszczu, po czym jej zwłoki zostają zrzucone z klifu. Mniej więcej w tym samym czasie Margaret (Daniela Giordano, wystąpiła u Mario Bavy w "Four Times That Night") zostaje wypuszczona z więzienia dla kobiet i trafia do internatu prowadzonego przez panią Grant, a konkretnie do pokoju 2A. W nocy za drzwiami kręcą się ludzie, na podłodze widnieje czerwona plama przypominająca krew i... gdzieś tam grasuje sadystyczny oprawca w czerwonym habicie, członek diabolicznej sekty, który uwielbia zadawać ból 'nieczystym' kobietom... nie ma to jak przelewać krew grzesznicy.
W "Girl in a Room 2A" pojawiają się na krótko królowa włoskiego kina grozy i eksploatacji Rosalba Neri, a także Karin Schubert (jeszcze zanim rozpoczęła karierę w filmach hard core porno). Film jest całkiem mizoginistyczny, sceny oczyszczania kobiet przez czerwonego oprawcę za pomocą bicza są raczej nieprzyjemne i przydługawe. Momentom suspensu i przemocy towarzyszy atmosferyczna ścieżka dźwiękowa Berto Pisano, która troszeczkę przypominała mi muzykę Pisano w "Giallo a Venezia" (1979). "Girl in a Room 2A" brakuje wysmakowanej stylowości horrorów Mario Bavy; film jest brzydki i ciemny. Jako dodatki przyjemny wywiad z Danielą Giordano (obecnie pracuje jako dziennikarka paranormalna) i amerykański trailer plus ciekawe napisane biografie reżysera i wiodącej obsady.
The Dyatlov Pass Incident/ Tragedia na przełęczy Diatłowa (2013) - recenzja

W zasadzie nie zamierzałem zawracać sobie głowy niniejszym filmem, tym bardziej, że o tragedii na przełęczy Diatłowa z 1959 roku pisałem już na tym blogu (co więcej jest to jeden z moich najbardziej poczytnych postów), a o filmie słyszałem raczej niepochlebne opinie. Poza tym rzadko recenzuję kino grozy powstałe w XXI wieku, gdyż preferuję horrory starsze, zapomniane, przyprószone patyną czasu. Niemniej ciekawość to pierwszy stopień do piekła, więc pewnego wieczoru postanowiłem obejrzeć "The Dyatlov Pass Incident" (2013) w reżyserii Renny'ego Harlina. Pamiętacie takie przeboje epoki VHS jak "Cliffhanger" (1993) z Sylvestrem Stallone czy całkiem niezły horror "Więzienie" ("Prison", 1988), tym razem z Viggo Mortensenem? Właśnie o tego Harlina chodzi.
Niestety wbrew tytułowi "Tragedia na przełęczy Diatłowa" używa zagadkowego incydentu jedynie jako fabularnego tła; w dodatku film jest utrzymany w wyeksploatowanej już do cna estetyce found footage ("[Rec]", "Paranomal Activity", "The Blair Witch Project", itd.) Grupa pięciu amerykańskich studentów z Oregon zaintrygowana zagadkowymi wydarzeniami z nocy 1 na 2 lutego 1959 postanawia udać się na Ural i znaleźć górę Kholat Syakhl, na której w tajemniczych okolicznościach zginęli Rosjanie celem nakręcenia dokumentu o owych tragicznych wydarzeniach. Wyprawie przewodzi Holly (Holly Goss), która ma zamiar dotrzeć do niesławnej przełęczy Diatłowa. Jak nietrudno się domyślić studenci natrafią na śmierć kryjącą się wśród śniegów Kholat Syakhl.
"Tragedia na przełęczy Diatłowa" Harlina nie jest filmem dla osób poszukujących historycznych faktów. Scenariusz "The Dyatlov Pass Incident" przypomina reportaż kryminalny - pojawiają się wiadomości z rosyjskiej telewizji kablowej czy wywiady z członkami ekipy poszukiwawczej uczestników rosyjskiej wyprawy, a także próby rekonstrukcji tamtej tragedii. Wszystko to jest kręcone nowoczesnymi kamerami cyfrowymi czy iPhonami. W trzecim akcie "Tragedia na przełęczy Diatłowa" wkracza na teren podziemnego ośrodka militarnego i zamienia się w naśladowczy horror science-fiction pełen humanoidalnych mutantów, wijących się korytarzy oraz ukrytych tuneli przestrzennych a la Eksperyment Filadelfia. Szkoda, bo historia tragedii na przełęczy Diatłowa ma ogromny potencjał grozy i tajemnicy, a tutaj nie został on w pełni wykorzystany (pomijając użycie prawdziwych czarno-białych fotografii członków feralnej wyprawy - zarówno pre jak i post-mortem oraz kilka fajnych nawiązań do tragedii). Nie służą wiarygodności filmu także słabe efekty CGI, od których roi się niestety we współczesnych kinowych horrorach. Wreszcie (tak jak już wspomniałem wcześniej) "The Dyatlov Pass Incident" trochę za bardzo naśladuje "The Blair Witch Project": dokument o niewyjaśnionej tragedii, wywiady z mieszkańcami okolic, poranne ślady wokół obozowiska, zagubienie się członków wyprawy, odkrycie przez Holly wyrwanego języka, nagrane kamerą przeprosiny Holly. Czułem się prawie jakbym po raz wtóry oglądał "The Blair Witch Project" (1999). No cóż, jak widać sub-gatunek found footage nie pozwala na wiele inwencji. Mimo wszystko cieszy sam fakt powstania "Tragedii na przełęczy Diatłowa", gdyż o feralnej nocy z 1 na 2 lutego 1959 roku, w trakcie której zginęli członkowie rosyjskiej wyprawy dowie się więcej osób. I zapewne pojawią się kolejne niestworzone teorie konspiracyjne...
Wcześniejszy post na temat samej tragedii: http://dtbbth.blogspot.com/2013/09/velehentor-i-tragedia-na-przeeczy.html
Film nakręcono w mieście Kirovsk i jego okolicach (rosyjski obwód Murmańsk), położonym na skraju masywu górskiego Khibiny. Dość daleko stamtąd do Kholat Syakhl, która znajduje się w północnym Uralu.
Kirovsk to miasto leżące w rosyjskim obwodzie Murmańsk, położone na skraju masywu górskiego Khibiny, w niedalekiej odległości od jeziora Bolszoj Vudyavr.
Więcej: http://www.travelin.pl/top/10-najwiekszych-miast-na-terenie-kola-podbiegunowego/kirovsk-rosja
Copyright © Travelin.pl
Więcej: http://www.travelin.pl/top/10-najwiekszych-miast-na-terenie-kola-podbiegunowego/kirovsk-rosja
Copyright © Travelin.pl
Kirovsk to miasto leżące w rosyjskim obwodzie Murmańsk, położone na skraju masywu górskiego Khibiny, w niedalekiej odległości od jeziora Bolszoj Vudyavr.
Więcej: http://www.travelin.pl/top/10-najwiekszych-miast-na-terenie-kola-podbiegunowego/kirovsk-rosja
Copyright © Travelin.pl
Więcej: http://www.travelin.pl/top/10-najwiekszych-miast-na-terenie-kola-podbiegunowego/kirovsk-rosja
Copyright © Travelin.pl
Kirovsk to miasto leżące w rosyjskim obwodzie Murmańsk, położone na skraju masywu górskiego Khibiny, w niedalekiej odległości od jeziora Bolszoj Vudyavr
Więcej: http://www.travelin.pl/top/10-najwiekszych-miast-na-terenie-kola-podbiegunowego/kirovsk-rosja
Copyright © Travelin.pl
Więcej: http://www.travelin.pl/top/10-najwiekszych-miast-na-terenie-kola-podbiegunowego/kirovsk-rosja
Copyright © Travelin.pl
Kirovsk to miasto leżące w rosyjskim obwodzie Murmańsk, położone na skraju masywu górskiego Khibiny, w niedalekiej odległości od jeziora Bolszoj Vudyavr
Więcej: http://www.travelin.pl/top/10-najwiekszych-miast-na-terenie-kola-podbiegunowego/kirovsk-rosja
Copyright © Travelin.pl
Więcej: http://www.travelin.pl/top/10-najwiekszych-miast-na-terenie-kola-podbiegunowego/kirovsk-rosja
Copyright © Travelin.pl
wtorek, 25 lutego 2014
Worship - mizantropia funeral doom metalu

Kiedy w trakcie niedawnego koncertu Thaw, Mord'A'Stigmata i Morowe kupiłem sobie na CD drugi album niemieckiego Worship "Terranean Wake" nie spodziewałem się jednego: 16 maja Worship wraz z Loss i rodzimym Outre zagra we Wrocławiu. Będzie to jedyny koncert tej niemieckiej kapeli w Polsce. Nie ukrywam, że jako fanatycznego miłośnika funeral doom metalu ta wiadomość mnie cholernie zelektryzowała. Bo musicie wiedzieć, że Worship gra bezkompromisowy funeral doom w najczystszej postaci. Worship to esencja pogrzebowego doom metalu. Skrajnie posępna, ultra-ciężka i ultra-wolna porcja doom metalowej mizantropii, w której nie ma za grosz fatalistycznego romantyzmu kapel takich jak My Dying Bride czy Novembers Doom. Z Worship wiąże się tragiczna historia: 23 stycznia 2001 roku perkusista i pierwszy wokalista Worship Maximilien Varnier popełnił samobójstwo skacząc z mostu. Stało się to po nagraniu w 1999 roku absolutnie dewastującego demo "Last Tape Before Doomsday". Jego obowiązki wokalne przejął gitarzysta The Doommonger, który kontynuował ścieżkę mizantropijnego funeral doom metalu na splitach z Mournful Congregation, Stabat Mater, Loss i Wither oraz dwóch długograjach "Dooom" (2007) i "Terranean Wake" (2012). W minimalistycznej muzyce Worship liczy się przede wszystkim depresyjna atmosfera, która bywa wręcz namacalna. Zniekształcone gitary, głęboki, ekspresyjny i ponury growling, gdzieniegdzie sekcja mówiona czy akustyczne interludium, a nawet od czasu do czasu łagodny dźwięk pianina. Nie ma tu miejsca na damskie wokale czy bombastyczne klawisze - jest za to pieprzony grobowy dół, dźwiękowa brzydota, kwintesencja mentalnej udręki. Worship to ekstremum funeral doom metalu, podróż w najgłębszą ciemność ludzkiej psyche, to muzyka przy której większość kapel depressive black brzmi po prostu... przyjemnie. Nie wiem ile osób pojawi się na koncercie Worship (pokaźna większość fanów metalu nie rozumie albo nie chce zrozumieć funeral doom metalu skarżąc się zazwyczaj na ślimacze tempo tej muzy), ale ja muszę zobaczyć ten zespół na żywo. Jedno z moich marzeń muzycznych zostało spełnione.
Worship to nic innego jak jebany kult. Do odsłuchu "Whispering Gloom" z Maxem na wokalu:
http://www.youtube.com/watch?v=EGr7t8hfhuo
niedziela, 23 lutego 2014
Panychida "Grief for an Idol" (2013) - recenzja
Rzadko dostaję od zespołów materiały do recenzji, więc cieszy mnie to, że ktoś tam ze świata muzycznego zada sobie trochę trudu, by odnaleźć mój blog. Inna sprawa, że obecnie kapel parających się metalem w najszerszym tego słowa znaczeniu są tysiące. Gdzieś wyczytałem, że co roku do Metal Archives dołączanych jest 8000 nowych zespołów. Trzeba mieć nie lada zapał (i mnóstwo wolnego czasu), aby przedzierać się przez ten nieprzebyty gąszcz muzyki i wyławiać co smakowitsze kąski. Twórczości czeskiego pagan black metalowego Panychida wcześniej nie znałem, a kapela ma już na koncie dwa dema, EP-kę i trzy długograje, w tym ostatni recenzowany tutaj "Grief for an Idol" (2013). I muszę przyznać, że Czesi nagrali całkiem solidny i dojrzały materiał. Płyta jest pełna chwytliwych melodii, riffy są świetne, kawałki zróżnicowane i w związku z tym nie nudzą. Wokalnie spójny podział na blackowy jazgot, growle, czysty śpiew oraz sekcje szeptane. Generalnie od "Grief for an Idol" bije fajna majestatyczna atmosfera, w której można się zatracić. Panychida nie jest także obce użycie folkowego instrumentarium, czego przykładem jest chociażby "Wayfarer's Awakening", w którym pojawiają się dudy. Świetne jest też akustyczne intro do "Krasatina (Grief for the Idol)". Tak naprawdę twórczość Panychida wymyka się łatwej klasyfikacji: najbezpieczniej uznać "Grief for an Idol" za nieortodoksyjny miks black metalu z melodyjnym death metalem i do tego tygla dodać jeszcze naleciałości pagan folkowe. Z ciekawostek warto wspomnieć, iż w utworze "Minnestund" gościnnie śpiewa V'gandr, wokalista norweskiego viking metalowego Helheim (oraz basista Taake live), a kawałek "O veliji Vezě" zaśpiewany został po staro-słowiańsku. Nie jest to może muzyka, której słucham na co dzień, ale warto Czechów sprawdzić, gdyż oferują coś nietuzinkowego.
Facebook zespołu: https://www.facebook.com/panychida
Odsłuch "Krasatina": http://www.youtube.com/watch?v=G_nfkX3q9N0
http://panychida.bandcamp.com/
sobota, 22 lutego 2014
Thaw, Mord'A'Stigmata i Morowe - 21 luty (fotorelacja)
Gdy gruchnęła wieść, iż rusza Bewitching the Polonia 2014, czyli wspólna trasa Thaw, Mord'A'Stigmata i Morowe wiedziałem, że muszę być na którymś z koncertów. Wybór z racji mojego obecnego miejsca zamieszkania był prosty: Poznań u Bazyla. Na koncert stawiłem się krótko przed 19, zanim jeszcze otwarły się czeluści klubu. Gdy już znalazłem się w środku pierwsze swoje kroki skierowałem na stoisko z płytami. Kupiłem digipack Thaw, "Ansia" Mord'A'Stigmata oraz Worship "Terranean Wake" - potężny i opresyjny niemiecki funeral doom jednej z moich ulubionych kapel pogrzebowych. Pierwotnie miałem się też zaopatrzyć w "S" Morowe, ale z kuluarów dowiedziałem się że wystąpił problem techniczny w trakcie tłoczenia krążków (pozamieniana została kolejność utworów), więc chwilowo wstrzymałem się z zakupem. W zamian zakupiłem sobie split Morowe z Non Opus Dei "Dziwki dwie" (mp3 dostarczone do recenzji przestało mi wystarczać).
Jako pierwsi na scenie Bazyla pojawili się zakapturzeni muzycy Thaw (zresztą na potrzebę Bewitching the Polonia ukuliśmy ze znajomymi specjalny termin 'kaptur metal'). Sosnowiecki Thaw widziałem, jak rozgrzewał publikę przed Obscure Sphinx i Behemoth, zaprezentowali się też we Wrocławiu przed Corrections House. Nie chcę się powtarzać, ale występ Thaw na żywo trzeba po prostu doświadczyć na własnej skórze. Muzyka Thaw jest niczym nieprzerwany strumień magmy wylewający się z ziemskich otchłani; to płynna muzyczna podróż aż za horyzont obłędu. I jednocześnie usłana cierniami droga bez drogowskazów, pełna rozdzierających krzyków. Bezkompromisowy atak na słuchacza poprzetykany bardziej melodyjnymi momentami. Tej muzyki się nie słucha, ją się odbiera całym ciałem. Mam nadzieję, że na kolejnej płycie Thaw znajdzie się miejsce na więcej kaleczącego uszy noisu, więcej posępnych dronów i jeszcze więcej śmiałego eksperymentowania z dźwiękami. Masywny 30-minutowy wyziew. Na pewno poszedł jeden numer z długograja ("Divine Light") oraz mordercze utwory z Ep-ki "Advance".
Kiedy usłyszałem premierowy "Inkaust" w wykonaniu Mord'A'Stigmata nie mogłem pozbierać szczęki z podłogi. Ten kawałek był po prostu niesamowity, rezonował z moją percepcją odbioru muzyki. I szybko stał się najczęściej słuchanym metalowym utworem ubiegłego roku (obok budzącego grozę "Daemon" The Ruins of Beverast). Gdy dostałem "Ansia" do recenzji byłem pewien, że ten materiał namiesza na rodzimym gruncie eksperymentalnego black metalu. I rzeczywiście namieszał. Mord'A'Stigmata zaczęli grać po 21 prezentując zgromadzonej publiczności cały materiał z "Ansia". I znowu trans pod sceną, który potęgowały czarno-białe niepokojące wizualizacje. Ciężar momentami był okrutny, ale wielowątkowa muzyka zawarta na "Ansia" przeznaczona jest raczej do kontemplacji. Mord'A'Stigmata potrafi starannie oplatać słuchaczy pajęczyną niepokoju. I przyłożyć, kiedy wszyscy spodziewają się zostać pogłaskani. Koncert bardzo dobry, odegrany z ogromną precyzją. Chcę więcej.
Przed koncertem Morowe obejrzałem wywiad z Nihilem, jednym z najbardziej płodnych polskich muzyków black metalowych i jednocześnie solidnym gwarantem naprawdę nietuzinkowej muzy. Liczba jego zespołów/pobocznych projektów (wszystkie świetne) robi wrażenie: Furia, Massemord, Morowe, FDS, Cssaba, Seagulls Insane and Swans Deceased Mining Out the Void. Mało przystępny rozmówca, poetycki mizantrop i fenomenalny muzyk Nihil w wywiadzie nagranym dla Rockville PL określił muzykę Morowe obrazowym mianem "świeży powiew smrodu". Morowe powietrze będące przyczyną masowego zapełniania mogił. Wróćmy jednak do koncertu... bo był to pierwszorzędny spektakl nieskrępowanego szaleństwa. Kryjący się za białymi maskami muzycy Morowe wyglądali niczym upiorne manekiny. Swoją drogą zuniformizowane maski, za którymi się ukrywają robią niesamowite wrażenie - zwłaszcza gdy widać je w gęstych oparach sztucznej mgły. Twarze ukryte za nimi są nieistotne, tutaj liczy się muzyka Morowe: dziwaczna, pokręcona, psychodeliczna, nihilistyczna, ziejąca nienawiścią, hipnotyzująca. Black metalowy teatr okrucieństwa. I jednocześnie wyśmienita zabawa podczas której niektórzy ruszyli w tany. Tak na świeżo wychwyciłem "Piekło, Labirynty, Diabły", "Komenda", "Kat kota" , "Muchy", "Dziurawy świat", "Czas trwanie zatrzymać" i "Trzecia dłoń", siarczystych wyziewów z obu płyt Morowe było, rzecz jasna, więcej...
PS Musiałem pogrzebać w ustawieniach i wyłączyć autokorektę zdjęć na bloggerze, bo psuła mi jakość fotografii już od dłuższego czasu...
piątek, 21 lutego 2014
Prostituzione/ Red Light Girls (1974) - recenzja
Zmarły 3 października 2009 roku na raka włoski reżyser Rino Di Silvestro specjalizował się w obskurnym kinie eksploatacji, o czym świadczą takie tytuły jak WiP (women-in-prison) "Women in Cellblock 7" (1973), Nazi-eksploit ""Deported Women of the SS Special Section" (1976) czy brudna imitacja "Dzieci z dworca Zoo", a mianowicie ""Hanna D.: The Girl from Vondel Park" (1983). Dawno temu miałem sposobność obejrzeć jego bodaj najsłynniejszy film, czyli erotyczny horror lykantropijny "La Lupa Mannara"/"Werewolf Woman" (1976) z tańczącą zmysłowym tańcem nagą Annik Borel. Spodobała mi się kolorowa okładka "Prostituzione", zatem seans był nieunikniony.
"Red Light Girls" zaczyna się niczym giallo. Jedna z ulicznych prostytutek imieniem Giselle zostaje zadźgana i uduszona, a moment morderstwa obserwuje podstarzały wojerysta. Śledztwo prowadzi inspektor oraz jego głupawy podwładny. Niestety "Prostituzione" z terytorium zarezerwowanego na giallo szybko przechodzi na szlak mydlanej opery z prostytutkami jako tłem. I tak córka starszej wiekiem prostytutki zakochuje się w jej kliencie, a matka zaczyna być zazdrosna. Inna prostytutka (Orchidea De Santis) zostaje zbiorowo zgwałcona przez brutalnego klienta i trzech jego kumpli-motocyklistów. Dlaczego? Bo ośmieliła się mu odpowiedzieć, że nie uprawia seksu bez zabezpieczenia, gdyż łatwo zachodzi w ciążę. No cóż, włoskie kino eksploatacji nigdy nie słynęło z subtelności... ów karygodny czyn prowadzi do pościgu motocyklowego, w którym kumple zgwałconej analnie prostytutki mszczą się na kliencie-gwałcicielu. Poza tym pojawia się wątek sprzedaży kobiet przez pewnego fotografa, który szantażuje wojerystę (świadka morderstwa) kompromitującymi zdjęciami.
Uff, nagromadzenie pobocznych wątków w "Prostituzione" czyni film mało klarownym. Mimo pokaźnej dawki golizny ton filmu jest lekko schizofreniczny, a to przede wszystkim za sprawą komediowej muzyki użytej w kilku scenach. Czyżby zamysłem Rino Di Silvestro była rubaszna komedia o prostytutkach? Jeśli tak, to zamysł mu się nie udał. Wreszcie jak na kino eksploatacji "Prostituzione" jest filmem dość lekkim i przyjemnym w odbiorze. Pomimo tych zastrzeżeń 70 minut czasu projekcji upłynęło mi szybko... i nie nudziłem się ani trochę. Niestety z tego co wiem jest to wersja ocenzurowana, pełniejsza trwa 93 minuty i znalazła się w niej chociażby gotycka scena, w której Krista Nell trafia do satanicznego pokoju i ma zostać złożona w 'ofierze' przez odzianego w czarny habit Francesco D'Adda.
czwartek, 20 lutego 2014
Piekielna wyspa Cap Sizun i... latarnia morska
Artur Lundkvist
Skały
Skały toną w przypływie morza,
Czerwony domek latarnika odsuwa się wraz
z rybackimi sieciami,
latarnia zapala się w ostatniej chwili
i jej promień zanurza się w głębinie,
mola roztapiają się w wodzie jak wapno,
echo ucieka z tonących grot,
sosny wyciągają płonące ramiona ku niebu,
ale miękka zieleń wycofuje się pod górę
jak gdy brodząca kobieta unosi spódnicę.
Latarnia morska Cap Sizun na wybrzeżu Bretanii, obmywana kapryśnymi falami Atlantyku. Mierząca 11 metrów wieża latarni została wybudowana już w 1869 roku, jej podstawa została wykuta w skale. Obok mieści się dom latarnika. Kiedy formowały się fale niebezpiecznie było przebywać na skalistej wysepce Tévennec. Krążą opowieści o pierwszych latarnikach, którzy w XIX wieku popadli w obłęd przebywając w samotności na wyspie. Bajania o przerażającym płaczu umarłych. Wszak życie na skale Tévennec do najłatwiejszych nie należało. Już od 1910 roku Cap Sizun przeszła na sterowanie automatyczne i nadaje sygnały świetlne (białe i czerwone), które można zobaczyć z odległości 10 km.
Według lokalnego folkloru ciała topielców zabierano nocą z Pointe du Raz na Tévennec. Blisko tego punktu mieści się Baie des Trépassés (Zatoka Śmierci), skąd wyławiano zwłoki utopionych rozbitków.
Mówiące lalki Edisona

Nie ma chyba człowieka, który nie kojarzyłby kim był Thomas Alva Edison, wynalazca żarówki, fonografu i krzesła elektrycznego. Edison wymyślił prototyp mówiącej lalki już w 1877 roku, natomiast jej pierwszy prototyp opracował inny wynalazca William J. Jacques. Mówiąca lalka Edisona mierzyła 22 centymetry, miała metalowe ciało i drewniane kończyny, kosztowała w roku 1890 10-25 dolarów, czyli ekwiwalent ówczesnego dwutygodniowego wynagrodzenia dla przeciętnej osoby. W środku lalki znajdował się malutki fonograf przetwarzający ludzki głos. Lalka miała recytować 6-sekundową rymowankę. Niestety głosy lalek pozostawiały wiele do życzenia, ba, budziły wśród dzieci grozę. Sprzedano jedynie 500 egzemplarzy, większość została zwrócona przez niezadowolonych klientów. Szybko zaprzestano sprzedaży lalek z fonografami, wymontowano z nich urządzenia. Mówiące lalki Edisona okazały się finansową klapą. Obecnie na świecie zachowało się jedynie ich kilka egzemplarzy, a kosztują one dziesiątki tysięcy dolarów.
"Twinkle Twinkle Little Star" w wykonaniu lalki Edisona. Przyjemne, choć nieco zgrzytliwe w odsłuchu. Dobre jako intro do jakiegoś dark ambientowego przerażacza.
http://www.youtube.com/watch?v=p3yygc0UxHU
poniedziałek, 17 lutego 2014
Daniel Chamovitz "Zmysłowe życie roślin" - recenzja

Czy rośliny są świadome? To jedno z wielu pytań (bodaj najważniejsze), na które stara się odpowiedzieć Dyrektor Centrum Biologii Roślin "Manna" przy Uniwersytecie Tel Awiwu, doktor Daniel Chamovitz w swej krótkiej (zaledwie 162 strony tekstu nie licząc listy źródeł naukowych) książce popularnonaukowej "Zmysłowe życie roślin" (wydawnictwo WAB). Roślina potrafi widzieć, wąchać i odczuwać dotyk. Potrafi się bronić przed zagrożeniem i już zaatakowana ostrzegać przed nim sąsiadów. Wielu ludziom wydaje się, że rośliny to organizmy nieżywotne, co absolutnie nie jest prawdą, gdyż życie roślin jest nad wyraz bujne, zmysłowe, kompleksowe. Zatem pozbądźcie się z domów wszystkich sztucznych drzewek i zastąpcie je żywymi, bo to tak jakbyście trzymali u siebie wypchanego psa czy kota zamiast żywego (dobra, nie mam nic przeciwko przepięknej sztuce taksydermii :-)) Zakorzeniona roślina nie jest w stanie uciec przed złą pogodą, nie umie też przemieszczać się w poszukiwaniu pokarmu czy partnera, niemniej dzięki kompleksowym i niezwykle wrażliwym mechanizmom sensorycznym potrafi przetrwać w praktycznie każdym nieprzychylnym jej środowisku. W 6 rozdziałach i epilogu Chamovitz omawia wzrok roślin, ich węch, dotyk, słuch, a także propriocepcję (czucie głębokie), pamięć i świadomość. Ta intrygująca książka z pogranicza botaniki, biologii ewolucyjnej i genetyki okraszona jest świetnymi rysunkami niektórych roślinek np. rzodkiewnika pospolitego (Arabidopsis thaliana, pierwsza roślina, której cały genom został w 2000 roku zsekwencjonowany), łowiącej owady muchołówki amerykańskiej, pasożytniczej kanianki czy słonecznika pospolitego. Solidny plus za uwzględnienie dziwidła olbrzymiego (Amorphophallus titanum, na zdjęciu), które słynie z silnego odoru gnijącego mięsa wydobywającego się z kwiatostanu amorfofalusa i przywabiającego owady-zapylacze. Chciałbym mieć takiego smrodliwego delikwenta w domu.
"Dęby, sosny i reszta leśnej braci widziały tak wiele wschodów i zachodów słońca, tak wiele nastających po sobie pór roku i tak wiele pokoleń przemijających w milczeniu, że możemy się jedynie zadumać nad tym, jak brzmiałaby "opowieść drzew", gdyby były wyposażone w narządy mowy, albo gdybyśmy dysponowali słuchem dość czułym, by zrozumieć ich szepty" - Maud Van Buren, cytat z książki.
Tobellus Mały, wybuchające jezioro
Województwo warmińsko-mazurskie, gmina Dubeninki, wieś Stańczyki. Nieopodal mostów w Stańczykach znajdują się dwa jeziora o odmiennej genezie geologicznej, tzw. Przewrócone Jeziora. Tobellus Duży jest jeziorem rynnowym, polodowcowym, Tobellus Mały oczkiem wodnym. Latem 1926 roku jeziorko Tobellus Mały wybuchło i znikło na pewien czas. Stało się to podczas silnej burzy z gradobiciem. Na skutek spadku ciśnienia wybuchł gaz błotny (czyli metan) znajdujący się na jego dnie. W wyniku eksplozji z Tobellusa Małego wystrzelił słup wody zmieszanej z błotem i grudami gleby. Kawałki ziemi opadły na tafle wody szczelnie ją zakrywając. Oczko wodne znikło na kilka tygodni przykryte zwałami ziemi, które wolno opadały na jego dno.
Szkoda, że nie ma jakichś archiwalnych zdjęć z 1926 roku obrazujących Przewrócone Jeziora - przed jak i po eksplozji. Zastanawiam się czy historia związana z Tobellusem Małym nie jest owocem lokalnych plotek na zasadzie "ktoś coś kiedyś widział bądź usłyszał, plotka przetrwała, żyje własnym życiem i święci po dziś dzień triumfy w licznych sensacyjnych serwisach typu niewiarygodne.pl". Niemniej eksplozje w jeziorach zdarzają się, o czym świadczą erupcje limniczne jezior Monoun i Nyos w Kamerunie latach 1984 i 1986. W ich wyniku bezwonny i duszący CO2 po cichu uśmiercił setki ludzi i zwierząt hodowlanych. Czyżby i w Polsce doszło do podobnego fenomenu, jednakowoż bez ofiar śmiertelnych? Niepokoi mnie w tym przypadku jedna sprawa: rozbieżne daty eksplozji na różnych serwisach - 31 maja/30 czerwca... np. tutaj i tutaj:
http://www.dubeninki.bil-wm.pl/index.php?inf=1&idsl=2&id=23
http://pl.wikipedia.org/wiki/Sta%C5%84czyki_%28jezioro%29
Muszę kiedyś się wybrać w te jakże malownicze okolice. Porobić zdjęcia i popływać w Wybuchowym Jeziorze. :-)
niedziela, 16 lutego 2014
Koulrofobia - irracjonalny lęk przed klaunami

Koulrofobia to nic innego, jak irracjonalny lęk przed klaunami, który objawia się szybszym biciem serca, nadmiernym poceniem się, mdłościami i gniewem. Miłośnicy Stephena Kinga dobrze znają postać groteskowego klauna Pennywise'a z kultowej powieści "To" oraz z ekranizacji filmowej Tommy'ego Lee Wallace'a ongiś emitowanej w polskiej telewizji. Klaun przypominający Pennywise'a przez miesiąc pojawiał się na rogach ulic angielskiego Northampton. Gapił się na przechodniów. Straszył co wrażliwszych wbitym w nich uporczywym spojrzeniem. Widywano go na terenach Abington i Kingsley. Czasem dzierżył w dłoni misia-klauna. No i w końcu poszedł sieciowy viral. Przebranym za klauna okazał się 22-letni lokalny filmowiec Alex Powell. Nie powiem, intrygująca i całkiem zabawna idea. Chociaż wprowadzenie jej w życie w Polsce pewnie nie spotkałoby się ze zrozumieniem... Zresztą Powellowi już wielokrotnie grożono śmiercią odkąd został zdemaskowany. Niektórzy za grosz nie mają poczucia humoru.
Dokument Alexa Powella "The Local Clown": http://www.youtube.com/watch?v=epZt-spAGC8
piątek, 14 lutego 2014
Wake in Fright/ Na krańcu świata (1971) - recenzja

Ostatnio w polskiej prasie głośno było o najnowszym filmie Wojciecha Smarzowskiego "Pod Mocnym Aniołem" (2013), w którym pije się i to dużo. W "Wake in Fright" (1971) Teda Kotcheffa Australijczycy pokazują, że potrafią wlewać w siebie naprawdę ogromne ilości alkoholu i piją nawet po wybudzeniu. W końcu do otworzenia kolejnej puszki piwa nie trzeba dużo wysiłku. Wielkiej zachęty też nie trzeba, wystarczy powtarzanie niczym mantra "Chodź, napijmy się". Młody nauczyciel John (Gary Bond) przybywa do położonego w pustynnym piekle australijskiego outbacku miasteczka Bundanyabba. Typowy przedstawiciel klasy średniej, który uczy wiejskie dzieci w zapyziałej, położonej na kompletnym odludziu wiosce Tiboonda. Męska społeczność Bundanyabba pije hektolitry piwa i zabawia się grając w prymitywną ruletkę. Początkowo John jest pełen dezaprobaty dla takiego zachowania, ale z czasem wsiąka w to środowisko. Zaczyna pić, tracić oszczędności w grze, wreszcie rusza wraz z Donaldem Pleasence oraz jego wesołą bandą na przerażające polowanie na kangury. Ustrzelone ciała zwierząt gniją na słońcu, a mieszkańcy Bundanyabba chleją na umór dalej... w końcu z picia można zrobić codzienność.
"Wake in Fright" aka "Outback" (1971) Teda Kotcheffa oparty został na powieści "Outback" Kennetha Cooka z 1961 roku. Powstał mocny, wyrazisty i bezkompromisowy film, który wypełnia cała galeria prymitywnych i obrzydliwych męskich postaci. Jedyna kobieta w filmie (pomijając fetyszyzującą wentylator recepcjonistkę), Sylvia Kay, cierpi na traumę, jest postacią kompletnie sponiewieraną, bierną, przyzwyczajoną do seksualnej agresji ze strony mężczyzn. W trakcie oglądania "Wake in Fright" dosłownie daje się odczuć żar australijskiej pustyni, klaustrofobiczny nastrój przestrzeni oraz odór potu tankujących piwo postaci. Wreszcie dochodzimy do długiej sekwencji masakry kangurów w buszu. Do zwierząt strzelali licencjonowani myśliwi, niektórzy z nich byli podobno pijani i często chybiali, dlatego też polowanie zamieniło się w orgię zabijania. Dość powiedzieć, że w trakcie pokazu "Wake in Fright" w 2009 roku w Cannes w czasie sceny polowania na kangury z sali wyszło 12 osób. Cytując Vonneguta: "Zdarza się". Chcecie dotrzeć na kraniec świata, tam gdzie karty rozdaje pijacka brutalność i prymitywna destrukcja? Zaaplikujcie sobie seans "Wake in Fright". Najlepiej ze zgrzewką piwa pod ręką.
Arcydzieło australijskiego kina. Seans w sam raz na ociekające lukrem Walentynki.
czwartek, 13 lutego 2014
Nowa płyta zespołu Alne na horyzoncie
Cieszę się, że mogę wspomnieć o nadchodzącej drugiej płycie Alne, bo jest jeden z ciekawszych projektów sceny folk metalowej w Polsce. I tak zespół Alne pracuje nad drugim krążkiem, gotowe są już partie perkusji, prawdopodobnie w tym miesiącu nagrane zostaną gitary. Zmienił się skład zespołu. Nad nowymi piosenkami pracują:
Kasia - śpiew
Klimorh - gitara
Horizon - gitara
Góral - bas
A.S. - perkusja
Agnieszka - wiolonczela
Na pewno można oczekiwać sporych zmian, ogólnie rzecz biorąc - będzie bardziej akustycznie. Na stronie można posłuchać fragmentu perkusji do jednego z utworów.
Znamy też tytuły niektórych utworów: "Dola", "Waligóra i Wyrwidąb", "Wola Przetrwania", "Hej, Demony", "Jutrzenka". Trzy teksty na płytę zostały przygotowane przez zespół, zaś autorami pozostałych tekstów są współcześni poeci poruszający się w 'pogańskich' klimatach: Piołun oraz Wojciech Mytnik. W sumie przygotowanych zostanie 9 utworów, w tym przeróbka utworu zespołu Ved Buens Ende "A Mask in the Mirror". Część grafik przygotuje Black Forest Forge. Więcej informacji na stronie zespołu: http://alne1.wordpress.com/
Alne "Perunowy Kamień":
https://www.youtube.com/watch?v=Z89M-FQZ-0k
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























