poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Bomba Cara i Novaya Zemlya
30 października 1961 roku Rosjanie zdetonowali bombę wodorową zwaną Bombą Cara nad grupą wysp Novaya Zemlya (Nowa Ziemia) znajdującą się na Oceanie Arktycznym. Miała moc 58 megaton. Atomowy grzyb sięgnął wysokości aż 64 km, a eksplozja była na tyle gorąca, że mogła spowodować oparzenia trzeciego stopnia nawet w odległości 100 km. Rozbłysk światła był tak intensywnie jasny, że widziano go nawet w odległości 1000 km od miejsca detonacji, pomimo zachmurzenia nieba. Powierzchnia wyspy została niemal kompletnie sprasowana, włączając w to skały. Szukałem w sieci zdjęć krateru powstałego po detonacji Car Bomby, ale pomijając jedno-dwa zdjęcia raczej bez powodzenia.
W latach 1954-90 Rosjanie przeprowadzili koło Nowej Ziemi i na niej 130 testów nuklearnych, w tym eksplozje nuklearne w atmosferze nad wyspą (pomiędzy 25 września a 30 października 1958 roku zdetonowano 15 bomb atomowych), próby podziemne i detonacje nad oceanem (nadwodne). Testy nuklearne na Nowej Ziemi są wiodącym źródłem radioaktywnego skażenia Arktyki.
Eksplozja czterech ładunków o łącznej mocy 4.2 megaton z 12 września 1973 roku miała magnitudę sejsmiczną 6.97 i spowodowała kolosalną lawinę gruzu, która zablokowała dwa lodowe strumienie formując jezioro o długości 2 km. W wodach Morza Barentsa oraz Morza Karskiego Rosjanie zatopili mnóstwo materiału radioaktywnego, a na Nowej Ziemi przez wiele lat gromadzono wraki atomowych łodzi podwodnych i reaktorów jądrowych, które później topiono. W latach 90-tych odnotowano wzrost zachorowań na raka wśród mieszkańców Czukotki. Chorowali także rdzenni Inuici. W kwietniu 1992 roku z powodu radioaktywnego skażenia wód masowo umierały foki na północnym wybrzeżu Rosji.
Nowa Ziemia, Nuklearna Ziemia, Skażona Ziemia.
https://www.youtube.com/watch?v=aMYYEsKvHvk
niedziela, 6 kwietnia 2014
XV-lecie Bloodthirst w Poznaniu - 5 kwietnia 2014 (fotorelacja)
Nie będę silił się tym razem na wyczerpującą relację, bo do Bazyla ciągnęło mnie na XV-lecie Bloodthirst głównie w celu towarzyskim. Miało pojawić się na owym zacnym wydarzeniu kilku znajomych, których nie widziałem już od dłuższego czasu, poza tym nie będę ukrywał, że mam słabość do muzyki Furii. Z pracy wyszedłem jakoś po 19, po 20 minutach byłem pod Bazylem, zakupiłem bilet i od razu podszedłem do stoiska z merchem. Kupiłem Morowe "S" oraz Mournful Congregation "The June Frost" na CD - w ramach uzupełniania kolekcji. Z otwierającego XV-lecie Bloodthirst koncertu katowickiego Kurhan zobaczyłem zaledwie końcówkę, zatem ciężko mi będzie się w jakikolwiek sensowny sposób wypowiedzieć się na jego temat.
Poza tym natężenie znajomych twarzy było na tym akurat koncercie większe niż zazwyczaj, stąd też nie raz, nie dwa należało wyjść na papierosa i pogadać. Zmierzam do tego, iż poza Furią nie byłem przez cały czas pod sceną. Nawet zdjęć zrobiłem mniej niż zazwyczaj. Drugim zespołem, który się zaprezentował się na scenie Bazyla był krakowski Ragehammer. Kapela dała krótki, acz kurewsko intensywny black thrashowy koncert. Miałem okazję przesłuchać ich demo "War Hawks" (2012) i wywarło na mnie pozytywne wrażenie. Pierwszorzędna dawka piekielnie agresywnego metalowego łomotu, która na żywo nie bierze jeńców. Wokalista Ragehammer, Tymek Jędrzejczyk szalał po scenie i z nieludzką furią wyśpiewywał kolejne utwory z "War Hawks". Ragehammer zagrał także jeden premierowy utwór. Nie będę ściemniał, że jestem fanatykiem black/thrashowego łojenia, ale krakowska kapela ma ogromny potencjał. I apetyt na destrukcję.
Po Ragehammer nadeszła kolej na In Twilight's Embrace. Na koncert ów od czasu do czasu zerkałem pogrążony w rozmowach ze znajomymi. Nie zapuszczam się w gąszcz melodyjnego death metalu czy tym bardziej metalcore'a, ale ci co przyszli na In Twilight's Embrace na pewno nie poczuli się rozczarowani, gdyż moc i energia biła od sceny. Zwróciłem uwagę na koszulkę Grave Miasma wokalisty zespołu Cypriana Łakomego, bo mam identyczną.
Furia. Ta nazwa elektryzuje szczególnie wielbicieli black metalu. Furia to marka sama w sobie, zespół, który ma w Polsce zagorzałe grono wielbicieli. Generalnie wszystkie projekty Nihila są gwarantem naprawdę dobrej i nietuzinkowej muzyki. Pomijając poetycką dekadencję warstwy lirycznej Furia nie waha się eksperymentować z black metalową gliną modelując ją na własny unikalny sposób, stąd też tak wiele melancholijnych akustycznych i prog rockowych pasaży obecnych chociażby na płycie "Grudzień za grudniem" (2009). Ostatnia EP-ka zespołu "W melancholii" (2013) to natomiast dwa wyciszone, spokojne, smutne utwory z pięknymi partiami akordeonu. Jakież było zapewne zdziwienie przynajmniej części fanów i fanek Furii (a tych jest mnogość), gdy zespół Nihila otworzył koncert coverem "Transylvanian Hunger" norweskiego Darkthrone... i do końca setu nie zagrał ani jednego autorskiego utworu. Poprawcie mnie, jeśli się mylę! Ciekawe co na to Fenriz i Nocturno Culto? Niemniej takie covery jak "Under A Funeral Moon", "Too Old Too Cold" czy "Neslepaks" Isengard (w którym gościnnie zaśpiewał Rob A. von Ritter) w wykonaniu Furii do zapamiętania! Koncert potężny, przesycony mgła i mrokiem, ale... nietypowy. :-) Krew w kolorze bursztynu nie została tamtej nocy rozlana. Jednak przenieść się wraz z Furią w czasy kształtowania się drugiej fali black metalu - bezcenne!
Na zakończenie solenizant, czyli poznański Bloodthirst, który 14 kwietnia wydaje trzeci album studyjny "Chalice of Contempt" (2014). Rzeczoną płytę można już było kupić na koncercie i co poniektórzy tak właśnie zrobili. W Bloodthirst za perkusją siedzi Mintaj, wszem i wobec znany organizator koncertów metalowych. Co do tornada zwanego Żądzą Krwi to muszę przyznać, że było gwałtowne. Prawie 6 w skali Fujity, czyli kolosalne zniszczenia. Miałem wrażenie, że publiki pod sceną było nieco mniej niż na Furii, ale młyn zrobił się ogromny. Ktoś upadał obok mnie co chwila i był szybko podnoszony i z powrotem rzucany w wir ciał. Agresywny, sataniczny i niszczycielski thrash metal Bloodthirst idealnie sprawdza się w warunkach koncertowych, riffy są szybkie, tempa urywają łeb, a wokale Rambo tryskają jadem aż miło. Z najnowszą płytą Bloodthirst muszę się jeszcze lepiej osłuchać (nigdzie mi się nie śpieszy, a CD co rusz przybywa), ale poszło z niej parę kawałków, w tym otwierający "I Was the One Who Threw the First Stone", a także tytułowy "Chalice of Contempt". Poznańskiemu Bloodthirst nie można odmówić konsekwencji w propagacji metalowego hałasu. Gromkie odśpiewanie 100 lat jak najbardziej zasłużone!
Fajnie było zamienić kilka słów z Wszechpotężnym Słyżtofem z Arachnophobia Records. Rok 2014 będzie esperalem tkany. To pewne.
piątek, 4 kwietnia 2014
Płyta tygodnia: Raison d'Etre "Mise En Abyme" (2014)

Mise En Abyme. Obraz jednego medium w obrazie innego medium. Dosłownie z języka francuskiego: umieszczenie w nieskończoności bądź umieszczenie w otchłani. Obudzenie się ze snu w trakcie snu. Pod tym zagadkowym tytułem kryje się najnowszy album studyjny dark ambientowego projektu Petera Anderssona, Raison d'Etre. Płyta reklamowana jako "podróż w nieprzeniknioną otchłań najbardziej ukrytych i najmroczniejszych części ludzkiego Ja". I rzeczywiście kiedy słucham "Mise En Abyme" mam wrażenie przechadzania się w labiryncie gęstniejącej ciemności. I zdjęty lękiem nie zdaje sobie sprawy, że ów labirynt po którym krążę jest zaledwie cząstką kolosalnego labiryntu labiryntów. Spiralne schody zdają się prowadzić donikąd, korytarze urywają się, przez ciemność gdzieniegdzie nieśmiało przebijają się snopy światła. Mrok napiera na ściany, przenika przez podłogę, zdaje się pulsować. Cudowna w "Mise En Abyme" jest przede wszystkim amplituda intensywności, która w tych czterech dark ambientowych suitach narasta, po czym słabnie, oddala się. Ciche metaliczne odgłosy transformują się w coraz intensywniejszą symfonię stukania, zniewalają, wprowadzają głęboką ezoteryczną aurę. W "Katharos" pojawiają się sakralne chorały gregoriańskie rozlewające się wśród dark ambientowej przestrzeni. Genialny numer, niezwykle nastrojowy, chyba mój ulubiony z płyty. Także w "Agraphos" słychać eteryczne damsko-męskie zaśpiewy, którym towarzyszą stuki, bicie dzwonów oraz odgłosy wiatru. Rytuał zostaje dopełniony, ale cóż z tego? Wystarczy zamknąć oczy i wszystko zacznie się od nowa... I będzie trwać i trwać. Zwłaszcza nocą. Raison d'Etre po raz wtóry nakreśla nieskończoność.
http://webshop.raison-detre.info/album/mise-en-abyme
Death Ship/ Statek śmierci (1980) - recenzja
Statki-widma dryfujące bez załogi po oceanicznym bezkresie. "Mary Celeste" (1872). "SS Baychimo" opuszczony u wybrzeży Alaski w 1931 roku, po raz ostatni widziany w 1969 roku. Bardziej współczesne przypadki to tankowiec "Jian Seng" (2006 rok) czy przewożący "hordy kanibalistycznych szczurów" "Lyubov Orlova" (2012 rok). Informacje o nich potrafią pobudzić wyobraźnię. Także filmowców, czego dowodem jest chyba mój ulubiony horror marynistyczny "Statek śmierci" (1980) w reżyserii Alvina Rakoffa. Film ten po raz pierwszy widziałem w czasach licealnych na Polsacie, zresztą przez wiele lat miałem go nagranego na kasecie video. Wyszedł też w Polsce w legalnym obiegu VHS. Swego czasu "Death Ship" wywarł na mnie spore wrażenie, zatem wskazane było obejrzeć go wreszcie na brytyjskim DVD Scorpion Releasing.
Fabuła "Death Ship" jest cokolwiek absurdalna: luksusowy statek wycieczkowy zostaje staranowany przez tajemniczy czarny statek, który ni stąd, ni zowąd pojawia się na oceanie. Wycieczkowiec tonie, giną prawie wszyscy na jego pokładzie. Jedynie ośmiorgu osób udaje się przeżyć kolizję. Dryfując na szalupie natykają się na ów przerażający statek-widmo. Kapitan staranowanej jednostki (George Kennedy, pamiętny przyrodnik z fenomenalnego backwoods slashera "Just Before Dawn" aka "Tuż przed świtem") omal się nie utopił. Wszyscy uratowani pasażerowie podejmują decyzję dostania się na pokład tytułowego Statku Śmierci. I tak też czynią poszukując schronienia, jedzenia i picia. Problem tkwi w tym, że czarny statek zdaje się żyć własnym życiem i dosłownie karmi się ludzką krwią... i strachem.
Lubię ten horror, gdyż zawiera on kilka sekwencji rodem z najbardziej przerażających onirycznych koszmarów. W dodatku scenografia jest niesamowita: pokład statku-widma toczy rdza, wszędzie brud, pajęczyny i smar, do tego odgłosy samoistnie otwierających się i zamykających drzwi, chyboczących lin, tonące w mroku kabiny, wyściełane brudem korytarze. I smród rozkładu. Wykreowaniu nastroju grozy i niesamowitości sprzyjają ujęcia kręcone z ręki. A końcowe pół godziny "Death Ship" to już w ogóle majstersztyk grozy i brzydoty: leżące na pryczach szkielety, krew sikająca z prysznica, nazistowskie regalia, zamrożone ciała wiszące na hakach, opętany przez zło statku kapitan Ashland. Przykładowo (jeśli chodzi o detale) projektor samoistnie odtwarzający marsz nazistów pod czujnym okiem Adolfa Hitlera, który działa nawet po jego zniszczeniu. Zaiste Statek Śmierci potrzebuje ludzkiej krwi. Jest niczym nazistowski wampir polujący na ofiary! Stanowi zarazem ohydny rezerwuar udręki i cierpienia ofiar wojennej przeszłości.
Coś kryje się w ciemnościach słabo oświetlonych korytarzy, ale nie wiemy tak naprawdę co. "Death Ship" ździebko przypomina trzecią część hiszpańskiej serii o templariuszach-zombie "Ghost Galleon" (1975) Amando de Ossorio, ale jest o wiele bardziej efektowny w wykreowaniu atmosfery grozy. I zawiera sporo niedopowiedzeń, które pozwalają na grę domysłów.
Wirus Ebola znowu medialny
Epidemia wirusa Ebola wybuchła w Gwinei. W tej chwili potwierdzona liczba ofiar wynosi 83, natomiast liczba potwierdzonych i podejrzewanych przypadków zachorowań wynosi 127 (w tym 14 przypadków zachorowań wśród pracowników medycznych, ośmioro z nich zmarło). Osiem podejrzewanych i potwierdzonych przypadków zachorowań odnotowano w sąsiedniej Liberii, w tym sześć zgonów. Od razu zainfekowanego delikwenta odizolowuje się od otoczenia, a osoby mające z nim bezpośrednią styczność znajdują się pod medycznym nadzorem. Epidemia wirusa Ebola wybuchła w lutym w południowo-wschodniej Gwinei, a pierwsze przypadki zachorowań w stolicy państwa, Konakry, stwierdzono w ubiegłym tygodniu. W ramach prewencji Senegal zamknął granice z Gwineą. Nadto potwierdzone bądź podejrzewane są przypadki infekcji wirusem; w Sierra Leone (na razie sześć, w tym pięć śmiertelnych) i Mali (trzy).
Co ciekawe, lokalnym przysmakiem w Gwinei jest pikantna zupa z nietoperza oraz pieczony nad płomieniem nietoperz. W Gwinei zjada się także szczury. Oprócz małp, szympansów i goryli wektorami Ebola są także wspomniane nietoperze - generalnie nosiciele wszelkiej maści zoonoz: wścieklizny, histoplazmozy, wirusa Marburg, SARS, Nipah, Hendra czy też sprawcy infekcji lyssawirusami. Nie ma to jak smaczna potrawka z nietoperza. Bon Apetit!
UPDATE: Stan na 1 sierpnia 2014 roku według WHO: 1603 podejrzewanych oraz potwierdzonych laboratoryjnie przypadków infekcji wirusem Ebola, 887 zgonów, z czego najwięcej w Gwinei, Sierra Leone i Liberii. Genetyczna analiza wirusa wskazuje, iż jest blisko spokrewniony (w 97% identyczny) z wariantami wirusa Ebola (gatunek Zaire ebolavirus) wcześniej zidentyfikowanymi w Kongo i Gabonie. Obywatel USA, 40-letni Patrick Sawyer, który przyleciał z Liberii do Lagos (Nigeria) został zainfekowany i umarł 25 lipca 2014 roku - to pierwszy przypadek gorączki krwotocznej Ebola w Nigerii. Wcześniej zdołał zarazić 8 osób, w tym nigeryjskiego lekarza, który go badał.
No i wygląda na to, że jest potencjalne lekarstwo na wirusa Ebola, ale nie każdy może je używać. Uratowano nim dwóch amerykańskich misjonarzy w Liberii, którzy zachorowali na gorączkę krwotoczną Ebola. Chodzi o tajemniczy ZMapp, wcześniej wypróbowany na zainfekowanych wirusem Ebola małpach. Myszy testowe poddano działaniu fragmentów wirusa Ebola, w ich krwi pojawiły się monoklonalne przeciwciała anty-Bola, po czym je pobrano, by stworzyć szczepionkę. Lek powstrzymuje wirus przed dostaniem się do organizmu i infekcją komórek... może być skuteczny.
czwartek, 3 kwietnia 2014
La Notte dei Diavoli/ Night of the Devils (1972) - recenzja

Petar Blagojević, serbski wieśniak, zamieszkiwał w XVIII wieku we wiosce Kisilova (współcześnie: prawdopodobnie Kisiljewo) położonej na obszarze Serbii. W 1725 roku zmarł w rodzimym domu w wieku 62 lat. Po jego śmierci nastąpiła seria dziewięciu nagłych zgonów poprzedzonych krótkotrwałymi chorobami. Przed wyzionięciem ducha chorzy skarżyli się, że Blagojević nawiedzał ich w nocy jako wampir i dusił zaciskając na ich szyjach trupio blade dłonie. Pod naciskiem publicznym zapadła decyzja o ekshumacji grobu rzekomego krwiopijcy. Oględziny zwłok wykazały istnienie na jego ciele ‘cech wampiryzmu’ (zatrzymany proces rozkładu, krwawienie ran, ‘świeża skóra i paznokcie’). Ciało przebito kołkiem w okolicach serca, na skutek czego z ust i uszu Petara wypłynęła świeża krew, po czym je spalono. O owej niesamowitej historii pisałem już przy okazji recenzji jugosłowiańskiego horroru wampirycznego "Leptiricia" (1973) Djordije Kadijevica, lecz warto ją w tym miejscu przywołać zważywszy na to, iż stała się ona inspiracją dla Aleksieja Tołstoja do napisania "Rodziny wilkołaka" (1839), 31-stronicowego opowiadania traktującego o powrocie do rodzinnego domu ‘po dziesięciu dniach’ starego Serba, Gorczy. Okazuje się, że senior bałkańskiej familii przemienił się w spragnionego krwi wampira i jedynym skutecznym rozwiązaniem winno być przebicie jego diabolicznego serca osikowym kołkiem. "Rodzina wilkołaka" Tołstoja zainspirowała nowelowy horror Mario Bavy "Black Sabbath" (1963, opowieść zatytułowana "Wurdulak" z Borisem Karloffem w roli upiora przelewającego krew ukochanych) oraz mniej znany "Night of the Devils" Giorgio Ferroni’ego, który wreszcie mam na DVD Raro Video.
Bezimienny mężczyzna wędruje pustym brzegiem bałkańskiej rzeki. Zostaje zabrany do szpitala, w którym ogarniają go przerażające omamy: gnijąca czaszka toczona przez larwy, odpychająca nagość kobiecego ciała dotykanego przez szkieletowe postaci, eksplodująca krwią głowa. Pacjent nie potrafi mówić o tym, co się stało. Do placówki medycznej przebywa tajemnicza kobieta, która poznaje go ze zdjęcia. Kiedy ich spojrzenia spotykają się on próbuje od niej uciec. I przypomina sobie... Nazywa się Nicolas (Gianni Garko) i podróżuje samochodem przez jugosłowiańską puszczę. W pewnym momencie jego wysłużone auto odmawia posłuszeństwa. Zdezorientowany mężczyzna wychodzi z pojazdu i zanurza się w szarozieloną gęstwinę... wędruje wśród drzew kierowany strachem i dojmującą samotnością... widzi uciekające w popłochu zwierzęta... natyka się na domostwo, w którym mieszka zdjęta bliżej nieokreślonym lękiem, zabobonna rodzina, ryglująca wszelkie drzwi i okna przed nadejściem zmroku... przyjmuje propozycję noclegu... a kiedy zamierza ułożyć się do snu słyszy pukanie... wiatru... a może czegoś jeszcze? Ranek przynosi pierwsze niepokojące wieści. O wiedźmie żyjącej w leśnych ostępach i zamieniającej niefortunnych wędrowców w spragnione rodzinnej krwi wampiry (wurdulaki)...
Giorgio Ferroni, reżyser pamiętnego "Mill of the Stone Women" (1960) radzi sobie doskonale z przeniesieniem na ekran krótkiego opowiadania Aleksieja Tołstoja. Ospałe tempo akcji sprzyja precyzyjnemu zagęszczaniu nastroju mroku i niesamowitości, który wylewa się niemal z każdego kadru. Reżyser z wprawą stopniuje napięcie pokazując jak członkowie rodziny, jeden za drugim, padają ofiarami wurdulaka (wampira mordującego najbliższych, aby nie byli samotni). Kilka scen skutecznie mrozi krew w żyłach: dwoje dzieci z lalką patrzących nieobecnym wzrokiem w okno, wampir przedzierający się w zwolnionym tempie przez ponury las, zainfekowana przez wurdulaka dziewczynka atakująca własną matkę, rozrywająca jej gardło i drapiąca piersi, wampirza agonia i gwałtowny proces gnicia poprzedzony przebiciem martwego serca kołkiem. Za nieliczne krwawe efekty specjalne odpowiada Carlo Rambaldi, zdobywca dwóch Oscarów za "Obcego" i "E.T." Przepiękna Agostina Belli w roli Sdenki, w której zakochuje się Nicolas, błyszczy na ekranie; zresztą wszyscy aktorzy grają nad wyraz przekonywająco. Nastrojowa muzyka Giorgio Gasliniego ("Głęboka czerwień" Dario Argento) łączy w sobie wpływy klasyczne z bardziej progresywnymi dźwiękami.
Tytułem ciekawostki warto wspomnieć o jeszcze dwóch filmowych próbach adaptacji opowiadania Tołstoja. Chodzi mi tutaj o mroczny i poetycki horror rosyjski w ekscentryczno-wizualnym stylu Tarkovskiego "Papa, umer ded Moroz" aka "Father, Santa Klaus Has Died" (1992) Yevgenya Yufita oraz o epizod hiszpańskiej serii telewizji TVE "El quinto jinete" (1975), w którym zagrali Francisco Valladares i Charo Lopez.
Dodatki na DVD "Night of the Devils" - anglojęzyczny trailer, introdukcja Chrisa Alexandra z Fangorii oraz obszerny wywiad z kompozytorem Giorgio Gaslinim.
wtorek, 1 kwietnia 2014
Slaughter High/ Szkoła zarzynania (1986) - recenzja


Dziś Prima Aprilis. Nie będę bawił się w jakieś głupawe żarty, wyssane z palca niusy czy żenujące prowokacje. Nie bawi mnie ten dzień ani też kompletnie nie obchodzi. Ostatnio zrobiłem sobie jednak przerwę od kina grozy i skupiłem się na muzyce, zatem dziś postanowiłem w ramach odmiany pogrzebać na półkach z DVD. Wybrałem "Slaughter High" (1986) George'a Dugdale'a, Marka Ezry i Petera Littena (trójka reżyserów!), jeden z horrorów mojego dojrzewania... i jakież było moje zdziwienie, gdy w trakcie seansu przypomniałem sobie, że akcja "Szkoły zarzynania" rozgrywa się w Prima Aprilis 1 kwietnia. Być może właściwszym wyborem byłby slasher Freda Waltona "April's Fools Day" z 1986 roku, ale byłby to jednak wybór nazbyt oczywisty. To trochę tak jak z seansem kanadyjskiego górniczego slashera "My Bloody Valentine" (1981) w Walentynki. Wracając do "Slaughter High" miałem ów niskobudżetowy horror nagrany na kasecie video z Polsatu pod tytułem "Jatka". Pierwszy seans "Szkoły zarzynania" (ten z kolei tytuł pochodzi z katalogu Video Comfort) zaliczyłem jeszcze w czasach liceum, w styczniu 2000 roku właśnie na Polsacie. Piękne czasy.
"Slaughter High" wyprodukował Dick Randall, producent dwóch makabrycznych slasherów "Pieces" (1981) i "Don't Open Till' Christmas" (1986). W filmie final heroine zostaje Caroline Munro, królowa krzyku z lat 80-tych, która wystąpiła w "Maniac" (1980) Williama Lustiga czy "The Last Horror Film" (1984) Davida Wintersa. Scenariusz "Szkoły zarzynania" jest błahy: Marty Rentzen to typowy kujon (zapalony chemik), czyli po amerykańsku nerd. W dodatku prawiczek, a ci łatwego życia w szkole nie mają. Marty pada więc ofiarą okrutnego żartu z rozmysłem przygotowanego przez Skipa, Carol i kilku innych (lekko podstarzałych) nastolatków należących do szkolnej kliki, a mającego związek z podtapianiem w muszli klozetowej. Nadto w laboratorium, w którym Marty prowadzi chemiczne doświadczenia dochodzi do eksplozji, jego twarz zostaje oblana kwasem azotowym... i wrzeszczący z bólu Marty trafia do szpitala psychiatrycznego. Pięć lat później wszyscy dręczyciele Marty'ego zostają zaproszeni na reunion po latach do opuszczonego szkolnego campusu. Nikt z nich nie wie kto stoi za tym pomysłem. Na miejscu czyha na nich śmierć pod postacią ukrytego za maską królewskiego błazna mordercy. Rozpoczyna się seria wymyślnych morderstw...
Akcja "Slaughter High" toczy się w Wielkiej Brytanii, a aktorzy gadają z amerykańskim akcentem. Caroline Munro budzi się z nietkniętym make-upem. Nie mam pytań. Dick Randall, producent filmu pojawia się w epizodzie jako... producent filmowy (na ścianie wisi plakat "Pieces"!). Sceny morderstw w "Szkole zarzynania" są doprawdy pomysłowe: eksplodowanie wnętrzności po wypiciu zatrutej puszki z piwem, utopienie w dziurze pełnej mułu, usmażenie kopulującej parki w trakcie orgazmu (w slasherach seks = śmierć, nie inaczej jest tutaj), itd. Moją ulubioną sceną jest wszak bolesna kąpiel pewnej ochlapanej krwią panienki w wannie. W pewnym momencie z kranu zaczyna lecieć żrący kwas, a dziewczyna nadal bierze kąpiel... i drze się wniebogłosy konając! Absurd goni absurd i absurdem pogania. Sceny morderstw w "Slaughter High" pozbawione są suspensu, lecz ogląda się je z rogalem na twarzy. A ścieżka muzyczna Harry'ego Manfrediniego (nadworny kompozytor serii "Piątek trzynastego") wyraźnie zapożycza z horrorów o Jasonie Voorheesie. Co ciekawe, aktor grający Marty'ego, Simon Scuddamore, popełnił samobójstwo tuż po nakręceniu "Slaughter High". Nie wytrzymał presji otoczenia?
Głupiutki slasher, ale przyjemny w odbiorze. Może kiedyś odświeżę go jeszcze w towarzystwie (nie)obeznanych z B-klasowym kinem znajomych.
niedziela, 30 marca 2014
Wrotycz 2014 - Raison d'Etre, Spiritual Front, itd. (fototrelacja)

Kiedy gruchnęła wieść, że szykuje się w Poznaniu festiwal Wrotycz 2014 upamiętniający 10-lecie istnienia poznańskiej wytwórni Wrotycz, która specjalizuje się w wydawaniu muzyki dark ambient, neofolk czy industrial nie mogłem sobie odmówić pojawienia się w Pawilonie Starej Gazowni przy ulicy Ewangelickiej. W dużej mierze kierował mną sentyment: pamiętam chociażby koncerty Spiritual Front (17 września 2006 roku) czy Visions, Gustaf Hildebrand i Karjalan Sissit (10 września 2006 roku) w nieistniejącej już Piwnicy 21, w których miałem przyjemność uczestniczyć, a za których organizacją stał Wrotycz. Poza tym zobaczyć Raison d'Etre i Spiritual Front (ponownie) na żywo - tego nie można było ot tak sobie odpuścić! Żadnych wymówek.
Z informacją o rezerwacji udałem się zatem do Starej Gazowni, zapłaciłem 90 zł za bilet i od razu zacząłem penetrować stanowisko z płytami, których ceny oscylowały wokół 30-35, a w niektórych przypadkach 50 zł. Łup wczorajszego dnia to: zremasterowany soundtrack Riza Ortolaniego do "Cannibal Holocaust" (1980), Arditi "Spirit of Sacrifice" (2005), elegancka re-edycja "Enthralled by the Wind of Loneliness" (1994), drugiego albumu projektu dark ambientowego Petera Anderssona oraz najświeższe dokonanie Raison d'Etre "Mise en Abysme" (2014). Generalnie preferuję kupować płyty CD na koncertach, bo wychodzi taniej niż zamawianie przez sieć. Lecz to chyba zrozumiałe.
Na początek pokaz wizualny, któremu towarzyszył dark ambient rodzimego projektu Contemplatron (w 2013 roku nakładem Wrotycz ukazał się trzeci album Contemplatron "Prabhashvara"). Spirytualny dark ambient towarzyszył obrazom buddyjskich bóstw i demonów, tybetańskich świątyń i postrzępionych szczytów górskich, a także cytatom z Tybetańskiej Księgi Umarłych. Pokaz stanowił doskonałe wizualne dopełnienie mistycznej i medytacyjnej muzyki Contemplatron.
Pierwszym projektem, który zaprezentował się na żywo w Starej Gazowni był Kratong z Kaliningradu. Rosjanie dali krótki, acz atmosferyczny występ, w którym oprócz niepokojących dark ambientowych pejzaży wyczułem neo-folkowe wpływy. Zaraz po Kratong na scenie pojawiła się dwójka muzyków z kaliningradzkiego Sunset Wings. Nie wiedziałem czego się spodziewać po ich koncercie, bo nie znałem ich twórczości. A tu spora niespodzianka, tudzież miłe zaskoczenie... delikatny, rozmarzony neofolk z podziałem na damski i męski wokal, melancholijne partie gitarowe, a także intrygujące instrumentarium: dzwonki, cymbałki, flet, a nawet (w trakcie zwieńczenia koncertu) urzekające dźwięki nakręcanych pozytywek.
O ile muzyka Sunset Wings była przyjemna dla ucha, o tyle Bocksholm nie znał litości. Ów szwedzki harsh dark ambientowy/industrialny projekt tworzą Peter Andersson z Raison d'Etre i Lina Baby Doll z Deutsch Nepal. Obaj w dzieciństwie zamieszkiwali w szwedzkiej miejscowości Boxholm i chyba nie mają z tym okresem zbyt miłych wspomnień. Muzyka Boxholm jest zgrzytliwa, pełna dronującej surowizny, rozdzierająco metaliczna i mimo wszystko... bardzo emocjonalna. Ma się nieodparte wrażenie znalezienia się w skrajnie opresyjnym środowisku, które tłumi wszelkie niespełnione ambicje jednostki i nie dopuszcza do wyrwania się z przemysłowego piekła maszynerii i smaru. Doskonały balans pomiędzy kaleczącym industrialnym terrorem a chwilami wyciszenia i zarazem jeden z najlepszych występów na Wrotyczu.
Jeśli chodzi o niemiecki Antlers Mulm to niestety ich muzyka raczej do mnie nie przemówiła. Zdaję sobie sprawę, że specyficzną cechą tria z Berlina jest swoisty dźwiękowy surrealizm, niemniej ich kompozycje wydawały mi się nużące... a czasem wręcz irytujące. Z drugiej strony doceniam to, że Niemcy starają się tworzyć dźwięki niebanalne, fantasmagoryczne, eklektyczne. Ciekawy jest także melancholijny, oszczędny w formie i nieco monotonny wokal Hansa Johma. Niemniej koncert Antlers Mulm dłużył mi się niemiłosiernie, gdyż czekałem na Raison d'Etre.
Istniejący od 1991 roku Raison d'Etre (Powód istnienia) to jeden z najbardziej zasłużonych projektów dark ambientowych. Liderem wydawanego ongiś przez Cold Meat Industry Raison jest Peter Andersson, a w 2014 roku ukazał się kolejny album projektu "Mise en Abyme" (umieszczając w otchłani). Jak już się dobrze osłucham z tym materiałem to pewnie go tutaj zrecenzuję, ale wpierw wrażenia z występu Raison d'Etre w ramach Wrotycz 2014. Przede wszystkim stałem jak wryty dając się ponieść dark ambientowej ciemności kreowanej przez Raison d'Etre. Uczucie bezgranicznej pustki, izolacji potęgowały efektowne wizualizacje pochodzące z krótkometrażowego filmu Petera Anderssona i Larsa Bosma "Natura Fluxus" (2005), nakręconego w posępnych ruinach polskich i szwedzkich fabryk. Ponure wnętrza ośnieżonych zakładów, gruz i wszechobecna wilgoć, przesypujący się śnieżny puch, zimno i przerażająca pustka nagich ścian, dziury w betonowym podłożu, kapanie wody. Jakież to było efektowne tło wizualne dla dark ambientowego mare infinitum Petera Anderssona. Pojawiły się także rzędy czaszek i abstrakcyjne konstrukty z ludzkich kości z ossuarium w Sedlec.
Wreszcie Spiritual Front akustycznie w okrojonym dwuosobowym składzie. Pamiętam dość dobrze koncert Włochów w Piwnicy 21, który odbył się 8 lat temu. Wtedy byłem pod niemałym wrażeniem płyty SF "Armageddon Gigolo" (2006), pięknej, wdzięcznej, hedonistycznej i samobójczej. Już przed koncertem Spiritual Front na sali zaroiło się od oddanych wielbicielek charyzmatycznego wokalisty Spiritual Front, Simone Salvatoriego. No bo Simone to facet bezsprzecznie czarujący, żywiołowy, bijący na głowę charyzmą setki innych wokalistów. Nic zatem dziwnego, że płeć piękna była wpatrzona w niego jak w obrazek. Jako tło wizualne koncertu stylowy włoski melodramat z lat 60-tych ("Włóczykij" Pasoliniego?) A muzyka? Genialna. Pełna erotycznego zatracenia i romantycznego patosu mieszanka suicydalnego popu i neofolka, coś świeżego i oryginalnego na scenie dark folkowej. Uśmiechnięty i żywiołowy Simone przekomarzał się z widownią i pięknie odśpiewał 'szlagiery' Spiritual Front takie jak "Slave", "Bastard Angel", "I Walked the (Dead)line", "Jesus Died in Las Vegas" (ok, w Polsce :-)) czy "Song for the Old Man". Po burzy oklasków wieńczącej koncert Spiritual Front nie pozostało nic innego jak udać się ze znajomymi do Trochę Kultury na afterparty.
czwartek, 27 marca 2014
Atomowe jezioro Chagan

Kazachstan, 15 stycznia 1965 roku, obszar testowy Semipalatinsk. Rosjanie detonują 140-kilotonowy ładunek nuklearny umieszczony w dziurze o głębokości 178 metrów wykopanej w suchym korycie rzeki Chagan. Eksplozja formuje krater o szerokości 408 metrów i głębokości 100 metrów oraz o wysokości krawędzi 28-30 metrów. W nim powstanie radioaktywne jezioro Chagan. Mała chmura nuklearna z detonacji została wykryta nad Japonią. Zamiarem Rosjan było eksperymentowanie ze zmianą biegu rzeki. Rosjanie przeprowadzali również podziemne próby nuklearne w górach Delegen, których podnóża upstrzone są ruinami obiektów militarnych. Wody jeziora Chagan po dziś dzień są skażone, a samo jezioro brzydko pachnie. Interesujące miejsce. Nie mniej interesujące niż osławiony Prypeć/Czarnobyl czy inne radioaktywne jezioro, a mianowicie Karachay (zob. Wakacje nad radioaktywnym jeziorem).
poniedziałek, 24 marca 2014
"Kołysanki" Lux Occulta kołyszą do snu

Po 12 latach od czasu wydania "The Mother and the Enemy" (2001) Lux Occulta z Dukli powrócił z nowym materiałem zatytułowanym "Kołysanki". I muszę przyznać, że ta płyta to taki eklektyczny przekładaniec. Black metalu na niej nie uświadczymy, w ogóle Lux Occulta obecnie nie ma już nic wspólnego z metalem; w zasadzie ciężki industrialno-metalowy riff a la Godflesh pojawia się jedynie w "Samuel wraca do domu". W zamian jest gęsto od raczej niepokojącej elektroniki, pojawiają się w formie sampli klimatyczne łemkowskie zaśpiewy nadające "Kołysankom" etniczno-folkowy charakter, gdzieniegdzie można usłyszeć rewelacyjnie zagrane partie akordeonu czy kontrabasu. Koniec też z językiem angielskim obecnym na poprzednich czterech albumach Lux Occulta; w "Kołysankach" dominuje język polski plus w niewielkim stopniu języki łemkowski i francuski (w tym ostatnim przypadku mam skojarzenia z niemieckim funeral doomowym Worship). Na płycie znalazły się następujące utwory: "Dymy", "Samuel wraca do domu", "Mieczów siedem", "Serca tu mają tylko dzwony", "Sen jest lżejszy od powietrza", "Karawanem fiat", "Bieluń i chryzantemy" oraz "Bądź miłościw". Jeszcze muszę się osłuchać z "Kołysankami", wgryźć w ich specyficzny i lekko zamglony klimat, co też uczynię w najbliższej przyszłości z niekłamaną przyjemnością.
"Kołysanki" ululają was tutaj: http://luxocculta.bandcamp.com/
Fb zespołu, gdzie można zakupić elegancko wydany CD:
https://www.facebook.com/luxocculta38450?fref=ts
"Dałeś nam, Mroku, mieczów siedem,
a wszystkie miecze obosieczne:
nieszczęsną Miłość – brak Miłości,
wpatrzenie oczu ślepych – wieczne!
nieugaszonych marzeń – kwiat parości,
zwątpienie, które jest nam Credem;
zamek Chrystusa na bajorze;
tętent szatana wśród Golgoty –
i krzyż milczący, w głębiach złoty,
który niewiarą pług zaorze!"
Tadeusz Miciński - "Wolnomularze polscy" - recytacja obecna w "Mieczów siedem". :-)
niedziela, 23 marca 2014
Magdalena Grzebałkowska "Beksińscy: Portret podwójny" - recenzja
"Byłem zadowolony, że nie jestem ani zakochany, ani pogodzony ze światem. Tak, lubię być w konflikcie z całym światem. Ludzie zakochani staja się często drażliwi, wręcz niebezpieczni. Tracą poczucie dystansu i poczucie humoru. Robią się nerwowi i przypominają psychopatów. A nie kiedy nawet stają się mordercami." - Charles Bukowski. :-) Albo w momencie odrzucenia popełniają samobójstwo. Tak jak to zrobił 24 grudnia 1999 roku, Tomasz Beksiński, syn znanego malarza Zdzisława Beksińskiego, zamordowanego 21 lutego 2005 roku w Warszawie przez nastoletniego Roberta Kupca (w książce pod pseudonimem Paweł Handler).
Przeczytać chciałem "Beksińscy: Portret podwójny" Magdaleny Grzebałkowskiej (wydawnictwo Znak) od momentu premiery. No bo w końcu w jednej opasłej książce zawarte są życiorysy dwóch ekscentrycznych ludzi: ojca tworzącego zdumiewająco mroczne i abstrakcyjne obrazy oraz jego syna, opętanego śmiercią idealisty poszukującego niespełnionej miłości. Lubię obrazy Zdzisława Beksińskiego, ale nigdy nie byłem wybitnym znawcą jego artystycznej spuścizny. Niemniej wiedziałem, że zespoły metalowe nader często sięgają po jego obrazy, by ilustrować nimi okładki swoich płyt vide Evoken i opus magnum death doom metalu, fenomenalny "Antithesis of Light" (2005). Meandry wyobraźni Zdzisława Beksińskiego wiły się wśród ciemności, cielesnej deformacji, śmierci i rozkładu. Tomasz Beksiński też w pewnym momencie mnie zafascynował, ale już bardziej na płaszczyźnie osobistej. Nie znałem jego audycji radiowych, bo byłem wtedy za młody (i miałem spaczony gust muzyczny, a w zasadzie żadnego gustu), później parę razy przeczytałem jego recenzje w "Teraz Rocku". I to wszystko. Dopiero jakiś rok temu zacząłem o nim czytać i przesłuchiwać niektóre audycje na Youtube, które po sobie pozostawił...
Nie będę się skupiał na dogłębnym analizowaniu życiorysu Zdzisława i Tomasza, ale bardziej na motywie przewodnim książki: dramatycznym poszukiwaniu miłości i niemożności jej znalezienia, co prowadzi do mentalnej udręki i pragnienia śmierci. Wpierw krótko o o ojcu; nieśmiały artysta o nieprzeniknionych pokładach wyobraźni, żyjący dla sztuki, opętany nią, a co za tym idzie nie potrafiący skarcić, ani przytulić syna, co w dorosłym życiu Tomasza przełoży się na trawiące go bezustannie poczucie klęski. Zdzisław oddał się całkowicie mrocznym wykwitom umysłu, drzemiące w nim demony przelewał na płótno. Trudno mi w tym momencie ocenić czy kochał syna tak jak powinien. Być może czynił to na własny sposób, ale Tomek, mimo że popularny wśród rówieśników, a później wśród swoich fanów czuł się wyalienowany. Był świetnym dziennikarzem muzycznym, dla wielu słuchaczy stał się idolem... ale nie radził sobie z kobietami. Szukał ideału, drapieżnej, demonicznej femme fatale, która odda mu się całkowicie... jego związki były krótkotrwałe i (najczęściej) platoniczne, gdyż dziewczyny, z którymi się spotykał nie odwzajemniały uczuć, które do nich skrycie żywił. Nadwrażliwiec ze skłonnościami samobójczymi, wielbiciel gotyckiej grozy z wytwórni Hammer, wampirów i literatury Edgara Allena Poe (zwłaszcza "Kruka"), koneser muzyki i zdolny tłumacz... do utopijnej pełni szczęścia brakowało mu jedynie kobiety. Myśli samobójcze (i próby) po kolejnych dewastujących psychikę rozstaniach, w końcu ta ostatnia próba, tym razem udana... po związku z Nadkobietą, miłośniczką "Zagadki nieśmiertelności" (swoją drogą doskonały, wysmakowany wizualnie horror wampiryczny Tony'ego Scotta z 1983 roku), Bauhaus i XIII Stoleti.
I choć jestem w stanie zrozumieć/pojąć nadwrażliwość Tomasza w kwestiach miłosnych (psychiczną udrękę w momencie odrzucenia, staromodne i regularnie stygmatyzowane poszukiwanie wyidealizowanej partnerki, pragnienie śmierci w momencie kolejnego zawodu) to jednak nie potrafię tak do końca sympatyzować z jego nadmierną egzaltacją, agresją wobec rodziców i zatrważającym egoizmem. Miłość uskrzydla, ale też rani. Potrafi zmienić człowieka nie do poznania: w uzależnionego od dopaminy anioła, ale też w rozwścieczone, dyszące zazdrością/nienawiścią zwierzę. Samotność (zwłaszcza ta długotrwała, bez końca) sprawia, że odechciewa się żyć. Brak przyjaciół, brak zrozumienia, brak oparcia w innej osobie/osobach, smutna konstatacja, że nie jest się nikomu potrzebnym. I nie chodzi tutaj o użalanie się, bo podejrzewam, że wiele osób dręczą takie myśli. Tomasz Beksiński próbował pustkę swojego życia wypełnić muzyką, filmem, fikcją (często jednostki wrażliwe uciekają w świat fikcji, gdy przebywanie w realnym świecie boli, to dla mnie zrozumiałe). Lecz rana samotności ciągle jątrzyła. Zastanawiam się czy rzeczywiście doszło by do jego metamorfozy, gdyby Nadkobieta dała mu kolejną szansę (a przyjaciel mu jej nie odebrał). Czy ten ostatni list do niej (który nie ukrywam, że czytałem ze ściśniętym gardłem) cokolwiek by zmienił? Tomasz nie potrafił jednak nabrać chłodnego dystansu i uznał, że "pora umierać"...
Przez lata mojej egzystencji na tym żałosnym łez padole nauczyłem się, aby nie oceniać ludzi zbyt pochopnie. I podchodzić z empatią do osób, które na to zasługują. Jestem człowiekiem nieufnym, introwertycznym, rzadko się uśmiecham, potrafię być cyniczny, mizantropijny, uważnie obserwuję, rzadko uczestniczę. Lecz cieszę się, gdy mogę komuś od tak sobie coś dać, zostawić w jego życiu jakiś choćby mikroskopijny ślad. Brzydzę się ludzkim egoizmem, choć zdaję sobie też sprawę, że od egoizmu nie da się uciec. Z reporterską wprawą napisana książka Magdaleny Grzebałkowskiej poruszyła mnie, zasmuciła i jednocześnie skłoniła do zastanowienia się nad sensem zmagań z życiem, ze światem. To atut wielkiej literatury. O Beksińskich, ojcu i synu wypowiadają się ich przyjaciele, m.in. Anja Orthodox z Closterkeller, przytoczone zostają cenne wypowiedzi, felietony, wywiady oraz listy obu nieżyjących bohaterów. Przedstawiona zostaje sylwetka Zofii, żony Zdzisława oraz Roberta Kupca, mordercy malarza, który zabił... "by uwolnić się od długu".
Przyjaciele. Oni czynią ten świat znośniejszym. I potrafią przywrócić (choć na krótko) wiarę w ludzi. Tomasz miał ich wokół siebie, ale wybrał śmierć. Nie mi osądzać czy postąpił właściwie. Doskonała lektura na deszczowe wiosenne wieczory, w dodatku okraszona wspaniałymi obrazami Zdzisława Beksińskiego i wieloma fotografiami rodzinnymi. Miała być recenzja, a widzę, że wyszedł mi osobisty wywód...
W ramach ciekawostki lista kapel metalowych, które wykorzystały prace Z. Beksińskiego jako covery:
http://www.metal-archives.com/artists/Zdzis%C5%82aw_Beksi%C5%84ski/136482
czwartek, 20 marca 2014
Odraza "Esperalem tkane" (2014) - recenzja

Czymże jest ów esperal za pomocą którego się tka? Najprościej rzecz ujmując esperal to lek stosowany w trakcie kuracji odwykowej przy alkoholizmie. Składa się na niego substancja czynna zwana disulfiram. Implantuje się preparat pod skórę. A działa on w następujący sposób: kiedy delikwent z implantowanym esperalem napije się alkoholu w trakcie odwyku nastąpi cały szereg nieprzyjemnych skutków ubocznych m.in. mdłości, wymioty, przyśpieszone bicie serca, pulsujący ból głowy, brak tchu, silne zaczerwienienie twarzy, a w przypadku spożycia większej ilości gorzały nawet utrata przytomności.
Debiutancka płyta black metalowego duetu Odraza "Esperalem tkane", która ukazała się nakładem Arachnophobia Records intrygowała mnie od pewnego czasu, nie tylko dlatego, że w skład Odrazy wchodzą muzycy Massemord, Medico Peste i Voidhanger (perkusista Priest) oraz Massemord (gitarzysta, basista i wokalista Stawrogin), co samo przez się jest gwarantem porządnego black metalowego eksperymentowania. Chodziło mi bardziej o skrajnie nihilistyczny przekaz albumu obracający się wokół alkoholowego upodlenia człowieka, dewastacji jego psychiki, powolnego i systematycznego gnicia wśród śmierdzących i zarzyganych cieni. Raj upojenia i długotrwałe piekło kaca. Tłumienie samotności, bólu, nudy istnienia poprzez wlewanie w siebie morza alkoholu. Akty tępej agresji, o których się nie pamięta; chybotliwa wspinaczka schodami urojeń, wreszcie stoczenie się w plugawy rynsztok ludzkiej egzystencji. Człowieczeństwo od którego większość z nas odwraca się z obrzydzeniem.
I taki właśnie jest debiutancki album Odrazy. Brudny, nieokrzesany i wisielczy. I jednocześnie perfekcyjnie zagrany przez dwójkę niezwykle utalentowanych muzyków. Nierzadko też potrafi zaskakiwać, ale o tym za chwilę... Na słowa pochwały zasługuje praca perkusisty Priesta (znanego z Massemord i Voidhanger); bębny brzmią żywo i niszcząco, blasty zachwycają gniotącą intensywnością. Wokale Stawrogina pełne są furii i wściekłości - posłuchajcie chociażby jego obłąkańczych wrzasków w "Próg". Poza tym "Esperalem tkane" szczyci się ogromnym zróżnicowaniem; tutaj każdy z 7 numerów (włączając króciutki instrumental "Cicha 8") potrafi zaskakiwać. Oczywiście naturalnym spoiwem materiału pozostaje wulgarny black metal, niemniej moje ucho wychwyciło tutaj elementy post-rocka, depressive black metalu (początek "Esperalem tkany"), blues rocka, a nawet harmonijkowe echa wielkiego Ennio Morricone z czasów Dolarowej Trylogii Sergio Leone (w "Goryczy", swoją drogą jednym z najbardziej agresywnych numerów na płycie). Świetny jest także przyobleczony w bardzo kontrowersyjny tekst "Wielki Mizogin", króciutki strzał o morderczej punkowej energii. Natomiast w 11-minutowym "Tam, gdzie nas nie spotkamy" zakochałem się od pierwszego wejrzenia za sprawą tych kojących i delikatnych partii instrumentalnych, które przechodzą pod koniec kompozycji w burzę blastów i gwałtownego riffowania.
Debiut Odrazy jest dewastujący, totalny, chory. Toż to idealna poezja do trumny; ba, nihilizm liryków na "Esperalem tkane" przypomina mi nieco wyklęte wiersze Kazimierza Ratonia. Wielbiciele/ki Furii, FDS, Massemord, Duszę Wypuścił czy Morowe koniecznie muszą zapoznać się z Odrazą; coś mi się zdaje, że ta płyta zatrzęsie polskim podziemiem. A z tego wypada się tylko cieszyć.
"Nie bój się kurwo
Poranek się zbliża
Wal wódę z każdym upadłym u krzyża
Ścigaj się z nocą, z mrozem i nadzieją
Rozmień na drobne tych, co we łzach sieją
Ornamentami czystej monotonii
Smaga cię nuda – ta, co równie czysta
Wal z gwinta winy nie pomna na krzyże
I krzycz z całych sił: ulica, ulica, ulica!"
FB Arachnophobia Records: https://www.facebook.com/arachnophobia.records?fref=ts
"Esperalem tkany": https://www.youtube.com/watch?v=ualQD8fPyhM
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























