poniedziałek, 12 maja 2014

Impetuous Ritual "Unholy Congregation of Hypocritical Ambivalence" (2014) - recenzja



























Stopniowo przybywa płyt do recenzji, a więc dziś zawitamy do słynącej z jadowitych węży i parzących roślin gympie-gympie Australii. W Impetuous Ritual udzielają się dwaj muzycy z eksperymentalnego death metalowego Portal, a mianowicie Omenous Fugue (gitara) i Ignis Fatus (demoniczny growling, gitara, także Grave Upheaval). Już debiut Impetuous Ritual z 2009 roku "Relentless Execution of Ceremonial Excrescence" przytłaczał potwornie mrocznym i opętańczym nastrojem. Nie inaczej jest na ""Unholy Congregation of Hypocritical Ambivalence" - ów bestialski death metalowy wymiot brzmi niczym kakofonia z najczarniejszych czeluści piekielnych. Gitary są totalnie zniekształcone, zatracają się w infernalnym chaosie, zlewają się w nieprzeniknioną ścianę hałasu, gdzieniegdzie pojawiają się przyzwoite solówki. Cały album przesycony jest zadziwiająco przerażającą atmosferą, którą można się zachłysnąć. Oczywiście najbardziej daje się to odczuć w trakcie wolnych doomowych fragmentów w których Impetuous Ritual po mistrzowsku buduje napięcie, by je potem gwałtownie wyzwolić w trakcie morderczego death metalowego chaosu. Podejrzewam, że dla wielbicieli lżejszych odmian metalu ""Unholy Congregation of Hypocritical Ambivalence" będzie nie do przejścia, ale ja taką duszną od grozy rzeź kupuję od razu. Ten album to pieprzone trzęsienie ziemi powodujące kolosalne zniszczenia. Posłuchajcie chociażby "Verboten Genesis", "Sentient Aberrations" and "Abhorrent Paragon" - toż to dewastująca i dzika kakofonia. Obok "Death" Teitanblood jeden z najbardziej ekstremalnych albumów jakie miałem okazję słyszeć w tym roku. Odsłuch wskazany.

http://profoundlorerecords.bandcamp.com/album/unholy-congregation-of-hypocritical-ambivalence

Las Aokigahara, Jukai, Czarne Morze Drzew
















Słucham sobie właśnie płyty post-black metalowego zespołu z Austrii Harakiri for the Sky wymownie zatytułowanej "Aokigahara" (2014) i zastanawiam się nad tym, co mam napisać o Lesie Aokigahara, osławionym miejscu samobójstw znajdującym się u podnóża wulkanu Fudżi (północno-wschodnie zbocze Fudżijamy, Prefektura Yamanashi). Wspominałem o tym mrocznym miejscu dwukrotnie na Wulkanach Świata, wspomnę i tutaj. To miejsce fascynuje ludzi z całego świata, w tym także muzyków metalowych (zwłaszcza wywodzących się ze sceny depressive black). Od początku lat 70-tych zmęczeni życiem Japończycy udają się tam, by popełnić samobójstwo. Zajmujący rozległy obszar 30 km kwadratowych Las Aokigahara to idealne miejsce, by umrzeć. Ciche i mroczne nawet w blasku dnia. Tak naprawdę ciężko jest zliczyć ile osób zabiło się w tym lesie. Ciała samobójców wtopione w poszycie leśne bywają rozszarpywane przez dzikie zwierzęta zanim zdąży je odnaleźć lokalna policja czy członkowie ochotniczej straży pożarnej. Niemniej trupy odnajdywane są regularnie, a ich poszukiwacze pozostawiają kolorowe taśmy pomiędzy drzewami na znak, że tu już szukali czy po prostu, by się wydostać z leśnego labiryntu. Próbowałem znaleźć jakąś statystykę obejmującą ubiegły rok, ale bez powodzenia. Statystyka na rok 2010 wygląda następująco - 247 próby samobójcze, 54 zakończone sukcesem (oczywiście te liczby mogą być wyższe). Samobójcy zabijają się także w pobliskich lasach nie wiedząc gdzie znajduje się Jukai. Ich liczba wzrasta, głównie z powodu globalnego kryzysu finansowego z 2009 roku, który dotkliwie dotknął Japonię. Możliwą i zweryfikowaną przyczyną są także tragiczne skutki trzęsienia ziemi i tsunami Tohoku z 11 marca 2011 roku. Japończycy nie są w stanie znaleźć stałej pracy, imają się pracy tymczasowej, zatem ich przyszłość jest niepewna. Kiedy tracą pracę popadają w depresję i postanawiają odebrać sobie życie. Problemy rodzinne i finansowe to kolejne ognisko zapalne myśli samobójczych. W Japonii samobójstwo nie było/nie jest stygmatyzowane, ba, tradycja nakazywała samurajowi popełnić honorowe seppuku. Powieść Seicho Matsumoto "Tower of Waves" (1961) opowiada o pięknej kobiecie, która uwikłana w nieakceptowany związek postanawia popełnić samobójstwo w Lesie Aokigahara. I od tego się zaczęło. W pobliżu jednego z wejść do Jukai znajduje się kawiarnia 64-letniego Hideo Watanabe, który obserwuje samotne osoby zmierzające do lasu. Wtedy zaczyna działać, rozmawia z nimi. Na przestrzeni 30 lat udało mu się uratować 160 osób. Poza tym przy wejściach do Jukai zainstalowano kamery, zwiększono liczbę pieszych patroli, wywieszono przy ścieżkach znaki "Pomyśl uważnie o twoich dzieciach, rodzinie." Ale to i tak nie powstrzymuje samotnych i zdesperowanych jednostek. Aokigahara przyzywa je do siebie. Nikną na zawsze w przerażającej ciszy Morza Drzew.

Nagradzane zdjęcia Roberta Gilhooly: http://robgilhooly.photoshelter.com/gallery/Aokigahara-Jukai/G0000eP30ZLwe740/

niedziela, 11 maja 2014

Dirge i Obscure Sphinx w Poznaniu - 10 maja 2014 (fotorelacja)























Obscure Sphinx widziany trzeci raz na żywo. Kapela z Warszawy niedługo stanie w szranki z Vader, Behemoth czy Blindead pod kątem częstotliwości mych koncertowych odwiedzin. Ale 10 maja 2014 roku do Bazyla udałem się nie tylko po to, aby znowu zobaczyć Obscure Sphinx. Zaciekawił mnie też francuski Dirge - kilka lat temu słuchałem bardzo dużo atmosferycznego sludge metalu a la Isis, Cult of Luna czy Rosetta, zatem z sentymentu do owych czasów zobaczenie Dirge na żywo postawiłem sobie jako punkt docelowy.

Jako pierwsi zaprezentowali się na scenie Shots from Deneb - poznańska kapela grająca sludge/stoner metal. Nie zadałem sobie trudu przed koncertem, aby choć odrobinę ich przesłuchać, zatem był to mój pierwszy kontakt z ich muzyką. Muszę przyznać, iż zagrali całkiem nieźle. Fajne, ciężkie, zróżnicowane stylistyczne granie na które warto zwrócić uwagę. W dodatku zespół ma kosmiczną nazwę - Deneb to najjaśniejsza gwiazda w konstelacji Łabędzia, około 250 000 razy jaśniejsza od Słońca.

http://shotsfromdeneb.bandcamp.com/

Dirge. Lament. Pieśń żałobna. Nazwa działającej od 1994 roku (wpierw jako industrialno-metalowy projekt) francuskiej kapeli przywodzi na myśl posępny pogrzebowy doom, ale nic bardziej mylnego. Dirge para się bowiem atmosferycznym sludge metalem a la Isis czy Bossk. Przed koncertem w Bazylu zapoznałem się z kilkoma kompozycjami Dirge z albumów "Elysian Magnetic Fields" (2011) i "Hyperion" (2014), spodobały mi się, więc na koncert Francuzów czekałem z niecierpliwością. I śpieszę przyznać, że zabrzmieli potężnie. Ich muzyka po prostu płynęła niczym wydobywająca się z ziemskich trzewi magma wkraczając często w rejony ambientu, hałasu i hipnotycznego piękna. Długie, ciągnące się, rozbudowane i kompleksowe utwory dla niektórych mogły się wydawać monotonne, ale ja dałem się ponieść tym magnetycznym dźwiękom. Wbrew pozorom sludge/doom metal grany przez Dirge nie przytłacza słuchacza wściekłością i gniewem, ale potrafi być cudownie depresyjny. Być może w niedalekiej przyszłości zrecenzuję na blogu najnowszy album Dirge "Hyperion" (2014), tym czasem oto set-lista Dirge: "Hyperion Under Glass", "Venus Claws", "Obsidian", "Elysian Magnetic Fields" i "Filigree".

Obscure Sphinx mnie przyciąga. Zresztą nie tylko mnie, bo wczoraj Bazyl pękał w szwach, a kiedy OS zaczęli grać na sali momentalnie zrobiło się tłoczno. I duszno. Nie będę się dzisiaj rozczulał na set-listą, powiem tylko tyle, że na koncerty Obscure Sphinx warto chodzić, bo potężna dawka energii wprost bije ze sceny. Zespół posiadł zdolność wzorcowego balansowania pomiędzy kojącym zmysły wyciszeniem a potężnymi eksplozjami sludge/post-metalowej agresji. Ogromnym atutem kapeli jest Zofia "Wielebna" Fraś - wyjątkowo charyzmatyczna wokalistka, dysponująca zadziwiającym spektrum wokalnym. Potrafi zaśpiewać niczym Lisa Gerrard, delikatnie ukołysać (do snu), ale też wrzeszczeć jak opętana. Poza tym podobają mi się jej sceniczne ruchy: wijące się, niesamowicie ekspresyjne, zrytualizowane. Jeśli jeszcze jakimś cudem nie zapoznaliście się z ubiegłorocznym albumem OS "Void Mother" to czym prędzej nadróbcie zaległości. Bo nie da się ukryć, że Obscure Sphinx porządnie namieszał w rodzimym multiświecie ciężkiego grania.

sobota, 10 maja 2014

Dayal Patterson "Black Metal: Evolution of Cult" - recenzja



















Książka dziennikarza muzycznego i fotografa Dayala Pattersona "Black Metal: Evolution of Cult" (2013) chodziła mi po głowie od dawna. Moją ciekawość podsycały zdjęcia autora zamieszczane na Facebooku, w których sfotografował się z Gaahlem (ex-Gorgoroth, Trelldom, God Seed, Wardruna) albo z muzykami kanadyjskiego Blasphemy. Poza tym kompleksowo potraktowana historia narodzin black metalu (zarówno pierwszej fali, jak i tej drugiej - norweskiej) frapowała mnie. Chciałem też mieć porównanie z sensacyjną zwartością "Władców Chaosu" (1998) Michaela Moynihana i Didrika Søderlinda, książką traktującą o narodzinach norweskiego black metalu w blasku płomieni pożerających tamtejsze kościoły, którą czytałem bardzo dawno temu.

"Black Metal: Evolution of Cult" liczy 484 strony, także jest co czytać. Muszę też pochwalić Dayala Pattersona za ogrom pracy, którą włożył w jej napisanie. Zrobił doskonały research, przepytał mnóstwo osobistości black metalowego światka, przytoczył wiele faktów oraz unikalnych wypowiedzi ze starych zinów. Zatem ukłony dla Autora. Patterson rozpoczyna książkę od początków black metalu, czyli od brytyjskiego Venom, po czym omawia wszystkie najważniejsze kapele pierwszej i drugiej fali (z naciskiem na rozwój norweskiego black metalu pod koniec lat 80-tych i w połowie lat 90-tych); zahacza także o różne sub-gatunki black metalu przytaczając ich czołowych reprezentantów: depresyjny black metal, awangardowy black metal, viking/black metal, industrial black metal czy post-black metal. Opisana zostaje na przykładzie Rotting Christ grecka scena metalowa, obszerny rozdział Patterson poświęca polskiemu nacjonalistycznemu black metalowi, o którym opowiada Rob "Darken" z Graveland, w tym także niesławnej The Temple of Fullmoon. Z naszych rodzimych zespołów nie mogło oczywiście zabraknąć Behemoth, o którym mówi Adam "Nergal" Darski.

Najobszerniej Patterson wypowiada się o eksplozji Drugiej Fali Norweskiego Black Metalu (lata 1987-1993) najwięcej miejsca poświęcając Mayhem i Burzum. Euronymous, Dead, spotkania towarzyskie w Helvete, pionierskie początki norweskiej sceny black metalowej i rozwój satanizmu, wreszcie Black Circle, makabryczne samobójstwo Per Yngve "Dead" Ohlina, palenie kościołów, morderstwo homoseksualisty przez Barda "Fausta" (ex-Emperor) w Lillehammer, zadźganie Euronymousa przez Kristiana "Varga" Vikernesa i późniejsze następstwa tego czynu dla kształtującej się sceny black metalowej, zarówno na gruncie lokalnym, jak i międzynarodowym. Struktura każdego rozdziału jest podobna: mamy zespół, przykładowo fiński Beherit, przedstawione zostają centralne postaci (tutaj Nuclear Holocausto), które opowiadają o jego początkach, inspiracjach, poszczególnych nagraniach, przytaczają anegdoty, itd. Najobszerniej opisane zostają norweskie zespoły black metalowe: Mayhem, Burzum, Emperor, Thorns, Darkthrone, Gorgoroth, Gehenna, Mysticum, itd. Wchodząc w takie 'sensacyjne' szczegóły jak morderstwa, samobójstwa czy palenie kościołów Patterson nie sili się na epatowanie opisami, bardziej usiłuje wniknąć w motywacje muzyków, które w danym momencie nimi kierowały. Muszę przyznać, iż to bodaj najciekawsza część książki pozwalająca na refleksję.

Bardzo ciekawie wypada rozdział o francuskim tajnym ruchu Les Légions Noires, na którego czele stały takie zagadkowe projekty jak Belketre czy Vlad Tepes. Wokół Czarnych Legionów narosło już tyle plotek, iż można w żaden sposób ich zweryfikować. Choć nie powiem, uśmiałem się, gdy wyczytałem, że członkowie Les Légions Noires wysyłali martwe szczury czy zgniłe pizze do Osmose. To się nazywa elitaryzm! Szkoda, że większość osobistości tworzących LLN zapadła się pod ziemię. Może rzeczywiście zamieszkali w lesie tworząc black metalową komunę? Moja subiektywna opinia, ale najciekawszych należą chociażby wypowiedzi Thomasa Gabriela Fischera (ex-Hellhammer i Celtic Frost, obecnie Triptykon), który odnalazł swój wszechświat w muzyce na skutek traumatycznego dzieciństwa. Rob "Darken" napomyka o morderstwie bezdomnego i spaleniu polskich kościołów (nie udało mi się zweryfikować których - może ktoś z czytelników mnie w tej materii oświeci?), muzycy Mysticum i Lifelover opowiadają o uzależnieniu od narkotyków (i w przypadku tych ostatnich cięciu się na scenie i poza nią), itd. Wybór opisanych zespołów może być dla wielu fanów black metalu dyskusyjny (w książce zabrakło mi np. osobnych rozdziałów dotyczących Immortal czy chociażby Deathspell Omega, choć Mikko Aspa parokrotnie się wypowiada), a rozdziały dotyczące Cradle of Filth czy Dimmu Borgir uważam (subiektywnie, rzecz jasna) za zbędne, ale wynika to raczej z mojej niechęci do wymienionych kapel. Czasem też natrafiałem na literówki w nazwach kapel np. Temnozor czy Gontyna Kry, ale nie raziły one tak bardzo.

Mimo wszystko fascynująca lektura, o piekło lepsza od "Władców Chaosu" Moynihana. Rzetelna, odważna i wciągająca.

piątek, 9 maja 2014

Dead Congregation "Promulgation of the Fall" (2014) - recenzja


























Wczoraj przyszła do mnie przesyłka od Helltrasher Records, skąd zamówiłem m.in. drugi album greckich death metalowych siepaczy Dead Congregation "Promulgation of the Fall". I tak jak w przypadku Doom: VS musiało minąć 6 lat od czasu ukazania się następcy fenomenalnego albumu "Graves of the Archangels" (2008), który swego czasu mocno wstrząsnął death metalowym podziemiem. Obecnie coraz rzadziej sięgam po płyty death metalowe, gdyż nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż death metal ździebko mi się przejadł. Poza tym w szeroko pojętym metalu poszukuję specyficznej atmosfery gęstniejącego zła i deprawacji, tudzież bestialskiego horroru, co też potrafią mi zapewnić wyłącznie niektóre zespoły death metalowe czy black/death metalowe o zacięciu okultystycznym. Dlatego też kiedy doszły mnie słuchy, iż Grecy z Dead Congregation 5 maja 2014 roku nakładem Martyrdoom Productions wydadzą drugi album studyjny nie zastanawiałem się długo nad zakupem CD.

Pierwsze co daje się odczuć w trakcie odsłuchu "Promulgation of the Fall" to perfekcyjna produkcja uwypuklająca potężne, dysonansowe gitary, złowieszczą melodykę i brutalne, acz techniczne perkusyjne napierdalanie. Nad całością materiału unosi się rozległa chmura nieprzeniknionej ciemności, a głęboki growling Anastasisa Valtsanisa (A.V) potrafi nieźle sponiewierać. Podobnie jak monolityczny debiut "Promulgation of the Fall" nie jest albumem jednostajnym: występuje doskonale wyważona zmienność temp, od umiarkowanego, budującego napięcie po potężną eksplozję blastów. Weźmy np. atmosferyczny numer tytułowy, niepokojący, zahaczający o doom metalowe miażdżenie. Poprzedza go bestialski death metalowy wyziew "Only Ashes Remain".  I tym w zasadzie odznacza się cały album: precyzyjnym zróżnicowaniem. Z jednej strony opętańcza szybkość i orgia riffowania, z drugiej masywne doomowe zwolnienia (np. w "Nigredo" czy "Immaculate Poison"). Rzeźnicy z Dead Congregation nie tworzą muzyki innowacyjnej (wpływy Immolation, Incantation czy Morbid Angel są wyczuwalne), ale kapela z Aten niechybnie należy do czołówki mocarnego europejskiego death metalu. Ciekawe czy na ich kolejny krążek przyjdzie nam czekać następne sześć długich lat.

wtorek, 6 maja 2014

Płyta tygodnia: Doom: VS "Earthless" (2014)

























 Oj, 6 długich lat przyszło nam czekać na następcę fenomenalnego "Dead Words Speak" (2008) Doom: VS i zarazem trzeci album funeral doom/death metalowego projektu Johana Ericsona z Draconian. Nie będę ukrywał, że jako fan pogrzebowego doom metalu czekałem z utęsknieniem na tę właśnie płytę. Po dwukrotnym przesłuchaniu "Earthless" muszę przyznać, iż płyta miażdży, aczkolwiek mam do niej jedno zastrzeżenie: brakuje mi trochę potężnego growlingu Johana Ericsona, który zastąpiony został gościnnym growlem Thomasa A.G. Jensena z Saturnus. Lubię duński Saturnus, ale za nim nie szaleje, podobnie mam także z belgijskim Officium Triste. Czasami muzyka tych dwóch zespołów wydaje mi się ciut za bardzo melodramatyczna. Tak jak w przypadku "Dead Words Speak" na "Earthless" mamy do czynienia z wzorcowym balansem pomiędzy brutalnym gitarowym miażdżeniem a delikatniejszymi, tchnącymi melancholią melodiami. Szczególnie da się to zauważyć w "The Slow Ascent" i "A Quietly Formed Collapse". Fantastyczna praca wiodącej gitary Johana Ericsona kreuje niekończące się pejzaże najgłębszej czerni tak jak np. w łamiącym ciężarem "The White Coffins", growling Jensena potrafi być odpowiednio brutalny, ale gardłowy Saturnus ma na "Earthless" także sporo partii mówionych. Nie potrafię w tej chwili wymienić mojego faworyta z najnowszego Doom: VS; po krótkim zastanowieniu chyba to jednak będzie "Oceans of Despair", podczas którego ma się wrażenie tonięcia w głębinach wszechogarniającego smutku. To w tym kawałku growlującego Jensena wspomaga czystym śpiewem Johan Ericson. Konkludując mój wywód, Doom: VS nie zawiódł i nagrał bardzo solidny funeral doom/death metalowy materiał, do którego na pewno co pewien czas będę wracał. Ale funeral doom metalowa płyta roku? Jeszcze za wcześniej, by o tym mówić. A "Dead Words Speak" nadal nie ma konkurencji. Tamta płyta chwyciła mnie za gardło od razu.

Digipack możecie zakupić tutaj: http://www.solitudestore.com/en/product/doomvs-2014-earthless-digipak/

poniedziałek, 5 maja 2014

Scott Carney "Czerwony rynek" - recenzja


Z uwagi na mój niedawny powrót z tygodniowego pobytu na Islandii blog niniejszy leżał odłogiem. Odpuściłem sobie koncerty Hypnos i Amon Amarth czy God Seed i Cult of Luna, ale nawet przebywając na Islandii w miarę możliwości czytałem. Uwielbiam książki. Zwłaszcza mroczne, poruszające, skłaniające do refleksji. Taka jest właśnie tegoroczna propozycja reportażowego wydawnictwa Czarne, czyli "Czerwony rynek" Scotta Careya. Po raz pierwszy zetknąłem się z książkami Czarnego w ubiegłym roku, jeszcze przed założeniem DTB, BTH kiedy z zapartym tchem przeczytałem reportaż Macieja Wasielewskiego "Jutro przypłynie królowa", w którym autor przybywa na najmniejszą demokrację świata, pacyficzną wyspę Pitcairn, miejsce odizolowane i samotne, zamieszkiwane przez garstkę potomków "Bounty" i skrywające straszliwe sekrety (terror, przemoc i praktykowana dekadami pedofilia). Mocna lektura, po którą pewnie sięgnę raz jeszcze, by ją w stosownym czasie tutaj zrecenzować.

"Czerwony rynek" Scotta Careya jest również książką, która potrafi wstrząsnąć. Nasze ciało za życia albo gdy już umrzemy jest niczym więcej niż pożądanym towarem. Intratnym finansowo ludzkim surowcem. Weźmy np. szkielet, który po wykradzeniu z grobu może posłużyć jako pomoc naukowa dla studentów medycyny czy jako preparat w muzeum medycznym. Przysadka mózgowa wycięta z trupa może być źródłem naturalnego hormonu wzrostu HGH, który przyczynia się do przyrostu masy mięśniowej. Włosy z głowy znajdą zastosowanie w perukach noszonych przez podstarzałe damy bądź posłużą do produkcji nawozów lub L-cystyny (aminokwasu będącego dodatkiem do pieczywa). Jest jeszcze krew (osocze, czerwone krwinki, płytki krwi i czynnik antyhemofilowy), serce, wątroba i nerki jako przeszczepy przedłużające komuś życie, a nawet rogówki oczu przeznaczone do przywrócenia wzroku. Także żywe ciało staje się przedmiotem intensywnego obrotu handlowego. Ubogie dziecko z kraju Trzeciego Świata można ukraść jego biologicznym rodzicom, umieścić w sierocińcu, zmienić mu tożsamość, wreszcie sprzedać je oczekującej rodzinie adopcyjnej przy pomocy pośrednika. Sprzedaje się także komórki jajowe pobrane od kobiet w wieku reprodukcyjnym w celu zapewnienia potomstwa bezpłodnym parom. Można sprzedać także własne ciało koncernom farmaceutycznym i ośrodkom badawczym, które będą testowały na nim nowe leki. Liczy się tylko zysk finansowy - z reguły większy po stronie cynicznego biorcy, mało znaczący po stronie ubogiego (i zazwyczaj zdesperowanego) dawcy z nizin społecznych. Altruizm jako taki nie istnieje, a ludzie są podli i wyrachowani. Dla pieniędzy zrobią praktycznie wszystko.

Książka antropologa i dziennikarza śledczego Scotta Careya ukazuje czytelnikowi mroczne oblicza medycyny, a także postępującą dehumanizację lekarzy. Trochę szkoda, że Carey skupia się w dużej mierze na Indiach zahaczając nieznacznie o Stany Zjednoczone, Hiszpanię i Cypr (jako centrum światowego handlu komórkami jajowymi przeznaczonymi do zapłodnienia in vitro); nie ma też praktycznie żadnej dłuższej wzmianki o krajach Europy Wschodniej, ale "Czerwony rynek" czyta się z ogromnym zainteresowaniem. Kolejny nokaut od Czarnego. Indyjskie farmy kości i krwi - nie da się o nich zapomnieć.

"Pal tłumaczy mi, jak wyglądał proces produkcyjny w fabryce. Najpierw zwłoki owijało się siatką i wkładało do rzeki, gdzie mniej więcej w ciągu tygodnia bakterie i ryby zamieniały je w luźną stertę kości i miękkiej papki. Potem pracownicy oczyszczali kości i gotowali je w wodzie zmieszanej z sodą kaustyczną, by rozpuścić pozostałości tkanki miękkiej. Po tym zabiegu kości nabierały żółtego zabarwienia. Aby przywrócić im medyczną biel, przez tydzień suszyło się je na słońcu, a potem zanurzało w kwasie solnym." - Oczywiście po uprzednim wykopaniu z grobu. (Fragment książki).

piątek, 2 maja 2014

Mys Aniva: radioaktywna latarnia morska






















Znowu Rosja, tym razem wyspa Sachalin i latarnia morska Mys Aniva. Wybudowana została jednak przez Japończyków w 1939 roku i najsampierw znana była jako Naka Shiretoko Saki. Znajduje się na skale w pobliżu najbardziej na południowy wschód wysuniętego przylądka Sachalinu. Jej konstrukcja przebiegała w ekstremalnie trudnych warunkach. Pod koniec II Wojny Światowej Sowieci przejęli całość Sachalinu, który wcześniej był podzielony między Japonię a Rosję. Rosjanie zainstalowali w niej radioizotopowy generator termoelektryczny, który generuje ciepło zamieniane potem w prąd elektryczny na skutek rozpadu izotopu promieniotwórczego. Krążą pogłoski, że opuszczona i smagana przez wichry morskie latarnia jest radioaktywna, o czym świadczą znaki w środku niszczejącej konstrukcji. Kolejne intrygujące miejsce, które chętnie bym spenetrował.

http://englishrussia.com/2009/01/06/abandoned-russian-polar-nuclear-lighthouses/

Btw, dzisiaj mija rocznica śmierci Jeffa Hannemana. Zapuście sobie wieczorem Slayer.

środa, 30 kwietnia 2014

Islandzkie farmy gnijących ryb
























W trakcie podróży przez Islandię zatrzymaliśmy się w tym przybytku, farmie gnijących ryb. Tysiące ryb zwisających ze sznurków i rozkładających się na drewnianych palikach. Fetor konkretny. A ktoś musi przy nich pracować. :-) W Islandii ryba oznacza życie, pokarm. Od wieków Islandczycy trudnią się połowami. Chcecie spróbować coś ekstremalnego? Hákarl, czyli zgniły rekin grenlandzki - jego sfermentowane mięso powinno was zaintrygować, tudzież odstraszyć, gdyż smród jest podobno nieziemski (ja sam nie próbowałem). Wystarczy truchło upolowanego rekina zakopać pod ziemią na okres 2-6 tygodni, potem je odgrzebać, posiekać na kawałki, osuszyć fragmenty... i voila! hákarl należycie wypieści podniebienia co odważniejszych wielbicieli atypowych kulinariów.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Islandia: opuszczona chata w pobliżu systemu wulkanicznego Grimsnes

























Powróciłem dziś w nocy z Islandii, kraju ognia i lodu, wulkanów, lodowców, wodospadów, ubogiej roślinności i bezkresu pustki. Spełniłem jedno swoich podróżniczych marzeń, odwiedziłem Islandię. Jako miłośnik wulkanologii oraz wulkanów wspiąłem się na kilka z nich, o czym przez najbliższy czas będę informował na Wulkanach Świata. Ale w pobliżu systemu wulkanicznego Grimsnes obejmującego trzy kratery natrafiłem na opuszczoną (choć, jak mniemam, czasem używaną przez wędrowców) chatę o trawiastym dachu. W pobliżu walały się kości i pióra jakiegoś ptaka. Ciekawe miejsce, dość mocno ukryte - jak wiele innych atrakcji Islandii, która zachwyciła mnie głębią i jednocześnie surowizną swojej przecudnej Natury.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Kamczatka i wymarłe miasto Bechyovinka




































Informacje w sieci skąpe na ten temat, zdjęć malutko (przynajmniej w porównaniu z ukraińskim miastem Prypeć do którego swego czasu organizowane były wyprawy z Kijowa). Kamczatka kojarzy mi się z majestatycznymi ośnieżonymi wulkanami oraz Pietropawłowskiem Kamczackim. Przy zatoce Avacha znajduje się baza atomowych łodzi podwodnych Rybachiy, wybudowana w czasach sowieckich i używana po dziś dzień. Wygląda mi na to, że wymarłe miasto Bechyovinka było powiązane z ową strukturą militarną. Na razie niejasne pozostają dla mnie powody opuszczenia tego miejsca. Rzekomo chodzi o radioaktywne skażenie spowodowane przez niszczejące atomowe łodzie podwodne przycumowane (do tej pory?) przy brzegu. Miasto miało ściśle tajny charakter, mogło zostać opuszczone w 1996 roku albo i wcześniej. Wikipedia milczy na jego temat, a zdjęcia Bechyovinka (Pietropawłowska Kamczackiego-54) znajdują się poniżej:

http://www.tema.ru/travel/bechevinka/
http://www.pomnivoinu.ru/card/289643/
Jak tam jest możecie obejrzeć (jeśli znacie rosyjski) tutaj:
https://www.youtube.com/watch?v=kZH6DJ9n_iI

Kuryle: Opuszczona strefa zmilitaryzowana




Lokalizacja opuszczonych baz militarnych: archipelag Kuryli, 1) sowiecki posterunek graniczny na wyspie Urup, 2) w czasie II wojny światowej japońska, później rosyjska baza lotnicza na wyspie Matua, 3) tajna baza morska na wyspie Shimushir znajdująca się w kraterze wulkanu. Wszystkie te obiekty i instalacje militarne opuszczono w 1993 roku, gdy zimna wojna dobiegła końca.

Na Urup znajdują się rdzewiejący wojskowy nadajnik radiowy, strażnica do obserwacji oraz niszczejące budynki posterunku granicznego. Z kolei na Matua odnajdziemy duże betonowe bunkry jeszcze z czasów II Wojny Światowej, a także mnóstwo hełmów wojskowych, pojazdów militarnych i przeżartych rdzą pojemników o pojemności 44 galonów. Przez wyspę przebiega wiele podziemnych tuneli. Opuszczona stacja radarowa zdaje się czuwać nad trawiastym skrawkiem lądu. Konstrukcja morskiej bazy militarnej na północnym krańcu wyspy Shimushir rozpoczęła się w 1978 roku. Rosjanie wysadzili część krawędzi kaldery umożliwiając tym samym dostęp do bazy łodziom podwodnym i innym statkom (eksplozja na zdjęciu). Baza została nazwana Kraternyy Naval Base. Powstało miasto Kraternyy (ongiś zamieszkałe przez 3000 ludzi, obecnie wymarłe), a także stacja radarowa. Łodzie podwodne stawiały miny wokół archipelagu na wypadek wojny. Kraternyy to swoisty Prypeć Wysp Kurylskich. Niszczejące budynki, instalacje militarne, naprędce porzucone stroje ochronne przed atakiem chemicznym i biologicznym, walające się mapy, porozrzucane maski gazowe, w budynkach kuchnie, sekretne pomieszczenia, schowki na broń, łazienki, sale wykładowe, gimnastyczne i kinowe. Wszystko gnije przeżarte rozkładem. Chciałbym tam kiedyś się dostać... bo miejsca intrygujące. Ciekawi mnie też gdzie jeszcze na Kurylach znajdują się opuszczone instalacje wojskowe.

Więcej zdjęć tutaj: http://global-citizen-01.blogspot.com/search/label/Kuril%20Islands
Kraternyy Naval Base
Kraternyy Naval Base

niedziela, 20 kwietnia 2014

Kriegsmachine "Enemy of Man" (2014) - recenzja

























Kolejna zaległa recenzja, tym razem drugiego albumu studyjnego Kriegsmachine "Enemy of Man", który ukazał się 5 lutego nakładem No Solace. Przede wszystkim black metal grany przez Kriegsmachine nie jest muzyką, która spodoba się od razu po dziewiczym przesłuchaniu. "Enemy of Man" należy dawkować sobie regularnie (przynajmniej ja tak miałem), a dopiero wówczas album ów oblepi słuchacza ciemnością. Na całość składa się sześć długich kompozycji mizantropijnego black metalu, które w perfekcyjny sposób budują napięcie. Co więcej "Enemy of Man" jest krążkiem zdumiewająco mrocznym, niepokojącym, pulsującym grozą. Pięknie brzmią partie bębnów mogące się skojarzyć z Deathspell Omega czy z plemienną perkusją Sepultury z czasów "Roots", poza tym na "Enemy of Man" roi się od zwartego dysonansowego riffowania i zróżnicowanych wokali. Całość brzmi spójnie - niczym diaboliczny hymn pochwalny zła i mizantropii zagrany w pełnym bielejących kości ossuarium. Nie da się ukryć, iż najnowszy Kriegsmachine przesycony jest skrajnie negatywną atmosferą, która przenika na wskroś, tłamsi, wciąga w otchłań, pozbawia złudzeń. Recenzje "Enemy of Man" są mocno spolaryzowane: jedni chwalą tą płytę za transową aurę, inni narzekają na umiarkowane tempa i brak blastów twierdząc, że najnowszy album Wojennej Machiny epatuje nudą. Jeśli o mnie chodzi to łykam tenże materiał bez popity. I pewnikiem zaraz włączę go po raz wtóry... jeśli lubicie australijski Portal, rodzimą Mgłę, islandzki Svartidaudi czy francuski Aosoth "Enemy of Man" powinien przypaść wam do gustu. Nie mam ulubionych utworów, wszystkie bez wyjątku są niesamowite.

piątek, 18 kwietnia 2014

Kratery impaktowe estońskiej Saaremy



















Ultima Thule. Najdalszy region północy. Miejsc jego lokalizacji są dziesiątki: Norwegia, Islandia, Grenlandia, Szetlandy, Wyspy Orkney, estońska Saarema, archipelag Faroe, Ziemia Baffina, Svalbard, Jan Mayen, norweska Smøla, Sandwich Południowy, itd. Podróż poza granice znanego świata, którą odbywali i o której pisali antyczni i średniowieczni podróżnicy/kronikarze. Jedną z sugerowanych lokalizacji Thule jest estońska wyspa Saaremaa, słynąca z dziewięciu meteorytowych kraterów zwanych Kaali znajdujących się na obszarze 1 km kwadratowego.

Do impaktu doszło między IV a VIII wiekiem przed naszą erą. Na wiek 2400-2800 lat wskazuje zawartość irydu w torfie, co sugeruje iż impakt miał miejsce w czasach epoki brązu, gdy Saaremaa była zamieszkiwana. Był on potężny, o sile ładunku nuklearnego zrzuconego na Nagasaki, sosnowe lasy na wyspie zapłonęły, mogły zginąć setki ludzi. Największy krater impaktowy ma szerokość 105-110 metrów i głębokość 22 metrów. Jego krawędzie obrastają drzewa i wegetacja. Średnica jeziora kraterowego zależy od poziomu wody i wynosi 30-60 metrów, głębokość jeziora sięga 1-6 metrów. Masa meteoroidu przypuszczalnie wynosiła 1000 ton, kiedy uderzył w ziemię zmalała już do 20-80 ton. Pierwotna prędkość, gdy meteoryt wchodził w atmosferę sięgała 15-45 km/na sekundę, w momencie uderzenia 10-20 km/na sekundę. Meteoryt żelazny, oktaedryt z zawartością 91.5% żelaza i 8.3% niklu. W pobliżu głównego krateru znajduje się 8 mniejszych. Archeolodzy odnaleźli w obrębie kamiennej ściany otaczającej ów krater liczne zwierzęce kości, co sugeruje że mogło tam dochodzić do składania rytualnych ofiar. Czyli ceremonialna rzeź datująca się od czasów prehistorycznych do XVII wieku naszej ery. 

Saaremaa to „grób, w który upadło martwe Słońce”. - Pyteasz z Massalii.

środa, 16 kwietnia 2014

Isole, Procession i Esoteric we Wrocławiu - 15 kwietnia 2014 roku (fotorelacja)
























Na drugi dzień po koncercie Watain i Degial w Progresji wsiadłem w pociąg i udałem się do Wrocławia, by zobaczyć Isole, Procession i Esoteric w klubie muzycznym Łykend. Uwielbiam doom metal, a już szczególną estymą darzę funeral doom, death doom i black doom. I w gruncie rzeczy trochę szkoda, że na doom metalowe sztuki takie jak wczorajsza przychodzi zaledwie około 70 osób. Dla wielu miłośników muzyki metalowej posępne, wolne i długie kompozycje doom metalowe mogą się wydawać nużące; to nie jest też muzyka do szaleńczego młyna pod sceną, stąd też frekwencja na koncertach stricte-doom metalowych jest najczęściej mizerna. Te dźwięki mają jednak swoich oddanych wyznawców do których i ja się zaliczam.

Klub muzyczny Łykend okazał się całkiem przyjemną miejscówką, a koncert miał lekką obsuwę z powodu problemów technicznych z wynajętym przez muzyków Esoteric vanem. Do klubu dostałem się po 19.20 i pierwsze swe kroki skierowałem ku stoisku z merchandisem. Rezultat był z góry do przewidzenia: zakup trzech płyt CD, koszulki i bluzy z kapturem. Oto co mogą zdziałać całkiem przystępne ceny (40 zł za płytę CD czy 60 zł za hoodie to całkiem fajna sprawa).

Szwedów z Isole poznałem tak naprawdę od płyty "Silent Ruins" (2009) i dopiero potem zapoznałem się z ich wcześniejszymi dokonaniami. A istnieją od 1991 roku (wtedy nagrywali jeszcze jako Forlorn), czyli obok Candlemass i norweskiego Funeral prawdziwi weterani skandynawskiej sceny doom metalowej. Aż dziw bierze, że zagrali przed młodszym stażem Procession. Nie będę ukrywał, że Isole należy do grona moich ulubionych kapel parających się pełnym gracji epickim doom metalem. W ich podniosłej muzyce zawarta jest skumulowana dawka smutku i melancholii. Owszem, można Isole zarzucić, iż tu i ówdzie brzmią jak Candlemass czy Solitude Aeturnus, ale co z tego? Epicki doom metal Szwedów to wzorcowy konglomerat przepięknych akustycznych melodii i wgniatającego w ziemię doomowego ciężaru. Do tego fenomenalny czysty wokal Daniela Bryntse, silny, majestatyczny, niemal przeszywający słuchacza. Isole zdarza się od czasu do czasu ubarwić swój doom mocnym growlingiem, co jest raczej dość rzadko spotykane wśród kapel epic doom metalowych. Koncertowo Szwedzi wypadli znakomicie, były co prawda jakieś problemy techniczne, ale szybko zostały naprawione (pomagał sam Greg Chandler z Esoteric).  Nie mam pamięci do granych utworów, ale wychwyciłem np. "Hollow Shrine" z "Silent Ruins" (2009) czy "By Blood" z "Bliss of Solitude" (2008).

O chilijskim Procession zrobiło się głośno za sprawą porywającego albumu "Destroyers of the Faith" (2010), z którym zdążyłem się całkiem dobrze osłuchać przed feralnym koncertem. Niewątpliwym atutem zespołu jest wokalista Felipe Plaza Kutzbach dysponujący niezwykle majestatycznym, acz zróżnicowanym głosem, idealnym pod epicki doom. I podobnie jak z Isole w przypadku Procession mamy do czynienia z wzorcowym balansem melancholii i podniosłości. Co ciekawe, Felipe posiada jeszcze drugi epic doom metalowy projekt Capilla Ardente, z którym dopiero będę musiał się zapoznać, a także od 2013 roku (z racji obecnego miejsca zamieszkania w szwedzkim Uppsala) piastuje funkcję gitarzysty w black/thrash metalowym Nifelheim. W trakcie koncertu Procession znowuż pojawiły się problemy techniczne związane z brzmieniem gitar, ale szybko zostały opanowane. Koncert Procession odebrałem w jak najbardziej pozytywny sposób - dało się odczuć zachwycającą gęstość i miażdżący ciężar doom metalu. Procession zaprezentowali na żywo m.in. "Chants of the Nameless" i "Tomb of Doom" z "Destroyers of the Faith" (2010), "Raven of Disease" z EP-ki "The Cult of Disease" (2009) oraz "To Reap Heavens Apart" z wydanego w ubiegłym roku albumu pod tym samym tytułem.

Natomiast ostatnim gwoździem wbitym tego wieczoru w wieko zmurszałej trumny był brytyjski Esoteric. Do tego zespołu podchodzę bezkrytyczne, gdyż uważam, iż to co oni robią od 1992 roku wymyka się jednoznacznym kwalifikacjom. Nie określiłbym muzyki Esoteric prostym mianem funeral doom, gdyż jest ona zbyt wielowymiarowa i eksperymentalna. Bardziej pasuje mi tutaj określenie brutal ambient death doom. Muzyka Esoteric uzależnia od siebie, wyłącza z rzeczywistości, wprawia w specyficzny trans. To po prostu monstrualna fala dźwięku, która rozlewa się bezlitośnie pochłaniając wszystko na swojej drodze. Wielbię praktycznie wszystkie albumy Esoteric od czasów "Epistemological Despondency" (1994), a już zwłaszcza "The Pernicious Enigma" (1997) i "Metamorphogenesis" (1999). Esoteric słynie z dusznej, opresyjnej, niekiedy wręcz odhumanizowanej atmosfery, która jest praktycznie nie do podrobienia. Znam zespoły, które w mniejszym bądź większym stopniu inspirują się muzyką formacji Grega Chandlera np. świetny Hyponic z Hong Kongu, ale nie da się przeróść mistrza. Esoteric jest po prostu na wskroś unikalną kapelą, mrocznym, przerażającym, dziwacznym i zarazem zadziwiająco spójnym monstrum z najczarniejszych otchłani. Potwornie gniotący ciężar miesza się z nastrojowymi klawiszowymi pasażami i nawiedzającą psychodelią gitar kreując wszechogarniający wir psychotycznego szaleństwa, potęgowany przez demoniczne, zniekształcone wokale Grega Chandlera. Już w 2010 roku na Asymmetry Festival po ich prawie dwugodzinnym występie byłem zmiażdżony, nie inaczej było wczoraj. Zaczęli od dwudziestominutowego kolosa "Circle" z "The Maniacal Vale" (2008), z "Subconscious Dissolution into Continuum" (2004) wybrzmiał fenomenalny "The Blood of the Eyes". Łącznie Esoteric zagrał 5-6 kawałków, koncert zakończył się po 70 minutach. Na zakończenie nie pozostało nic innego niż pogratulować muzykom udanych występów i wrócić do prozaicznej rzeczywistości. Stay fucking doomed!