wtorek, 10 czerwca 2014

Vader "Tibi Et Igni" (2014) - recenzja



Nie będę się zbytnio rozpisywał o ostatnim albumie death/thrash metalowego komanda pod dowództwem Piotra Wiwczarka, bo każda płyta Vader jest gwarantem solidnego metalowego nakurwu. Także 11-sty album studyjny zespołu "Tibi Et Igni" nie zawodzi. Kapela z Olsztyna istnieje już od 1983 roku, zatem w ubiegłym roku obchodziła trzydziestolecie istnienia. Nie zamierzam się przechwalać, że posiadam całą dyskografię Vader (bo tak nie jest), ale szanuję Petera za niebywały wręcz upór i konsekwencję. Plus za te setki odegranych w pocie czoła koncertów. Nie czarujmy się... dzięki Vader polski death metal zaistniał na międzynarodowej mapie ciężkich brzmień. Ba, został zauważony i doceniony.

"Tibi Et Igni" można luźno przetłumaczyć jako "Ty i ogień". I rzeczywiście tytuł płyty jest adekwatny do jej zawartości, gdyż mamy tutaj do czynienia z soczystą erupcją płynnej death/thrashowej lawy. Miażdżące riffy, wspaniałe solówki znanego ongiś z Esqarial Marka Pająka, niepowtarzalny growling Petera, perkusyjna nawałnica... czego chcieć więcej? Płyta odznacza się intrygującym zróżnicowaniem: obok huraganowych "Go to Hell", "Where Angels Weep" czy "Abandon All Hope" mamy także thrash metalowy, zalatujący Slayer i Kreator "Triumph of Death" (numer wprost idealny do szaleńczego headbangingu uskutecznianego pod sceną), który odznacza się wpadającą w ucho melodyką. Do tego dwie podniosłe kompozycje: "Hexenkessel", w którym pojawiają się klawisze i narracja wokalna Petera, a także poprzedzony klawiszowym intro "The Eye of the Abyss", w którym ścierają się wpływy heavy, thrash i death metalu. Nie mam wątpliwości, że Vader jest w doskonałej formie, co udowodnił już w 2011 roku ciepło przyjętym "Welcome to the Morbid Reich". Czekam na koncerty promujące "Tibi Et Igni"... będę musiał się także w niedalekiej przyszłości zainteresować biografią Vadera "Wojna totalna" (2014), którą napisał Jarosław Szubrycht (Lux Occulta). Tyle czytania, słuchania, oglądania, tak mało czasu. :-(

"Ten, który z demonami walczy, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich. Kiedy spoglądasz w otchłań ona również patrzy na ciebie." - Friedrich Nietzsche.

Mayhem "Esoteric Warfare" (2014) - recenzja




















Z przyczyn wyjazdowych nie mogłem uczestniczyć w warszawskim koncercie Mayhem 29 maja 2014 roku, kiedy legenda norweskiego black metalu dzieliła scenę z Merrimack i Voidhanger. Nie pozostało mi więc nic innego, niż poczekać na premierę piątego albumu studyjnego Mayhem "Esoteric Warfare", która miała miejsce 6 czerwca. Wcześniej zaznajomiłem się jedynie z premierowymi "PsyWar" i "Trinity". Byłem ciekaw jak zaprezentuje się Mayhem na nowym krążku - 7 lat od czasów nagrania świetnego "Ordo ad Chao" (2007), który to album bardzo cenię (w dużej mierze za obskurne piwniczne brzmienie i niepokojący nastrój). Oczywiście byłem też świadom, że Mayhem pewnie mnie zaskoczy, gdyż zespół od lat dowodzony przez Hellhammera i Necrobutchera nie nagrywa jednakowych płyt. I rzeczywiście "Esoteric Warfare" jest dla mnie całkiem sporym zaskoczeniem. I jednocześnie wprawia w niemałe zakłopotanie.

Na "Esoteric Warfare" Mayhem nie zna litości obracając w perzynę wszelkie oczekiwania. 10 utworów ezoterycznej machiny wojennej przetacza się po słuchaczu niczym walec. Mayhem w 2014 roku wciąż jest pełen nienawiści i nihilizmu, ale w przypadku "Esoteric Warfare" jeszcze śmielej niż na "Ordo ad Chao" czy "The Grand Declaration of War" wspina się na wyżyny obłędu pulsując od rytmicznych nieregularności i gwałtownych zmian tempa. Po odejściu Rune Blasphemera Eriksena w 2008 roku Mayhem zapadł w hibernację i nie było wiadomo kiedy się z niej wybudzi. Godnym następcą Blasphemera stał się Teloch (Morten Iversen, Nidingr, The Konsortium, ex-Gorgorth, God Seed, 1349), który w 2012 roku wespół z Attilą Cssiharem powoli zaczęli komponować materiał zawarty na "Esoteric Warfare". W trakcie słuchania "EW" można od razu wyczuć, jak znakomitym gitarzystą jest Morten Iversen (posłuchajcie chociażby morderczego dysonansowego riffowania w podszytym nieco Thorns "PsyWar" czy "Corpse of Care" - ja nie mam pytań). Oczywiście nie zabrakło na "Esoteric Warfare" ciągotek progresywnych, które możemy zwłaszcza usłyszeć w dwóch aranżacyjnych majstersztykach: "MILAB" i "Posthuman". Poza tym to, co wyprawia Hellhammer na bębnach nierzadko wprawia w osłupienie; truizmem jest powiedzenie, że to perkusyjny geniusz. Jeśli Hellhammer dewastuje gary to Attila w perfekcyjny sposób znęca się nad swoimi strunami wokalnymi oferując upiorną gamę black metalowych skrzeków, demonicznych growli, gardłowych jęków, warknięć i zawodzeń. Facet jest po prostu unikalny w tym co robi! Produkcja jest kliniczna, selektywna, klarowna (doskonale słychać bas Necrobutchera), cztery pierwsze utwory na "Esoteric Warfare", a mianowicie "Watcher", "PsyWar", "Trinity" i "Pandaemon" to konkretne black metalowe agresory. Norweski Mayhem istnieje od 30 lat, historia tego zespołu jest burzliwa, obfitująca (o czym zdaje sobie sprawę każdy fan black metalu) w samobójstwa i morderstwa, niemniej wszystkie pełnometrażowe albumy Mayhem począwszy od "De Mysteriis Dom Sathanas" (1994) są nieszablonowe, kipiące wściekłością i jadem, a także innowacyjne, wyznaczające trendy. Temu nie da się zaprzeczyć.

Dodatkowy kciuk w górę za tematykę zrytualizowanej kontroli umysłu ogłupiałych mas, która przewija się przez "Esoteric Warfare" i za znakomite ilustracje & cover płyty autorstwa Zbigniewa Bielaka.

Odsłuch: https://www.youtube.com/watch?v=Nk2i0sS1Gmo
https://plus.google.com/+TheTrueMayhemOfficial/posts
http://instagram.com/thetruemayhem#
http://thetruemayhem.com/

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Judith Schalansky "Atlas wysp odległych" - recenzja






Ta skromna książka aż się prosiła, aby ją kupić. Rzuciła mi się w oczy kiedy miałem już wychodzić z księgarni. Natychmiast zacząłem ją przeglądać... nęciła treścią, tematyką, pięknymi ilustracjami. "Atlas wysp odległych" to zbiór krótkich opowieści o najbardziej samotnych, niedostępnych i enigmatycznych wyspach świata, małych kontynentach wśród bezkresu oceanów: Arktycznego, Atlantyckiego, Indyjskiego, Spokojnego i Antarktycznego. 50 subiektywnie wybranych przez autorkę miejsc, które opowiadają swoje historie: nierzadko mroczne, posępne, tajemnicze, smutne. Każdej opowieści towarzyszy piękna ilustracja kartograficzna obmywanego falami skrawka lądu, niekiedy zamieszkanego, częstokroć całkowicie opustoszałego. Podobnie jak Judith w dzieciństwie fascynowały mnie atlasy geograficzne, wyszukiwałem głównie wulkany, wyobrażałem sobie, że jestem w danym miejscu, samotny i zaintrygowany. Odległe wyspy i koralowe atole, owe przecudne mikroświaty... marzę o tym, aby uciec na któryś z nich, spędzić tam trochę czasu z dala od coraz bardziej zachłannej, auto-destrukcyjnej i pędzącej bez sensu ludzkości.

Przykładowo kompletnie zlodowaciała i nieprzystępna Wyspa Rudolfa, miejsce dwóch polarnych ekspedycji. Osamotniona Tristan da Cunha na Atlantyku, którą w XIX wieku zamieszkiwała komuna zarządzana przez Szkota Williama Glassa. Po dziś dzień mieszkają tam potomkowie owych siedmiu rodów. Upstrzona uśpionymi kraterami Ascension (Wyspa Wniebowstąpienia), na której w latach 1960-61 Brytyjczycy wybudowali naziemną stację kontroli rakiet. Wyspa Świętej Heleny, miejsce przymusowego zesłania i śmierci wielkiego Napoleona Bonaparte. Wyspa Bouveta, najbardziej samotne miejsce na Ziemi... tam gdzie pod stopami chrzęści lód (bądź czarny piasek plaży) i wieją niesłychanie silne wiatry. Brazylijska wulkaniczna Trinidade przy której 16 stycznia 1958 roku fotograf Almiro Barauna zrobił zdjęcia rzekomego UFO (niezidentyfikowanego obiektu latającego). Ciemna, zimna i przerażająca Wyspa Thule w archipelagu Sandwich Południowy. Tikopia, na której kontrolowano przyrost populacji poprzez mordowanie nowo narodzonych dzieci. Pitcairn, gdzie zamieszkują potomkowie uciekinierów z Bounty. W 2004 roku połowa mężczyzn, mieszkańców owej najmniejszej demokracji świata została oskarżona o wieloletnie gwałty na kobietach i dzieciach, o czym pięknie pisał Maciej Wasielewski w "Jutro przypłynie królowa" (wydawnictwo Czarne). Atol koralowy Fangataufa, gdzie Francuzi w 1968 roku zdetonowali bombę wodorową w ramach operacji "Canopus" permanentnie niszcząc i dewastując środowisko. Iwo Jima, o którą Amerykanie toczyli krwawe walki z Japończykami (na Mount Suribachi zostało zrobione najsłynniejsze zdjęcie wojenne świata - szóstka żołnierzy i flaga USA). Wyspa Pagan w archipelagu Marianów, której wszyscy mieszkańcy zostali ewakuowani z powodu erupcji wulkanu w 1981 roku. Tromelin, gdzie w latach 1761-66 umierało uwięzionych na niej 60 niewolników. Chilijska Wyspa Robinson Crusoe, gdzie przez 4 lata i cztery miesiące (od 1704 roku) przebywał rozbitek Alexander Selkirk. Kurylska Wyspa Atłasowa (Atlasov) będąca symetrycznym i aktywnym wulkanem - w latach 50-tych XX-wieku mieściła się na niej kolonia karna dla kobiet. Kostarykańska Wyspa Kokosowa (słynna "Wyspa Skarbów" Stevensona), na której rzekomo ukryte są pirackie skarby... ale do tej pory nikt ich nie odnalazł (poza sześcioma złotymi monetami Augusta Gisslera). Plus kilkanaście innych skrawków lądu, o których Judith Schalansky przytacza krótkie historyjki, poetycko opisane... ma się wręcz wrażenie, że czytelnik w nich uczestniczy. Chłonąłem każde słowo tej wysublimowanej książki, która uzyskała tytuł Najpiękniejszej Niemieckiej Książki Roku. Bo raj jest wyspą. I piekło też.

"Strach i Ciemność zaginęły. Ta mała wyspa ze skał wulkanicznych jest pomnikiem Franklina, a jego grób znajduje się pod lodem, na przeciwległym biegunie." - cytat z książki.

Na zdjęciach francuska detonacja atomowa w atolu Fangataufa, "UFO" nad brazylijską Trinidade oraz Wyspy Thule i Floreana (archipelag Galapagos). Nie znalazłem w sieci zdjęć rzeki Styks przepływającej przez francuską Île de la Possession (sub-antarktyczne Wyspy Crozeta).

niedziela, 8 czerwca 2014

Zagadka Rzeźnika z Mons


















Jedna z najbardziej zagadkowych spraw kryminalnych XX wieku. 20 października 1993 roku w belgijskim Charleroi zaginęła 37-letnia Liliane Sek. W listopadzie jej głowę i prawą rękę znaleziono w lesie Yves-Gomezee w pobliżu linii kolejowej Charleroi-Covin w Philippeville. Nazywana Marnie ofiara pracowała jako prostytutka w Charleroi. W czerwcu 1994 roku ciało kolejnej ofiary (niezidentyfikowanej kobiety) zostało odnalezione pocięte na kawałki w brukselskim Anderlechcie. 6 lipca 1994 roku, Retranchement, park przyrodniczy blisko granicy belgijsko-holenderskiej i kolejne zwłoki niezidentyfikowanej kobiety... pozbawione głowy i pocięte na kawałki, zapakowane w gazetę Le Derniere Heure i worki na śmieci. Grudzień 1994 roku, Liege - bawiące się dzieci natrafiają na odciętą stopę i ramię. 4 stycznia 1996 roku znika w Mons 46-letnia Carmelina Russo, matka trojga dzieci, a 21 lipca 33-letnia transseksualna prostytutka Martine Bohn, która wynajmowała pokój w hotelu La Lido oraz mieszkanie w Mons. 25 lipca z rzeki Haine (po francusku Nienawiść) pomiędzy Mons a Jemappe zostaje wyłowiony worek na śmieci z torsem kobiety zidentyfikowanej jako Martine Bohn. Morderca ucina jej piersi, na których miała tatuaż, zapewne by utrudnić identyfikację, a także głowę oraz kończyny. W sierpniu 1996 roku w Piringen blisko Tongeren znaleziony zostaje okaleczony kobiecy tors - ofiara została zamordowana pomiędzy 1 lipca a 10 sierpnia 1996 roku. 22 grudnia z Rue Malapert w Hyon (przedmieście Mons) znika 33-letnia Jacqueline Leclercq, cierpiąca na depresję rozwódka posiadająca na ramieniu tatuaż z imieniem jej ex, Angelo. 12 stycznia 1997 roku i kolejne zaginięcie w Mont-sur-Marchienne w pobliżu Charleroi , tym razem 33-letnia Veronique Leclercq (brak spokrewnienia z Jacqueline). 22 marca 1997 roku policjant Olivier Motte natyka się na worek na śmieci na nielegalnym wysypisku w pobliżu linii kolejowej Bruksela-Paryż - dokładnie: Rue Emile Vandervelde w Cuesmes, w pobliżu Mons. W worku znajduje się ucięta głowa kobiety; dalsze przeszukania wysypiska ujawnia osiem kolejnych worków na śmieci, a w nich dalsze części ciała: tors, nogi, ręce. Dwa dni później 3 km od wspomnianego wysypiska śmieci na Chermin de l'Inquietude (Droga Niepokoju) odnalezione zostają kolejne worki: pierwszy z kobiecym torsem, dwa kolejne z ubraniami i przedmiotami osobistymi. Na razie żadne ze znalezionych ciał nie zostaje zidentyfikowane, ale podejrzewa się, że wśród ofiar są Martine Bohn, Veronique Leclercq i Jacqueline Leclercq. Jedno z ramion ma wyżłobioną dziurę, po to by usunąć tatuaż. Kilka dni później do listy ofiar dopisana zostaje Carmelina Russo. 2 kwietnia autopsja ujawnia, że ręce i nogi znalezione w workach na wysypisku należą do Martine Bohn, której tors (jak pamiętacie) wyłowiono z rzeki Haine (Nienawiść). Nadal brakuje jej głowy i stóp. 12 kwietnia w Havre blisko Mons przechodzień natyka się na dwa worki na śmieci, a w nich na część nogi, stopę i uciętą głowę. Części ciała rozkładają się, morderca przy cięciu posłużył się piłą do metalu. Miejsce znaleziska: rue du Depot (Ulica Zrzutu, Pozbycia się), ulica w pobliżu rzeki Haine. Do tej pory odnaleziono 7 kobiecych stóp, zatem póki co mamy potencjalne cztery ofiary. 15 kwietnia policja ujawnia opinii publicznej portret identyfikacyjny głowy odnalezionej przy rue du Depot (kobieta pomiędzy 30 a 40 rokiem życia, ciemne włosy). 18 kwietnia 1997 roku, Havre w pobliżu Mons, trzy kolejne worki na śmieci odnalezione na Chermin de Saint Symphorien, w miejscu zwanym La Poudrie (Sypki, Mączysty). Worki są związane, ich czubki odcięte nożyczkami... w środku dwóch z nich górne części dwóch nóg, w trzecim ucięta dłoń wraz z ramieniem; szczątki są w zaawansowanym stanie rozkładu. Francuska policja zawiadamia sędziego Pilleta z Mons o odnalezieniu 21 stycznia 1996 roku torsu kobiety w rzece L'Escaut w Chateau l'Abbaye, Francja. Ile jest łącznie ofiar? 4-6? 23 kwietnia rozpoczynają się przesłuchania pierwszych świadków i podejrzanych. W przypadku tych ostatnich areszty mają miejsce po identyfikacji personaliów kobiety, której głowę odnaleziono 11 dni wcześniej. O jednym z aresztowanych plotkuje się, że jest transseksualistą. Niemniej policja dba o to, aby detale sprawy nie przedostały się do publicznej wiadomości. Ofiara zostaje zidentyfikowana jako 21-letnia Nathalie Godart, wyrzutek z okolic dworca kolejowego w Mons. 25 kwietnia 1997 roku aresztowany zostaje 33-letni cygan Leopold Bogaert, którego widywano w okolicach dworca, nosił przy sobie noże i znany był ze stosowania przemocy wobec kobiet. Na pewno znała go Nathalie Godart, przypuszczalnie także Martine Bohn. Ale są wątpliwości co do jego sprawstwa - 9 maja zostaje zwolniony z aresztu.

4 czerwca 1997 roku śledczy wykazują, że wszystkie worki na śmieci odnalezione pomiędzy 22 marca a 18 kwietnia zostały porzucone w tym samym czasie. Doprowadza do tego analiza lokalizacji i stanu gleby pod workami. 19 czerwca zidentyfikowana zostaje jako jedna z ofiar Jacqueline Leclercq, ale nadal nie wiadomo kim jest Rzeźnik z Mons. 18 lipca szczątki kobiety znalezione we francuskim Chateau l'Abbaye zostają zidentyfikowane jako 47-letnia Carmelina Russo. Jako że Carmelina zaginęła w Mons 4 stycznia 1996 roku mogła być pierwszą ofiarą zagadkowego seryjnego mordercy. Kręciła się w okolicach dworca centralnego w Mons. 30 lipca mężczyzna spacerujący po lesie w Sivry-Rance (Namur) odnajduje zwłoki 33-letniej Veronique Leclercq. Ciało jest nietknięte, nie zostało poćwiartowane i umieszczone w workach na śmierci. Veronique nie jest zatem ofiarą Rzeźnika z Mons. 8 sierpnia 44-letni lider gangu przebywający w więzieniu za gwałt staje się głównym podejrzanym o morderstwo Veronique. Został aresztowany gdy ofiara porwania zidentyfikowała go. Gang, którym kierował zamordował kilka osób m.in. Laurence Wojtzick, który zaginął 16 marca 1996 roku. 21 sierpnia nowa ofiara zostaje dopisana do listy potencjalnych ofiar Rzeźnika z Mons - 38-letnia Begonia Valencia, która zaginęła w Frameries w połowie lipca. Leczyła się psychiatrycznie w Chene-aux-Haies, gdzie przebywała także Martine Bohn. Kręciła się także w okolicach dworca kolejowego w Mons. 26 sierpnia w trakcie spaceru znika 16-letnia Jennifer Deceuininck, która leczyła się psychiatrycznie w Chene-aux-Haies. Kolejne powiązanie? 17 września wychodzi na jaw, iż kobiecy tors odkryty w Piringen w sierpniu 1996 roku może być powiązany ze sprawą Rzeźnika z Mons. Około 40-letnia ofiara, kobieta, ubrana w t-shirt Bianici-Paris (dystrybuowany wyłącznie we francuskojęzycznej części Belgii), miejsce znalezienia zwłok: Doodmanstraat (Ulica Martwego Człowieka). Powiązanie? Na razie zidentyfikowano trzy ofiary: Martine Bohn, Jacqueline Bohn i Nathalie Godart, a inne? Carmelina Russo warunkowo też. 19 marca 1998 roku powołana do wykrycia sprawcy grupa zadaniowa Corpus stwierdziła, że nie ma związku pomiędzy zaginięciem i odkryciem w 1993 roku szczątków Liliane Sek a sprawą Rzeźnika z Mons. Podobnie zaginięcie Valencii Begonio w lipcu 1997 roku w Frameries. Pomiędzy 27 a 30 marca 1998 roku w Chemin de Bethleem, wioska Hyon na południe od Mons odnalezione zostają ludzkie kręgi i czaszka noszące ślady cięcia piłą do metalu. Identyfikacja Rzeźnika z Mons nadal tkwi w martwym punkcie. 22 maja zęby i czaszka odnalezione w Hyon zostają zidentyfikowane. To Valentina Begoncia, ofiara numer pięć zagadkowego mordercy. Padają sugestie, iż sprawców mogło być dwóch/kilku. Poszukiwania w Chemin de Bethleem mają być kontynuowane...

Skrócony profil psychologiczny Rzeźnika z Mons: seryjny morderca zorganizowany, metodyczny w działaniu, domagający się zemsty na otoczeniu. Posiada samochód, przypuszczalnie vana, w którym może wygodnie transportować worki ze zwłokami i do którego może zwabiać ofiary nad którymi chce osiągnąć kontrolę. Ma wolne w weekendy (wszystkie ofiary Rzeźnika z Mons zaginęły właśnie w weekendy), ale też może pracować w systemie zmianowym. Mieszka sam, nie niepokojony przez nikogo może ćwiartować zwłoki post-mortem, a ich części przechowywać w zamrażarce. Jest wykształcony, dba o usuwanie tatuaży ofiar, aby utrudnić ich identyfikację. Zna się na cięciu, może pracować jako rzeźnik bądź chirurg, lubi wyzwania, orientuje się w pracy policyjnej, regularnie korzysta z usług prostytutek. Typ samotnika, w dobrym stanie fizycznym, uważny i skoncentrowany, w wieku około 35 lat, jego ofiary były w wieku zbliżonym do sprawcy. Mieszka w okolicach Mons, orientuje się gdzie porzucić zwłoki będąc niezauważonym.

Addendum: 26 maja 1997 roku Patrick Moriau otrzymał kartkę pocztową. Pisało na niej:
 - enlever - porywać
 - viol - gwałcić
 - tuer - zabijać
 - decouper - rozcinać, ciąć
 - liquider - likwidować
 - morceaux - kawałki
 - humains - ludzie
 - feminins - kobiety
W 2007 roku aresztowano w Montenegro mężczyznę imieniem Smail Tujla (Smajo Dzurlic). Smail Tujla jest podejrzewany o kilka morderstw, w tym o morderstwo 61-letniej Mary Beal, której poćwiartowane zwłoki znaleziono 5 października 1990 roku w Vinegar Hill, NY w trzech czarnych torbach na śmieci. Przypuszcza się, że mógł być Rzeźnikiem z Mons, gdyż mieszkał w Belgii w latach 1996-97, a także mógł zamordować i poćwiartować przynajmniej jedną bądź dwie kobiety w Albanii (jego żona będąca obywatelką Albanii zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach). Skazany jedynie za zabójstwo Mary Beal Dzurlic twierdzi, że jest niewinny i padł ofiarą spisku.         

http://www.nytimes.com/2012/01/08/magazine/hunt-for-a-serial-killer.html?pagewanted=all

sobota, 7 czerwca 2014

Evil Dead Trap (1988) - recenzja



















Po projekcji japońskiego krwawego slashera "Evil Dead Trap" (na rodzimym Filmwebie tytuł przetłumaczono jako "Diabelska pułapka") naszła mnie taka refleksja, iż opuszczone miejsca są idealnymi lokalizacjami pod horror. Tanie, nierzadko położone na obrzeżach wielkich miast, niszczejące, zatęchłe i mroczne. Czego chcieć więcej. "Evil Dead Trap" (1988) w reżyserii Toshiharu Ikedy zrealizowano w ruinach opuszczonej bazy militarnej. Po raz pierwszy zetknąłem się z tym horrorem wiele lat temu, a konkretnie 5 czerwca 2003 roku. I już wówczas utkwił mi on w pamięci. Doczekałem się wreszcie DVD z tym filmem, zatem czas najwyższy odświeżyć sobie "Shiryo no wana" po wielu latach. Poza tym warto przypomnieć, iż japoński horror w latach 80-tych i na początku lat 90-tych był ze wszech miar intrygujący: z jednej strony ekstremalne gore (seria "Guinea Pig", seria "Guts of a Virgin"  będąca mieszaniną gore i pinku eiga, czy też nihilistyczna seria "All Night Long" Katsuyi Matsumury), z drugiej nurt cyberpunk/splatter ("Tetsuo", "Death Powder"). "Evil Dead Trap" Toshiharu Ikedy perfekcyjnie wpisuje się w tamtejszy czas stanowiąc jednocześnie hołd dla włoskiej szkoły horroru (Dario Argento i Lucio Fulci) i cielesnej grozy Davida Cronenberga.

"Dla Nami i dla tych, którzy nie mogą spać..."

Opuszczony, nadżarty rdzą kompleks budynków militarnych. W jednym z zapuszczonych magazynów dochodzi do bestialskiego mordu. Skuta łańcuchami i zakneblowana kobieta o oczach szeroko otwartych z przerażenia wije się bezsilnie, kiedy ostrze noża żłobi jej delikatne ciało. Powoli, metodycznie, coraz głębiej i głębiej... Z przebitego oczodołu wypływa strumień przejrzystej mazi. Trzymany w dłoni oprawcy nóż tnie powiekę, która eksploduje krwią. Na gołych piersiach niefortunnej Japonki pojawiają się pierwsze krwawe szramy... Kaseta video z makabrycznym spektaklem trafia do odtwarzacza Nami (Miyuki Ono), hostessy nocnego programu dla cierpiących na bezsenność. Zaszokowana dziennikarka postanawia wraz z grupką współpracowników odnaleźć budynek, w którym nakręcono ohydne video. Pomagają jej w tym ujęcia z wnętrza samochodu docierającego do niszczejącej amerykańskiej bazy wojskowej. Pięcioosobowa ekipa dziennikarska rozdziela się. "To nie jest plac zabaw!" ostrzega Nami przypadkowo napotkany tajemniczy mężczyzna, Muraki, być może spokrewniony z grasującym maniakiem. Pozostaje kwestia jak blisko. Wkrótce skąpane w błękicie korytarze pełzającego brudu spłyną krwią. Zamaskowany morderca w ciemnym płaszczu przeciwdeszczowym zaczyna systematycznie eliminować członków ciekawskiego kwintetu – przy pomocy wymyślnych pułapek i ostrych narzędzi. Czymże jest owa złowieszcza obecność, czająca się w wilgotnej ciemności korytarzy i jaki cielesny sekret skrywa?

Brutalny, sadystyczny i ponury shocker Toshiharu Ikedy zyskał sobie oddane grono zatwardziałych wielbicieli. Reżyser perwersyjnego pinku eiga "Sex Hunter" (1980) nie kryje fascynacji "Suspirią" (1977) Dario Argento próbując nawiązać do wysublimowanego koszmaru Włocha poprzez stylowe operowanie kolorami i użycie repetetywnej, pulsującej ścieżki dźwiękowej Tomohiko Kiry przypominającej najmroczniejsze dokonania grupy Goblins. W przypadku "Evil Dead Trap" fabuła schodzi na boczny plan zastąpiona wizualnym splendorem i deszczem robaków spadających na Nami. Obrzydliwe okaleczanie gałki ocznej nieodparcie skojarzyło mi się ze scenami przebijania / przecinania oczodołów w makabrycznych horrorach Lucio Fulci’ego "Zombi 2" (1979) i "The New York Ripper" (1982). Ikeda nie zapomina także o swych twórczych korzeniach odważnie czerpiąc z nurtu pinku eiga. W filmie są dwie sceny erotyczne, w tym dosyć brutalna sekwencja gwałtu połączona z duszeniem ofiary, a kończąca się morderczym upustem krwi. Z minuty na minutę nastrój grozy coraz bardziej narasta i przykuty do fotela widz nie wie, czego powinien się spodziewać. Przyczynia się do tego niekonwencjonalna struktura filmu, obfitująca w zaskakujące niespodzianki. Po ponad godzinie trwania "Evil Dead Trap" przepoczwarza się w cielesny cronenbergowski horror wymieszany w jednym tyglu z "It’s Alive" Larry’ego Cohena. Film ten niewątpliwie zainspirował także Jamesa Wana do stworzenia serii "Saw" ("Piła")... pokoje-pułapki, narzędzia tortur (kusza), błysk flesza aparatu podświetlający ciemność, pomalowana na biało i czerwono twarz z monitora video kojarząca się z lalką Jigsawa, itd. Pierwsza "Piła" bez wątpienia kopiuje pomysły z "Evil Dead Trap".

Ikeda twierdził, że jego film to czarna komedia ukazująca poprzez pryzmat satyry elitarny i wysoce zorganizowany świat mediów. Niżej podpisany zwartej dawki humoru tutaj nie dostrzegł delektując się zaś wyjątkowo krwawymi scenami morderstw. Dla przykładu jedna z ofiar upada na krzesło będące sprytnie zaaranżowaną śmiertelną pułapką. Wnet przebijają ją stalowe szpikulce ukryte w podłodze oraz w ścianie. Niesamowita scena gore gwarantująca solidny opad szczęki u oglądającego. W odróżnieniu od licznych gialli i filmów slasher morderca nie ujawnia motywacji działania. Tak naprawdę niewiele dowiadujemy się o przyczynie rzezi, tudzież o samej istocie nadnaturalnej bratniej więzi. Dlatego też nagłe wkroczenie filmu na terytorium cronenbergowskie ("Videodrome" i dzieci gniewu z "Potomstwa" się kłaniają) może się wydać niektórym cokolwiek absurdalne, udziwnione, doklejone na siłę. W "Evil Dead Trap" szaleństwo przybiera postać oblepionego czerwienią, żarłocznego płodu uwielbiającego zabawy w industrialno-zmechanizowanym otoczeniu. Spragnionego krwi i okaleczania.

Do "Shiryo no wana" dokręcono dwa sequele: surrealistyczny "Evil Dead Trap 2: Hideki" (1991) Izo Hashimoto i konwencjonalny thriller "Evil Dead Trap 3: Broken Love Killer" (1993) w reżyserii samego Ikedy. Oba nie dorównują jednak frenetycznemu oryginałowi. Japońskiego reżysera Toshiharu Ikedy nie ma już wśród nas. W grudniu 2010 roku popełnił samobójstwo przez utopienie się.

Nábrók: islandzkie spodnie z ludzkiej skóry


 "Jeśli chcesz mieć własne nekro-spodnie musisz uzyskać zgodę od żywego człowieka na użycie jego skóry po tym jak umrze. "Nábrókarstafur" - Po pogrzebaniu ciała odkop je, po czym obedrzyj trupa ze skóry począwszy od talii w dół. Jak tylko założysz spodnie przylgną do twojej własnej skóry. Ukradnij monetę od ubogiej wdowy, umieść ją w sakiewce wraz z magicznym znakiem "nábrókarstafur" na kartce papieru. W konsekwencji moneta pobierze pieniądze do sakwy, także ta nigdy nie będzie pusta, chyba że moneta zostanie zabrana. Aby zapewnić sobie zbawienie posiadacz spodni musi nakłonić kogoś do sięgnięcia po spodnie i włożenia nóg w każdą z nogawek tuż po ich zdjęciu przez posiadacza. Nekro-spodnie utrzymają zatem esencję gromadzenia pieniędzy generacji." - notka z Museum of Icelandic Sorcery and Witchcraft.

Egzemplarz, a raczej replika groteskowych spodni z ludzkiej skóry (podobno z XVII wieku) znajduje się w Muzeum Islandzkiego Czarnoksięstwa i Magii w Hólmavík. Niestety nie miałem okazji być akurat w tej części Islandii, niemniej zajrzyjcie tam... gdyż to ciekawe miejsce dla wielbicieli pogańskiego folkloru. Na zdjęciach nekro-spodnie oraz islandzki til-beri (posłaniec maga bądź wiedźmy, coś na kształt chowańca).

czwartek, 5 czerwca 2014

Lasy Utøya i zmory Poveglii

























Dwie wysepki na dzisiaj. 

Zazwyczaj kiedy czytam o najbardziej przerażających wyspach niechybnie pada nazwa: wenecka Poveglia. Najbardziej 'nawiedzona' wyspa na świecie była od 1793 roku miejscem kwarantanny (lazaretto), gdzie chowano bądź palono ofiary dżumy (Atra Mors), mieścił się na niej szpital psychiatryczny, któremu przewodził okrutny doktor rzekomo praktykujący nie mniej okrutne zabiegi lobotomii na swoich pacjentach. Miejscowi rybacy/gondolierzy unikają wyspy jak ognia. Tak rodzi się legenda powtarzana później przez przyszłe pokolenia. Ja tam wolę pozostać niedowiarkiem i chętnie bym przenocował na Poveglii nie bacząc na mroczne przypowieści. Mniejsza z tym. Gdzieś nawet padła liczba 100 000 ciał ofiar morowego powietrza pogrzebanych bądź spalonych na Poveglii. Na glebie użyźnionej przez ludzkie kości rosną winorośle. Jak to napisał Celine w "Podróży do kresu nocy" (1932): "Gleba w której grzebiemy zmarłych daje nam chleb."

Szpital psychiatryczny na Poveglii powstał w 1922 roku. Pacjenci w nim przetrzymywani skarżyli się na obecność zjaw. Słyszeli w nocy krzyki ofiar dżumy. Jeden z lekarzy przeprowadzał na pacjentach okrutne zabiegi lobotomii przy pomocy ręcznych wierteł, dłut i uderzeń młotka. Etyka lekarska pełną gębą. W dzwonnicy szpitala torturowano pacjentów, którzy byli nieposłuszni. Mówi się, że sadystyczny doktor zaczął widzieć duchy ofiar dżumy, które nakłoniły go do samobójczego skoku z XII-wiecznej dzwonnicy. Podobno tam też zwłoki owego jegomościa zamurowano. Szpital zamknięto w 1968 roku. I pomimo tych przerażających (i zapewne mocno podkoloryzowanych) historii w 2014 roku okazało się, że Poveglia ma potencjał komercyjny. Wyspa została wystawiona na aukcję i w kwietniu 2014 roku kupił ją za 513 000 euro bogaty biznesmen Luigi Brugnaro, który zobowiązał się za sumę 20 milionów euro odrestaurować wszystkie z 18 opuszczonych budynków Poveglii. Należy też pamiętać, iż Brugnaro wykupił 99-letni najem wyspy! Ciekawe co z tego wyniknie?

Poza tym na pobliskich wysepkach Lazaretto Nuovo i Lazaretto Vecchio również odkryto masowe groby ofiar dżumy. 

Przelot nad wyspą Poveglia helikopterem: https://www.youtube.com/watch?v=gY2roN9hvXI

Norweska wyspa Utøya stała się symbolem masakry, jakiej dokonał na niej 22 lipca 2011 roku Anders Behring Breivik strzelając do członków letniego obozu Młodzieżowej Ligii Robotników. Zginęło 69 osób (w tym 33 osoby poniżej wieku 18 lat), rannych zostało 45. Strzelając do uczestników obozu Breivik oszczędził Polaka, Adriana Praconia, a także 11-letniego chłopca, który krzyknął do niedoszłego mordercy: "Zastrzeliłeś mojego ojca! Jestem za młody, by umrzeć!". Inni nie mieli takiego szczęścia. Znajdująca się na jeziorze Tyrifjorden w odległości zaledwie 500 metrów od lądu wysepka jest obficie zalesiona, ale z kilkoma otwartymi przestrzeniami. Jaki musiał to być horror dla młodych ludzi, którzy usiłowali gdzieś się ukryć (za drzewami, kamieniami, w wodzie) przed strzelającym do nich jak do kaczek Breivikiem. Kafeteria, w której zginęło 13 osób ma zostać wyburzona (albo już została). W Norwegii toczą się spory: co zrobić z Utøya? Czy ma to być nadal miejsce przyszłych spotkań członków AUF czy może memoriał dla umarłych? Utøya - "Wyspa młodości, polityki i przyjaźni" - od 22 lipca 2011 roku nabrała nieco innego, bardziej upiornego oblicza. 

A Breivik? Miał podjąć w ostatnim czasie głodówkę w więzieniu, w którym przebywa, ale z nieznanych powodów się wstrzymał. Protestował m.in. z powodu ograniczenia jego kontaktów ze światem zewnętrznym do pół godziny w ciągu tygodnia (inni skazani mają na to 8 godzin) oraz cenzury przychodzącej korespondencji. Faktem jest, że Anders Behring Breivik jest w tej chwili jednym z najbardziej odizolowanych więźniów w Europie.

środa, 4 czerwca 2014

Dzień zemsty Elliota Rodgera





Postanowiłem z uwagą przeczytać opublikowany on-line manifest 22-letniego masowego mordercy Elliota Rodgera, który 23 maja 2014 roku zadźgał/zastrzelił 6 osób, a 13 zranił w Isla Vista, Kalifornia. Muszę przyznać, że byłem zaskoczony tym jak profesjonalnie jest on napisany. 137 zapisanych stron czyta się niczym zgorzkniałą, kipiącą od gniewu i nienawiści nowelę - to trochę tak jakby skrzyżować "Poszerzenie pola walki" (1994) Michela Houellebecqa z "American Psycho" (1991) Breta Eastona Ellisa (obie te powieści cenię).

Sporo w manifeście Elliota Rodgera gniewu i nienawiści. Nienawiść do ludzkości. Nienawiść do kobiet, które ignorowały go romantycznie wybierając innych mężczyzn. Nienawiść do mężczyzn, którzy są seksualnie aktywni ze swoimi partnerkami. Nienawiść tak skryta i wielka, że w końcu dochodzi do eksplozji przemocy. Skryta, bo Elliot nienawidził, ale umiał się skutecznie zamaskować. Nikt z jego otoczenia nie wyczuł sygnałów ostrzegawczych; nie wyczuł tego, że z chłopakiem dzieje się coś złego (i tak niestety jest w przypadku większości masowych morderców, potem wszyscy szukają odpowiedzi na pytanie: dlaczego?). Wielka zwłaszcza na ostatnich kartach pamiętnika na których Elliot nie pozostawia już złudzeń jak bardzo jest wściekły. Popularni członkowie szkolnych klik stają się jego wrogami i jedynym wyjściem staje się masowy mord, krwawa zemsta na otoczeniu dla którego był niewidzialny. Ludzie, którzy stoją wyżej od niego w hierarchii ekonomicznej, a już zwłaszcza seksualnej. Elliot pragnie nawet zabić swojego młodszego braciszka, gdyż zdaje się on być jego całkowitym przeciwieństwem: z łatwością nawiązuje kontakty, jest śmiały, popularny, w przyszłości ma zostać aktorem, a to oznacza, że nie będzie miał problemów z kobietami. Tak też twierdzi znienawidzona macocha Elliota, Soumaya. I tym jeszcze bardziej rani planującego zabijanie Elliota, który zaczyna widzieć w młodszym bracie wroga. Podobnie jak w siostrze Georgii, która w wieku 18 lat traci dziewictwo ze swoim chłopakiem, co także rozwściecza Elliota.

Elliot ma niemal fotograficzną pamięć. Potrafi przypomnieć sobie fakty z początku swojego dzieciństwa. Cierpi na socjalną fobię, ma trudności w zaaklimatyzowaniu się w szkołach, do których uczęszcza, jest werbalnie poniżany przez najpopularniejsze dzieciaki w szkole. Próbuje dołączyć do popularnych dzieciaków poprzez jazdę na deskorolce... choć tak naprawdę tych popularnych dzieciaków nienawidzi. A już zwłaszcza zaczyna ich nienawidzić, gdy przechodzi przez okres dojrzewania. Bo dojrzewanie powinno być czasem pierwszych przyjaźni, pierwszych kontaktów romantycznych, pierwszych doświadczeń seksualnych. Seksualność, jego wysokie libido staje się dla niego przekleństwem. Wszyscy wokół dobierają się w pary, zaczynają być aktywni seksualnie, a on nie. Nie pomagają okulary od Gucciego, modne ciuchy, regularne ćwiczenia... będące obiektem pożądania blondynki i tak ignorują "wspaniałego" chłopaka i "dżentelmena", który ucieka w wirtualny świat Halo i World of Warcraft. Dziewictwo staje się dla niego nie do zniesienia. I tu tkwi jeden problem: odniosłem wrażenie, że Elliot w ogóle nie starał się umawiać z nastoletnimi pięknościami; co prawda uczęszczał na imprezy dla nastolatków i chodził na zajęcia szkolne z dziewczętami, lecz przecież to nie wystarcza. Zdarza się, że kobieta czyni pierwszy krok, ale mężczyzna winien jej wpierw czymś zaimponować. Elliot oczekiwał, że jakaś blondynka rzuci mu się w ramiona i będzie chciała uprawiać z nim seks... no cóż, atrakcja fizyczna, przysłowiowa chemia nie bierze się z powietrza. Odczuwał, że jest odtrącany, ale tak naprawdę bez większego wysiłku z jego strony. Dopiero w finałowych akordach manifestu zaczyna coraz częściej pisać o przemocy, rozlewie krwi, delektować się morderczymi fantazjami. Te kilkanaście ostatnich stronic manifestu czyta się z największym niepokojem. Zwłaszcza gdy człowiek uświadomi sobie, że np. Elliot pisze o zabiciu swoich azjatyckich współlokatorów. I 23 maja rzeczywiście to zrobił.

Wszystkie imiona i nazwiska w manifeście są prawdziwe. Z ciekawości wpisałem kilka z nich w Facebooku i te osoby są z krwi i kości. Na przykład blondwłosa Monette Moio (na zdjęciu), o której Elliot pisze: "Musiała myśleć, że jestem kompletnym zerem. Nienawidziłem jej tak bardzo i nigdy jej nie zapomnę. Z tego powodu zacząłem nienawidzić wszystkich dziewczyn. Postrzegałem je jako wredne, okrutne i bezlitosne kreatury, które cieszyły się z mojego cierpienia." Co by powstrzymało Elliota od masowego morderstwa? Czy utrata dziewictwa okazała by się wystarczająca? Po przeczytaniu manifestu myślę, że tak. Dzień zemsty Elliota Rodgera nie doszedł by do skutku. Pytanie tylko czy nie byłaby to jedynie chwilowa ulga. Zbyt długie przebywanie w samotności nie jest zdrowe dla umysłu. Podobnie brak dotyku, intymności. Wówczas może pojawić się gniew, nienawiść, smutek. Posiadanie realnych przyjaciół, którzy zrozumieją bądź chociaż postarają się zrozumieć także pomaga. Ale mogę tylko spekulować. Niemniej historia Elliota Rodgera, konesera wina, latte i zachodów słońca, a także masowego mordercy jest interesująca. I pozwala poważnie zastanowić się nad dynamiką relacji międzyludzkich.

Taniec świetlików w japońskich lasach




















O japońskim fotografie Tsuneaki Hiramatsu zrobiło się głośno w maju 2012 roku za sprawą wspaniałych zdjęć dokumentujących bioluminescencyjny taniec świetlików w japońskich lasach. Japończyk nadal robi im zdjęcia i to się chwali, gdyż są one magiczne. Las świetlistych snów - bez dwóch zdań.

Link: http://twistedsifter.com/2014/01/long-exposure-photos-of-fireflies-at-night-tsuneaki-hiramatsu/
Fotoblog Japończyka: http://digitalphoto.cocolog-nifty.com/

Antropophagus (1980) - recenzja



















Niezaprzeczalny klasyk włoskiego kina gore i jeden z horrorów, które odświeżam sobie z niekłamaną przyjemnością. W 2005 roku ukazał się w wersji fully uncut na dwupłytowym DVD Shriek Show, którego jestem posiadaczem. "Anthropohagus" w reżyserii Aristide Massaccesi/ Joe D'Amato po raz pierwszy widziałem w sierpniu 2003 roku, kiedy dopiero zacząłem się zagłębiać we włoski horror gore/kino eksploatacji. Owszem, w owym czasie znałem już niektóre horrory Dario Argento czy Lucio Fulci, ale z kinem Joe D'Amato zetknąłem się wówczas po raz pierwszy. Bodaj najsłynniejszy horror D'Amato "Buio Omega"/ "Beyond the Darkness" (1979) był podówczas moim dziewiczym kontaktem z nietuzinkowym kinem Aristide Massaccesi.

Grecja. Para niemieckich turystów udaje się na piaszczystą, smaganą morską bryzą plażę i zostaje zarżnięta przez tajemniczego sprawcę. Kobieta ginie po dopłynięciu do kołyszącej się na wodzie łodzi, mężczyzna otrzymuje cios tasakiem w głowę (zasłuchany w tandetną muzykę elektroniczną nie dostrzega nawet zbliżającej się śmierci). Piątka podróżników wraz z Julie (Tisa Farrow, "Zombi 2") udaje się na wyspę, która według jej wiedzy bywa okresowo zamieszkiwana przez kilku mieszkańców. Obeznana z kartami tarota Carol (Zora Kerova, "Cannibal Ferox", "The New York Ripper") ostrzega pozostałych przed tą wyprawą. Ta jednak dochodzi do skutku. Na łodzi zostaje ciężarna Maggie (Serena Grandi) i sternik, reszta schodzi na ląd. Okazuje się, że miasteczko świeci pustkami... poza tajemniczą kobietą w czerni, która pisze na zakurzonym oknie "Odejdźcie!". Ale jak to w horrorach bywa ciekawscy goście nie odchodzą i zaczynają węszyć. Odkrywają częściowo nadjedzonego trupa i unurzaną w szkarłacie Henriette. Ktoś spuszcza łódź na którym przebywała Maggie z cumy... a ciężarna dziewczyna znika. Kiedy Henriette się uspokaja ostrzega swoich wybawców, że po wyspie grasuje spragniony ludzkiego mięsa kanibal, tytułowy antropofag...

W rolę ludożerczego Nikosa Karamanlisa wciela się potężny posturą George Eastman (prawdziwe personalia: Luigi Montefiori), który dwa lata później zagra u D'Amato w makabrycznym prequelu "Anthropogahus", czyli "Rosso Sangue" (1982). Jak powszechnie wiadomo, Joe D'Amato częstokroć mieszał grozę ze scenami hard core porno i soft core porno (np. "Porno Holocaust", "Erotic Nights of the Living Dead"), ale w "Anthropophagus" nie uświadczymy ani seksu, ani golizny. Są za to obrzydliwe sceny gore, które doprowadziły do umieszczenia filmu na kuriozalnej brytyjskiej liście Video Nasties. Zwłaszcza dwie sceny nie spodobały się cenzorom: wyciągnięcie płodu z macicy Sereny Grandi i zjedzenie go przez kanibala (D'Amato użył do tej sceny obdartego ze skóry królika!) oraz Eastman karmiący się własnymi wnętrznościami. Obie te sceny zostały także wycięte z amerykańskiej wersji zatytułowanej "The Grim Reaper" (rated R), której należy unikać. Ale "Antropophagus" to nie tylko gore, ale też efektowna dawka suspensu i klimatyczne lokalizacje: wymarłe miasteczko na greckiej wyspie, opuszczona rezydencja, ruiny starego zamczyska, katakumby pełne kości i zmumifikowanych ciał chrześcijan, na których pasą się szczury. Aby to ostatnie miejsce wyglądało jeszcze efektowniej D'Amato wraz z ekipą umieścił tam dodatkowe plastikowe kości. To właśnie w katakumbach Eastman wżera się w płód Sereny Grandi. Tam znajduje się jego siedlisko.

I choć po latach George Eastman uznaje "Anthropophagus" za film banalny i nie jest jego fanem (zresztą ów horror D'Amato nie odniósł sukcesu komercyjnego we Włoszech) ja mam odmienne zdanie. Na drugiej płycie DVD znajduje się 65-minutowy film dokumentalny Rogera Frattera "Joe D'Amato Totally Uncut" (1999), w którym nieżyjący już od 15 lat D'Amato ciekawie opowiada o kręceniu wielu filmów ze swojego jakże bogatego repertuaru.

Umiera Alexander Shulgin, ojciec psychodelików


















Wątpię, że polskie media o nim wspomną, chyba że w ramach ciekawostki. 2 czerwca 2014 roku słynny chemik i ojciec psychodelików Alexander Shulgin umarł na raka wątroby w sędziwym wieku 88 lat. Warto zaznaczyć, że termin "psychodeliczny" ukuł pod koniec lat 50-tych współpracownik Shulgina, Humphry Osmond, brytyjski psychiatra badający efekty zażywania meskaliny. Chodziło o związki chemiczne wpływające na ludzką percepcję, inaczej mówiąc halucynogeny. Na początku XX-wieku (jak twierdził Shulgin) znane były tylko meskalina i marihuana. 50 lat później pojawiły się LSD, psylocybina, psylocyna, rozmaite syntetyczne wariacje DMT i różne izomery - do 2000 roku ponad 200 związków psychoaktywnych. Oczywiście ta liczba systematycznie wzrasta. Wspomniana dywersyfikacja narkotyków w dużej mierze miała miejsce w laboratorium Shulgina. Spod ręki Shulgina wyszło blisko 200 chemicznych związków, w tym stymulanty, depresanty, afrodyzjaki, empatogeny, konwulsanty, narkotyki wpływające na zmysł słuchu, spowalniające poczucie rzeczywistości czy przyśpieszające je, narkotyki powodujące wybuchy agresji, tłumiące emocje, itd. W 1976 roku Shulgin opracował MDMA (XTC), który potem trafił do amerykańskich i europejskich klubów (jako Ecstasy). Shulgin był pionierem psycho-farmaceutyków, wszystkie testował na sobie, zbierał je i starannie katalogował. Z czasem coraz częściej po narkotyki zaczęła sięgać medycyna - przykładowo w 2005 roku naukowcy udowodnili, iż MDMA może złagodzić strach pacjentów w terminalnym stadium nowotworu. Ecstasy ma też działanie terapeutyczne dla pacjentów chorych na zespół stresu pourazowego (PTSD). Także psylocybina odznacza się terapeutycznym potencjałem.

Shulgin zainteresował się farmakologią w 1944 roku. W 1960 roku pracował jako biochemik w Dow Chemicals.  Od kilku lat fascynowała go meskalina, aktywny składnik peyotla. Eksploracja psychoaktywnych narkotyków stała się dla Shulgina obsesją. W 1962 roku opracował Zectran, jeden z pierwszych biodegradowalnych insektycydów. Wtedy Dow Chemicals zapewniło mu finanse... i pełną swobodę badawczą. Shulgin testował nowo odkryte narkotyki (np. MEM) na sobie, od 1981 roku pomagała mu w tym jego pochodząca z Nowej Zelandii żona Ann, zapraszał też 6-8 przyjaciół na testy (wśród nich dwóch psychologów i znajomy chemik). Pod ręką trzymał anty-konwulsant, w razie gdy skutki zażycia narkotyku były opłakane (użył go dwukrotnie na sobie). Shulgin oszacował, że uczestniczył w blisko 4000 psychodelicznych tripów. D.E.A zostawiła Shulgina w spokoju, gdyż "nie robił nic nielegalnego". Poza tym wiele z narkotyków pochodzących z jego laboratorium nie było nielegalnych, gdyż nie istniały dopóki ich nie stworzył. W 1991 roku Shulgin wraz z żoną wydali własnym sumptem książkę "PIhKAL", w której opisali (oprócz wątków autobiograficznych) 179 fenetyleamin, a w 1998 roku "TiHKAL" dotyczącą tryptoamin. Niektóre z narkotyków, które Shulgin opisał w książkach są w stanie spowodować śmierć. Przykładowo w 2000 roku 20-letni mężczyzna zmarł w Oklahomie po zażyciu 2C-T-7, narkotyku, który Shulgin w "PIhKAL" opisał jako "przyjacielski i cudowny". Dwa lata po publikacji wspomnianej książki D.E.A zerwała kontakt z Shulginem. Częstokroć w nielegalnych laboratoriach narkotykowych znajdowano jej egzemplarze ze względu na gotowe receptury syntetycznych dragów. Podobnie było z "TiHKAL". W 1994 roku agenci D.E.A zrobili najazd na laboratorium Shulgina, a chemik został zmuszony do zapłaty 25 000 dolarów grzywny i zwrotu licencji.

Shulgin jest uważany za ojca 3,4-Metylenodioksymetamfetaminy (MDMA), którą re-zsyntetyzował w 1976 roku. MDMA w niektórych środowiskach stał się narkotykiem terapeutycznym. Psychiatrzy stosowali go u pacjentów z zaburzeniami psychicznymi. Trafił też do wielu nocnych klubów, a od 1986 D.E.A umieściło go na liście substancji nielegalnych. Miliony nastolatków używało jednak pigułek Ecstasy.  Podwyższone dawki MDMA powodują wzrost napięcia w mięśniach, podwyższenie częstotliwości bicia serca, ciśnienia krwi, istnieje ryzyko hipertermii (stanu podwyższenia temperatury ciała), a co za tym idzie zawału serca i dehydratacji (odwodnienia). Zgony po przedawkowaniu/zażyciu MDMA (Ecstasy) zdarzają się nadal.

Spoczywaj w pokoju huxleyowski 'naturalisto umysłu".

http://www.euronews.com/2014/06/03/godfather-of-ecstasy-alexander-sasha-shulgin-dies-at-age-88/

niedziela, 1 czerwca 2014

Sprawa dziewcząt z Alcasser























Od razu lojalnie uprzedzam: tekst będzie dosyć drastyczny, ale nie obiecywałem, że na tym blogu będzie lekko. Dotyczy on historii jednego z najbardziej posępnych morderstw w annałach europejskiej kryminologii. Mordercy nie przestają mnie zadziwiać jeśli chodzi o ich deprawację i okrucieństwo - z ostatnich nie tak dawnych przykładów chociażby Maniacy z Dniepropietrowska czy Luka Magnotta. Ale smutna historia trójki dziewcząt z hiszpańskiego Alcasser autentycznie mrozi krew w żyłach.

Desirée Hernández (14 lat), Antonia Gómez (15 lat) i Miriam García (14 lat) zaginęły 13 listopada 1992 roku w drodze na dyskotekę mającą się odbyć w pobliskim miasteczku Picassent. Na dzień przed zaginięciem miała do nich dołączyć przyjaciółka Ester Diez, ale rozchorowała się. To ocaliło jej życie. Ojciec Miriam, Fernando miał podrzucić dziewczynki do klubu Coolor, gdzie miała się odbyć dyskoteka, ale był chory na grypę i poszedł wcześniej spać. Dziewczynki postanowiły zatem pojechać tam autostopem. Zła decyzja. Młoda para dowiozła je do stacji benzynowej w pobliżu Picassent. Tam zatrzymały kolejny samochód - prawdopodobnie białego Opla Corsę, w którym siedziało dwoje mężczyzn: Miguel Ricard Tarrega (23 lata) i Antonio Angles Martins (26 lat). Od tej pory ślad po trójce dziewcząt zaginął. W całej Hiszpanii zawisły plakaty w różnych językach ze zdjęciami dziewczynek z Alcasser. Rozpoczęły się intensywne poszukiwania.

27 stycznia 1993 roku w rowie w pobliżu La Romana dwójka pszczelarzy odnalazła rozkładające się ciała dziewczynek. Ulewy w poprzednich dniach rozmyły grunt i zwłoki zaczęły wystawać z płytkiego grobu. Śledczy byli zaszokowani skalą tortur i obrażeń, które Miriam, Antonia i Desirée doznały tuż przed śmiercią. Jedna z ofiar podobno napisała imiona oprawców na kawałku papieru, który został wraz z nią pogrzebany. Ricard został zatrzymany, o Antonio będzie za chwilę... jak zeznał Ricard, który prowadził samochód mężczyźni dojechali z dziewczynkami pod klub. Tam Angles kazał Ricardowi jechać dalej. Dziewczynki zaczęły krzyczeć. Wściekły Angles zaczął bić je po twarzach kolbą pistoletu łamiąc kilka zębów. Mężczyźni z ofiarami dotarli do opuszczonego i zrujnowanego domu w pobliżu La Romana (blisko tamy Tous). W środku związali wszystkie trzy ofiary; dwie dziewczynki zgwałcili na zmianę oralnie, analnie i waginalnie. Potem udali się po jedzenie do Catadau i po paru godzinach wrócili z powrotem do rozwalającego się domostwa. Wtedy bestialsko zgwałcili trzecią dziewczynkę. Potem rozpoczęła się orgia bicia i seksualnych tortur: dziewczynki były m.in. gwałcone gałęzią, bite i kopane. Ofiary miały połamane kości i liczne otarcia. W końcu mężczyźni zasnęli i spali aż do rana ignorując ich krzyki i jęki. Zanim poszli spać wykopali płytki grób. Rankiem Angles kazał się ofiarom ubrać; szły gęsiego w kierunku grobu. Po dotarciu na miejsce nawet tam były torturowane. Jako pierwsza miała zginąć Desirée dwukrotnie dźgnięta nożem w plecy (Angles dla dobicia strzelił jej jeszcze w głowę, ale zanim do tego doszło oprawcy przez około godzinę znęcali się nad nią kiedy konała bijąc kamieniami i kijami); Miriam i Antonia zostały zabite strzałem w tył głowy. Autopsja wykazała, że Desirée amputowano prawy sutek prawdopodobnie przy pomocy obcęgów, innej z ofiar ucięto rękę ponad łokciem. Antonio i Miguel pastwili się nad ciałami także po ich śmierci, o czym świadczy okaleczenie seksualne Miriam. Dwie dziewczynki próbowały walczyć w trakcie tortur, jedna z ofiar została zgwałcona post-mortem.

Sprawa ta jest o tyle problematyczna, że na ciałach dziewczynek znaleziono ślady DNA aż siedmiu osób, ale tylko Ricard i Angles zostali uznani za sprawców. To właśnie Angles był prowodyrem w trakcie bestialskiego mordu, rolą Ricarda było przytrzymywanie trójki dziewcząt (niemniej jedną z ofiar Miguel zgwałcił aż czterokrotnie). Ricarda ostatecznie schwytano, ale Angles miał więcej szczęścia. Ścigany przez policję dwukrotnie zmieniał samochody i po kilku dniach zawitał do portugalskiej Lizbony. Przefarbował także włosy na brązowo. W Lizbonie dostał się na pokład kontenerowca "City of Plymouth", który płynął do Irlandii. Po kilku dniach rejsu wykryto go na pokładzie; członkowie załogi zamknęli sadystę w pustej kabinie. Kiedy statek przybił do brzegu Irlandii kajuta była otwarta, a mężczyzna zniknął. Nikt nie wie co się z nim stało. Prawdopodobnie wyskoczył za burtę. Mógł utonąć bądź umrzeć z wyziębienia. Jego ciała jednak nie odnaleziono. Antonio Anglesa Martinsa do tej pory poszukuje Interpol. Pod kątem motywacji czynu wokół tej drastycznej sprawy narosły różnorakie teorie spiskowe: od satanicznego rytuału po zabójstwo na potrzeby kręconego filmu snuff.

Na zdjęciach oprawcy, ofiary i miejsce zbrodni (stare zdjęcia Gwardii Cywilnej)

Link: http://www.uer.ca/locations/viewgal.asp?picid=277926

Syndrom Kitty Genovese w Chinach?

























Wczoraj przeczytałem artykuł i obejrzałem nagranie z makabrycznego morderstwa w Chinach. Okazuje się, że zwykły posiłek w McDonaldzie może być ostatnią chwilą w czyimś życiu. Co ciekawe, owo morderstwo miało zapewne podłoże religijne, gdyż szóstka sprawców (w tym czwórka członków tej samej rodziny) była członkami sekty religijnej Quannengshen, czyli All Powerful Spirit. Do zabójstwa doszło w mieście Zhaouyan (prowincja Shadong, Chiny) w tamtejszym McDonaldzie 28 maja 2014 roku o po godzinie 9 wieczorem. 37-letnia matka imieniem Wu siedziała sobie w spokoju i konsumowała posiłek, sekciarze usiedli przy stoliku obok. Kiedy jeden z nich chciał od niej numer telefonu komórkowego kobieta odmówiła. Atakiem kierował łysy mężczyzna imieniem Zhang. Wściekły, że nie uzyskał numeru telefonu chwycił stalowy uchwyt do mopa i wielokrotnie uderzył Wu w głowę krzycząc przy tym, że jest "zła", "jest demonem" i "nigdy nie doczeka reinkarnacji". Mordercy towarzyszyły jego dwie córki i 14-letni syn, a także dwie inne kobiety Lyu i Zhang. Leżąca w kałuży krwi Wu zmarła na miejscu, jej zgon stwierdzono w szpitalu. Sprawców aresztowano. Przyznali się do winy. Przerażają mnie takie morderstwa, nagłe, kompletnie bezsensowne, częstokroć pozbawione jakiegokolwiek motywu, gdzie każdy może być ofiarą, o ile znajdzie się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Przeraża także zachowanie co najmniej kilku świadków ataku, gdyż nikt nie zareagował. Stali i gapili się na śmierć kobiety. Miejska apatia w pełnej krasie.

Video (dość drastyczne): https://www.youtube.com/watch?v=0xu304YnkTY

Syndrom Kitty Genovese, czyli tzw. efekt widza, socjo-psychologiczny fenomen braku reakcji, czyli tzw. dyfuzja odpowiedzialności? Hmm... 28-letnia Kitty Genovese była menadżerem baru Ev's Eleventh Hour Sport w nowojorskiej dzielnicy Queens. Zginęła 13 marca 1964 roku. Zaparkowała auto na parkingu o godzinie 3.15 w nocy. Kiedy szła przez parking w kierunku swojego apartamentu podszedł do niej Winston Moseley. Kobieta zaczęła uciekać, Winston pobiegł za nią i dogonił Kitty, po czym dźgnął ją dwa razy nożem. Kitty krzyknęła: "O Boże! On dźgnął mnie! Ratunku!". Usłyszało ją kilku sąsiadów, ale z uwagi na zamknięte okna niektórzy z nich nie rozpoznali wołania o pomoc. Roger Mozer, jeden z sąsiadów krzyknął "Zostaw ją!" i Winston uciekł. Zraniona Kitty powoli dotarła pod drzwi mieszkania, ale już nie była widoczna dla sąsiadów. Morderca wrócił do swojego samochodu, ukrył twarz za kapeluszem i w ciągu 10 minut od ucieczki zaczął na nowo szukać Kitty. Przeszukał parking, pobliski peron kolejowy, w końcu odnalazł osłabioną Genovese leżącą na ziemi na tyle budynku. Zamknięte drzwi wejściowe uniemożliwiły kobiecie dostanie się do środka. Winston dobiegł do praktycznie omdlałej Kitty i dźgnął ją kilka razy. Próbowała się bronić ostatkiem sił, o czym świadczyły rany defensywne na jej rękach. Kiedy umierała powoli wykrwawiając się Winston ją zgwałcił. Z jej portfela zabrał 49 dolarów. Atak trwał pół godziny. Policję wezwał sąsiad Karl Ross. Kitty umarła jednak w ambulansie w drodze do szpitala. Potem w "Times" pojawił się sensacyjny artykuł dziennikarza Martina Gansberga, w którym sugerowano, że 38 świadków widziało atak i mord na Kitty Genovese i nikt nie zareagował dzwoniąc na policję. W rzeczywistości fragmenty ataku widziało/krzyki słyszało jedynie z tuzin sąsiadów. Nikt nie był świadkiem całości ataku. Nie chcieli reagować myśląc, że to kłótnia kochanków bądź sprzeczka po wyjściu z baru (to właśnie w barze 29-letni ojciec dwójki dzieci Moseley zaczepił Kitty po raz pierwszy). Winston po zatrzymaniu tłumaczył, że chciał "zabić kobietę, bo się nie bronią". Przyznał się jeszcze do dwóch morderstw na tle seksualnym i do 30-40 włamań, a także kilku gwałtów. Był nekrofilem. 15 czerwca 1964 roku Winstona Moseleya uznano za winnego i skazano na śmierć, trzy lata później jego wyrok zamieniono na dożywocie.

Oczywiście artykuł Gansebrga o 38 świadkach okazał się wyssaną z palca bzdurą (nie było dowodów, że akurat tylu świadków widziało atak i nie zareagowało). Pamiętać należy o tym, że atak i morderstwo Kitty Genovese miało miejsce w paru lokalizacjach nikt zatem nie miał szansy być naocznym świadkiem ataku. Kiedy ostrze noża przebiło płuca Kitty ta nie mogła już więcej krzyczeć. Efekt widza w skrócie polega na tym, że w przypadku większej liczby naocznych świadków zmniejsza się prawdopodobieństwo udzielenia pomocy ofierze przez któregoś z nich. Nikt nie pomaga zatem dlaczego to akurat ja miałbym pomóc; nie pomogę, bo inni zrobią to lepiej (albo nie chcę się narażać), nie pomogę, bo nie jestem pewien czy to zrobić gdy inni stoją i się gapią. Co ciekawe, 28 grudnia 1974 roku w apartamencie budynku znajdującego się w pobliżu miejsca zabójstwa Kitty Genovese zamordowana została 25-letnia Sandra Zahler. Sąsiedzi słyszeli jej krzyki i odgłosy walki, ale znowu nie zrobili nic, by pomóc. Czytałem o zabójstwie Kitty w książce "Superfreakonomia" Stevena Levitta i Stephena Dubnera (rozdział o altruizmie) i morderstwo Chinki w McDonaldzie od razu skojarzyło mi się ze sprawą Kitty Genovese i efektem widza. Inna sprawa, że autentycznie nie lubię wszelkiej maści sekt. Jakim trzeba być słabym i podatnym na manipulację człowiekiem, by przystąpić do jakiegoś dziwnego zgrupowania religijnego czy quasi-religijnego? Wu została zabita, ponieważ nie chciała dać numeru telefonu komórkowego... a członkowie Quannengshen akurat wtedy próbowali rekrutować kolejnych wyznawców. Co ciekawe, wszyscy byli bezrobotni... a jeździli luksusowym Porsche Chayenne.

sobota, 31 maja 2014

Ian Stewart "Matematyka życia" - recenzja



















Lubię sięgać po matematyczne książki popularnonaukowe emerytowanego profesora Iana Stewarta, cenionego i znanego popularyzatora nauk ścisłych. Dlatego też lektura "Matematyki życia" sprawiła mi wiele radości. W książce owej Ian Stewart we frapujący i klarowny sposób wyłuszcza podstawy biomatematyki, czy inaczej mówiąc tych aspektów biologii, w których nieodzowny jest aparat matematyczny. Zgadzam się ze Stewartem co do jednego: to właśnie matematyka w XXI wieku będzie koniem napędowym biologii, która rozwija się w zastraszającym tempie (do czego przyczyniają się, rzecz jasna, postępy na przepastnym polu genetyki i biologii molekularnej). Współczesna biologia nie może obejść się bez topologii, teorii węzłów, teorii gier, geometrii wielu wymiarów, teorii chaosu czy statystyki. Oczywiście nie mogło się w książce obejść bez omówienia charakterystycznego ciągu liczb Fibonacciego u większości roślin (1, 1, 2, 3, 5, 8, 13, 21, 34, 55, 89, 144... suma dwóch liczb poprzedzających daje każdą kolejną liczbę ciągu). Inny przykład: teoria węzłów znajduje zastosowanie przy szerszym zrozumieniu procesów replikacji czy transkrypcji DNA. Ian Stewart zastanawia się także nad możliwością istnienia inteligentnego pozaziemskiego życia w kosmosie. Póki co nie odkryliśmy na razie obecności  najprostszych organizmów ekstremofilnych, ale takowe mogą się kryć pod lodowymi oceanami Europy, Tytana, Ganimedesa, Enceladusa czy Kalisto czy nawet gdzieś w odmętach oceanu siarki na Io. Mars, Europa, Ganimedes, Tytan, Enceladus, a nawet takie niegościnne i odległe światy jak Wenus, Tryton czy Charon mogą być (bardziej lub mniej prawdopodobnie) domem dla prostych form życia. Ale tego nadal nie wiemy.  Z drugiej strony śmieszą mnie te wszystkie wymyślne teorie konspiracyjne, które usilnie szukają na Ziemi śladów kosmitów bądź w każdym niezidentyfikowanym obiekcie wojskowym widzą UFO, a także 'naoczni' świadkowie, którzy wmawiają podatnej na sugestie opinii publicznej, że zostali porwani przez antropomorficzne zielone ludziki (antropomorficzne, czyli po prostu... nazbyt zbliżone wyglądem do poczciwego homo sapiens). Niemniej bardzo lubię stare horrory o morderczych humanoidalnych kosmitach. :-) Stewart jawi mi się także jako delikatny religijny sceptyk. I bardzo dobrze. Tym chętniej będę kupował jego popularnonaukowe książki.

W "Matematyce życia" znajdziecie odniesienia do klasycznej biologii, neurobiologii, astrobiologii, genetyki, biologii molekularnej, ekologii, a także teorii ewolucji będącej owocem wspaniałej podróży Darwina na "Beagle" (i jego pobytu na wulkanicznych Wyspach Galapagos). Świetna pozycja popularnonaukowa... o wiele przystępniejsza dla matematycznego laika niźli obecnie czytane "17 równań, które zmieniły świat" tego samego autora. Na zdjęciu mikroskopowe struktury (przejaw pozaziemskiego życia?) w marsjańskim meteorycie ALH84001 zaobserwowane przy użyciu mikroskopu elektronowego (średnica: 20-100 nanometrów).

piątek, 30 maja 2014

Skok pod pociąg w Yokohamie



Na dobranoc makabreska. 25 maja 2014 roku mężczyzna skoczył pod pociąg Keisei Railway Train, który podjechał właśnie pod stację Yokohama na peron Minatomirai. Z tego co zdążyłem się dowiedzieć mężczyzna umarł na skutek obrażeń odniesionych w wyniku skoku pod zwalniający pociąg. Przy okazji zranił kilku najbliżej stojących oczekujących na pociąg pasażerów. Jego ciało uderzyło w przednią szybę nadjeżdżającego pociągu. Samobójstwo w Japonii jest plagą na skutek przerażającej mentalności "życia dla pracy" i wysokich kosztów życia w japońskich metropoliach. Japońscy pracoholicy stają się niejako częścią systemu korporacyjnej chciwości i nierzadko żyją w bezustannym stresie. Niepokojące video. Warto dodać, iż w 2008 roku na pobliskiej stacji Yokodai 26-letni student skoczył pod zbliżający się pociąg linii Negishi. Odrzut był tak duży, że samobójca runął w stojący tłum raniąc dwie kobiety. Zapewne nie pierwsze i nie ostatnie 'pociągowe samobójstwo' w Yokohamie. Naśladowcy (copy-cats) zawsze się znajdą. Oczywiście Twitter zaroił się od zdjęć wykonanych przez ciekawskich gapiów.

Video: https://www.youtube.com/watch?v=fPXSg3PvANg