środa, 10 września 2014

Darkspace "Darkspace III I" (2014) - recenzja











Kilka dni temu szwajcarski Darkspace zaskoczył mnie teaserem będącym zapowiedzią najnowszego albumu Darkspace zatytułowanego zgodnie z numerycznym porządkiem "III I" (2014). Nie spodziewałem się, że wreszcie pojawi się następca fenomenalnego "III" (2008). Marzy mi się aby Szwajcarzy zaprezentowali kiedyś swoją kosmiczną black metalową kakofonię na żywo w Polsce, gdyż wyjazd do Szwajcarii na ich koncert stoi obecnie poza moimi możliwościami finansowymi. Jak się ma "III I" do "III"? Muszę przyznać, że jest dobrze, by nie rzec kurewsko dobrze. Co prawda nie oczekiwałem od Darkspace jakiejś brzmieniowej rewolucji i tak na dobrą sprawę trójki nie przeskoczyli, ale trzy długaśne utwory zawarte na "III I" - odpowiednio "Dark 4.18", "Dark 4.19" i "Dark 4.20" - już od pierwszego przesłuchania wciągnęły w mnie w gazowo-pyłowy wir kosmicznej pustki. Jeszcze lepsza produkcja uwypukla ów wyjątkowo intensywny huragan miażdżących gitar, mrocznej elektroniki i złowrogiego dark ambientu. Ciemna energia zdaje się rozszerzać muzyczną przestrzeń Darkspace bez końca. Wydaje mi się, że "III" Darkspace był albumem o wiele bardziej przerażającym i bezlitosnym; nowy album Szwajcarów jest odrobinę bardziej przyjazny dla słuchacza, co wcale nie oznacza, że zanikło z niego charakterystyczne dla tego zespołu zimno, przeszywający do szpiku kości chłód. Weźmy np. instrumentalny (bez black metalowych skrzeków i growlowanych wokali) "Dark 4.19" - nie mogę wydostać się poza horyzont zdarzeń tego numeru, stamtąd już nie ma powrotu... jest jedynie coraz bardziej gęstniejąca ciemność konsumująca wszystko co stanie na jej drodze. Dark ambientowe pasaże czy też sample oddychania (obecne w "Dark 4.18" i "Dark 4.20") są wzorcowo wkomponowane w kosmiczno-auralną niszę Darkspace. Nie założyłem tego bloga, by non-stop wkraczać w niezagłębioną dżunglę metalu i gatunków pochodnych (doceniam osoby, które po prostu robią to lepiej); Darker Than Black stanowi niejako wypadkową moich wielu nader ekscentrycznych zainteresowań (o ulubionej muzyce piszę okazjonalnie), niemniej muszę przyznać, iż warto było czekać przez sześć lat na zagęszczoną materię "Darkspace III I". Idealna muzyka do transu w blasku konających gwiazd. Premiera Mysticum "Planet Satan" (2014) dopiero 27 października, a Necrophagia "WhiteWorm Cathedral" dzień później!

Możecie zapoznać się z "Darkspace III I" poniżej:

http://avantgardemusic.bandcamp.com/album/dark-space-iii-i

wtorek, 9 września 2014

Odkryto jeden ze statków arktycznej Ekspedycji Johna Franklina















Zelektryzowała mnie ta wiadomość, tym bardziej że jestem wielbicielem świetnej książki Dana Simmonsa "Terror". Nie wiadomo w tej chwili czy odkryto HMS "Erebus" czy HMS "Terror", ale znalezisko potwierdzono 7 września 2014 roku za pomocą zdalnie sterowanego pojazdu "Investigator". Zdjęcia sonaru wskazują na obecność wraku na głębokości 11 metrów w arktycznych wodach przesmyku Victoria blisko Wyspy Króla Williama (obecnie Nunavut). Wrak wydaje się być dobrze zachowany, a jego uszkodzenia są niewielkie. Pokład statku znajduje się w niemal nietkniętym stanie (za wyjątkiem trzech masztów ściętych zapewne przez kry oraz braku niektórych desek pokładowych), ciekawe jak wyglądają jego wnętrza. Gwoli przypomnienia Ekspedycja Johna Franklina utknęła w lodowym paku w 1845 roku w trakcie poszukiwań Przejścia Północno-Zachodniego Ameryki Północnej. Wszyscy członkowie tragicznej ekspedycji w liczbie 129 umarli (niektórzy z członków feralnej wyprawy żyli zapewne jeszcze przez pewien czas). Tajemnica śmierci Johna Franklina i jego ludzi przez dekady pozostawała niewyjaśniona. Inuici (Eskimosi) w latach 40-tych XIX wieku twierdzili, że jeden ze statków zatonął na zachód od Wyspy Króla Williama, a drugi dotarł na południe do Zatoki Królowej Maud. Jak widać w tym pierwszym przypadku nie mylili się. Niedawno na Wyspie Nunavut odnaleziono dwa artefakty związane z Ekspedycją Johna Franklina. Zastanawia mnie czy odnaleziony został HMS "Erebus" czy HMS "Terror". Nie na darmo dwa wulkany na antarktycznej Wyspie Rossa nazwano Erebus i Terror.

http://www.thecanadianencyclopedia.ca/en/article/franklin-search/
http://11ahdeadbodies.wikispaces.com/Franklin+state+and+presevation

EDIT: Odkrytym statkiem okazał się HMS "Erebus" - statek kapitański Johna Franklina. Wrak spoczywa dobrze zachowany w zimnym arktycznym grobie. Wydobyto z niego na powierzchnię m.in. dzwon Royal Navy z datą 1845. Zdjęcie poniżej:

http://www.nunatsiaqonline.ca/stories/article/65674photo_royal_navy_bell_retrieved_from_franklin_wreck/

Otto Stephen Wilson: Wampir z Los Angeles



















Obejrzałem przed chwilą na Youtube film dokumentalny o Fritzie Honka, seryjnym mordercy z Niemiec, który w latach 1970-75 udusił cztery prostytutki, ich ciała poćwiartował, a kawałki zwłok przetrzymywał na poddaszu kamienicy w Hamburgu. Historia groteskowa, zwłaszcza z powodu fiksacji Fritza na punkcie seksu oralnego i lalek. Tym razem zawitamy jednak w lata 40 XX-wieku do Miasta Aniołów, czyli Los Angeles i poznamy bliżej Otto Stephena Wilsona. Warto w tym miejscu nadmienić, iż latach 40-tych w Los Angeles doszło do kilku niewyjaśnionych morderstw kobiet: Ora Murray, Laura Trelstad, Jeanne French, Georgette Bauerdorf i przede wszystkim Elizabeth Short, czyli osławiona Czarna Dalia. Kiedy w 1941 roku Stany Zjednoczone przystąpiły do II Wojny Światowej w Los Angeles zaroiło się od personelu militarnego. Ofiary i sprawcy mogli się nie znać, zatem trudno było schwytać morderców - nawet mimo wytężonej pracy ówczesnych organów ścigania. Nadto po ulicach Los Angeles włóczyło się wielu weteranów wojennych cierpiących na zespół stresu pourazowego (PTSD).

Otto Stephen Wilson przez 11 lat służył w amerykańskiej marynarce wojennej. W listopadzie 1941 roku na miesiąc przed przystąpieniem USA do wojny z Japonią mężczyznę wydalono ze służby. Powód: cierpiał na seksualną psychozę. Żona doniosła na niego - zaniepokoiły ją "nienaturalne impulsy" wybranka. Wilson zaczął pracować jako pomoc kuchenna w kilku kafeteriach LA. 25 marca 1943 roku został aresztowany po raz pierwszy. Chwycił za gardło młodą kobietę Celeste Trueger na hotelowej klatce schodowej i za ów czyn spędził 60 dni w więzieniu. 14 marca 1944 roku kolejny areszt - tym razem za rabunek. Skazano go na 9 miesięcy pozbawienia wolności, ale Otto dosyć szybko wyszedł na wolność za dobre sprawowanie. 15 listopada 1944 roku w dwóch podmiejskich hotelach Los Angeles (osobne lokalizacje) odkryto zmasakrowane ciała dwóch młodych kobiet. Pierwsza ofiara: 25-letnia prostytutka Virgie Lee Griffin znaleziona na podłodze łazienki. Sprawca obciął ofierze piersi i wyjął wnętrzności. Niedaleko leżały nóż rzeźnicki i brzytwa. Virgie zamordowano o godzinie 8 a.m, ciało znaleziono o godzinie 2 p.m. Jednym z detektywów prowadzących śledztwo był Harry Hansen, który później szukał także sprawcy morderstwa dokonanego w styczniu 1947 roku na Czarnej Dalii. Druga ofiara: 38-letnia prostytutka Lillian Johnson. Jej zwłoki odnaleziono o godzinie 3.30 p.m w pokoju Hotelu Joyce. Sprawca okaleczył piersi i waginę Lillian. Zaciął się w dłoń w trakcie okaleczania.

Podejrzanego mężczyznę znaleziono niedaleko miejsca odkrycia zwłok Lillian Johnson. Siedział w barze Red Front, pił wino, miał przy sobie pudełko zapałek Hotelu Barclay i rozmawiał z młodą brunetką w czerwonej sukni. Patrolujący gliniarz Harry Donlan założył mu kajdanki. Mężczyzna nazywał się Otto Stephen Wilson. Przepytywany przez policję Otto szybko przyznał się do winy. Miał dłonie ubrudzone krwią, a w jego kieszeni znaleziono brzytwę. Opowiedział, że żona doniosła do niego przełożonym w marynarce z powodu: 1) kilku homoseksualnych kontaktów, które miał 2) pewnego razu gdy wyszła spod prysznica Otto rozciął jej pośladek brzytwą i zaczął zlizywać krople krwi. Takie to były "nienaturalne impulsy". Po zwolnieniu ze służby Otto zapragnął 'niszczyć' i zabijać kobiety. Virgie Lee Griffin poznał w barze i zabrał do Hotelu Barclay. Zarezerwowali pokój jako małżeństwo O.S. Wilson. W pokoju pili dalej; Otto się wściekł gdy Virgie zażądała od niego 20 dolarów. Zaczął dusić swoją ofiarę, a potem dźgać nożem. Po zabiciu kobiety próbował odciąć ręce i nogi Virgie, ale zbytnio mu nie szło. Zmęczony zamknął pokój, recepcjonistce przekazał, aby "żonie" nie przeszkadzała, po czym udał się do kina Million Dollar Theater na seans horroru "The Walking Dead" (1936) Michaela Curtiza z Borisem Karloffem. Grali także jako drugi "Return of the Ape Man" (1944) z Belą Lugosim, ale Otto nie wytrzymał, bo pragnął zabijać dalej. Udusił i zadźgał Lillian Johnson w szale zabijania odgryzając jej sutek.

Wilsona podejrzewano o inne morderstwa dokonane w Los Angeles, m.in. Georgette Bauerdorf, ale nie był ich sprawcą. Skazano go na śmierć za dwa morderstwa z 15 listopada 1944 roku. Umarł w komorze gazowej kalifornijskiego więzienia San Quentin 20 września 1946 roku. Na zdjęciach Otto Wilson, hotel Barclay i Liz Short (Czarna Dalia), o której zagadkowym morderstwie już tutaj kiedyś pisałem (fascynująca zagadka kryminalna z Miasta Aniołów).

poniedziałek, 8 września 2014

Ludwig Tessnow: Szalony cieśla z Rugii




















Wyspa Rugia, Morze Bałtyckie, północne wybrzeże Niemiec. 1 lipca 1901 roku. Dwójka braci Hermann i Peter Stubbe w wieku 8 i 6 lat opuszcza dom w wiosce Gohren, by się pobawić. Kiedy dzieci nie powracają na noc rodzina zaczyna obawiać się najgorszego. Następnego dnia ekipa poszukiwawcza odnajduje fragmenty ciał obu chłopców w pobliskim lasku. Ktoś zamordował dzieci, wypatroszył je i poćwiartował. Czyżby po polach i lasach Rugii grasował wilkołak?

Szybko znalazł się podejrzany, a mianowicie Ludwig Tessnow, 29-letni cieśla z pobliskiej wioski Baabe. Widziano go jak rozmawiał z braćmi Stubbe na krótko przed ich zaginięciem, ale przepytywany zaprzeczył, że ma coś wspólnego z morderstwem dzieci. Rutynowe przeszukanie domu Tessnowa ujawniło obecność ciemnych brązowawych plam na jego ubraniu i butach pomimo tego, że Tessnow je ostatnio wyprał. Cieśla tłumaczył iż plamy pochodzą od drzewnego barwnika. Za wyjątkiem plam na kapeluszu, które pochodziły od krwi bydła. Ale to wytłumaczenie nie przekonało magistrata (urzędnika) Johanna Schmidta. I wtedy przyszło olśnienie. Trzy lata wcześniej doszło do makabrycznego morderstwa dwójki dzieci w wiosce Lechtingen. 9 września 1898 roku 7-letnia Hannelore Heidemann i jej 8-letnia przyjaciółka Else Langemeier zostały bestialsko zamordowane w lasku niedaleko domu Hannelore. Sprawca wypatroszył ciała dziewczynek i pociął je na kawałki. W pobliżu lasku widziano w dniu morderstwa młodego mężczyznę. Po zatrzymaniu z powodu plam na jego ubraniu podał swoje dane personalne: Ludwig Tessnow. Tłumaczył jednak, że ślady na jego odzieży pochodzą od drzewnego barwnika. To wyjaśnienie najwyraźniej zaspokoiło śledczych i Tessnow został wypuszczony na wolność. 11 czerwca 1901 roku farmer zeznał, że widział mężczyznę uciekającego z jego pola. Kiedy dotarł na swój spłacheć ziemi znalazł tam siedem zaszlachtowanych owiec, które ktoś poćwiartował na kawałki. Farmer rozpoznał Tessnowa jako winnego.

Tessnowa pogrążył na dobre test precypityny opracowany w 1901 roku przez niemieckiego biologa Paula Uhlenhutha, który pozwalał odpowiedzieć na pytanie: czy znalezione ślady krwi są śladami człowieka, czy też krew pochodzi od zwierzęcia? Uhlenhuth otrzymał naznaczone śladami ubrania Tessnowa i wykazał co następuje: duża liczba plam rzeczywiście pochodziła od drzewnego barwnika, ale dziewięć plam to była owcza krew, a siedemnaście pochodziło od ludzi. Nie było już wątpliwości: to Tessnow był mordercą dzieci. Osądzono go, skazano na śmierć i wyrok wykonano 14 marca 1904 roku w Lipsku.

niedziela, 7 września 2014

Czy Aaron Kośmiński był Kubą Rozpruwaczem?
























Nie ukrywam, że zaintrygowała mnie ta wiadomość, choć za ripperologa się nie uważam. Chodzi o ostatnie rewelacje z brytyjskiej prasy o tym że zidentyfikowano wreszcie Kubę Rozpruwacza (osławionego wiktoriańskiego mordercę prostytutek z londyńskiej Whitechapel) jako polskiego Żyda Aarona Kośmińskiego. Rzeczywiście Kośmiński urodził się w Kłodawie, a po emigracji do Anglii zamieszkiwał w dzielnicy Whitechapel, gdzie w 1888 roku (pomiędzy 31 sierpnia a 9 listopada) doszło do pięciu kanonicznych zabójstw kobiet lekkich obyczajów.

Stan faktyczny jest następujący: w marcu 2007 roku detektyw-amator Russell Edwards zakupił na aukcji od jego właściciela Davida Melville-Hayesa szal znaleziony przy ciele czwartej ofiary Kuby Rozpruwacza Catherine Eddowes. Szal na którym znalazły się ślady krwi Catherine Eddowes zabrany tuż po zabójstwie z miejsca zbrodni przez policjanta. Od 2011 roku szal testował biolog molekularny Dr Jari Louhelainen - wykazał, że na szalu oprócz krwi Eddowes znajdują się także ślady nasienia sprawcy. Fiński naukowiec wyekstrahował próbki mtDNA (DNA mitochondrialnego, które jest trwałe) ze śladów nasienia znalezionych na szalu, po czym porównał je z próbką DNA żeńskiego potomka siostry Kośmińskiego pobraną z jej śliny. Profil DNA pasował do Kośmińskiego jako domniemanego mordercy Eddowes i domniemanego Kuby Rozpruwacza. Urodzony w Kłodawie Kośmiński od dawna był uważany za jednego z najbardziej wiarygodnych kandydatów na sprawcę serii morderstw w Whitechapel. Z zawodu fryzjer, cierpiał na schizofrenię, podobno nienawidził kobiet i, rzecz jasna, mieszkał w Whitechapel (w 1888 roku gdy doszło do serii morderstw miał 23 lata). Czy zatem Kośmiński jest domniemanym mordercą Catherine Eddowes i tym samym domniemanym Kubą Rozpruwaczem? Daleki jestem od stwierdzenia, że tak, gdyż chciałbym się chociażby na 100 procent dowiedzieć czy rzeczywiście szal należał do Eddowes bądź znalazł się w jej posiadaniu? Wreszcie chciałbym aby dla pewności porównano próbki DNA pobrane także od innych współczesnych członków rodziny Kośmińskich. Ciekawe czy tak się stanie. Z tego co się orientuję niektórzy potomkowie rodziny Kośmińskich mieszkają w Australii - ich DNA należałoby poddać analizie porównawczej. Poza tym w grę mogłaby także wchodzić ekshumacja londyńskiego grobu Kośmińskiego w celu pozyskania DNA (za zgodą rodziny Kośmińskich).

Poza tym zastanawiam się dlaczego Edwards opublikował owe rewelacje w Daily Mail, a nie w bardziej wiarygodnej prasie naukowej. Niemniej warto poczekać na kolejne informacje i dowody naukowe w tej sprawie.

Artykuł w Daily Mail tutaj: http://www.dailymail.co.uk/news/article-2746321/Jack-Ripper-unmasked-How-amateur-sleuth-used-DNA-breakthrough-identify-Britains-notorious-criminal-126-years-string-terrible-murders.html

Na zdjęciach szkic przedstawiający Aarona Kosminskiego (niestety brak jakiegokolwiek jego zdjęcia, a szkoda) oraz twarz Catherine Eddowes po szyciu post-mortem (widoczne niektóre okaleczenia).

środa, 3 września 2014

Przypadki utraty bomb atomowych - Palomares i inne



















Rosjanie straszą Ukraińców użyciem broni atomowej, media szerzą perspektywę wojny nuklearnej, ale tym razem będzie o wpadkach Amerykanów. 17 stycznia 1966 roku. W pobliżu hiszpańskiej wioski Palomares (południowo-wschodnie wybrzeże Hiszpaniii) doszło do jednego z najgorszych incydentów w historii zimnej wojny. W trakcie powietrznego manewru tankowania paliwa zderzyły się na wysokości 9 km bombowiec B-52 oraz cysterna tankująca KC-135. Oba samoloty eksplodowały kulą ognia nad Palomares. Najciekawsze jest to, że w ładowni B-52 znajdowały się cztery nieuzbrojone bomby wodorowe MK28FI. Jedna z nich wylądowała nieuszkodzona na polu pomidorów w pobliżu wioski. Zapalnik konwencjonalnego ładunku wybuchowego w dwóch pozostałych uległ detonacji powodując radioaktywne skażenie okolicy promieniotwórczym plutonem. Czwarta bomba termojądrowa upadła na spadochronie do morza. W najbliższych tygodniach po katastrofie Amerykanie rozkopali pola uprawne wokół Palomares wydobywając 1400 ton skażonej ziemi - odesłanej potem do USA w celu jej usunięcia. Bombę, która wpadła do morza wydobyto z głębokości 800 metrów dopiero po 81 dniach.

Amerykanie stracili kolejną bombę atomową w 1968 roku w Grenlandii. Wiozący cztery bomby wodorowe samolot B-52 z bazy lotniczej Thule (obecnie Qaanaaq) uderzył w lód, konwencjonalne ładunki wybuchowe eksplodowały powodując radioaktywne skażenie terenu plutonem. Trzy bomby odnaleziono, nie wiadomo gdzie jest czwarta. Rekonstrukcja fragmentów bomby termojądrowej na miejscu impaktu wykazała brak głowicy nuklearnej. Prawdopodobnie ładunek o numerze 78252 wwiercił się w lód w zatoce North Star Bay. Nigdy owej bomby nie odnaleziono. Amerykański Departament Obrony do tej pory potwierdził utratę 11 bomb atomowych. Przykładowo 5 grudnia 1965 roku z pokładu lotniskowca "USS Ticonderoga" płynącego z Wietnamu do Yokosuka w Japonii spadł do Morza Filipińskiego (130 km od Okinawy) samolot z pilotem i bombą atomową. Spoczywa na głębokości 4900 metrów. Amerykanie ukrywali przez dekady ów incydent, gdyż nie chcieli aby opinia publiczna dowiedziała się że w Wietnamie posiadali broń nuklearną. Złamali też traktat międzynarodowy z Japonią na mocy którego nie mogli dostarczać na teren Japonii żadnej broni nuklearnej. Inny przykład: 24 stycznia 1961 roku, eksploduje kolejny B-52. Przed eksplozją pilotom udaje się pozbyć niebezpiecznego ładunku: dwóch bomb termojądrowych MK-39. Jedna z nich ląduje na spadochronie na drzewie, druga w bagnie w pobliżu miasteczka Goldsboro, Karolina Północna. Spoczywa na głębokości około 55 metrów. Miejsce katastrofy po dziś dzień jest zamkniętą strefą militarną. Bomba atomowa która wylądowała na drzewie o mały włos nie eksplodowała. Faktem jest, że częściowo przeszła przez proces uzbrojenia. Trzy z czterech systemów jej zabezpieczenia przed detonacją nie zadziałały, detonację powstrzymał czwarty przycisk. To on zapobiegł katastrofie.

Rodzi się pytanie: czy takie zgubione bomby mogą spontanicznie eksplodować? Tak naprawdę nie wiemy. Te w oceanie raczej nie, ale nigdy nic nie wiadomo. Na zdjęciach baza lotnicza Thule na Grenlandii, bomba termojądrowa na drzewie (incydent Goldsboro), strefa skażenia w Palomares oraz fotografia owej strefy.

http://www.unmuseum.org/goldsboro_bomb.htm

niedziela, 31 sierpnia 2014

Hellspawn i Pandemonium u Bazyla, 30 sierpnia 2014 roku (fotorelacja)

Znowu szybka decyzja o zajrzeniu do Bazyla na koncert metalowy. Tym razem na rodzime Pandemonium (ich koncert widziany ostatnio na Castle Party 2014) i Hellspawn. Na miejscu od razu rzuciła się w oczy słaba frekwencja. Na Facebooku ktoś wrzuca wydarzenie koncertowe, chęć przyjścia deklaruje ponad 110 osób (ja nie zadeklarowałem, tak naprawdę decyzja o wbiciu na ten koncert była spontaniczna), a nie przychodzi nawet połowa. Polscy maniacy metalu powinni wspierać rodzimą scenę i pamiętać o tak znaczących kapelach jak Pandemonium, ale bywa inaczej. Na przyszłych koncertach Vader i Behemoth sale koncertowe pewnie będą pękać w szwach.

Death metalowy Hellspawn z Wielunia, który supportował Pandemonium zaczął grać jakoś przed 21. Przyznam się bez bicia, że ich muzykę usłyszałem po raz pierwszy - może dlatego, że death metalowego gruzu słucham od kilku lat coraz rzadziej skupiając się (wybiórczo) na doom metalu i black metalu. Intensywny, brutalny i szybki death metal Hellspawn sprawił mi jednak całkiem sporo radochy. Interesujące riffy, ciekawe rozwiązania aranżacyjne, soczysta i wyrachowana brutalność skondensowana w 2-3 minutowych ciosach, ale bez popadania w nudną i jałową przesadę. Jest szybko i ekstremalnie, ale też pojawiają się miażdżące wolne partie, które nadają death metalowi Hellspawn odpowiedniej dozy zróżnicowania. Będę musiał sięgnąć po jakieś ich wydawnictwo, najpewniej po "The Great Red Dragon" (2012), gdyż wyczułem w muzyce Hellspawn inspiracje Morbid Angel, Nile czy Deicide.

Weterani z Pandemonium zawładnęli sceną Bazyla jakoś po 22 i zagrali ponad 50-minutowy diaboliczny gig. Każdy kto interesuje się choć w niewielkim stopniu historią polskiego death metalu powinien słyszeć o Pandemonium. Ostatnio ukazała się wydana przez GodzOvWar Production rozszerzona re-edycja ich kultowego demo z 1992 roku "Devilri", którą, rzecz jasna, warto nabyć. Koncert Pandemonium okazał się oczywiście strzałem w dziesiątkę. Zespół zabrzmiał potężnie i złowieszczo, usłyszałem m.in. "The Black Forest" z "Misanthrophy" (2012) czy tytułowy "Devilri". Pod sceną grupa młodych maniaków urządziła szaleńcze pogo - przynajmniej w trakcie odegrania początkowych numerów z set-listy (później byli zbyt wymęczeni). Mniej więcej w połowie koncertu poleciałem na stoisko z merchem, aby pogrzebać trochę w płytach CD. Eryk z Old Temple sprzedaje płyty w śmiesznej cenie 18 zł za sztukę (takie ceny CD to rozumiem!), zatem zacząłem szperać szukając krążków death doomowych czy funeral doomowych. Zakupiłem sobie re-edycję "Shadows of the Unknown" (1994) holenderskiego Mystic Charm wzbogaconą o demo z 1992 roku oraz rosyjski Abstract Spirit "Tragedy and Weeds" (2009). Szkoda, że nie wziąłem więcej kasy ze sobą. :-)

Pozdrowienia dla Magdy i Sebastiana, których kojarzyłem z Castle Party 2014 i miałem okazję wczoraj poznać. Na pewno zwracają na siebie uwagę przebywając na koncertach w charakterystycznych maskach. Tak trzymać!

czwartek, 28 sierpnia 2014

Jaskinia Kitum rezerwuarem wirusa Marburg?



















Afryka nadal nie może sobie poradzić z wybuchem epidemii Ebola w Liberii, Sierra Leone, Gwinei i Nigerii. W tej chwili od początku epidemii mamy 3069 podejrzewanych i potwierdzonych przypadków zachorowań na Ebola, w tym 1552 zgony. Statystyka śmiertelności wynosi 52% (42% w Sierra Leone, 66% w Gwinei). Wybuch oddzielnej epidemii stwierdzono laboratoryjnie w Demokratycznej Republice Kongo - pomiędzy 28 lipca a 18 sierpnia 24 podejrzewane przypadki gorączki krwotocznej Ebola, w tym 14 zgonów.

Ale nie o Ebola będzie dzisiaj, lecz o wirusie Marburg wywodzącym się z rodziny filowirusów (wysoce wirulentnych patogenów o zdolności spowodowania wybuchu lokalnej epidemii). Epidemie i sporadyczne zakażenia wirusem wybuchały w Kongo, Angoli, Kenii i RPA. Zarażenie poprzez bliski kontakt z krwią i wydzielinami ciała chorego (ślina, odchody, uryna, wymiociny). Objawy: ostry ból głowy, wysoka gorączka, bóle mięśni, gwałtowne osłabienie, ostra biegunka, mdłości i wymioty rozpoczynają się zazwyczaj trzeciego dnia od infekcji. Pacjenci znajdują się wówczas w stanie ekstremalnego letargu. Tak jak w przypadku wirusa Ebola występuje krwawienie z różnych otworów ciała, w tym z nosa, dziąseł i waginy. Ma to miejsce po 5-7 dniach od infekcji. W kilku przypadkach odnotowano zapalenie jądra. Śmierć następuje w niektórych przypadkach po 8-9 dniach od zarażenia, zazwyczaj wskutek utraty krwi i szoku. Po raz pierwszy do epidemii wirusa Marburg doszło w 1967 roku w Niemczech (Frankfurt i Marburg) i byłej Jugosławii. Pracownicy laboratorium mieli kontakt z koczkodanami z Ugandy (25 potwierdzonych przypadków, 7 zgonów), a konkretnie z krwią małp. Wreszcie dochodzimy do jaskini Kitum znajdującej się w wygasłym wulkanie tarczowym Elgon w Kenii. Na ścianach długiej na 200 metrów jaskini odnajdziemy liczne zadrapania i ślady po pazurach. Słonie, bawoły, antylopy, hieny czy leopardy przez setki lat wędrowały do Kitum, aby zlizywać znajdujące się tam pokłady soli.

8 stycznia 1980 roku 56-letni Francuz zaraził się wirusem Marburg prawdopodobnie w jaskini Kitum. Umarł 15 stycznia w szpitalu w Nairobi - nie pomogły zabiegi resuscytacji. 9 dni później zachorował jego lekarz Shem Musoke, ale udało mu się wydobrzeć (szczep wirusa Musoke). 13 sierpnia 1987 roku 15-letni Duńczyk od miesiąca przebywający w Kenii trafił do szpitala z objawami gorączki, apatii, wymiotów i bólu głowy. Diagnoza: wirus Marburg, szczep Ravn (od nazwiska pacjenta). Dziewięć dni wcześniej pacjent przebywał w jaskini Kitum. Mimo natychmiast podjętej terapii chłopiec umarł po 11 dniach pobytu w szpitalu.

Czy wirus Marburg kryje się w jaskini Kitum? Całkiem możliwe, choć nowych przypadków zakażeń nie stwierdzono. Jaskinia Kitum nie jest przyjemnym miejscem. Gnieżdżą się tam setki drapieżnych i pożerających owoce nietoperzy (być może zwierzęcych wektorów wirusa). Można się też natknąć na obfite zasoby nietoperzowego guana (być może to wdychanie guana sprzyja infekcji wirusem Marburg) oraz rozpadlinę, w której bieleją kości słoni, które w nią wpadły.

Rosjanie pracowali w laboratoriach biologicznych zarówno nad wirusem Ebola, jak i Marburg. W 1988 roku doktor Nikolai Ustinov zaraził się wirusem Marburg (szczep MARV) po przypadkowym ukłuciu się igłą. Umarł w męczarniach. Ustinov pracował nad arsenałem sowieckiej broni biologicznej. Jego dziennik był pokryty krwią i musiał zostać zniszczony. Po jego śmierci rosyjscy naukowcy wyodrębnili wysoce wirulentny szczep wirusa Marburg, który można było przenosić drogą powietrzną. Ku czci Ustinova ów szczep nazwano Wariant U.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Płyta tygodnia: Ghast "Dread Doom Ruin" (2014)



















Dawno nie pisałem o muzyce. Sierpień był też kompletnie jałowy jeśli chodzi o koncerty (z przyczyn finansowych znowu nie wybrałem się mimo najszczerszych chęci na Brutal Assault). Na brytyjskie trio Ghast zwróciłem uwagę już parę lat temu słuchając ich fenomenalnego utworu otwierającego krążek "May the Curse Bind" (2008) pod tytułem "Crawl, Blighted and Afraid". Już ten kawałek uświadomił mi, że mam do czynienia z cholernie obiecującą kapelą z Walii. Ta muzyka emanowała najczystszym złem i wrogością, była brzydka, posępna i jednocześnie na schizofreniczny sposób melodyjna. Plugawy black doom prosto z najczarniejszych otchłani katakumb. Zwyrodniałe black metalowe wokale niejakiego Richarda Williamsa (Arrrrrracha) przypominały mi wulgarny rzyg Killjoya z kultowej Necrophagii (swoją drogą kapeli, którą bardzo cenię; znać ją powinien każdy szanujący się fan horroru i kina gore, chyba że kompletnie nie siedzi w mocniejszych dźwiękach). Z radością przyjąłem zatem ukazanie się drugiego długograja Ghast pod wymownym tytułem "Dread Doom Ruin" (EP-ka z 2010 roku "Terrible Cemetery" też jest godna odsłuchu i to niejednego!) Surowy black doom zawarty na "Dread Doom Ruin" tak jak i na poprzednich wydawnictwach zespołu charakteryzuje się odpychającą atmosferą i negatywną energią. Świetne riffy, dronujące partie basu, intrygujące zmiany tempa, pełne nienawiści black metalowe wokale, nadto dość specyficzny nekro-nastrój tworzą skondensowaną bryłę black doom metalu. I to nie byle jakiego black doom metalu. Nic tylko założyć słuchawki i pohasać nocą po obmywanym strugami deszczu mauzoleum. No dobra, trochę popuściłem wodzę fantazji. Dla zachęty ""Crawl, Blighted and Afraid" z debiutu.

https://www.youtube.com/watch?v=tLRaCVMzPTI

Ulubiony wałek z "Dread Doom Ruin": na chwilę dzisiejszą "Grave Cult Woe".

Victor Noir i cmentarna erotyka
























Paryż, cmentarz Père Lachaise. Miejsce pochówku Fryderyka Szopena, Oscara Wilde'a, Jima Morrisona, Gustave Dore'a czy Edith Piaf. Tam spoczywa też w kwaterze 92 dziennikarz Yvan Salmon znany jaki Victor Noir, który niejednokrotnie ośmielił się krytykować w swoich tekstach Napoleona III i Cesarstwo. Został w 1870 roku zastrzelony przez Księcia Pierre'a Bonaparte. Na jego pogrzeb przyszło podobno ponad 100 000 ludzi. Rzeźbiarz Jules Dalou wyrzeźbił mu realistyczny grób z brązu. Elegancki dżentelmen w martwym śnie, kapelusz leżący przy jego boku. I wydatna erekcja post-mortem. Dość powiedzieć, że grób Victora Noira działa stymulująco na niektóre kobiety. Pocieranie jego przyrodzenia czy wręcz stosunek seksualny z Victorem Noirem ma jakoby zapewniać płodność (a pozostawienie kwiatów szczęście w miłości). Chciała się o tym przekonać królowa burleski Ditta Von Teese, eks-żona Marilyna Mansona. Grób Victora ma jak widać wiele wielbicielek. Nic dziwnego że jego usta i penis lśnią. Poniekąd przypominają mi się erotyzujące horrory wampiryczne Jeana Rollina, których akcja nader często zahaczała o francuskie cmentarze (a zwłaszcza poetycki "The Rose of Iron" z 1973 roku).

Ostatnio przeczytałem też o zatrzymaniu przez ochronę obiektu Francuza i dwójki Włoszech, którzy chcieli sforsować ogrodzenie ruin starożytnych Pompejów, by uprawiać seks. Ludzie mają różne fantazje i upodobania erotyczne.

Axlar-Björn: Islandzki seryjny morderca



















Wczoraj zacząłem się zastanawiać czy moja ukochana Islandia miała w swojej jakże bujnej historii seryjnych morderców. Natrafiłem wówczas na Axlara-Björna, podobno postać historyczną, acz będącą bohaterem paru opowiastek folklorystycznych z dreszczykiem. Axlar od nazwy farmy na której mieszkał, Björn to było jego imię, nazwisko Pétursson. Jego żona Þórdís stała się później jego wspólniczką.

Podobno w trakcie ciąży matka Björna piła w ukryciu ludzką krew. Aby temu zaradzić mąż kobiety podsunął jej własną do konsumpcji. Wówczas ciężarna zaczęła mieć koszmary w których jakby przeczuwała, iż jej jeszcze nienarodzone dziecko będzie w przyszłości potworem. Björna w wieku pięciu lat ubodzy rodzice oddali w opiekę bogatemu krewnemu-farmerowi. Pewnego dnia wszyscy poszli do kościoła, a Pétursson jeszcze spał. Przyśnił mu się nieznajomy, który poczęstował go mięsem. Björn zjadł 18 kawałków mięsiwa, ale przy dziewiętnastym zaczął się dusić. Jako nagrodę za to, że Björn podołał zjedzeniu tylu kawałków mięsa nieznajomy podpowiedział mu gdzie pod skałą ukryta jest siekiera. Gdy ją znajdzie to pewnego dnia stanie się sławny. Björn ją odnalazł, po czym zniknął jeden z jego krewnych.

Będąc dorosłym Björn ożenił się z jedną ze służących z farmy i otrzymał własną farmę Öxl położoną pod wulkanicznym wzniesieniem Axlarhyrna (433 m), rejon wulkanu Snæfellsnes, zachodnia Islandia. Zastanawiano się ile koni Björn posiada, podejrzewano że je kradnie, a właścicieli zwierząt się pozbywa. U Björna zatrzymywało się wielu wędrowców, którym farmer miał obowiązek zapewnić wikt i opierunek. Jeden z nich nie mógł spać. Zajrzał pod łóżko i odnalazł tam trupa mężczyzny. Wędrowiec domyślił się, że ofiara została zamordowana, a jego czeka ten sam zgubny los. Położył zwłoki w swoim łóżku, przykrył kocem, a sam ukrył się pod łóżkiem. Nocą przyszedł Björn wraz z żoną i bez wahania zatopił ostrze siekiery w ciele leżącym na wyrze. Trup nie wydał żadnego dźwięku o co zapytała Þórdís ("Dlaczego nie walczy kiedy umiera?"). Morderczy Björn odparł: "Lekko westchnął. Uderzyłem go dobrze i mocno, kobieto." Kiedy oddalili się prawie sparaliżowany strachem wędrowiec wydostał się spod łóżka i zbiegł.

Stosunki między Björnem a jego krewnym-opiekunem znacznie się ochłodziły, gdy krewki Björn pogonił go siekierą. Tydzień Wielkanocny był dżdżysty i zimny. Na farmę Björna dotarli siostra i młodszy brat. Dostali schronienie i ciepłą odzież. Zaniepokoiła ich jednak kołysanka śpiewana przez starą babę usypiającą niemowlę. Zjedli posiłek. Nieświadoma zagrożenia dziewczyna poszła do innej części farmy. Po pewnym czasie jej brat usłyszał przerażający odgłos. Zerwał się na nogi podejrzewając, że siostra jest mordowana. Wybiegł do stajni, a za nim dzierżący siekierę Björn. Chłopiec wydostał się przez okno szopy i ukrył w dziurze na pobliskim polu lawy. Kiedy Björn zaprzestał jego poszukiwań chłopiec wydostał się z rozpadliny i pobiegł na sąsiedzką farmę. Farmer zabrał go do lokalnego szeryfa.

W Niedzielę Wielkanocną roku 1596 szeryf wraz z dwójką rosłych mężczyzn udali się na farmę Björna Péturssona. Towarzysze szeryfa rozpoznali ubiór Björna jako należący do pomocnika na farmie, który zaginął dwa lata temu. Björna oskarżono o zamordowanie mężczyzny i siostry uciekiniera. Björn przyznał się łącznie do 18 morderstw - pierwszą ofiarę pogrzebał w stosie łajna w krowiej oborze, zwłoki pozostałych obciążył kamieniami i utopił w pobliskim stawie z pomocą żony. Oboje zostali skazani na śmierć, ale egzekucja Þórdís została odroczona do momentu aż ciężarna morderczyni powiła dziecko. W rzeczywistości Þórdís jedynie poddano biczowaniu. Björna torturowano przed śmiercią młotkiem łamiąc mu kości, w końcu ucięto mu głowę siekierą. Egzekucji dokonał jego kuzyn Ólafur.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Opuszczony domek w Baranowie
























Jako że dzisiaj niedziela, a nie lubię spędzać weekendu zbyt leniwie (w dodatku islandzki podlodowcowy wulkan Bárðarbunga uparcie nie chce wybuchnąć) wybrałem się na rower. Krążąc po Baranowie postanowiłem zahaczyć o pewien opuszczony domek znajdujący się w pobliżu stacji benzynowej. Intrygują mnie opuszczone, zatęchłe, przeżarte zgnilizną miejsca zatem postanowiłem tam podjechać i popstrykać trochę fotek. Kiedy i w jakich okolicznościach ów domek został opuszczony i zrujnowany nie mam pojęcia. Kibla w nim stojącego postanowiłem nie otwierać. Na poddasze też się nie wspiąłem. W każdym razie ktoś tam śpi albo niegdyś spał. Dobrej nocy kimkolwiek jesteś.