niedziela, 12 października 2014
A Walk Among the Tombstones/ Krocząc wśród cieni (2014) - recenzja
Odpowiednio przerobiona furgonetka stanowi jeden z ulubionych środków lokomocji seryjnych morderców i seksualnych dewiantów, którzy wyruszają na łowy. Dwa na myśl przychodzące mi przykłady to: 1) Rozpruwacze z Chicago (Chicago Rippers) - zorganizowana grupka "satanistów" kierowana przez Robina Gechta, która odpowiada za 18 zniknięć i bestialskich morderstw dokonanych na młodych kobietach w Chicago w latach 1981-82. 2) Gerald i Charlene Gallego - Charlene zwabiała nastolatki i młode kobiety do furgonetki w której czekał na nie żądny brutalnego seksu i dominacji Gerald. Para zamordowała 10 ofiar w latach 1978-80 w Sacramento, Kalifornia. Chyba jednak najbardziej makabryczną sprawą związaną z gwałtami, torturami i morderstwami w furgonetce była sprawa dwójki sadystycznych morderców seryjnych Lawrence Bittakera i Roya Norrisa. Ochrzcili oni swój pojazd "Murder Mac" i wyruszali w nim na łowy polując na młode kobiety w południowej Kalifornii. Porwali, torturowali, zgwałcili i zamordowali piątkę z nich. Samochód był używany do przewiezienia nieświadomych dziewcząt w odludne okolice gór San Gabriel, gdzie ofiary były wielokrotnie gwałcone, torturowane, okaleczane, poniżane i mordowane. Ostatnia ofiara, Shirley Ledford (16 lat), była gwałcona i torturowana przez ponad dwie godziny w trakcie jazdy przez dolinę San Francisco. To właśnie audio nagranie zrobione w czasie tej podróży było najbardziej szokujące - trwa ono 18 minut i kończy się tuż przed morderstwem. Shirley płacze, błaga o litość, krzyczy w trakcie tortur i gwałtu, a podniecony Norris wrzeszczy "Tak trzymaj, dziewczyno! Tak trzymaj! Krzycz, dopóki nie powiem stop!". W trakcie procesu Bittakera, gdy nagranie zostało odtworzone, niektórzy ludzie wychodzili z sali rozpraw na zewnątrz i wymiotowali. Obaj oprawcy zostali zatrzymani, gdy Norris powiedział o zbrodniach koledze, a ten powiadomił organy ścigania. Norris zeznawał przeciwko Bittakerowi i dostał niższy wymiar kary (45 lat więzienia), Bittaker został skazany na śmierć. Taśma z nagraniem agonii Shirley Ledford jest obecnie wykorzystywana przez FBI do nauki odczulania przyszłych adeptów zawodu. Furgonetką jeżdżą też dwaj porywacze i seryjni mordercy ze znakomitego thrillera "A Walk Among the Tombstones" (2014) z Liamem Neesonem w roli głównej.
Rok 1991, Nowy Jork. Twardy i nadużywający alkoholu gliniarz Matthew Scudder (Liam Neeson) jest świadkiem zastrzelenia właściciela baru do którego uczęszcza przez trójkę latynoskich kryminalistów. Interweniując zabija rzezimieszków, ale w czasie strzelaniny dochodzi do tragedii (o czym dowiemy się później). Mija osiem lat. Matthew przestał być policjantem i obecnie trudni się pracą prywatnego detektywa. Trafia mu się nowa robota: ma odnaleźć sprawców porwania żony bogatego dilera narkotyków (Dan Stevens). Po wpłaceniu okupu kobieta nie wróciła już do małżonka. Porywacze (i jak się szybko okaże para seryjnych morderców) zamordowali ją i poćwiartowali ciało na kawałki pozostawiając je w bagażniku starego samochodu. Scudder postanawia odnaleźć sprawców owego makabrycznego mordu i szperając po starych gazetach natrafia na serię porwań dla okupu, bestialskich gwałtów, tortur i morderstw. Wszystkie kobiety, których ciała poćwiartowano łączyło pozostawanie w rodzinnych relacjach z dilerami narkotyków.
Bardzo spodobał mi się eteryczny cover Soundgarden "Black Hole Sun" w wykonaniu Nouela. Nadał on posępnemu thrillerowi Scotta Franka dodatkowej nuty melancholii. "Krocząc wśród cieni" nastrojem przypomina thrillery policyjne z lat 70-tych, a to jest jego ogromnym plusem. Rozwalające się budynki w brzydkich dzielnicach nowojorskich, mroczna aura, do cna zdeprawowane postaci dwójki morderców poruszające się furgonetką oraz nagrywające tortury i śmierć ofiar (stąd moje skojarzenie z Royem Norrisem i Lawrence Bittakerem), nierozwinięty dalej (a szkoda!) wątek z materiałami video dla najgorszych dewiantów, itd. "A Walk Among the Tombostones" opiera się na ósmej książce z serii kryminałów autorstwa Lawrence Blocka, której głównym bohaterem jest Matthew Scudder. Świetna rola Liama Neesona występującego ostatnio coraz częściej w filmach akcji (seria "Uprowadzona"), do zapamiętania także niewielka, acz wyrazista rólka Islandczyka Olafura Darri Olafssona jako skrywającego ciemne sekrety pracownika cmentarza, który w stawie odnalazł poćwiartowane zwłoki jednej z kobiet. Stylowy i trzymający w napięciu neo-noir thriller o nieco ospałym tempie akcji, ale gwarantujący mimo wszystko zwartą dawkę mocnych wrażeń. Matthew Scudder pojawił się wcześniej w kryminale z 1986 roku "8 Million Ways to Die", gdzie w jego postać wcielił się Jeff Bridges. Trzeba będzie kiedyś sięgnąć po ów tytuł, ale najpierw czas na whisky!
czwartek, 9 października 2014
Szczur za klatką schodową
Ciekawe, choć dość makabryczne znalezisko muzealne w Wielkiej Brytanii. Robotnicy pracujący przy wymagającym renowacji domostwie w Penryn, hrabstwo Cornwall odkryli w dziurze za klatką schodową zmumifikowane ciało szczura, które spoczywało tam przez nikogo nie niepokojone od 600 lat. Truchło szczura, który mógł być (ale nie musiał) inkubatorem czarnej śmierci (dżumy) trafiło do muzeum Penryn w Cornwall. W latach 1346-53 hrabstwo Cornwall nękała epidemia dżumy - w mieście Bodwin umarło 1500 mieszkańców, połowa ówczesnej populacji. Założę się, że zmumifikowany szczur z dobrze zachowanymi zębami i wąsami stanowi nie lada atrakcję dla dzieci. Czternastowieczna pandemia dżumy w Europie przyczyniła się do śmierci od 75 do 200 milionów ludzi. Jest tylko jeden problem: dom w którym znaleziono szczura nie wygląda mi na blisko 700-letni.
środa, 8 października 2014
Wölfrider, Beastmilk i In Solitude w Firleju, 7.10.2014 (fotorelacja)
Odrobinę zniechęcony odwołaniem koncertu Behemoth w poznańskim Eskulapie ruszyłem do Wrocławia, by zobaczyć Beastmilk i In Solitude na żywo. Zwłaszcza ten pierwszy band dobrze mi robi, gdyż to kawał apokaliptycznego i zagranego z pasą death rocka. Do Wrocławia dotarłem pociągiem, trochę połaziłem po centrum miasta i przed godziną 19 udałem się pod wrocławski Firlej. Koncert zaczął się punktualnie o 20. Jako pierwsi zaprezentowali się z krótkim setem Wölfrider z Wrocławia. Melodyjna i wyrafinowana technicznie heavy metalowa muzyka przypadła mi do gustu, choć generalnie heavy metalu (a jeszcze bardziej power metalu) staram się unikać, bo to kompletnie nie moja bajka. Z niecierpliwością czekałem na występ Finów z Beastmilk.
I nie zawiedli, ba, koncert kapeli Khvosta (znanego z Code, Dodheimsgard czy Hexvessel) uważam za prawdziwą erupcję energii. Ubiegłoroczna płyta Beastmilk "Climax" szybko stała się nie lada objawieniem zachwalanym m.in. przez Fenriza z Darkthrone ("Jestem uzależniony od Beastmilk"). Była to niezwykle wybuchowa mieszanina post-punka, death rocka i cold wave'u osadzona wśród zgliszcz umierającego post-apokliptycznego świata, którym zawładnęła nuklearna zima. Wcześniej helsiński Beastmilk wydał pozytywnie odebraną przez słuchaczy czteroutworową EP-kę "Use Your Deluge" (2012). W trakcie porywającego koncertu w Firleju Beastmilk zaprezentował przede wszystkim kawałki z "Climax" m.in. "Death Reflects Us", "Genocidal Crush" czy "Children of the Atom Bomb" i "Void Mother" z EP-ki. Widownia oszalała bawiąc się przy muzyce Finów, Khvost wyśpiewywał z pasją przesycone zagładą liryki utworów zespołu ("Holding on to love in a cold world/I'm holding on to love/Crying out in a dead universe/I'm holding on to love") kreując wyśmienity soundtrack apokalipsy. Trochę zaskakujące jest dla mnie to jak bardzo Beastmilk przypadł do gustu metalowcom, gdyż widziałem pozytywne recenzje "Climax" w wielu webzinach czy blogach metalowych. Okazało się również, że lider Behemoth Adam Nergal Darski jest fanem Beastmilk, gdyż świetnie bawił się na koncercie Khvosta i jego kapeli, a stałem może dwa-trzy kroki od niego. Pochwały dla dźwiękowca za brzmienie w trakcie gigu Beastmilk, gdyż odwalił kawał dobrej roboty. Konkludując, fantastyczny gig fińskich piewców nuklearnej apokalipsy.
Przed koncertem In Solitude zapoznałem się z ostatnim jak dotąd albumem Szwedów "Sister" (2013) i muzyka na nim zawarta mnie nie powaliła. Ot, dość przyjemna i łagodna porcja heavy metalowego grania mocno osadzona w gotyckim sztafażu i nawiązująca nieco do gothic rocka. Koncertowo Szwedzi z In Solitude przekonali mnie bardziej. Niestety w tym przypadku brzmienie było zbyt głośne i męczące. W pewnym momencie już pod sam koniec gigu In Solitude musiałem ze znajomymi wyjść z sali, by po prostu odpocząć. Muszę jednak przyznać, że muzycy In Solitude to istny żywioł na scenie. Znakomita ekspresja sceniczna (zwracał na siebie uwagę zwłaszcza basista kapeli Gottfrid Ahman, brat wokalisty Pelle Ahmana), ogromna żywiołowość, ciekawe zagrywki gitarowe plus mocny melodyjny, acz wyraziście mroczny wokal Pelle Ahmana. Niestety publiczność na koncercie In Solitude znacznie się przerzedziła. Z tego co się orientuję In Solitude skupili się przede wszystkim na utworach z "Sister" (np. numer tytułowy czy "Inmost Nigredo"), ale trudno mi wskazać dokładną set-listę, gdyż twórczość In Solitude poznałem do tej pory zbyt powierzchownie.
poniedziałek, 6 października 2014
Mord'A'Stigmata, Merkabah i Tribulation w Bazylu, 6 października 2014 (fotorelacja)
No i okazało się, że katolicki zabobon znowu zwyciężył. 6 października 2014 roku miał się odbyć w poznańskim klubie Eskulap czwarty koncert Behemoth w ramach "The Satanist" tour. Pierwotnie Behemoth miał zagrać otwierający koncert w Eskulapie już 2 października, ale rektor Uniwersytetu Medycznego nie zgodził się na ów termin z powodu rozpoczęcia roku akademickiego. Promotor koncertu PW Events wynegocjował inny termin: wspomniany 6 października. Mając już bilet na koncert w kieszeni liczyłem, że tak się stanie. I niestety pomyliłem się. Okazało się bowiem, że rektor UM zmienił zdanie (pisząc w swojej decyzji niepoprawnie nazwę zespołu "Behemot") odmówił udostępnienia sali kapeli Adama Nergala Darskiego zasłaniając się "protestami wyznaniowymi" i "bezpieczeństwem pracowników uniwersytetu i studentów". Nadmieniam, że Behemoth od dawna grał koncerty w Eskulapie (zagrał tam gigi choćby w 2005, 2009, 2011 i 2013 roku) i nigdy nie było takich cyrków. Rozumiem, że presja ze strony ludzi dla których opoką rozumu jest Fronda była dla Pana rektora nie do zniesienia. Nie podoba mi się kraj w którym to co nie jest zgodne z chrześcijańską linią myślenia może być odwoływane. Ja nie protestuję i nie domagam się odwoływania ceremonii religijnych czy koncertów kapel chrześcijańskich, które mogą mnie irytować. Żyję i pozwalam żyć innym. Jakże słaba musi być wiara tych wszystkich protestujących fanatyków, który opierając się na wyrwanych z kontekstu cytatach i polskojęzycznych tytułach utworów Behemoth sprzeciwiają się "niewyobrażalnemu bluźnierstwu". Mniejsza już o Behemoth. Bardzo chciałem zobaczyć po raz pierwszy na żywo Szwedów z Tribulation. Pozostałe dwie kapele Merkabah i Mord'A'Stigmata też są interesujące. Na szczęście już po bezczelnym odwołaniu koncertu z pomocą przyszedł Klub u Bazyla i Mintaj. Padła idea okrojonego koncertu (bez Behemoth) w Bazylu w ramach mini-Sataniast tour w składzie Mord'A'Stigmata, Merkabah i Tribulation. Musiałem iść. Choćby dlatego, że wjazd był dla po 10 zł dla posiadaczy biletów. A bilet prawdopodobnie zachowam sobie na koncert Grave i Entombed 18 października także w tym nieszczęsnym Eskulapie do którego w ostatnim czasie straciłem zaufanie.
W odróżnieniu od niedawnego koncertu Arkony, który okazał się organizacyjnym blamażem tutaj wszystkie trzy zespoły zagrały punktualnie. Najpierw zaprezentowali się na scenie muzycy z Merkabah. Bardzo trudno jest jednoznacznie sklasyfikować twórczość Merkabah. Przed koncertem trochę osłuchałem się z ich najświeższym albumem wymownie zatytułowanym "Moloch" (2014) i muszę przyznać, że byłem zaintrygowany nietuzinkowymi dźwiękami zawartymi na tym krążku. Dźwiękami będącymi zagęszczoną hybrydą post-metalu, awangardowego jazzu i noise rocka. Koncert Merkabah był bardzo ciekawym i ździebko psychodelicznym doświadczeniem. Potęgowały go także filmowe wizualizacje np. z "El Topo" (1970) Alejandro Jodorovskiego czy "Videodrome" (1983) Davida Cronenberga. Choć muzyka Merkabah jest raczej przeznaczona dla wymagających słuchaczy i potrafi przytłoczyć kontrolowanym chaosem szybko wpadłem w trans chłonąc wwiercające się w mózg partie saksofonu i fantastyczną pracę perkusji. Muzyka Merkabah na żywo jest masywna, apokaliptyczna, niepokojąca, chwilami bardzo intensywna i hałaśliwa. Jeśli hołubicie Yakuza, Johna Zorna czy The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble warto też zagłębić się w labirynt chaosu Merkabah.
Mord'A'Stigmata widziałem już wcześniej w Bazylu gdy grali koncert wraz z Morowe i Thaw. Nadal uważam "Ansia" za jeden z najciekawszych albumów post-black metalowych ubiegłego roku, a i tamten koncert chłopaków z Bochni/Krakowa wspominam bardzo miło. Ponownie Mord'A'Stigmata skupił się na zaprezentowaniu kompozycji z "Ansia" (2013). Początek zagranego na otwarcie gigu genialnego "Inkaust" zabrzmiał trochę inaczej, co było dla mnie niespodzianką. Zarówno na płycie, jak i koncertowo muzycy Mord'A'Stigmata starannie tkają nastrój schizofrenicznego niepokoju, który zdaje się oplatać słuchaczy, osaczać, hipnotyzować. Spokojniejsze post-rockowe/ambientowe pasaże płynnie przechodzą w okrutną black metalową nawałnicę. Muzycy Mord'A'Stigama w kapturach, statyczni, tonęli w oparach sztucznej czerwonawej mgły. Cieszę się, że Nergal zaprosił ich na wspólną trasę, gdyż mogą zdobyć nowych fanów.
Na koncert Szwedów z Tribulation czekałem najbardziej, gdyż uwielbiam ich dwa długograje "The Horror" (2009) i "The Formulas of Death" (2013). Poza tym w ich muzyce roi się od nawiązań do kina i literatury grozy, co jest dla mnie ogromnym plusem. Pierwsze miłe zaskoczenie to intro. Cholera, co ja słyszę? Wybrzmiał krótki utwór z soundtracka Riza Ortolani'ego do "Cannibal Holocaust" (1979) Ruggero Deodato, jednego z najokrutniejszych włoskich horrorów i filmu, który na przestrzeni lat widziałem kilka razy. Potem death metalowa machina Tribulation ruszyła gwałtownie i pod sceną od razu zrobiło się szaleństwo. Urzekła mnie szczególnie niespożyta energia Szwedów, ich obycie sceniczne i niepohamowana radość grania. Na "Formulas of Death" znalazło się sporo naleciałości heavy metalowych i occult rockowych, co też dało się odczuć gdy wybrzmiał chociażby "Suspiria De Profundis" (numer oczywiście inspirowany "Suspirią" Dario Argento). Nagrywając tak potężny death metalowy monolit jak "The Formulas of Death" muzycy Tribulation udowodnili, że stać ich na osiągnięcie diabolicznego dostojeństwa. Z tego co pamiętam na koniec wybrzmiał wściekły "When the Sky Is Black With Devils" i żegnani gromkimi brawami Szwedzi zeszli ze sceny. Doskonały koncert niezwykle ambitnego zespołu. Aż chciałoby się więcej.
czwartek, 2 października 2014
Sable Island: Wyspa wydm, mgieł, wraków i rączych koni
Cóż jest fascynującego w Sable Island, niepozornej łasze wydm i piachu na południowym wschodzie Atlantyku, 160 km od wybrzeża Nowej Szkocji? Wyspa Sable o długości 42 km i szerokości zaledwie 1.5 km zawsze kojarzyła mi się trochę jak z bajką: targane morskim wiatrem piaszczyste wydmy, brak drzew, nietypowy kształt półksiężyca i populacja dzikich koni na tym niewielkim skrawku lądu. Od pewnego czasu Sable Island stała się rezerwatem przyrody, skarbem Kanady. 34 km kwadratowe powierzchni odkrytej w 1520 roku przez portugalskiego żeglarza João Álvaresa Fagundesa w trakcie rejsu do Nowej Szkocji. Potem przylgnęła do wysepki francuska nazwa Île de Sable ("Wyspa Piasku"). I tak już zostało. Od 1583 roku Sable Island stała się cmentarzyskiem Północnego Atlantyku. Wokół wyspy mają miejsce częste sztormy: w wodach okalających wyspę zatonęło ponad 475 statków, mogło w nich zginąć nawet 10 000 ludzi. Należy pamiętać, że to właśnie tutaj chłodny Prąd Labradorski spotyka się z ciepłym Prądem Zatokowym (Golfsztorm), co powoduje powstawanie gęstych mgieł. Nadto wyspa zmienia swój kształt za sprawą wiatrów i fal: jednego dnia można widzieć jej wydmy, drugiego jest w tym miejscu tylko groźny ocean. Sporadycznie silny sztorm wydobywa na powierzchnię jakiś stary wrak statku, potem on znika. Najwyższe wydmy na wyspie sięgają wysokości 30 metrów; północna plaża jest wąska i stroma, południowa jest szeroka i płaska. Wydmy obrasta trawa Marram (piaskownica zwyczajna). Pomiędzy nimi wędrowiec może się natknąć na wypełnione wodą depresje - zwłaszcza przy zachodnim krańcu Sable. Jezioro słonej wody Wallace o długości czasem sięgającej 10 km (obecnie 5.5 km) znajduje się na południowej plaży.
Obecnie stała populacja Sable Island wynosi 5 osób: jeden badacz oraz cztery osoby zarządzające federalną stacją meteorologiczną (wybudowano ją w 1891 roku). Mnie jednak bardziej od ludzi interesuje populacja dzikich koni zamieszkujących wyspę. Konie pojawiły się na Sable w 1738 roku wprowadzone przez hugenockiego księdza z Bostonu Andrew LeMerciera i od tamtego czasu skolonizowały ów skrawek piaszczystego lądu. Ich populacja stale się zmienia: liczy od 200 do 400 osobników. Na Sable rozmnażają się także wróbel Ipswich, rybitwa, a także foka szara.
Po Sable Island można wędrować zatapiając się w piasku wydm i nie widzieć żadnych ludzi. Tylko rącze konie grzebiące w piasku i poszukujące wody pitnej. Niektórzy biolodzy uważają konie z Sable za gatunek inwazyjny, który negatywnie wpływa na ekosystem wysepki. Niemniej populacja koni na wyspie znajduje się pod ochroną, choć koniom nigdy nie podano leków weterynaryjnych. Skoro jednak Sable Island uznana została za Park Narodowy należy oczekiwać, iż zacznie się wkrótce turystyczny najazd. Nic bardziej mylnego. Na wyspę można się dostać jedynie samolotem i statkiem (w tym drugim przypadku podróż może być dość niebezpieczna). Czarterowy lot kosztuje ponad 6000 dolarów. Lądowanie odbywa się na plaży przy odpowiednich warunkach pogodowych. Podróż statkiem bądź łodzią przy dobrej pogodzie potrwa 16 godzin. Wyspa jest dostępna dla zwiedzających od czerwca do października. Nie można się jednak zbliżać do odległość mniejszą niż 20 metrów do koni, fok i innych zwierząt, nie wolno śmiecić ani rozkładać się z namiotem. Obowiązkowe jest uzyskanie zezwolenia od Parks Canada.
Jakie statki odnalazły swój grób na/przy Sable Island? Ich rozmieszczenie na mapce na górze:
http://www.cbc.ca/news/canada/nova-scotia/sable-island-shipwrecks-at-the-graveyard-of-the-atlantic-1.2755063
poniedziałek, 29 września 2014
Abusiveness "Bramy Nawii" (2014) - recenzja
Kolejna porcja black metalowego barbarzyństwa z Arachnophobia Records. Tym razem zniszczenie i pożogę sieją lublinianie z Abusiveness. Kapela w kręgach podziemnych raczej znana i szanowana, istniejąca od 1991 roku i mająca na koncie dema, splity, Ep-ki, single plus cztery długograje z "Bramami Nawii" włącznie. Niezmiernie rajcuję mnie w Abusiveness płynność połączenia wulgarnej agresji z techniczną otoczką owego pogańskiego huraganu. Nie inaczej jest w przypadku czwartego krążka Abusiveness "Bramy Nawii", gdzie doświadczonej hordzie z Lublina udało się w idealny sposób połączyć black metalowe bestialstwo z patosem i nutą melancholii. Nadto czwarta w dorobku lubelskiej kapeli płyta studyjna jest materiałem zróżnicowanym, wielowymiarowym, kipiącym od furii i zarazem podniosłym. Brzmi świeżo i z pazurem. Bardzo przypadła mi do gustu opiewająca honor i wojnę warstwa liryczna "Bram Nawii" za którą odpowiada wokalista, gitarzysta i klawiszowiec zespołu Mścisław. W jej skład wchodzi m.in. wiersz Włodzimierza Wnuka "Żywe kamienie" oraz poemat nieznanego autora "Niezłomni". Generalnie uważam użycie naszego rodzimego języka w pogańskim black metalu za konieczne, co też udowadniają Stworz czy Abusiveness. Gościnnie na "Bramach Nawii" udzielili się tacy muzycy jak Xaos Oblivion, Sonneillon (Blaze of Perdition) czy Knjaz Varggoth (Nokturnal Mortuum), a za rewelacyjną oprawą graficzną stoi mój znajomy Robert A. von Ritter, który ma ogromny talent rysowniczy.
Od strony muzycznej mamy tutaj do czynienia z chorobliwie agresywnym pogańskim black metalem, który nie zna co to miłosierdzie. Na uwagę zasługuje chociażby miażdżąca praca perkusisty Wizuna. W trakcie tragicznego wypadku samochodowego w Austrii w listopadzie 2013 roku będący jednocześnie pałkerem black metalowego Blaze of Perdition i death metalowego Deivos Wizun odniósł poważne obrażenia, ale z tego co mi wiadomo powrócił już do formy. Opętańczo szybkie partie perkusji nagrał na "Bramy Nawii" jeszcze przed tym wypadkiem. Wokalista Mścisław dysponuje bestialskim black metalowym skrzekiem, acz przykładowo we wspaniałych "Żywych kamieniach" korzysta z jęczącej maniery wokalnej Attily Csihara, obecnego wokalisty Mayhem. Nie mam nic przeciwko takiemu zróżnicowaniu wokalnemu; dodaje to temu kawałkowi jakże wskazanej głębi emocjonalnej. Przykładami bezlitosnej black metalowej nawałnicy są "W górę chorągwie", w którym wyczuwam wpływy grobowego death metalu, a także morderczo intensywny "Niezłomni" z piękną solówką. Wokalna narracja i kolejna fantastyczna solówka pojawiają się w melodyjnym "Lędziańska krew". Nie będę analizował tego materiału dalej, po prostu otwórzcie Bramy Nawii bez wahania i wędrujcie przez podziemny świat przedchrześcijańskiej Słowiańszczyzny. Abusiveness stanie się Waszym przewodnikiem. Swoją drogą chętnie bym zobaczył ów zespół na żywo, bo jak sięgam pamięcią chyba jeszcze nie miałem okazji widzieć ich koncertu.
"Proces" z "Bram Nawii" (2014): https://www.youtube.com/watch?v=gskRWzOqrKQ
Mikroorganizmy z antarktycznego jeziora Whillans
Jakoś ominęła ta informacja, a jest niezwykle ważna z punktu widzenia astrobiologii i poszukiwań pozaziemskich organizmów np. w podlodowym oceanie Europy, księżyca Jowisza. 20 sierpnia 2014 roku świat nauki obiegła wiadomość o odkryciu blisko 4000 gatunków mikrobów zamieszkujących antarktyczne jezioro Whillans, które znajduje się pod 800 metrową warstwą lodu w Zachodniej Antarktydzie. To pierwsze żywe organizmy kiedykolwiek wydobyte z podlodowego antarktycznego jeziora. Aktywny ekosystem mikrobiologiczny. Co ciekawe, pod pokrywą lodową Antarktydy znajduje się blisko 400 jezior, a także masyw górski Gamburcewa. Odkrycie amerykańskich mikrobiologów i glacjologów opisane potem w "Nature" zapewne stanie się zaczynem do dalszych poszukiwań życia w podlodowych jeziorach Antarktydy, w świecie do którego przez miliony lat nie docierały promienie Słońca. Wiertacze dotarli do jeziora Whillans już w styczniu 2013 roku i wydobyli z niego litry mulistej wody w kolorze herbaty. Pierwsze testy w laboratorium ujawniły bogaty ekosystem mikroorganizmów zamieszkujących wody jeziora Whillans. Naliczono 3391 jednokomórkowców w 30 litrach wody z jeziora i 8 wydobytych z dna rdzeniach. Mieszkańcy jeziora Whillans to jednokomórkowce pobierające związki organiczne z wody i jeziornego mułu, w tym bakterie oraz archeony, które utleniają amoniak. Gdy archeony umierają stają się pokarmem dla innych jednokomórkowców, które utleniają siarkę. Żyją tam także mikroby utleniające żelazo oraz bakterie sycące się metanem. Głębokość jeziora Whillans wynosi zaledwie 2 metry, a rozmiar 60 km kwadratowych, zaś temperatura jego wody wynosi -0.5 stopnia Celsjusza. Skąd narodziło się życie w absolutnej ciemności jeziora Whillans? Czy zostało tam uwięzione? Czy przybyło z innego miejsca? Czy pod marsjańskimi czapami lodowymi żyją mikroorganizmy? Nie tylko ja chciałbym poznać odpowiedzi na te pytania.
Przykładowe mikroby jakie znaleziono w jeziorze Whillans: Betaproteobacteria (Sideroxydans lithotrophicus, Polaromonas glacialis, Nitrotoga sp., Thiobacillus denitrificans), Thaumarchaeota (Nitrososphaera viennensis, N. gargensis, Nitrosoarchaeum koreensis, Cenarchaeum symbiosum, Nitrosopumilus maritimus), Gammaproteobacteria (Methylobacter tundripaludum), Deltaproteobacteria, Actinobacteria, Chloroflexi, Bacteriodetes, itd. Na zdjęciach lokalizacja podlodowego jeziora Whillans oraz jeden z mieszkańców jeziora o sferycznej morfologii - obraz ze skaningowego mikroskopu elektronowego (SEM).
czwartek, 25 września 2014
Wzrost liczby masowych morderstw w USA przy użyciu broni palnej
Interesująca statystyka. Agenci FBI wespół z badaczami Uniwersytetu Texas State przeanalizowali dane ze 160 incydentów tego typu w latach 2000-2013. Wniosek jest dość niepokojący: w pierwszych siedmiu latach było przeciętnie 6.4 incydentów masowego strzelania do ludzi, w ciągu ostatnich siedmiu lat ta liczba podskoczyła do 16.4. Masowy morderca tzw. 'aktywny strzelec' w nomenklaturze FBI próbuje zabijać ludzi w zaludnionym bądź zamkniętym obszarze. Czyni to zazwyczaj w szkołach, placówkach edukacyjnych, strefach biznesowych czy komercyjnych (70% incydentów tego typu). Ataki zazwyczaj mają miejsce bardzo szybko - 60% z nich zakończyło się zanim policja zdążyła przyjechać na miejsce ataku. Przynajmniej dwie trzecie z incydentów tego typu trwało nie dłużej niż pięć minut. Wielu ze sprawców masowych morderstw przy użyciu broni palnej fascynowało się przeszłymi dokonaniami innych 'aktywnych strzelców'. I tak 16 kwietnia 2007 roku 23-letni Seung-Hui Cho zastrzelił 32 osoby i zranił 17 na Uniwersytecie Virgin Tech w Blacksburgu. 5 listopada 2009 roku w bazie wojskowej Fort Hood w Teksasie doszło do kolejnego incydentu. Major i wojskowy psychiatra Nidal Malik Hasan zastrzelił 13 osób i zranił ponad 30. 20 lipca 2012 roku James Eagan Holmes w trakcie nocnej premiery "The Dark Knight Rises"/"Mroczny Rycerz powstaje" (2012) Christophera Nolana obrzucił pełną salę kinową w Aurora, Kolorado grantami z gazem łzawiącym i zaczął strzelać do widowni. Zabił 12 osób, zranił 70. Wreszcie 14 grudnia 2012 roku doszło do strzelaniny w szkole podstawowej Sandy Hook w Newton w stanie Connecticut, w której zginęło 27 osób, w tym 20 dzieci w wieku od 6 do 7 lat. 20-letni sprawca masakry Adam Lanza popełnił samobójstwo. Wszystkie analizowane incydenty objęły łącznie 1043 ofiary (włączając osoby zabite i ranione - z wyłączeniem śmierci sprawcy). W 40% tego typu incydentów sprawca popełnił samobójstwo na miejscu masowego morderstwa. 10% analizowanych incydentów miało miejsce w placówkach rządowych bądź militarnych, 4% w miejscach kultu religijnego. We wszystkich incydentach (poza dwoma) zabijał pojedynczy strzelec, w sześciu przypadkach sprawcami okazały się kobiety. W przynajmniej 15 incydentach sprawca obrał sobie za cel członków rodziny. W połowie z tych przypadków kontynuował strzelanie przemieszczając się do innej lokalizacji. Przynajmniej pięciu sprawców czterech incydentów wciąż pozostaje na wolności.
Na zdjęciach sprawca masakry Virgin Tech Seung-Hui Cho pozujący z młotkiem oraz kadr z koreańskiego filmu "Oldboy" (2003), masakra w szkole Columbine w kwietniu 1999 roku, zdjęcie ze szkoły podstawowej Sandy Hook oraz jej wyburzenie w listopadzie 2013 roku, maska gazowa pozostawiona przez Jamesa Holmesa, a także policja przy kinie.
niedziela, 21 września 2014
Armada, Nebiros, Panychida i Arkona w Bazylu, 20 września 2014 (fotorelacja)
W zasadzie nie ma sensu w tym akurat przypadku pisać jakiejś relacji, bo jak chodzę do Bazyla na koncerty regularnie to z takim rozczarowaniem się nie spotkałem. Nie chodzi o to, że zespoły nie stanęły na wysokości zadania, ale bardziej o kwestie organizacji tego koncertu. Ale po kolei. W Bazylu stawiłem się po 18.20 i od razu poleciałem na stoisko z merchem. Z racji tego że uzupełniam powoli swoją kolekcję death doom/funeral doomową na CD zakupiłem sobie od Eryka z Old Temple bułgarski symfoniczno-black doom metalowy Darkflight "Closure" (2014), Mournful Congregation "The Monad of Creation" (2005 - wreszcie, bo uwielbiam ten album, lepiej późno niż wcale), a także kompilację Desiderii Marginis "Thaw" z Zoharum. Jestem w trakcie słuchania wciągającego w przepastną otchłań dark ambientu Desiderii Marginis i zastanawiam się czy warto w ogóle pisać o wczorajszym koncercie.
Oczywiście wszystko zaczęło się z opóźnieniem, ale po występie Meksykanów z death metalowego Armada nic nie wskazywało, że zrobi się tak nerwowo. Meksykanie z Armada zaprezentowali intensywny śmierć metalowy set na który złożyły się kawałki z dema "We Were Born to Die" (2012). Widać że chłopaki lubią grać na scenie (i przy okazji łoić browary), zresztą odniosłem wrażenie, że zbratali się z polską widownią. Ich półgodzinny koncert został ciepło przyjęty przez widownię, może dlatego, że metalowcy z Ameryki Łacińskiej potrafią być szaleni. Problemy zaczęły się przy koncercie black metalowego Nebiros z Berlina. Słyszałem ongiś ich bluźnierczy black metalowy rzyg w hołdzie old-schoolowej prymitywnej szkole black metalu a la Beherit "Kurwa Satana" (2008), zatem chciałem zobaczyć ich na żywo. Nebiros zagrali pięć kawałków, ich potrwał może ze 20 minut i przerwali granie... choć widownia domagała się kontynuowania koncertu. Mnie też się on podobał, zatem niedosyt pozostał spory. Jeszcze większe kpiny miały miejsce z koncertem Czechów z Panychida. Honza ongiś podesłał mi ich najnowszy materiał "Grief for an Idol" (2014), płytka mi się spodobała, więc nadarzyła się idealna okazja zobaczenia Czechów z Plzeň na żywo. Co ciekawe, kiedy Panychida zaczęli grać pod sceną pojawił się pewien osobnik, który gestami nakazywał im, żeby przestali. Nie wiem jaka była jego rola w organizacji tego koncertu, ale co to kurwa ma być? Owszem, koncert był znacznie opóźniony, ale nie może być tak, że zespołom przerywa się w graniu, tym bardziej że ich rolą jest zaprezentowanie muzyki na żywo. Muzycy Panychida schodząc ze sceny po 15 minutach grania (zagrali zaledwie trzy kawałki!) byli autentycznie wkurwieni. Rozmawiałem potem krótko z ich wokalistą, który powiedział mi, że nie po to jechali setki kilometrów, żeby zagrać w Poznaniu trzy numery, a 19 września w Chorzowie bez problemu odegrali cały set składający się z 10 kawałków. Ba, podobno chciano, żeby ich koncert w ogóle został anulowany. Moja teoria jest taka: albo zespoły miały jakiś napięty grafik godzinowy i musiały się wyrobić w czasie albo po prostu pewne osoby próbowały ratować sytuację związaną z opóźnieniami chcąc by Arkona grała jak najdłużej (jako kapela najbardziej znana z tej trasy). Co i tak nie zostało spełnione, bo rodzima pagan black metalowa Arkona także zagrała z pięć numerów, w tym "Epidemia rozczarowania i nędza duchowa" oraz "Przyszły zdrajca chrześcijańskiej masy". Zdaję sobie sprawę, że Arkona daje świetne, pełne jadu i podniosłości koncerty, więc po ich króciutkim gigu opuszczałem salę ze sporym poczuciem niedosytu. Nadto w trakcie ich gigu doszło do przejawów agresji, których szkoda mi w ogóle komentować. Jako ostatni mieli zagrać black metalowcy z czeskiego Inferno... i w ogóle nie zagrali. Kpiny jakieś. Koncert w Poznaniu został zarżnięty przez opóźnienia i błędy organizacyjne. Oby taka sytuacja już się więcej w Bazylu nie powtórzyła.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































