Tak naprawdę na Sepulturze postawiłem krzyżyk w momencie ukazania się "Roots" (1996), jeszcze z Maksem Cavalerą na wokalu. Nie mogłem się do tej płyty przełamać z racji nadmiernego przesycenia jej elementami nu-metalu i plemiennymi eksperymentami. Ostatnią płytą na której Sepultura jeszcze mnie przekonywała była "Chaos A.D." (1994). Nadto nie mogę zapomnieć chwil gdy katowałem na kasetach magnetofonowych takie death thrashowe monstra Sepultury jak "Arise" (1991) czy "Beneath the Remains" (1989) z naciskiem na tą pierwszą (do "Arise" mam zresztą największy sentyment!). Po "Roots" jak wiadomo skład Sepultury opuścił Max Cavalera, który poświęcił się tworzeniu w swoim nu-metalowym zespole Soulfly (a potem w Cavalera Conspiracy wraz z bratem Igorem), a jego miejsce zajął Amerykanin Derrick Green. Praktycznie od momentu premiery "Against" przestałem się interesować Sepulturą, choć wyrywkowo gdzieś tam w audycjach metalowych słyszałem jakieś nowe kawałki Sepultury z Greenem np. "Sepulnation" czy "Bottomed Out". Brazylijska Sepultura zaczęła odchodzić już od thrash death metalowej stylistyki na "Chaos A.D." - co było nieuchronne gdyż muzycy Sepultury (zwłaszcza gitarzysta Andreas Kisser i eks-perkusista Igor Cavalera) byli otwarci na hardcore, punk czy industrial metal a la Ministry. Niemniej nasycenie muzyki Sepultury plemiennymi eksperymentami, groove metalem, dęciakami czy śladowe ilości thrash metalu na kolejnych płytach Sepy z Derrickiem Greenem (np. na "Dante XXI") nie przemawiały do mnie. To już nie była stara dobra Sepultura z czasów "Chaos A.D.", "Beneath the Remains" bądź "Schizophrenia".
Traf jednak chciał że otrzymałem do ręki książkę Jasona Korolenko "Sepultura: Brazylijska furia" i przeczytałem ją dość błyskawicznie. Wpierw nadmienię, że nie miałem jeszcze okazji przeczytać "Krwawych korzeni" Maxa Cavalery (biografii założyciela i eks-wokalisty Sepultury, która ukazała się nakładem rodzimego wydawnictwa Kagra), także nie mam porównania. Blisko trzystu-stronicowa książka Jasona Korolenki obejmuje niemal trzydziestoletni okres istnienia Sepultury - od momentu powstania kapeli w 1984 roku w Belo Horizonte do mniej więcej wydania trzynastego longplaya studyjnego "The Mediator Between Head and Hands Must Be the Heart" (2013). Oczywiście najbardziej interesował mnie wątek odejścia Maxa Cavalery z Sepultury po nagraniu "Roots". Andreas Kisser, Paulo Jr. i Igor Cavalera twierdzą, że odejście Maxa z Sepy było nieuniknione, gdyż menadżerka zespołu i żona Maxa Gloria faworyzowała swojego męża traktując pozostałych muzyków jako tło. Interesujące były też podstawowe informacje Jasona Korolenki odnośnie eksplozji brazylijskiej sceny thrash/death metalowej w latach 80-tych. Wiadomo, jest to książka o Sepulturze, ale chciałbym nieco więcej barwnych nawiązań do takich kapel jak Sarcofago, Vulcano, Mutilator czy Overdose. Jednak muszę przyznać, że "Brazylijską furię" czyta się dobrze, choć momentami autor zdaje się prześlizgiwać po co bardziej kontrowersyjnych wątkach. Omówione zostają wszystkie większe trasy koncertowe Sepultury i wszelkie roszady personalne, każdy z dwunastu (poza ostatnim) studyjnych longplayów Sepultury zostaje zrecenzowany (forma: analiza danego kawałka pod kątem techniki wykonania i warstwy lirycznej). Widać że Korolenko jest ogromnym fanem legendy brazylijskiego metalu, by nie rzec fan boyem. Bądźmy jednak poważni. Żadna z płyt nagranych z Derrickiem Greenem w latach 1998-2013 nie dorasta do pięt "Arise" czy "Beneath the Remains" z Maxem Cavalerą na wokalu. Jeśli chodzi o spór na linii Gloria i Max Cavalera a reszta zespołu (Max będący bratem Igora nie odzywał się do niego przez 10 lat!) to został on przez Autora potraktowany na szczęście raczej bezstronnie, bez wyraźnego opowiadania się za jedną z dwóch racji. Mnie się jednak wydaje, że związek i ślub założyciela i frontmana Sepultury z menadżerką zespołu musiał doprowadzić do nieuchronnego rozłamu, który nastąpił 16 grudnia 1996 roku w Londynie. Książkę warto przeczytać, zwłaszcza gdy jest się fanem Sepultury. Można się zżymać na obecną twórczość zespołu czy dla wielu wciąż niestrawne wokale Derricka Greena, ale "Brazylijska furia" skłoniła mnie do ponownego sięgnięcia po płyty Sepultury - zespołu kontrowersyjnego, acz uparcie, bez oglądania się na wpływy i opinie innych tworzącego to co chcą. Właśnie daję szansę "Roorback" (2003), potem przyjdzie czas na kolejne albumy Sepy z Derrickiem Greenem na wokalu. Dwa kciuki w górę za sporo ciekawych archiwalnych zdjęć na końcu książki.
czwartek, 11 grudnia 2014
niedziela, 7 grudnia 2014
Ahí Va el Diablo/ Here Comes the Devil (2012) - recenzja
Hiszpan Adrián García Bogliano jest mniej więcej w moim wieku, a już ma na swoim koncie kilka dobrze przyjętych przez koneserów gatunku horrorów. Tak naprawdę po raz pierwszy zetknąłem się z jego kinem przed czterema laty oglądając brutalny film rape and revenge "I'll Never Die Alone" (2008). Już wtedy byłem pewien, że mam do czynienia z obiecującym reżyserem, który nie waha się szokować okrucieństwem i umie w swoich horrorach przyłożyć kiedy trzeba. "Here Comes the Devil" jest obrazem znacznie spokojniejszym i subtelniejszym od "I'll Never Die Alone", ale co najmniej dwie sceny w nim zawarte mogą spowodować opad szczęki. Facet po prostu realizuje mocne i nihilistyczne kino nawiązujące do filmów grozy i eksploatacji z lat 70-tych i 80-tych.
Felix i Sol udają się wraz z dwójką dzieci na wakacyjny wyjazd w okolice Tijuany. Jak widać Bogliano tym razem przenosi akcję "Here Comes the Devil" z Argentyny (gdzie wcześniej zwykł reżyserować horrory) do Meksyku. W każdym razie gdy Felix i Sol zatrzymują się na postoju ich dzieci (syn Adolfo i nieco starsza córka Sara) postanawiają udać się na pobliskie kamieniste wzgórze. Kiedy dzieci długo nie wracają ojciec i matka spędzają nerwową noc w motelu. Nazajutrz ich potomstwo zostaje odnalezione całe i zdrowe, acz w stanie lekkiego szoku. W ciągu następnych dni okazuje się, że zachowanie dzieci zmieniło się - stało się dziwaczne i niepokojące. Rodzice podejrzewają, że Sara i Adolfo mogły paść ofiarami napaści seksualnej. Dokonują bestialskiej zemsty na potencjalnym sprawcy, odludku imieniem Lucio. Lecz w rzeczywistości syna i córkę Felixa i Sol spotkało tam na wzgórzu coś znacznie gorszego.
Złowieszczy horror Adriána García Bogliano stanowi hołd przede wszystkim dla słynnego dreszczowca Petera Weira "Piknik pod Wiszącą Skałą" (1975), w którym do zagadkowych zniknięć uczennic dochodzi na Ayres Rock w Australii. Można też znaleźć w "Here Comes the Devil" odniesienia do "Istoty" (1982), "Nie oglądaj się teraz" (1973), a także włoskiego i hiszpańskiego kina grozy z lat 70-tych. Bogliano nie byłby sobą, gdyby nie okrasił filmu sporą dawką erotyki i dwiema scenami makabry. Zwłaszcza bezlitosne morderstwo Lucio ocieka krwią i cierpieniem. Także początek (tuż po otwierającej scenie lesbijskiego seksu) jest brutalny jak diabli. Postaci Felixa i Sol są dobrze zarysowane - można się wręcz identyfikować z ich przeżywaną traumą. Podoba mi się w "Ahí Va el Diablo" powoli, acz systematycznie narastająca atmosfera grozy i niesamowitości, która sprawia, że film ogląda się z wielkim zainteresowaniem. Bogliano po raz wtóry zaskakuje. Będę z uwagą śledził jego dalsze gatunkowe poczynania.
Felix i Sol udają się wraz z dwójką dzieci na wakacyjny wyjazd w okolice Tijuany. Jak widać Bogliano tym razem przenosi akcję "Here Comes the Devil" z Argentyny (gdzie wcześniej zwykł reżyserować horrory) do Meksyku. W każdym razie gdy Felix i Sol zatrzymują się na postoju ich dzieci (syn Adolfo i nieco starsza córka Sara) postanawiają udać się na pobliskie kamieniste wzgórze. Kiedy dzieci długo nie wracają ojciec i matka spędzają nerwową noc w motelu. Nazajutrz ich potomstwo zostaje odnalezione całe i zdrowe, acz w stanie lekkiego szoku. W ciągu następnych dni okazuje się, że zachowanie dzieci zmieniło się - stało się dziwaczne i niepokojące. Rodzice podejrzewają, że Sara i Adolfo mogły paść ofiarami napaści seksualnej. Dokonują bestialskiej zemsty na potencjalnym sprawcy, odludku imieniem Lucio. Lecz w rzeczywistości syna i córkę Felixa i Sol spotkało tam na wzgórzu coś znacznie gorszego.
Złowieszczy horror Adriána García Bogliano stanowi hołd przede wszystkim dla słynnego dreszczowca Petera Weira "Piknik pod Wiszącą Skałą" (1975), w którym do zagadkowych zniknięć uczennic dochodzi na Ayres Rock w Australii. Można też znaleźć w "Here Comes the Devil" odniesienia do "Istoty" (1982), "Nie oglądaj się teraz" (1973), a także włoskiego i hiszpańskiego kina grozy z lat 70-tych. Bogliano nie byłby sobą, gdyby nie okrasił filmu sporą dawką erotyki i dwiema scenami makabry. Zwłaszcza bezlitosne morderstwo Lucio ocieka krwią i cierpieniem. Także początek (tuż po otwierającej scenie lesbijskiego seksu) jest brutalny jak diabli. Postaci Felixa i Sol są dobrze zarysowane - można się wręcz identyfikować z ich przeżywaną traumą. Podoba mi się w "Ahí Va el Diablo" powoli, acz systematycznie narastająca atmosfera grozy i niesamowitości, która sprawia, że film ogląda się z wielkim zainteresowaniem. Bogliano po raz wtóry zaskakuje. Będę z uwagą śledził jego dalsze gatunkowe poczynania.
piątek, 5 grudnia 2014
Schalcken the Painter (1979) i Occhi di Cristallo/ Eyes of Crystal (2004) - recenzje
"Schalcken the Painter" (1979) - Telewizyjna adaptacja krótkiego opowiadania autora "Carmilli" Sheridana Le Fanu z 1839 roku "Strange Event in the Life of Schalcken the Painter" o sławnym malarzu-portreciście Gotfriedzie Schalckenie (1647-1706), studencie Gerrita Dou (1613-1675), którego nawiedza zjawa kobiety - mężczyzna ongiś ją kochał, ale opuścił.
Film utrzymany w stylu fabularyzowanego dokumentu przedstawia historię kryjącą się za pewnym obrazem Schalckena - na lewo kobieta uśmiecha się zapraszająco niczym sukub, za nią stoi Schalcken dobywający miecza, niżej po prawej u dołu kobiety nieokreślona obecność. Przerażająca wizja utraconej miłości będąca dla malarza źródłem niewysłowionej udręki. Schalcken pozbył się Rose godząc się na jej ślub ze starym i pomarszczonym Vanderhausenem. Poświęcił dziewczynę dla pieniędzy i kosztowności.
Ponura i gotycka historia o bardzo nieśpiesznym tempie akcji. Doskonałe odwzorowanie realiów epoki plus zakończenie, które potrafi lekko zmrozić krew w żyłach. Film wyjątkowo malarski, przesycony gęstym aksamitnym mrokiem, niepokojący.
"Occhi di Cristallo/ Eyes of Crystal (2004)" - Niemałe zaskoczenie, bo mroczny thriller Erosa Pulgielli to najlepsze giallo od czasu "Sleepless" (2001) Dario Argento. Zmagający się z przeszłą traumą inspektor Giacomo Amaldi (Luigi Lo Cascio) prowadzi śledztwo w sprawie potrójnego morderstwa dokonanego przy opuszczonej morskiej przystani. Gdy dochodzi do kolejnych morderstw twardy policjant szybko zaczyna kojarzyć fakty: zabójca wycina ofierze daną część ciała i zastępuje ją odpowiadającą częścią wiktoriańskiej lalki. Odpowiedź na to kim jest sprawca być może zna przykuty do szpitalnego łóżka i umierający na guza mózgu przyjaciel Giacomo Ajaccio (Simon Andreu). Amaldi usiłuje jednocześnie ustalić tożsamość tajemniczego stalkera Giuditty (hiszpańska aktorka Lucia Jiménez), pięknej studentki antropologii.
Już początkowa scena potrójnego morderstwa zaskakuje brutalnością. Ginie zastrzelona kochająca się na polu młoda para, a także masturbujący się starszy mężczyzna. Morderca zostawia na miejscu zbrodni enigmatyczne ślady m.in. żywicę. Wówczas Giacomo powoli utwierdza się w przekonaniu, że morderca może być profesjonalnym taksydermistą - w dodatku zamiłowanym w łacińskich formułach alchemicznych. Stąd też niechybnie musi się pojawić stara dewiza alchemików i różokrzyżowców V.I.T.R.I.O.L, czyli "Visita Interiora Terrae, Rectificandoque, Invenies Occultum Lapidem" - "Odwiedź wnętrze ziemi, przez oczyszczenie odnajdziesz kamień tajemny". Doskonała wiodąca rola Luigi Lo Cascio - wykreowana przez niego postać inspektora-samotnika o wybuchowym charakterze zapada w pamięć. Konkludując, "Eyes of Crystal" to stylowe i wzorcowo operujące światłem i cieniem giallo, które trzyma w napięciu i potrafi zaszokować efektownymi scenami morderstw. Ciekawa jest też ścieżka dźwiękowa Franeseca Genera łącząca wpływy celtyckie z delikatnym sopranem. Na minus łatwa do przewidzenia identyfikacja sprawcy serii groteskowych morderstw i rozczarowujące zakończenie. Mimo wszystko "Occhi di Cristallo" (2004) Erosa Pulgielli polecam fanom włoskiego kina grozy i wielbicielom filmografii Dario Argento.
czwartek, 4 grudnia 2014
Furia "Nocel" (2014) - recenzja
Co prawda czwarta płyta studyjna katowickiej Furii "Nocel" ukazała się już jakiś czas temu (konkretnie 16 października 2014 roku) za pośrednictwem Pagan Records i jestem trochę opóźniony z jej recenzją, ale z drugiej strony nic mnie nie goni. Nie zamierzam się szczycić mianem dziennikarza muzycznego czy znawcy tematu. Niemniej czuję wewnętrzną potrzebę pisania o materiałach muzycznych, które przypadną mi do gustu, a jeśli komuś owa pisanina przypadnie do gustu i posłucha danego zespołu to będzie mi miło. Na brązowawo-zielonej okładce "Nocel" cztery otoczone drzewami betonowe kolumny... zastanawia mnie gdzie jest to miejsce. Pierwsze (być może mylne) skojarzenie to fragment opuszczonych zabudowań huty Kościuszko w Chorzowie. W końcu to właśnie w Chorzowie mieści się studio nagraniowe Nihila Czyściec.
Każdy kto choć trochę zagłębi się w warstwę liryczną Furii szybko zorientuje się, że w lirykach Nihila sporo jest nawiązań do wiary Słowian, kultu natury oraz symboliki drzew. Weźmy np. "Nocel" - tytuł płyty nawiązuje do Nocy Kupały, sobótki, przesilenia letniego 21-22 czerwca - najkrótszej nocy, a po niej najdłuższego dnia. "Koło Jana, koło Jana, Tam dziewczęta się schodziły, Sobie ogień nałożyły, Tam ich północ ciemna naszła. Nocel mała, kopiel moja Nocel mała, kopiel moja" - Pieśń o Janie Sobótkowym. Magiczna noc rozpalonych ognisk w trakcie której m.in. tańczono i toczono płonące koła. Słówko "utopielec" w "Opętańcu" kojarzy mi się ze zlepkiem "topielca" i "utopca", słowiańskiego złośliwego demona topiącego ludzi. Z kolei w kryminalistyce "krępulec" ("Zamawianie drugie") służy do zadzierzgnięcia samobójczej pętli na szyi. Używa się jako krępulca kija, który wkłada się w zamkniętą pętlę, po czym okręca, a wtedy pętla na gardle się zaciska. I nie można ulec. Bo po co ulegać spętaniu black metalową konwencją? Natomiast zianie metanem w "My bełkoczą" zapewne wiąże się z górnośląskimi kopalniami węgla kamiennego oraz z pokładami metanu w syberyjskich zmarzlinach i głębinach Oceanu Arktycznego.
Na "Nocel" nie brakuje fragmentów finezyjnego eksperymentowania z black metalową materią - dla przykładu spokojny i hipnotyczny fragment w galopującym "Ptaki idą" czy 13-minutowy kolos "Niezwykła nieludzka nieprzyzwoitość", w którym oprócz maniakalnych wokali Nihila możemy usłyszeć jego czysty, pełen zadumy i posępny głos. Przekornie muszę przyznać, że ów kawałek jest nieludzko i nieprzyzwoicie transowy w porównaniu chociażby do skocznego, melodyjnego i black'n'rollowego "Zamawiania drugiego". Zresztą kontrast, schizofreniczna gra słów i wielość emocji obecne były w muzyce Furii od początków istnienia kapeli. Po "Niezwykłej nieludzkiej nieprzyzwoitości" nadciąga "Nigdy i nigdzie" ze spokojnym, trochę rozwlekłym i niepokojącym początkiem przeradzającym się w utrzymany w umiarkowanym tempie taniec pogrzebowy. W "My bełkoczą" znowuż pojawiają się czyste partie wokale Nihila... ależ ten utwór fajnie buja, oblepia słuchacza bełkotliwą ekscentrycznością, by pod koniec wyrzygać zalegającą w żołądku agresję. "Beze mnie" to natomiast skoczne black metalowe rwanie do przodu - w stylu "Opętańca" czy "Zamawianie drugie". Wreszcie zapada "Ogromna noc", olśniewająca i opętańcza, w której hulanka i spokój współegzystują ze sobą... w nicości. Świetne zwieńczenie niezwykłego krążka jakim jest "Nocel". Black metalowo-necro folklorystycznego ulepca!
EDIT: Moja znajoma z Rudy Śląskiej powiedziała mi gdzie zostało zrobione zdjęcie okładki "Nocel". To fragment Międzynarodowych Targów Katowickich MTK w Katowicach. 28 stycznia 2006 roku w trakcie trwania wystawy gołębi pocztowych zawalił się jej dach. W wyniku katastrofy budowlanej zginęło 65 osób, a ponad 170 odniosło rany. Zobaczcie sami. Pozostały jeszcze słupy - niemi świadkowie tragedii sprzed lat.
http://www.panoramio.com/photo/5412067
https://www.google.pl/maps/place/BEST+WESTERN+PREMIER+Hotel+Forum+Katowice/@50.290062,19.004738,3a,75y,90t/data=!3m5!1e2!3m3!1s35821391!2e1!3e10!4m2!3m1!1s0x4716d1fbac00680b:0x57c1a33c551eaf50?hl=en
Bakterion (1982) - recenzja
"Bakterion" w reżyserii Tonino Ricci przez lata umykał mojej uwadze mimo że grają w nim aktorzy zapewne dobrze znani wielbicielom włoskiego horroru, a mianowicie David Warbeck (pamiętna rola w "The Beyond"/ "Hotelu siedmiu bram" Lucio Fulci'ego, 1981 rok) czy urocza blondynka Janet Agren (np. film kanibalistyczny Umberto Lenzi'ego "Eaten Alive!"/ "Zjedzeni żywcem" z 1980 roku). Ilekroć natrafiałem w sieci na recenzje "Bakterion" film zbierał niezłe cięgi. Owszem, jest to produkcja pod wieloma względami dość słaba, by nie rzec głupiutka, ale wielbiciele kiczowatego horroru powinni się nieźle bawić.
W korporacji Chemi-Cal przeprowadzane są przerażające eksperymenty na szczurach, dzięki którym gryzonie atakują się wzajemnie. To jednak nie jest najgorsze. Profesor Adams pod wpływem eksperymentu mającego na celu odkrycie nowej szczepionki zaczyna mutować i zamienia się w żądne krwi toksyczne monstrum. Owładnięty żądzą mordu stwór ucieka z budynku. Wpierw ofiarami mutanta pada młoda para kochająca się w samochodzie. Na miejscu zbrodni pojawia się sierżant O'Brien, który zaczyna prowadzić śledztwo wspólnie z agentem rządu Kapitanem Kirkiem (David Warbeck). Kirkowi pomaga także naukowiec Jane Blake (Janet Agren). Tymczasem mutant zabija kolejną ofiarę: biorącą prysznic kobietę, po czym na miejscu zbrodni pozostawia ślady zielonej substancji. Wygląda na to, że istnieje powiązanie między wypadkiem w laboratorium korporacji, morderstwami a tajemniczym zniknięciem profesora, który kryje się w kanałach. Miejscem następnego ataku toksycznego stwora staje się kino. Wystarczy tylko rozerwać płachtę kinowego ekranu i znowu dopaść młodą kobietę, której chłopak wyszedł na chwilę, by kupić wybrance loda. Okazuje się, że profesor Adams pracował nad zabójczym wirusem i nie chcący się zainfekował. W związku z tym armia dokonuje przymusowej kwarantanny brytyjskiego miasteczka Newton, w którym toczy się akcja filmu. Tajny wojskowy Plan Q ma na celu prewencyjne wymazanie miasta z mapy, chyba że kryjący się w kanałach mutant zostanie zabity albo zostanie opracowana skuteczna szczepionka. Tymczasem stwór zabija kolejne ofiary: księdza (nabijając go na świecznik!), pijaczka i Pana Miltona, szefa Chemi-Cal. Wówczas Kirk, O'Brien i Jane Blake postanawiają zejść do kanałów i odnaleźć Profesora. Czy uda im się powstrzymać nadciągającą destrukcję miasta?
Nonsensowny monster movie pełen logicznych dziur, acz dość zabawny i pocieszny. Sytuacja z wojskiem blokującym miasteczko i przejmującym nad nim kontrolę jest ewidentnie zapożyczona z horroru George'a A. Romero z 1973 roku "The Crazies". Czemu armia nie szuka Addamsa, choć powinna? Czemu nie cofa planu Q gdy się okazuje, że wirus nie jest zaraźliwy? Na te pytania film nie odpowiada. Z drugiej strony przyzwyczaiłem się już do odrealnienia kina grozy - po prostu przymykam oko na absurdy fabularne i chcę się po prostu dobrze bawić w trakcie seansu. Szczypta nagości i golizny, zabawna scena ataku w kinie, make-up monstrum i efekty specjalne autorstwa Rino Carboni przyzwoite, ale bez rewelacji (rzut okiem na jego filmografię na IMDb pokazuje że współpracował z Frederico Fellinim przy "Mieście kobiet", "Casanovie" czy "Satyriconie"). Zmarły w marcu 2014 roku Tonino Ricci zrealizował m.in. w 1971 roku giallo "Cross Current". Warbeck w trakcie wywiadu określił "Bakterion" mianem "Sewer Zombies". Nie pomylił się zbytnio. Gdyby jeszcze Ricci i jego scenarzyści wtłoczyli w "Bakterion" zastrzyk werwy i entuzjazmu a la "Nightmare City" (1980) byłoby o wiele milej.
W korporacji Chemi-Cal przeprowadzane są przerażające eksperymenty na szczurach, dzięki którym gryzonie atakują się wzajemnie. To jednak nie jest najgorsze. Profesor Adams pod wpływem eksperymentu mającego na celu odkrycie nowej szczepionki zaczyna mutować i zamienia się w żądne krwi toksyczne monstrum. Owładnięty żądzą mordu stwór ucieka z budynku. Wpierw ofiarami mutanta pada młoda para kochająca się w samochodzie. Na miejscu zbrodni pojawia się sierżant O'Brien, który zaczyna prowadzić śledztwo wspólnie z agentem rządu Kapitanem Kirkiem (David Warbeck). Kirkowi pomaga także naukowiec Jane Blake (Janet Agren). Tymczasem mutant zabija kolejną ofiarę: biorącą prysznic kobietę, po czym na miejscu zbrodni pozostawia ślady zielonej substancji. Wygląda na to, że istnieje powiązanie między wypadkiem w laboratorium korporacji, morderstwami a tajemniczym zniknięciem profesora, który kryje się w kanałach. Miejscem następnego ataku toksycznego stwora staje się kino. Wystarczy tylko rozerwać płachtę kinowego ekranu i znowu dopaść młodą kobietę, której chłopak wyszedł na chwilę, by kupić wybrance loda. Okazuje się, że profesor Adams pracował nad zabójczym wirusem i nie chcący się zainfekował. W związku z tym armia dokonuje przymusowej kwarantanny brytyjskiego miasteczka Newton, w którym toczy się akcja filmu. Tajny wojskowy Plan Q ma na celu prewencyjne wymazanie miasta z mapy, chyba że kryjący się w kanałach mutant zostanie zabity albo zostanie opracowana skuteczna szczepionka. Tymczasem stwór zabija kolejne ofiary: księdza (nabijając go na świecznik!), pijaczka i Pana Miltona, szefa Chemi-Cal. Wówczas Kirk, O'Brien i Jane Blake postanawiają zejść do kanałów i odnaleźć Profesora. Czy uda im się powstrzymać nadciągającą destrukcję miasta?
Nonsensowny monster movie pełen logicznych dziur, acz dość zabawny i pocieszny. Sytuacja z wojskiem blokującym miasteczko i przejmującym nad nim kontrolę jest ewidentnie zapożyczona z horroru George'a A. Romero z 1973 roku "The Crazies". Czemu armia nie szuka Addamsa, choć powinna? Czemu nie cofa planu Q gdy się okazuje, że wirus nie jest zaraźliwy? Na te pytania film nie odpowiada. Z drugiej strony przyzwyczaiłem się już do odrealnienia kina grozy - po prostu przymykam oko na absurdy fabularne i chcę się po prostu dobrze bawić w trakcie seansu. Szczypta nagości i golizny, zabawna scena ataku w kinie, make-up monstrum i efekty specjalne autorstwa Rino Carboni przyzwoite, ale bez rewelacji (rzut okiem na jego filmografię na IMDb pokazuje że współpracował z Frederico Fellinim przy "Mieście kobiet", "Casanovie" czy "Satyriconie"). Zmarły w marcu 2014 roku Tonino Ricci zrealizował m.in. w 1971 roku giallo "Cross Current". Warbeck w trakcie wywiadu określił "Bakterion" mianem "Sewer Zombies". Nie pomylił się zbytnio. Gdyby jeszcze Ricci i jego scenarzyści wtłoczyli w "Bakterion" zastrzyk werwy i entuzjazmu a la "Nightmare City" (1980) byłoby o wiele milej.
środa, 3 grudnia 2014
Organ (1996) - recenzja
Każdy szanujący się fan cyberpunka na pewno widział słynny film "Testuo: The Iron Man" (1989) Shinya Tsukamoto, a także jego sequel nakręcony trzy lata później. W "Tetsuo" wiodącą rolę kobiecą zagrała Kei Fujiwara, reżyserka "Organ". I już mniej więcej wiadomo czego się po jej debiucie reżyserskim spodziewać. Frenetycznego body horroru w stylu Davida Cronenberga (zresztą jedna z postaci zaludniających fabułę bezpośrednio odwołuje się do "The Fly" Kanadyjczyka) przesyconego dużą dawką gore i nieobliczalnego w wylewającym się niemal z każdego kadru szaleństwie. Wielu recenzentów narzekało, że fabuła "Organ" nie ma sensu. Faktycznie w surrealistycznym horrorze Kei Fujiwary roi się od pobocznych wątków, które wymagają nie lada skupienia w trakcie seansu. Oficer tokijskiej policji Tosaka pada ofiarą gangu Yakuza trudniącego się handlem ludzkimi organami. Brat gliniarza imieniem Numata odkrywa, że gangowi przewodzi Yoko (Kei Fujiwara). Kolejny wątek filmu dotyczy Seaki, nauczyciela biologii i brata Yoko, który przeprowadza eksperymenty na reanimowanym, pozbawionym członków 'martwym' policjancie korzystając z krwi zamordowanych uczennic.
Rzeczywiście w dziwacznej fabule "Organ" trudno się za pierwszym razem połapać, film domaga się wręcz kolejnych obejrzeń. W trakcie pierwszej godziny seansu "Organ" niejednokrotnie byłem zdziwiony rozwojem nielinearnej fabuły i próbowałem nadążyć za jej pobocznymi wątkami. Z drugiej strony zamysłem reżyserki filmu było najwyraźniej zrezygnowanie ze zrozumiałej narracji na rzecz tematycznej niezależności. Mimo wszystko w przypadku "Organ" mamy do czynienia z abstrakcyjnym koszmarem ubranym w szaty cielesnego horroru. Muszę przyznać, że zarówno make-up, jak i efekty gore są świetnie wykonane. Przypadła mi także do gustu industrialno-elektroniczna ścieżka dźwiękowa "Organ". Ponadto film jest przesycony ziarnistą czerwienią i zielenią, obecną chociażby w laboratorium biologa Seaki. Reżyserka używa też sepii w trakcie raczej nieprzyjemnych scen w których wyrodna matka znęca się nad synem i córką w odwecie za niewierność męża. Ciekawostką jest postać Yoko, dominującej szefowej gangu - jak wiadomo w filmach pinku eiga/Roman Porno to mężczyzna dominuje (psychicznie i seksualnie) nad kobietą. Tutaj to kobieta rządzi i wydaje polecenia. W japońskich horrorach często akcentowany jest rozkład społeczeństwa, w tym rozpad wszelkich więzi międzyludzkich, a co za tym idzie pogłębiająca się izolacja. Debiut reżyserski Kei Fujiwary także nawiązuje do tej tematyki. Liczne efekty gore obejmują amputacje, dużo tryskającej ropy i innych fluidów, wycinanie organów, okaleczania i inne krwawe atrakcje. W 2005 roku Kei Fujiwara powróciła do surrealistycznego horroru i estetyki gore realizując "Ido".
wtorek, 2 grudnia 2014
Swans w Eskulapie, 01.12.2014 roku (fotorelacja)
Kiedy dowiedziałem się, że Swans mają grać bardzo blisko mojego miejsca zamieszkania nie mogłem tego koncertu tak po prostu odpuścić. Miałem w świadomości pamiętny koncert Łabędzi z 16 marca 2013 roku, który odbył się w warszawskiej Stodole - bilet wstępu kosztował wówczas 100 zł, na wczorajszy gig 75 zł. Skąd taka różnica? Nieważne. Michael Gira z zespołem wystąpił w tym roku na krakowskim Unsound; trasa promująca najnowszy album Łabędzi "To Be Kind" (2014) objęła trzy polskie miasta: wczoraj Poznań, dzisiaj Gdańsk, zwieńczenie trasy w Warszawie. Co znamienne, Michael Gira będąc już po sześćdziesiątce znajduje się obecnie w jednym z najpłodniejszych twórczo okresów w swojej niesamowicie bogatej i zróżnicowanej muzycznej karierze. Wcale się nie zdziwię, gdy w 2015 roku wyjdzie kolejny album Swans i zespół wróci na polską ziemię, by zagrać koncerty. W końcu grają u nas w miarę regularnie.
Tym razem obyło się bez żadnego supportu. No i dobrze, mam tylko jedno ale. Skoro na bilecie napisane było godzina 20 to czemu Łabędzie zaczęły grać dopiero po 21. Tak długie czekanie pod sceną na Swans (w klubie byłem już przed dwudziestą) było trochę frustrujące. W przypadku koncertu Łabędzi daje się odczuć wymiar fizjologiczny ich muzyki. Eksplozje hałasu w wykonaniu Swans i wibracje im towarzyszące odczuwa się na całym ciele. Niektórzy świadomi tego fani kapeli przynoszą ze sobą zatyczki do uszu, ale dla mnie takie podejście mija się celem. Hałaśliwa i organiczna muzyka Łabędzi ma za zadanie wbijać słuchaczy w ziemię, doprowadzać ich do stanu ekstatycznego transu, przenikać umysł i zmusić ciało do drżenia. Te pulsujące, częstokroć bardzo długie i rozbudowane kompozycje brzmią niczym trzęsienia ziemi i nadchodzące krótko po nich wstrząsy wtórne. Michael Gira, kapitan okrętu flagowego Swans od ponad trzydziestu lat nadal jest w znakomitej formie koncertowej. Tańczył na scenie, przewracał się na podłogę, drżał, policzkował się po twarzy, a jego głos chwilami brzmiał niczym skomlenie z piekielnych otchłani. Z lewej strony pozbawiony koszuli długowłosy Thor Harris wyżywał się na dzwonach rurowych i klarnecie. Wysunięty na przód Christopher Hahn żując coś nieprzerwanie w skupieniu grał na gitarze lap steel. Co rusz zerkał jednak w stronę widowni. Po prawej stronie sceny znajdowali się basista Chris Pravdica oraz gitarzysta Norman Westberg (obecny w Swans niemal od początku istnienia zespołu), a w tyle zasiadł za perkusją Phil Puleo.
Koncert Łabędzi był bardzo długi (trwał ponad dwie godziny), bezkompromisowy i intensywny, pełen napięcia i uwalniania emocji w formie eksplozji nieobliczalnego hałasu. Poleciało bodaj siedem długich i rozbudowanych kompozycji. Set-lista przedstawia się następująco:
1) "Intro"/"Bang a Gong"
2) "Frankie M"
3) "A Little God in My Hands"
4) "The Cloud of Unknowing"
5) "Just a Little Boy (For Chester Burnett)"
6) "I Forget"
7) "Bring the Sun"/ "Black Hole Men"
Wrzucam większość zdjęć, które zrobiłem wczorajszego wieczoru.
poniedziałek, 1 grudnia 2014
Thanatomorphose (2012) - recenzja
Wciąż potrafi mnie zaskakiwać upór niektórych filmowców kina grozy, jeśli chodzi o próby szokowania. Choć współczesna horrorowa ekstrema trochę mi się już przejadła od czasu do czasu sięgam po bardziej transgresywne kino grozy. Pomocne bywają też rekomendacje znajomych, którzy oglądają brutalne kino gore. Tytułowej tanatomorfozie (połączenie Thanatosa i metamorfozy w zgrabną całość, innymi słowy widoczne oznaki rozkładu organizmu spowodowane przez śmierć) poddana zostaje główna bohaterka filmu: młoda dziewczyna (Kayden Rose), która bezskutecznie próbuje swoich sił na rynku pracy i usług jako rzeźbiarka. Jej wulgarny i arogancki chłopak w ogóle jej nie wspiera: chodzi mu tylko o seks. Tanatomorfoza rozpoczyna się od wykrycia przez nią na skórze siniaków, które stopniowo przenoszą się na całe jej ciało i przemieniają w obrzydliwe ropiejące rany. Dziewczynie zaczynają wypadać paznokcie i włosy, a także łamią się kości. Infekcja trupiego rozkładu toczy jej ciało. Dziewczyna przestaje odczuwać. Gnicie. Obojętność. Pełzające po cielesnej powłoce larwy. Od czasu do czasu zabijanie tych co oczekiwali od niej tylko zaspokojenia chuci.
I taka jest w zasadzie dosyć miałka fabuła "Thanatomorphose" w reżyserii debiutanta Erica Falardeau. Praktycznie całość akcji filmu toczy się w mieszkaniu głównej bohaterki, co nasunęło mi na myśl "Wstręt" (1965) Romana Polańskiego. Można potraktować "Thanatomorphose" jako metaforę pustej i beznadziejnej egzystencji dziewczyny - rozkład jej ciała to nic innego jak świadomość położenia w którym się znalazła. Żałosne życie anonimowej niekochanej jednostki. Mężczyźni, którzy wykorzystują jej ciało także pozostają bezimienni. W filmie jest bardzo mało dialogów, a niektóre sceny banalnych czynności domowych w pierwszej połowie fabuły zaczęły mnie trochę nużyć. Mniej więcej druga połowa "Thanatomorphose" to jednak odrażający spektakl rozkładu z mocnymi efektami gore. Uwiąd fizyczny głównej bohaterki ma swoje źródło w akcie seksualnym. Dziewczyna wymiotuje lepkimi substancjami, traci paznokcie i włosy, a gdy się masturbuje jej bielizna i pościel nasiąkają krwią. Krew wycieka z dziury z tyłu jej głowy, zaczynają wypadać zęby i palce, które przechowuje w słojach. Kiedy jej kości ulegają złamaniom chwilowo pomocna okaże się taśma. W finale rozpad fizyczny jej ciała okaże się całkowity. Ale wcześniej dziewczyna zdąży zamordować dwie osoby.
Odważna rola Kaylen Rose, błaha fabuła, dojmująca klaustrofobia zamkniętej przestrzeni i znakomite efekty specjalne. Inne filmowe skojarzenia to: "Hellraiser II" (1988), "Aftermath" (1993) Nacho Cerdy, "Nekromantik" (1987), "Guinea Pig 5: Mermaid in the Manhole" (1988), w którym gnić zaczyna pewna odnaleziona w kanale przez artystę syrenka, a także (co chyba oczywiste) cielesne horrory Davida Cronenberga.
I taka jest w zasadzie dosyć miałka fabuła "Thanatomorphose" w reżyserii debiutanta Erica Falardeau. Praktycznie całość akcji filmu toczy się w mieszkaniu głównej bohaterki, co nasunęło mi na myśl "Wstręt" (1965) Romana Polańskiego. Można potraktować "Thanatomorphose" jako metaforę pustej i beznadziejnej egzystencji dziewczyny - rozkład jej ciała to nic innego jak świadomość położenia w którym się znalazła. Żałosne życie anonimowej niekochanej jednostki. Mężczyźni, którzy wykorzystują jej ciało także pozostają bezimienni. W filmie jest bardzo mało dialogów, a niektóre sceny banalnych czynności domowych w pierwszej połowie fabuły zaczęły mnie trochę nużyć. Mniej więcej druga połowa "Thanatomorphose" to jednak odrażający spektakl rozkładu z mocnymi efektami gore. Uwiąd fizyczny głównej bohaterki ma swoje źródło w akcie seksualnym. Dziewczyna wymiotuje lepkimi substancjami, traci paznokcie i włosy, a gdy się masturbuje jej bielizna i pościel nasiąkają krwią. Krew wycieka z dziury z tyłu jej głowy, zaczynają wypadać zęby i palce, które przechowuje w słojach. Kiedy jej kości ulegają złamaniom chwilowo pomocna okaże się taśma. W finale rozpad fizyczny jej ciała okaże się całkowity. Ale wcześniej dziewczyna zdąży zamordować dwie osoby.
Odważna rola Kaylen Rose, błaha fabuła, dojmująca klaustrofobia zamkniętej przestrzeni i znakomite efekty specjalne. Inne filmowe skojarzenia to: "Hellraiser II" (1988), "Aftermath" (1993) Nacho Cerdy, "Nekromantik" (1987), "Guinea Pig 5: Mermaid in the Manhole" (1988), w którym gnić zaczyna pewna odnaleziona w kanale przez artystę syrenka, a także (co chyba oczywiste) cielesne horrory Davida Cronenberga.
niedziela, 30 listopada 2014
La Casa Dalle Finestre Che Ridono/ The House with the Laughing Windows (1976) - recenzja
Opuszczony dom o śmiejących się oknach znajdujący się na skąpanej w słonecznych promieniach włoskiej prowincji. Krążą opowieści, że w jego pobliżu znikają ludzie. Przy odrobinie wysiłku związanego z kopaniem w pobliskiej ziemi można wydobyć na światło dzienne bielejące ludzkie kości. To w tym niszczejącym domostwie mieszkał ongiś Malarz Agonii Buono Legnani, dotknięty obłędem artysta obsesyjnie malujący martwych i umierających. Renowator sztuki Stefano (Lino Capolicchio) zostaje zatrudniony przez karłowatego Solmi (Bob Tonelli) do odrestaurowania fresku przedstawiającego mękę Świętego Sebastiana w lokalnym kościele znajdującym się w małej wiosce blisko Ferrara. Ów przerażający fresk autorstwa Legnaniego stanowi klucz do przerażającej tajemnicy z przeszłości, którą skrywa społeczność wioski. Antonio zabiera się do pracy. Zapoznaje wioskowego idiotę Lidio (Pietro Brambilla) i nawiązuje romans z nauczycielką, która ma zamiar opuścić wioskę. Przyjaciel Stefano, Dr. Antonio Mazza (Giulio Pizzirani) informuje restauratora, że odkrył mroczny sekret Malarza Agonii i mieszkańców wioski. Na krótko przed bezpośrednim spotkaniem z renowatorem Antonio umiera w tajemniczych okolicznościach. Policja zaprzestaje śledztwa orzekając samobójstwo. Wówczas Stefano sam zapragnie dotrzeć do prawdy. Nie ma dla niego miejsca w hotelu w którym dotąd przebywał, więc Lidio zabiera go do odosobnionej willi zamieszkiwanej tylko przez przykutą do łóżka starszą kobietę (Pina Borione). Szukając klucza do rozwiązania zagadki Stefano poznaje piękną Francescę (Francesca Marciano), substytut dotychczasowej nauczycielki, z którą zaczyna go łączyć intymny związek. Dziewczyna bez wahania wprowadza się do niego. Jednak dziwna i niepokojąca atmosfera domu w którym przyszło im zamieszkać zaczyna ich osaczać. Ktoś niszczy odrestaurowany fresk murarskim kwasem - wściekły Stefano postanawia opuścić wioskę wraz z Francescą. Lecz to pijany kierowca Coppola (Gianni Cavina) ujawni przed Stefano tajemniczy sekret domu o śmiejących się oknach. Sekret związany z szaleństwem Malarza Agonii, obecnością dwójki jego sióstr i namacalną psychozą strachu we wiosce.
"The House with the Laughing Windows" (1976) to horror perfekcyjny w każdym calu. Niezwykle sugestywny, atmosferyczny i niepokojący. Widziałem arcydzieło Pupi Avatiego trzykrotnie bądź czterokrotnie na przestrzeni lat (pierwszy seans w lipcu 2003 roku) i nadal nie mogę się nadziwić jak skutecznie ów skromny, by nie rzec staroświecki dreszczowiec potrafi zmrozić krew w żyłach. Atmosfera niepokoju i izolacji głównego bohatera zostaje wykreowana po mistrzowsku; Stefano absolutnie nigdzie nie może czuć się bezpiecznie. W "The House with the Laughing Windows" napięcie narasta powoli, acz z bezlitosną precyzją; niemal z każdego kadru zdaje się wyzierać coś nieokreślonego, budzącego grozę. Sprzyja temu genialna praca kamery - w sugestywnym horrorze Pupi Avatiego nie ma ani jednego zbędnego ujęcia. Całości dopełnia świetne aktorstwo oraz gęsta od niedopowiedzeń intryga. Niektórzy klasyfikują film Avatiego jako giallo, co nie jest do końca trafne. Owszem, mamy tutaj do czynienia z poszukiwaniem przez Stefano klucza do rozwiązania zagadki w odrealnionym, złowieszczym świecie, ale nie ma mordercy w czarnych rękawiczkach unicestwiającego swoje ofiary za pomocą brzytwy. "The House with the Laughing Windows" bliżej do "The Wicker Man" (1973) Robina Hardy'ego czy "Don't Look Now"/ "Nie oglądaj się teraz" (1973) Nicolasa Roega. W filmie nie brakuje także szokujących scen np. gwałtu dokonanego na Francesce przez wiejskiego głupka Lidio, niemniej nie ma tutaj mowy o nadmiernym epatowaniu brutalnością. Liczy się przede wszystkim przyczajona groza i złowieszcza atmosfera oraz detale za pomocą których Stefano usiłuje odkryć przerażający sekret wiejskiej społeczności. Do zapamiętania chociażby pełzające w lodówce ślimaki, odsłuch nagranego na taśmę głosu Buono Legnaniego czy zaskakujący finał. Uwielbiam "The House with the Laughing Windows" i zawsze będę chętnie wracał do tego filmu. Warto dodać, że "La Stanza Accanto" (1994) Fabrizio Laurentiego (do którego Pupi Avati napisał scenariusz) uchodzi za nieoficjalny sequel "Domu o śmiejących się oknach" - pewne podobieństwa fabularne są, aczkolwiek nader powierzchowne. Avati powrócił do horroru jeszcze dwukrotnie: w 1983 roku reżyserując intrygujący "Zeder", a potem dopiero w 1996 roku za sprawą "The Arcane Enchanter" (który z tego co pamiętam leciał przed laty na TVP2).
Jak wygląda dom o śmiejących się oknach w realu? Villa Boccaccini, Comacchio, Prowincja Ferrara, Włochy.
https://www.youtube.com/watch?v=77H0ISiKqaI
sobota, 29 listopada 2014
L'iguana Dalla Lingua di Fuoco/ The Iguana with the Tongue of Fire (1971) - recenzja
"Iguana z językiem ognia". Nie ma to jak wspaniałe psychodeliczne tytuły włoskich gialli z lat 70-tych ("Kot o dziewięciu ogonach" Dario Argento od razu przychodzi na myśl). Jednak niniejsze giallo spod ręki Riccardo Fredy ("Lo Spettro" z 1963 roku, "Murder Obsession" z 1981 roku) nieco rozczarowuje.
"The Iguana with the Tongue of Fire" otwiera scena bestialskiego mordu dokonanego na pięknej kobiecie. Nieznany sprawca w czarnych rękawiczkach i ciemnych okularach pryska jej kwasem w twarz, po czym podcina gardło brzytwą. Mocny początek, choć efekty specjalne nieco trącą myszką. Ciało ofiary z poderżniętym gardłem zostaje odnalezione w bagażniku limuzyny należącej do rezydującego w Irlandii ambasadora Szwajcarii. Śledztwo w tej sprawie zaczyna prowadzić eks-gliniarz John Norton (Luigi Pistilli), który wdaje się w gorący romans z atrakcyjną córką ambasadora (Dagmar Lassander). Oczywiście dochodzi do serii morderstw. W końcu tajemniczy morderca zaczyna zagrażać najbliższym Johna: jego matce i nastoletniej córce.
Umiarkowanie interesujące giallo z przeciętną reżyserią Riccardo Fredy, który w latach 60-tych zrealizował parę niezwykle stylowych gotyckich horrorów. W trakcie seansu ""The Iguana with the Tongue of Fire" miałem wrażenie, że tym razem nie przyłożył się do reżyserskiego fachu. Co ciekawe, akcja filmu toczy się w Dublinie - nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć żadnego innego giallo, które byłoby osadzone w stolicy Irlandii. Luigi Pistilli sprawdza się w roli byłego inspektora policji zmagającego się z przeszłą traumą. Zresztą Pistilli bardzo dużo grał we włoskich spaghetti westernach oraz w filmach giallo (tutaj warto przytoczyć np. "Your Vice Is a Locked Room and Only I Have the Key" czy "The Case of the Scorpion's Tail" - oba w reżyserii niezawodnego Sergio Martino czy "A Bay of Blood" Mario Bavy). Do zapamiętania także Anton Diffring w roli aroganckiego ambasadora oraz seksowna Dagmar Lassander. Sceny morderstw w "The Iguana with the Tongue of Fire" ociekają krwią i sadystyczną brutalnością, choć efekty specjalne nie zachwycają. Niemniej sadyzm niektórych scen np. znęcanie się nad zaczytaną w kryminałach Agaty Christie staruszką i na poły rozebraną nieletnią córką Johna Nortona potrafi zaskoczyć. Spora dawka gore i nieco erotyki, doskonała ścieżka dźwiękowa Stelvio Cipriani'ego oraz zaskakujący, acz nieco naciągany finał. "The Iguana with the Tongue of Fire" trudno zaliczyć do najbardziej udanych włoskich gialli, ale koneserzy włoskiego horroru powinni po ten thriller sięgnąć, gdyż takich filmów już się we Włoszech nie kręci. Wielka szkoda. Może to i lepiej, gdyż owego specyficznego dla gialli czy polizioteschi klimatu odtworzyć się współcześnie nie da.
"The Iguana with the Tongue of Fire" otwiera scena bestialskiego mordu dokonanego na pięknej kobiecie. Nieznany sprawca w czarnych rękawiczkach i ciemnych okularach pryska jej kwasem w twarz, po czym podcina gardło brzytwą. Mocny początek, choć efekty specjalne nieco trącą myszką. Ciało ofiary z poderżniętym gardłem zostaje odnalezione w bagażniku limuzyny należącej do rezydującego w Irlandii ambasadora Szwajcarii. Śledztwo w tej sprawie zaczyna prowadzić eks-gliniarz John Norton (Luigi Pistilli), który wdaje się w gorący romans z atrakcyjną córką ambasadora (Dagmar Lassander). Oczywiście dochodzi do serii morderstw. W końcu tajemniczy morderca zaczyna zagrażać najbliższym Johna: jego matce i nastoletniej córce.
Umiarkowanie interesujące giallo z przeciętną reżyserią Riccardo Fredy, który w latach 60-tych zrealizował parę niezwykle stylowych gotyckich horrorów. W trakcie seansu ""The Iguana with the Tongue of Fire" miałem wrażenie, że tym razem nie przyłożył się do reżyserskiego fachu. Co ciekawe, akcja filmu toczy się w Dublinie - nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć żadnego innego giallo, które byłoby osadzone w stolicy Irlandii. Luigi Pistilli sprawdza się w roli byłego inspektora policji zmagającego się z przeszłą traumą. Zresztą Pistilli bardzo dużo grał we włoskich spaghetti westernach oraz w filmach giallo (tutaj warto przytoczyć np. "Your Vice Is a Locked Room and Only I Have the Key" czy "The Case of the Scorpion's Tail" - oba w reżyserii niezawodnego Sergio Martino czy "A Bay of Blood" Mario Bavy). Do zapamiętania także Anton Diffring w roli aroganckiego ambasadora oraz seksowna Dagmar Lassander. Sceny morderstw w "The Iguana with the Tongue of Fire" ociekają krwią i sadystyczną brutalnością, choć efekty specjalne nie zachwycają. Niemniej sadyzm niektórych scen np. znęcanie się nad zaczytaną w kryminałach Agaty Christie staruszką i na poły rozebraną nieletnią córką Johna Nortona potrafi zaskoczyć. Spora dawka gore i nieco erotyki, doskonała ścieżka dźwiękowa Stelvio Cipriani'ego oraz zaskakujący, acz nieco naciągany finał. "The Iguana with the Tongue of Fire" trudno zaliczyć do najbardziej udanych włoskich gialli, ale koneserzy włoskiego horroru powinni po ten thriller sięgnąć, gdyż takich filmów już się we Włoszech nie kręci. Wielka szkoda. Może to i lepiej, gdyż owego specyficznego dla gialli czy polizioteschi klimatu odtworzyć się współcześnie nie da.
Entropia, Outre i Thaw w Bazylu, 28.11.2014 (fotorelacja)
W listopadzie obrodziło koncertami niczym łososiami zmierzającymi na tarło w kamczackich rzekach. Z przyczyn finansowo-logistycznych musiałem odpuścić sobie warszawskie koncerty Cannibal Corpse i Morbid Angel nad czym ubolewam. Aby jednak podreperować swoje morale i posłuchać trochę hałasu udałem się w zimny listopadowy wieczór 28 listopada do Bazyla, by skonfrontować się z Entropią, Outre i Thaw. Wszystkie te zespoły miałem już okazję widzieć na żywo - jedynie Thaw w tym roku wydał nowe materiały: split z Echoes of Yul oraz drugi album studyjny "Earth Ground" (premiera 10 października 2014 roku, Witching Hour Productions).
W klubie u Bazyla pojawiłem się jakoś krótko po 19. Ludzi mało, być może zimno odstrasza gawiedź od przychodzenia na koncerty, poza tym już dzisiaj w Bazylu ma zagrać Decapitated z supportami (nie pojawię się na tym koncercie). Zamówiłem lubelską Perłę i zacząłem czekać na znajomych. Entropia zaczęła grać przed godziną dwudziestą. Pamiętam, że widziałem chłopaków gdy supportowali wraz z Butterfly Trajectory 21 listopada 2013 roku Blindead. Entropia to dość młody i obiecujący band z Oleśnicy. Tak na moje ucho w ich twórczości słychać (zwłaszcza w szybszych partiach i w sferze wokalnej) śladowe ilości black metalu, lecz muzyka Entropii to przede wszystkim intrygująca hybryda post-rocka i sludge metalu. Implementacja spokojnych partii post-rockowych pozwala na chwilowy oddech przed eksplozjami sludge metalowej agresji. Członkowie Entropii są doskonale obyci scenicznie; aż dziw bierze, że żaden z nich nie udziela się w jakiś pobocznych projektach. Z "Vesper" (2013) będę musiał się jeszcze trochę osłuchać, ale bardzo mi się podoba matematyczno-fizyczna otoczka tej płyty wyrażająca się w tytułach utworów np. "Gauss" czy "Pascal" czy chociażby w nazwie zespołu. Ciekawe czy Entropia na kolejnym długograju dalej pójdzie tym tropem.
Po Entropii przyszedł czas na Outre z Krakowa. Widziałem ich w tym roku we wrocławskiej Ciemnej Stronie Miasta, gdy supportowali dwie funeral doomowe kapele: niemiecki Worship i Loss z US (oba te zespoły uwielbiam). Outre gra black metal, niemniej czyni to z eksperymentatorskim zacięciem śmiało eksplorując rejony sludge'owo-metalowe. Zespół zaprezentował (z tego co pamiętam) przekrojowy materiał z EP-ki "Tranquility" (2013) i splitu z Thaw, usłyszałem m.in. chyba mój ulubiony kawałek Outre "Sea of Mercury". Krótki set odegrali perfekcyjnie, ponownie dało o sobie znać klarowne, mięsiste brzmienie. Będę obserwował ich poczynania, tym bardziej że ich pełnometrażowy debiutancki album "Ghost Chants" ma się ukazać z początkiem 2015 roku. Nie pozostaje nic innego jak czekać na ów krążek i promujące go gigi.
Nowy album Thaw "Earth Ground" (2014) już się ukazał i miałem okazję się z nim już wcześniej zapoznać. Płyta bardzo mi się spodobała; nie ma wątpliwości, że sosnowiecki Thaw tworzy we własnej noisowo-dronująco-black metalowej niszy. Ich koncerty - statyczne i bardzo oszczędne jeśli chodzi o prezencję sceniczną - odznaczają się hipnotyczną aurą i nieobliczalnymi metamorfozami nastroju. Muzycy Thaw jak zwykle ukryci za kapturami, odizolowani od publiczności, całkowicie skupieni na kreowaniu zimnego, odhumanizowanego chaosu. To nie jest muzyka do machania łbem czy szaleńczego pogo pod sceną, przeszywające umysł i bezlitosne dźwięki Thaw to doświadczenie niemal fizjologiczne. Thaw w swojej twórczości nie nadużywa noisu, ale jest on nadal obecny, zdaje się pulsować po powierzchnią gotów wybuchnąć intensywną ścianą dźwięku. Nie da się ukryć, że wwiercająca się w mózg głośność wczorajszego koncertu Thaw kompletnie mną zawładnęła. Nawet nie mogę sobie przypomnieć kolejności set-listy, ale tak naprawdę nie ma ona kompletnie znaczenia. Rytuał się dopełnił.
A już pojutrze Swans po raz drugi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















































