poniedziałek, 1 czerwca 2015

Deivos, Abusiveness, Banisher, Varathron i Rotting Christ w Blue Note, 30.05.2015 (fotorelacja)

Na ten koncert czekałem z niecierpliwością. W maju z przyczyn wyjazdowych odpuściłem sobie gig Demonical i Gehenna w poznańskim Bazylu, który miał miejsce 8 V 2015 roku. Co prawda Rotting Christ miałem okazję widzieć już na żywo w 2010 roku (także w poznańskim Blue Note) w ramach Aealo 2010 Tour - jako supporty greckich weteranów black metalu zagrały wówczas Strandhogg, Deivos, Crionics i Naumachia. Zapewne mam gdzieś w archiwum zdjęcia z tego koncertu, musiałbym ich poszukać. No ale Varathron nigdy wcześniej nie widziałem na żywo i to był dla mnie główny magnes do uczestnictwa w sobotnim gigu. Do klubu wszedłem koło 18.45 i po niemal od razu udałem się na stoisko z merchem, gdzie zakupiłem ostatni czwarty już album Deivos "Theodicy" (2015), znakomitą porcję gęstej death metalowej zawiesiny.

Frekwencja w trakcie otwierającego koncertu Deivos z Lublina nie była co prawda powalająca, lecz skondensowana techniczna brutalność muzyki zespołu kompletnie do mnie przemówiła. Wzorcowe połączenie techniki, intensywności i wkurwienia powinno jednak zabrzmieć na żywo lepiej, a niestety nie zabrzmiało. Zresztą kulejące brzmienie dało się wyczuć także w trakcie występu kolejnych wykonawców. Deivos skupili się przede wszystkim na promocji ostatniego ich albumu "Theodicy" (2015), z którym tak naprawdę zapoznałem się dopiero wczoraj. Płyta od razu w trakcie dziewiczego przesłuchania przypadła mi do gustu: jest zawiła, intensywna i zagmatwana, wychwycenie wszystkich smaczków na na niej zawartych zajmie wiele czasu. Powalająca praca perkusisty Krzysztofa Sarana, śliczne solówki, doskonale uwypuklone partie basu i potężny grolwing Angelfucka.

Po Deivos scenę jazzowego Blue Note'a zajęli chłopaki z Abusiveness. Ich ubiegłoroczna płyta "Bramy Nawii" (2014) przez długi czas nie opuszczała mojego odtwarzacza CD - ujęła mnie swoją wściekłością, zadziornością i bezkompromisowością. Tak się powinno grać pogańsko-antychrześćijański black metal. Zresztą perkusista Wizun, który wczoraj był w doskonałej koncertowej formie oraz gitarzysta/wokalista Mścisław grają także w Deivos (plus paru innych kapelach np. Blaze of Perdition czy Ulcer). W trakcie gigu Abusiveness pod sceną zrobiło się nieco gęściej. Abusiveness skupiło się na zagraniu kompozycji z "Bram Nawii" - zaprezentowali "Prawia - Świątynia Światła", "W Górę Chorągwie", "Żywe Kamienie", "Lędziańska Krew", "Nizłomni", "Proces" plus ambientowe intra. Nie jestem pewien, ale chyba nieco okroili swój koncert. W każdym razie pagan black metalowy Abusiveness został ciepło przyjęty przez zgromadzoną w Blue Nocie widownię.

Następnej w kolejności kapeli, czyli Banisher z Rzeszowa nie znałem. Przesłuchałem jeden raz przed koncertem ich album "Scarcity" (2013) na Youtube i stwierdziłem, że jest całkiem wciągający. Ku mojemu zaskoczeniu obecnym wokalistą Banisher okazał się Andrzej Jakub Nowak, którego dotąd kojarzyłem z krakowskiego Outre (nowym wokalistą Outre jest obecnie Stawrogin z Odrazy). Gmatwanina nowoczesnego tech death metalu zaprezentowana przez Banisher przypadła mi do gustu, choć już pod sam koniec ich występu udałem się po piwo i na papierosa.

Aby być jak najbliżej sceny w trakcie koncertu greckiego Varathron musiałem się przepchnąć przez zgromadzony tłum. Rotting Christ, Varathron i Necromantia tworzą nieświętą trójce helleńskiej sceny black metalowej. Varathron powstał w 1988 roku, a w ubiegłym roku pod szyldem Agonia Records ukazał się ich piąty album studyjny "Untrodden Corridors Of Hades", który zespół promował na trasie z Rotting Christ. Wszyscy muzycy Varathron wystąpili na scenie odziani w kaptury i wyglądali demonicznie. Black metal Varathron jest specyficzny: utrzymany raczej w średnich tempach, chwytliwy i zarazem przesycony wyczuwalną aurą okultyzmu. Publika bawiła się przy mrocznych dźwiękach serwowanych przez zespół doskonale - duża w tym zasługa precyzyjnego zgrania muzyków i piekielnych black metalowych wokali/ryków umięśnionego Stefana Necroabyssiousa, przewodnika po mitycznym helleńskim podziemnym świecie. Nie pamiętam jaka była dokładnie set-lista Varathron - chyba poleciały m.in. "Unholy Funeral", "Dawn of the Sordid Decay", "La Reine Noir" czy "Cassiopeia's Ode" plus parę kilka kawałków z ostatniego albumu.

Na Varathron publika bawiła się wybornie, ale to na koncercie powstałego w 1987 roku Rotting Christ (Gnijącego Chrystusa) dostała kompletnego amoku. Musiałem się wycofać nieco na bok, bo z miejsca gdzie stałem nie można było robić zdjęć. Wciąż na mnie ktoś napierał i nie sposób było utrzymać aparatu w dłoniach. Wokalista Sakis Tolis popisywał się zgrabną znajomością języka polskiego pomiędzy poszczególnymi 'przebojami' Rotting Christ. A było co chłonąć całym ciałem: "Kata ton Demona Eautou", "King of a Stellar War", "The Sign of the Evil Existence" (w Gdańsku 31 maja odśpiewany wspólnie z Nergalem i Stefanem z Varathron), "Grandis Spiritus Diavolos", "666", "In Yumen Xibalba", "Societas Satanas", "Non Serviam" czy "Athanati Este". Jeśli coś pomyliłem wybaczcie. Doskonały, zagrany z wielkim kopem i energią koncert, który oglądało się z przyjemnością. Aż chciałoby się więcej występów helleńskich demonów w Polsce.

Mamy dzisiaj 1 czerwca 2015 roku czyli Dzień Dziecka. Pamiętajcie, że dziś też ma miejsce premiera polskiej strzelanki izometrycznej z Gliwic "Hatred" w którą warto zagrać. Ja się o to postaram w najbliższych dniach, choć w gry komputerowe nie gram od lat. Dla "Hatred" zrobię wyjątek.

poniedziałek, 25 maja 2015

Kevin Dutton "Mądrość psychopatów" - recenzja

Być może zabrzmi to kontrowersyjnie, ale zazdroszczę pewnych cech psychopatom: nieustraszoności, ogromnej pewności siebie, stoickiego spokoju w sytuacjach stresowych, zdolności do perswazji, braku empatii, skupienia się na teraźniejszości, a nie na przeszłości i przyszłości. Gdybym posiadał te cechy życie stałoby się łatwiejsze i nikt, absolutnie nikt nie mógłby mnie wyprowadzić z równowagi. Odrzucenie przestałoby boleć, a smutek i strach byłyby tylko złudzeniem. Kiedy słyszymy słowo 'psychopata' to pierwsze co nam przychodzi do głowy to zimny i wyrachowany kryminalista o lodowatym, przeszywającym spojrzeniu: seryjny morderca (Ted Bundy czy Jeffrey Dahmer), gwałciciel, pedofil czy szpieg. Psycholog Kevin Dutton w książce "Mądrość psychopatów" nie skupia się jednak wyłącznie na psychopatach stosujących przemoc i tortury. Twierdzi, że niektóre cechy psychopatycznej osobowości mogą być pozytywne. Jako przykład podaje np. psychopatycznych neurochirurgów, prawników, policjantów czy żołnierzy jednostek specjalnych SAS. Chodzi o to, że inteligentni osobnicy psychopatyczni są asertywni, nie odkładają niczego na później koncentrując się na celu tu i teraz, nie przejmują się porażkami ani odrzuceniem, a presja otoczenia w pracy nie robi na nich wrażenia. Są odporni psychicznie i beznamiętni. Dlatego psychopaci odnoszą sukcesy w biznesie czy na giełdzie. Kluczem jest odpowiednia regulacja tych cech: włączanie ich kiedy trzeba i wyłączanie, tudzież trzymanie ich na średnim poziomie. Tam gdzie istnieje hierarchia, możliwość manipulowania innymi czy osiągnięcia nad jednostkami pełni kontroli tam działają psychopaci. I odnoszą sukcesy finansowe, nie narzekają też na brak powodzenia u kobiet. Można wytrenować w sobie cechy psychopatyczne. Trzeba po prostu nauczyć się kontrolować emocje i całkowicie skupić się na celu, który pragniemy osiągnąć. Umieć odczytywać mikro-ekspresje z twarzy osób z którymi wchodzimy w rozmaite interakcje.

Seryjni mordercy zostają w "Mądrości psychopatów" potraktowani trochę po macoszemu. Dutton wspomina m.in. o Johnie Waynie Gacy'm, Henry Lee Lucasie czy Tedzie Bundym, wizytuje też szpital psychiatryczny Broadmoor, w którym przebywają najgroźniejsi kryminaliści Wielkiej Brytanii np. Peter Sutcliffe, Rozpruwacz z Yorkshire. Nie miałem natomiast pojęcia, że we włoskiej Florencji znajduje się Muzeum Seryjnych Morderców (na Lonely Planet nie ma o nim wpisu). Jeśli kiedykolwiek odwiedzę to miasto zajrzę tam na pewno, gdyż takie miejsca wydają mi się fascynujące. Ciekawy jest także przytoczony fakt odnośnie słynnego seryjnego mordercy kobiet Teda Bundy'ego, który potrafił wyczuć dobrą kandydatkę na ofiarę po sposobie jej chodu. Nadto w książce pojawia się króciutka wzmianka o nieuchwytnym seryjnym mordercy z Long Island o którym już tutaj pisałem. Rzeczywiście seryjni mordercy lubią porzucać zwłoki zamordowanych ofiar wzdłuż dróg, autostrad czy też blisko przydrożnych parkingów. Ale tak naprawdę jedynie początek i koniec książki dotyczy psychopatycznych kryminalistów. "Mądrość psychopatów" Duttona czyta się szybko i z zaangażowaniem, tym bardziej że książka podszyta jest sporą dawką humoru. Zwarta dawka informacji z neuroprawa i neurobiologii to kolejny jej atut.

"Możesz sprawić aby ludzie byli mili. Co oczywiście daje ci nad nimi wielką władzę." - cytat z książki.

Na zdjęciu piwnica Johna Wayne'a Gacy'ego w której grzebał ciała zamordowanych chłopców, Muzeum Seryjnych Morderców we Florencji oraz skan mózgów normalnego i psychopaty.

sobota, 16 maja 2015

Tribulation "The Children of the Night" (2015) - recenzja

Tuż po pierwszych przesłuchaniach najnowszego albumu szwedzkich piewców horroru Tribulation "The Children of the Night" poczytałem trochę recenzji tego krążka i opinii na jego temat na metalowych forach. Jedni wychwalają "Dzieci Nocy" pod niebiosa, inni gnoją tą płytę za jej melodyjność, chwytliwość i brak ciężaru. Wiedziałem że Tribulation będzie niezwykle trudno przebić ich poprzedni album "The Formulas of Death" (2013), który uznaję za kapitalny. Po kilku godzinach obcowania z "The Children of the Night" stwierdzam, iż "The Horror" (2009) i "Formuł Śmierci" nie przebili, ale ich najnowszy twór to całkiem udana płyta. Na chwilę obecną to moja subiektywna opinia, która wraz z kolejnymi przesłuchaniami może ulec zmianie. Death metalu i rozszalałych riffów na "The Children of the Night" raczej już nie uświadczymy, jest za to sporo pierwszorzędnej gitarowej muzyki, a bębny brzmią kapitalnie, gęsto i płynnie. No i "Dzieci Nocy" przesycone są wspaniałym nastrojem grozy i niesamowitości, którym charakteryzowały się gotyckie horrory z lat 60-tych czy 70-tych - mowa tutaj o produkcjach brytyjskiej wytwórni Hammer i Amicus czy włoskich/hiszpańskich horrorach o wampirach, wilkołakach czy rodzinnych klątwach. Gdzieniegdzie na "The Children of the Night" przebrzmiewają echa doskonałej muzyki włoskiej grupy Goblin, która współpracowała z Dario Argento przy jego wysmakowanych wizualnie dreszczowcach (np. "Suspiria", "Deep Red"). Poza tym zachwyca mnie genialna okładka przedstawiająca uskrzydloną postać wampira w czerni. Zastanawiam się na ile belgijsko-niemiecko-francuski horror "Les Lèvres rouges" aka "Dzieci nocy" (1971) w reżyserii Harry'ego Kümela bazujący na historii wampirycznej Elżbiety Batory mógł zainspirować najnowszy album Tribulation. Być może zbieżność tytułów jest przypadkowa. W każdym razie na "The Children of the Night" czuć wpływy zarówno Dissection, jak i Fields of the Nephilim oraz wspomnianego już Goblin. I tak naprawdę jedynie black metalowe wokale Johannesa Anderssona przypominają o tym, że wciąż mamy do czynienia z kapelą metalową, acz zabiegającą o szersze grono słuchaczy. Czekam na kolejny koncert Szwedów w Polsce.

Warto zaopatrzyć się w digipack "The Children of the Night", gdyż zawiera on dwa dodatkowe bonusowe numery: cover The Cure "One Hundred Years" oraz "Laudanum Dreams". Moim faworytem pozostaje jednak genialny goblinowski "Strains of Horror".

Madeline Swan "Historia kotów" - recenzja


















Tym razem recenzja czegoś lekkiego i przyjemnego. "Historię kotów" przeczytałem w przerwie między lekturą dwóch książek popularnonaukowych z zakresu matematyki i fizyki klasycznej. Swoją drogą dawno nie widziałem tak reklamowanej książki w mojej księgarni - tak jakby wydawnictwo Znak chciało trafić "Historią kotów" w gusta kociar i kociarzy. Sam mogę się zaliczyć do grona wielbicieli kotów, gdyż miałem ongiś dwa koty i lubię tych mruczących indywidualistów. Jak sam tytuł wskazuje "Historia kotów" przedstawia kocią historię oraz związki kotów z ludźmi - od starożytnego Egiptu, Rzymu czy antycznej Grecji, po burzliwe Średniowiecze, okres Reformacji, wiktoriański romantyzm po XX-wiek i czasy współczesne. W "Historii kotów" czytelnik odnajdzie sporo anegdot związanych z kotami i ich dumnymi posiadaczami (poetami, pisarzami, kompozytorami, wodzami, aktorami, etc.) Dowiemy się np. który z XIX-wiecznych autorów był wielbicielem kotów - i tutaj możemy wymienić chociażby Charlesa Baudelaire'a, Edgara Allena Poe, Alexandra Dumasa czy Emily Jane Brontë. Jak dla mnie najbardziej interesujący był rozdział dotyczący wysokiej pozycji kota w starożytnym Egipcie (kocia bogini Bastet i jej centrum kultu Bubastis, mumifikacje kotów), a także część książki dotycząca prześladowań kotów przez religijnych oprawców Kościoła. Jak powszechnie wiadomo kot był uznawany za familiariusza wiedźm, a co za tym idzie te piękne zwierzęta oskarżano o konszachty z Szatanem i uznawano za nikczemne. Dlatego też były torturowane i mordowane. Przytoczę tutaj pewien fragment pochodzący z innej książki (Janusz Tazbir, "Okrucieństwo w nowożytnej Europie")

"Jeśli idzie o zwierzęta domowe, to ze szczególnym upodobaniem prześladowano koty. Dotyczyło to zwłaszcza czarnych kotów, pozostających - jak wiadomo - na usługach diabła, który lubił często przybierać postacie tego zwierzęcia. Zdaniem niektórych lingwistów niemiecka nazwa kacerze (der Katzer) wywodzi się właśnie od kota (die Katze). W wielu krajach palono koty podczas karnawału w środę popielcową oraz w dzień św. Jana, a w święto Wniebowstąpienia zrzucano je z wieży kościelnej (to ostatnie miało miejsce również i w Polsce). We Francji worek, względnie kosz, z kotami, wieszano nad stosem, który następnie zapalano. To okrutne widowisko, organizowane 24 czerwca (w dzień św. Jana) trwało od czasu rządów Ludwika XI (1461) co najmniej do początków XVIII stulecia. Zaszczycali je swoją obecnością kolejni władcy, zazwyczaj w towarzystwie delfinów. Aby sprawić synkom przyjemność, pozwalali im właśnie rozniecać ogień. W r. 1654 król francuski (był nim wówczas Ludwik XIV) po raz ostatni uczestniczył w tej okrutnej "zabawie". Z kolei na Wyspach Brytyjskich w kukły przedstawiające papieża wpychano żywe koty. Wrzaski, jakie wydawały, płonąc wraz z wizerunkiem, stanowiły dodatkowe źródło satysfakcji dla antykatolicko nastawionych gapiów. Żywe koty bywały także zakopywane w fundamentach domów, jak również na rozstajach dróg. Szczególną formą ich dręczenia stanowiły tak zwane "kocie organy". Do małej skrzynki wsadzano kilkanaście zwierzaków, lokując je tak ciasno obok siebie, aby nie mogły się ruszać. Następnie przez odpowiednie otwory pociągano za ogon, co koty kwitowały rozpaczliwym miauczeniem. Takim właśnie pokazem kocich tortur powitała w r. 1549 Bruksela Filipa II, który podobno był zachwycony "zestawem kotów od alty do basu." - Katzenklavier.

Tego wszystkiego można się, rzecz jasna, dowiedzieć także z "Historii kotów". Książkę czyta się bardzo szybko; jeśli ktoś dysponuje wolnym dniem to będzie w stanie przez nią przebrnąć w ciągu paru godzin. Okraszona jest licznymi fragmentami literackimi (m.in. piękny esej Emily Jane Brontë o kotach "Le Chat") czy archiwalnymi zdjęciami przedstawiającymi np. paryżanki wybierające się na spacer z kocimi pupilami w roku 1928. Mam tylko jedno zastrzeżenie: czemu Autorka nie napisała nic o "Czarnym kocie" Edgara Allena Poe? Przecież tak wspaniałe opowiadanie grozy aż się prosi choćby o niewielką wzmiankę. H.P. Lovecraft też cenił koty, a nie został w książce nawet wspomniany.

środa, 13 maja 2015

The Dead Goats "Don't Go in the Tomb" (2015) - recenzja

















Tytuł najświeższej EP-ki białostockiego tria The Dead Goats "Don't Go in the Tomb" (2015) z miejsca skojarzył mi się z szeregiem horrorów z lat 70-tych i 80-tych, których tytuły zaczynały się od "Don't Go..." Wiem o czym mówię, bo kilka z owych niskobudżetowych filmów grozy mam w kolekcji od dawna. Warto tutaj wymienić chociażby niskobudżetowy slasher "Don't Go in the Woods" (1981) czy "Don't Go in the House" (1980) o pewnym morderczym maminsynku, który ma fiksację na punkcie ognia. Zresztą muzykom The Dead Goats nie obce jest stare kino grozy i eksploatacji o czym świadczy chociażby ich demo "Ferox" z 2014 roku nawiązujące tytułem do włoskiego filmu kanibalistycznego Umberto Lenziego "Cannibal Ferox" z 1981 roku. Osobiście owa kiczowato-gorowo-horrorowa estetyka w death metalu bardzo mi odpowiada. Na zatęchłą odorem grobu zawartość "Don't Go in the Tomb" składają się jedynie trzy kawałki ("Don't Go in the Tomb", "Featherless" i "Festering Boils" będący smakowitym coverem Repulsion), całokształt trwa zaledwie 11 minut z hakiem, ale po po jego zakończeniu włącza się "Don't Go in the Tomb" znowu. Uwielbiam te trzy przesycone złowieszczą atmosferą horroru i pełne punkowej furii & zadziorności wyziewy głęboko osadzone w archaicznym monolicie szwedzkiego death metalu z lat 90-tych. Porywa mnie ich agresywna, czasem wręcz grindująca energia, zatracam się w mazistym nastroju grozy i perwersji od którego puchnie "Don't Go in the Tomb". Jak już raz wejdziecie do tego grobu to będziecie do niego wytrwale powracać nie zrażeni obecnością ohydnych miazmatów. Od kopiącej dupsko muzyki The Dead Goats naprawdę można się uzależnić - tak samo jak od psychodelicznego kina grozy z lat 60-tych, 70-tych i początku lat 80-tych.

Link: http://sklep.arachnophobia.pl/index.php?p2039,ara014-the-dead-goats-don-t-go-in-the-tomb-digipack-mcd

Bandcamp zespołu: https://thedeadgoats.bandcamp.com/

czwartek, 30 kwietnia 2015

Embrional "The Devil Inside" (2015) - recenzja
























Obiecałem zrecenzować najświeższy death metalowy ochłap od gliwickiego Embrional "The Devil Inside" (2015) i obietnicy dotrzymuje. Przede wszystkim "The Devil Inside" to materiał iście złowieszczy - i już w momencie pierwszego odpalenia tej płyty parę tygodni temu dałem się ponieść złowrogiemu nurtowi pulsującego strumienia Embrional. Jest nastrojowo i duszno od posępnej grozy a la Portal czy Mitochondrion. Od razu przykuły mą uwagę kompleksowe aranżacje poszczególnych kawałków. Tak naprawdę "The Devil Inside" wręcz domaga się kolejnych przesłuchań, by wychwycić te wszystkie schizofreniczne smaczki/kontrasty. Potężne brzmienie perkusji Kamila Bracichowicza, wwiercające się w mózg gitarowe dysonanse, pyszne solówki, urywające łeb blasty, transowy groove takich kawałków jak "In Darkness", intrygujące zmiany tempa, wreszcie demoniczne growlowane wokale Marcina Sienkiela - to wszystko doskonale współgra ze sobą formując złożony kompleks death metalu. Nie jestem muzykiem, znaczącym recenzentem muzycznym też pewnie nie zostanę, ale "The Devil Inside" sprawił mi sporo przyjemności w trakcie odsłuchu. Ta muzyka idealnie nadaje się jako tło do akcji jakiegoś utrzymanego w czarno-białej tonacji bądź sepii niemego horroru, w którym sugestywność przedstawionego świata poraża i otumania zmysły. Wstyd się przyznać, ale nie widziałem jeszcze Embrional na żywo - zapewne będzie okazja to nadrobić na tegorocznym Dark Feście w Byczynie (19-20 czerwca 2015 roku) na którym pewnikiem mnie nie zabraknie. Nie wybieram się natomiast na Demonical i Gehenna w Bazylu 8 maja, gdyż w tym akurat dniu nie będzie mnie w Polsce. Tymczasem zachęcam czytelników do zapoznania się z "The Devil Inside" Embrional i zainwestowania w płytę CD na stronie Old Temple.

Album możecie przesłuchać na oficjalnym kanale Youtube zespołu z Gliwic: https://www.youtube.com/watch?v=au632i_I5X0

Joe Navarro, Toni Sciarra Poynter "Niebezpieczne osobowości: Jak rozpoznać psychopatów w naszym otoczeniu" - recenzja



















Kiedy zobaczyłem w środku "Niebezpiecznych osobowości" słynny i mrożący krew w żyłach cytat pochodzący od seryjnego mordercy młodych kobiet Theodore'a Roberta Bundy'ego "My, seryjni mordercy, jesteśmy waszymi synami, waszymi mężami, i jesteśmy wszędzie. A jutro więcej waszych dzieci będzie martwych." wiedziałem, że muszę "Niebezpieczne osobowości" kupić. Jako niedoszły prawnik interesowałem się przez długi czas zwłaszcza kryminalistyką, kryminologią i psychologią śledczą ze szczególnym naciskiem na psychopatologię. Wcześniej rzuciła mi się w oczy książka popularnonaukowa psychologa Kevina Duttona "Mądrość psychopatów", ale że "Niebezpieczne osobowości" stały na półce księgarni tuż obok niej najpierw skusiłem się na rendez-vous z osobowościami dysfunkcyjnymi. Z "Mądrością psychopatów" zmierzę się z całą pewnością nieco później - w "Niebezpiecznych osobowościach" były agent FBI Joe Navarro omawia cechy charakteryzujące nie tylko psychopatów (drapieżców), ale też patologicznych narcyzów, osobowości chwiejnych emocjonalnie czy paranoików. Czyni to bez nadmiernego wchodzenia w socjologiczny i psychiatryczny żargon oraz popadania w zawiłe statystyczne analizy. Jego książka ma być przede wszystkim atrakcyjna i zrozumiała dla laików, którzy często wchodzą w społeczne interakcje z destrukcyjnymi osobowościami. Jak takie niebezpieczne osobowości wyłowić z naszego otoczenia i jak się przed nimi uchronić? Na to pytanie Navarro stara się odpowiedzieć przytaczając sporo przykładów: seryjni mordercy (Dennis Rader, Ted Bundy, John Wayne Gacy), masowi mordercy (Anders Behring Breivik, mordercy z Columbine), założyciele zbrodniczych sekt (Jim Jones, David Koresh), dyktatorzy (Stalin, Hitler, Pol-Pot), pedofile, gwałciciele, narcystyczne morderczynie (Jodi Arias), terroryści, zawodowi mordercy (Richard Kuklinski) czy notoryczni rabusie banków. Przyzwoita książka, którą czyta się błyskawicznie, a jej uważna lektura rzeczywiście może (choć nie musi) uchronić kogoś przed krzywdą fizyczną, psychiczną czy finansową. Każdy rozdział o niebezpiecznej osobowości (narcyz, osobowość chwiejna emocjonalnie, paranoik, drapieżca, czyli psychopata/socjopata) kończy się pomocną listą kontrolną, która ma za zadanie przybliżyć czytelnikowi cechy charakterystyczne dla danej kategorii. Trochę raziło mnie nagminne używanie powtórzeń i spora ilość wywołujących szczękościsk banałów, tudzież uproszczeń, ale przeczytałem poradnik Joe Navarro z zainteresowaniem. Osobiście wychodzę z założenia, iż choćbyśmy nawet byli uzbrojeni w obszerną wiedzę na temat niebezpiecznych osobowości pewnych sytuacji (np. gwałtowności ludzkich zachowań) nie jesteśmy w stanie przewidzieć. W końcu wystarczy się znaleźć w złym miejscu w złym czasie i może stać się nam krzywda. Co nie zmienia faktu, że należy starannie obserwować otoczenie, zachować minimum środków ostrożności i zdobywać wiedzę o mrocznych sekretach człowieka.

"Obejrzyjcie nagranie video, przedstawiające Dennisa Radera, seryjnego mordercę BTK (bind, torture and kill), który wiązał, torturował i zabijał ofiary. Warto posłuchać jego wyznań na temat szczegółów popełnianych zbrodni. Z pewnością zwrócicie uwagę na coś, co w psychologii nazywa się "spłaszczeniem afektu". Zimny, rzeczowy dobór słów i wyraz twarzy są typowe dla niektórych drapieżców, nawet gdy relacjonują oni swoje koszmarne zbrodnie." - cytat z książki.

Na zdjęciach Theodore Robert Bundy (30-36+ morderstw młodych kobiet i nastolatek, egzekucja 24 stycznia 1989 roku we Florida State Prison, archetyp seryjnego mordercy), maska Dennisa Radera, której używał do sesji bondage, Dennis Rader we własnej osobie oraz jego prywatne zdjęcie S/M.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Northaunt & Svartsinn "The Borrowed World" split (2014) - recenzja















"Nie chodzi o to, gdzie się jest, ale o to, że chcesz tam dotrzeć, nie zabierając nic ze sobą. Tak według ciebie wygląda zaczynanie życia od początku. Wszyscy tak to sobie wyobrażają. Ale nie zaczniesz od początku. I o to właśnie chodzi. Wszystko, co robisz, ciągnie się za tobą. Tego się nie pozbędziesz. W żaden sposób."

Mam tyle rzeczy do recenzowania, a brak czasu i obecnie nieregularny dostęp do Internetu - nowe płyty (np. świetny Embrional) czy ostatnio przeczytane książki. Piszę tą recenzję w strefie Wi-fi, a gromadka mlekowąsów częstuje mnie po raz kolejny puszczanym głośno rodzimym hip-hopem (teraz leci po raz wtóry donGURALesko - "Cisza"). Jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby młodzi wagarowicze puszczali np. szeroko pojęty metal (chyba że w słuchawkach), czy mroczny dark ambient. Może to i lepiej. W końcu czego oczekiwać od zakapturzonej gimbazy (nie mam nic do kapturów, sam noszę często hoodies). Dziś chcę napisać parę słów o nabytym na Wrotyczu 2015 splicie Northaunt i Svartsinn "The Borrowed World" (2014). Obaj muzycy z Norwegii przygotowali na rzeczony split dwie długaśne kompozycje dark ambientowe: Northaunt "If Only My Heart Were Stone" (21 minut) oraz Svartsinn "Ashes Of The Late World" (22 minuty trwania). Obie zainspirowane post-apokaliptyczną "Drogą" (2009) Cormaca MacCarthy'ego. Obie będące smutną, posępną, acz wytrwałą wędrówką wśród zgliszcz ludzkości, wśród pogorzeliska cywilizacji. Dark ambient jest muzyką, która od dawna dociera do głębin mojej jaźni. Aż dziw bierze, że za "Drogę" nie wzięli się także inni artyści dark ambientowi; w końcu "The Road" rządzi tematyka ogromnej miłości i rozdzierającego serce smutku. Droga zagubienia w post-apokaliptycznym świecie, wyboista ścieżka strachu, desperacji i poszukiwań. Zmierzch cywilizacji podczas którego liczy się przede wszystkim pierwotnie zakorzeniona umiejętność survivalu. Jako pierwszy moje zmysły atakuje Northaunt z przepiękną dark ambientową suitą "If Only My Heart Were Stone" - jakie lodowate zimno emanuje od tego utworu, coś pięknego! Cała światłość zdaje się powoli uchodzić ze zgliszcz martwego świata. Bardzo dynamiczna, oddziaływająca na zmysły kompozycja i moim zdaniem opus magnum tego frapującego splitu. "Ashes Of The Late World" w wykonaniu Svartsinn zdaje się być delikatniejsza, bardziej eteryczna i jednocześnie ogromnie smutna. W niej pojawia się powoli niknący odgłos żałobny skrzypiec, a także mówione sample z filmowej ekranizacji "Drogi". Krajobraz niekończącej się zagłady i śmierci, niegościnny i wymarły... lecz może nadejść taki czas, iż na nowo pojawi się ulotna nadzieja. Fantastyczny split pozwalający na wizualizację post-apokaliptycznego koszmaru. Słuchać najlepiej w nocy.

Bloodstained, Mordhell, Bloodthirst i Voidhanger w Bazylu, 18.04.2015 (fotorelacja)



















Chainsaw Metal Slaughter Vol. XXIII już za mną - co roku staram się być na owej cyklicznej imprezie goszczącej kapele grające dziki i bezkompromisowy metal. W tym roku hordą zamykającą koncert został Voidhanger z Bytomia, a że ich ostatni album "Working Class Misanthrophy" (2013) uważam za doskonały nie mogłem sobie odpuścić zmierzenia się z wściekłością metalu Voidhanger na żywo. Nadto miło było zobaczyć się ze znajomymi i poznać nowych. Tym razem obyło się bez irytujących obsuw, a i atmosfera w trakcie gigów była sympatyczna.

Jako pierwsi dali czadu Wielkopolanie z Bloodstained. Nie do końca przemawiają do mnie hybrydy death metalu i hardcore'a, ale króciutki i cholernie intensywny gig Bloodstained odebrałem pozytywnie. Muzycy z Poznania i Leszna zaprezentowali na żywo 8 kawałków (m.in. "Negativity"), w tym numery z ich najnowszego wydawnictwa "Headless Kingdom". Wokalista Bloodstained miał na sobie koszulkę francuskiego Kickback - od razu przypomniał mi się znajomy, który przed laty zapoznał mnie z morderczym i nihilistycznym hardcorem Francuzów.

Drugim zespołem, który zagrał w Bazylu byli poznaniacy z black metalowego Mordhell. Podoba mi się ich muzyka - to obskurny i ortodoksyjny black metal flirtujący z satanizmem, alkoholowym upodleniem i seksualnymi perwersjami, acz zagrany z punkową zadziornością i rock'n'rollowym feelingiem. Krótkie, pełne agresji kompozycje, upiorny wygląd muzyków, bluźniercze liryki i tytuły ("Whore", "Scum of the Earth", "Fucking Christian Whore") oraz ogromna dawka Piekła. Mordhell przez spragnioną black metalu publikę został przyjęty nader gorąco.

Trzecią kapelą (skądinąd dobrze znaną i cenioną w poznańskim środowisku metalowym) był Bloodthirst. Trudno nie lubić muzyki Bloodthirst, gdyż na żywo to jest czysta thrash metalowa dewastacja, mocno osadzona w korzeniach gatunku, acz jednocześnie niosąca za sobą powiew świeżości. Brutalne, kaleczące riffy, wściekłe tempa, doskonała praca perkusji Mintaja plus absolutny jad wokalny Rambo. Szczerze mówiąc największe wrażenie w Bloodthirst robią na mnie właśnie maniakalne, straszliwie zadziorne wokale. Pod sceną kotłowanina, wciąż na mnie ktoś napierał, zatem trudno było robić jakieś przyzwoite zdjęcia. Set-lista następująca: "Hateful Antichristian Thrash" (czyli dosłownie esencja twórczości Bloodthirst), "Ofiara", "Crush the Bastard Nazarene", "Intro - The Coven", "Wine for the Insane", "Chalice of Contempt", "Let Him Die", "Imaginary Reasons", "One with the Dark" i "Outro".

Na sam koniec Voidhanger z Bytomia, w skład którego wchodzą muzycy Massemord, Infernal War, Iperyt czy Odrazy (nie mogę się już doczekać zakupu "Axiom" Infernal War). No i czara wściekłości została wylana, gdyż black/thrash/death metal to trucizna w najczystszej postaci. W muzyce Voidhanger kryje się okrutna wręcz dawka bezlitosnej agresji i mizantropii. Oczywiście zgromadzeni w Bazylu fani dali się ponieść temu tsunami morderczej energii. Voidhanger zagrał m.in. numer tytułowy z "Working Class Misanthrophy", "Silent Night, Deadly Night (25.12.1976)", "Song for Lennon" czy w końcu wyskandowany "Dni szarańczy". Jestem kontent, że wreszcie mogłem się skonfrontować z bestialską muzyką Voidhanger na żywo.

Prawie zawsze gdy wracam nocnym (linia 239) po koncercie coś musi mi się przydarzyć, więc na sam koniec drobna historyjka. Wysiadłem z 239 na Krzyżownikach i z buta do domu. Po drodze mijam krzaki, patrzę i zatrzymuje się jak wryty. W krzakach stoi młoda dziewczyna, lekko pochylona. Pytam się czy z nią wszystko w porządku. Ona odpowiada, że tak, ale złapały ją nudności. Po-imprezowe, rzecz jasna. Idziemy obok siebie przez chwilę i rozmawiamy. Ona zwraca się do mnie per Pan i dziękuje mi, że wykazałem zainteresowanie. Odrobina empatii wobec obcych nie zaszkodzi, a że zazwyczaj w nocy obserwuje otoczenie jestem wyczulony na to, co zauważę. Żegnam się z nią i idę w kierunku Baranowa, nieznajoma idzie prosto w kierunku Przeźmierowa. Nie zapytałem jej nawet o imię, a szkoda. Potem jeszcze widzę na polu sarnę, która zanim zdążę zrobić jej zdjęcie oddala się w mrok. Zatem bądźcie czujni. Zwłaszcza nocą.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Wrotycz 2015, 11 kwietnia 2015 roku (fotorelacja)

Miałem miłe wspomnienia z ubiegłoroczną edycją Wrotycz Festival, zatem trzeba było wziąć udział w drugiej edycji 11 kwietnia 2015 roku. Lokalizacja ta sama, czyli Nowa Gazownia przy ulicy Ewangelickiej 1. Moja obecność musiała być obowiązkowa, gdyż w Polsce większe imprezy skierowane do publiczności rozkochanej w szeroko pojętej muzyce gotyckiej czy dla wielbicieli dark ambientu są raczej sporadyczne. Przed Nową Gazownią pojawiłem się krótko po 18 wcześniej natykając się na Łukasza z dark ambientowego Abandoned Asylum. Jako pierwszy przy znikomej jeszcze publiczności zaprezentował się rodzimy projekt artysty dźwiękowego i multiinstrumentalisty Huberta Wińczyka pod nazwą Urinatorium. Chyba jeszcze nie byłem gotów na dłuższe słuchanie muzyki (kusili znajomi oraz stoisko z płytami uginające się od CD z dark ambientem, noisem i neofolkowymi brzmieniami), zatem na występ Urinatorium zerknąłem jedynie pobieżnie. Na pewno jest to intrygująca eksperymentalna porcja dźwięków, gdyż podczas występów czy nagrań Hubert wykorzystuje (cytuję) "narzędzia, odpadki z metalu i tworzyw sztucznych, generator akustyczny, nagrania terenowe, dyktafony, głos (nie)ludzki, mikrofony kontaktowe, radio, dziecięce instrumenty, efekty gitrarowe, rezonans, skrajnie niskie i skrajnie wysokie częstotliwości".

Występ Haven widziałem już w całości i przypadł mi do gustu. Porywający mariaż trip-hopu, industrialu i muzyki klubowej z intrygującym pierwiastkiem kosmicznym. Do tego rewelacyjne wizualizacje: rozmaite formy geometryczne, aktywne sieci połączeń neuronalnych, kawałki kosmicznego gruzu, etc. Widać że dla muzyków Haven (Marcin Jarmulski i Radosław Deruba) koncept wizualny jest nie tyle dopełnieniem występu, co jego równorzędnym elementem.

Norweski projekt dark ambientowy Svartsinn Jana Rogera Pettersena wystąpił w 2008 roku w Poznaniu w Piwnicy 21, ale zabrakło mnie na tamtym koncercie. Svartsinn to dark ambient taki jaki cenię: przestrzenny, mroczny, przenikliwy, głęboki niczym najczarniejsza otchłań. Oczywiście już od pierwszych minut występu Jana Rogera dałem się ponieść ciemnym falom generowanego przez niego dark ambientu. Jako wizualizacje posłużyły (niekiedy spowolnione) sekwencje z jednego z moich ukochanych włoskich horrorów, a mianowicie "Inferno" (1980) w reżyserii Dario Argento. Nie mogło oczywiście zabraknąć chociażby słynnej sekwencji (którą wyreżyserował Mario Bava) nurkowania Irene Miracle w znajdującym się pod wodą pomieszczeniu. I choć split Northaunt & Svartsinn "The Borrowed World" wypełniają dwie kompozycje zainspirowane post-apokaliptyczną powieścią Cormaca MacCarthy'ego "Droga" wizualizacje ze stylowego horroru Argento idealnie pasowały do zaprezentowanego "Ashes of the Late World" z rzeczonego splitu. W każdym razie występ Svartsinn wgniótł mnie w ziemię.

Kolejną niespodzianką była dla mnie austriacka formacja The Devil and the Universe, tym bardziej że wcześniej nie znałem nietuzinkowej muzyki (określanej mianem "goat wave") tria w maskach kozłów. Co prawda odziani w mnisie habity muzycy mieli na sobie maski jedynie na początku występu, ale ich koncert został niezwykle żywiołowo przyjęty. Mamy tutaj do czynienia z satanizmem i okultyzmem w oparach absurdu - oprócz satanicznych wizualizacji i scen z satanicznych horrorów ("Satan's Blood" Carlosa Puerto z 1977 roku, czyli naga kobieta prowadząca pewną parę do rozrysowanego na podłodze pentagramu) w wizualizacjach przewijały się humorystyczne akcenty z trzema postaciami w maskach kozłów. Jak dla mnie bomba, czego niestety nie da się powiedzieć o następnym koncercie Hiszpanów z Ô Paradis.

Obejrzałem może ze 20 minut koncertu Ô Paradis i wyszedłem znudzony zaczerpnąć świeżego powietrza. Ich eksperymentalny pop-folk wydawał mi się zbyt rozwleczony i delikatny. Może to nie była odpowiednia pora, aby około 23 prezentować takie eteryczne i przesycone wrażliwością dźwięki. W każdym razie sala koncertowa Nowej Gazowni podczas występu tria z Ô Paradis znacznie się przerzedziła. Ci co jednak zostali nagradzali zespół oklaskami.

Na zwieńczenie Wrotycza 2015 Nową Gazownią zawładnął Geoffroy D. z Dernière Volonté, któremu towarzyszył Andy Julia z Soror Dolorosa jako perkusista. Obaj muzycy dali wyborny i porywający koncert - czuło się płynącą ze sceny dzikość i energię. Dla rzeszy fanów przybyłych na miejsce Geoffroy D. zaprezentował następujące piosenki: "Au Travers Des Lauriers", "L'Ombre Des Reverberes" (utwór bisowany), "Corps Languissant", "Impossible", "A Jamais", "Toujours" i "Mon Meilleur Ennem", czyli generalnie materiał z dwóch ostatnich płyt Dernière Volonté. Piękny mariaż wojskowej perkusji, elektroniki oraz popowych melodii, a bębny Andy'ego Julia brzmiały po prostu nieziemsko.

Tym razem afterparty miało miejsce w poznańskiej Strefie B, ale zostałem na nim jedynie 45 minut. Wróciłem do domu około 3.30 w nocy.