O sprawie domniemanego seryjnego mordercy Zdzisława Marchwickiego napisano już mnóstwo, a na podstawie jego historii nakręcono nawet filmy fabularne i dokumentalne ("Anna i Wampir" z 1982 roku i "Jestem mordercą" z 1998 roku). Z tym że ów Wampir nie pił krwi tryskającej z ran zadanych młodym kobietom, on na kobiety polował w latach 1964-70 i zabijał je uderzeniami tępego narzędzia w głowę. Marchwickiemu przypisano 14 morderstw kobiet i 6 usiłowań - po dziś dzień uchodzi za jednego z najbardziej płodnych rodzimych seryjnych morderców. Rodzi się jednak zasadnicze pytanie: czy aby na pewno nim był? A może stał się po prostu kozłem ofiarnym komunistycznego aparatu sprawiedliwości PRL-u? Po lekturze książki Przemysława Semczuka "Wampir z Zagłębia" (2016 rok, wydawnictwo Znak) narosło we mnie mnóstwo wątpliwości. Zresztą jako osoba żywo zainteresowania historią polskiej kryminalistyki takowe wątpliwości miałem od dawna.
"Wampir z Zagłębia" rozpoczyna się poszukiwaniem grobu domniemanego Wampira, którego wraz z bratem Janem Marchwickim powieszono 26 kwietnia 1977 roku, a potem pogrzebano w nieznanym miejscu. Miejsce poszukiwań to katowicki cmentarz Panewniki. Autorowi książki Przemysławowi Semczukowi nie udało się znaleźć bezimiennego grobu Zdzisława Marchwickiego obok którego miał leżeć inny PRL-owski seryjny morderca Bogdan "Władca much" Arnold. Przypomina mi się dzień, w którym udałem się na poznański cmentarz Miłostowo, by odnaleźć groby trzech polskich seryjnych morderców, w tym Edmunda Kolanowskiego. Egzekucja braci Marchwickich i ich pochówek nastąpiły w tajemnicy, natomiast wielomiesięcznemu procesowi rodziny Marchwickich towarzyszyła medialna wrzawa. Na sali procesowej obok sędziów, prokuratora, obrońców i oskarżonych znalazło się wiele dziennikarskich gwiazd (np. Barbara Seidler) tamtych czasów oraz rzesze gapiów. Sam proces przypominał ówczesne reality show, to był teatr wzajemnych oskarżeń i mało wiarygodnych dowodów rzeczowych. Przykładowo do posłania Zdzisława Marchwickiego na szafot wydatnie przyczyniła się jego żona Maria, która chciała się go pozbyć. W końcu taka z niego była miernota. Wystarczyło oskarżyć męża o znęcanie się nad rodziną i zboczenia seksualne... i jak za uderzeniem czarodziejskiej różdżki stał się Wampirem.
Czy zatem Zdzisław Marchwicki był budzącym przerażenie w latach 60-tych Wampirem z Zagłębia? Czy był winny zarzucanych mu 14 morderstw kobiet i 6 usiłowań? Czy Zdzisław i Jan Marchwiccy nie zostali po ogłoszeniu wyroków zamordowani w majestacie prawa? Nie wiem i zapewne już nigdy nie dowiemy się tego do końca, ale w sprawie Wampira z Zagłębia wprost roi się od nieścisłości, błędów i perfidnych kłamstw. Odnoszę wrażenie że komunistyczne władze oraz podległy im aparat milicyjny desperacko chciały schwytać enigmatycznego mordercę kobiet, a że błądziły po omacku i sprawcy nie było to należało go wykreować. Zdzichu Marchwicki idealnie się do tego nadawał jako prosty, niewykształcony, sięgający po alkohol i introwertyczny pracownik kopalni "Siemianowice". Rodzina Marchwickich została zniszczona, jej poszczególnych członków szczuto wobec siebie i szykanowano. Wszystko to w majestacie prawa. Widać to zwłaszcza w trakcie słynnego przyznania się Marchwickiego do bycia Wampirem: był kompletnie zrezygnowany, osamotniony, przygnębiony, kompletnie nie umiał się bronić. Przerażająca perspektywa zimnego i wyrachowanego wymiaru sprawiedliwości, który nie cofnie się przed niczym, by udowodnić podsądnemu winę (nawet wówczas gdy jest niewinny). Napisany już w celi pamiętnik Marchwickiego, w którym opisywał swoje życie i popełnione zbrodnie (niektóre zmyślone) sprawia wrażenie dowodu wymuszonego, spreparowanego, dyktowanego. Pada argument że po aresztowaniu Marchwickiego morderstwa ustały. Oczywiście, ale one tak naprawdę ustały prawie na dwa lata przed aresztowaniem Zdzisława. A potem (od 1975 roku, gdy Marchwicki czekał na wykonanie wyroku) zaczęli grasować Joachim Knychała i Mieczysław Zub (od 1977 roku).
Zastanawia mnie wątek dwóch tarnogórskich listów oraz samobójczej śmierci Piotra Olszowego, psychicznie chorego malarza pokojowego. W nocy z 14 na 15 marca 1970 roku Olszowy zadźgał nożem żonę i dwójkę dzieci, podpalił willę gdzie mieszkali, po czym sam popełnił w niej samobójstwo. Olszowy był jednym z podejrzanych w sprawie Wampira z Zagłębia. 11 marca milicja otrzymuje zagadkowy list, w którym jest napisane: "to było już ostatnie morderstwo, więcej już nie będzie i nigdy mnie nie złapiecie". Może to Olszowy był seryjnym mordercą kobiet? Już się tego zapewne nie dowiemy, bo Olszowy wywołanym pożarem zatarł wszelkie ślady.
"Wampir z Zagłębia" bezlitośnie obnaża wątpliwe działanie komunistycznego aparatu sprawiedliwości, a autor mnoży pytania. Skoro jedną z ofiar była 17-letnia bratanica Edwarda Gierka Jolanta (zamordowana 11 października 1965 roku w Będzinie) musiała pojawić się silna odgórna presja, by sprawę szybko zakończyć i schwytać sprawcę za wszelką cenę. Trzeba więc było znaleźć kozła ofiarnego i go wrobić. Zdzichu Marchwicki doskonale się do tego nadawał. Książka Semczuka jest doskonała, mnoży wątpliwości i zaskakuje. Jednocześnie potrafi być przejmująca, smutna, ale też niekiedy zabawna (odzywki i prowokacyjne zachowanie homoseksualisty Jana Marchwickiego w trakcie procesu). Brakowało mi trochę archiwalnych zdjęć, ale oprócz sprawy Wampira z Zagłębia Semczuk wspomina o innych rodzimych seryjnych mordercach i dewiantach w osobach Karola Kota, Bogdana Arnolda, Joachima Knychały czy Krzysztofa Plewy "Pętlarza".
Na zdjęciach Zdzisław Marchwicki w trakcie pokazowego procesu oraz jego naśladowca "Wampir z Bytomia" Joachim Knychała, autor makabrycznych pamiętników napisanych w celi i seryjny morderca 5 młodych kobiet.
piątek, 22 stycznia 2016
piątek, 15 stycznia 2016
Opuszczony dom i młyn za jeziorem Strzeszyńskim
Często przejeżdżam tamtędy rowerem, gdyż to mój ulubiony szlak rowerowy w okolicach Poznania. Nie przeszkadza mi zima i oblodzone ścieżki, choć wówczas łatwiej o wypadek (w trakcie ostatniej przejażdżki doświadczyłem tego dwa razy). Puste rozległe przestrzenie oraz zniszczone i opuszczone budynki nieodmiennie mnie fascynują. 14 stycznia 2016 roku postanowiłem wreszcie dokładniej spenetrować opuszczony dom i młyn, które znajdują się przy samej ulicy w miejscu gdzie Lutycką przecina ścieżka rowerowa łącząca jezioro Rusałka z jeziorem Strzeszyńskim. Nie wiem kiedy ten obiekt obrócił się w ruinę, kto w nim kiedyś mieszkał i co było przyczyną jego zniszczenia (obstawiam że pożar). W trakcie krótkiego pobytu w tym miejscu wlazłem także do pomieszczenia piwnicznego. Ciemność, wilgoć, zimno oraz odór rozkładu opuszczonego miejsca. Super.
Zapewne jeszcze nie raz będę koło tego miejsca przejeżdżał. Pozdrowienia dla młodej pary, która 14 stycznia 2016 roku mijała mnie na ścieżce rowerowej przy powyższych ruinach idąc w kierunku jeziora Rusałka.
czwartek, 14 stycznia 2016
Giulia Enders "Historia wewnętrzna" - recenzja
Urodzona w 1990 roku Giulia Enders ma dopiero 25 lat i pisze doktorat z mikrobiologii i higieny klinicznej we Frankfurcie nad Menem. "Historia wewnętrzna", którą napisała w 2014 roku sprzedała się w Niemczech w liczbie ponad półtora miliona egzemplarzy. Niezły bestseller, nieprawdaż? Zabawne ilustracje do książki wykonała jej starsza siostra Jill Enders. "Historię wewnętrzną" uroczej Giulii Enders czyta się szybko i z zachwytem. Ba, dawno nie czytałem tak urokliwej książki o funkcjach i doniosłości ludzkiego układu pokarmowego. A wszystko przez pewną tajemniczą chorobę skóry, która w wieku nastoletnim pokryła jej ciało rankami. Po kilku nieudanych terapiach zalecanych przez lekarzy Giulia wzięła sprawy w swoje własne ręce i przeprowadziła gastroenterologiczne śledztwo. Udało się jej dociec cóż to za choroba i młoda dziewczyna zainteresowała się jelitami oraz ich florą bakteryjną. Podjęła studia medyczne i zaczęła się specjalizować w mikrobiologii. Giulia twierdzi że ludzkie jelita są czarujące i ma na ich punkcie niezłego fioła. Obejrzyjcie zresztą jej zwycięską prezentację podczas dyskusji naukowej "Science Slam" (przyda się znajomość niemieckiego) w 2012 roku - przyszła Autorka nie potrafi ukryć ekscytacji i entuzjazmu omawiając poszczególne organy układu pokarmowego i ich funkcje. W końcu można się uśmiechnąć gdy człowiek uświadomi sobie że nasz bakteryjny ekosystem jelitowy liczy 100 bilionów bakterii, które produkują tłuszcze, gazy i kwasy czy wytwarzają witaminy, a zwieracze (wewnętrzny i zewnętrzny) w trakcie defekacji w efektywny sposób współpracują ze sobą. Pojawia się nawet słów kilka na temat siedmiu typów ludzkich ekskrementów, czemu towarzyszą urocze rysunki Jill Enders.
https://www.youtube.com/watch?v=iC0LbBQunjY
Giulia Enders omawia w "Historii wewnętrznej" budowę przewodu pokarmowego, zagadnienia alergii, nadwrażliwości i nietolerancji, transport jedzenia przez przewód pokarmowy, kwaśne odbijanie się, wymioty i zaparcia czy wpływ jelit na mózg. W trzeciej części "Historii wewnętrznej" Autorka wkracza w świat mikrobów przybliżając Czytelnikowi bakterie jelitowe zamieszkujące ludzki układ pokarmowy, ich rozwój i znaczenie. Pojawiają się także na kartach książki mikrobowi antagoniści np. salmonella, Helicobacter Pylori, pasożytnicze Toxoplasma Gondii oraz owsiki. Mikrobiologiczna menażeria. "Historia wewnętrzna" to książka arcyzabawna i napisana w niesamowicie klarowny sposób. Taką popularyzację medycyny to ja rozumiem. Popularyzację związaną z najczystszą euforyczną fascynacją. Oklaski dla Giulii Enders.
Na zdjęciach bakteria Clostridium Dificile pod mikroskopem elektronowym i uśmiechnięta Giulia Enders.
https://www.youtube.com/watch?v=iC0LbBQunjY
Giulia Enders omawia w "Historii wewnętrznej" budowę przewodu pokarmowego, zagadnienia alergii, nadwrażliwości i nietolerancji, transport jedzenia przez przewód pokarmowy, kwaśne odbijanie się, wymioty i zaparcia czy wpływ jelit na mózg. W trzeciej części "Historii wewnętrznej" Autorka wkracza w świat mikrobów przybliżając Czytelnikowi bakterie jelitowe zamieszkujące ludzki układ pokarmowy, ich rozwój i znaczenie. Pojawiają się także na kartach książki mikrobowi antagoniści np. salmonella, Helicobacter Pylori, pasożytnicze Toxoplasma Gondii oraz owsiki. Mikrobiologiczna menażeria. "Historia wewnętrzna" to książka arcyzabawna i napisana w niesamowicie klarowny sposób. Taką popularyzację medycyny to ja rozumiem. Popularyzację związaną z najczystszą euforyczną fascynacją. Oklaski dla Giulii Enders.
Na zdjęciach bakteria Clostridium Dificile pod mikroskopem elektronowym i uśmiechnięta Giulia Enders.
czwartek, 7 stycznia 2016
Bomba wodorowa w posiadaniu Korei Północnej?
Godzina 10:00:01 czasu UTC 6 stycznia 2016 roku. Korea Północna przeprowadza podziemny test nuklearny na obszarze testowym Punggye-Ri oddalonym o około 100 km na południowy wschód od wulkanu Pektu-san. Sygnał sejsmiczny wychwytują stacje monitorujące w Ameryce Północnej, Europie czy Azji. USGS określa magnitudę trzęsienia ziemi na 5.1, a Chińczycy 4.9. Niemal równocześnie północno-koreańskie media podają że miał miejsce udany test pierwszej bomby wodorowej. Rodzi się pytanie czy rzeczywiście miała miejsce eksplozja bomby H? W końcu Korea Północna często manipulowała opinią publiczną w odniesieniu do sukcesów militarnych. Eksperci twierdzą że mogła to być wzmocniona bomba atomowa, a nie wodorowa. Korea Północna w przeszłości detonowała bomby nuklearne przynajmniej trzy razy. Bomba atomowa w odróżnieniu od wodorowej opiera się na rozszczepieniu atomu (zazwyczaj wzbogaconego uranu bądź plutonu), w wyniku czego dochodzi do uwolnienia energii. Natomiast bomba wodorowa opiera się na fuzji - połączeniu atomów, co prowadzi do uwolnienia jeszcze większej i bardziej niszczącej energii. Co zatem Korea Północna zdetonowała pod ziemią? Być może była to wzmocniona bomba atomowa z odrobiną wodoru w postaci jego izotopu deuteru bądź trytu (1 bądź 2 neutrony), które mają za zadanie wzmocnić eksplozywność bomby. Duża podziemna eksplozja rozpycha skały - w dużej mierze powstają fale sejsmiczne P, w mniejszej S. Sygnał sejsmiczny może jednak zostać zniekształcony (skręcony, odbity) przez ziemskie nieciągłości. Globalne stacje monitoringu obecności izotopów promieniotwórczych skupiają się natomiast na zawartości radioaktywnego pyłu (opadu). Używają do tego pomp zasysających powietrze - powietrze przechodzi przez filtr, a potem przez licznik promieniowania. Typ obecnych cząstek oraz ich radioaktywność mogą wskazać na typ zdetonowanej bomby. W przypadku bomby atomowej byłyby to zepsute okruchy uranu czy plutonu. Bomba wodorowa także używa tych materiałów, ale zostałyby one w dużej mierze wypalone przez super-gorącą reakcję fuzji. W przypadku podziemnej eksplozji tak czy owak cząstki zostałyby zanieczyszczone. Inny rodzaj detektora skupia się na wykrywaniu radioaktywnych gazów np. ksenonu, który nie reaguje z innymi substancjami i podlega rozpadowi. Występują cztery izotopy ksenonu i nie wszystkie pochodzą z eksplozji nuklearnych. Oczywiście już się pojawiły głosy o nałożenie kolejnych sankcji na Koreę Północną. Czy jednak Korea Północna byłaby w stanie zrzucić bombę atomową na inny kraj np. za pośrednictwem balistycznej rakiety? Wątpię w to. Z drugiej strony zminiaturyzowaną bombę atomową można umieścić na statku, popłynąć nim do jakiegoś portu, tam zacumować i w sprzyjającej chwili ładunek zdetonować. Korea Północna posiada rakiety KN-08, które mogą przelecieć przez Pacyfik, ale póki co pojawiają się one na paradach ku czci Wielkiego Wodza i nie wiadomo czy są w pełni gotowe do użycia. Koreańska armia na pewno ma również rakiety krótszego zasięgu.
Na zdjęciu detonacja bomby wodorowej w 1952 roku (Euegelab... była sobie wysepka).
Na zdjęciu detonacja bomby wodorowej w 1952 roku (Euegelab... była sobie wysepka).
niedziela, 3 stycznia 2016
Mourning Beloveth "Rust and Bone" (2015) - recenzja
Co prawda "Rust and Bone" (2015) Irlandczyków z Mourning Beloveth ma swoją premierę za pośrednictwem Van Records dopiero 22 stycznia 2016 roku, ale limitowane CD z tym materiałem mam już od jakiegoś czasu w kolekcji, zatem najwyższa pora na recenzję. Odkąd sięgam pamięcią lubię doom death Mourning Beloveth, a zwłaszcza będący ich wizytówką mariaż czystych epickich wokali Franka Brennana z brutalnym growlem Darrena Moore'a. Pierwsze jednak co mnie zaskoczyło w "Rust and Bone" to krótki, zaledwie 37 minutowy czas trwania szóstego długograja Irlandczyków. Tyle w końcu zazwyczaj trwa dłuższa EP-ka. Lecz to nie jedyna zmiana na "Rust and Bone" - na album składają się dwie dłuższe kompozycje "Godether" i "The Mantle Tomb" oraz trzy krótsze do których powrócę później. Zwłaszcza "Godether" to prawdziwe doom death metalowe monstrum. Kompozycja niezwykle ponura, desperacka i ogromnie zróżnicowana na którą składają się akustyczne partie, intrygujące zmiany tempa, szepty, hipnotyzujące zaśpiewy, potężny growling i opętańcze black metalowe przyśpieszenie pod koniec. 16 minut gargantuicznej doom metalowej potęgi jakiej nie w pełni oczekiwałem od Mourning Beloveth. Utrzymany w nieco zbliżonej stylistyce 11-minutowy "The Mantle Tomb" jest numerem równie wciągającym, przesyconym smutkiem i melancholią. Dwa łagodnie i króciutkie numery instrumentalne "Rust" i "Bone" są z obu stron do niego doklejone. Sporą niespodzianką jest ostatni utwór na "Rust and Bone", a mianowicie "A Terrible Beauty Is Born" - można go określić jako akustyczny doom metal, w którym miarowo bije serce mrocznego folka. Najważniejsze że Mourning Beloveth na szóstym długograju brzmi świeżo i potężnie. Padają porównania do My Dying Bride i wczesnej Anathemy (co akurat nie dziwi), ale też do In the Woods..., Woodensthrone i Primordial. I jak tu nie lubić kwintetu z Kildare, gdy szykują słuchaczowi takie smakowite urozmaicenia. Nad brakiem zainteresowania w Polsce ich muzyką (co niestety uwidoczniło się w słabej frekwencji w grudniu 2015 roku we Wrocławiu, gdy supportowali Hooded Menace) należy tylko ubolewać.
Dla zachęty: https://www.youtube.com/watch?v=QW9wutrCsrk
Satarial w Bazylu 2 stycznia 2016 (fotorelacja)
Obiecywałem sobie że w 2016 roku rzadziej będę chodził na koncerty. Nie dotrzymałem jednak słowa... rosyjską scenę metalową znam słabo, ale cenię tamtejszy funeral doom np. Comatose Vigil czy Abstract Spirit. Obiła mi się o uszy także nazwa Korrozia Metalla - speed/thrash metalowej kapeli w Rosji wprost legendarnej. Speed thrash metalowej przynajmniej w latach 80-tych i na początku 90-tych. Satarial z Rosji również uchodzi za zespół znany i do tego skandalizujący. Znany na pewno w Rosji, ja szczerze mówiąc usłyszałem ich muzykę po raz pierwszy przed kilkoma dniami przeglądając ich stare nagrania koncertowe.
Nie spodziewałem się zatem w Bazylu dużej frekwencji i się nie pomyliłem, gdyż na koncert Satarial przyszła ledwie garstka ludzi. Jako support wystąpił tymczasowy duet Advin Moth z Petersburga mający grać electro industrial metal. W skład zespołu wchodzi więcej muzyków - nie mam pojęcia dlaczego zagrali bez pełnego składu. Krótko - ich muzyka do mnie nie przemówiła. Wokalista co prawda tłumaczył się że z jakichś powodów grają tylko na jedną gitarę i nie będzie to brzmiało metalowo, ale podejrzewam że ich muzyka z dwoma (czy więcej gitarami) wcale nie brzmi lepiej. Niemniej posłucham w stosownej chwili. Zabrakło mi w tym agresji, zadziorności - Advin Moth ze swoimi tanecznymi gothic industrialnymi dźwiękami bardziej celuje w publikę Wave Gothic Treffen czy Castle Party niż w fanów ciężkiego grania. Osobiście lubię rozmaite ambient black metalowe czy industrial black metalowe twory. Zespoły i projekty takie jak Darkspace, Mysticum, Thorns, The Axis of Perdition, Diabolicum, Aborym, Paysage d'Hiver czy ostatnio Akhlys goszczą w moim muzycznym repertuarze nader często, lecz tutaj po prostu nie chwyciło. Raczej nie moja bajka.
Elementy elektroniki i industrialu pojawiają się także w muzyce Satarial. W ogóle Satarial to dziwny twór - dość intrygująca, acz mało skomplikowana mieszanina black metalu, industrialu, gotyckiego rocka i pogańskiego folka. Kapela rzekomo zaczęła już funkcjonować w Moskwie od 1989 roku jako Ad Maiorum Satan Glorium, a w 1993 roku przybrała nazwę Satarial. Lider zespołu Lord Seth pojawił się zresztą w tandetnym reportażu o rosyjskich satanistach, który miałem wątpliwą przyjemność obejrzeć już po koncercie. Dochodzimy zatem do sedna sprawy, czyli obrazoburczych i skandalizujących koncertów z których Satarial słynie. I rzeczywiście wczorajszy gig Satarial przypominał lekko perwersyjny spektakl teatralny, a może lepiej rytuał czarnej magii: pentagramy, woń kadzideł, świece i erotyka. Ten ostatni aspekt jest w występach Satarial dość mocno uwypuklony. Tym razem metalowej trupie Satarial towarzyszyła tylko jedna tancerka Lolita, która od czasu do czasu w przerwach między ekstatycznymi tańcami zadęła w norweski róg. To na niej spoczywały popisowe numery z wczorajszego wieczoru: ze świecą, fajerwerkiem (w tych dwóch momentach pomogła jej perkusistka zespołu), snopy iskier ze szlifierki, dźganie laleczki voodoo, częstowanie widowni winem z 'kielicha' bezbożnej wiedźmy czy paradowanie nago po scenie. Nie mam pojęcia jaka była set-lista, ale na pewno Lord Seth skupił się na odgrywaniu kompozycji z ostatniego albumu Satarial "Lunar Cross" (2014). I choć muzyka zespołu z Moskwy może wydawać się nieco jednostajna i toporna, ale na żywo zabrzmiała całkiem w porządku. Nie był to może koncert po którym zbierałem szczękę z podłogi, ale ze względu na otoczkę zapamiętam go na długo. Satarial został przyjęty dość ciepło przez nieliczną poznańską widownię, dzisiaj będą podbijać Wrocław.
Nie spodziewałem się zatem w Bazylu dużej frekwencji i się nie pomyliłem, gdyż na koncert Satarial przyszła ledwie garstka ludzi. Jako support wystąpił tymczasowy duet Advin Moth z Petersburga mający grać electro industrial metal. W skład zespołu wchodzi więcej muzyków - nie mam pojęcia dlaczego zagrali bez pełnego składu. Krótko - ich muzyka do mnie nie przemówiła. Wokalista co prawda tłumaczył się że z jakichś powodów grają tylko na jedną gitarę i nie będzie to brzmiało metalowo, ale podejrzewam że ich muzyka z dwoma (czy więcej gitarami) wcale nie brzmi lepiej. Niemniej posłucham w stosownej chwili. Zabrakło mi w tym agresji, zadziorności - Advin Moth ze swoimi tanecznymi gothic industrialnymi dźwiękami bardziej celuje w publikę Wave Gothic Treffen czy Castle Party niż w fanów ciężkiego grania. Osobiście lubię rozmaite ambient black metalowe czy industrial black metalowe twory. Zespoły i projekty takie jak Darkspace, Mysticum, Thorns, The Axis of Perdition, Diabolicum, Aborym, Paysage d'Hiver czy ostatnio Akhlys goszczą w moim muzycznym repertuarze nader często, lecz tutaj po prostu nie chwyciło. Raczej nie moja bajka.
Elementy elektroniki i industrialu pojawiają się także w muzyce Satarial. W ogóle Satarial to dziwny twór - dość intrygująca, acz mało skomplikowana mieszanina black metalu, industrialu, gotyckiego rocka i pogańskiego folka. Kapela rzekomo zaczęła już funkcjonować w Moskwie od 1989 roku jako Ad Maiorum Satan Glorium, a w 1993 roku przybrała nazwę Satarial. Lider zespołu Lord Seth pojawił się zresztą w tandetnym reportażu o rosyjskich satanistach, który miałem wątpliwą przyjemność obejrzeć już po koncercie. Dochodzimy zatem do sedna sprawy, czyli obrazoburczych i skandalizujących koncertów z których Satarial słynie. I rzeczywiście wczorajszy gig Satarial przypominał lekko perwersyjny spektakl teatralny, a może lepiej rytuał czarnej magii: pentagramy, woń kadzideł, świece i erotyka. Ten ostatni aspekt jest w występach Satarial dość mocno uwypuklony. Tym razem metalowej trupie Satarial towarzyszyła tylko jedna tancerka Lolita, która od czasu do czasu w przerwach między ekstatycznymi tańcami zadęła w norweski róg. To na niej spoczywały popisowe numery z wczorajszego wieczoru: ze świecą, fajerwerkiem (w tych dwóch momentach pomogła jej perkusistka zespołu), snopy iskier ze szlifierki, dźganie laleczki voodoo, częstowanie widowni winem z 'kielicha' bezbożnej wiedźmy czy paradowanie nago po scenie. Nie mam pojęcia jaka była set-lista, ale na pewno Lord Seth skupił się na odgrywaniu kompozycji z ostatniego albumu Satarial "Lunar Cross" (2014). I choć muzyka zespołu z Moskwy może wydawać się nieco jednostajna i toporna, ale na żywo zabrzmiała całkiem w porządku. Nie był to może koncert po którym zbierałem szczękę z podłogi, ale ze względu na otoczkę zapamiętam go na długo. Satarial został przyjęty dość ciepło przez nieliczną poznańską widownię, dzisiaj będą podbijać Wrocław.
wtorek, 29 grudnia 2015
Mgła "Exercises In Futility" (2015) - recenzja
Dziś rano dotarła do mnie informacja o śmierci lidera Motörhead, Lemmy Kilimistera, ikony wulgarnego i nieokrzesanego rock'n'rolla. Lemmy zmarł krótko po swoich 70-tych urodzinach - przyczyna zgonu: agresywny nowotwór w mózgu i szyi. Nigdy nie byłem wielkim fanem Motörhead, ale doceniam to co Lemmy zrobił dla ciężkiego grania. Osobiście znam osoby dla których śmierć Lemmy'ego okazała się dużym ciosem. Czemu o tym wspominam w tekście o płycie Mgły? Ano dlatego że widmo śmierci sprzyja refleksji o marności ludzkiej egzystencji. Rzeczywistość chorób, śmierci i rozkładu to rzeczywistość nękająca każdego człowieka. Owszem, są idealiści i wizjonerzy, którzy usiłują wydłużyć ludzkie życie - pytanie tylko po co? Naturalną koleją rzeczy jest umrzeć (po przekazaniu swojego materiału genetycznego albo nie), kiedy przyjdzie na to stosowny (czasem dość niespodziewany) czas. Częściej w samotności, rzadziej w otoczeniu życzliwych jednostek. W pewnym sensie zazdroszczę osobom, które bezpowrotnie odeszły, ale ich dokonania & osiągnięcia żyją w świadomości pokoleń. Nie wierzę w istnienie życia pozagrobowego i nie mam na razie powodów, by stać się człowiekiem spirytualnym. Owa spirytualna próżnia nieuchronnie prowadzi mnie do mizantropii, dlatego też black metal Mgły głęboko rezonuje z moją osobowością. Nie oznacza to wcale że jestem aspołecznym odludkiem - ciągnie mnie do ludzi empatycznych, wrażliwych, dzielących ze mną pasje i zainteresowania. Przypominam sobie w chwili pisania tych słów niedawny krakowski koncert Mgły - Mikołaj Żentara i pozostali muzycy Mgły w maskach, kapturach i skórzanych kurtkach, statyczni, bezosobowi, jakby zrezygnowani. Już czarno-biała okładka "Excercises In Futility" wiele mówi o zawartości muzycznej trzeciego albumu Mgły. Żałosna ludzka forma w kajdanach egzystencji, zrozpaczona, ślepa, wyzuta z nadziei. A potem zaczyna lecieć muzyka... black metalowe hymny o zmarnotrawionym, apatycznym i beznadziejnym ludzkim życiu. Oczekiwaniu na mniej lub bardziej bolesną/gwałtowną śmierć. Rynsztok egzystencji, nieustanny strach. I groza.
"Exercises In Futility" nurza się w czystym jak łza strumieniu nihilizmu i goryczy. Jednocześnie atmosfera tego krążka jest niewiarygodnie gęsta, skondensowana, ściśliwa. Podoba mi się nie tylko przekaz tej muzyki, ale też idealnie skrojona produkcja "EIF": ostre niczym brzytwa, a co za tym idzie fascynujące gitary, gwałtownie pulsująca perkusja (Darkside jest świetnym muzykiem!) czy pełne nienawiści i zrezygnowania wokale Mikołaja. Kipiący od frustracji black metal Mgły jest jednak bestią ulegającą częstym metamorfozom. Wolniejsze fragmenty fachowo przeplatają się z bardziej agresywnymi i jadowitymi partiami. Króluje smutek, rozczarowanie, ponurość, lecz także spokój, pogodzenie się splecione z rezygnacją. Czyżby ludzka egzystencja naprawdę była tak pusta, jałowa i pozbawiona znaczenia? Zwłaszcza w odniesieniu do monstrualnego ogromu kosmosu, na który składa się widzialna materia, ciemna materia i ciemna energia. Nie mi to oceniać, choć często odczuwam niepokojący bezsens istnienia. Nadal jednak mimo rozczarowań zdarza mi się zachwycać ulotnymi chwilami, doceniać ludzką życzliwość i zwalniać tempo, by popatrzeć na piękno przyrody.
O "Exercises In Futility" można było nawet ostatnio przeczytać w Gazecie Wyborczej. Black metal przestaje być produktem podziemi, skoro mainstreamowa prasa zaczyna go zauważać. Nie sądziłem że takie czasy kiedykolwiek przyjdą, a jednak. Bo do pewnego czasu o black metalu czy death metalu wspominano zazwyczaj w kontekście szerzącego się rzekomo w Polsce satanizmu na zasadzie ostrzegania przed 'zgubnym wpływem' tego typu muzyki na młodzież. Oczywiście prym wiodą w tym media katolickie i wszelkiej maści brukowce dla mało wybrednych czytelników. Chcąc nie chcąc Mgła staje się zespołem coraz bardziej rozpoznawalnym i rodzimą wizytówką (jak Vader, Decapitated czy Behemoth), ale Mikołaj Żentara i Darkside mają to gdzieś. Po prostu robią swoje. Chwała im za to.
Link do odsłuchu, jeśli ktoś jeszcze nie zna: https://www.youtube.com/watch?v=TvGPAVTYfXI
wtorek, 22 grudnia 2015
John Gribbin "Kubity i Kot Schrödingera: Od maszyny Turinga do komputerów kwantowych" - recenzja
Kolejne kilkanaście dni spędzone z książką z pogranicza mechaniki kwantowej i informatyki. Autorem "Od maszyny Turinga do komputerów kwantowych" (wydawnictwo Prószyński i Spółka) jest brytyjski astrofizyk John Gribbin, niezwykle płodny popularyzator nauk ścisłych. W książce niniejszej Gribbin przewiduje przyszłe nadejście ery komputerów kwantowych zastępujących konwencjonalne komputery klasyczne oparte na tranzystorach. Jeśli uda się obejść pewne problemy techniczne z nimi związane jak np. dekoherencję stanu kwantowego. Na razie jednak można z całą pewnością powiedzieć że spełniający wszystkie warunki komputer kwantowy jeszcze nie powstał. I zapewne miną dekady zanim powstanie. Skrótowo w przypadku komputerów kwantowych podstawową jednostką informacji nie jest bit (jak w przypadku komputerów klasycznych), ale kubit (kwantowy bit). Czyli nie 0 lub 1 jak w przypadku komputera konwencjonalnego (włączony - wyłączony, góra - dół), ale jednocześnie 0 i 1 (superpozycja kwantowa zera i jedynki). W odróżnieniu od komputerów klasycznych komputery kwantowe powinny być o wiele szybsze i bardziej efektywne w skomplikowanych obliczeniach (rozbijanie ogromnych liczb na czynniki pierwsze) oraz w łamaniu szyfrów. Interesuje się nimi wojsko, a także największe korporacje biznesowe. Polegają one na manipulowaniu elektronami, fotonami czy pojedynczymi atomami (obiektami kwantowymi) znajdującymi się w dwóch stanach na raz - tak jak jednocześnie żywy i martwy kot Schrödingera z jego słynnego eksperymentu myślowego. Zanim jednak Gribbin skupi się na próbie stworzenia działającego komputera kwantowego z grubsza omówi historię powstania komputerów klasycznych począwszy od lat 30 XX wieku czyli Alana Mathisona Turinga, w tym jego dokonania i kulisy zagadkowej śmierci ("Zanurz jabłko w owej truciźnie; niech sen-śmierć się do niego wślizgnie".) Trochę brakowało mi natomiast choćby krótkich nawiązań do XIX-wiecznego twórcy idei maszyny analitycznej Charlesa Babbage'a oraz pierwszej programistki Ady Lovelace, twórczyni pierwszego w historii algorytmu, czyli ciągu jasno zdefiniowanych czynności, koniecznych do wykonania pewnego rodzaju zadań. Jednak skoro Gribbin zaczął książkę od omówienia postaci Alana Turinga i Johna Von Neumanna to jego wybór. Książka jest przystępnie napisana i błyskotliwa, choć niektóre zagadnienia w niej omawiane mogą być dość trudne dla laika. Z pewnością jeszcze kiedyś do niej wrócę, gdyż komputery kwantowe to obecnie bardzo gorący temat. Warto śledzić postępy w próbach ich stworzenia, czego nie omieszkam robić.
niedziela, 20 grudnia 2015
Metalowa Wigilia 2015 - Gehenna, Kampfar, Primordial, Gorgoroth i Triptykon, 19.12.2015 (fotorelacja)
Metalowa Wigilia 2015 roku będzie zapewne zwieńczeniem mojego uczestnictwa w koncertach w powoli mijającym roku. Nie będę się jednak silił na jakieś podsumowanie, bo jestem na to zbyt leniwy. Natomiast ciekaw jestem co przyniesie 2016 rok - już szykuje się kilka dobrych podziemnych gigów chociażby w samym Poznaniu. Tak czy owak niektóre koncerty na pewno będę musiał sobie odpuścić z różnych powodów (brak czasu, przyczyny finansowe, etc.) Tak naprawdę głównym magnesem, który przyciągnął mnie na Metalową Wigilię był Triptykon, którego jestem wielkim fanem. Kiedy zespół Toma Gabriela Fischera zagrał 21.12.2014 roku w krakowskiej Fabryce nie było szans, by pojechać na ten koncert. Tym razem postanowiłem nie odpuszczać. Poznański koncert norweskich black metalowców z Gehenna również mi przepadł, bo w tym akurat terminie (8 maja 2014 roku) byłem na Sycylii i eksplorowałem wulkan Etna. W dodatku korciło mnie, by zobaczyć Irlandczyków z Primordial (lubię ten zespół), no i siłą rzeczy intrygował też Gorgoroth.
19 grudzień zaczął się ciekawie, gdyż ze względu na moje pozamuzyczne zainteresowania zostałem zaproszony do warszawskiego radia RDC, gdzie udzieliłem wywiadu na temat mojej górsko-wulkanicznej pasji. W związku z tym że miałem potem sporo czasu wolnego zjadłem obiad w wietnamskim barze i udałem się pieszo Puławską, a potem Marszałkowską w stronę Metro Ratusz Arsenał, a stamtąd tramwajem nr 26 do Fort Wola 22. Do Progresji zaczęto ludzi wpuszczać po 15, z początku nie było ich wielu. Rozejrzałem się po stoisku z merchem, kupiłem Primordial "Where Greater Men Have Fallen" (2014) i doom metalowy Dread Sovereign "All Hell's Martyrs" (2014) na CD i czekałem na znajomych z Piły, Poznania, Częstochowy i Wrocławia. O 16 poleciałem pod scenę zobaczyć pierwszy support, czyli Włochów z Selvans. Ich debiutancki album "Lupercalia" (2015) naprędce miałem okazję przesłuchać jeszcze przed koncertem. Włosi grają symfoniczny black metal z naleciałościami folkowymi. Owe naleciałości folkowe sprowadzają się do kilku melodii zagranych za pomocą folkowego instrumentarium oraz ambientowych leśnych odgłosów. Kapela dała przyzwoity koncert prezentując się jeszcze niezbyt tłumnie zgromadzonej publiczności. Generalnie nie przepadam za symfonicznym black metalem, ale krótki 30-minutowy set Selvans zdecydowanie na plus. Jako ciekawostkę dodam że Selvans inspiruje się dawnymi rzymskimi obrzędami religijnymi oraz antycznym folklorem - Luperkalia to dawne rzymskie święto religijne przypadające na 14-15 lutego (prawdopodobnie pierwowzór Walentynek), związane z kultem pół-kozła, pół-człowieka Fauna i obchodzone ku czci Luperkusa, bóstwa-opiekuna pasterzy przed wilkami.
O ile Selvans zagrał całkiem ciekawy gig, o tyle Słoweńcy z Cvinger trochę mnie przytłoczyli monotonną brutalnością. Black metal Cvinger nie jest niczym odkrywczym - czuć w tych dźwiękach pochwałę drugiej fali skandynawskiego black metalu. Na plus sporadyczne zaśpiewy przypominające chorały gregoriańskie i nieliczne partie akustyczne, ale stanowią one tylko niewielki element całości. Generalnie mnóstwo blastów, od czasu do czasu przykuwające na chwilę uwagę zwolnienia. Po wysłuchaniu połowy koncertu Cvinger jestem skłonny zauważyć iż muzyka Słoweńców zahacza o blackened death metal. Przydałoby się jednak trochę więcej życia w tej bezdusznej rzezi.
Norweska Gehenna istnieje od 1993 roku. Zespół przechodził przez różne wolty stylistyczne - na pierwszych materiałach Gehenna odnajdziemy elementy symfoniczne z klawiszami, "Admirion Black" z 1998 roku był całkiem oryginalną płytą black metalową, w 2000 roku zespół zwrócił się w kierunku surowego death metalu wydając kontrowersyjny krążek "Murder", ale już na "WW" (2005) zaczęło się stopniowe odejście od death metalu na rzecz powrotu ku black metalowym korzeniom. Tak jak wspomniałem na początku tekstu ominął mnie poznański koncert Gehenna (jako supporty zagrały wówczas I Saw Red i Demonical), więc z chęcią obejrzałem Norwegów na żywo. Kapelą od ponad 20 lat kieruje Sanrabb. Koncertowo Gehenna wypadła dość dobrze atakując uszy zgromadzonych ascetycznym, ponurym i transowym black metalem utrzymanym raczej w umiarkowanych tempach. Muzycy na scenie dość statyczni, a ich corpse paint wydawał się dość złowieszczy - zwłaszcza w oparach sztucznej koncertowej mgły. Moja kumpela rozmawiała z Mortenem z Gehenna w trakcie gigu Primordial i powiedział jej że nowy alum Gehenna powinien ukazać się w 2016 roku, planowany jest też powrót koncertowy zespołu do Polski, ale gdzie zagrają nie mam pojęcia. Czyżby Poznań? W Progresji zagrali m.in. "Devil's Work" czy "Grenade Prayer".
Chwila przerwy i na scenę wkraczają Norwedzy z Kampfar. I muszę przyznać że ich występ bardzo mi się podobał. Żywiołowy pagan black metal zagrany z werwą i pasją. Będąc szczerym nazwa Kampfar (choć mi znana) jakoś nie skłaniała mnie przez lata do dogłębnego przyjrzenia się ich bogatej dyskografii. Inna sprawa że miałem w życiu taki okres w którym niemal całkowicie odszedłem na kilka lat od black metalu i death metalu skupiając się na doom metalu. Przestałem śledzić wiele kapel death metalowych i black metalowych i teraz tych zaległości nie jestem w stanie nadrobić. A dobrej muzyki jest obecnie za DUŻO. Nie wiem czy mam się cieszyć czy płakać z tego powodu. Przesłuchałem przed koncertem najświeższy siódmy album Kampfar "Profan" (2015) i przypadł mi do gustu z uwagi na jego niepohamowaną porywczość, gwałtowność. Podoba mi się że muzyka Kampfar w dużej mierze opiera się na gitarowych riffach, ale momentami czuć w niej podniosły nastrój dumy jak na krążkach Primordial.
Ano właśnie Primordial. Bardzo lubię ten zespół i specyficzna atmosfera kreowana przez Irlandczyków na ich albumach ze wszech miar mi odpowiada. Nawiązująca do podań celtyckich z mocno zaakcentowanym tłem historycznym i kulturalnym dziedzictwem Irlandii majestatyczna muzyka Primordial nie daje się łatwo zaszufladkować. Mnie się podoba określenie blackened folk metal. Zostańmy jeszcze przy nastroju, gdyż ten da się wyczuć już przy dziewiczym odsłuchu któregoś z albumów Primoridal np. "The Gathering Wilderness" (2005). Nastroju, który jest podniosły, emocjonalny, przesycony nostalgią, melancholią, ale też goryczą i nihilizmem. Wokalista Primordial Alan Nemtheanga (z wykształcenia dziennikarz) dysponuje wspaniałym czystym wokalem, śpiewa żarliwie i niezwykle przekonywająco. Wspomagają go epickie i potężne gitarowe riffy jak np. w sztandarowej kompozycji Primordial "The Coffin Ships", którą zresztą zespół wzorcowo odegrał ku uciesze swoich fanów.
Po udanym koncercie Primordial nadszedł czas na norweską black metalową smołę czyli Gorgoroth, któremu przewodzi gitarzysta Roger "Infernus" Tiegs, jedyny członek oryginalnego składu. Któż nie pamięta słynnej Czarnej Mszy Gorgoroth w Krakowie w 2004 roku? Kontrowersji w polskich mediach było wówczas co niemiara - w końcu miała miejsce 'promocja satanizmu' na katolickiej polskiej ziemi w postaci uciętych owczych głów, ukrzyżowanych nagich ludzi, pirotechniki i antychrześcijańskiego black metalu. W Gorgoroth nie ma już charakterystycznego wokalisty Gaahla, zastąpił go Serb Atterigner z Triumfall. I choć zdania na temat ostatnich dokonań studyjnych Gorgoroth, w tym ich ostatniego albumu "Instinctus Bestialis" (2015) są podzielone na żywo Norwedzy nie znają litości. Nadal jest to bestialski black metal, pełen agresji, jadu i złowrogiej atmosfery. Tym razem obyło się bez prowokacyjnego urozmaicenia sceny - liczyła się tylko dewastująca muzyka. A było czego słuchać i co chłonąć. Wściekłość i dzikość koncertu Norwegów dało się odczuć wręcz fizjologicznie.
Gwoździem do wigilijnej trumny był finalny koncert Szwajcarów z Triptykon, którym przewodzi 52-letni Thomas Gabriel Fischer, a jego muzycznych dokonań w postaci Hellhammer i Celtic Frost nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Tom G. Warrior wielokrotnie opowiadał w wywiadach że proces twórczy muzyki Triptykon stanowi dla niego katalizator negatywnych emocji (w tym myśli samobójczych), które wezbrały się w nim po rozpadzie Celtic Frost. Jak wiadomo poprzez sztukę można odreagować najczarniejsze pokłady depresji, które gromadzą się w człowieku. Dlatego też w gothic/black/doom metalu Triptykon tyle mroku i nienawiści do świata. Koncertowo Triptykon zawładnął mną całkowicie - śledziłem ich występ ze wzrokiem wbitym w scenę. Miazga i jeszcze raz miazga. Monstrualny ciężar gitar, miażdżące doom metalowe zwolnienia i partie basu, wreszcie niepowtarzalne wokale Fischera. Zwróciłem uwagę na basistkę Triptykon Vanję Šlajh. W sieci nie ma o niej praktycznie żadnych informacji - introwertyczna Vanja pilnie strzeże swojej prywatności i nie robi z siebie gwiazdy. W trakcie setu Triptykon wybrzmiały m.in. "Circle of the Tyrants", "Necromantical Screams", "Goetia" i "Synagoga Satanae". Jeden z najlepszych koncertów w roku 2015. Jeśli jeszcze Szwajcarzy zawitają do Polski stawiam się obowiązkowo.
Chyba trochę uzależniłem się od koncertów. Niemniej jest to okazja, by poczuć muzykę na żywo, spędzić czas w towarzystwie znajomych, z którymi dzielę podobne zainteresowania i być może podobny światopogląd, a także poznać nowe osoby. I piszę to jako osoba introwertyczna, której zdarza się stronić od innych. PS Zdjęcia są jakie są. Generalnie ciężko mi było znaleźć jakiejś odpowiednie w miarę przyzwoitej jakości. To nie lada wyzwanie zrobić dobrą fotkę muzyków z szalejącego tłumu.
19 grudzień zaczął się ciekawie, gdyż ze względu na moje pozamuzyczne zainteresowania zostałem zaproszony do warszawskiego radia RDC, gdzie udzieliłem wywiadu na temat mojej górsko-wulkanicznej pasji. W związku z tym że miałem potem sporo czasu wolnego zjadłem obiad w wietnamskim barze i udałem się pieszo Puławską, a potem Marszałkowską w stronę Metro Ratusz Arsenał, a stamtąd tramwajem nr 26 do Fort Wola 22. Do Progresji zaczęto ludzi wpuszczać po 15, z początku nie było ich wielu. Rozejrzałem się po stoisku z merchem, kupiłem Primordial "Where Greater Men Have Fallen" (2014) i doom metalowy Dread Sovereign "All Hell's Martyrs" (2014) na CD i czekałem na znajomych z Piły, Poznania, Częstochowy i Wrocławia. O 16 poleciałem pod scenę zobaczyć pierwszy support, czyli Włochów z Selvans. Ich debiutancki album "Lupercalia" (2015) naprędce miałem okazję przesłuchać jeszcze przed koncertem. Włosi grają symfoniczny black metal z naleciałościami folkowymi. Owe naleciałości folkowe sprowadzają się do kilku melodii zagranych za pomocą folkowego instrumentarium oraz ambientowych leśnych odgłosów. Kapela dała przyzwoity koncert prezentując się jeszcze niezbyt tłumnie zgromadzonej publiczności. Generalnie nie przepadam za symfonicznym black metalem, ale krótki 30-minutowy set Selvans zdecydowanie na plus. Jako ciekawostkę dodam że Selvans inspiruje się dawnymi rzymskimi obrzędami religijnymi oraz antycznym folklorem - Luperkalia to dawne rzymskie święto religijne przypadające na 14-15 lutego (prawdopodobnie pierwowzór Walentynek), związane z kultem pół-kozła, pół-człowieka Fauna i obchodzone ku czci Luperkusa, bóstwa-opiekuna pasterzy przed wilkami.
O ile Selvans zagrał całkiem ciekawy gig, o tyle Słoweńcy z Cvinger trochę mnie przytłoczyli monotonną brutalnością. Black metal Cvinger nie jest niczym odkrywczym - czuć w tych dźwiękach pochwałę drugiej fali skandynawskiego black metalu. Na plus sporadyczne zaśpiewy przypominające chorały gregoriańskie i nieliczne partie akustyczne, ale stanowią one tylko niewielki element całości. Generalnie mnóstwo blastów, od czasu do czasu przykuwające na chwilę uwagę zwolnienia. Po wysłuchaniu połowy koncertu Cvinger jestem skłonny zauważyć iż muzyka Słoweńców zahacza o blackened death metal. Przydałoby się jednak trochę więcej życia w tej bezdusznej rzezi.
Norweska Gehenna istnieje od 1993 roku. Zespół przechodził przez różne wolty stylistyczne - na pierwszych materiałach Gehenna odnajdziemy elementy symfoniczne z klawiszami, "Admirion Black" z 1998 roku był całkiem oryginalną płytą black metalową, w 2000 roku zespół zwrócił się w kierunku surowego death metalu wydając kontrowersyjny krążek "Murder", ale już na "WW" (2005) zaczęło się stopniowe odejście od death metalu na rzecz powrotu ku black metalowym korzeniom. Tak jak wspomniałem na początku tekstu ominął mnie poznański koncert Gehenna (jako supporty zagrały wówczas I Saw Red i Demonical), więc z chęcią obejrzałem Norwegów na żywo. Kapelą od ponad 20 lat kieruje Sanrabb. Koncertowo Gehenna wypadła dość dobrze atakując uszy zgromadzonych ascetycznym, ponurym i transowym black metalem utrzymanym raczej w umiarkowanych tempach. Muzycy na scenie dość statyczni, a ich corpse paint wydawał się dość złowieszczy - zwłaszcza w oparach sztucznej koncertowej mgły. Moja kumpela rozmawiała z Mortenem z Gehenna w trakcie gigu Primordial i powiedział jej że nowy alum Gehenna powinien ukazać się w 2016 roku, planowany jest też powrót koncertowy zespołu do Polski, ale gdzie zagrają nie mam pojęcia. Czyżby Poznań? W Progresji zagrali m.in. "Devil's Work" czy "Grenade Prayer".
Chwila przerwy i na scenę wkraczają Norwedzy z Kampfar. I muszę przyznać że ich występ bardzo mi się podobał. Żywiołowy pagan black metal zagrany z werwą i pasją. Będąc szczerym nazwa Kampfar (choć mi znana) jakoś nie skłaniała mnie przez lata do dogłębnego przyjrzenia się ich bogatej dyskografii. Inna sprawa że miałem w życiu taki okres w którym niemal całkowicie odszedłem na kilka lat od black metalu i death metalu skupiając się na doom metalu. Przestałem śledzić wiele kapel death metalowych i black metalowych i teraz tych zaległości nie jestem w stanie nadrobić. A dobrej muzyki jest obecnie za DUŻO. Nie wiem czy mam się cieszyć czy płakać z tego powodu. Przesłuchałem przed koncertem najświeższy siódmy album Kampfar "Profan" (2015) i przypadł mi do gustu z uwagi na jego niepohamowaną porywczość, gwałtowność. Podoba mi się że muzyka Kampfar w dużej mierze opiera się na gitarowych riffach, ale momentami czuć w niej podniosły nastrój dumy jak na krążkach Primordial.
Ano właśnie Primordial. Bardzo lubię ten zespół i specyficzna atmosfera kreowana przez Irlandczyków na ich albumach ze wszech miar mi odpowiada. Nawiązująca do podań celtyckich z mocno zaakcentowanym tłem historycznym i kulturalnym dziedzictwem Irlandii majestatyczna muzyka Primordial nie daje się łatwo zaszufladkować. Mnie się podoba określenie blackened folk metal. Zostańmy jeszcze przy nastroju, gdyż ten da się wyczuć już przy dziewiczym odsłuchu któregoś z albumów Primoridal np. "The Gathering Wilderness" (2005). Nastroju, który jest podniosły, emocjonalny, przesycony nostalgią, melancholią, ale też goryczą i nihilizmem. Wokalista Primordial Alan Nemtheanga (z wykształcenia dziennikarz) dysponuje wspaniałym czystym wokalem, śpiewa żarliwie i niezwykle przekonywająco. Wspomagają go epickie i potężne gitarowe riffy jak np. w sztandarowej kompozycji Primordial "The Coffin Ships", którą zresztą zespół wzorcowo odegrał ku uciesze swoich fanów.
Po udanym koncercie Primordial nadszedł czas na norweską black metalową smołę czyli Gorgoroth, któremu przewodzi gitarzysta Roger "Infernus" Tiegs, jedyny członek oryginalnego składu. Któż nie pamięta słynnej Czarnej Mszy Gorgoroth w Krakowie w 2004 roku? Kontrowersji w polskich mediach było wówczas co niemiara - w końcu miała miejsce 'promocja satanizmu' na katolickiej polskiej ziemi w postaci uciętych owczych głów, ukrzyżowanych nagich ludzi, pirotechniki i antychrześcijańskiego black metalu. W Gorgoroth nie ma już charakterystycznego wokalisty Gaahla, zastąpił go Serb Atterigner z Triumfall. I choć zdania na temat ostatnich dokonań studyjnych Gorgoroth, w tym ich ostatniego albumu "Instinctus Bestialis" (2015) są podzielone na żywo Norwedzy nie znają litości. Nadal jest to bestialski black metal, pełen agresji, jadu i złowrogiej atmosfery. Tym razem obyło się bez prowokacyjnego urozmaicenia sceny - liczyła się tylko dewastująca muzyka. A było czego słuchać i co chłonąć. Wściekłość i dzikość koncertu Norwegów dało się odczuć wręcz fizjologicznie.
Gwoździem do wigilijnej trumny był finalny koncert Szwajcarów z Triptykon, którym przewodzi 52-letni Thomas Gabriel Fischer, a jego muzycznych dokonań w postaci Hellhammer i Celtic Frost nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Tom G. Warrior wielokrotnie opowiadał w wywiadach że proces twórczy muzyki Triptykon stanowi dla niego katalizator negatywnych emocji (w tym myśli samobójczych), które wezbrały się w nim po rozpadzie Celtic Frost. Jak wiadomo poprzez sztukę można odreagować najczarniejsze pokłady depresji, które gromadzą się w człowieku. Dlatego też w gothic/black/doom metalu Triptykon tyle mroku i nienawiści do świata. Koncertowo Triptykon zawładnął mną całkowicie - śledziłem ich występ ze wzrokiem wbitym w scenę. Miazga i jeszcze raz miazga. Monstrualny ciężar gitar, miażdżące doom metalowe zwolnienia i partie basu, wreszcie niepowtarzalne wokale Fischera. Zwróciłem uwagę na basistkę Triptykon Vanję Šlajh. W sieci nie ma o niej praktycznie żadnych informacji - introwertyczna Vanja pilnie strzeże swojej prywatności i nie robi z siebie gwiazdy. W trakcie setu Triptykon wybrzmiały m.in. "Circle of the Tyrants", "Necromantical Screams", "Goetia" i "Synagoga Satanae". Jeden z najlepszych koncertów w roku 2015. Jeśli jeszcze Szwajcarzy zawitają do Polski stawiam się obowiązkowo.
Chyba trochę uzależniłem się od koncertów. Niemniej jest to okazja, by poczuć muzykę na żywo, spędzić czas w towarzystwie znajomych, z którymi dzielę podobne zainteresowania i być może podobny światopogląd, a także poznać nowe osoby. I piszę to jako osoba introwertyczna, której zdarza się stronić od innych. PS Zdjęcia są jakie są. Generalnie ciężko mi było znaleźć jakiejś odpowiednie w miarę przyzwoitej jakości. To nie lada wyzwanie zrobić dobrą fotkę muzyków z szalejącego tłumu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























































