czwartek, 11 sierpnia 2016

Leonard Mlodinow "Nieświadomy mózg" - recenzja

Lubię czytać książki popularnonaukowe, gdyż po pierwsze jestem głodny wiedzy na temat funkcjonowania świata, a po drugie pragnę poszerzyć zasób swojego słownictwa. Poza tym bycie naukowcem kojarzy mi się z wysoką inteligencją i nie mniej wysokim społecznym prestiżem. Tym razem wziąłem się za lekturę "Nieświadomego mózgu" fizyka teoretyka z Harvardu Leonarda Mlodinowa, przyjaciela Stephena Hawkinga. Jednak "Nieświadomy mózg" to nie jest książka popularyzująca fizykę (choć pojawiają się w niej fragmenty dotyczące Wielkiego Wybuchu oraz działania funkcjonalnego rezonansu magnetycznego). Mamy tutaj do czynienia z pozycją z pogranicza psychologii i neuronauki. Mlodinow skupia się na roli nieświadomości w podejmowaniu decyzji przez ludzi. Decyzji, które czasem wręcz bywają sprzeczne z naszymi świadomymi wyborami. W jaki sposób przebiega interakcja pomiędzy świadomością a nieświadomością? Gdzie znajduje się granica między nimi? Podobała mi się przykładowo sekcja książki o wspomnieniach - pamiętamy w miarę dobrze ogólne obrazy z przeszłości, ale z przywołaniem szczegółów mamy już duży problem. Luki we wspomnieniach zalepiamy elementami układanki, które nie pasują do całości bądź są fałszywe. Mlodinow zwraca chociażby uwagę na to że naoczni świadkowie rozmaitych przestępstw (gwałtów, morderstw, itd.) często błędnie identyfikują sprawcę. Wspomnienia potrafią być doprawdy zwodnicze. Nadto wpływ oczekiwań na jednostkowe/kolektywne zachowania, podejmowane decyzje czy postrzeganie bywa niepodważalny. Ludzie wyrabiają sobie (nierzadko krzywdzące) zdanie o innych osobach na podstawie ich fizycznego wyglądu, postawy czy komunikacji niewerbalnej. W trakcie debaty publicznej między Johnem Fitzgeraldem Kennedym a Richardem Nixonem w 1960 roku to Nixon przegrał, gdyż mimo lepszego merytorycznego przygotowania prezentował się kiepsko w odróżnieniu od fotogenicznego Kennedy'ego. Marnym pocieszeniem było dla niego to że dla słuchaczy radiowych (którzy Nixona nie widzieli, a jedynie słyszeli jego głos w radioodbiornikach) stał się zwycięzcą. Mlodinow opisuje także ludzką skłonność do kategoryzowania i podziału na grupy z powodu powierzchownych bądź niewiele znaczących różnic, co może prowadzić do stereotypizacji, dyskryminacji i aktów agresji. Książka jest napisana przystępnym językiem i czyta się ją z zainteresowaniem. Uzmysłowiła mi jak wielki wpływ na moje decyzje czy postrzeganie ma ukryta nieświadomość. W "Nieświadomym mózgu" Czytelnik odnajdzie sporo ilustracji, ciekawostek historycznych czy osobistych wspomnień Autora dotyczących jego matki, ojca oraz syna.

Po jej lekturze zacząłem się zastanawiać między innymi nad tym co by było gdybym 1) pamiętał całe swoje dzieciństwo, dorastanie i młodość niezwykle dokładnie i precyzyjnie bez jakichkolwiek luk w pamięci 2) dowiedział się że wszystkie moje wspomnienia, które posiadam są fałszywe, okazują się mirażem, iluzją.

The Shallows/ 183 metry strachu (2016) - recenzja

Spragniony dobrego survival/animal attack horroru wybrałem się ostatnio do kina by zobaczyć "183 metry strachu" w reżyserii Jaume Collet-Serra. Blake Lively wciela się w "The Shallows" w postać studentki medycyny z Teksasu Nancy Adams. Dziewczyna udaje się do Meksyku, by odnaleźć plażę, którą ongiś upodobała sobie jej matka. Po odnalezieniu malowniczego skrawka piachu Nancy rozpoczyna surfowanie. Zaczyna zapadać wieczór. Studentka postanawia złapać ostatnią falę i zostaje ugryziona przez krążącego w wodzie rekina. Obficie krwawiąc z nogi Nancy znajduje schronienie na niewielkim kawałku skały w pobliżu którego znajduje się boja. Udaje jej się zaszyć ranę, po czym zaczyna wzywać pomoc. Krwiożerczy rekin czyha na nią pod wodą patrolując teren.

Pamiętam dwa wcześniejsze horrory hiszpańskiego reżysera Jaume Collet-Serry, a mianowicie "Dom woskowych ciał" (2005) oraz "Sierota" (2009). Oba przypadły mi do gustu, zatem tego samego oczekiwałem od "183 metry strachu". I się nie zawiodłem, ponieważ "The Shallows" to całkiem przyzwoity survival horror. Oczywiście nie ma co porównywać go do "Szczęk" (1975) Stevena Spielberga, filmu doskonałego i po dziś dzień imitowanego dziesiątki razy. Zwłaszcza w ostatnich latach mamy modę na absurdalne horrory o rekinach np. "Zombie Shark", "Roboshark", "Sharktopus", "Swampshark", "Jurassic Shark" czy "Shark Exorcist". W odróżnieniu od tych niskobudżetowych produkcji "The Shallows" chociaż próbuje być filmem na serio, co trzeba zauważyć i pochwalić. Horror Jaume Collet-Serra skupia się na próbach przetrwania Blake Lively na niewielkiej, wystającej z morza skale. Jedynym towarzyszem studentki staje się mewa ze zranionym skrzydłem. Blake usiłuje ocaleć za wszelką cenę i działa wyławiając chociażby kask pechowego surfera z wciąż sprawną kamerką GoPro. Muszę przyznać że "The Shallows" jest filmem znakomicie zrealizowanym, czego przykładem są podwodne zdjęcia oraz ujęcia z GoPro. Film nie został jednak nakręcony w Meksyku, ale w Australii (konkretnie na wyspie Lord Howe i wokół niej). Sporo suspensu i adrenaliny oraz zapadająca w pamięć scena z bioluminescencją meduz. Miłe zaskoczenie, choć nie należy oczekiwać od "The Shallows" realizmu. Na koniec zachęcam do przeczytania poniższego wywiadu z biologiem morskim specjalizującym się w rekinach.

http://www.smithsonianmag.com/science/qa-diving-deep-killer-shark-science-shallows-180959530/?no-ist

niedziela, 7 sierpnia 2016

Alfred Posamentier, Ingmar Lehmann „π Biografia najbardziej tajemniczej liczby na świecie" - recenzja

W niewymiernej liczbie Pi (ludolifinie), 3.1415926…… 22/7 czyli proporcji obwodu okręgu do jego średnicy najbardziej fascynuję mnie jej ciągnące się w nieskończoność rozwinięcie dziesiętne. Niekończąca się, by nie rzec irracjonalna procesja bilionów cyfr bez wyrazistego wzorca, porządku. Pi pojawia się wszędzie tam gdzie mamy do czynienia z okręgami, kołami, elipsami. Ale π to nie tylko geometria. To także teoria liczb. Rachunek prawdopodobieństwa. Algebra. Fizyka (np. zasada nieoznaczoności Heisenberga). Obecnie obliczanie cyfr rozwinięcia dziesiętnego liczby Pi to swoisty test na moc obliczeniową (super)komputerów. Do 2015 roku poznano 13.3 biliona cyfr rozwinięcia dziesiętnego Pi (po przecinku). Rekordy zapewne będą bite dalej. Nie sposób sobie wyobrazić ile cyfr rozwinięcia dziesiętnego Pi poznamy gdy do obliczeń przystąpią komputery kwantowe oparte na superpozycji i splątaniu. Ale to rzecz jasna bliżej nieokreślona i odległa przyszłość. Być może przyszłość utopijna – przynajmniej patrząc przez pryzmat obecnych czasów. W każdym razie π nie na darmo fascynuje matematyków i pasjonatów nauk ścisłych. Książka klarowna, przystępnie napisana i pomimo sporej dawki matematycznych tabel, obliczeń i geometrycznych figur wciągająca. Może się spodobać nawet osobom, którzy na myśl o matematyce i liczbach oblewają się zimnym potem. Posamentier i Lehmann kolejną swą książkę poświęcili ciągowi Fibonacciego (1, 1, 2, 3, 5, 8, 13, 21, 34… itd. – począwszy od trzeciej liczby każda następna jest równa sumie dwóch poprzednich).

14 marca co roku obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Liczby Pi. Warto zapamiętać tą datę i dać się ponieść magii i tajemniczości ludolfiny.

Pierwsze sto cyfr liczby Pi po przecinku: 3.1415926535897932384626433832795028841971693993751058209749445923078164062862089986280348253421170679...........

czwartek, 4 sierpnia 2016

Ulcer "Heading Below" (2016) - recenzja
























Kolejna wyśmienita płyta od coraz prężniej rozwijającej się Arachnophobia Records z Białegostoku. Pajęcza Fobia staje się powoli gwarantem dostarczania wysokiej jakości muzyki metalowej. Nigdy nie uznawałem się za fanatyka szwedzko brzmiącego death metalu, ale tak dobry i wciągający materiał jaki zaprezentował lubelski Ulcer na trzecim długograju "Heading Below" nie sposób zignorować. Oczywiście można dywagować że kapel grających death metal na szwedzką modłę (w pionierskim stylu Entombed/ Dismember/ Grave) jest w Europie na pęczki (w Polsce na szczególne wyróżnienie obok Ulcer zasługuje The Dead Goats) - od dobrych paru lat mamy renesans na tego typu granie. Na "Heading Below" odnajdziemy 52 minuty pierwszorzędnego i zagranego z pasją szwedzkiego death metalu po brzegi wypełnionego doskonałymi melodiami, intrygującymi zmianami tempa, przenikliwymi solówkami oraz miażdżącymi riffami. Płyta jest na tyle urozmaicona że nie sposób się przy niej nudzić. Pojawiają się na niej doom metalowe zwolnienia czego perfekcyjnym przykładem będzie chociażby utwór numer 9 - ponury i gruchoczący kości walec "Enshrouded in Nothingness", a także black metalowe elementy. Dla równowagi mamy "Sights to See" - ultra-szybki, gwałtowny i zahaczający o grindcore kawałek, w którym perkusista Wizun pokazuje na co go stać. Warto dodać iż "Heading Below" nie jest krążkiem na kilka pobieżnych przesłuchań - tę płytę należy smakować starannie i wielokrotnie, gdyż ma ona do zaoferowania mnóstwo smaczków. Pierwotna dzikość i gniotąca intensywność najnowszego materiału od Ulcer z całą pewnością przysporzy lubelskiej formacji nowych fanów. Nie jest to jednak bezduszna i odhumanizowana brutalność dla samej brutalności, ponieważ "Heading Below" jest całkiem chwytliwym krążkiem. Podoba mi się wokalny dualizm na płycie: z jednej strony death metalowy growl Angelfucka, z drugiej black metalowy jad D. Kolejne atuty tej płyty to doskonała praca gitar oraz perkusji. Nic w tym dziwnego, gdyż muzycy Ulcer nie są nowicjuszami i mają za sobą lata doświadczeń w wielu innych kapelach wchodzących w skład polskiej sceny metalowej np. Blaze of Perdition, Deivos czy Abusiveness. Nie będę szafował określeniami typu 'płyta roku', ponieważ nie jestem w stanie przesłuchać większości płyt, które są mi rekomendowane, jednak wraz z "Heading Below" Ulcer ustawił tegoroczną poprzeczkę dość wysoko jeśli chodzi o rodzimą death metalową chłostę.

"Heading Below" można odsłuchać w całości tutaj: https://arachnophobiarecords.bandcamp.com/album/heading-below

http://sklep.arachnophobia.pl/index.php?p2581,ara016-ulcer-heading-below-slipcase-cd

Nomad "Tetramorph" (2015) - recenzja
























Death metalowcy z Nomad działają w polskim podziemiu już od 1994 roku i do tej pory nie odnieśli większego sukcesu komercyjnego. A szkoda, gdyż na najnowszej EP-ce "Tetramorph" (2015) znajduje się mnóstwo wartościowej i ambitnej muzyki, którą słucha się z przyjemnością. Zwraca uwagę sam tytuł "Tetramorph". Przykładowo w chemii "tetra" to przedrostek zwielokrotniający, czyli "cztero" np. najpopularniejszy kannabinoid tetrahydrokannabinol (THC) bądź tetrahydroksyglinian sodu czy potasu. "Morph", "morphosis" to kształtowanie, przekształcenie - przykładem filmowym morfozy są np. wciąż zdumiewające przekształcenia składającego się z płynnego metalu terminatora/cybernetycznego mordercy T-1000 w innych ludzi (kultowy "Terminator 2: Dzień sądu" z 1991 roku). Dochodzimy zatem do tetramorfa - symbolicznego przedstawienia czterech różnorodnych elementów, tudzież kombinacji czterech różnorodnych elementów w zwartą całość. Czwórpostać np. w chrześcijaństwie umieszczane w czterech rogach ikon symboli czwórki Ewangelistów: Mateusza (człowiek), Łukasza (wół), Marka (lew) i Jana (orzeł). Oprócz tytułu intryguje także zawartość muzyczna ostatniej EP-ki Nomad. Mamy tutaj do czynienia z intensywnym, transowym i atmosferycznym death metalem z black metalowymi naleciałościami, który ze względu na zawarte w nim smaczki zachęca do niejednokrotnego odsłuchu. Czuć od tego krążka potężną nienawistną siłę i złowrogie wibracje. To co oferuje Nomad na "Tetramorph" to zróżnicowane tempa, inteligentne aranżacje wszystkich czterech kompozycji ("Tetrawind", "Tetrawater", "Tetrafire" i "Tetraearth" - cztery ziemskie żywioły: wiatr, woda, ogień i ziemia) oraz doskonale wykreowaną mroczną atmosferę. Dzięki zróżnicowanej strukturze kompozycji oraz solidnemu natężeniu mroku i brutalności muzyka Nomad zakotwicza się w umyśle na dłużej. Ponadto bardzo podoba mi się staranna oprawa graficzna "Tetramorph". Pozostaje zatem czekać na pełnometrażowego następce Tetramorfa i życzyć zespołowi z Opoczna jeszcze wielu udanych przyszłych materiałów.

Bandcamp zespołu: http://nomad333.bandcamp.com/album/tetramorph

Premiera "Tetramorph" miała miejsce 18 września 2015 roku nakładem Witching Hour Productions w limicie 500 egzemplarzy.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Castle Party 2016 (fotorelacja)



















Od trzech lat jeżdżę na festiwal muzyczny Castle Party w Bolkowie regularnie. W dużej mierze dlatego że line-up festiwalu zaczęły zasilać kapele metalowe i projekty dark ambientowe/ industrialne. Wychodzi więc na to że częściej bywam w Kościele ewangelickim niż na Zamku - koncerty w Kościele są bardziej kameralne i gromadzą mniejszą ilość widowni (czego nie można powiedzieć o koncercie XIII Stoleti w czwartek - wiem że słyszenia iż Kościół pękał w szwach, kobiety mdlały w ścisku, tutaj organizator definitywnie przesadził, ale jest to cenna lekcja na przyszłość). Także na festiwal wpadam na dzień, dwa - interesuję mnie głównie metal i dark ambient i pod tym kątem ustalam co warto zobaczyć, a co nie. Tak czy owak Castle Party wciąż jest bodaj najbardziej unikalnym festiwalem muzycznym w Polsce. Przynajmniej pod kątem atmosfery i publiczności, która na nim się pojawia. W zakresie ubioru dominuje czerń, czasem wymieszana z czerwienią bądź fioletem. Stroje są wymyślne, kreatywne, oryginalne, romantyczne, tajemnicze, mroczne, czasem lekko wyuzdane (lateks, moda wiktoriańska, futuryzm, etc.) Nie na darmo dziennikarze i reporterzy uganiają się na festiwalu za fantazyjnie ubranymi damami robiąc im zdjęcia do gazet. Iniekcja metalu w gotyckie żyły festiwalu sprawiła że baczniej zacząłem się przyglądać muzyce gotyckiej, choć tak naprawdę trudno mnie uznać za fana, bardziej za obserwatora - inna sprawa że muzyka gotycka jest niejednorodna, mieszają się tam różne wpływy i style muzyczne (elektronika, industrial, brzmienia punkowe, folkowe czy zmetalizowane). Festiwal skutecznie stawia na brzmieniową różnorodność - na Zamku obok gotyckiego rocka mogliśmy do tej pory usłyszeć np. Moonspell czy Paradise Lost, zespoły cenione wśród wielbicieli cięższych brzmień. Obie subkultury mogą ze sobą wzajemnie koegzystować. Osobiście obok wszelkiej maści muzyki metalowej (doom, death, black, etc.) zdarza mi się posłuchać gotyckiego rocka, industrialu, a dark ambient wprost uwielbiam. Nie widzę żądnych przeciwwskazań by oprócz brzmień metalowych eksplorować także inne muzyczne pejzaże. Uwielbiam gotyckie horrory z lat 50-tych, 60-tych i 70-tych (zwłaszcza włoskie np. Mario Bavy, Antonio Margheritiego) z ich niepowtarzalną aurą niesamowitości. Przydałby się jakiś kącik filmowy w ramach festiwalu, choć nie wiem czy coś takiego by się przyjęło. :-)

W tym roku pojawiłem się na dwa dni (piątek i sobota), choć karnet miałem zakupiony do niedzieli. Brak snu zrobił jednak swoje i już w niedzielę nadszedł czas powrotu do domu. W piątek w Kościele ewangelickim dominował black metal - po zakupieniu karnetu i udaniu się na pole namiotowe, na którym miałem nocleg zajrzałem do świątyni, by zobaczyć kilka rodzimych kapel z naciskiem na Sacrilegium i Furię. Nie zamierzam po kolei opisywać występów poszczególnych zespołów, bo trochę mija się to z celem (niektóre z zespołów już wcześniej tutaj opisywałem - po co zatem się powtarzać?). W zasadzie nie mam zastrzeżeń do doboru kapel grających w Kościele - wszystkie dały przyzwoite bądź rewelacyjne koncerty. Tak jak wspomniałem w repertuarze dominował black metal (Antiflesh, Outre, Sacrilegium, Furia), co akurat nie dziwi, gdyż obecna kondycja rodzimej sceny black metalowej jest wyśmienita. Po intrygującym gigu wrocławskiego Antiflesh (utrzymany w umiarkowanych tempach złowieszczy black metal) przyszedł czas na świetny koncert post-metalowców z Moanaa, którzy zaprezentowali kompozycję z nowego, mającego się dopiero ukazać bodaj we wrześniu albumu. Choć aktualnie po kapele z półek post-metal/sludge sięgam sporadycznie Moanaa niewątpliwie znajduje się w czołówce polskiego tego typu grania. Eksperymentalny black metal Outre potrafi słuchacza nieźle sponiewierać, a obecny wokalista zespołu Tymek Jędrzejczyk nie oszczędza się na scenie. Patent z opryskaniem stojących przy barierkach ludzi zaskakujący, choć niekoniecznie przyjemny. Mordor z Częstochowy to jedna z kapel obecnych już w latach 90-tych grająca old-schoolowy doom death z naleciałościami gothic rocka. Miło że zespół zaczął wykazywać aktywność koncertową, gdyż w Polsce mamy zdecydowany niedobór kapel doom deathowych czy funeral doomowych. Wolno, ciężko, klimatycznie. Przydałoby się więcej koncertów atmospheric doom metalowych w naszym kraju, choć doom metal (doom death, funeral doom, black doom) to nisza nawet w obrębie muzyki metalowej. Sacrilegium z Wejherowa to jeden z zespołów stanowiących podwaliny polskiej sceny black metalowej w latach 90-tych. W 1996 roku nagrali kultowy długograj "Wicher", a w 2016 roku powrócili z drugim albumem "Anima Lucifera". Ominął mnie koncert Sacrilegium w Gdańsku, toteż z przyjemnością wysłuchałem ich gigu w Kościele. Muzyka Sacrilegium na żywo jest pełna jadu, agresywna, epicka, nieco melancholijna. Szczerze mówiąc nie jestem jeszcze obeznany z "Anima Lucifera" - brakuje mi ostatnio czasu na systematyczne słuchanie muzyki, ale Sacrilegium w wersji live zaprezentowali się świetnie. Furia jak to Furia - zgromadziła mnóstwo ludzi i dała jak zwykle porywający koncert. Nic dziwnego że kapela Nihila jest tak hołubiona. Przyczynia się do tego nieprzewidywalna, specyficzna, raczej abstrakcyjna muzyka będąca przykładem udanego eksperymentowania z black metalową materią. "Kosi ta śmierć", "Ogromna noc", "Zamawianie drugie" - przy tych kompozycjach nie sposób być obojętnym. Koncert Szwedów z In Mourning widziałem wybiórczo - przyjemne granie, ale jakoś nie mogę się przekonać do melodyjnego death metalu i chyba już nigdy się nie przekonam. Nie obraziłbym się o inny zespół zamykający Metalowy Piątek na Castle Party 2016 np. szwajcarski Darkspace. Pomarzyć zawsze można. Na Zamku obejrzałem na sam koniec dnia koncert Holendrów z Clan of Xymox, zespołu powstałego w 1981 roku i z bogatą dyskografią, pionierów Dark Wave. Doceniłem piękne wokale oraz niezwykle żywe brzmienie Klanu, choć na ich muzyce nie znam się praktycznie wcale. Zapamiętałem jednak kilka zagranych piosenek: "She Is Falling in Love", "Emily", "Louise", "Farewell", etc. Udane zwieńczenie piątkowych muzycznych doznań.

Sobota stała pod znakiem dark ambientu i industrialu w Kościele i gotyckiego rocka na Zamku. Z zamkowych występów musiałem odpuścić koncert Blindead z nowym wokalistą (podobno wypadł świetnie) na rzecz In Slaughter Natives. Stwierdziłem że Blindead zobaczę pewnie jeszcze nie raz w Polsce, ISN niekoniecznie. Coś za coś. W ramach wolnego czasu przed koncertami rano udałem się na eksplorację młyna i starej opuszczonej garbarni, a potem na posiłek. Ale wróćmy do sobotnich występów. Dark ambient zaprezentowany w sobotę w Kościele ewangelickim był iście różnorodny: fabryczno-przemysłowy (Dead Factory - muzyka projektu Macieja Mutwila nasuwała mi na myśl widok walących się fabryk, pordzewiałej fabrycznej maszynerii i wypraw urbexowych w świat martwoty, rdzy i gruzu), oniryczny i relaksujący, acz nadal dość mroczny (Desiderii Marginis ze Szwecji) czy hipnotyczny i przerażający (Nordvargr). Szczególnie Nordvargr dał w sobotę wspaniały występ - stałem jak zahipnotyzowany chłonąc te piekielne i głębokie dźwięki pochodzące z najnowszego albumu Szweda "Anima Nostra" (2016). Sporą publiczność zgromadził także Bisclaveret Radosława Murawskiego i Macieja Mehringa kreujący specyficzną atmosferę grozy i obłędu. Szwedzkie trio z In Slaughter Natives (któż nie słyszał ich kawałka "Sacred Worms"?) przytłoczyło mnie wspaniałym, pulsującym od zła i szaleństwa dark ambientem/ martial industrialem - muzycy aby jeszcze bardziej wzmocnić przekaz użyli jako wizualizacji fragmentów ze słynnego art-housowego shockera "Begotten" z 1991 roku. Drugi po Nordvargr najlepszy występ w Kościele. Rosjanie z Phurpa dość długo rozkładali się na scenie, acz warto było poczekać, by doświadczyć ich rytualnej tybetańskiej mantry na żywo. Zdecydowanie jest to jednak muzyka dla cierpliwych słuchaczy, którym nieobce są medytacja oraz tantryczne buddyjskie rytuały (albo są spragnieni spirytualnych doznań). Mnie posłużyła jako swoista introdukcja do (choćby powierzchownego) zaznajomienia się z tybetańską tradycją Bon.

Jeszcze w trakcie rytuału Phurpa udałem się na Zamek, by posłuchać niemieckiej grupy Garden of Delight, która zagrała na CP 2016 jeden z trzech koncertów z okazji 25-lecia istnienia zespołu. Przyjemny koncert z dużą dawką rockowej energii. Około 23.30 na Zamku rozpoczął się koncert Fields of the Nephilim - pierwszy raz widziałem Carla McCoya wraz z zespołem w Warszawie w lutym 2014 roku. Nie da się ukryć że Fields of the Nephilim to nazwa, która elektryzuje nie tylko fanów muzyki gotyckiej, ale też metalowej. Do zespołu przyciągają mistycyzm widowiskowych koncertów FotN oraz głębokie, niekiedy demoniczne wokale McCoya. Twórczość Fields of the Nephilim hipnotyzuje widownię, rzuca na nią zaklęcia. To najprawdziwsza uczta dla uszu: muzyka przejmująca, transowa, melancholijna, chwytająca za serducho. Set-lista około 75-minutowego koncertu The Fields of the Nephilim przedstawia się następująco:

01. 24th Moment (Intro)
02. Dawnrazor
03. Moonchild
04. For Her Light
05. Love Under Will
06. From the Fire
07. Zoon III (Wake World)
08. Psychonaut
09. Last Exit for the Lost
10. Mourning Sun

Pozostaje mi zatem czekać na CP 2017. Moje propozycje co do line-upu Castle Party 2017 są następujące: My Dying Bride, Skuggsja i Killing Joke na scenie zamkowej, do Kościoła Arktau Eos z Finlandii (ritual dark ambient), Hamferd (epicki doom death z Wysp Owczych) oraz Darkspace (cosmic ambient black metal ze Szwajcarii). A nuż może któraś z tych nazw się pojawi w rozpisce festiwalowej na następny rok.

EDIT: 3 października 2016 roku pojawiła się informacja że My Dying Bride zagra na Castle Party 2017! Czyli moja sugestia została wzięta pod uwagę. Przybywam!

niedziela, 31 lipca 2016

Bolków: Opuszczona garbarnia i młyn



















W związku z tym że od trzech lat pojawiam się na festiwalu Castle Party w Bolkowie regularnie tym razem w ramach wolnego czasu postanowiłem poszwendać się po tamtejszej opuszczonym młynie i garbarni. Planu nie udało się zrealizować w 100 procentach, gdyż dostęp do części budynków przy ścieżce był utrudniony (zalane piwnice, dziura na górce zamkowej załatana, zardzewiały drut kolczasty na ogrodzeniu). Teoretycznie wszędzie da się wejść, ale w UE kieruję się zasadą nic na siłę - skoro nie ma dostępu to nie będę kombinował niszcząc ogrodzenie i przyczyniając się do dalszej dewastacji. Nie o to wszak chodzi. Opuszczone miejsca powinien dewastować upływający czas, a nie ludzie. Niestety zawsze to ludzie jako pierwsi rozgrabiają, dewastują, palą i zaśmiecają niszczejące konstrukcje. Zazwyczaj są to miejscowi, ale nie tylko. Tak czy owak z godzinnej eksploracji jestem dość zadowolony. Obiekt przy ulicy Jeleniogórskiej (zapewne stary młyn) bardzo zdewastowany i częściowo spalony - w dolnych partiach istne śmietnisko. Nieco lepiej wyglądają piętra, ale trzeba uważać na dziury w podłodze i stąpać ostrożnie. Ostatnie piętro to nieco ryzykowne chodzenie po starych deskach. Drugiego obiektu przy ścieżce i starej chaty nie eksplorowałem - może za rok w ramach Castle Party 2017. W Bolkowie znajdują się także opuszczony hotel (nie eksplorowałem) oraz zamek Świny (byłem i robiłem tam zdjęcia kilka lat temu).

Zdjęć na własny użytek zrobiłem około setki - to tylko niewielki ich wycinek.