sobota, 26 sierpnia 2023

Nick Bostrom "Superinteligencja" (2014) - recenzja

                                                  
Ostatnio dużo czytam, ale mam mniej czasu na samo pisanie i polecanie książek.  Korzystam też w miarę swoich możliwości z LLM (Large Language Models) a la ChatGPT oraz kilku innych nowych programów opartych na sztucznej inteligencji. Choć nie jestem w branży IT, ale zagadnienia dotyczące sztucznej inteligencji i bezpieczeństwa AI bardzo mnie interesują. Musiałem zatem sięgnąć po "Superinteligencję" filozofa AI Nicka Bostroma, przez wielu recenzentów określaną jako najważniejszą książkę dotyczącą powstania przyszłej superinteligencji (ASI, Artifical Superintelligence) i jej bezpieczeństwa napisaną w ostatnich latach. Jest to raczej trudna i wymagająca, aczkolwiek fascynująca lektura. Dość powiedzieć, że niektórzy recenzenci na LubimyCzytać nie dali rady przebrnąć przez nią w całości ze względu na jej akademicki żargon. Sam czytałem "Superinteligencję" długo, ale w miarę systematycznie i wraz ze wszystkimi licznymi przypisami. Inna sprawa: jaki jest sens 'recenzować' książkę, której nie przeczytało się w całości? 

Osobiście chciałbym, aby w tym stuleciu powstała superinteligencja przerastająca potencjałem intelektualnym ludzkość. Pewnie zanim do tego dojdzie to i tak będę martwy, ale pomarzyć można. Oczywiście powstanie (zaprogramowanie) takiego superinteligentnego bytu wiąże się z ogromną odpowiedzialnością programistów, sponsorów, naukowców. W końcu nie ma stuprocentowej gwarancji, że tak potężna superinteligencja (jeśli kiedykolwiek powstanie) będzie podzielać pozytywnie wartości, którymi się jako homo sapiens kierujemy. To będzie intelekt niewiarygodnego wręcz poziomu, który będzie zdolny do przyszłej kolonizacji przestrzeni kosmicznej, galaktyk, Wszechświata. Zatem przyszła eksplozja inteligencji wydaje się być całkiem prawdopodobna, choć należy liczyć się z tym, że przyszła ASI (jeśli nie rozwiążemy w porę tzw. problemu kontroli, AI Alignment) może doprowadzić ludzkość do zagłady. Apelują o to (i słusznie) Nick Bostrom i Eliezer Yudkovsky. 

Tak czy owak zaawansowana superinteligencja (gdyby powstała) byłaby w stanie wydłużać ludzkie życie w nieskończoność, udoskonalać intelekt jednostki, zapewnić ludzkości życie w harmonii, zdrowiu i nieskończonym bogactwie, zminimalizować bądź wyeliminować inne zagrożenia egzystencjalne takie jak erupcja superwulkanu, nuklearny armagedon, pandemia groźnego patogenu, uderzenie asteroidy w Ziemię, itd. Nadeszła by era post-ludzkości pełna cyfrowych umysłów (emulacji mózgu), neuromorficznej AI i niespotykanych wręcz możliwości doskonalenia intelektualnego. Niezależnie od tego czy rzeczywiście stworzymy w przyszłości superinteligencję czy np. poprzestaniemy na stworzeniu zaawansowanych systemów AGI (ogólnej sztucznej inteligencji) będziemy mieć pewne etyczne zobowiązania wobec sztucznej inteligencji i cyfrowych umysłów. Przykładowo jeśli ucyfrowione umysły będą miały świadomość, to nie możemy pozwolić na to, by cierpiały, nie możemy ich wykorzystywać, eksploatować, gnębić.

Czyli z jednej strony potencjalna przyszła eksplozja inteligencji będąca rezultatem opracowania ASI oznacza niewyobrażalny progres ludzkości. Z drugiej strony może łatwo wymknąć się spod kontroli, gdyż taka superinteligencja będzie nieprzenikniona. Jej twórcy mogą nie być w stanie rozpoznać jej odrębnego od ludzkiego systemu 'wartości'. Zatem kontrola takiej ASI np. poprzez jej uwięzienie może okazać się niewyobrażalnie trudna. Cele instrumentalne i ostateczne ASI mogą być zgoła odmienne od ludzkich. Kolejne zagrożenie to złe wykorzystanie powstałej superinteligencji np. w celu stworzenia zaawansowanych broni masowej zagłady, kontrolowania globalnych gospodarek czy manipulowania systemami politycznymi, co rzuci nasz świat w tryby totalnego globalnego chaosu. Następna kwestia omówiona w "Superinteligencji" to intensywny wyścig technologiczny korporacji high-tech w celu jak najszybszego opracowania ASI, który może skutkować brakiem globalnej współpracy i tym samym doprowadzić do zagrożenia egzystencjalnego. Zabraknie chociażby czasu na rozwiązanie trudnego (być może nierozwiązywalnego) problemu kontroli. Jeśli superinteligencja stanie się w pełni autonomiczna jej zachowanie może stać się dla programistów nieprzewidywalne. Wówczas może być już za późno na interwencję/korektę celów takiej ASI. Oczywiście istnieją też obawy, że opracowanie ASI przyczyni się do masowego bezrobocia, zniewolenia ludzkości przez superinteligencję, co oznacza kompletną bezbronność, itd. Jeśli opracowanie i kontrola ASI spocznie w rękach niewielkiej grupy ludzi to z kolei może przyczynić się do powstania olbrzymich nierówności społecznych i gospodarczych. Ważna jest globalna współpraca przy stworzeniu superinteligencji, rychłe rozwiązanie problemu kontroli i otwarty dialog. Superinteligencja powinna zostać opracowana dla dobra całej ludzkości i powinna podzielać nasze pozytywne wartości. 

Zastanawiam się czy nie lepiej opracować w pełni autonomicznej ASI, a nie tej, którą kontrolują programiści, decydenci. Wówczas możemy się spodziewać, że zostaniemy jako ludzkość poddani inwigilacji, kontroli. Z prostego powodu: ludzie sprawujący władzę, kontrolę są często chciwi, zepsuci do szpiku kości, a despoci mogą chcieć stworzyć z ASI narzędzie do masowej inwigilacji i zabijania. Z drugiej strony autonomiczna superinteligencja może nas zaatakować i wymordować, chyba że zaszczepimy w niej pozytywne wartości takie jak empatia, szacunek, współczucie. 

Jak zatem stworzyć ASI, której będzie zależało na dobrostanie ludzkości? Rozwiązanie problemu AI Alignment przed opracowaniem pierwszej ASI wydaje mi się arcytrudne, by nie rzec niemożliwe. W końcu czy można kontrolować superinteligentny byt, który (być może błyskawicznie) stanie się mądrzejszy od całej ludzkości? Jak poradzimy sobie z sytuacją, w której ASI będzie już autonomicznie zdolna do modyfikacji własnego kodu i oprogramowania? 

Lektura "Superinteligencji" uświadomiła mi jak ważne są kwestie bezpieczeństwa w zakresie obecnych i przyszłych badań nad AI.

Nie byłbym sobą gdybym nie wrzucił na sam koniec trochę industrial metalowej muzyki: 

Void "Posthuman" (2003):

https://ukvoid.bandcamp.com/track/posthuman 

Red Harvest "Godtech" z płyty "Internal Punishment Programs" (2002):

https://www.youtube.com/watch?v=h-fddU5ito8

środa, 9 sierpnia 2023

Powerstroke i Evildead, 9 sierpnia 2023 r. w Minodze (fotorelacja)

                                              



Akurat w moje urodziny postanowiłem przejść się na jedyny w Polsce koncert weteranów crossover thrash metalu z Evildead. Zespół z Los Angeles (podobnie jak Possessed) ma na koncie jedynie trzy albumy studyjne, w tym świetnie przyjęte przez thrash maniaków "Annihilation of Civilization" (1989), "The Underworld" (1991) oraz "United States of Anarchy" (2020) plus nieliczne dema i EP-ki. Podobnie jak Possessed powrócili z trzecim albumem studyjnym po wielu latach twórczego niebytu. Ich thrash metal, choć inspirowany kinem grozy (zresztą nazwa zespołu to oczywiście tytuł kultowego i wielokrotnie oglądanego przeze mnie horroru Sama Raimiego "Martwe zło" aka "The Evil Dead" z 1981 roku, który znalazł się swego czasu na kuriozalnej brytyjskiej liście video nasties) jest także społecznie zaangażowany i ma zacięcie crossover/hardcore. Można porównać dziki thrash metal Evildead pod kątem intensywności i agresji do Vio-lence, Dark Angel, wczesnego Kreator i być może nawet Demolition Hammer, choć nie brakuje w nim chórków a la Suicidal Tendencies. Koncertowo było energicznie i intensywnie, jednakże publiczność nie dopisała (z drugiej strony czego oczekiwać w sytuacji, gdy w Poznaniu prawie dzień po dniu grają Possessed, Deicide i Evildead). 

Byłbym zapomniał o Powerstroke. Belgowie od 2010 roku grają thrash/groove metal, który na żywo brzmi całkiem w porządku. Nie jest to totalnie porywająca muzyka, ale bawiłem się na ich koncercie całkiem nieźle, choć obecnie daleko mi do częstego słuchania zespołów a la Pantera czy Machine Head (zainteresowanie groove metalem minęło mi już dawno). Jednakże Belgowie wiedzą jak rozruszać widownię - wokalista i gitarzysta regularnie schodzili ze sceny, by występować wśród publiczności.  

Setlista Evildead: "A.O.P/ The Descending", "Gone Shooting", "Napoleon Complex", "Future Shock", "Sloe Death", "Bathe in Fire" (nowy numer z 2023 r. i zapowiedź kolejnego albumu), "Blasphemy Divine", "Word of God", "The Awakening", "Process Elimination" i "Annihilation of Civilization". 

Odsłuch "The Underworld" (1991) i "United States of Anarchy" (2020):

https://www.youtube.com/watch?v=jUr-ad_rCgI

https://www.youtube.com/watch?v=bcYLFem4UoA 

poniedziałek, 7 sierpnia 2023

Cobra the Impaler i Possessed, 6 sierpnia 2023 roku w 2Progi (fotorelacja)

                                                





Znowu zdecydowałem się na pójście na koncert w ostatniej chwili, gdyż supporty jakoś zbytnio nie zachęcały mnie na weteranów thrash death metalu z Possessed. Swoją drogą nigdy nie postrzegałem Possessed Jeffa Becerry za zespół death metalowy, choć wpływ Amerykanów na kierunek death metalu był niepodważalny (obok Necrophagia, Death, Master czy wczesnej Sepultura). Stwierdziłem jednak, że odpuszczę poznański koncert Deicide 8 sierpnia i zamiast niego pójdę na Possessed (supporty przed Deicide też nie zachwycają). No dobra, słówko o supportach, które moim zdaniem mocno odbiegały stylistycznie od Possessed. Rozumiem, że młode zespoły muszą się prezentować na żywo przed scenicznymi wyjadaczami, ale ja nie obraził bym się za jakiś death, thrash death czy thrash metal przed tak znaczącą i lubianą kapelą jak Possessed.

Na początek Cobra the Impaler, chyba najlepszy ze wczorajszych supportów. Młody zespół z Belgii z jednym długograjem "Colossal Gods" (2022) na koncie. Klasyfikowany na MA jako progresywny metalcore, choć moim zdaniem bliżej Belgom do Mastodon czy Baroness niż do raczej nie lubianego przeze mnie metalcore'a. Czyli da się wychwycić w muzyce Belgów wpływy stoner metalu, sludge doom metalu i prog/thrash metalu. Koncertowo wypadli na pewno energicznie, ale nie do końca przekonuje mnie taki support przed Possessed. Kolejne dwa supporty (Matt Miller, instrumentalny death metal i Stoic Suffering, deathcore z wpływami electro) oglądałem bez większego zainteresowania czekając na występ gwiazdy wieczoru. 

Odsłuch debiutu Cobra the Impaler:

https://listenable-records.bandcamp.com/album/colossal-gods

Possessed z San Francisco to zespół ceniony w Polsce i mocno hołubiony, co było widać na wczorajszym gigu. Dużo koszulek zespołu i spory przekrój wiekowy fanów (ludzie po 40-tce i 50-tce, ale także sporo metalowej młodzieży). Possessed to zbrutalizowany thrash metal i można uznać, że nazwa death metal pochodzi od ich dema z 1984 roku. Ich dwa albumy studyjne "Seven Churches" (1985) i "Beyond the Gates" (1986) oraz EP-ka "The Eyes of Horror" (1987) to pomniki ekstremalnego thrash metalu z satanistyczną aurą i horrorową otoczką. Zespół koncertował w latach 80-tych m.in. ze Slayer, Venom, Deathrow, Megadeth czy Voivod. W 1989 roku wskutek postrzału z broni palnej w trakcie rabunku wokalista Jeff Becerra zostaje sparaliżowany i po dziś dzień porusza się na wózku inwalidzkim, choć we wrześniu 2021 roku po raz pierwszy od 30 lat udało mu się spacerować na robotycznych nogach. W 2019 roku via Nuclear Blast ukazuje się trzeci album Possessed "Revelations of Oblivion", bardzo udany, pełen agresji i gęstego gitarowego grania. Tyle skrótowej historii.

Ogromny szacunek dla Jeffa Becerra za pozbieranie się i potężną determinację, by ciągnąć Possessed dalej. Wczorajszy koncert był intensywny i mocno przekrojowy. Młyn pod sceną potężny, nie obyło się także bez stage divingu. Bawiący się obok mnie z grupą młodzieniec zgubił koszulkę zespołu i mam nadzieję, że ją znalazł. Wokale Jeffa wciąż agresywne, niepowtarzalne i nawiedzone, muzycy, którzy mu obecnie towarzyszą doskonali (fenomenalne partie gitarowe i perkusyjne, doskonałe solówki). Set-lista Possessed: "No More Room in Hell", "Damned", "Beyond the Gates", "Pentagram", "Tribulation", "The Word", "Storm in My Mind", "Shadowcult", "My Belief", "Graven", "The Exorcist", "Demon", "Fallen Angel", "Death Metal", "Dominion", "Swing the Axe" i "Burning in Hell".

"Seven Churches" (1985) do odsłuchu:

https://www.youtube.com/watch?v=XlYiVBP8JHw

czwartek, 20 lipca 2023

Castle Party 2023 (fotorelacja)

                                                      






















































Z początku narzekałem trochę na lineup tegorocznej edycji festiwalu Castle Party w Bolkowie, ale już po powrocie do Poznania zmieniłem nieco swój punkt zapatrywania. Lineup był różnorodny, każdy znalazł coś dla siebie - wielbiciele post-punka, tradycyjnego rocka gotyckiego, EBM/harsh electro, black metalu, neofolka, industrialu czy dark ambientu. Ja np. przyjechałem na CP2023 głównie dla koncertów Of the Wand and the Moon, Suicide Commando, Laibach czy Non Human, inni zapewne mieli innych koncertowych faworytów. Przykładowo zrezygnowałem całkowicie z uczestnictwa w koncertach zespołów folk metalowych, gdyż nie odnajduje się w takich dźwiękach (nie jestem ich adresatem). Mniejsza z tym. W Bolkowie pojawiłem się już w czwartek około godziny 15 i udałem się szybko na pole namiotowe, by zbytnio nie spóźnić się na czwartkowe koncerty parkowe. 

Lubię koncerty na małej scenie, gdyż są bardziej kameralne i intymne niż na scenie zamkowej. Zacząłem od koncertu Cierń - zimnofalowych post-punkowców z Berlina. Świetnie zaaranżowany post-punk, chwytliwe i mocno osadzone w brzmieniach z lat 80-tych piosenki, które są społecznie zaangażowane (prawa człowieka, zwierząt, zmiany klimatyczne). Tytułem dygresji coraz więcej zespołów/projektów ze sceny goth śpiewa o antropogenicznym globalnym ociepleniu np. Cierń, Pink Turns Blue czy Zanias. Artyści są coraz bardziej świadomi wielu przyszłych zagrożeń, które są związane ze zmianami klimatycznymi (np. podnoszenie się poziomu oceanów, ekstrema pogodowe takie jak susze, powodzie, tornada, wędrówki ludów) i apelują o ścięcie emisji CO2, by proces zmian klimatycznych wyhamować. Koncert Cierń bardzo fajny, żywiołowy, dla mnie pięknie otwarcie festiwalu. Kojarzę że zagrali "Glass Houses", "Bloody Rites", "The Emperor Rx" i "Reclamation".

https://ciern.bandcamp.com/album/the-emperor-rx

Kolejny czwartkowy koncert, który widziałem to Gotterdammerung z Niemiec, czyli "Zmierzch bogów" (1894), czwarta część dramatu muzycznego "Pierścień Nibelunga" Wagnera (pochodzenie nazwy zespołu). Istniejący od 1991 roku zespół death rockowy/post-punkowy, którego muzyki do tej pory nie słyszałem, co świadczy o tym, że Niemcy nie są zbyt znanym zespołem. Z drugiej strony zespołów sceny gotyckiej są tysiące (istniejących i nieistniejących), zatem nie sposób znać je wszystkie. Zawsze jak nie znam jakiegoś zespołu, a chcę poznać jego muzykę to staram się choćby pobieżnie przesłuchać jego twórczość, ale tutaj poszedłem na żywioł. Koncertowo jest energicznie, gitarowo i mrocznie. Zachęcam do odsłuchu ostatniego albumu Gotterdammerung - a nuż komuś przypadnie do gustu.

https://gotterdammerung.bandcamp.com/album/intensity-zone  

Koncerty zespołów Psychoformalina (Polska) i Frank the Baptist (Niemcy) widziałem fragmentarycznie, gdyż wyszedłem na zewnątrz scenicznego namiotu, by się socjalizować ze znajomymi. Warto jednak napisać o nich choć kilka słów. Psychoformalina powstał we Wrocławiu w połowie lat 90-tych, pierwsza płyta rodaków "Psychoformalina" ukazała się jednak w 2008 roku. To ciekawy twór muzyczny, którego coldwave/post-punk jest przesycony dużą dawką psychodelii i odrealnionej dekadenckiej poezji. Na żywo zabrzmieli intrygująco, duszno, posępnie i całkiem ciężko. Na pewno jest to muzyka antykomercyjna i surowa, raczej skierowana do wyrobionej grupy słuchaczy.

Odsłuch "Chimera": https://psychoformalina.bandcamp.com/album/chimera

Żwawy gig Frank the Baptist z Berlina jakoś szczególnie mnie nie zachwycił, ale niektórym moim znajomym z kręgów gotyckich się podobał. No cóż, gusta mamy odmienne i nie ma co się spierać. Mimo całkiem mrocznej warstwy lirycznej to bardzo przyjazny dla ucha indie goth rock z lekko psychodeliczną atmosferą i dość specyficznym męskim wokalem kojarzącym mi się z psych rockiem lat 70-tych. Swoją drogą znowu Berlin - czasem mam wrażenie, że Berlin stał się europejską stolicą muzyki gotyckiej (nie tylko klubowych imprez techno i rave parties).   

https://frankthebaptist.bandcamp.com/album/road-omen

W czwartek najbardziej czekałem na ostatni koncert gotycko rockowego The House of Usher (od "Zagłady domu Usherów" Poego).  I rzeczywiście jak dla mnie był to koncert dnia. Śmiało można powiedzieć, że The House of Usher to jedni z weteranów niemieckiego rocka gotyckiego, którzy istnieją od 1990 roku i mają już na koncie aż 14 albumów studyjnych.Tak czy owak, Niemcy grają znakomicie zaaranżowany i energiczny rock gotycki, który powinien przypaść do gustu wszystkim wielbicielom tradycyjnego goth rocka z lat 80-tych i 90-tych. Ja sam wyszedłem z koncertu Niemców na tyle zachwycony, że kupiłem (po zasięgnięciu opinii znajomego) dwie płyty CD: album z 2005 roku  "Radio Cornwall" oraz "Black Sunday Chronology" z 1998 roku. Będę miał co słuchać w najbliższych miesiącach. Tymczasem:

https://www.youtube.com/watch?v=bVlo4Fi0IVs

Aby odegnać zmęczenie nocowania na polu namiotowym (oj, w czwartek muzyka grała tam głośno praktycznie przez całą noc) w sobotni poranek udałem się na mały spacer po Bolkowie. Najpierw zamek, aby zerknąć na scenę koncertową i rozkładające się dopiero stoiska, a potem w kierunku opuszczonej garbarni (malownicza ruina) oraz opuszczonego hotelu Bolków obok którego znajduje się opuszczone kino (?). Oba te obiekty jako urbexer eksplorowałem już kilka razy, zatem odpuściłem włażenie do nich (wejścia do hotelu zamurowane) i zrobiłem kilka zdjęć z zewnątrz. Rozruszałem się trochę, po czym wróciłem na pole namiotowe, by odpocząć. Pierwszy koncert, który zobaczyłem na scenie zamkowej to Zee Van Ovitz - zaśpiewany w ojczystym języku przyzwoity rock gotycki z Warszawy. Zespół obecnie mało 'popularny', zatem warto przesłuchać ich album. Zwróciłem uwagę na piosenkę "Lokis" tytułem nawiązującą do subtelnego polskiego horroru z 1970 roku.

https://alcheravisions.bandcamp.com/album/po-nocy-cie

Koncerty Runika (folk metal) i Decadent Fun Club (kojarzę ich gig w Poznaniu, gdy ongiś supportowali New Model Army) odpuściłem i udałem się na Las Trumien na małej scenie. Soczysty sludge/stoner doom prosto z Katowic, pełen jadowitych wokali i inspirowany seryjnymi mordercami (Ian Brady, Bogdan Arnold, Edmund Kolanowski, którego anonimowy grób sfotografowałem ongiś na cmentarzu Miłostowo i masa innych). Czyli liryczne klimaty Macabre, Church of Misery i paru innych zespołów. Koncertowo chłopaki wypadli świetnie, wszystko mi się zgadzało. Więcej doom metalu na Castle Party? Oczywiście jestem na tak, choć przydałyby się na małej scenie także nigdy nie goszczące na CP kapele funeral doom metalowe a la Ahab, Evoken, Shape of Despair czy Bell Witch. 

https://lastrumien.bandcamp.com/album/g-d-zabijania 

Koncertu Whalesong (industrial metal/experimental) nie widziałem, bo zagadałem się na zewnątrz sceny ze znajomymi. Ale co nieco słyszałem i mi się podobało. Poleciałem natomiast na dużą scenę, by zobaczyć Niemców z Girls Under Glass. Powstały w 1986 roku w Hamburgu GUG to jeden z najdłużej działających (z przerwami) zespołów niemieckiej sceny gotyckiej. Flirtowali na swoich albumach z electro-industrialem a la Skinny Puppy czy Front Line Assembly, synth popem, industrialnym rockiem czy industrialnym metalem. Ślady industrial metalu a la Ministry znajdziemy choćby na ich albumie "Darius" z 1992 roku. 2 czerwca 2023 roku ukazał się ich ostatni jak dotąd album "Backdraft", z którego zagrali parę numerów. Niemcy wypadli naprawdę fantastycznie, czuć było w tym pasję grania i dzielenia się muzyką, wybrzmiał chociażby ich szlagier z "Darius" (1992), czyli "Reach for the Stars". To był bodaj ich pierwszy koncert na festiwalu Castle Party.

https://girlsunderglass1986.bandcamp.com/album/darius

Ominął mnie koncert Grendel, bo zapragnąłem posłuchać punkowo black metalowego projektu 3/4 muzyków Mgły, czyli Owls Woods Graves.  To zdecydowanie był jeden z najbardziej wściekłych koncertów tegorocznej edycji CP, intensywny, zwarty i arogancki. Są tnące riffy, pokłady agresji, chórki i chwytliwe piosenki a la "Antichristian Hooligan", "Return of Satan" czy "Idzie Diabeł", które są idealne do zanucenia w trakcie kaca. Owls Woods Graves to w każdym razie nic zobowiązującego, ale ten agresywny mariaż punka i black metalu może się naprawdę podobać. 

https://malignantvoices.bandcamp.com/album/secret-spies-of-the-horned-patrician

Nigdy nie byłem fanem The 69 Eyes, ba, kiedy siedziałem dość mocno w metalu to kompletnie nie rozumiałem fenomenu Finów, choć znałem kilka ich piosenek. Zespoły pokroju HIM czy The 69 Eyes kojarzyły mi się z muzyką dla nastoletnich gotek. Jednak z wiekiem nabrałem pokory i wyzbyłem się bzdurnego młodzieńczego elitaryzmu. Stwierdziłem, że zobaczę The 69 Eyes po raz pierwszy na żywo i nie żałuję, choć gdy wybrzmiał najbardziej znany hit Finów, czyli "Brandon Lee" zrobiłem kurs powrotny na małą scenę. Muzyka The 69 Eyes to chwytliwy dark rock, albo inaczej goth'n'roll zaśpiewany w żywiołowy sposób przez charakterystycznego frontmana z kruczoczarnymi włosami a la Peter Steele z Type O'Negative, Jyrkiego 69.

https://www.youtube.com/watch?v=gKm4yZura_o

A poleciałem na scenę parkową, by zobaczyć enigmatyczny zespół Dolch z Berlina. Subiektywnie to jedno z moich odkryć koncertowych tegorocznego CP. W obiegu funkcjonuje taki termin jak 'nocturnal music' i flirtujący z ethereal darkwave a la Lycia i ambientem drone doom/occult rock Dolch doskonale się w ramy tego terminu wpisuje. 'Nocturnal music', czyli muzyka nocnej jazdy samochodem bez wyraźnego celu, nocnego spaceru po lesie czy nocnego urbexu. Doskonałe żeńskie wokale (mistyczne i tajemnicze) i transowy minimalizm, senno-odrealniona atmosfera. Prześwietny koncert, choć niestety nie widziany w całości. Zresztą sami się przekonajcie i dajcie się ponieść lynchowskiemu "Nacht" (2022):

https://dolch.bandcamp.com/album/nacht

Istniejący od 1980 roku Laibach ze Słowenii to zespół zjawisko, dlatego musiałem po prostu zobaczyć ten kolektyw na żywo. Nie znam szczerze mówiąc całości przepastnej twórczości Słoweńców, ale swego czasu słuchałem "Opus Dei", "Jesus Christ Superstars", "Nova Akropola", "Laibach", "Kapital" czy "Volk". Laibach nigdy nie wchodził mi od razu i nadal nie wchodzi. Ale nie da się ukryć, że wpływ Laibach na martial industrial, eksperymentalny industrial czy neoclassical darkwave jest niepodważalny. Słoweńcy niejednokrotnie parodiowali systemy totalitarne, autokratyczne i nacjonalistyczne przez co budzili kontrowersje (użycie mundurów, totalitarna estetyka zespołu). Zwracał też na siebie barytonowy wokal Milana Frasa, niewątpliwa inspiracja dla Tilla Lindemanna z Rammstein. W sierpniu 2015 roku Laibach zagrał dwa koncerty w Pjongjangu (Korea Północna). Pojawiały się też informacje, że Laibach to zespół komunistyczny, przy czym większość ich materiałów jest powiązana z komunizmem. Ja jednak mam wrażenie, że totalitarna estetyka Laibach jest celowo przesadzona, wyolbrzymiona, parodystyczna. Do najsłynniejszych piosenek Laibach należą "God Is God", "Life Is Life" oraz taneczny "Tanz mit Laibach". Konkludując, awangardowy, mocno teatralny i bogaty w wizualizacje spektakl Laibach był dla mnie fascynującym zjawiskiem, choć momentami trudno jest muzykę Laibach uznać za łatwo zrozumiałą. Na pewno to unikalny zespół.

https://www.youtube.com/watch?v=Glu9wA4HjE0 

https://www.youtube.com/watch?v=2BqLv2T8vSc 

Sobota miała być najgorętszym dniem Castle Party. Istna patelnia z temperaturami sięgającymi ponad 30 stopni Celsjusza. No cóż, jeszcze trochę i doczekamy się w Polsce iście tropikalnych temperatur. Dobrze zatem było się zaszyć przed koncertami w barze blisko Leszego i raczyć się zimnym piwem z przyjacielem. W planach miałem głównie koncerty na małej scenie parkowej poza dwoma wyjątkami. Trochę żałuję koncertów The Beauty of Gemina i Dawn of Ashes, ale zwyciężyła chęć zobaczenia zespołów na mniejszej scenie. Nie mam niestety zdolności teleportacji/bilokacji. 

Pierwszym występem o jaki zahaczyłem w cieplarnianą sobotę był ambient drone Michała Krawczuka z rodzimego projektu neofolkowego By the Spirits, który nawiasem mówiąc nagrał cover "Wintry Mantle" Of the Wand and the Moon na tegorocznym tribute albumie. Spokojny i kontemplacyjny ambient drone inspirowany urbexem, górami i lasami. Posłuchajcie poniżej:

https://michalkrawczuk.bandcamp.com/album/giants

Mimo wszechogarniającego upału wróciłem na zamek, by zobaczyć zimnofalowy koncert undertheskin z Warszawy, rodzimego zespołu post-punkowego, który zdobył już pewną niszową popularność za granicą. Co ciekawe, undertheskin wystąpi w grudniu 2023 roku w Warszawie jako support Turków z She Past Away. Zamkowy koncert zespołu Mariusza Łuniewskiego przypadł mi do gustu, mimo żaru lejącego się z nieba był przesycony chłodem, smutkiem i melancholią.  Wybrzmiały m.in. "End This Summer" oraz zapowiedź najnowszego albumu, czyli "Freezing Lights" (2023). 

https://underskin.bandcamp.com/track/freezing-lights-2023

Musiałem niestety zrezygnować z koncertu Amerykanów z Dawn of Ashes, gdyż kolidował mi z NNHMN (Non Human) z Berlina. Berliński duet występuje w Polsce rzadko, zatem nadarzyła się okazja, której nie należało zmarnować. Swoją drogą znam ich twórczość wybiórczo, ale bardzo lubię takie piosenki jak "Cold Eyes", "Haxan" czy "Der Unweise". Generalnie jestem tak ostatnio przytłoczony nadmiarem muzyki, że w zasadzie od lat zaprzestałem poznawania pełnych dyskografii zespołów (oczywiście są od tego wyjątki). Leci kilka kawałków np. Lycia, a potem sięgam po funeral doom Shape of Despair, potem po hiszpański neofolk, itd. Wracając do koncertu Non Human: oj tak, był doskonały. Sensualna dark electro skłaniająca do kołysania się i rozmarzenia. Serio NNHMN jest jednym z moich ulubionych tworów dark electro/darkwave, gdyż muzyka duetu jest hipnotyczna, zmysłowa, oniryczna. Posłuchajcie chociażby "Tomorrow's Heroine". Rewelacja!

https://www.youtube.com/watch?v=nF0aVPeUNp4 

Na szwedzkim mistrzu dark ambientowym Desiderii Marginis przechodziłem mały kryzys związany z kolejną nieprzespaną nocą. Hałaśliwe pole namiotowe potrafi dać człowiekowi w kość. No cóż, pisząc te słowa przypomniał mi się rewelacyjny kawałek Delphine Coma "We Never Sleep". Wróćmy jednak do dark ambientu, który jest muzyką mocno hermetyczną, introspektywną, która (podobnie jak funeral doom) wymaga od słuchacza skupienia, wtopienia się w te mroczne i przenikliwe dźwięki. Melancholijny dark ambient Desiderii Marginis (Johana Levina) jest idealny do wędrówek wśród apokaliptycznych ruin opuszczonych kościołów, mauzoleów czy przestrzeni industrialnych. Esencjonalna 'nocturnal music'. Jeśli polubicie się z dark ambientem Desiderii Marginis to polecam także Northaunt i Svartsinn.

https://www.youtube.com/watch?v=wfkPJETfs4c

https://desiderii.bandcamp.com/album/the-night-slept-on-my-arm

Lekka obsuwa i małą sceną zawładnęli Francuzi z Derniere Volonte, których można zaszufladkować jako martial industrial/neofolk z wpływami synth popu. Znowu nie znałem twórczości Francuzów na tyle dobrze, by pisać na jej temat pochwalne elaboraty, ale koncertowo wypadli wspaniale. Publika dużo tańczyła przy ich żywiołowym i chwytliwym martial industrialu/neofolku. Cieszę się, że mogłem doświadczyć militarystycznej muzyki duetu Derniere Volonte na żywo, gdyż Francuzi koncertują jedynie okazjonalnie. Ach, jak mi się marzy koncert Dark Sanctuary, tudzież Elend!

https://tescogermany.bandcamp.com/album/cristal 

Koncert Of the Wand and the Moon Kima Larsena był jednym z najbardziej przeze mnie wyczekiwanych na Castle Party 2023. Zapewne dlatego, że projekt/zespół Kim Larsena to czołówka eksperymentalnego neofolku i muzyka poruszająca, głęboko emocjonalna, ogromnie melancholijna. Lubię zarówno wczesne runiczno-pogańskie brzmienia neofolkowe Of the Wand and the Moon, jak i te eksperymentalne, z trąbką i z ostatnim rewelacyjnym albumem "Your Love Can't Hold This Wreath of Sorrow" (2021) na czele. Koncert Of the Wand and the Moon był przesycony smutkiem, tęsknotą, autentycznie nastrojowy i niezwykły (ach, te lilie i tajemnicze wizualizacje). Z neofolkiem Kima niezwykle łatwo stworzyć emocjonalną więź, gdyż muzyka Of the Wand and the Moon snuje delikatne opowieści o samotności, tęsknocie, rozstaniu, nieodwzajemnianej miłości. Doskonały koncert, jeśli nie najlepszy! Usłyszałem m.in. "Your Love Can't Hold This Wreath of Sorrow", "Whispers of the Past", "Sunspot", "I Crave for You" i "Let's Take a Ride (My Love)". Tymczasem "Megin Runar" z "Lucifer" (2003) - darzę tą piosenkę wielką miłością, bo to esencja Of the Wand and the Moon:

https://www.youtube.com/watch?v=eSIJJ5mIfDk

Po koncercie Of the Wand and the Moon wróciłem jeszcze na Zamek, by zostać do końca na koncercie Deine Lakaien. Także doskonałym, także melancholijnym i poruszającym, choć może w nieco mniejszym natężeniu. Tak czy owak, muzyka Deine Lakaien to wysmakowany mariaż awangardowej elektroniki, darkwave i neoclassical. To jednocześnie zespół ogromnie zasłużony dla sceny gotyckiej, choć twórczość Deine Lakaien (podobnie zresztą jak Laibach) wymyka się prostym klasyfikacjom. Nie będę przytaczał tutaj całej setlisty Deine Lakaien, gdyż nie widziałem całości koncertu, ale Alexander Veljanov przepięknie zaśpiewał chociażby "Gone", "Farewell", covery Patti Smith i The Cure "Because the Night" i "The Walk", "Dark Star" i obowiązkowo "Love Me to the End" w trakcie bisu.

https://deinelakaien.bandcamp.com/album/dual-1

Noc spędziłem na rozmowach ze znajomymi w Hacjendzie i polu namiotowym. Snu oczywiście praktycznie w ogóle nie było, ale taka jest cena fizjologiczna aktywnego uczestnictwa w jakimkolwiek festiwalu. Niedzielę postanowiłem spędzić głównie na Zamku i zejść na dół tylko na koncert Alien Vampires. Tak też zrobiłem. Najpierw jednak zerknąłem na koncert CattaC - niemieckiego duetu darkwave, EBM i industrial. Przyzwoity koncert z wokalistą, którego śpiew przypominał mi mocno nieodżałowanego Petera Steele'a z Type O'Negative. Rola otwieraczy festiwali jest nieco niewdzięczna, gdyż są to raczej nieznane zespoły z zazwyczaj niewielkim dorobkiem artystycznym. 

https://darktunes.bandcamp.com/album/deliverance

Następnym zespołem, który miałem przyjemność zobaczyć po raz pierwszy na żywo był niemiecki Golden Apes. Z tego co się orientuję Niemcy sporo koncertują i są mocno rozpoznawalni w kraju ojczystym, ale także poza jego granicami. W każdym razie na Castle Party wystąpili wcześniej dwukrotnie na małej scenie, a w niedzielę zadebiutowali na dużej scenie. I był to fajny, żywiołowy i przyjemny koncert. Wokalista Golden Apes, Peer Lebrecht dysponuje naprawdę ciekawym i chwytającym za serce wokalem - idealnym do gotycko rockowej/post-punkowej estetyki. I sporo pali na scenie. Polecam mocno zapoznanie się z wciągającą muzyką Golden Apes - można łatwo wpaść w sidła melancholii "From the Sky","Grey" czy "Hold Me":

https://goldenapes.bandcamp.com/album/from-the-sky-23

No i przyszła kolej na koncert post-punkowców z Vancouver (Kanada), czyli Actors. I również tutaj byłem zachwycony. Co za prezencja sceniczna (lateks i tatuaże), co za fantastyczny koncert! Muzyka Actors jest co prawda nieco wesoła i bardzo przebojowa (choć czasem czuć w niej zadumę i melancholię), ale w trakcie gigu miałem wrażenie jakbym cofnął się w czasie w lata 80-te i znalazł się na koncercie Sisters of Mercy z set-listą złożoną z kawałków z "Floodland" (1987). Actors jest zespołem uwielbianym w Kanadzie i to chyba (obok Traitrs) najlepszy towar eksportowy z tego kraju, jeśli chodzi o post-punk. Totalna energia na scenie i doskonała zabawa! 18 lipca Actors zagrali wyprzedany koncert w Warszawie, także fajnie, że ja zobaczyłem ich akurat na CP 2023. Spójrzcie na liczbę entuzjastycznych komentarzy na bandcampie. Dużo jak na zespół, który jest młody stażem.

https://actors.bandcamp.com/album/acts-of-worship-lp

Koncerty Suicide Commando (Belgia) i Alien Vampires (Włochy) opiszę łącznie, gdyż oba projekty/zespoły tworzą w nurcie dark electro/EBM/electro-industrial, z tym że w AV czuć dodatkowo wpływy black metalowe. I jednocześnie nie stronią od prowokacji i perwersji, zarówno w warstwie lirycznej, jak i w wizualizacjach. Suicide Commando słynie chociażby z nurzania się w takiej tematyce jak np. tortury, samobójstwo, sadomasochizm, wojna, nienawiść, przemoc, seryjne i masowe morderstwa. Każdy, kto choć trochę liznął EBMu/dark electro na pewno słyszał takie klubowe hity Suicide Commando jak "Hellraiser", "See You in Hell", "Die Motherfucker Die" czy "Love Breeds Suicide". Nie da się ukryć, że muzyka Suicide Commando jest zimna, mroczna i agresywna, co akurat nie dziwi, gdyż Johan van Roy jest wielkim fanem Skinny Puppy czy Klinik. A tak w ogóle Johan jest porywającym frontmanem, szalał na scenie niezmordowanie, a duszną atmosferę koncertu Suicide Commando podsycały niekiedy brutalne wizualizacje. Publiczność bawiła się jednak na SC doskonale mnie nie wyłączając. Rok temu Hocico, teraz Suicide Commando. :-)

Alien Vampires także zagrali dziki i intensywny koncert, który zapewne wielu cybergotów zapamięta na długo. Jeden z muzyków, Nysrok Infernalien skomponował i nagrał swego czasu trzy albumy z industrial black metalowcami Aborym (mam "Generator" w kolekcji CD) i współpracował też z Bloodline (nihilistyczny black metal ze Szwecji). Alien Vampires słynie z sataniczno-bluźnierczej otoczki, w ich wizualizacjach pojawiają się cyber zakonnice w lateksie. Trochę żałuję, że nie zostałem na całości koncertu AV (widziałem jakieś 40 minut), ale na długo zapamiętam taneczne szaleństwo publiki na małej scenie i bliski kontakt wokalisty z widownią w pierwszym rzędzie (też w nim byłem). Uwaga! Będzie dużo muzyki do posłuchania.

https://suicidecommando.bandcamp.com/album/mindstrip-redux

https://alfamatrix.bandcamp.com/album/drag-you-to-hell-uncensored-bonus-tracks-version 

Zwieńczeniem Castle Party 2023 był Therion ze Szwecji. Zespół, który na początku grał świetny szwedzki death metal, a później zaczął ewoluować w stronę symfonicznego metalu i metalowej opery. Tak na dobrą sprawę zakończyłem słuchanie Therion na "Lemuria/Sirius B" (albo na "Gothic Kaballah"), później widziałem jakieś teledyski z nowszych materiałów, ale twórczością zespołu się nie interesowałem. Niewykluczone, że z czasem nadrobię, bo koncert Therion przypadł mi do gustu. Było przekrojowo, żywiołowo, przyjaźnie dla słuchacza. Można się zżymać, że Szwedzi już dawno odeszli od death metalu z "Of Darkness" (1991) i "Beyond Sanctorum" (1992), ale wciąż tworzą dość oryginalną muzykę. Natomiast zastanawiam się czy fani operowo-metalowego Therion trawią to wczesne death metalowe oblicze Therion. Ogromnie cieszę się, że zobaczyłem Szwedów na żywo, choć nie wiem czy kiedykolwiek zaopatrzę się w ich płyty nagrane po "Gothic Kabbalah" (2007).

https://www.youtube.com/watch?v=fWkcXIx5Bgg

Konkludując, znowu udany towarzysko i muzycznie Castle Party i kolejny raz jestem na całości tego unikalnego festiwalu. Czekam na CP 2024 i zastanawiam się jakie niespodzianki organizatorzy przygotują tym razem. No i zastanawiam się czy nie zaproszą Diary of Dreams czy XII Stoleti, choć oczywiście liczę na to, że wystąpi jak najwięcej zespołów, które jeszcze dotąd na CP nie występowały np. La Scaltra, Traitrs, Tempers, Velvet Acid Christ, Empyrium, Tenhi, może jakieś zespoły ambient funeral doom metalowe a la Shape of Despair czy ambientowo black metalowe a la Vemod? Jako headlinery mogłyby być Katatonia i Skinny Puppy, ewentualnie ponownie Fields of the Nephilim. No i pionierski industrial metal Godflesh na małej scenie.