niedziela, 30 maja 2021

W lesie dziś nie zaśnie nikt (2020) - recenzja

                                                                             
Zwlekałem z obejrzeniem "W lesie dziś nie zaśnie nikt" (2020) Bartosza Kowalskiego bardzo długo i tak naprawdę do jego obejrzenia skłoniły mnie poprzedni film reżysera "Plac zabaw" (2016), ale też liczne zdjęcia opuszczonej chatki mutantów zrobione przez wielbicieli urban exploitation i dziennikarzy. Nadarzyła się wreszcie okazja seansu na Netflixie, z której skwapliwie skorzystałem. Fabuły nie zamierzam opisywać, gdyż "W lesie dziś nie zaśnie nikt" to horror na wskroś popularny i jego recenzji są dziesiątki.

No i w sumie był to bezbolesny seans, choć momentami film był ździebko nudnawy i przewidywalny. Dało się wyczuć wpływy serii camp slasherów "Piątek trzynastego" (jedno z morderstw w slasherze Kowalskiego to oczywiste nawiązanie do VII części "Friday the 13th") czy chociażby "Tuż przed świtem" aka "Just Before Dawn" (1981) Jeffa Liebermana (dwaj bracia-mutanty). Oczywiście także kultowego gore horroru "The Evil Dead" (1981) Sama Raimiego - podziemna piwnica pod drewnianą podłogą, do której trafia Julia Wieniawa wraz z kolegą.

Na plus profesjonalne zdjęcia leśnych ostępów, kilka niezłych scen gore i doskonała ścieżka dźwiękowa. Stara opuszczona leśniczówka kilkadziesiąt km od Płocka (Puszcza Kampinoska, gmina Leoncin) jako miejsce zamieszkania dwójki morderców nastolatków i ich obozowej opiekunki to był strzał w dziesiątkę. Jednakże ten opuszczony obiekt dzięki ogromnej popularności filmu stał się miejscem wycieczek wielu urbexiarzy i niestety także wandali, a co za tym idzie jest rozkradany, niszczony i zaczyna popadać w ruinę. Oby zbyt szybko nie podzielił losu słynnych Okrąglaków czy opuszczonego poradzieckiego szpitala w Legnicy.

Aktorstwo całkiem przyzwoite, choć bez rewelacji. Film raczej kurczowo trzyma się obranej konwencji backwoods slashera i nie jest pozbawiony akcentów komediowych, ale w gruncie rzeczy śmiało można go nazwać pierwszym polskim, profesjonalnie zrealizowanym slasherem. Osobiście mam chęć obejrzeć jego kontynuację (premiera na Netflix bodaj w październiku 2021).

Guys... down the hill. - zdjęcie mordercy z opuszczonego mostu

                                                               

                                                    
Nie będę ukrywał, że tekst niniejszy powstał pod wpływem odcinka Marcina Myszki (podcast Kryminatorium), choć ta sprawa kryminalna była mi znana od przynajmniej 2018 roku, ale dopiero teraz zdecydowałem się ją w skrócie opisać. Może dlatego że sam lubię eksplorować miejsca, które uchodzą za niebezpieczne i opuszczone i zdarzyło mi się natknąć w nich na kilka niepokojących rzeczy. Filmik Marcina możecie obejrzeć poniżej, do czego zachęcam. Kilka słów ode mnie o tej zagadkowej i ponurej sprawie kryminalnej, która jeszcze nie doczekała się realnego rozwiązania. 

https://www.youtube.com/watch?v=YYuu_1I6LHE

Historia ta wydarzyła się 13 lutego 2017 roku na szlaku Monon High Bridge na wschód od niewielkiej (populacja 3000 mieszkańców) mieściny Delphi w stanie Indiana. Dwie najlepsze przyjaciółki, 13-letnia Abigail “Abby” Williams oraz 14-letnia Liberty “Libby” German miały dzień wolny od szkoły. W ten ciepły zimowy dzień dziewczynki chciały porobić zdjęcia drzew i kwiatów oraz przespacerować się opuszczonym mostem Monon High Bridge. Starsza siostra Libby o imieniu Kelsi podwiozła i wysadziła dziewczynki blisko szlaku prowadzącego do mostu około godziny 13.45, dziadek Libby miał je odebrać około godziny 15.15. 

O godzinie 14.07 Libby wrzuciła na Snapchacie zdjęcie Abby Williams idącej po moście Monon High Bridge. Było to ostatnie zdjęcie jakie kiedykolwiek opublikowała w sieci. 

Dziadek Libby pojawił się punktualnie na miejscu, ale nie zastał dziewczynek. Dwukrotnie próbował się z Libby kontaktować, ale ta nie odbierała telefonu. Początkowo szukał ich sam, potem pomagała mu rodzina. O godzinie 17.30 rodzina German powiadomiła lokalną policję i biuro szeryfa. Poszukiwania były kontynuowane następnego dnia z udziałem policjantów, strażaków, droniarzy, ochotników, płetwonurków i psów. Być może dziewczynki po prostu się zgubiły. Padły im baterie w telefonach albo ich telefony zostały wyłączone. Poszukiwania prowadzono wzdłuż Deer Creek oraz szlaku. 

Ciała Liberty i Abigail odnaleziono 14 lutego 2017 roku na obficie zalesionym kawałku prywatnej własności, w odległości 15 metrów od północnego brzegu Deer Creek, 800 metrów na północ od mostu Monon High, po którym przechodziły. Nie wiadomo w jaki sposób dziewczynki zostały zamordowane, policja tego nie ujawniła. Nie wykluczone, że doszło do mordu na tle seksualnym. Wiadomo tylko że morderca pozostawił kilka 'dziwnych podpisów [signatures]' na miejscu zbrodni.

15 lutego lokalna policja opublikowała odnalezione na telefonie Liberty zdjęcie mężczyzny idącego mostem za dziewczynkami. Prawdopodobnie to morderca obu dzieci. Liberty miała też na tyle odwagi, by nagrać idącego za nimi mężczyznę. Słychać jego głos, który mówi tylko: "Guys... down the hill." (polecenie zejścia w dół wzgórza). Wiadomo także o nagranych materiałach, w których dziewczynki (obie były fankami true crimes) rozmawiały o mężczyźnie, który je śledził. Bały się go. Te materiały nie zostały jednak ujawnione opinii publicznej. 

Sprawa nadal pozostaje nie rozwiązana. Potencjalny sprawca - biały mężczyzna w niebieskich dżinsach, niebieskiej kurtce i bluzie z kapturem - zapewne mieszka w Delphi albo często miasteczko odwiedza/odwiedzał. Po moście szedł szybkim i pewnym krokiem trzymając ręce w kieszeniach, znał dobrze okolicę, lasy, szlaki, zapewne zabił dziewczynki, gdy zeszły na jego polecenie z mostu. Policja jednak nie ujawniła informacji czy pobrano DNA sprawcy z ciał dziewczynek i miejsca przestępstwa. 

Obecnie jednym z podejrzanych w sprawie podwójnego morderstwa w Delphi jest 42-letni James Brian Chadwell z pobliskiego Lafayette. Porwał on 19 kwietnia 2021 roku, wykorzystał seksualnie i uwięził w piwnicy 9-letnią dziewczynkę. Mógłby być podejrzanym, gdyż lubi spędzać czas na aktywności w outdoorze, posiada tatuaże dziewczynek płaczących krwawymi łzami i ma bogatą kartotekę kryminalną. Ale czy jest mordercą z opuszczonego mostu? Nie wiadomo. Póki co nikogo nie aresztowano i nikomu nie postawiono zarzutów w sprawie podwójnego morderstwa w Delphi. 

https://heavy.com/news/james-brian-chadwell/ 

Sprawa mrozi krew w żyłach i skłoniła mnie do poszukiwań innych podobnych przypadków: zdjęć i nagrań morderców zrobionych przez ich ofiary tuż przed śmiercią. To scenariusz jak z mocnego dreszczowca - ze starym opuszczonym mostem, który okazał się idealną pułapką bez wyjścia. Zdj. dragonsegg.

https://www.nzherald.co.nz/world/photos-capture-murdered-teens-death-march-down-the-hill-ordered-by-killer/IRZMCW3NRF2TLMY457M4LZ2H5I/

piątek, 28 maja 2021

Kitchen Sink (1989) - recenzja

Kobieta wyciąga owłosiony płód z otchłani zlewu. W wannie ciepłej wody płód zamienia się w owłosionego człowieka... Taki zarys fabuły "Kitchen Sink" (1989) w zupełności wystarczy. Pamiętam pierwszy seans tego mrocznego krótkiego metrażu wiele lat temu i wówczas filmik wywarł na mnie spore wrażenie. Dzisiaj przypomniałem sobie o nim słuchając muzyki Coil, Skinny Puppy, Clock DVA, Of the Wand and the Moon, Atrax Morgue, etc. i przerywając słuchanie postanowiłem "Kitchen Sink" odświeżyć. No i owo dawne pozytywne wrażenie nie zniknęło. Piękne czarno-białe zdjęcia, oryginalny pomysł wyjściowy i chłodny, mroczny nastrój, który potrafi pochłonąć widza. Elegancko i tajemniczo ukazana tematyka podmiejskiej samotności i dążenia do perfekcji z doskonałą muzyką The Headless Chickens z NZ.

Pierwszy seans 31 lipca 2008 roku, dzisiaj kolejny. Wielbicielom "Eraserhead" (1977) Davida Lyncha, "Tetsuo" (1989) Shinya Tsukamoto czy "Singapore Sling" (1990) Nikosa Nikolaidisa "Kitchen Sink" powinien przypaść do gustu.

poniedziałek, 24 maja 2021

Linea Aspera "Linea Aspera" (2020) - recenzja

Kilka zdań o mojej ulubionej płycie z chłodną elektroniką z ubiegłego roku. Ulubionej, a co za tym idzie najczęściej słuchanej. Powiem wprost - debiutancki album LA i kolejne materiały duetu nie utkwiły mi w pamięci, ale "II" kompletnie mną zawładnął. Ogromnie spodobały mi się na tym albumie nawiązania do mechaniki kwantowej i astrofizyki w tytułach poszczególnych kompozycji np. "Decoherence" (Dekoherencja), "Entanglement" (Splątanie), "Wave Function Collapse" (Kolaps funkcji falowej), "Event Horizon" (Horyzont zdarzeń). Nadto album jest ogromnie zróżnicowany, przesycony emocjami, czułością, delikatną melancholią. Plus dawno nie słyszałem tak pięknych i chwytających za serce żeńskich wokali w muzyce elektronicznej. W zasadzie mamy w Polsce tylko jeden młody projekt dark electro, który mogę porównać pod kątem atmosfery do Linea Aspera - bardzo obiecujący Stridulum. Oj tak, wokale Alison Lewis są wspaniałe, poruszające, chłodne i odrealnione. Przykładowo uwielbiam dwa pierwsze numery z "II": mroczno-falowy "Solar Flare" czy melancholijny "Redshift" z przepięknymi partiami śpiewu. Jestem jednak w stanie słuchać tego albumu bez znudzenia od początku do końca i znajdować w nim nowe elementy układanki. I tak właśnie należy odbierać ulubioną muzykę. Odkrywać ją i smakować w skupieniu. Nie lubię lać wody w recenzjach, zatem gorąco polecam odsłuch. Takie projekty i zespoły warto tutaj promować - nawet wówczas gdy od premiery danego materiału minęło już kilka miesięcy.

https://lineaaspera.bandcamp.com/album/linea-aspera-lp-ii

11-letni Sebastian z Katowic uprowadzony i zamordowany

                                             
Staram się opisywać tutaj na blogu często wstrząsające i mroczne przypadki kryminalne, ale ta historia mnie szczególnie zasmuciła. Takie sprawy kryminalne są najgorszym koszmarem dla rodziców, gdyż następują nagle, gdy rodzicielska czujność bywa uśpiona. Od 22 maja 2021 roku trwały poszukiwania 11-letniego Sebastiana Hrabii z Katowic. Chłopiec miał wrócić z placu zabaw o 19.00, po tej godzinie wysłał mamie smsa, że pobawi się do 19.30 i wróci do domu. Nie wrócił. Zniknął. Rozpoczęły się szeroko zakrojone poszukiwania z udziałem policjantów i strażaków. 

Niestety dziecko zostało uprowadzone i zamordowane przez 41-letniego optyka Tomasza M., zamieszkującego w Sosnowcu. Monitoring zarejestrował jego samochód (biały ford mondeo) w pobliżu placu zabaw, na którym bawił się chłopiec. I to jest mimo wszystko atut miejskiego monitoringu, który doprowadził do szybkiego zatrzymania sprawcy i postawienia mu zarzutu morderstwa ze szczególnym okrucieństwem. Monitoring ujawnił, że samochód gwałtownie zawraca i odjeżdża. Sprawca porwał chłopca, prawdopodobnie wykorzystał go seksualnie (tło seksualne morderstwa), udusił i wcisnął ciało pod garaż (dzielnica Niwka, Sosnowiec), który wraz z domem budował. Wyłączony telefon chłopca wyrzucił w krzaki. Jak wynika z informacji medialnych zwłoki chłopca chciał zabetonować w podmurówce owego garażu. 

Tomasz M. przyznał się do winy i wskazał miejsce ukrycia ciała Sebastiana. Pierwotnie chciał porwać dziewczynkę, ale Sebastian miał dłuższe włosy i gdy chłopiec zapowiedział, że opowie o uprowadzeniu mamie i sprawcę opisze został uduszony. Tomasz M. był wcześniej notowany za znęcanie się i uprowadzenie rodzicielskie. Grozi mu dożywotnie pozbawienie wolności. Na pewno nie będzie miał lekko wśród współwięźniów.

Co mnie smuci i przeraża w takich sprawach to właśnie ta świadomość, że takie zdemoralizowane jednostki jak Tomasz M. krążą wśród społeczeństwa, planują swoje poczynania i wypatrują okazji, by zaatakować. Tutaj to obcy mężczyzna uprowadził dziecko i je zamordował. Zacząłem się zastanawiać po przeczytaniu kilku artykułów jak chronić dziecko przed obcymi o złych zamiarach i zrobiłem mały research, który może okazać się przydatny dla rodziców dzieci. Wnioski i porady z tego badania są ciekawe, choć powinny być oczywiste.

Trzeba mieć świadomość, że do uprowadzenia może dojść blisko domu i dlatego warto dzieci nadzorować/obserwować. Należy uczyć dziecko, żeby pod żadnym pozorem nie zbliżało się do obcego samochodu - niezależnie od tego czy samochód należy do osoby obcej czy znajomej, ani też od tego co sprawca mówi. Niektórzy seksualni przestępcy mają opanowane techniki perswazji do perfekcji. Należy bacznie obserwować w sąsiedztwie osoby obce, które dziwnie się zachowują - także prowadzące samochód. No i odpowiednio szybko reagować. 

https://www.atg.wa.gov/child-abduction-murder-research

https://katowice.wyborcza.pl/katowice/7,35063,27119185,optyk-z-sosnowca-porwal-11-latka-przez-pomylke-udusil-go-bo.html 

Sprawa przykra i przerażająca, gdyż mam wrażenie, że dziecko znalazło się po prostu w złym miejscu o złym czasie. Musiało też bawić się w samotności, skoro nikt z otoczenia (brak naocznych świadków)  nie zareagował. Niektóre sprawy kryminalne (a także samobójstwa) poruszają mnie bardziej, inne mniej. Ta jest szczególnie smutna. Brawa dla Policji za szybkie zatrzymanie sprawcy, gdyż nie zawsze to ma miejsce czego dowodem wciąż nierozwiązana sprawa zniknięcia 19-letniej Iwony Wieczorek z 17 lipca 2010 roku, która być może kiedyś (oby!) doczeka się rozwiązania. Zdj. Śląska Policja. 

EDIT: Nie trudno znaleźć w Internecie dane optyka z Sosnowca Tomasza M., w tej chwili prawdopodobnie najbardziej znienawidzonej osoby w Polsce. Morderca odpowie za swój czyn przed sądem tymczasem: 

http://www.visionopticaltm.pl/kontakt.html

czwartek, 20 maja 2021

Islandia: tajemnicze zaginięcia Guðmundura Einarssona i Geirfinnura Einarssona

                                                             
Bodaj najsłynniejsza sprawa kryminalna w historii Islandii i jedna z najbardziej tajemniczych. W 1974 roku w odstępie 10 miesięcy znikają na Islandii dwaj mężczyźni. Najpierw 26 stycznia znika 18-letni Guðmundur Einarsson. Guðmundur wraca pieszo z Hafnarfjörður do swojego miejsca zamieszkania. Młody mężczyzna ma do przejścia odległość 10 km, ostatni raz widzi go kierowca, potem rozpływa się bez śladu. 19 listopada 1974 roku znika bez śladu Geirfinnur Einarsson, 32-letni pracownik budowy (brak pokrewieństwa z pierwszą ofiarą). Geirfinnur odbiera w domu telefon, wsiada w samochód, podjeżdża do małej nadbrzeżnej kafejki w Keflavik, pozostawia klucze w stacyjce... i już nie pojawia się z powrotem. 

Pod presją mediów i społeczeństwa islandzka policja postanawia potraktować oba incydenty jako jedną sprawę. Pomimo braku ciał (nie zostały odnalezione do tej pory), braku motywów i braku naocznych świadków sześciu podejrzanych (Sævar Ciesielski, Kristján Viðar Viðarsson, Tryggvi Rúnar Leifsson, Albert Klahn Skaftason, Guðjón Skarphéðinsson i Erla Bolladóttir) zostało zatrzymanych i umieszczonych w izolatkach. Podejrzanych zmuszono do pisemnego przyznania się do obu morderstw (?). Zatrzymani mieli zminimalizowany kontakt z obrońcami, byli intensywnie przesłuchiwani, podawano im narkotyki (np. diazepam czy Mogadon), stosowano wobec nich tortury (np. wodną wobec Ciesielskiego) i deprywację snu. Ciesielski jako rzekomy lider był przetrzymywany w zamknięciu przez okres 1533 dni, Tryggvi Rúnar Leifsson przez 655 dni. 

Islandzka policja sfabrykowała motyw obu morderstw zakładając, że szóstka podejrzanych cierpi na amnezję. Aby zmusić przetrzymywane w izolacji osoby do odzyskania pamięci policjanci wozili je na miejsca rzekomych morderstw, tam podejrzanych zmuszano do odtwarzania danego morderstwa i ich fotografowano, a później te 'rekonstrukcje zbrodni' w formie fotografii służyły jako dowód w sprawie. 

27 września 2018 roku piątka podejrzanych została uniewinniona. W każdym razie doszło do jednego z najgorszych niesprawiedliwych wyroków w historii europejskiego procesu karnego. Warto o tej zagadkowej sprawie kryminalnej pamiętać, gdyż także i w Polsce zdarzają się niesprawiedliwe wyroki - choćby niesłuszne skazanie Tomasza Komendy za morderstwo 15-letniej Małgosi Kwiatkowskiej w Miłoszycach w noc sylwestrową 1996/97. Zdj. mbl is -  miejsce morderstwa (?) Geirfinnura Einarssona.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Sprawa_Tomasza_Komendy

Pamiętam jak opisywałem tutaj różne niekiedy bulwersujące sprawy i ciekawostki kryminalne i te artykuły cieszyły się wielkim powodzeniem. Może warto do tego wrócić? Jak myślicie?

Baljenac: chorwacka wysepka kamiennego labiryntu

                                                                 
Zaintrygowała mnie ta niewielka i niezamieszkana wysepka archipelagu szybienickiego znajdująca się 1 km na północny wschód od zamieszkanej przez społeczność rolniczą wyspy Kaprije. Pokryta jest imponującym labiryntem kamiennym przypominającym linie papilarne odcisku palca. Geometryczna siatka kamiennego labiryntu rozciąga się na długość 23 km. To iście surrealistyczny kamienny krajobraz,wspaniały wytwór rolniczej cywilizacji. Kamienne murki, struktury, winnice, zapomniana architektura bez zaprawy murarskiej. Chciałbym się zagubić w takim wieczystym labiryncie czasu i przestrzeni.

Na koniec piękny cytat z "Twórcy" Borgesa, który wydaje mi się być wręcz idealny: "Człowiek podejmuje dzieło malowania świata. Z upływem lat zaludnia przestrzeń obrazami prowincji, królestw, gór, zatok, okrętów, wysp, ryb, pokoi, instrumentów, gwiazd, koni i ludzi. Na krótko przed śmiercią odkrywa, że ten cierpliwy labirynt linii kreśli obraz jego twarzy". 

Dzisiejszy odsłuch: Elend "Sunwar the Dead" (neoclassical darkwave z Francji):

https://www.youtube.com/watch?v=MWO2cjA5y_Q

sobota, 3 kwietnia 2021

A Bitter Message of Hopeless Grief (1988) - recenzja

Dziwaczny i niepokojący film krótkometrażowy w stylu industrial/cyberpunk, w którym maszyny z Survival Research Laboratories (z metalu i zwierzęcych części, w tym kości) walczą o dominację w cielesnych grotach. Na uwagę zasługuje dźwięk w "A Bitter Message of Hopeless Grief" - industrialne ryki, trzaski, sycząca para, metal ocierający się o metal, zwierzęca kość o zwierzęcą kość. Symfonia różnorodnego industrialnego hałasu w wykonaniu maszyn. Industrialno-fetyszystyczny koszmar, którego fragmenty znalazły się w esencjonalnym cyberpunkowym horrorze sci-fi "Hardware" z 1990 roku. Film dla wielbicieli Davida Cronenberga, kina cyberpunk, industrialu, industrial metalu a la Fear Factory, Godflesh czy Ministry oraz noise'u. Reżyserem "A Bitter Message of Hopeless Grief" jest John Reiss, późniejszy reżyser kontrowersyjnego teledysku "Happines in Slavery" Nine Inch Nails oraz teledysków m.in. Slayer, Danzing, Type O' Negative.

Dzisiejszy odsłuch - Fuoco Fatuo (doom death/funeral doom z Włoch).

https://fuocofatuo.bandcamp.com/album/obsidian-katabasis 

Dead Hands Dig Deep (2015) - recenzja / Kettle Cadaver

                                                               
Interesujący dokument o ekstremalnym wokaliście bliżej mi wcześniej nieznanej punkowo-gotycko-metalowej grupy Kettle Cadaver. Urodzony w Norwegii Edwin Borsheim był swoistym odpowiednikiem G.G Allina sceny ciężkiego grania. Zanim zabrałem się za "Dead Hands Dig Deep" obejrzałem oba muzyczne DVD Kettle Cadaver "A Taste of Blood" i "Among the Damned", aby poznać muzykę zespołu i ekstremalne ekscesy Edwina. No i jest grubo - samookaleczanie przy użyciu gwoździ, agrafek, przebijanie przyrodzenia, tłuczenie butelek na głowie, zaszywanie ust, oporządzanie martwych zwierząt, rozwalanie domu, bijatyki z fanami na koncertach czy wprawiający w osłupienie moment, w którym jakaś blondynka wypija krew Edwina i potem pluje mu nią w twarz.

Edwin przez kilka lat był mężem Evy O. z death rockowego Christian Death. Po rozpadzie tego związku mężczyzna odizolował się kompletnie od społeczeństwa. Trawiły go obsesja na punkcie Evy i jej córki, depresja i uzależnienie od narkotyków, być może schizofrenia. Myślał o mordowaniu innych ludzi, groził śmiercią także ekipie filmowej "Dead Hands Dig Deep". Zastanawiał się nad samobójstwem, pragnął, aby przy muzyce Kettle Cadaver ludzie odbierali sobie życie. Sypiał w trumnie, a ze swojego domostwa stworzył prawdziwy gabinet tortur z licznymi akcesoriami do zadawania fizycznego bólu. Już sama wizyta filmowców w tym przesyconym mroczną aurą miejscu robi wrażenie.

"Dead Hands Dig Deep" przedstawia skomplikowaną sylwetkę Edwina, mężczyzny sadomasochistycznego, zaburzonego, nieszczęśliwego, do głębi zafascynowanego makabrą i brutalnością. Jednak w pewnym momencie zacząłem Edwinowi współczuć, gdy wyszło na jaw, że jego biologiczny przemocowy ojciec popełnił samobójstwo, a brat umarł po przedawkowaniu heroiny. Ból jest głębszy niż pogrzebane w ziemi ciało i trawi umysł przez całe życie. Film mocny, nieprzyjemny, chwilami bardzo brutalny, ale wart obejrzenia w komplecie z dwoma muzycznymi DVD Kettle Cadaver (oba są dostępne na Youtube). 

Edwin Borsheim powiesił się w Czarnym Domu 20 czerwca 2017 roku. Co znamienne, niedawno minęła też kolejna rocznica samobójczej śmierci Rozza Williamsa z Christian Death (1 kwietnia 1998 roku). 

https://www.metal-archives.com/bands/Kettle_Cadaver/9742

sobota, 27 lutego 2021

Bad Blood for the Vampyr (1984) - recenzja

Urocza, abusrdalna i amatorska produkcja osadzona w Berlinie Zachodnim. Skrajnie niskobudżetowa, utrzymana w ekspresjonistycznej czarno-białej tonacji opowieść o samotnym wampirze, który poszukuje 'dobrej krwi' dziewicy, gdyż zraził się do 'złej krwi'. Nieśmiertelny wampir pragnie umrzeć, ale to niewykonalne. Narratorem tej kiczowato-atmosferycznej opowiastki jest niejaki Dorian Gray :-)

20-minutowa kapsuła przedstawiająca subkulturę gotycką i punkową Berlina Zachodniego w 1984 roku. W obsadzie m.in. Blixa Bargeld z Einstürzende Neubauten w roli Złego Księdza. Muzyka Einstürzende Neubauten, Die Arzte czy The Golden Vampire. Początek filmu nakręcono w słynnym zachodnio-berlińskim klubie Risiko (Risk), w którym ongiś gościli Nick Cave, Christiane F., Jim Jarmusch czy Wim Wenders. Słuszna nazwa, gdyż było to miejsce, w którym noce upływały na piciu i zażywaniu narkotyków. Do zapamiętania ironiczna scena krwawej uczty wśród scenerii urbexowego rozkładu.

Niskobudżetowy hołd dla oniryczno-ekspresjonistycznego "Vampyr" (1932) Carla Dreyera, ale także dla filmów Russa Meyera z Turą Sataną oraz Eda Wooda. Wyczytałem, że ten krótki metraż mógł być źródłem inspiracji dla "Only Lovers Left Alive" (2013) Jima Jarmuscha.

środa, 17 lutego 2021

Niebieskie psy Dzierżyńska

                                                              
Prasowa ciekawostka od rana - jedna z tych 'dziwniejszych', na które się natknąłem. Stado bezpańskich psów z niebieską sierścią zostało zauważone w pobliżu opuszczonego kompleksu fabryczno-chemicznego w Dzierżyńsku w Rosji. Być może doszło do kontaminacji zwierząt przez chemiczne odpady np. przez siarczek miedzi. Opuszczona od 2015 roku fabryka służyła do produkcji pleksiglasu (szkło akrylowe) i kwasu cyjanowodorowego. 

W pierwszej chwili myślałem, że to przykład bezsensownego okrucieństwa wobec zwierząt, gdyż w 2019 roku był w Rosji przypadek wymalowania psa niebieską farbą przez zidiociałych nastolatków. Zdezorientowane zwierzę zginęło potem pod kołami samochodu. Tutaj jednak być może w grę wchodzi ocieranie się (kąpiel) stada bezpańskich psów w siarczku miedzi. Na terytorium owej opuszczonej fabryki chemicznej w Dzierżyńsku żyją dzikie psy i były składowane chemiczne odpady. Z tego co się orientuję to niebieskie psy z Dzierżyńska już zostały częściowo wyłapane i poddane opiece weterynaryjnej. Zdj. Типичный Дзержинск / Vk.com

 https://www.nn.ru/text/animals/2021/02/11/69763199/

niedziela, 14 lutego 2021

Wardruna "Kvitravn" (White Raven, 2021) - recenzja i kilka luźnych przemyśleń

                                                                   

Dawno nie pisałem o muzyce, bo jakoś nie miałem weny. Słucham jej duże ilości, aczkolwiek na koncerty przestałem uczęszczać, gdyż w czasie pandemii ich brak (i zapewne - nie ma się co oszukiwać - prędko nie wrócą). Jednak fenomen norweskiego zespołu Wardruna nie przestaje mnie zadziwiać. Pamiętam początki tego zespołu (czasy "Runaljod - gap var Ginnunga" z 2009 roku i dalej), gdy nie był jeszcze szerzej ogółowi znany. Siedziałem wówczas dość mocno w muzyce metalowej, aczkolwiek często sięgałem po melancholijną muzykę takich zespołów jak Heathen Harnow (obecnie Forndom), Vali, Tenhi, Kauan, Empyrium, itd. I już wówczas nordycki folk Wardruny intrygował, fascynował. Jestem ciekaw czy Einar Selvik zdawał sobie wtedy sprawę, że jego zespół będzie wyprzedawał koncerty, a albumy takie "Kvitravn" (jego pierwotna premiera miała mieć miejsce 5 czerwca 2020 roku, ale ostatecznie z powodu pandemii mocno przesunęła się na 22 stycznia 2021 roku) będą lądowały wysoko na liście krajowych box-office'ów pod kątem liczby sprzedanych egzemplarzy (pierwsze i w pełni zasłużone miejsca na charts w Polsce i Austrii). 14 milionów odsłon genialnie atmosferycznego singlowego teledysku "Lyfjaberg" także robi wrażenie. Który zespół muzyka z wyraźnymi korzeniami black metalowymi stać na takie oszałamiające wyniki? Muzyka Wardruny jak widać łączy gusta rzeszy ludzi: subkultur metalowej, gotyckiej, społeczności pogańskiej, ale też osób, które w ogóle nie słuchają cięższych brzmień. Wardruna to niewątpliwie folkowo-ambientowy fenomen. 

A właśnie black metalowe korzenie Einara Selvika? Warto o nich wspomnieć, gdyż Einar w latach 90-tych XX wieku bębnił jako Kvitrafn w mniej lub bardziej znanych zespołach black metalowych wywodzących się z Bergen. Tutaj trzeba wymienić założony w 1995 roku folk black metalowy Bak de Syv Fjell (czyste wokale w "From Haavardstun" przypominały mi materiały Ved Buens Ende czy Fleurety), Det Hedenske Folk, Ildkrig czy Mortify (z wokalami niejakieg Øisteina Selvika - czyżby brata?) Bębnił także w Gorgoroth (w latach 2000-2004),Jotunspor (ten projekt Kvitrafn współtworzył z King ov Hell), Dead to This World czy Sigfader. Kvitrafna na perkusji (z długimi włosami i w corpsepaincie) można zobaczyć na osławionym DVD Czarnej Mszy Gorgoroth w Krakowie z 2004 roku . To wówczas Gorgoroth został oskarżony w katolickiej Polsce o bluźnierstwo, gdyż na scenie pojawiły się nabite na kolce głowy owiec, nadzy ukrzyżowani ludzie i inne obrazoburcze treści. A nie był to jeszcze czas, w którym samodzielnie rządzili wyznaniowi dewoci z PiSu. A dzisiaj niezwykle łatwo jest obrazić cudze uczucia religijne, jakimkolwiek abstraktem by one nie były. 

"Kvitravn" to doprawdy niezwykły album, perfekcyjny w każdym calu. Genialnie zaśpiewany przez Einara i Lindy Hay Fella, obecnie jedynych stałych członków Wardruny, a także gościnnie przez zaproszoną grupę śpiewaków tradycyjnych norweskich brzmień. Nie będę tutaj analizował wszystkich numerów po kolei, ale póki co najbardziej przemawiają do mnie "Skugge", "Kvitravn", "Fylgjutal" czy zamykający album "Andvevarjold". Mam też nieodparte wrażenie, że bogata brzmieniowo, magiczna, medytacyjna i głęboko osadzona w poetyce nordyckiej mitologii muzyka Wardruny staje się jeszcze głębszym niż dotychczas, uwznioślającym doświadczeniem spirytualnej podróży w głąb siebie, odkrywania związków jednostki z Naturą. Inspiruje też rzesze ludzi do odkrywania animizmu, czytania skandynawskich poematów (Eddy) i zachwycania się pięknem ożywionego świata przyrody, rozległymi, surowymi i dziewiczymi krajobrazami takimi jak leśne knieje, zimne i ośnieżone szczyty, poszarpane fiordy, uśpione wulkany czy żyjące lodowce. 

Oglądałem materiały Einara dotyczące powstawania pomysłów na utwory Wardruny. Einar wspomniał w nich, że przychodzą mu do głowy chociażby w trakcie samotnych wędrówek przez leśne ostępy. Piękna sprawa. Wielu artystów tworzy w taki sposób, gdy są sam na sam z własnymi myślami, refleksjami, wspomnieniami. Najpierw przychodzi zachwyt dziewiczą scenerią, a potem np. w cieniu kurhanu z odległej przeszłości kiełkuje pomysł, idea. Sama wędrówka poprzez norweski las potrafi być zarzewiem tworzenia. "Kvitravn" jako całość buzuje od obrazów, tradycji i idei: animizm i umiłowanie Natury, zwierzęce duchy, cienie, głęboka mądrość płynąca ze starych przypowieści i mitów, zapierająca dech w piersiach sceneria norweskiej przyrody. To płyta szczera, autentyczna, pełna symbolizmu. Bo "wszystko, co wartościowe, ma swoją cenę." (kontekst wspinaczki na górę uzdrowienia, Lyfjaberg, Einar Selvik, teledysk nakręcony został częściowo w masywie górskim Tustna na wyspie o tej samej nazwie). Szczerość i autentyczność muzyki Wardruna przyciąga do tego zespołu tysiące fanów. W końcu sztuka powinna być właśnie szczera, chwytająca za serce i autentyczna. Szczerości i autentyczności często i bezowocnie poszukujemy w innych osobach z naszego otoczenia. To jednak długa, kręta i wyboista droga we mgle, która nie zawsze kończy się powodzeniem.

piątek, 12 lutego 2021

Decoder (1984) - recenzja

                                                            
Dzisiejszy seans filmowy - "Decoder" (1984), czyli neonowy Berlin w estetyce noir/cyberpunk.

FM Einheint z industrialnej grupy Einstürzende Neubauten wciela się w "Decoder" w postać pracownika fast foodu 'H-Burger' (od Heroin Burger), który odkrywa, że zastąpienie pasywnej rządowej muzak (muzyki nadawanej nieprzerwanie przez głośniki w miejscach publicznych) industrialnym hałasem modyfikuje ludzkie zachowanie. Zainspirowany spotkaniem z undergroundowym kapłanem noisu (Genesis P. Orridge, Throbbing Gristle, Psychic TV), który uświadamia go, że Wielki Brat sprawuje kontrolę nad społeczeństwem za pośrednictwem muzak, F.M uczyni z industrial noisu narzędzie rewolucji, zamieszek. Czyli jednym słowem industrialny hałas (z dodatkiem skrzeczącej żaby) jako broń antyrządowa w zachodnich Niemczech. Tropem F.M. podąża rządowy sługus rodem z kina noir Jaeger (Bill Rice).
 
W epizodycznych rolach w "Decoder" pojawiają się William S. Burroughs oraz wspomniany już Genesis P. Orridge. W roli zainteresowanej żabami dziewczyny F.M. eks-prostytutka Christiane F. ("My, dzieci z dworca Zoo"). Odrealniona kolorystyka w cyberpunkowym filmie Muschy jest zachwycająca: intensywnie neonowa, tonąca w wyrazistych czerwonych, niebieskich i zielonych odcieniach. Na industrialno-elektronicznym soundtracku do "Decoder" znalazły się utwory The The, Soft Cell, Psychic TV i Einstürzende Neubauten. Wychwyciłem też fragmenty szokującego video industrialnej grupy SPK z 1982 roku zatytułowanego "Despair". Urocza cyberpunkowa dystopia i zarazem przykuwający uwagę manifest kontrkultury z RFN. Dla fanów muzyki industrialnej i kina cyberpunk jak znalazł.

środa, 10 lutego 2021

Nowofalowe i punkowe filmy Eckharta Schmidta

                                                                        

Jestem wielkim fanem filmów Niemca z początku lat 80-tych, gdyż są jedyne w swoim rodzaju. Polecam je każdemu fanowi post-punka, rocka gotyckiego czy nowej fali. Najpopularniejszym horrorem Eckharta Schmidta, który doczekał się wielu recenzji jest "Der Fan" aka "Trance" (1982). Przytoczę tutaj moją starą recenzję tego filmu:

"Der Fan" aka "Trance" opowiada o nastolatce nieszczęśliwie zakochanej w niemieckim piosenkarzu występującym pod scenicznym pseudonimem R. Dziewczyna jest wyalienowana, nie ma przyjaciół, marzy tylko o R śląc do niego listy pozostawione bez odpowiedzi. Wreszcie R ją zauważa, po czym zaprasza Simone do siebie, gdzie dochodzi do miłosnego zbliżenia. Ale R zamierza Simone opuścić, a tego nastolatka nie przyjmuje zbyt dobrze. W rezultacie Simone zabija swojego idola, kroi jego ciało na kawałki i zjada fragmenty R.

Japoński kanibal Issei Sagawa zachwalał "Trance", o czym wyczytałem ongiś w książce "Cannibal Killers". "Der Fan" Eckharta Schmidta to film o powolnej, hipnotycznej akcji. Désirée Nosbusch w scenie miłosnej z R nie wstydzi się swej nagości, co też stało się przedmiotem kontrowersji w chwili premiery filmu. W roli R występuje Bodo Staiger, wokalista nowofalowego zespołu Rheingold, który stworzył też soundtrack do "Der Fan".  

Z kolei w eksperymentalnym horrorze "Das Gold der Liebe" (1983) siostra Jamie Lee Curtis, Alexandra wciela się w postać szesnastoletniej dziewczyny o imieniu Patricia. Nastolatka budzi się ze snu i postanawia skosztować nocnego życia Wiednia. Jej celem jest Metropol, w którym ma się odbyć występ nowofalowego (electro-punkowego) zespołu D.A.F. Dziewczyna zapomina jednak portfela i zaczyna ronić krwawe łzy. Zwraca się o pomoc do tajemniczej brunetki w czerni Królowej Nocy, ale zastaje ją w trakcie morderstwa (zadźgania) innej kobiety. Przestraszona Patricia ucieka z miejsca zdarzenia i od tego momentu zaczyna być prześladowana i ścigana przez Królową Nocy i jej nowofalowych towarzyszy...

Urzekł mnie nastrój "Das Gold der Liebe" - chłodny, nocny, surowy, odrealniony, nowofalowy. Ten film to somnambuliczna fantasmagoria z dużą porcją świetnej muzyki i odrobiną krwawych scen. Nie należy po nim oczekiwać żadnej logiki, gdyż to logika sennego koszmaru z tętniącymi od neonów zaułkami Wiednia. Film w całości nakręcony w nocy, pełen ekscentrycznych postaci, które czasem zachowują się jakby były pod wpływem narkotyków. A może o to chodziło reżyserowi: o oniryzm, ale też o ukazanie punkowego podziemia, w którym rządzą muzyka, dekadencja i heroina. Znakomity soundtrack electro punkowy i nowofalowy (D.A.F, Stosstrupp, Wanderlust). 

https://vimeo.com/309024274 

Jednak moim ulubionym filmem Schmidta jest "Loft" z 1985 roku. Para zakochanych zostaje zaatakowana przez grupkę rozwścieczonych artystów po nocnym zamknięciu surrealistycznej ekspozycji malarskiej ("Przyszliście na wystawę nie zwracając uwagi na nasze obrazy. My jesteśmy naszymi obrazami, a one zareagują, kiedy się je obraża."). Eksplozja przemocy i znęcania się ma miejsce w takt minimalistycznej, zniekształconej, hałaśliwej muzyki punkowo-elektronicznej.

Porzućcie wszelką nadzieje, jeśli tutaj wejdziecie. Wojna wszystkich z wszystkimi. Chaos. Apokalipsa. Strach. Miasta w płomieniach. Świat bez nadziei. Raoul i Raphaela, którym bardziej zależy na seksie, niż na podziwianiu sztuki w podziemnej monachijskiej galerii prowadzonej przez grupę punków (Furio, Kiddy, SM, Joker i cytujący w finale Dantego, umierający Daddy). Uwielbiam anarchistyczną, tonącą w neonach atmosferę "Loft", ową energiczną wojnę klas w tym filmie, w trakcie której bogaci i piękni Raoul i Raphaela szybko zaczynają dorównywać brutalnością grupie punków. Czas zacząć podziemny wernisaż ociekający krwią. 

https://vimeo.com/273630082

Gorąco polecam te filmy, a ja szukam tonącego w neonach "Alpha City" (1985) Schmidta. Dajcie znać w komentarzach czy się Wam podobały.  

EDIT: "Alpha City" (1985) - Neonowy kryminał z tragicznym wątkiem romantycznym w reżyserii Eckharta Schmidta ("Der Fan", "Loft"), którego akcja osadzona jest w Berlinie Zachodnim, w mieście, które nigdy nie zasypia. Narwany pianista Frank (Claude-Oliver Rudolph) ma obsesję na punkcie Raphaeli (Isabelle Willer) i byłby skłonny dla niej z miłości zabić. Z kolei Raphaela ma obsesję na punkcie bezlitosnego 'Amerykanina' (Al Corley), w którym się zakochuje mimo miłości żywionej do Franka. Miłość i obsesja zdają się przeplatać w "Mieście Alfa" aż do tragicznego finału.

Podobnie jak w "Loft" czy "Das Gold der Liebie" główni bohaterowie są niczym wampiry, które nie potrafią funkcjonować w trakcie dnia ("Nie widziałam światła dziennego od ponad dwóch lat"). Akcja filmu toczy się nieco ospale i rozgrywa się głównie nocą w klubach, miejscach hazardu czy na parkingach. Berlin Zachodni zachwyca neonową atmosferą miasta, które jakby utkwiło w odmętach niekończącej się nocy. Trochę przemocy i odważnej nagości plus intrygująca ścieżka dźwiękowa w stylu new wave/new romantic. Film dobry, nieźle zagrany i stylowo nakręcony.

sobota, 6 lutego 2021

David Bowie a subkultura gotycka - "Zagadka nieśmiertelności" (1983)

                                                        

Miałem ten tekst opublikować w styczniu 2021 roku, ale przeleżał na dysku. Czynię to zatem teraz.

12 stycznia 2016 roku w wieku 69 lat zmarł David Bowie. Wiadomość o śmierci brytyjskiego artysty dwa dni po premierze jego 25-tego albumu "Blackstar" (2016) zasmuciła dziesiątki tysięcy fanów na całym świecie. Wszechstronnie utalentowany i chroniący swojej prywatności Bowie trzymał w tajemnicy zmagania z nowotworem wątroby, który zdiagnozowano u niego osiemnaście miesięcy wcześniej. Do końca życia pozostał aktywny twórczo, choć z powodu progresji choroby nie mógł stawiać się na próby. 

Ulegająca ciągłym metamorfozom, stale ewoluująca twórczość Davida Bowie wywarła niezaprzeczalny wpływ na raczkującą subkulturę gotycką. Przykładowo utwór "Be My Wife" z berlińskiego albumu "Low" (1977) ma chłodne post-punkowe brzmienie, z kolei najbardziej melancholijna kompozycja z tej płyty zatytułowana "Warszawa" zainspirowała przyszłych muzyków Joy Division do pierwotnego nazwania zespołu Warsaw.  Jak powszechnie wiadomo debiutancki album zespołu z Manchesteru "Unknown Pleasures" (1979) stał się kamieniem milowym posępnego post-punka. Zresztą skromny, wrażliwy oraz cierpiący na epilepsję i wahania nastroju lider Joy Division fascynował się twórczością Davida Bowie, dwukrotnie był na jego koncertach i posiadał autograf tego artysty. Ostatnią płytą słuchaną przez Iana Curtisa przed samobójstwem popełnionym 18 maja 1980 roku był debiut Iggy Popa "The Idiot" (1977), album wyprodukowany przez Davida Bowie i podobnie jak "Low" inspirujący później wiele zespołów industrialnych, post-punkowych i gotycko rockowych. 

Oprócz Joy Division innymi zespołami, które inspirowały się albumami Davida Bowie były Siouxsie and The Banshees, The Cure, Cabaret Voltaire, Bauhaus czy Nine Inch Nails. Z muzykami Bauhaus David Bowie miał okazję spotkać się na planie sensualnego horroru wampirycznego "The Hunger" (1983) - filmu ogromnie cenionego wśród subkultury gotyckiej. Perkusiście Bauhaus, Kevinowi Haskinsowi pomógł zapalić papierosa własną zapalniczką!

Oparty na powieści Whitleya Streibera z 1981 roku debiut reżyserski Brytyjczyka Tony'ego Scotta otwiera scena faktycznie nakręcona w londyńskim klubie gejowskim Heaven, w której para wampirów, Miriam (Catherine Deneuve) i John (David Bowie) uwodzi dwie ofiary. W trakcie polowania na świeżą młodą krew lider Bauhaus, Peter Murphy śpiewa "Bela Lugosi's Dead" występując w klatce. Zwabieni w pułapkę kobieta i mężczyzna trafiają do nowojorskiego apartamentu Johna i Miriam, po czym zostają zabici przez krwiopijców. 

Zagrany przez Bowiego wampir to uosobienie androgynicznego piękna. Nieskazitelny wygląd, gładka skóra, wysmakowana elegancja ubioru, zachwycający magnetyzm. Jednak John zaczyna się w alarmującym tempie starzeć, co skłania jego towarzyszkę, Miriam, do szukania pomocy u gerontolożki i osobowości telewizyjnej Dr Sarah Roberts (Susan Sarandon). Kiedy John nieuchronnie umiera Miriam uwodzi Sarah, by znaleźć sobie młodą towarzyszkę/kochankę. W "Zagadce nieśmiertelności" młodość jest czymś ogromnie pożądanym, ale nie trwa wiecznie. 

Przy okazji jeśli chcecie posłuchać obiecującego rodzimego darkwave to polecam zapoznanie się z muzyką tego śląskiego zespołu:

 https://strdlm.bandcamp.com/track/ghost

czwartek, 4 lutego 2021

Marilyn Manson vs oskarżenia jego byłych partnerek o znęcanie się

                                                             

                                          
                                                    
Ostatnio głośno jest nie tylko w prasie muzycznej o oskarżeniach, jakie wniosły wobec Marilyna Mansona jego byłe partnerki i inne kobiety, w tym Evan Rachel Wood, Ashley Lindsay Morgan, Sarah McNeilly, Chloe Black i Gabrielle. Oskarżeń o znęcanie się fizyczne i psychiczne nie potwierdziła jedynie eks-żona muzyka Dita Von Teese. Z Mansonem współpracę zerwała jego dotychczasowa wytwórnia Loma Vista Recordings. Stanowczo odciął się od niego Trent Reznor z Nine Inch Nails - producent dwóch pierwszych albumów MM.

Osobiście nigdy nie miałem regularnej styczności za twórczością Marilyna Mansona, choć raz miałem okazję widzieć tego artystę na żywo: w poznańskiej Arenie w 2003 roku. Pamiętam, że koncert subiektywnie mi się podobał, był mocny, nieco perwersyjny i ekscentryczny. Ale jakoś mnie to zbytnio nie przekonało do muzyki Briana Warnera, ot, lubię ledwie kilka kawałków i miałem bodaj jego dwa albumy na CD ("Antichrist Superstar" i "Holly Wood"). Bardziej ciągnęło mnie do muzyki wspomnianego powyżej Nine Inch Nails, Ministry, Godflesh, Front Line Assembly, etc. Pamiętam jednak jak z ciekawością śledziłem informacje o masakrze w Columbine z 20 kwietnia 1999 roku. Za masowy mord Dylana Klebolda i Erica Harrisa niektórzy politycy i dziennikarze obwinili zespoły, które sprawcy słuchali np. Rammstein, KMFDM i Marilyn Manson. Szczególnie Manson stał się wówczas kozłem ofiarnym, naczelnym deprawatorem amerykańskiej młodzieży. Brian bronił się najlepiej jak mógł i udało mu się ten kryzys wizerunkowy jakoś przetrwać.

Nie było wielką tajemnicą, że Marilyn Manson traktował ludzi okropnie, zarówno członków swojego zespołu, jak i asystentki czy dawne partnerki. Wystarczy przeczytać jego biografię z 1998 roku "Long Hard Road Out of Hell" (ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Kagra) czy poszukać informacji odnośnie 'zaginionego' filmu Mansona zatytułowanego wymownie "Groupie". Zdziwienia i szoku większego nie ma. Rozsądek i empatia nakazuje mi w tym akurat przypadku stanąć po stronie skrzywdzonych kobiet, czyli ofiar.  Żyjemy obecnie w czasach MeToo, gdzie przestępstwa znęcania się psychicznego, molestowania seksualnego i przemocy seksualnej są błyskawicznie nagłaśniane w mediach społecznościowych i wieści bardzo szybko się rozchodzą. Manson tłumaczy się, że wszelkie relacje intymne z kobietami, które wcześniej miał były w pełni konsensualne. Czy aby na pewno? 

Owszem, zdarzały się przypadki fałszywego oskarżenia o gwałt, ale są one statystycznie rzadkie. Przestępstwa seksualne i akty domowej przemocy wobec kobiet są też często (stanowczo zbyt często) ignorowane, bagatelizowane przez organy ścigania, a kobiety zazwyczaj wstydzą się przyznać, że padły ofiarą wampirów emocjonalnych i seksualnych drapieżców. Ruch MeToo ośmielił je, sprawił, że przestały się bać i co rusz dochodzi do takich smutnych, aczkolwiek koniecznych coming outów. 

Przeczytałem opis asystenta Mansona Dana Cleary, który stanął po stronie Evan Rachel Wood i sprzeciwił się nazywaniu oskarżających muzyka kobiet kłamczyniami. Warto przeczytać i samemu wyrobić sobie zdanie:

https://twitter.com/DanCleary79/status/1304976908489076739

Czy obecny skandal wokół Mansona sprawi, że ów artysta spadnie z hukiem z piedestału tak jak np. Bill Cosby? Być może. Czas pokaże. Ja jednak nie zamierzam nikogo zniechęcać do słuchania Marilyna Mansona i kupowania jego płyt, gdyż jestem zwolennikiem oddzielenia sztuki od osoby artysty. Dla wielu słuchaczy i słuchaczek jego muzyka coś kiedyś znaczyła, dla mnie akurat nie. Nie przepadam też za cenzurowaniem sztuki w drastycznej formie. Wychowałem się na horrorach (zarówno literackich, jak i filmowych) oraz na black i death metalu. Wielu cenionych artystów miało swoje mroczne odchyły, ćpało na potęgę, zachowywało się obscenicznie i traktowało innych ludzi podle, skandalicznie i z wyrachowaniem. Nie pierwszy taki przypadek i nie ostatni. Oczywiście należy być przyzwoitym wobec innych, a już szczególnie wobec kobiet, które bardzo często są ofiarami przemocy domowej, seksualnej, emocjonalnej. Wykazać zainteresowanie, wspierać i nigdy nie osądzać. Pewne zachowania traumatyzujące innych muszą być jednak społecznie piętnowane - niezależnie od tego jak znany i straumatyzowany był sam sprawca. Jeśli celowo i z rozmysłem niszczymy kogoś fizycznie czy psychicznie to nie zasługujemy na żaden poklask, a jedynie na dezaprobatę, ostracyzm. Plamy na reputacji nie da się łatwo zmazać. Zwłaszcza w dobie zainicjowanego w USA ruchu MeToo.

piątek, 29 stycznia 2021

My, dzieci z dworca Zoo (1981) i Berlin Zachodni

  

Odświeżyłem ostatnio "Christiane F. - My, dzieci z dworca Zoo" (1981), słynny niemiecki film o nastoletnich narkomanach, którzy aby zdobyć heroinę prostytuują się na dworcu Zoo w Berlinie. Film swego czasu był dość kontrowersyjny - przede wszystkim ze względu na udział młodych 14-letnich aktorów w rolach głównych oraz obsadzenie prawdziwych ćpunów jako statystów. Sam obejrzałem "Christiane F." jeszcze w wieku nastoletnim. Mrocznemu i turpistycznego dramatowi biograficznemu Uli Edela w osiągnięciu sukcesu komercyjnego na pewno pomogła obecność Davida Bowie, który w filmie wystąpił (choć to zapis koncertu z Nowego Jorku) i stworzył do niego soundtrack m.in. z takimi utworami jak "Heroes" czy "Warszawa". Zresztą główna bohaterka ma obsesję na punkcie muzyki Bowiego z lat 1975-77, wybiera się na jego koncert i w końcu sprzedaje jego płyty, by zaspokoić narkotykowy głód. Film jest z jednej strony sugestywno-realistycznym przedstawieniem środowiska berlińskich narkomanów, a z drugiej doskonale pokazuje fascynujący Berlin Zachodni. Czyli miejsce, które na przełomie lat 70 i 80-tych wręcz tętniło radykalną sztuką i specyficznym lifestyle'm. To w Berlinie Zachodnim swego czasu mieszkali i tworzyli Nick Cave, David Bowie, Iggy Pop czy Tilda Swinton. To miasto stało się wówczas swoistą mekką artystów, gdyż sprzyjały ku temu odpowiednie warunki. Mężczyzn zamieszkałych w Berlinie Zachodnim nie dotyczył pobór do wojska. Koszty mieszkalne były niskie. Można było mieszkać w komunie, anonimowo, mając niewielkie środki do życia. Dlatego też Berlin Zachodni przyciągał tak wielu artystów, którzy poszukiwali tam swojego miejsca.

środa, 27 stycznia 2021

Władcy chaosu/ Lords of Chaos (2018) - recenzja

                                                                    

Długo wstrzymywałem się z obejrzeniem "Władców chaosu", gdyż natknąłem się tu i ówdzie na negatywne recenzje. Jednak film Jonasa Akerlunda, współzałożyciela Bathory i reżysera m.in. słynnego klipu "Bewitched" Candlemass wart jest obejrzenia, gdyż zadaje pytanie: czy ów 'prawdziwy' norweski black metal (reprezentowany m.in. przez Mayhem, Burzum, Thorns, itd.) był zjawiskiem autentycznym czy może sprytnym marketingiem prowadzącego Helvete Euronymousa? Faktem jest, że niektórzy black metalowcy (Dead, Varg, Bard Faust) potraktowali antyludzkie, destrukcyjne i antyreligijne deklaracje będące spoiwem black metalu zbyt serio, co doprowadziło do samobójstwa, palenia kościołów i dwóch bezsensownych morderstw. Burzliwa historia narodzin norweskiego black metalu jest dobrze znana. Nie ma sensu jej tutaj szczegółowo przytaczać. W "Lords of Chaos" podobało mi się przedstawienie Euronymousa jako sprawnego, obytego w marketingu biznesmena, który dążył do tego, by Mayhem był zespołem o ekstremalnej reputacji. Stąd chociażby robienie zdjęć post-mortem Deadowi. Kiedy trzeba "Lords of Chaos" potrafi być filmem ironiczno-zabawnym. Z drugiej strony są w tym filmie samobójstwo i dwa morderstwa (homoseksualisty w Lillehammer i Euronymousa przez Varga). Są to sceny mocne i brutalne, nie dla ludzi o słabych nerwach. Zwłaszcza akt samobójczy Deada był bardzo nieprzyjemny. Do zapamiętania ścieżka dźwiękowa "Lords of Chaos", na której znalazło się sporo dobrych kawałków metalowych m.in. Mayhem, Sodom, Sarcofago, etc. Zaskoczeniem było użycie "Host of the Seraphim" Dead Can Dance w scenie, gdy Varg i Snorre zmierzają samochodem do Euronymousa. Zabrakło mi natomiast w scenariuszu naświetlenia tego, co skłoniło grupę nastolatków do grania black metalu i kultywowania ekstremalnej postawy rebelii, nihilizmu i przemocy. Euronymousowi zależało na tej ideologii, ale traktował ją jako zabawę, narzędzie marketingowe; Varg zaś potraktował ją dosłownie.

Mam wrażenie, że "Lords of Chaos" przeznaczony jest raczej dla ludzi dopiero zaczynających swoją przygodę ze skandynawskim black metalem, a nie dla black metalowych ortodoksów. Poza tym to film fabularny, a nie dokument, stąd spłycenie niektórych wątków i postaci. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się dużo więcej o narodzinach i ekspansji norweskiego black metalu to polecam dokumenty stacji NRK "Helvete". Oczywiście były w "Lords of Chaos" elementy, które nie do końca mi przypasowały np. Emory Cohen jako Varg Vikernes czy przedstawienie Snorre z genialnego Thorns jako idioty. No cóż, nie jest to film idealny, ale oglądałem go z niesłabnącym zainteresowaniem.

EDIT: W rzeczy samej kiedy Snorre wraz z Vargiem jechali w odwiedziny do Euronymousa to słuchali Dead Can Dance. Mały niuans, ale zgodny z prawdą - potwierdzony w książce "Lords of Chaos" (1997).

niedziela, 24 stycznia 2021

Il Nido del Ragno aka Spider Labirynth (1988) - recenzja

W trakcie pandemii koronawirusa z racji braku koncertów i perspektyw wyjazdów na nie wróciłem do odświeżania niektórych horrorów i filmów, które ongiś lubiłem. Od czasu do czasu będę wrzucał tutaj mini-recenzje. Na pierwszy ogień idzie "Spider Labirynth" z 1988 roku.

Profesor archeologii z USA Alan Whitmore zostaje skierowany przez przełożonych z uczelni do Budapesztu, by nawiązać kontakt z innym uczonym, profesorem Rothem. Alan dociera do stolicy Węgier i nawiązuje kontakt z owym badaczem poprzez jego piękną sekretarkę Genevieve. Wyraźnie czymś zaniepokojony profesor Roth pada ofiarą zagadkowego morderstwa. Wkrótce Alan zaczyna być wciągany w labirynt dziwnych praktyk okultystycznych powiązanych z tajemnym, mrożącym krew w żyłach kultem (tzw. labirynt pająka).

Jeden z najlepszych horrorów nakręcony u schyłku kultowego kina grozy we Włoszech. Padały wręcz opinie, że powinien to być finałowy akord trylogii Dario Argento o Trzech Matkach ("Suspiria" z 1977 roku i "Inferno" z 1980 roku to dwie pierwsze odsłony). Można uznać "Spider Labirynth" za stylowy, złowieszczy i wysmakowany hołd dla horrorów Dario Argento i Mario Bavy (zwłaszcza dla wspomnianej "Suspirii"), jednak film dodatkowo wyróżnia gęsta i iście lovecraftowska atmosfera osaczenia, paranoi i terroru. Suspens budowany jest stopniowo, nieco ospale, groza narasta powoli, sugestywnie. Efekty specjalne Sergio Stivalettiego potrafią być mocne i szokujące. Do tego dochodzą stylowe i krwawe sceny morderstw dokonywane przez upiorną istotę w czerni, których nie powstydziłby się sam maestro Dario Argento. Paranoiczna atmosfera "Il Nido del Ragno" na myśl przywodzi opowiadania Lovecrafta i dreszczowce Romana Polańskiego.

Obok "Deliria" (1987) jeden z wyróżniających się włoskich horrorów lat 80-tych. Mała i wciąż zapomniana perełka.

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Urodziny Carla McCoya z Fields of the Nephilim - Hardware (1990)

                                                            
                                                                     

Dzisiaj zdecydowałem się  na seans okolicznościowy "Hardware" (1990) z okazji dzisiejszych urodzin Carla McCoya, lidera słynnej gotycko rockowej kapeli Fields of the Nephilim, której albumy są dla mnie bardzo ważne, zwłaszcza "Elizium", "Mourning Sun" i "Zoon" Nefilim.

"Hardware" po raz pierwszy widziałem w pierwszej połowie lat 90-tych jako dzieciak, na długo zanim poznałem muzykę Fields of the Nephilim czy Ministry. Potem recenzowałem ten film na IMDb 10 października 2002 roku. Dzisiaj któryś z kolei seans od wielu lat. Nie będę się tutaj rozpisywał na temat fabuły, bo jest dobrze znana. Dość powiedzieć, że "Hardware" był jednym z pierwszych filmów post-apo/cyberpunk obok "Łowcy androidów" (1982) i "Heavy Metal" (1981), które oglądałem. Dopiero wiele lat później sięgnąłem po japońskie cyberpunki takie jak seria "Tetsuo", "Death Powder" (1986) czy "Rubber Lover" i "Pinokio 964" (oba w reżyserii Shozin Fukui).

Lemmy z Motorhead wciela się postać taksówkarza w zalanym, toksycznym mieście. Carl McCoy błyszczy jako przemierzający rozpalone słońcem piaski marokańskiej pustyni wędrowiec (nomad). To on odnajduje zagrzebane wśród wydm części Mark 13 - biomechanicznej, samodzielnie działającej i zaprogramowanej maszyny do zabijania (cyborga) widzącej w podczerwieni, dzięki której Dylan McDermott, Stacey Travis i inni wpadną w niemałe tarapaty i ekran zacznie ociekać krwią. Warto także wsłuchać się w to, co ma do powiedzenia Angry Bob (Iggy Pop).

Nie dziwi obsadzenie Carla McCoya w roli wędrowca, gdyż wcześniej Stanley kręcił teledyski Fields of the Nephilim. Sprawdziłem dokładnie które - "Preacher Man" i "Blue Water". Stanley odpowiadał także za stronę artystyczną albumu FOTN "Dawnrazor" (1987). "Hardware" został w dużej mierze nakręcony we wschodnim Londynie, początek i kadry końcowe z Carlem McCoyem to już bezkres marokańskiej pustyni. Zresztą pustynia (tym razem w Namibii) jest także obecna w nieco późniejszym horrorze Stanleya "Dust Devil" (1992), którego krwawy finał ma miejsce w opuszczonym mieście Kolmanskop, wśród ruin tamtejszych kolonialnych, zasypywanych piaskiem domostw. Z kolei obecne w "Hardware" przesadzone, wyolbrzymione programy telewizyjne to inspiracja eksperymentalną grupą Psychic TV Genesisa P. Orridge'a.

Wciąż lubię ten post-apokaliptyczny horror sci-fi, choć jego fabuła nie jest zbyt odkrywcza. Jednak stylowe zdjęcia i wizja koszmarnej dystopii to są rzeczy, które przemawiają do mojej wyobraźni. 

Wszystkiego dobrego, Carl. Nagraj w końcu następcę "Mourning Sun".

środa, 13 stycznia 2021

David Bowie i Dario Argento na wspólnej fotografii Paula Masseya

Nie będę tutaj rozpisywał się o różnorodnej i wyjątkowej twórczości muzycznej Davida Bowie, gdyż znajdą się osoby, które zrobią to lepiej ode mnie. Ale w związku z 5 rocznicą śmierci tego wyjątkowego artysty kilka słów odnośnie tej fotografii wykonanej w 1996 roku przez Paula Masseya. David Bowie i włoski mistrz horroru Dario Argento przyjaźnili się. Wówczas "Syndrom Stendhala" (1996), mroczny thriller/giallo z Asią Argento miał już swoją premierę we włoskich kinach. Jedną z głównych inspiracji dla thrillerów i horrorów Dario Argento, w tym dla słynnej trylogii Trzech Matek ("Suspiria", "Inferno", "The Mother of Tears") były pisane w przerwach między zażywaniem opium przez autora eseje Thomasa de Quinceya, w tym "O morderstwie jako o jednej ze sztuk pięknych" (1827) oraz zbiór "Suspiria de Profundis" (1845), w szczególności esej "Levana and Our Ladies of Sorrow". Wszechstronnie utalentowany Bowie w nagrywanej rozmowie z Argento poruszył m.in. tematykę esejów de Quinceya, którymi inspirował się także Edgar Allan Poe. 

 Dario Argento spotkał po raz pierwszy Davida Bowie w 1977 roku w Monachium. Włoch reżyserował podówczas "Suspirię", a do spotkania, w którym uczestniczył także Rainier Werner Fassbinder doszło w restauracji. Niestety nie natknąłem się na żadne zdjęcia obrazujące owo spotkanie. 
 
W ubiegłym roku odświeżyłem kilka thrillerów (giallo) Dario Argento, w tym "Głęboką czerwień" (1975), "Cztery muchy na szarym aksamicie" (1972) oraz "Tenebre" (1982). Obejrzałem także po raz wtóry "Zagadkę nieśmiertelności" (1983) Tony'ego Scotta, w którym Bowie zagrał (obok Catherine Deneuve) błyskawicznie starzejącego się wampira. Pamiętam ten zmysłowy i wysmakowany horror jeszcze z czasów dzieciństwa. Dzięki "The Hunger" zetknąłem się po raz pierwszy z grupą Bauhaus, jak również z rolą aktorską Davida. Szkoda, że przyjaźń Argento z Bowiem nie zaowocowała wspólną współpracą na planie filmowym. Na pewno byłaby czymś nietuzinkowym.
 
Słuchałem w dniu rocznicy śmierci Davida Bowie "Blackstar" i "Low", w tym oczywiście melancholijnej kompozycji "Warszawa". Warto tutaj przypomnieć ten stary tekst Bartka Chacińskiego o wizycie Bowiego w Warszawie (maj 1973 roku) oraz o kulisach powstania tego genialnego utworu.
 

poniedziałek, 21 września 2020

Lebanon Hanover w Poznaniu 20 września 2020, Tama

 







Kilka zdjęć z koncertu Lebanon Hanover na dziedzińcu Tamy - mojego pierwszego od marca 2020 roku, piątego w tym roku. Mam nadzieję, że nie ostatniego, gdyż czuję głód muzyki na żywo. Wziąłem maskę ffp3 i wypełniony formularz odnośnie Covid19, na miejscu czekał też dodatkowo pomiar temperatury. Koncert na świeżym powietrzu, toteż większość ludzi założyła maseczki jedynie w trakcie wpuszczania na dziedziniec. Występ duetu trwał godzinę i był mocno przekrojowy, dwa kawałki poszły na bis. Melancholijna zimnofalowa elektronika/darkwave/post-punk LH obraca się tematycznie wokół samotności, wyalienowania, izolacji i fatalistycznego romantyzmu. Ten rok jest katastrofalny dla szeroko pojętej branży koncertowej. Niektóre zespoły od sześciu miesięcy nie grają żadnych koncertów, w tym LH. Wielu utalentowanych muzyków niszowych traci dochody, promocja płyt w taki sposób odpada. Koncerty zagranicznych wykonawców są w Polsce nie lada rzadkością - albo są przekładane na późniejsze terminy, albo odwoływane. A fani są spragnieni muzyki na żywo, co pokazała duża frekwencja na niniejszym koncercie. Duet muzyków z Lebanon Hanover wypadł na żywo bardzo przekonująco i ekspresyjnie. Byłem naprawdę pod wrażeniem. Premiera nowej (szóstej już płyty) niebawem. Depresja i nihilizm w taneczno-refleksyjnym wydaniu.

'Sadness is Rebellion' - tak brzmi swoiste motto LH. Te słowa doskonale odzwierciedlają niepewność życia w czasie pandemii. Set-lista koncertu na otwartym dziedzińcu w Tamie: "Gallowdance", "Totally Tot", "Alien", "The Last Thing", "Shatter Matter", "Digital Ocean", "Die World II".