środa, 28 lipca 2021

Sombre/ Dark (1998) - recenzja

                                                      
Francuski eksperymentalny serial killer movie "Sombre" jest w dosłownym tego słowa znaczeniu filmem mrocznym. Odświeżyłem ten psychologiczny horror po prawie 12 latach od ostatniego seansu i jestem pod wrażeniem, choć lojalnie uprzedzam: nie każdemu widzowi pełnometrażowy debiut Phillipe'a Grandrieuxa przypadnie do gustu. Wielu wielbicieli kina zapewne odrzuci minimalistyczna narracja, niewielka ilość dialogów czy nerwowa, rozmazana ciemność, w której tonie ten w dużej mierze nocny film uniemożliwiając chociażby dokładne przyjrzenie się scenom morderstw. Niektóre sceny jazdy samochodem w poszukiwaniu ofiar zahaczają wręcz o koszmar na jawie. 

Marc Barbe wciela się w "Dark" w postać sfrustrowanego seksualnie seryjnego mordercy prostytutek. Jean reaguje eksplozją agresji i morderczymi skłonnościami na każdy przejaw kobiecej seksualności. Można go uznać za współczesnego wilkołaka, który urządza nocne polowania na trudniące się prostytucją kobiety. W końcu Jean styka się z Claire (Elina Lowensohn), dziewczyną nierzeczywistą, delikatną, niewinną seksualnie. Mimo morderczych impulsów pomiędzy Jeanem a Claire rodzi się traumatyczna miłość, która jest jednak z góry skazana na niepowodzenie. Ponieważ bestii drzemiącej w Jeanie nie da się ucywilizować. Ta bestia i tak zatraci się w ciemności i morderczym szale.

"Sombre" to na pewno film minimalistyczny, oniryczny i niekonwencjonalny - nawet w porównaniu do niedawno recenzowanego "Angst" (1983) czy "Henry: Portrait of a Serial Killer" (1986). Nie trzyma w napięciu jak dwa przytoczone kryminalne horrory, aczkolwiek potrafi hipnotyzować. Zawiera także sporo odniesień do mrocznych bajek i klasycznych już dzieł grozy: Czerwony Kapturek i Wilk, narzeczona monstrum Frankensteina, Piękna i Bestia. 

Na uwagę zasługuje scena, w której podpita Claire tańczy w obecności trójki mężczyzn, w tym Jeana do "Bela Lugosi's Dead" brytyjskiej grupy post-punkowej Bauhaus. Ten swoisty hymn muzyki gotyckiej zespół odegrał na żywo w otwierających scenach "Zagadki nieśmiertelności" (1983) Tony'ego Scotta. W "Sombre" pojawia się także melancholijna elektropunkowa muzyka Alana Vegi (duet Suicide). 

Rekomendacja muzyczna (nie, nie będzie to Bauhaus) - Les Enfants de l'Ombre (The Shadow Children) - mało znany francuski zespół post-punkowy/zimnofalowy. Jedyny ich materiał to pięcioutworowy album "La Haine Rôde Et Nous Guette", który ukazał się w 1988 roku plus pojedynczy kawałek na kompilacji "Mea Pulpa" z 1989 roku. Potem Dzieci Cieni przestały istnieć. A muzyka? Mroczna, wciągająca, melancholijna, nieco teatralna, z intrygującymi żeńskimi (?) wokalami. 

https://www.youtube.com/watch?v=5qhbDROEE4I

https://www.youtube.com/watch?v=HsXJSKWf660

sobota, 24 lipca 2021

Ulica Krokodyli (1986) - recenzja

                           

Bodaj najsłynniejszy film animowany braci Quay to sugestywna porcja mrocznego i melancholijnego surrealizmu, którą można przyrównać do twórczości Franza Kafki czy malarstwa Zdzisława Beksińskiego. Prześlicznie wykreowany i ogromnie plastyczny mikro-świat poszukujących znaczenia lalek, a zaraz mikro-przestrzeń nici, śrubek, rozkładu, degradacji i samotności. "Ulica Krokodyli" wciąga, zachwyca enigmatycznością, przytłacza mroczną atmosferą, to film trudny do rozszyfrowania. Tak jak zresztą awangardowa i przesycona poetyką sennego koszmaru proza Brunona Schulza.

Odświeżam po latach.

Przy okazji polecam najnowszy album Holendrów z Clan of Xymox zatytułowany "Limbo" i oczywiście zainspirowany globalną pandemią Covid19. Dużo melancholii zakutej w dźwięki. 

https://clanofxymox.bandcamp.com/ 

wtorek, 20 lipca 2021

Angst / Fear (1983) - recenzja

                                                                     
Wczoraj obejrzałem austriacko-niemiecki "Angst" po raz kolejny. Pamiętam pierwszy seans "Strachu" na vhsowym bootlegu (jeszcze zanim film ukazał się oficjalnie na DVD w Niemczech w 2006 roku) zatytułowanym "Schizophrenia". Zgodnie z recenzją na IMDb był to 6 listopada 2005 roku, potem zachwycony mrocznym i odpychającym horrorem Geralda Kargla napisałem jego recenzję na nieistniejącym od dawna portalu Danse Macabre. I lawina zainteresowania wokół tego filmu w Polsce powoli ruszyła. 

"Angst", choć jego realizacja wpędziła austriackiego reżysera w długi i bankructwo stał się przez lata filmem kultowym, wychwalanym m.in. przez Gaspara Noe, reżysera "I Stand Alone", "Enter the Void" czy "Nieodwracalne". Mam wrażenie, że film ten był także inspiracją dla "Złotej rękawiczki" (2019) Fatiha Akina. Widziałem "Angst" na przestrzeni lat przynajmniej kilka razy i nadal uwielbiam ten psychologiczny horror. To film chaotyczny, brutalny, nihilistyczny, posępny, z genialną rolą Erwina Ledera (niezwykła, wręcz maniakalna energia jak u Klausa Kinskiego). Podoba mi się jakże atypowe sportretowanie przez niego sadystycznego mordercy: psychopata Ledera (K) co rusz popełnia błędy, działa w sposób desperacki, niezorganizowany, nerwowy. Po wyjściu z więzienia od razu pragnie wcielić w życie swój morderczy plan. Mężczyzna chce karmić się strachem potencjalnych ofiar. Ale nie wszystko idzie po jego myśli. Jaka to odmiana od przenikliwie inteligentnych i starannie manipulujących otoczeniem hollywoodzkich psychopatów a la Hannibal Lecter. Praca kamery genialna (niektóre ujęcia z góry przypominają powszechne obecnie kręcenie z drona), estetyka filmu emanuje przeszywającym chłodem, pustką i brzydotą, monologi psychopaty mrożą krew w żyłach dodatkowo potęgując nieliczne sceny przemocy i morderstw. Wampiryczno-nekrofiletyczne zadźganie córki w tunelu nadal powala realizmem. Filmowcy użyli tutaj świńskiej krwi, by wzmocnić efekt szokowania widza. Ale to jedyna krwawa scena w "Angst", reszta filmu jest już bardziej sugestywna. Kargl był jednak niezadowolony z tej erupcji gore, zatem nieco ją przyciemnił na niemieckim Director's Cut DVD. Ciągle jest to jednak jedna z najbardziej intensywnych i przerażających scen morderstw, jaką kiedykolwiek nakręcono na potrzeby kina.

Film jest tak naprawdę dość luźno oparty na historii Wernera Knieseka, chociażby wśród monologów Ledera można wychwycić fragmenty wspomnień Petera Kürtena, osławionego Wampira z Dusseldorfu. Trudno też nie wspomnieć o soundtracku do "Angst", za który odpowiada Klaus Schulze z Tangerine Dream. Od dawna mam na CD ten wyjątkowy album. Na sam koniec warto pamiętać o Kubie, jamniku Zbigniewa Rybczyńskiego, który 'zagrał' w "Angst" fenomenalnie. Plus także za brutalistyczną willę z raczej pustymi pomieszczeniami, w której rozgrywa się większość akcji filmu. 

"Angst" to mordercza ekstaza, panika i terror wymieszane w jednym tyglu. Film lodowaty, stylowy i nieprzyjemny, jednak jako miłośnik Eurohorroru wracam do niego co pewien czas. Wersja reżyserska trwa 75 minut, wersja z dokręconym (moim zdaniem zbędnym) prologiem: 83 minuty.

Mroczno-pięknego soundtracku Klausa Schulze do "Angst" możecie posłuchać poniżej:

https://www.youtube.com/watch?v=cl06i8pOacw

Dla wielbicieli kryminalistyki mój stary artykuł o Wernerze Knieseku:

https://dtbbth.blogspot.com/2015/10/werner-kniesek-i-mordercza-zadza.html 

Rzadko wrzucam bezpośrednie linki do filmów, ale tutaj zrobię wyjątek. Sam posiadam "Angst" na DVD od dawna. 

https://www.cda.pl/video/548342687

Na sam koniec rekomendacja muzyczna z ubiegłego roku dla wielbicieli tanecznego, aczkolwiek nadal melancholijnego synthwave'a/post-punka. Obiecujący zespół z USA, którego muzyka przypadła mi ostatnio do gustu. W ciągu ostatnich 2-3 lat znacznie osłabło moje zainteresowanie ciężkimi brzmieniami na rzecz zimnej fali, atmosferycznego neofolka, mrocznej elektroniki, onirycznego post-punka czy rocka gotyckiego.

https://houseofharm.bandcamp.com/album/vicious-pastimes

piątek, 16 lipca 2021

Castle Party 2021 (fotorelacja)

 



















Jeszcze w  pierwszej połowie 2021 roku nie wierzyłem, że tegoroczna edycja festiwalu muzyki dark independent Castle Party dojdzie do skutku. Z powodu pandemii wszystkie ważniejsze festiwale w Polsce, w których line-upie znalazły się zespoły zagraniczne zostały słusznie przełożone na 2022 rok np. Mystic Festival. Także z tegorocznego składu CP wypadło kilka zespołów m.in Hocico, Ataraxia, Drab Majesty, She Past Away, etc. Nie będę ukrywał, że brakowało mi muzyki na żywo, toteż śledziłem informację na temat Bolkowa mając jednocześnie w planach krótki przedfestiwalowy wyjazd na Islandię. 

Festiwal pierwotnie miał być głównie dla osób zaszczepionych plus limit 250 osób niezaszczepionych. Osobiście zaszczepiłem się dwiema dawkami szczepionki mRNA w jak najwcześniejszym możliwym terminie z kilku powodów. Po pierwsze, nie miałem wątpliwej przyjemności zachorowania na Covid. Po drugie, nie chciałem narażać moich bliskich na infekcję Covid19 - ona może się zdarzyć, ale osoby zaszczepione (jak moi bliscy) przechorują obecnie dominujący wariant Delta lekko, bez hospitalizacji i będą transmitować wirusa (jeśli dojdzie do infekcji) krócej i mniej intensywnie. Po trzecie, zwyciężyła chęć podróżowania za granicę, swobodnego uczestniczenia w wydarzeniach masowych czy bezproblemowego spotykania się ze znajomymi. Po czwarte, byłem już psychicznie zmęczony lockdownami oraz atmosferą niepewności i egzystencjalnego zagrożenia jaką niesie za sobą pandemia koronawirusa. Wyjazd na islandzki wulkan Fagradalsfjall i Castle Party 2021 miały być dla mnie oderwaniem się od rzeczywistości, swoistą nagrodą za to, że przez półtora roku stosowałem się do zasad DDM, na ile się dało minimalizowałem kontakty społeczne, chodziłem w maskach, poddałem się szczepieniu (żyję nadal, kondycja fizyczna bardzo dobra) i przestrzegałem rygorów sanitarnych. Nie uległem głupocie i ignorancji. Jednym słowem nagroda normalności za empatię i odpowiedzialność. Być może swoim ostrożnym zachowaniem uratowałem kilka żyć, a nie je zrujnowałem.

Dotarłem do Bolkowa z Warszawy, prosto z lotniska. Pierwsza noc nieprzespana, gdyż lot powrotny z Islandii miałem w nocy, leciało mnóstwo matek z małymi dziećmi, stąd hałas był nie do wytrzymania. Na CP 2021 podrzuciła mnie z Warszawy Magda, która bywała już na tym festiwalu w Grodźcu i w trakcie podróży opowiadała jak wówczas było. Pierwsze zdziwienie już na miejscu: nikt nie sprawdza mojej dokumentacji o zaszczepieniu, a byłem na to starannie przygotowany. No cóż, niech będzie. Prawdopodobieństwo zarażenia się na świeżym w powietrzu w trakcie koncertu czy na polu namiotowym jest minimalne, choć niezerowe. Z chwilą gdy piszę te słowa pojawiły się artykuły o festiwalu muzycznym w Utrechcie na początku lipca. Festiwal pilotażowy na 20 000 tysięcy ludzi, dwa dni muzyki elektronicznej na świeżym powietrzu i prawie 1000 osób zarażonych. Ryzyko infekcji na imprezie masowej istnieje zawsze i trzeba być tego świadomym. Ale to już nie wina organizatorów, że ludzie często z błahych powodów czy będąc pod wpływem foliarzy/antyszczepów boją się szczepić tym samym przedłużając rujnujący gospodarkę stan pandemii i ryzykując ciężkie przechorowanie plus długotrwałe następstwa choroby. Covid19 to tak naprawdę rosyjska ruletka, dlatego też po powrocie z CP2021 (mimo pełnej wakcynacji) rozsądnie urządziłem sobie autokwarantannę.

https://www.politico.eu/article/coronavirus-1000-people-infected-in-dutch-festival/

Tak czy owak mimo kolejnych dwóch nieprzespanych nocy i ogólnego wyczerpania cieszę się, że trafiłem na Castle Party 2021. Atmosfera tej imprezy jest tak specyficzna, że człowiek mocno w nią wsiąka, przyjeżdżają tutaj nie tylko miłośnicy szeroko pojętej muzyki i stylistyki gotyckiej, ale też osoby, które dopiero zaczynają swoją przygodę ze sceną dark independent. Jeżdżę na Castle Party od 2014 roku i wcale nie mam dosyć, gdyż ten festiwal uzależnia, jest niczym idealnie dawkowany i niegroźny narkotyk. 

Krótko o koncertach, które najbardziej przypadły mi do gustu. Cieszę się przede wszystkim, że mogłem po raz pierwszy zobaczyć na żywo Diary of Dreams (Niemcy) oraz Pink Turns Blue (Niemcy). W mroczny i melancholijny świat muzyczny Adriana Hatesa zacząłem się zagłębiać dopiero jakieś trzy lata temu. Niemcy nieco mnie zaskoczyli zmetalizowanym, ocierającym się o industrial metal brzmieniem, ale było to zaskoczenie pozytywne. Koncert znakomity, przekrojowy, długi, pełen emocji - ciarki na plecach gdy usłyszałem np. "The Curse", "Listen and Scream", "She and Her Darkness", "Giftraum", "King of Nowhere" czy "Endless Nights". Poprzedzający Diary of Dreams koncert weteranów darkwave'a z Holandii Clan of Xymox również był pierwszorzędny, ale kapelę Ronny'ego Mooringsa widziałem wcześniej bodaj trzy razy, zatem mniej więcej wiedziałem, których piosenek odegranych na żywo należy się spodziewać - czyli np. "Muscoviet Mosquito", "Louise", "Jasmine & Rose", "Emily" czy kilka numerów z ostatniego albumu CoX "Spider on the Wall". Zresztą Holendrzy grają u nas często, to zespół bardzo lubiany i szanowany, którego muzyki słucha się na żywo z wielką przyjemnością. 

Sobotni koncert weteranów rocka gotyckiego Pink Turns Blue również mnie zachwycił. Niemcy sprawdzili się doskonale jako godne zastępstwo She Past Away z Turcji. Minimalistyczny image sceniczny, brak efekciarstwa i wołania o atencję, po prostu chwytający za serce gig weteranów melancholijnego post-punka/rocka gotyckiego. Usłyszałem m.in. "I Coldly Stare Out", "Walk Away", "After All" i ich największy hit "Your Master Is Calling" plus dwa kawałki PTB promujące najnowszy album studyjny: "There Must Be So Much More" i "So Why Not Save the World". Żałuję że nie mam porównania z czwartkowym koncertem weteranów rocka gotyckiego ze Szwecji, Funhouse.

Jeśli już mówimy o skandynawskim rocku gotyckim to świetnie wypadli w niedzielę Szwedzi z Then Comes Silence. Mocny, energiczny koncert z fajnym przekrojowym setem. TCS widziałem po raz pierwszy na żywo i jestem pod wrażeniem werwy i scenicznej ekspresji muzyków ze Sztokholmu. Miło było usłyszeć takie piosenki jak "The Dead Cry For No One", "Strange Kicks", "We Lose the Night" czy "Warm Like Blood". Zespół zdecydowanie wart uwagi i supportowania. Nie obejrzałem jednak ich gigu do końca, gdyż trafiłem ze znajomymi na małą scenę (do stajni), by skonfrontować się z dzikim i agresywnym EBM hiszpańskiego projektu Larva. 

Co jeszcze udało się zobaczyć? Oczywiście częściowo deszczowy koncert Niemców z Lacrimosa, mocny, energiczny, gitarowy, niekiedy wręcz doom metalowy. Piękne zwieńczenie tegorocznego CP. Nadto podobały mi się koncerty Das Funus (Czechy, obiecujący młody zespół, na który warto mieć baczenie), Selofan (Grecja), Metus (Polska), Them Pulp Criminals (Polska, fajny projekt Tymka z Ragehammer), zahaczyłem też o występy Lebanon Hanover (Niemcy), Sexy Suicide (Polska) i Wolvennest (Belgia). Odpuściłem koncerty Closterkeller i Artrosis, bo nie jestem wielkim fanem obu tych zasłużonych formacji. Laptopowy DJ set Juno Reactor z UK widziałem przez godzinę. Bez efektów wizualnych, efektownej scenografii i obecności innych członków zespołu był niemałym rozczarowaniem. 

Z góry dziękuję wszystkim nowym i starym znajomym, z którymi miałem sposobność się spotkać i rozmawiać na CP 2021. Zacieśnianie więzi i podtrzymywanie dobrych znajomości jest dla mnie czymś ważnym i nie do zastąpienia, zwłaszcza w czasach panującej nam niemiłościwie zarazy; czasach trudnych, które pogłębiają samotność i wyalienowanie jednostki na wielu płaszczyznach. Bądźcie zdrowi, dbajcie o dobrostan własny i osób bliskich, podtrzymujcie wartościowe kontakty i starajcie się realizować krok po kroku wasze marzenia. 

Życie biologiczne człowieka bywa krótkie i nieprzewidywalne. Może skończyć się lada moment, w chwili, której nadejścia możemy się nie spodziewać. Niemniej jednak postaram się być fizycznie na CP 2022 i na kolejnych edycjach tego wspaniałego festiwalu.

piątek, 2 lipca 2021

Słynny islandzki wrak z Sólheimasandur

 
Dzisiaj artykuł o ikonicznym wraku samolotu Sólheimasandur, który byłby idealnym miejscem na urbex, ale dzięki setkom zdjęć i udziale w dokumencie Sigur Ros z 2007 roku, filmach, reklamach i teledyskach muzycznych stał się nie lada atrakcją turystyczną Południowej Islandii. Co roku odwiedzają go i fotografują go tysiące turystów, gdyż znajduje się wśród księżycowego morza czarnego piasku Sólheimasandur. Ostatnio widziałem go w jednym z odcinków islandzkiego serialu "Katla" (2021), który z całą pewnością zasługuje na jeszcze większą popularność na Netflixie. Koordynaty GPS dla zainteresowanych: 63 27.546-19 21.887. 

Do katastrofy amerykańskiego samolotu Douglas Dakota (Super DC-3) doszło po południu 21 listopada 1973 roku. Super DC-3 wracał z Keflavik do Höfn przewożąc sprzęt dla stacji radarowej w Stokkses na wschód od Höfn. Na pokładzie znajdowało się 5 członków załogi, w tym kapitan James Wicke oraz 26-letni pilot Gregory Fletcher z wylatanymi 21 godzinami. Przyczyna katastrofy: prawdopodobnie skończyło się paliwo, po tym gdy samolot wleciał w zawieję (burzę) i gęstą mgłę, a temperatura na zewnątrz spadła do minus 10 stopni Celsjusza. Widoczność była koszmarna, zatem Fletcher postanowił posadzić samolot na oceanie, by zwiększyć szansę pięcioosobowej załogi Super DC-3 na przeżycie. Nie chciał, aby samolot uderzył w strome zbocze jakiegoś wzniesienia. Ostatecznie Fletcher wylądował na czarnej i zamarzniętej plaży w odległości zaledwie 6 metrów od fal uderzających o brzeg.

Cała pięcioosobowa załoga przeżyła katastrofę, ale samolot został mocno uszkodzony. Obawiając się pożaru i eksplozji członkowie załogi zabrali ze sobą jedynie apteczkę oraz stare, pochodzące z czasów II WŚ radio. Godzinę po katastrofie przyleciał po nich helikopter ratowniczy z bazy wojskowej w Keflaviku. 

Obecnie wrak Super DC-3 znajduje się w odległości 3.5 km od najbliższej drogi Suðurlandsvegur. Przez lata służył pewnemu farmerowi jako magazyn, lokalni myśliwi używali go także jako strzelnicy. Nie jest wskazane odwiedzać go zimą, gdyż pogoda wokół Vik potrafi szybko stać się śmiertelnie groźna i nieprzewidywalna. I bardzo łatwo zgubić się i umrzeć na Sólheimasandur. Tak naprawdę ten wrak samolotu słusznie uchodzi za jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na Islandii.

Kilka przykładów innych katastrof lotniczych w Islandii. W 1975 roku dwuosobowy amerykański samolot uderza w zlodowaciały wulkan Eyjafjallajökull. Pasażerowie giną na miejscu. W 1977 roku helikopter rozbija się na wulkanicznej pustyni Mælifellssandur. Dwaj członkowie załogi wydostają się z niego i przemieszczają na odległość 7-8 km. Zanim dotrze do nich pomoc zamarzają.

W 1981 roku islandzki pasterz dostrzegł wystający z lodowca Mýrdalsjökull fragment amerykańskiego samolotu do zwalczania okrętów podwodnych. Pojawili się ratownicy. Na miejscu znaleźli osiem ciał członków załogi. Lodowiec przemieścił je na odległość 5 km. Co ciekawe, samolot rozbił się o lodowiec 28 lat wcześniej: 17 grudnia 1953 roku. Wówczas z powodu śnieżycy ratownicy dotarli do miejsca katastrofy dopiero tydzień później i odnaleźli ciało mężczyzny. Umarł szukając pomocy.  

Taka potrafi być Islandia. Kapryśna, surowa i nieprzewidywalna, nadal jednak zdumiewająco piękna. Na zdjęciach wrak Super DC-3 tuż po rozbiciu w 1973 roku oraz mniej więcej obecnie. 

Premierowa muzyka na dzisiaj. Posłuchajcie nowego znakomitego albumu Hante "Morning Tsunami" (2021), gdyż to znakomita porcja mrocznej elektroniki/darkwave'a. Hélène de Thoury nie zawodzi i nadal tworzy doskonałą muzykę, choć czas pandemicznej izolacji był dla niej trudny.

https://hante.bandcamp.com/album/morning-tsunami 

Wczoraj ukazał się także nowy singiel i teledysk "Bleeding" polskiego dwuosobowego projektu Stridulum. Świetna, wpadająca w ucho piosenka będąca zapowiedzią albumu tego zdolnego śląskiego duetu (premiera we wrześniu via Manic Depression Records). Sam teledysk przykuwa uwagę: elegancki, wysmakowany, archetypicznie wręcz gotycki, lecz jednocześnie odrobinę futurystyczny, z ciekawymi efektami wizualnymi. 

https://www.youtube.com/watch?v=wc-7nJoUb2U 

https://strdlm.bandcamp.com/track/bleeding  

Odrobina islandzkiego obłąkanego black metalu też nie zaszkodzi.

https://darkdescentrecords.bandcamp.com/album/vitahr-ngur

czwartek, 1 lipca 2021

Max Tegmark "Życie 3.0" - recenzja

 
Nadrabiam zaległości książkowe. Kilka zdań na temat książki amerykańskiego kosmologa i fizyka Maxa Tegmarka "Życie 3.0: Jak być człowiekiem w epoce sztucznej inteligencji" (wydawnictwo Prószyński i Spółka). Max Tegmark, współzałożyciel Future of Life Institute skupia się w swoich badaniach na inteligencji (zarówno ludzkiej, jak i sztucznej) oraz na tym, aby sztuczna inteligencja była przyjazna wobec ludzkości, dobroczynna. Oczywiście z AGI związane są także mroczniejsze strony: rekurencyjnie samodoskonaląca się AGI teoretycznie może przejąć kontrolę nad ludzkością, może zostać przejęta np. przez terrorystów, dyktatorów czy zdolnych hakerów do niecnych celów czy odebrać milionom ludzi definiujące ich miejsca pracy, itd. Max (być może idealistycznie) wierzy, że zaawansowana technologia będzie w przyszłości potrafiła wyleczyć ludzi z nieuleczalnych chorób, rozwiązać palący problem antropogenicznych zmian klimatycznych, wyciągnąć miliony ludzi z ubóstwa czy po prostu inspirować i edukować człowieka. 

Oczywiście w rękach ludzkości znajdują się obecnie technologie wojskowe, które mogą doprowadzić do jej samozagłady np. bomby i pociski jądrowe. Jednakże to od nas zależy, czy będziemy użytkować AGI w celach dobrych czy złych. Trzeba postawić na mądrość człowieka, starannie planować, być proaktywnym. Podobało mi się w "Życiu 3.0" jak wiele ciekawych i intrygujących pytań Max potrafi zadać np. na jaką przyszłość związaną z AGI liczymy? W jak silnie stechnicyzowanym społeczeństwie chcielibyśmy żyć? Co zrobimy w przyszłym świecie zdominowanym przez maszyny i sztuczną inteligencję, w którym nie będzie dla nas pracy, gdyż AGI wykona ją lepiej, szybciej, efektywniej? W jaki sposób poradzimy sobie z nierównością płac (dochód podstawowy)? W jaki sposób rozwiążemy problem z inteligentną autonomiczną bronią m.in. rojami miniaturowych dronów? 

Konkludując, książka ciekawa, fascynująca, stymulująca intelekt i pobudzająca do myślenia. Osobiście nie wierzę w jakiś ultra-szybki postęp w zakresie badań nad AGI, ale koncepty zawarte w "Życiu 3.0" na pewno są warte starannego przemyślenia.

Szkoły rezydencjalne w Kanadzie, bezimienne groby dzieci i płonące kościoły

 

Z uwagą śledzę wydarzenia w Kanadzie związane z odnajdywaniem masowych grobów (w większości dziecięcych) w pobliżu dawnych szkół rezydencjalnych, najczęściej katolickich, w których usiłowano przymusowo asymilować, a co za tym idzie wyplenić rdzenność z dzieci miejscowych plemion indiańskich. Owe szkoły rezydencjalne były zarządzane od drugiej połowy XIX wieku do lat 90-tych XX wieku przez kościół katolicki wespół z władzami federalnymi. Wobec dzieci ludności tubylczej stosowano przemoc psychiczną, fizyczną i seksualną. Oszacowano, że w 139 kanadyjskich szkołach rezydencjalnych mogło umrzeć 4100-6000 dzieci, choć liczba ta może być większa i sięgnąć nawet 15 000. Zatem mamy systemowy rasizm, dyskryminację, tortury, gwałty i niesprawiedliwość pod płaszczykiem katolickiej asymilacji i indoktrynacji. Wreszcie brak formalnych przeprosin ze strony kościoła katolickiego, w tym papieża Franciszka.

W maju 2021 roku na terenie byłej szkoły rezydencjalnej w Kamloops (Kolumbia Brytyjska, Kanada) odkryto zbiorowy grób 215 dzieci, a to dopiero początek. Kilka dni temu gruchnęła wieść o tym, że aż 751 bezimiennych grobów znajduje się na terenie dawnej szkoły rezydencjalnej w Marieval, Saskatchewan. Nie wiadomo ile z tych anonimowych grobów zawiera szczątki dziecięce. Ostatnie jak dotąd takie smutne znalezisko to 182 nieoznaczone groby odkryte przy pomocy radaru przy szkole misjonarskiej St. Eugene blisko Cranbrook, Kolumbia Brytyjska. Być może spoczywają tam indiańskie dzieci w wieku od 7 do 15 lat. Kolejne 104 potencjalne dziecięce groby znajdują się na trzech cmentarzach przy szkole rezydencjalnej Brandon. Czyżby te wzbudzające słuszny gniew i głęboką rozpacz odkrycia to dopiero wierzchołek góry lodowej? 

W Kolumbii Brytyjskiej spłonęły kościoły m.in. St. Ann’s Catholic Church, Chopaka Catholic Church, Sacred Heart Church czy St. Gregory’s Church. Pożar ogarnął także stary kościół anglikański w Gitwangak. Pomnik papieża Jana Pawła II w Edmonton, Alberta pokryły odciski krwistych dziecięcych rączek i stóp, do podobnych aktów wandalizmu (?) doszło w dwóch kościołach w Saskatchewan. Na drzwiach katedry St. Paul's w Saskatoon pojawiły się krwiste odciski rączek i napis "We Were Children" ("Byliśmy dziećmi"). Znaleziska setek bezimiennych grobów podsycają gniew i rozpacz nie tylko wśród członków rdzennych społeczności Kanady. W końcu te zmarłe dzieci zostały odebrane rodzicom i nigdy nie powróciły do rodzinnych domów. 

Sam się nad tym wielokrotnie zastanawiałem: po co wspierać instytucję, w której szeregach obecni są pedofile, gwałciciele i mordercy? Instytucję, która jest pierwsza do umoralniania i stygmatyzowania osób, które myślą i czują inaczej. Przydałoby się skończyć z czołobitnością i poddaństwem wobec Kościoła katolickiego i przyznać, że na przestrzeni dekad popełniona została zaplanowana, cyniczna i haniebna zbrodnia przeciwko ludzkości oraz zbrodnia ludobójstwa. Zdj. Toronto Star, Reuters, etc. 

Konkludując, może warto by było zerknąć także na nasze polskie podwórko i np. skontrolować katolickie szkoły i domy dziecka, gdyż nasz rodzimy kościół katolicki także ma trochę na sumieniu (afery pedofilskie, systematyczne tuszowanie pedofilii, sprawa siostry Bernardetty i ośrodka wychowawczego sióstr boromeuszek w Zabrzu, w którym katowani i upokarzani byli jego wychowankowie).

środa, 30 czerwca 2021

Studnia, wahadło i nadzieja (1983) - recenzja

Z tego co się zorientowałem to nigdy na blogu nie recenzowałem nic z mrocznych filmów/animacji Jana Svankmajera, zatem trzeba nadrobić. W tym przypadku mamy do czynienia z autentycznie mrocznym filmem krótkometrażowym będącym adaptacją "Studni i wahadła" Edgara Allana Poego oraz "Tortury nadziei" Auguste Villiers de l’Isle-Adama. Niniejszy krótki metraż to najczystszy surrealistyczny koszmar, nakręcony z pierwszej perspektywy (POV), pełen mroku, smutku, napięcia, szczurów i cieni. Autentycznie przerażający z doskonałą animacją podkreślającą posępną atmosferę terroru. Tak jak ktoś słusznie zauważył wielu reżyserów horrorów mogłoby uczyć się od czeskiego mistrza surrealizmu umiejętności budowania atmosfery grozy i niesamowitości. Czas trwania: 15 minut.

Do obejrzenia: https://vimeo.com/501406210

niedziela, 27 czerwca 2021

Mano Destra aka Right Hand (1986) - recenzja

                                                              
Intrygujący, utrzymany w eleganckiej czarno-białej tonacji lesbijski film bondage wyreżyserowany przez Cleo Übelman. Nie mam nic przeciwko sadomasochizmowi i relacji dominacja-uległość, jeśli występuje na to obopólna zgoda zaangażowanych w praktyki BDSM partnerów. Można potraktować "Mano Destra" jako minimalistyczne i lodowate studium erotycznego uprzedmiotowienia, w którym twarz dominy wprawnie posługującej się białymi sznurami jest doskonale widoczna w kontraście do jej uległej partnerki, która zawsze ma oblicze zakryte/zasłonięte i jest anonimowa. Co znamienne, w "Mano Destra" nie ma w ogóle nagości, dużo natomiast w tym filmie bezruchu i antycypacji np. uległa partnerka słyszy odgłosy wysokich obcasów dominy czy zamykających się drzwi. 

Czarno-biała tonacja "Right Hand" nadaje filmowi BDSM szwajcarskiej reżyserki tajemniczego, nieco gotyckiego i industrialnego posmaku. Podobnie soundtrack zapomnianej żeńskiej grupy darkwave The Vyllies, której głównym źródłem inspiracji była grupa The Siouxsie and the Banshees. Płyty "Lilith" z 1985 roku i "Sacred Games" z 1987 roku do odsłuchu poniżej:

https://www.youtube.com/watch?v=7oFV8MOqnGI

https://www.youtube.com/watch?v=zXJCU4Fr2Gw 

"Mano Destra" był jednym z filmowych źródeł inspiracji dla stylowego lesbijskiego dramatu "The Duke of Burgundy" (2014) Petera Stricklanda, brytyjskiego reżysera, któremu nieobce są także włoskie filmy giallo i erotyczne Eurohorrory z lat 70-tych.

Czerń skórzanego stroju Cleo, białe sznury, drgające mięśnie, pończochy, symbioza kontroli i uległości. Oto "Mano Destra" w kilku słowach i wspomnieniach.

poniedziałek, 21 czerwca 2021

Katla (2021) - recenzja pierwszego sezonu i trochę o samym wulkanie

                                                               
Podlodowy wulkan Katla znajdujący się pod lodowcem Mýrdalsjökull uchodzi potencjalnie za jeden z najgroźniejszych islandzkich wulkanów. Słynie z wielu silnych erupcji szczelinowych pod lodowcem i poza lodowcem, które topią pokrywę lodową i powodują niszczycielskie powodzie glacjalne. Do ostatniej silnej erupcji wulkanu Katla doszło w 1918 roku. Przyszła erupcja Katli może okazać się niemałym kłopotem dla Islandii. I stała się tłem nowego serialu sci-fi w reżyserii Baltasara Kormakura pod tytułem "Katla" (2021), który miał swoją premierę na Netfliksie kilka dni temu. Więcej o tym słynnym islandzkim wulkanie możecie przeczytać klikając ten link: 

http://wulkanyswiata.blogspot.com/2021/06/katla-najgrozniejszy-wulkan-islandii.html

W niedzielę obejrzałem cały pierwszy sezon i jestem pod wrażeniem. Co prawda akcja toczy się powoli, aczkolwiek jest całkiem wciągająca.  Fabuła dotyczy tzw. odmieńców (doppelgangerów, sobowtórów, ludzkich kopii), którzy pojawiają się (powracają do świata żywych) w miasteczku Vik w związku z trwającą erupcją podlodowego wulkanu Katla - tak jakby wybuch Katli przywracał do życia osoby zmarłe czy uchodzące za zaginione. W serialu ścierają się ze sobą zahaczająca o fanatyzm wiara w Boga, wiara w lokalny folklor i wreszcie nauka (wulkanologia, czy ogólnie rzec biorąc geologia).

I choć rzadko sięgam po seriale, gdyż preferuję filmy długometrażowe i krótkometrażowe "Katla" przypadł mi do gustu. Pięknie uchwycona atmosfera izolacji, potencjalnego niebezpieczeństwa, wszystko zdaje się tonąć w post-apokaliptycznym brudzie, popiele wulkanicznym, głębokiej czerni i szarzyźnie krajobrazu. Doprawdy znakomite zdjęcia surowej islandzkiej natury, w tym miasteczka Vik, czarnych plaż wulkanicznych i pokrytego tefrą z wulkanu lodowca. Postaci są dobrze zarysowane, pojawiają się także sporadyczne sceny dość gwałtownej i brutalnej przemocy. Serial "Katla" to typowy nordycki noir, powolny i raczej posępny, tragiczny, w którym rzeczywistość często miesza się z wyblakłymi i bolesnymi wspomnieniami czy udrękami. Ciekaw jestem czy będzie sezon drugi. Oby! Nie mam nic przeciwko. 

Ogromny aplauz dla znanej jako GDRN lokalnej artystki Gudrun Eyfjord w roli Grimy. Toż to znakomita kreacja aktorska.

sobota, 19 czerwca 2021

Possibly in Michigan (1983) - recenzja i popularność dzięki TikTokowi

                                                            
"Possibly in Michigan" to przykład totalnie surrealistycznego i ekscentrycznego krótkiego metrażu. Wyreżyserowany przez reżyserkę Cecilię Condit i okraszony dziwacznym soundtrackiem elektronicznym niejakiej Karen Skladany. Na uwagę zasługują stonowane kreacje aktorskie i dziwne monotonne dialogi. Filmik jest mocno pro-kobiecy i feministyczny. Centrum handlowe, manekiny, kanibal w masce podążający za dwiema przyjaciółkami, zawalający się budynek, wreszcie akt kanibalizmu... Wielbiciele filmów Davida Lyncha powinni zerknąć na "Possibly in Michigan". A ja nadal próbuję rozkminić o co w tym filmiku chodzi.

Oświecił mnie nieco wywiad z reżyserką Cecilią Condit. Zamaskowany 'Animal/Cannibal Man" imieniem Arthur podąża za dwiema przyjaciółkami do centrum handlowego. Potem sam staje się ofiarą obu kobiet, które dopuszczają się aktu kanibalizmu. Arthur zmienia kształt, gdyż jest mężczyzną, który nosi maskę. Zmienia się np. z Czarującego Mężczyzny w Kanibala z ciągle otwartą buzią. Jak sama przyznaje w w wywiadzie Cecilia w swoich filmach nienawidziła mężczyzn albo inaczej: nienawidziła toksycznej męskości. Wywiad możecie przeczytać poniżej:

 https://morbidlybeautiful.com/interview-filmmaker-cecelia-condit/

Interesujący jest w przypadku "Possibly in Michigan' (1983) mechanizm powstawania sieciowego virala. Filmik stał się najpierw popularny na Reddit (w roku 2015) jako "Possibly the creepiest thing I've ever watched", a potem w 2019 roku na TikToku. Tysiące TikTokerów dowiedziało się o tym filmiku dzięki dwóm sympatycznym piosenkom Karen Skladany: "“Oh no, no, no, no…silly” i “Animal/Cannibal.”

 https://www.reddit.com/r/creepy/comments/34ejws/possibly_the_creepiest_thing_ive_ever_watched/

Podobnym sieciowym viralem dzięki użytkownikom TikToka stał się paradokumentalny horror "Megan Is Missing" z 2011 roku. Jego popularność na TikToku eksplodowała w listopadzie 2019 roku, potem film stał się popularny na Twitterze. Oba przytoczone przykłady są dość interesujące, gdyż pokazują, iż czyjaś twórcza praca/przejaw kreatywności (w tym przypadku filmy) może zostać doceniona dzięki sile social media dopiero po latach.  

"Possibly in Michigan" możecie obejrzeć poniżej:

 https://www.youtube.com/watch?v=iLJNSD3H5sg&t=1s

sobota, 12 czerwca 2021

Lycia "Casa Luna" (2021) - recenzja

Lycia to dla mnie zespół bardzo ważny. Powstał pierwotnie jako jednoosobowy projekt ethereal darkwave w 1988 roku z inicjatywy multiinstrumentalisty Mike'a VonPortfleeta. Mroczne, lodowate dźwięki z albumów takich jak "Ionia" (1991) czy "A Day in the Stark Corner" (1993) darzę szczególnym sentymentem, gdyż wciągnęły mnie bez reszty. Zresztą nie tylko mnie. Lycia była jednym z absolutnie ulubionych zespołów lidera Type O'Negative, Petera Steela, który zabrał zespół we wspólną trasę. Uwielbiany w Polsce, niestety zmarły od 2010 roku frontman Type O'Negative nazwał Lycia z czasów "A Day..." najbardziej depresyjną muzyką, jaką kiedykolwiek usłyszał." Nic w tym dziwnego, gdyż niektóre piosenki Lycia zawierają ogromny ładunek mroku i smutku. To muzyka atmosferyczna, głęboko nastrojowa, odrealniona, oniryczna. Mike przyznał w jednym z wywiadów, że w młodości był fanem Joy Division, Bauhaus, wczesnego Killing Joke czy Echo and the Bunnymen, zatem chciał przemycić do Lycia podobny ładunek emocjonalny. I udało mu się to w dwójnasób. Fanami zespołu oprócz Petera Steele'a są jeszcze Scott Conner z depressive black metalowego Xasthur czy funeral doom metalowcy z fińskiego Shape of Despair (udany cover "Estrella"). 

Osobiście uważam, że Lycia jest zespołem pionierskim dla eterycznego darkwave'a - tak jak Christian Death dla death rocka, Sisters of Mercy, Bauhaus czy Fields of the Nephilim dla rocka gotyckiego czy Throbbing Gristle i SPK dla industrialu. Jeśli lubicie oniryczne brzmienia shoegaze a la Slowdive czy My Bloody Valentine oraz eteryczny darkwave zespół Mike'a i Tary Vanflower po prostu trzeba znać. 

Po "Casa Luna", najnowszym mini-albumie Lycia spodziewałem się logicznej kontynuacji brzmień zawartych na poprzednim długograju Amerykanów "In Flickers" (2018). I w tej materii absolutnie się nie zawiodłem. Dodam jeszcze, że "In Flickers" to genialny, wciągający bez reszty, niezwykle oniryczno-transowy album z mocno zróżnicowaną, doskonale zaaranżowaną i zaśpiewaną muzyką, w skład której wchodzą numery taneczne, ale też bardziej wyciszone, nastrojowe. W zasadzie jedynym większym zaskoczeniem na "Casa Luna" jest numer drugi "Do You Bleed?", zgrzytliwy, posępny, industrialny, który skojarzył mi się w trakcie pierwszego odsłuchu z Godflesh. Na pewno nawiązuje on brzmieniowo do czasu "Wake", "Ionia" oraz do debiutu Bleak. To zdecydowanie najcięższy utwór na "Casa Luna". Reszta zawartości "Casa Luna" to najczystszy ethereal darkwave z numerami tanecznymi ("Except", "Galatea"), ale też pięknymi, refleksyjnymi, rozmarzonymi ("On the Mezzanine", "Salt & Blood"). Oczywiście wspomniane piosenki taneczne tj. "Except" czy "Galatea" przesycone są nastrojem chwytającej za serce melancholii. To smutna potańcówka przeznaczona dla ludzi wrażliwych, introwertycznych, szukających w muzyce doznań i emocji. Konkludując, Lycia na "Casa Luna" wciąż brzmi świeżo i marzycielsko. W końcu nie mogło być inaczej. 

Chciałbym, aby Lycia był zespołem bardziej znanym w Polsce. Na koniec mała dygresja: znam obecnie tylko dwie rodzime niszowe audycje muzyczne (Melodie Mgieł Nocnych czy Kontrapunkt), w których prezentowana jest mroczna i melancholijna muzyka (post-punk, darkwave, rock gotycki, shoegaze, neofolk, neoclassical, dark ambient, dark electro, etc.) Próbowałem zainteresować takimi brzmieniami redakcję Radia Nowy Świat czy Radia 357, ale bez powodzenia. Szkoda.

Dla zachęty "Except":

https://www.youtube.com/watch?v=FRBIILG1-cQ

I całość "Casa Luna" do odsłuchu:

https://lycia.bandcamp.com/album/casa-luna 

środa, 9 czerwca 2021

Listy martwego człowieka (1986) - recenzja

Niezwykle opresyjny, przesycony smutkiem i intensywną melancholią radziecki film post-apo o fizyku-nobliście, który w świecie post-nuklearnych zgliszcz i zagłady ukrywa się z grupą ocalałych (w tym z umierającą żoną) w piwnicach biblioteki i w swoim umyśle pisze listy do martwego (?) syna. Listy, które nigdy nie zostaną przez odbiorcę odczytane.

"Listy martwego człowieka" wyreżyserował Konstantin Łopuszanski, podwładny Andrieja Tarkowskiego (słynny "Stalker" z 1979 roku). Wpływ filmów Tarkowskiego w "Listach" jest zauważalny: powolne i kontemplacyjne tempo akcji, nierzeczywista, mocno kojarząca się z industrialnym urbexem wizja zgliszcz współczesnego świata, zielonkawy akcent monochromatycznej kinematografii wzmacniający atmosferę wszechobecnego rozkładu i dojmującej niepewności.

Niepokojąca i pesymistyczna wizja w "Listach martwego człowieka" zakłada, że ludzkość poprzez arogancką pychę i nieustanną chciwość nieuchronnie zmierza ku samozagładzie. Być może istnieje jednak nadzieja, gdyż film kończy się humanitarnym cytatem ze słynnego apelu Alberta Einsteina i Bertranda Russela: "There lies before us, if we choose, continual progress in happiness, knowledge, and wisdom. Shall we, instead, choose death, because we cannot forget our quarrels? We appeal as human beings to human beings: Remember your humanity, and forget the rest!" Czy można w ogóle wyobrazić sobie Ziemię bez ludzkości?

Najpiękniejszym cytatem z filmu, który od razu utkwił mi w pamięci jest jednak ten poniższy:

"And love created art, an art which reflects our unbearable yearning for perfection, our immense despair, our endless cry of terror...”

Wybitne, posępne i brutalnie realistyczne kino.

niedziela, 30 maja 2021

W lesie dziś nie zaśnie nikt (2020) - recenzja

                                                                             
Zwlekałem z obejrzeniem "W lesie dziś nie zaśnie nikt" (2020) Bartosza Kowalskiego bardzo długo i tak naprawdę do jego obejrzenia skłoniły mnie poprzedni film reżysera "Plac zabaw" (2016), ale też liczne zdjęcia opuszczonej chatki mutantów zrobione przez wielbicieli urban exploitation i dziennikarzy. Nadarzyła się wreszcie okazja seansu na Netflixie, z której skwapliwie skorzystałem. Fabuły nie zamierzam opisywać, gdyż "W lesie dziś nie zaśnie nikt" to horror na wskroś popularny i jego recenzji są dziesiątki.

No i w sumie był to bezbolesny seans, choć momentami film był ździebko nudnawy i przewidywalny. Dało się wyczuć wpływy serii camp slasherów "Piątek trzynastego" (jedno z morderstw w slasherze Kowalskiego to oczywiste nawiązanie do VII części "Friday the 13th") czy chociażby "Tuż przed świtem" aka "Just Before Dawn" (1981) Jeffa Liebermana (dwaj bracia-mutanty). Oczywiście także kultowego gore horroru "The Evil Dead" (1981) Sama Raimiego - podziemna piwnica pod drewnianą podłogą, do której trafia Julia Wieniawa wraz z kolegą.

Na plus profesjonalne zdjęcia leśnych ostępów, kilka niezłych scen gore i doskonała ścieżka dźwiękowa. Stara opuszczona leśniczówka kilkadziesiąt km od Płocka (Puszcza Kampinoska, gmina Leoncin) jako miejsce zamieszkania dwójki morderców nastolatków i ich obozowej opiekunki to był strzał w dziesiątkę. Jednakże ten opuszczony obiekt dzięki ogromnej popularności filmu stał się miejscem wycieczek wielu urbexiarzy i niestety także wandali, a co za tym idzie jest rozkradany, niszczony i zaczyna popadać w ruinę. Oby zbyt szybko nie podzielił losu słynnych Okrąglaków czy opuszczonego poradzieckiego szpitala w Legnicy.

Aktorstwo całkiem przyzwoite, choć bez rewelacji. Film raczej kurczowo trzyma się obranej konwencji backwoods slashera i nie jest pozbawiony akcentów komediowych, ale w gruncie rzeczy śmiało można go nazwać pierwszym polskim, profesjonalnie zrealizowanym slasherem. Osobiście mam chęć obejrzeć jego kontynuację (premiera na Netflix bodaj w październiku 2021).

Guys... down the hill. - zdjęcie mordercy z opuszczonego mostu

                                                               

                                                    
Nie będę ukrywał, że tekst niniejszy powstał pod wpływem odcinka Marcina Myszki (podcast Kryminatorium), choć ta sprawa kryminalna była mi znana od przynajmniej 2018 roku, ale dopiero teraz zdecydowałem się ją w skrócie opisać. Może dlatego że sam lubię eksplorować miejsca, które uchodzą za niebezpieczne i opuszczone i zdarzyło mi się natknąć w nich na kilka niepokojących rzeczy. Filmik Marcina możecie obejrzeć poniżej, do czego zachęcam. Kilka słów ode mnie o tej zagadkowej i ponurej sprawie kryminalnej, która jeszcze nie doczekała się realnego rozwiązania. 

https://www.youtube.com/watch?v=YYuu_1I6LHE

Historia ta wydarzyła się 13 lutego 2017 roku na szlaku Monon High Bridge na wschód od niewielkiej (populacja 3000 mieszkańców) mieściny Delphi w stanie Indiana. Dwie najlepsze przyjaciółki, 13-letnia Abigail “Abby” Williams oraz 14-letnia Liberty “Libby” German miały dzień wolny od szkoły. W ten ciepły zimowy dzień dziewczynki chciały porobić zdjęcia drzew i kwiatów oraz przespacerować się opuszczonym mostem Monon High Bridge. Starsza siostra Libby o imieniu Kelsi podwiozła i wysadziła dziewczynki blisko szlaku prowadzącego do mostu około godziny 13.45, dziadek Libby miał je odebrać około godziny 15.15. 

O godzinie 14.07 Libby wrzuciła na Snapchacie zdjęcie Abby Williams idącej po moście Monon High Bridge. Było to ostatnie zdjęcie jakie kiedykolwiek opublikowała w sieci. 

Dziadek Libby pojawił się punktualnie na miejscu, ale nie zastał dziewczynek. Dwukrotnie próbował się z Libby kontaktować, ale ta nie odbierała telefonu. Początkowo szukał ich sam, potem pomagała mu rodzina. O godzinie 17.30 rodzina German powiadomiła lokalną policję i biuro szeryfa. Poszukiwania były kontynuowane następnego dnia z udziałem policjantów, strażaków, droniarzy, ochotników, płetwonurków i psów. Być może dziewczynki po prostu się zgubiły. Padły im baterie w telefonach albo ich telefony zostały wyłączone. Poszukiwania prowadzono wzdłuż Deer Creek oraz szlaku. 

Ciała Liberty i Abigail odnaleziono 14 lutego 2017 roku na obficie zalesionym kawałku prywatnej własności, w odległości 15 metrów od północnego brzegu Deer Creek, 800 metrów na północ od mostu Monon High, po którym przechodziły. Nie wiadomo w jaki sposób dziewczynki zostały zamordowane, policja tego nie ujawniła. Nie wykluczone, że doszło do mordu na tle seksualnym. Wiadomo tylko że morderca pozostawił kilka 'dziwnych podpisów [signatures]' na miejscu zbrodni.

15 lutego lokalna policja opublikowała odnalezione na telefonie Liberty zdjęcie mężczyzny idącego mostem za dziewczynkami. Prawdopodobnie to morderca obu dzieci. Liberty miała też na tyle odwagi, by nagrać idącego za nimi mężczyznę. Słychać jego głos, który mówi tylko: "Guys... down the hill." (polecenie zejścia w dół wzgórza). Wiadomo także o nagranych materiałach, w których dziewczynki (obie były fankami true crimes) rozmawiały o mężczyźnie, który je śledził. Bały się go. Te materiały nie zostały jednak ujawnione opinii publicznej. 

Sprawa nadal pozostaje nie rozwiązana. Potencjalny sprawca - biały mężczyzna w niebieskich dżinsach, niebieskiej kurtce i bluzie z kapturem - zapewne mieszka w Delphi albo często miasteczko odwiedza/odwiedzał. Po moście szedł szybkim i pewnym krokiem trzymając ręce w kieszeniach, znał dobrze okolicę, lasy, szlaki, zapewne zabił dziewczynki, gdy zeszły na jego polecenie z mostu. Policja jednak nie ujawniła informacji czy pobrano DNA sprawcy z ciał dziewczynek i miejsca przestępstwa. 

Obecnie jednym z podejrzanych w sprawie podwójnego morderstwa w Delphi jest 42-letni James Brian Chadwell z pobliskiego Lafayette. Porwał on 19 kwietnia 2021 roku, wykorzystał seksualnie i uwięził w piwnicy 9-letnią dziewczynkę. Mógłby być podejrzanym, gdyż lubi spędzać czas na aktywności w outdoorze, posiada tatuaże dziewczynek płaczących krwawymi łzami i ma bogatą kartotekę kryminalną. Ale czy jest mordercą z opuszczonego mostu? Nie wiadomo. Póki co nikogo nie aresztowano i nikomu nie postawiono zarzutów w sprawie podwójnego morderstwa w Delphi. 

https://heavy.com/news/james-brian-chadwell/ 

Sprawa mrozi krew w żyłach i skłoniła mnie do poszukiwań innych podobnych przypadków: zdjęć i nagrań morderców zrobionych przez ich ofiary tuż przed śmiercią. To scenariusz jak z mocnego dreszczowca - ze starym opuszczonym mostem, który okazał się idealną pułapką bez wyjścia. Zdj. dragonsegg.

https://www.nzherald.co.nz/world/photos-capture-murdered-teens-death-march-down-the-hill-ordered-by-killer/IRZMCW3NRF2TLMY457M4LZ2H5I/

piątek, 28 maja 2021

Kitchen Sink (1989) - recenzja

Kobieta wyciąga owłosiony płód z otchłani zlewu. W wannie ciepłej wody płód zamienia się w owłosionego człowieka... Taki zarys fabuły "Kitchen Sink" (1989) w zupełności wystarczy. Pamiętam pierwszy seans tego mrocznego krótkiego metrażu wiele lat temu i wówczas filmik wywarł na mnie spore wrażenie. Dzisiaj przypomniałem sobie o nim słuchając muzyki Coil, Skinny Puppy, Clock DVA, Of the Wand and the Moon, Atrax Morgue, etc. i przerywając słuchanie postanowiłem "Kitchen Sink" odświeżyć. No i owo dawne pozytywne wrażenie nie zniknęło. Piękne czarno-białe zdjęcia, oryginalny pomysł wyjściowy i chłodny, mroczny nastrój, który potrafi pochłonąć widza. Elegancko i tajemniczo ukazana tematyka podmiejskiej samotności i dążenia do perfekcji z doskonałą muzyką The Headless Chickens z NZ.

Pierwszy seans 31 lipca 2008 roku, dzisiaj kolejny. Wielbicielom "Eraserhead" (1977) Davida Lyncha, "Tetsuo" (1989) Shinya Tsukamoto czy "Singapore Sling" (1990) Nikosa Nikolaidisa "Kitchen Sink" powinien przypaść do gustu.