sobota, 25 września 2021

Skepticism "Companion" (2021) - recenzja

                                                                         
Funeral doom był i jest dla mnie bliskim sub-gatunkiem doom metalu. Miałem w życiu okres, gdy oprócz dark ambientu czy black metalu (najczęściej industrialnego) słuchałem bardzo dużo doom death metalu czy pogrzebowego doom metalu. Jest kilka albumów, które zapoczątkowały funeral doom na początku lat 90-tych. Są to m.in. demo Thergothon "Fhtagn-nagh Yog-Sothoth" z 1991 roku, demo Funeral "Tristesse" z 1993 roku, demo Esoteric "Esoteric Emotions" z 1993 roku, demo Evoken "Shades of Night Descending" z 1994 roku, demo Mordor "Odes" z 1990 roku, album Voj "Кругами вечности" z 1991 roku oraz demo "Aeothe Kaear" (1994) i album "Stormcrowfleet" Skepticism z 1995 roku. To jednak właśnie Finowie ze Skepticism (obok Thergthon) są uznawani za pionierów funeral doom metalu. Na pewno jest to jeden z najdłużej działających zespołów parających się funeral doom metalem nie tylko w Finlandii (powstali w 1991 roku). Sam uwielbiam fiński funeral doom metal (Colosseum, Tyranny, Shape of Despair, Thergothon, Skepticism, Profetus, etc.) oraz Unholy i Dolorian (awangardowy black doom metal). 

Funeral doom był dla mnie bliski ze względu na duszną i żałobną atmosferę smutku, rozpaczy i melancholii oraz powolne, niekiedy wręcz zahaczające o ambient tempa. To najbardziej posępna i wisielcza muzyka w całym szeroko pojętym metalu - obok depresyjnego black metalu, z którego jednak lubię zaledwie kilku wykonawców. Ale wróćmy do Skepticism, gdyż ukazał się właśnie via Svart Records szósty albumów melancholijnych Finów zatytułowany "Companion" ("Towarzysz"). Tradycyjnie sześć utworów, jednak niepozbawionych nowych elementów. Pierwsze trzy kanoniczne albumy Skepticism były minimalistyczne i mocno introspektywne, "Companion" natomiast jest albumem mniej subtelnym, bardziej agresywnym i bezpośrednim. Ba, to chyba najagresywniejszy album w 30-letniej karierze Finów. Pojawiają się w nim (podobnie jak na "Alloy" z 2008 roku) elementy doom death metalu, death metalowe riffy ("Passage"). Oczywiście są także obecne klawisze i organy, lecz daleko "Companion" do miękkości i delikatności "Stormcrowfleet" (1995). Niemniej 10-minutowy "The March of the Four" to esencjonalny pogrzebowy doom metal, po prostu żałobny Skepticism, jaki uwielbiam. Zamykający album " The Swan and the Raven", do którego powstał całkiem intrygujący teledysk także odznacza się odczuwalną aurą smutku i żałoby. 

W sumie ciężko polecić funeral doom Skepticism np. fanom black metalu czy death metalu, gdyż to muzyka wolna i posępna, ale jakże fascynująca. Z drugiej strony funeral doom (bodaj największa nisza w szeroko pojętej muzyce metalowej) za sprawą takich zespołów jak Bell Witch czy Ahab powoli zaczyna trafiać do szerszego grona słuchaczy. Dla większości metalowców będzie to jednak muzyka nudna i odpychająca (no może poza Evoken czy Esoteric). Zawsze jednak powtarzam, że funeral doom, dark ambient czy refleksyjny neofolk a la Of the Wand and the Moon są idealne do słuchania w trakcie deszczowych, jesiennych wieczorów czy lodowatych, zimowych nocy. 

Niech żyje funeral doom! "Companion" do przesłuchania tutaj:

https://skepticism.bandcamp.com/album/companion 

Obejrzyjcie także wysmakowany dokument o Skepticism. Warto!

https://www.youtube.com/watch?v=HcOxHbfiqko

Swoją drogą Skepticism nigdy nie zagrali w Polsce. Może pora to zmienić, organizatorzy koncertów?

czwartek, 2 września 2021

The Wailing/ Lament (2016) - recenzja

                                                                 
Południowo-koreański "Lament" często gościł na listach najlepszych horrorów ostatnich lat, zatem w końcu przyszła pora na jego seans. To wysmakowany i nieco makabryczny horror o pewnym policjancie Jong-goo (Kwak Do-won) z małej górskiej wioski Gokesong, który próbuje wyjaśnić serię tajemniczych morderstw dokonywanych przez miejscowych na członkach własnych rodzin. Czy za morderstwami stoi tajemniczy mężczyzna  z Japonii, który być może jest duchem? A może enigmatyczna młoda kobieta w bieli zwana Moo-myeong (po koreańsku 'bez imienia')? Kiedy córka Jong-goo, Hyo-jin zapada na dziwną chorobę i zaczyna przejawiać symptomy demonicznego opętania (miałem pewne skojarzenia z Lindą Blair z "Egzorcysty") policjant zaczyna walczyć o jej ocalenie. 

Nie miałem okazji obejrzeć "Lamentu" na Netflixie, gdy film niniejszy był na tej platformie streamingowej dostępny. "The Wailing" jest autentycznie wciągający - to doskonale sfilmowana i wybornie zagrana kombinacja akcentów humorystycznych, dusznej aury niepewności i rozdzierającego smutku. Mamy tutaj nawiązania do azjatyckiej/chrześcijańskiej mitologii (np. ekstatyczne szamańskie rytuały) oraz do diabolicznego kina grozy pokroju "Dziecko Rosemary" (1968) czy "Egzorcysta" (1973) (demoniczne opętanie dziecka, diabeł w formie czarnego psa i głowy kozła, spragniony ludzkiej krwi zmartywchwstaniec), a nawet do body horroru (infekcja odbierająca zmysły i zamieniająca ludzi w szaleńców). "Lament" potrafi być autentycznie złowieszczym i atmosferycznym horrorem, który mimo długiego czasu trwania (156 minut) wciąga i zaciekawia. Do zapamiętania chociażby histeryczne szamańskie rytuały czy sceny z udziałem tajemniczej kobiety Moo-myeong. 

Na aplauz zasługuje w "The Wailing" doskonale uchwycona, sugestywna atmosfera paranoidalnej grozy. W trakcie seansu niczego nie byłem pewny. Miałem wrażenie, że wszystko się może zdarzyć. "Lament" raczej unika jump scares, to horror, który oddziałuje na zmysły widza i bawi się nimi. Bawiłem się na nim doskonale. 156 minut czasu trwania zleciało błyskawicznie. W rzęsistym deszczu i gorączkowych domysłach.

Podwójne samobójstwo w lesie pod Dobczynem: samobójczy pakt?

                                                     
Nie ukrywam, że sprawa podwójnego samobójstwa dwóch trzynastolatek w lesie na terenie Dobczyna, o której głośno obecnie w prasie zainteresowała mnie i zaniepokoiła. Na tym blogu często sięgam po mroczną tematykę i omawiam pokrótce zagadnienia i case'y z suicydologii. Krótko: dwie trzynastolatki (13-letnia Zuzia z Dobczyna oraz jej koleżanka Kinga mieszkająca w Warszawie, Targówek) powiesiły się na gałęzi okazałej wierzby 31 sierpnia 2021 roku, tuż  przed rozpoczęciem roku szkolnego, nieopodal domu rodzinnego Zuzanny w Dobczynie. Na ciała natknął się piechur z psem, który początkowo wziął je za realistycznie wyglądające manekiny. Jak informuje Fakt obie dziewczynki ubrane były na czarno: jedna w płaszcz i eleganckie spodnie, druga w sukienkę, miały wyraziste makijaże. Na krótko przed smutnym finałem monitoring w Dobczynie zarejestrował jak dziewczynki niosły donice, na których miały stanąć w chwili samobójczej śmierci. Po wysiądnięciu z pociągu w Dobczynie od razu udały się w kierunku polany z wierzbą. Akt wspólnego targnięcia się na życie musiały starannie zaplanować. Mam wrażenie, że był na swój sposób zrytualizowany. Czy zaplanowały to online? Czy spotkały się w Warszawie po raz pierwszy?

EDIT: Obie poznały się po raz pierwszy w szpitalu. Zuzia chorowała na anoreksję i depresję, jej koleżanka na nerwicę. Obie były zafascynowane filmami anime. Zatem nie była to przypadkowa znajomość. 

Padły w prasie nawiązania do japońskiego pisarza Osamu Dazai, który podejmował próby samobójcze wraz z kochankami (ostatnia udana) oraz do postaci  z anime, którą często zamieszczała Zuzia na swoich profilach w mediach społecznościowych. Nie znam się na mandze czy anime, mogę natomiast trochę opowiedzieć o azjatyckim horrorze i kinie eksploatacji czy cyberpunk. Pomocny będzie tutaj ten link:

https://shinden.pl/character/74171-dazai-osamu?r307=1

https://shinden.pl/series/45050-bungou-stray-dogs 

Jeśli macie ciekawe uwagi odnośnie postaci Osamu Dazai i mangi "Bungou Stray Rocks" to zamieśćcie je w komentarzach.

Ciekawią mnie pakty samobójcze, w których osoby nieznajome spotykają się online i planują wspólną śmierć. Zastanawiam się czy dziewczynki starannie zaplanowały swoją śmierć w sieci. Do zawierania paktów samobójczych dochodziło choćby na specjalnych stronach/forach w Japonii, Korei Południowej, Chinach czy Rosji. Po prostu poznają się dwie jednostki nie mające już woli życia i razem postanawiają się zabić. Łączy je swoiste poczucie braterstwa, siostrzeństwa, wspólnoty. Oczywiście może dojść także do sytuacji, w której jedna ze stron będzie namawiać drugą do samobójstwa sama nie mając intencji samobójczej. 

Internet ma swoje niewiarygodnie mroczne strony, ale jednocześnie można znaleźć w nim ludzi, którzy pomogą, wysłuchają, podejdą do zdesperowanej jednostki z empatią i próbą zrozumienia. Zawsze można na takie osoby trafić, choć w kontaktach wirtualnych zalecam ostrożność.

Same pakty samobójcze są bardzo rzadkie i mogą łączyć się z rzadkim zaburzeniem psychicznym zwanym folie a deux, o którym kiedyś tutaj pisałem (historia sióstr Papin). Ta historia z Dobczyna jest jednak o tyle przykra, że samobójstwo popełniły po prostu dzieci. Dzieci wyalienowane, które nie zostały w porę przez dorosłych wysłuchane. Po raz wtóry otoczenie zawiodło, nie dostrzegło na czas subtelnych sygnałów ostrzegawczych. A na pewno takowe się pojawiły. 

Z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że relacje międzyludzkie potrafią być powierzchowne i skażone obojętnością. Prowokacja, szokowanie są dopiero gwarantem reakcji otoczenia. Gdy czytałem artykuły o samobójstwie tych dziewczynek przypominała mi się historia Oceane Ebem (na zdjęciu), 19-letniej pół Turczynki, pół Polki, która rzuciła się pod pociąg we francuskim mieście Égly 10 maja 2016 roku. Przedtem i w trakcie urządziła dwugodzinny livestreaming na Periscope. Dziewczyna ukończyła kurs pierwszej pomocy i pracowała w domu starców, w którym miała styczność ze śmiercią. Była w nieudanym związku z mężczyzną, który jej nie kochał. Na krótko przed samobójstwem wyznała oglądającym, że jej eks-chłopak zgwałcił ją i pobił. Potem poszła na stację kolejową i ciągle nagrywając rzuciła się pod nadjeżdżający pociąg. Warto przytoczyć także i jej historię, gdyż być może skłoni ona choćby niektórych do większego zwracania uwagi na osoby z otoczenia, które w skrytości czy bardziej jawnie rozważają akt samobójstwa. 

https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,27517193,dwie-dziewczynki-znalezione-na-wierzbie-tragedia-w-podwarszawskiej.html

https://www.theguardian.com/news/2017/aug/29/the-first-social-media-suicide 

https://www.youtube.com/watch?v=pBV36B1nrY8 

Zdj. Marek Kudelski, Periscope. 

Swoją drogą czasem mam wrażenie, że obecnie pisanie blogów jest passe w dobie podcastów i filmów na Youtube o znacznie większych zasięgach. Nie piszę tutaj regularnie, muszę mieć do tego wenę, ale zastanawiam się obecnie czy w ogóle ktokolwiek mnie czyta. Kiedy ten blog powstawał w 2013-14 aktywność jego czytelników była znacznie większa niż obecnie. 

piątek, 13 sierpnia 2021

Stefano Mancuso, Alessandro Viola "Błyskotliwa zieleń" - recenzja

                                      
"Gdyby rośliny zniknęły jutro z powierzchni Ziemi, to życie ludzkie zgasłoby w ciągu kilku tygodni, w najlepszym razie kilku miesięcy. W krótkim czasie wyginęłyby także wszystkie wysoko rozwinięte zwierzęta. A gdyby z kolei zniknął człowiek, to rośliny w zaledwie kilka lat odzyskałyby wszystko, co im zabraliśmy. W ciągu niecałych stu lat wszelkie ślady ludzkiej cywilizacji zarosłyby całkowicie. Tyle właściwie powinno wystarczyć, aby ustalić biologiczny stosunek między rośliną a człowiekiem."

Cytat niniejszy pochodzi z krótkiej książki botanicznej "Błyskotliwa zieleń" autorstwa Alessandry Viola i profesora Stefano Mancuso zajmującego się fizjologią roślin. Książki, którą można przeczytać na upartego w dwie godziny (160 stron z przypisami), ale osobiście wiedzę w nią zawartą dawkowałem sobie powoli. Często stykam się z roślinnością pochłaniającą opuszczone miejsca, z drzewkami rosnącymi na dachach niszczejących industrialnych kolosów. Wówczas ma się wrażenie, że to królestwo roślin kiedyś zawładnie ruinami ludzkiej cywilizacji.

Do roślin ludzie zazwyczaj pochodzą w sposób obojętny. Zapewne dlatego, że rośliny prowadzą osiadły i na pierwszy rzut oka pasywny tryb życia. Co prawda rośliny służą nam jako ozdoby, elementy dekoracji, surowiec (drewno, paliwa kopalne) czy wreszcie jako źródło pokarmu, leków czy kosmetyków, ale zazwyczaj są one mniej 'atrakcyjne badawczo' niż różnorodne zwierzęta. Zafascynowany do głębi roślinami (tak jak Karol Darwin) profesor Stefano Mancuso udowadnia w "Błyskotliwej zieleni", że rośliny potrafią być inteligentne (inteligencja jako umiejętność rozwiązywania problemów), a nawet wrażliwe. Odbierają m.in sygnały ze środowiska, w którym żyją, przetwarzają te sygnały, komunikują się ze sobą, wykorzystują zwierzęta do osiągania takich celów jak np. wzrost, obrona, ekspansja, reprodukcja. Widzą, słyszą, odczuwają, są wrażliwe na dotyk oraz zdolne do przetrwania rozmaitych kataklizmów. Stanowią początek łańcucha pokarmowego i przeprowadzają kluczowy dla wszelkiego życia proces fotosyntezy. 

Rośliny są bardziej skomplikowane i złożone, niż zakładamy, co też udowodnił już w XIX wieku ojciec teorii ewolucji i zapalony botanik Karol Darwin wraz z synem Francisem. 

Wciągająca książka, po którą powinni sięgnąć wielbiciele przyrody, do których się zaliczam. Czuć w niej pióro naukowca, który podchodzi do roślin, ich poszczególnych modułów czy komórek roślinnych z ogromną fascynacją. Wśród ciekawostek zawartych w książce m.in. cuchnące padliną w trakcie kwitnienia dziwidło olbrzymie z Sumatry oraz omówienie strategii polowania roślin owadożernych/mięsożernych  (muchołówki, dzbaneczniki). 

Zdj. dziwidła olbrzymiego Ewa Sas.

czwartek, 5 sierpnia 2021

Yuval Noah Harari "21 lekcji na XXI wiek" - recenzja

                                                              
Ciąg dalszy nadrabiania zaległości książkowych. Ostatnia książka Harariego, którą miałem w prywatnej bibliotece do przeczytania. Wcześniej miałem okazję czytać zarówno "Sapiens" (2014), jak i "Homo Deus" (2016) i obie (odległa przyszłość, odległa przeszłość) zrobiły na mnie duże wrażenie. "21 lekcji na XXI wiek" dotyczy teraźniejszości i niedalekiej przyszłości. Można się z Hararim w niektórych kwestiach nie zgadzać, ale nie da się ukryć, że metodycznie napisane i wnikliwe książki Izraelczyka stymulują intelekt i skłaniają do wielu przemyśleń i obserwacji. 

Podoba mi się u Harariego futurologiczne zacięcie, choćby stwierdzenie, że rozwój biotechnologii i opartej na big data sztucznej inteligencji może w przyszłości przyczynić się do powstania nowej klasy społecznej: pozbawionej znaczenia na rynku pracy, nie nadążającej za postępem technologicznym, bezużytecznej. Według izraelskiego historyka największymi zagrożeniami dla ludzkości są bioinżynieria, oparte na big data algorytmy sztucznej inteligencji, widmo zagłady nuklearnej i katastrofy ekologicznej oraz antropogeniczne zmiany klimatyczne, które są problemem, z którym powinniśmy zacząć walczyć tu i teraz, bez zbędnej zwłoki. Wszystkie te zagrożenia egzystencjalne wymagają kolektywnej współpracy na szczeblu globalnym, a nie lokalnym. Jako zadeklarowany weganin Harari nawołuje też do ukrócenia barbarzyńskiego chowu przemysłowego. Natomiast nie należy bać się terroryzmu określanego jako teatr przemocy, gdyż jego wpływ na ludzkość nadal jest marginalny.

Harari zwraca także uwagę na to, iż ze względu na postęp technologiczny autorytarne rządy i korporacje przy pomocy sztucznej inteligencji i big data mogą sprawować totalną kontrolę nad obywatelami. Czy zatem dysponujemy wolną wolą? W "21 lekcjach" pojawia się także ulubiona tematyka izraelskiego badacza: kolektywne mity takie jak pieniądze, nacjonalizm, liberalizm, monoteistyczne religie, itd., które służą do cementowania/jednoczenia ludzi na Ziemi. Weźmy np. zorganizowaną religię taką jak chrześcijaństwo. Wystarczy zdać sobie sprawę, że Ziemia ma 4.5 miliarda lat, a Wszechświat 13.8 miliarda lat, ludzkość istnieje zaledwie od 250-200 000 lat, a chrześcijaństwo pojawiło się raptem kilka tysięcy lat temu, by uznać że ta monoteistyczna religia (islam, judaizm, buddyzm, etc. zresztą też) została wymyślona jako mitologia, stara opowieść, pełna nietolerancji i zabobonów. Dlatego warto nauczyć się krytycznego myślenia, kwestionowania jakichkolwiek dogmatów, odróżniania tego, co ważne od tego, co nie . W XXI wieku świat zmienia się szybko i nieubłaganie, przeraża i intryguje, a człowiek zostaje zmuszony do ciągłej nauki, aby nie pozostać w tyle. Nauki, która pozwoli unikać choćby fake newsów, post-prawdy. W końcu można zweryfikować fałszywość danej informacji, ale trzeba chcieć podjąć taki wysiłek. Pandemia Covid19 uwypukliła skłonność niektórych osób do pokładania wiary w niesprawdzone informacje - zwłaszcza szczepionki przeciwko koronawirusowi Sars-Cov-2 są obecnie demonizowane. 

"21 lekcji na XXI wiek" czyta się wybornie. Kilka trafnych cytatów dla zachęty:

"Jeśli chcesz, by światem kierowała Twoja religia, ideologia czy Twój światopogląd, najpierw chciałbym Cie zapytać: jaki był największy błąd popełniony przez Twoją religię, ideologię albo Twój światopogląd. W czym się pomyliły?"

"Gdy tysiąc ludzi przez miesiąc wierzy w jakąś zmyśloną opowieść, jest to fake news. Gdy miliard ludzi wierzy w nią przez tysiąc lat, jest to religia - i ten, kto nazywa ją fake newsem, ma tego nie robić, żeby nie ranić uczuć wierzących (albo nie ściągnąć na siebie ich gniewu)."

"[...] ranienie innych jest zawsze ranieniem samego siebie. Każdy akt przemocy na świecie zaczyna się od pragnienia przemocy w czyimś umyśle, które zakłóca spokój i szczęście tej osoby, zanim jeszcze zakłóci spokój i szczęście kogokolwiek innego. Dlatego ludzie rzadko kradną, jeśli wcześniej w ich umyśle nie pojawi się silna chciwość i zazdrość. Ludzie zazwyczaj nikogo nie mordują, jeśli wcześniej nie zrodzi się w ich sercu gniew i nienawiść. Emocje w rodzaju chciwości, zazdrości, gniewu i nienawiści są bardzo nieprzyjemne. Nie potrafimy doznawać radości i harmonii, gdy gdzieś w środku kipimy ze złości czy zawiści. A zatem na długo przed tym, zanim człowiek kogokolwiek zabija, własny gniew zabija już spokój jego umysłu."

niedziela, 1 sierpnia 2021

Tim James "Spal tę wodę" - recenzja

                                                               
Z cyklu nadrabiam zaległości książkowe, których się trochę przez ostatnie miesiące nazbierało. Krótko o "Spal tę wodę" - wybornej książce chemicznej autorstwa nauczyciela oraz popularyzatora chemii i mechaniki kwantowej na Youtube, Tima Jamesa. Bardzo przyjemna i absorbująca książka o układzie okresowym pierwiastków (tablicy Mendelejewa) i o rozmaitych pierwiastkach/związkach chemicznych, pełna wartych zapamiętania ciekawostek. Przykładowo: jaka jest najbardziej łatwopalna substancja chemiczna na świecie? Jaki jest najczarniejszy materiał (oczywiście Vantablack)? Jaki jest najsilniejszy kwas? Dlaczego zachodzi spontaniczne samospalenie? Jakie pierwiastki zmieniły najbardziej nasz świat? W rozdziale o kwasach wspomniany zostaje słynny seryjny morderca i wampir John George Haigh, który rozpuszczał zwłoki zamordowanych ofiar w kwasie siarkowym, aby się ich pozbyć. 

Historia chemii i odkrywania poszczególnych pierwiastków została w "Spal tę wodę" przedstawiona w sposób lekki i przyjazny dla laika, któremu wyleciała z głowy elementarna wiedza z chemii, którą przyswoił (albo nie) w szkole. James kilkukrotnie zahacza też o mechanikę kwantową, choćby o słynne równanie Erwina Schrodingera czy rozpad promieniotwórczy niektórych pierwiastków. Przytacza liczne anegdoty o antycznych filozofach, alchemikach, chemikach, wynalazcach, fizykach teoretycznych czy kwantowych. Sporo czasu poświęca układowi okresowemu pierwiastków Dmitrija Mendelejwa i rozmieszczeniu poszczególnych pierwiastków. Książkę czyta się błyskawicznie i ze stale rosnącym zainteresowaniem. 

Takie pozycje popularnonaukowe to skarb. Jak najwięcej fascynującej chemii, fizyki, matematyki, biologii czy nauki programowania w polskich szkołach, jak najmniej opresyjnej i coraz mniej przystającej do obecnej rzeczywistości religii. Nade wszystko pamiętajcie aby ***** ***.

Rekomendacja muzyczna: posłuchajcie proszę nowej EP-ki kanadyjskich post-punkowców z Traitrs. To doskonałe piosenki: świetnie zaaranżowane, melancholijne, emocjonalne. To kolejny dojrzały materiał od muzyków z Toronto i godny następca znakomitego albumu "Butcher's Coin" (2018). 

https://traitrs.bandcamp.com/album/the-sick-tired-and-ill

środa, 28 lipca 2021

Sombre/ Dark (1998) - recenzja

                                                      
Francuski eksperymentalny serial killer movie "Sombre" jest w dosłownym tego słowa znaczeniu filmem mrocznym. Odświeżyłem ten psychologiczny horror po prawie 12 latach od ostatniego seansu i jestem pod wrażeniem, choć lojalnie uprzedzam: nie każdemu widzowi pełnometrażowy debiut Phillipe'a Grandrieuxa przypadnie do gustu. Wielu wielbicieli kina zapewne odrzuci minimalistyczna narracja, niewielka ilość dialogów czy nerwowa, rozmazana ciemność, w której tonie ten w dużej mierze nocny film uniemożliwiając chociażby dokładne przyjrzenie się scenom morderstw. Niektóre sceny jazdy samochodem w poszukiwaniu ofiar zahaczają wręcz o koszmar na jawie. 

Marc Barbe wciela się w "Dark" w postać sfrustrowanego seksualnie seryjnego mordercy prostytutek. Jean reaguje eksplozją agresji i morderczymi skłonnościami na każdy przejaw kobiecej seksualności. Można go uznać za współczesnego wilkołaka, który urządza nocne polowania na trudniące się prostytucją kobiety. W końcu Jean styka się z Claire (Elina Lowensohn), dziewczyną nierzeczywistą, delikatną, niewinną seksualnie. Mimo morderczych impulsów pomiędzy Jeanem a Claire rodzi się traumatyczna miłość, która jest jednak z góry skazana na niepowodzenie. Ponieważ bestii drzemiącej w Jeanie nie da się ucywilizować. Ta bestia i tak zatraci się w ciemności i morderczym szale.

"Sombre" to na pewno film minimalistyczny, oniryczny i niekonwencjonalny - nawet w porównaniu do niedawno recenzowanego "Angst" (1983) czy "Henry: Portrait of a Serial Killer" (1986). Nie trzyma w napięciu jak dwa przytoczone kryminalne horrory, aczkolwiek potrafi hipnotyzować. Zawiera także sporo odniesień do mrocznych bajek i klasycznych już dzieł grozy: Czerwony Kapturek i Wilk, narzeczona monstrum Frankensteina, Piękna i Bestia. 

Na uwagę zasługuje scena, w której podpita Claire tańczy w obecności trójki mężczyzn, w tym Jeana do "Bela Lugosi's Dead" brytyjskiej grupy post-punkowej Bauhaus. Ten swoisty hymn muzyki gotyckiej zespół odegrał na żywo w otwierających scenach "Zagadki nieśmiertelności" (1983) Tony'ego Scotta. W "Sombre" pojawia się także melancholijna elektropunkowa muzyka Alana Vegi (duet Suicide). 

Rekomendacja muzyczna (nie, nie będzie to Bauhaus) - Les Enfants de l'Ombre (The Shadow Children) - mało znany francuski zespół post-punkowy/zimnofalowy. Jedyny ich materiał to pięcioutworowy album "La Haine Rôde Et Nous Guette", który ukazał się w 1988 roku plus pojedynczy kawałek na kompilacji "Mea Pulpa" z 1989 roku. Potem Dzieci Cieni przestały istnieć. A muzyka? Mroczna, wciągająca, melancholijna, nieco teatralna, z intrygującymi żeńskimi (?) wokalami. 

https://www.youtube.com/watch?v=5qhbDROEE4I

https://www.youtube.com/watch?v=HsXJSKWf660

sobota, 24 lipca 2021

Ulica Krokodyli (1986) - recenzja

                           

Bodaj najsłynniejszy film animowany braci Quay to sugestywna porcja mrocznego i melancholijnego surrealizmu, którą można przyrównać do twórczości Franza Kafki czy malarstwa Zdzisława Beksińskiego. Prześlicznie wykreowany i ogromnie plastyczny mikro-świat poszukujących znaczenia lalek, a zaraz mikro-przestrzeń nici, śrubek, rozkładu, degradacji i samotności. "Ulica Krokodyli" wciąga, zachwyca enigmatycznością, przytłacza mroczną atmosferą, to film trudny do rozszyfrowania. Tak jak zresztą awangardowa i przesycona poetyką sennego koszmaru proza Brunona Schulza.

Odświeżam po latach.

Przy okazji polecam najnowszy album Holendrów z Clan of Xymox zatytułowany "Limbo" i oczywiście zainspirowany globalną pandemią Covid19. Dużo melancholii zakutej w dźwięki. 

https://clanofxymox.bandcamp.com/ 

wtorek, 20 lipca 2021

Angst / Fear (1983) - recenzja

                                                                     
Wczoraj obejrzałem austriacko-niemiecki "Angst" po raz kolejny. Pamiętam pierwszy seans "Strachu" na vhsowym bootlegu (jeszcze zanim film ukazał się oficjalnie na DVD w Niemczech w 2006 roku) zatytułowanym "Schizophrenia". Zgodnie z recenzją na IMDb był to 6 listopada 2005 roku, potem zachwycony mrocznym i odpychającym horrorem Geralda Kargla napisałem jego recenzję na nieistniejącym od dawna portalu Danse Macabre. I lawina zainteresowania wokół tego filmu w Polsce powoli ruszyła. 

"Angst", choć jego realizacja wpędziła austriackiego reżysera w długi i bankructwo stał się przez lata filmem kultowym, wychwalanym m.in. przez Gaspara Noe, reżysera "I Stand Alone", "Enter the Void" czy "Nieodwracalne". Mam wrażenie, że film ten był także inspiracją dla "Złotej rękawiczki" (2019) Fatiha Akina. Widziałem "Angst" na przestrzeni lat przynajmniej kilka razy i nadal uwielbiam ten psychologiczny horror. To film chaotyczny, brutalny, nihilistyczny, posępny, z genialną rolą Erwina Ledera (niezwykła, wręcz maniakalna energia jak u Klausa Kinskiego). Podoba mi się jakże atypowe sportretowanie przez niego sadystycznego mordercy: psychopata Ledera (K) co rusz popełnia błędy, działa w sposób desperacki, niezorganizowany, nerwowy. Po wyjściu z więzienia od razu pragnie wcielić w życie swój morderczy plan. Mężczyzna chce karmić się strachem potencjalnych ofiar. Ale nie wszystko idzie po jego myśli. Jaka to odmiana od przenikliwie inteligentnych i starannie manipulujących otoczeniem hollywoodzkich psychopatów a la Hannibal Lecter. Praca kamery genialna (niektóre ujęcia z góry przypominają powszechne obecnie kręcenie z drona), estetyka filmu emanuje przeszywającym chłodem, pustką i brzydotą, monologi psychopaty mrożą krew w żyłach dodatkowo potęgując nieliczne sceny przemocy i morderstw. Wampiryczno-nekrofiletyczne zadźganie córki w tunelu nadal powala realizmem. Filmowcy użyli tutaj świńskiej krwi, by wzmocnić efekt szokowania widza. Ale to jedyna krwawa scena w "Angst", reszta filmu jest już bardziej sugestywna. Kargl był jednak niezadowolony z tej erupcji gore, zatem nieco ją przyciemnił na niemieckim Director's Cut DVD. Ciągle jest to jednak jedna z najbardziej intensywnych i przerażających scen morderstw, jaką kiedykolwiek nakręcono na potrzeby kina.

Film jest tak naprawdę dość luźno oparty na historii Wernera Knieseka, chociażby wśród monologów Ledera można wychwycić fragmenty wspomnień Petera Kürtena, osławionego Wampira z Dusseldorfu. Trudno też nie wspomnieć o soundtracku do "Angst", za który odpowiada Klaus Schulze z Tangerine Dream. Od dawna mam na CD ten wyjątkowy album. Na sam koniec warto pamiętać o Kubie, jamniku Zbigniewa Rybczyńskiego, który 'zagrał' w "Angst" fenomenalnie. Plus także za brutalistyczną willę z raczej pustymi pomieszczeniami, w której rozgrywa się większość akcji filmu. 

"Angst" to mordercza ekstaza, panika i terror wymieszane w jednym tyglu. Film lodowaty, stylowy i nieprzyjemny, jednak jako miłośnik Eurohorroru wracam do niego co pewien czas. Wersja reżyserska trwa 75 minut, wersja z dokręconym (moim zdaniem zbędnym) prologiem: 83 minuty.

Mroczno-pięknego soundtracku Klausa Schulze do "Angst" możecie posłuchać poniżej:

https://www.youtube.com/watch?v=cl06i8pOacw

Dla wielbicieli kryminalistyki mój stary artykuł o Wernerze Knieseku:

https://dtbbth.blogspot.com/2015/10/werner-kniesek-i-mordercza-zadza.html 

Rzadko wrzucam bezpośrednie linki do filmów, ale tutaj zrobię wyjątek. Sam posiadam "Angst" na DVD od dawna. 

https://www.cda.pl/video/548342687

Na sam koniec rekomendacja muzyczna z ubiegłego roku dla wielbicieli tanecznego, aczkolwiek nadal melancholijnego synthwave'a/post-punka. Obiecujący zespół z USA, którego muzyka przypadła mi ostatnio do gustu. W ciągu ostatnich 2-3 lat znacznie osłabło moje zainteresowanie ciężkimi brzmieniami na rzecz zimnej fali, atmosferycznego neofolka, mrocznej elektroniki, onirycznego post-punka czy rocka gotyckiego.

https://houseofharm.bandcamp.com/album/vicious-pastimes

piątek, 16 lipca 2021

Castle Party 2021 (fotorelacja)

 



















Jeszcze w  pierwszej połowie 2021 roku nie wierzyłem, że tegoroczna edycja festiwalu muzyki dark independent Castle Party dojdzie do skutku. Z powodu pandemii wszystkie ważniejsze festiwale w Polsce, w których line-upie znalazły się zespoły zagraniczne zostały słusznie przełożone na 2022 rok np. Mystic Festival. Także z tegorocznego składu CP wypadło kilka zespołów m.in Hocico, Ataraxia, Drab Majesty, She Past Away, etc. Nie będę ukrywał, że brakowało mi muzyki na żywo, toteż śledziłem informację na temat Bolkowa mając jednocześnie w planach krótki przedfestiwalowy wyjazd na Islandię. 

Festiwal pierwotnie miał być głównie dla osób zaszczepionych plus limit 250 osób niezaszczepionych. Osobiście zaszczepiłem się dwiema dawkami szczepionki mRNA w jak najwcześniejszym możliwym terminie z kilku powodów. Po pierwsze, nie miałem wątpliwej przyjemności zachorowania na Covid. Po drugie, nie chciałem narażać moich bliskich na infekcję Covid19 - ona może się zdarzyć, ale osoby zaszczepione (jak moi bliscy) przechorują obecnie dominujący wariant Delta lekko, bez hospitalizacji i będą transmitować wirusa (jeśli dojdzie do infekcji) krócej i mniej intensywnie. Po trzecie, zwyciężyła chęć podróżowania za granicę, swobodnego uczestniczenia w wydarzeniach masowych czy bezproblemowego spotykania się ze znajomymi. Po czwarte, byłem już psychicznie zmęczony lockdownami oraz atmosferą niepewności i egzystencjalnego zagrożenia jaką niesie za sobą pandemia koronawirusa. Wyjazd na islandzki wulkan Fagradalsfjall i Castle Party 2021 miały być dla mnie oderwaniem się od rzeczywistości, swoistą nagrodą za to, że przez półtora roku stosowałem się do zasad DDM, na ile się dało minimalizowałem kontakty społeczne, chodziłem w maskach, poddałem się szczepieniu (żyję nadal, kondycja fizyczna bardzo dobra) i przestrzegałem rygorów sanitarnych. Nie uległem głupocie i ignorancji. Jednym słowem nagroda normalności za empatię i odpowiedzialność. Być może swoim ostrożnym zachowaniem uratowałem kilka żyć, a nie je zrujnowałem.

Dotarłem do Bolkowa z Warszawy, prosto z lotniska. Pierwsza noc nieprzespana, gdyż lot powrotny z Islandii miałem w nocy, leciało mnóstwo matek z małymi dziećmi, stąd hałas był nie do wytrzymania. Na CP 2021 podrzuciła mnie z Warszawy Magda, która bywała już na tym festiwalu w Grodźcu i w trakcie podróży opowiadała jak wówczas było. Pierwsze zdziwienie już na miejscu: nikt nie sprawdza mojej dokumentacji o zaszczepieniu, a byłem na to starannie przygotowany. No cóż, niech będzie. Prawdopodobieństwo zarażenia się na świeżym w powietrzu w trakcie koncertu czy na polu namiotowym jest minimalne, choć niezerowe. Z chwilą gdy piszę te słowa pojawiły się artykuły o festiwalu muzycznym w Utrechcie na początku lipca. Festiwal pilotażowy na 20 000 tysięcy ludzi, dwa dni muzyki elektronicznej na świeżym powietrzu i prawie 1000 osób zarażonych. Ryzyko infekcji na imprezie masowej istnieje zawsze i trzeba być tego świadomym. Ale to już nie wina organizatorów, że ludzie często z błahych powodów czy będąc pod wpływem foliarzy/antyszczepów boją się szczepić tym samym przedłużając rujnujący gospodarkę stan pandemii i ryzykując ciężkie przechorowanie plus długotrwałe następstwa choroby. Covid19 to tak naprawdę rosyjska ruletka, dlatego też po powrocie z CP2021 (mimo pełnej wakcynacji) rozsądnie urządziłem sobie autokwarantannę.

https://www.politico.eu/article/coronavirus-1000-people-infected-in-dutch-festival/

Tak czy owak mimo kolejnych dwóch nieprzespanych nocy i ogólnego wyczerpania cieszę się, że trafiłem na Castle Party 2021. Atmosfera tej imprezy jest tak specyficzna, że człowiek mocno w nią wsiąka, przyjeżdżają tutaj nie tylko miłośnicy szeroko pojętej muzyki i stylistyki gotyckiej, ale też osoby, które dopiero zaczynają swoją przygodę ze sceną dark independent. Jeżdżę na Castle Party od 2014 roku i wcale nie mam dosyć, gdyż ten festiwal uzależnia, jest niczym idealnie dawkowany i niegroźny narkotyk. 

Krótko o koncertach, które najbardziej przypadły mi do gustu. Cieszę się przede wszystkim, że mogłem po raz pierwszy zobaczyć na żywo Diary of Dreams (Niemcy) oraz Pink Turns Blue (Niemcy). W mroczny i melancholijny świat muzyczny Adriana Hatesa zacząłem się zagłębiać dopiero jakieś trzy lata temu. Niemcy nieco mnie zaskoczyli zmetalizowanym, ocierającym się o industrial metal brzmieniem, ale było to zaskoczenie pozytywne. Koncert znakomity, przekrojowy, długi, pełen emocji - ciarki na plecach gdy usłyszałem np. "The Curse", "Listen and Scream", "She and Her Darkness", "Giftraum", "King of Nowhere" czy "Endless Nights". Poprzedzający Diary of Dreams koncert weteranów darkwave'a z Holandii Clan of Xymox również był pierwszorzędny, ale kapelę Ronny'ego Mooringsa widziałem wcześniej bodaj trzy razy, zatem mniej więcej wiedziałem, których piosenek odegranych na żywo należy się spodziewać - czyli np. "Muscoviet Mosquito", "Louise", "Jasmine & Rose", "Emily" czy kilka numerów z ostatniego albumu CoX "Spider on the Wall". Zresztą Holendrzy grają u nas często, to zespół bardzo lubiany i szanowany, którego muzyki słucha się na żywo z wielką przyjemnością. 

Sobotni koncert weteranów rocka gotyckiego Pink Turns Blue również mnie zachwycił. Niemcy sprawdzili się doskonale jako godne zastępstwo She Past Away z Turcji. Minimalistyczny image sceniczny, brak efekciarstwa i wołania o atencję, po prostu chwytający za serce gig weteranów melancholijnego post-punka/rocka gotyckiego. Usłyszałem m.in. "I Coldly Stare Out", "Walk Away", "After All" i ich największy hit "Your Master Is Calling" plus dwa kawałki PTB promujące najnowszy album studyjny: "There Must Be So Much More" i "So Why Not Save the World". Żałuję że nie mam porównania z czwartkowym koncertem weteranów rocka gotyckiego ze Szwecji, Funhouse.

Jeśli już mówimy o skandynawskim rocku gotyckim to świetnie wypadli w niedzielę Szwedzi z Then Comes Silence. Mocny, energiczny koncert z fajnym przekrojowym setem. TCS widziałem po raz pierwszy na żywo i jestem pod wrażeniem werwy i scenicznej ekspresji muzyków ze Sztokholmu. Miło było usłyszeć takie piosenki jak "The Dead Cry For No One", "Strange Kicks", "We Lose the Night" czy "Warm Like Blood". Zespół zdecydowanie wart uwagi i supportowania. Nie obejrzałem jednak ich gigu do końca, gdyż trafiłem ze znajomymi na małą scenę (do stajni), by skonfrontować się z dzikim i agresywnym EBM hiszpańskiego projektu Larva. 

Co jeszcze udało się zobaczyć? Oczywiście częściowo deszczowy koncert Niemców z Lacrimosa, mocny, energiczny, gitarowy, niekiedy wręcz doom metalowy. Piękne zwieńczenie tegorocznego CP. Nadto podobały mi się koncerty Das Funus (Czechy, obiecujący młody zespół, na który warto mieć baczenie), Selofan (Grecja), Metus (Polska), Them Pulp Criminals (Polska, fajny projekt Tymka z Ragehammer), zahaczyłem też o występy Lebanon Hanover (Niemcy), Sexy Suicide (Polska) i Wolvennest (Belgia). Odpuściłem koncerty Closterkeller i Artrosis, bo nie jestem wielkim fanem obu tych zasłużonych formacji. Laptopowy DJ set Juno Reactor z UK widziałem przez godzinę. Bez efektów wizualnych, efektownej scenografii i obecności innych członków zespołu był niemałym rozczarowaniem. 

Z góry dziękuję wszystkim nowym i starym znajomym, z którymi miałem sposobność się spotkać i rozmawiać na CP 2021. Zacieśnianie więzi i podtrzymywanie dobrych znajomości jest dla mnie czymś ważnym i nie do zastąpienia, zwłaszcza w czasach panującej nam niemiłościwie zarazy; czasach trudnych, które pogłębiają samotność i wyalienowanie jednostki na wielu płaszczyznach. Bądźcie zdrowi, dbajcie o dobrostan własny i osób bliskich, podtrzymujcie wartościowe kontakty i starajcie się realizować krok po kroku wasze marzenia. 

Życie biologiczne człowieka bywa krótkie i nieprzewidywalne. Może skończyć się lada moment, w chwili, której nadejścia możemy się nie spodziewać. Niemniej jednak postaram się być fizycznie na CP 2022 i na kolejnych edycjach tego wspaniałego festiwalu.

piątek, 2 lipca 2021

Słynny islandzki wrak z Sólheimasandur

 
Dzisiaj artykuł o ikonicznym wraku samolotu Sólheimasandur, który byłby idealnym miejscem na urbex, ale dzięki setkom zdjęć i udziale w dokumencie Sigur Ros z 2007 roku, filmach, reklamach i teledyskach muzycznych stał się nie lada atrakcją turystyczną Południowej Islandii. Co roku odwiedzają go i fotografują go tysiące turystów, gdyż znajduje się wśród księżycowego morza czarnego piasku Sólheimasandur. Ostatnio widziałem go w jednym z odcinków islandzkiego serialu "Katla" (2021), który z całą pewnością zasługuje na jeszcze większą popularność na Netflixie. Koordynaty GPS dla zainteresowanych: 63 27.546-19 21.887. 

Do katastrofy amerykańskiego samolotu Douglas Dakota (Super DC-3) doszło po południu 21 listopada 1973 roku. Super DC-3 wracał z Keflavik do Höfn przewożąc sprzęt dla stacji radarowej w Stokkses na wschód od Höfn. Na pokładzie znajdowało się 5 członków załogi, w tym kapitan James Wicke oraz 26-letni pilot Gregory Fletcher z wylatanymi 21 godzinami. Przyczyna katastrofy: prawdopodobnie skończyło się paliwo, po tym gdy samolot wleciał w zawieję (burzę) i gęstą mgłę, a temperatura na zewnątrz spadła do minus 10 stopni Celsjusza. Widoczność była koszmarna, zatem Fletcher postanowił posadzić samolot na oceanie, by zwiększyć szansę pięcioosobowej załogi Super DC-3 na przeżycie. Nie chciał, aby samolot uderzył w strome zbocze jakiegoś wzniesienia. Ostatecznie Fletcher wylądował na czarnej i zamarzniętej plaży w odległości zaledwie 6 metrów od fal uderzających o brzeg.

Cała pięcioosobowa załoga przeżyła katastrofę, ale samolot został mocno uszkodzony. Obawiając się pożaru i eksplozji członkowie załogi zabrali ze sobą jedynie apteczkę oraz stare, pochodzące z czasów II WŚ radio. Godzinę po katastrofie przyleciał po nich helikopter ratowniczy z bazy wojskowej w Keflaviku. 

Obecnie wrak Super DC-3 znajduje się w odległości 3.5 km od najbliższej drogi Suðurlandsvegur. Przez lata służył pewnemu farmerowi jako magazyn, lokalni myśliwi używali go także jako strzelnicy. Nie jest wskazane odwiedzać go zimą, gdyż pogoda wokół Vik potrafi szybko stać się śmiertelnie groźna i nieprzewidywalna. I bardzo łatwo zgubić się i umrzeć na Sólheimasandur. Tak naprawdę ten wrak samolotu słusznie uchodzi za jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na Islandii.

Kilka przykładów innych katastrof lotniczych w Islandii. W 1975 roku dwuosobowy amerykański samolot uderza w zlodowaciały wulkan Eyjafjallajökull. Pasażerowie giną na miejscu. W 1977 roku helikopter rozbija się na wulkanicznej pustyni Mælifellssandur. Dwaj członkowie załogi wydostają się z niego i przemieszczają na odległość 7-8 km. Zanim dotrze do nich pomoc zamarzają.

W 1981 roku islandzki pasterz dostrzegł wystający z lodowca Mýrdalsjökull fragment amerykańskiego samolotu do zwalczania okrętów podwodnych. Pojawili się ratownicy. Na miejscu znaleźli osiem ciał członków załogi. Lodowiec przemieścił je na odległość 5 km. Co ciekawe, samolot rozbił się o lodowiec 28 lat wcześniej: 17 grudnia 1953 roku. Wówczas z powodu śnieżycy ratownicy dotarli do miejsca katastrofy dopiero tydzień później i odnaleźli ciało mężczyzny. Umarł szukając pomocy.  

Taka potrafi być Islandia. Kapryśna, surowa i nieprzewidywalna, nadal jednak zdumiewająco piękna. Na zdjęciach wrak Super DC-3 tuż po rozbiciu w 1973 roku oraz mniej więcej obecnie. 

Premierowa muzyka na dzisiaj. Posłuchajcie nowego znakomitego albumu Hante "Morning Tsunami" (2021), gdyż to znakomita porcja mrocznej elektroniki/darkwave'a. Hélène de Thoury nie zawodzi i nadal tworzy doskonałą muzykę, choć czas pandemicznej izolacji był dla niej trudny.

https://hante.bandcamp.com/album/morning-tsunami 

Wczoraj ukazał się także nowy singiel i teledysk "Bleeding" polskiego dwuosobowego projektu Stridulum. Świetna, wpadająca w ucho piosenka będąca zapowiedzią albumu tego zdolnego śląskiego duetu (premiera we wrześniu via Manic Depression Records). Sam teledysk przykuwa uwagę: elegancki, wysmakowany, archetypicznie wręcz gotycki, lecz jednocześnie odrobinę futurystyczny, z ciekawymi efektami wizualnymi. 

https://www.youtube.com/watch?v=wc-7nJoUb2U 

https://strdlm.bandcamp.com/track/bleeding  

Odrobina islandzkiego obłąkanego black metalu też nie zaszkodzi.

https://darkdescentrecords.bandcamp.com/album/vitahr-ngur

czwartek, 1 lipca 2021

Max Tegmark "Życie 3.0" - recenzja

 
Nadrabiam zaległości książkowe. Kilka zdań na temat książki amerykańskiego kosmologa i fizyka Maxa Tegmarka "Życie 3.0: Jak być człowiekiem w epoce sztucznej inteligencji" (wydawnictwo Prószyński i Spółka). Max Tegmark, współzałożyciel Future of Life Institute skupia się w swoich badaniach na inteligencji (zarówno ludzkiej, jak i sztucznej) oraz na tym, aby sztuczna inteligencja była przyjazna wobec ludzkości, dobroczynna. Oczywiście z AGI związane są także mroczniejsze strony: rekurencyjnie samodoskonaląca się AGI teoretycznie może przejąć kontrolę nad ludzkością, może zostać przejęta np. przez terrorystów, dyktatorów czy zdolnych hakerów do niecnych celów czy odebrać milionom ludzi definiujące ich miejsca pracy, itd. Max (być może idealistycznie) wierzy, że zaawansowana technologia będzie w przyszłości potrafiła wyleczyć ludzi z nieuleczalnych chorób, rozwiązać palący problem antropogenicznych zmian klimatycznych, wyciągnąć miliony ludzi z ubóstwa czy po prostu inspirować i edukować człowieka. 

Oczywiście w rękach ludzkości znajdują się obecnie technologie wojskowe, które mogą doprowadzić do jej samozagłady np. bomby i pociski jądrowe. Jednakże to od nas zależy, czy będziemy użytkować AGI w celach dobrych czy złych. Trzeba postawić na mądrość człowieka, starannie planować, być proaktywnym. Podobało mi się w "Życiu 3.0" jak wiele ciekawych i intrygujących pytań Max potrafi zadać np. na jaką przyszłość związaną z AGI liczymy? W jak silnie stechnicyzowanym społeczeństwie chcielibyśmy żyć? Co zrobimy w przyszłym świecie zdominowanym przez maszyny i sztuczną inteligencję, w którym nie będzie dla nas pracy, gdyż AGI wykona ją lepiej, szybciej, efektywniej? W jaki sposób poradzimy sobie z nierównością płac (dochód podstawowy)? W jaki sposób rozwiążemy problem z inteligentną autonomiczną bronią m.in. rojami miniaturowych dronów? 

Konkludując, książka ciekawa, fascynująca, stymulująca intelekt i pobudzająca do myślenia. Osobiście nie wierzę w jakiś ultra-szybki postęp w zakresie badań nad AGI, ale koncepty zawarte w "Życiu 3.0" na pewno są warte starannego przemyślenia.

Szkoły rezydencjalne w Kanadzie, bezimienne groby dzieci i płonące kościoły

 

Z uwagą śledzę wydarzenia w Kanadzie związane z odnajdywaniem masowych grobów (w większości dziecięcych) w pobliżu dawnych szkół rezydencjalnych, najczęściej katolickich, w których usiłowano przymusowo asymilować, a co za tym idzie wyplenić rdzenność z dzieci miejscowych plemion indiańskich. Owe szkoły rezydencjalne były zarządzane od drugiej połowy XIX wieku do lat 90-tych XX wieku przez kościół katolicki wespół z władzami federalnymi. Wobec dzieci ludności tubylczej stosowano przemoc psychiczną, fizyczną i seksualną. Oszacowano, że w 139 kanadyjskich szkołach rezydencjalnych mogło umrzeć 4100-6000 dzieci, choć liczba ta może być większa i sięgnąć nawet 15 000. Zatem mamy systemowy rasizm, dyskryminację, tortury, gwałty i niesprawiedliwość pod płaszczykiem katolickiej asymilacji i indoktrynacji. Wreszcie brak formalnych przeprosin ze strony kościoła katolickiego, w tym papieża Franciszka.

W maju 2021 roku na terenie byłej szkoły rezydencjalnej w Kamloops (Kolumbia Brytyjska, Kanada) odkryto zbiorowy grób 215 dzieci, a to dopiero początek. Kilka dni temu gruchnęła wieść o tym, że aż 751 bezimiennych grobów znajduje się na terenie dawnej szkoły rezydencjalnej w Marieval, Saskatchewan. Nie wiadomo ile z tych anonimowych grobów zawiera szczątki dziecięce. Ostatnie jak dotąd takie smutne znalezisko to 182 nieoznaczone groby odkryte przy pomocy radaru przy szkole misjonarskiej St. Eugene blisko Cranbrook, Kolumbia Brytyjska. Być może spoczywają tam indiańskie dzieci w wieku od 7 do 15 lat. Kolejne 104 potencjalne dziecięce groby znajdują się na trzech cmentarzach przy szkole rezydencjalnej Brandon. Czyżby te wzbudzające słuszny gniew i głęboką rozpacz odkrycia to dopiero wierzchołek góry lodowej? 

W Kolumbii Brytyjskiej spłonęły kościoły m.in. St. Ann’s Catholic Church, Chopaka Catholic Church, Sacred Heart Church czy St. Gregory’s Church. Pożar ogarnął także stary kościół anglikański w Gitwangak. Pomnik papieża Jana Pawła II w Edmonton, Alberta pokryły odciski krwistych dziecięcych rączek i stóp, do podobnych aktów wandalizmu (?) doszło w dwóch kościołach w Saskatchewan. Na drzwiach katedry St. Paul's w Saskatoon pojawiły się krwiste odciski rączek i napis "We Were Children" ("Byliśmy dziećmi"). Znaleziska setek bezimiennych grobów podsycają gniew i rozpacz nie tylko wśród członków rdzennych społeczności Kanady. W końcu te zmarłe dzieci zostały odebrane rodzicom i nigdy nie powróciły do rodzinnych domów. 

Sam się nad tym wielokrotnie zastanawiałem: po co wspierać instytucję, w której szeregach obecni są pedofile, gwałciciele i mordercy? Instytucję, która jest pierwsza do umoralniania i stygmatyzowania osób, które myślą i czują inaczej. Przydałoby się skończyć z czołobitnością i poddaństwem wobec Kościoła katolickiego i przyznać, że na przestrzeni dekad popełniona została zaplanowana, cyniczna i haniebna zbrodnia przeciwko ludzkości oraz zbrodnia ludobójstwa. Zdj. Toronto Star, Reuters, etc. 

Konkludując, może warto by było zerknąć także na nasze polskie podwórko i np. skontrolować katolickie szkoły i domy dziecka, gdyż nasz rodzimy kościół katolicki także ma trochę na sumieniu (afery pedofilskie, systematyczne tuszowanie pedofilii, sprawa siostry Bernardetty i ośrodka wychowawczego sióstr boromeuszek w Zabrzu, w którym katowani i upokarzani byli jego wychowankowie).

środa, 30 czerwca 2021

Studnia, wahadło i nadzieja (1983) - recenzja

Z tego co się zorientowałem to nigdy na blogu nie recenzowałem nic z mrocznych filmów/animacji Jana Svankmajera, zatem trzeba nadrobić. W tym przypadku mamy do czynienia z autentycznie mrocznym filmem krótkometrażowym będącym adaptacją "Studni i wahadła" Edgara Allana Poego oraz "Tortury nadziei" Auguste Villiers de l’Isle-Adama. Niniejszy krótki metraż to najczystszy surrealistyczny koszmar, nakręcony z pierwszej perspektywy (POV), pełen mroku, smutku, napięcia, szczurów i cieni. Autentycznie przerażający z doskonałą animacją podkreślającą posępną atmosferę terroru. Tak jak ktoś słusznie zauważył wielu reżyserów horrorów mogłoby uczyć się od czeskiego mistrza surrealizmu umiejętności budowania atmosfery grozy i niesamowitości. Czas trwania: 15 minut.

Do obejrzenia: https://vimeo.com/501406210

niedziela, 27 czerwca 2021

Mano Destra aka Right Hand (1986) - recenzja

                                                              
Intrygujący, utrzymany w eleganckiej czarno-białej tonacji lesbijski film bondage wyreżyserowany przez Cleo Übelman. Nie mam nic przeciwko sadomasochizmowi i relacji dominacja-uległość, jeśli występuje na to obopólna zgoda zaangażowanych w praktyki BDSM partnerów. Można potraktować "Mano Destra" jako minimalistyczne i lodowate studium erotycznego uprzedmiotowienia, w którym twarz dominy wprawnie posługującej się białymi sznurami jest doskonale widoczna w kontraście do jej uległej partnerki, która zawsze ma oblicze zakryte/zasłonięte i jest anonimowa. Co znamienne, w "Mano Destra" nie ma w ogóle nagości, dużo natomiast w tym filmie bezruchu i antycypacji np. uległa partnerka słyszy odgłosy wysokich obcasów dominy czy zamykających się drzwi. 

Czarno-biała tonacja "Right Hand" nadaje filmowi BDSM szwajcarskiej reżyserki tajemniczego, nieco gotyckiego i industrialnego posmaku. Podobnie soundtrack zapomnianej żeńskiej grupy darkwave The Vyllies, której głównym źródłem inspiracji była grupa The Siouxsie and the Banshees. Płyty "Lilith" z 1985 roku i "Sacred Games" z 1987 roku do odsłuchu poniżej:

https://www.youtube.com/watch?v=7oFV8MOqnGI

https://www.youtube.com/watch?v=zXJCU4Fr2Gw 

"Mano Destra" był jednym z filmowych źródeł inspiracji dla stylowego lesbijskiego dramatu "The Duke of Burgundy" (2014) Petera Stricklanda, brytyjskiego reżysera, któremu nieobce są także włoskie filmy giallo i erotyczne Eurohorrory z lat 70-tych.

Czerń skórzanego stroju Cleo, białe sznury, drgające mięśnie, pończochy, symbioza kontroli i uległości. Oto "Mano Destra" w kilku słowach i wspomnieniach.