Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Korea Południowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Korea Południowa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 października 2021

Squid Game (2021) - recenzja

Do filmów fabularnych na Netflixie (zwłaszcza horrorów) podchodzę z pewną dozą rezerwy, gdyż zazwyczaj są to produkcje dość rozczarowujące, przypominające lekkie filmy telewizyjne. Jednak niektóre filmy dokumentalne na Netflixie (np. "Into the Inferno" Wernera Herzoga) czy seriale są bardzo dobre. Koreański serial "Squid Game" w reżyserii Hwang Dong-hyuka pozytywnie mnie zaskoczył, choć sama idea centralna bezpardonowej walki o przetrwanie (i przy okazji o ogromną sumę pieniężną) była już obecna w dziesiątkach survival thrillerów czy horrorów. Przykłady można mnożyć: "The Most Dangerous Game" (1932), "Deliverance" (1972), "Rituals" (1977), "Turkey Shoot" (1981), czyli osławione "Polowanie na indyki", "Battle Royale" (2000), japońska seria gore/AV "Red Room", "The Hunger Games" aka "Igrzyska śmierci" (2012), oparty na mandze "As the Gods Will" (2014) Takashii Miike czy "The Belko Experiment" aka "Eksperyment Belko" (2016) Grega McLeana. Co jednak niewątpliwie wyróżnia "Squid Game" to bezpardonowa walka klas, w której zabijani są ludzie ledwo wiążący koniec z końcem, zadłużeni po uszy, stłamszeni przez żarłoczny kapitalizm. 

W sumie nic dziwnego, że ten dziewięcio-odcinkowy serial survivalowy stał się prawdziwym hitem Netflixa. Jest doskonale zagrany, wciągający jak diabli, chwilami mocny, brutalny i krwawy, chwilami całkiem poruszający czy zabawny. W chwili gdy piszę te słowa ma miejsce gigantyczna awaria Facebooka i Instagrama, jednak od czasu netflixowej premiery 17 września "Squid Game" stał się nie lada trendem w social mediach (Facebook, Instagram, TikTok). Widzowie łatwo identyfikują się z niektórymi sympatyczniejszymi postaciami w "Squid Game", które stale myślą tylko o zdobyciu pieniędzy, gdyż pragną odmienić los własny i rodzin, pragną za wszelką cenę wyjść z piekła ekonomicznej biedy i beznadziei, czują się zdradzeni i dyskryminowani przez system. Można się z tymi postaciami identyfikować, zwłaszcza wówczas, gdy samemu odczuwa się wyalienowanie, rozczarowanie i gniew.

Warto dodać, że Korea Południowa jest krajem z bardzo wysokim wskaźnikiem samobójstw (zarówno wśród mężczyzn, jak i kobiet). Przyczyny są złożone: bieda, bezrobocie, nierówność płci, przemoc w rodzinie, konflikty rodzinne/międzypokoleniowe, hejt w sieci i nade wszystko nieustanna presja na sukces, bezduszna i niekończąca się rywalizacja, której nie są w stanie sprostać choćby młodzi ludzie (zarówno kobiety, jak i mężczyźni). Swoje zrobiła także pandemia Covid19. Od śmierci samobójczej umierają także gwiazdy K-popu i inni idole np. aktorka i piosenkarka Sulli (Choi Jin-ri) w 2019 roku, aktorka Lee-Eun-ju w 2005 roku (napisała list samobójczy własną krwią), aktorka Choi Jin-sil w 2007 roku, piosenkarz Kim Jong-hyun z zespołu Shinee w grudniu 2017 roku,  itd. Social media domagają się coraz to nowych wschodzących gwiazd, ich blask gaśnie jednak bardzo szybko i są strącane z piedestału, a na ich miejsce wchodzą nowi wschodzący idole. Gwiazdy K-popu i młodzi aktorzy/młode aktorki prowadzą stresujące życie pełne zażartej konkurencji i presji sukcesów, wciąż muszą wyglądać pięknie, uśmiechać się, podporządkowywać się (także seksualnie) menadżerom, innym idolom czy agentom, jeśli ich kariera ma być długa, obfitująca w komercyjne sukcesy i znacząca. 

"Squid Games" obejmuje sześć morderczych, bazujących na zabawach z dzieciństwa gier (m.in. wycinanie igłą z plastra miodu danego kształtu), w których biorą udział motywowani zdobyciem fortuny gracze w liczbie 456. Ci co przegrają giną nierzadko w dość brutalny i sadystyczny sposób. I choć tytułowa gra ma być oparta na uczciwych zasadach, przyjaciele czy osoby bliskie zdradzają się i stają się śmiertelnymi wrogami, niektórzy gracze podejmują irracjonalne i brzemienne w skutkach decyzje. Wśród głównych bohaterów "Squid Game" mamy m.in. gamoniowatego, acz wrażliwego hazardzistę, młodą uciekinierkę z Korei Północnej czy źle traktowanego przez bossa pracownika z Pakistanu. Jednak zwycięzca może być tylko jeden. Czy gigantyczna nagroda pieniężna warta jest przygniatającego poczucia winy?

Do zapamiętania kreskówkowa i zarazem złowieszcza scenografia w "Squid Game", zwłaszcza nasycone kolorami labirynty schodów jakby żywcem wyjęte z "Relativity" M.C. Eschera czy z bogatej wyobraźni Jorge Luisa Borgesa. Swoją drogą morderczej robotycznej lalce z pierwszego odcinka sezonu wróżę nie mniejszą viralową popularność jak niemal trzymetrowej i zabójczo powabnej wampirzycy z "Resident Evil Village", Lady Dimitrescu.

Zastanawiałem się nad mechanizmami popularności "Squid Game" wśród widowni z różnorodnych krajów (nawet małoletni oglądają ten serial i dyskutują o nim w szkołach, co nie umyka uwadze pedagogów). Mnożą się cosplaye bazujące na postaciach z serialu, organizowane są pierwsze gry oparte na grach ze "Squid Game", w których ludzie rywalizują o pieniądze, ale na szczęście nie są mordowani, sprzedawane są maski, białe vansy czy dresy przypominające te z serialu.

I doszedłem do wniosku, że "Squid Game" obala mit ciężkiej, zespołowej pracy będącej gwarantem sukcesu w kapitalistycznym społeczeństwie, gdyż jeśli będziemy słabsi czy wybierzemy zły zespół do wzajemnej współpracy... to zginiemy, przepadniemy. Jednostkę czy grupę łatwo poświęcić dla dobra ogółu, a dzika i nieposkromiona rywalizacja ludzi znajdujących  się na finansowym dnie zamienia niektórych w amoralne bestie. W dystopijnym "Squid Game" zagrożeniem nie jest jakiś środowiskowy kataklizm, wojna nuklearna czy jakaś inna apokalipsa; owo zagrożenie jest banalne: popadnięcie w długi. Jeśli popadniesz w długi to będziesz nikim, będziesz stygmatyzowany, ludzie odwrócą się od ciebie. Obecnie łatwiej przyznać się do życia z depresją, niż do bycia dłużnikiem, co oczywiście sprzyja kryzysom psychicznym. 

W Korei Południowej mnóstwo dorosłych ludzi zmaga się z długami, gdyż pożyczki są tam bardzo łatwo dostępne. Niektórzy nie umieją wyjść ze spirali zadłużenia i stają się niewypłacalni. Rośnie bezrobocie wśród młodych ludzi, rosną ceny mieszkań w wielkich miastach. Pandemia Covid19 przyczynia się do upadku małych biznesów np. lokalnych restauracji czy barów. Jednak bolączka tkwienia po uszy w długach i ciągłego brania pożyczek to uniwersalny problem. I często pętla zaciśnięta na gardle. Dlatego też "Squid Game" stał się hitem, swoistym viralem w social media, serialem, o którym prawie wszyscy słyszeli. Jestem jednocześnie przekonany, że jego popularność jeszcze wzrośnie, właśnie ze względu na ów uniwersalny przekaz. W końcu popaść w długi może realnie każdy, wystarczy do tego po prostu nagła choroba czy upadek biznesu dzięki pandemii.

W tej chwili od bodaj 5 godzin nie działają Facebook, Instagram, Messenger i WhatsApp. Zapraszam zatem do lektury mojego bloga. :-)

EDIT 14 października - rośnie popularność "Squid Game" w social mediach (serial jest obecny na Youtube, Tik Toku, CDA - poza Netflixem), pojawiają się dedykowane serialowi gry. "Squid Game" oglądają już (być może wyrywkowo) 7-8 letnie dzieci albo przynajmniej wiedzą o jego istnieniu. Oczywiście ze względu na krwawe i brutalne sceny dzieci nie powinny go oglądać, z drugiej strony podam swój przykład: już jako kilkuletnie dziecko oglądałem na pirackich kasetach video takie krwawe horrory jak "Martwe zło"  (1981), "Phenomena" (1984) czy "Świt umarłych" (1978), co później skutkowało wielką miłością do gatunku. Czytałem też powieści grozy Grahama Mastertona, Guya N. Smitha czy Stephena Kinga, grałem potem w strzelanki a la "Doom", pamiętam też oglądanie z rodzicami 997, stąd utrzymujące się po dziś dzień zainteresowanie kryminalistyką i kryminologią, częstokroć banalnym złem, które człowiek czyni. Horrory i programy kryminalne nie wypaczyły mojej psychiki, nauczyły mnie natomiast odróżniać wykreowaną fikcję filmową od rzeczywistości. Stałem się bardziej ostrożny w kontaktach międzyludzkich i z czasem zrozumiałem, że wśród ludzi mogą czaić się odrażające potwory, bestie w ludzkiej skórze. Człowiek postawiony w sytuacji ekstremalnej czy będący pod wpływem znajdującego się wyżej w hierarchii autorytetu może krzywdzić i nie widzieć w swoim postępowaniu nic złego. W "Squid Game", tak jak zresztą w "Parasite" (2019) mamy atak na rozpasany, oparty na niepohamowanej konsumpcji kapitalizm. Mamy także inwigilację i totalną kontrolę oraz rozpad więzi międzyludzkich w toku morderczej rywalizacji, gdyż stają się one płytkie, manipulacyjne, wyzute z empatii, oportunistyczne. Może zamiast zabraniać całkowicie oglądania tego serialu dzieciom (a jak wiadomo  zakazany owoc smakuje najlepiej), warto byłoby z nimi na ten temat porozmawiać? 

Lepiej tłumaczyć i edukować niż zabraniać, zakazywać, prawda? 

czwartek, 2 września 2021

The Wailing/ Lament (2016) - recenzja

                                                                 
Południowo-koreański "Lament" często gościł na listach najlepszych horrorów ostatnich lat, zatem w końcu przyszła pora na jego seans. To wysmakowany i nieco makabryczny horror o pewnym policjancie Jong-goo (Kwak Do-won) z małej górskiej wioski Gokesong, który próbuje wyjaśnić serię tajemniczych morderstw dokonywanych przez miejscowych na członkach własnych rodzin. Czy za morderstwami stoi tajemniczy mężczyzna  z Japonii, który być może jest duchem? A może enigmatyczna młoda kobieta w bieli zwana Moo-myeong (po koreańsku 'bez imienia')? Kiedy córka Jong-goo, Hyo-jin zapada na dziwną chorobę i zaczyna przejawiać symptomy demonicznego opętania (miałem pewne skojarzenia z Lindą Blair z "Egzorcysty") policjant zaczyna walczyć o jej ocalenie. 

Nie miałem okazji obejrzeć "Lamentu" na Netflixie, gdy film niniejszy był na tej platformie streamingowej dostępny. "The Wailing" jest autentycznie wciągający - to doskonale sfilmowana i wybornie zagrana kombinacja akcentów humorystycznych, dusznej aury niepewności i rozdzierającego smutku. Mamy tutaj nawiązania do azjatyckiej/chrześcijańskiej mitologii (np. ekstatyczne szamańskie rytuały) oraz do diabolicznego kina grozy pokroju "Dziecko Rosemary" (1968) czy "Egzorcysta" (1973) (demoniczne opętanie dziecka, diabeł w formie czarnego psa i głowy kozła, spragniony ludzkiej krwi zmartywchwstaniec), a nawet do body horroru (infekcja odbierająca zmysły i zamieniająca ludzi w szaleńców). "Lament" potrafi być autentycznie złowieszczym i atmosferycznym horrorem, który mimo długiego czasu trwania (156 minut) wciąga i zaciekawia. Do zapamiętania chociażby histeryczne szamańskie rytuały czy sceny z udziałem tajemniczej kobiety Moo-myeong. 

Na aplauz zasługuje w "The Wailing" doskonale uchwycona, sugestywna atmosfera paranoidalnej grozy. W trakcie seansu niczego nie byłem pewny. Miałem wrażenie, że wszystko się może zdarzyć. "Lament" raczej unika jump scares, to horror, który oddziałuje na zmysły widza i bawi się nimi. Bawiłem się na nim doskonale. 156 minut czasu trwania zleciało błyskawicznie. W rzęsistym deszczu i gorączkowych domysłach.

poniedziałek, 17 marca 2014

Goeshi/ Strange Dead Bodies (1981) - recenzja























Mamy rok 1974. Angielska prowincja zostaje nawiedzona przez obudzone trupy spragnione ludzkiego mięsa. Zombies powstają z grobόw na skutek eksperymentu naukowego z falami ultrasonicznymi i radiacją zorganizowanego przez naukowcόw z Wydziału Agrokultury. Kontroli zachowań miały zostać poddane insekty i inne prymitywne formy życia, lecz owocem niefrasobliwych działań naukowych stała się inwazja zmartwychwstańcόw. George (Ray Lovelock) i Edna (Cristina Galbo) muszą walczyć o przetrwanie w gόskiej krypcie pełnej jęczących umarłych. Oto w telegraficznym skrόcie "Let Sleeping Corpses Lie" aka "The Living Dead at Manchester Morgue" (1974) Jorge Grau – bezdyskusyjnie jeden z najlepszych zombie horrorόw lat 70-tych, film przerażający i niesamowity. Fani Impetigo mogą pamiętać utwór tej kultowej kapeli zatytułowany "Breakfast at the Manchester Morgue" bazujący na owym filmie. Zostawmy jednak death metal/grindcore i przenieśmy się do roku 1981. Podrόżująca samochodem atrakcyjna Su-ji bierze autostopowicza Kanga Myunga. Dziewczyna w chustce pragnie odwiedzić swojego szwagra, lecz po przybyciu obojga na miejsce okazuje się, że mężczyzna jest martwy. Został uduszony w tajemniczych okolicznościach nad strumieniem w trakcie robienia zdjęć. Inspektor policji (Park Am) zaczyna podejrzewać towarzysza Su-ji, Kanga Myunga. W trakcie prywatnego śledztwa Myung odkrywa placόwkę badawczą, w ktόrej koreańscy naukowcy przeprowadzają eksperymenty laboratoryjne z falami radiowymi. Przeznaczenie doprowadza Su-ji i Kanga Myunga do opuszczonego domostwa wśrόd drzew, w ktόrym czyha na nich chodząca śmierć – supersoniczne zombies...

Gdybym został przez kogoś zapytany o wymienienie kilku ekstremalnie zapomnianych zombie horrorόw na pewno padły by nazwy "Morbus" (1983), "Dark Echo" (1977), "Dead End" (1985, szczerze mόwiąc powątpiewam w istnienie tego filmu) i "Strange Dead Bodies" (1981) – koreański ‘remake’ "Let Sleeping Corpses Lie". Podobieństw z kultowym horrorem Jorge Grau jest mnόstwo: spotkanie dwόjki wiodących postaci na drodze, transmisja radiowa budząca do życia trupy z pobliskich cmentarzy, gromadka umarłych atakująca nasz duet w upiornym leśnym domostwie, uparty policjant oskarżający dzielnego autostopowicza o dokonanie morderstwa, scena ataku siwowłosego zombie na zamkniętą w samochodzie Su-ji rozgrywająca się przy szemrzącym strumieniu, itd. Rόżnica między oboma filmami pod pewnym względem jest bagatelna: "Let Sleeping Corpses Lie" ocieka krwią obfitując w sceny odrywania kobiecej piersi i wyjadania wnętrzności (za krwawe efekty specjalne odpowiada Gianetto De Rossi), natomiast w "Strange Dead Bodies" gore brak, a tonące w błękicie zombies duszą swoje ofiary. Zmaganiom dwόjki protagonistόw towarzyszy nastrojowy soundtrack, natomiast pewne zastrzeżenia można mieć wobec pracy oświetleniowca. W scenach grozy praktycznie niewiele widać, a przecież w "The Living Dead at Manchester Morgue" wszystko było wyraźne. Chyba najbardziej ze "Strange Dead Bodies" utkwiła mi w pamięci scena, w ktόrej do pędzącego auta Su-ji przyczepia się jej martwy szwagier. Aby pozbyć się natręta dziewczyna wali go samochodem, a potem cofając przejeżdża umarlaka. Znany motyw, ale zawsze efektowny. Konkludując, pierwszy południowo-koreański horror o żywych trupach cierpi za bardzo na podobieństwa do "Let Sleeping Corpses Lie" Jorge Grau znacznie mu jednak ustępując. Na pewno jest to egzotyczna ciekawostka, horror piekielnie rzadki i zapomniany, z drugiej strony koreańskie kino grozy z lat 1960-88 stanowi białą plamę ignorowaną przez historykόw gatunku bądź niedostępną dla oczu tychże. "Goeshi" bynajmniej nie zaskakuje, ale jego idea przewodnia (trupy powstające z grobόw na skutek działania fal radiowych) jest znakomita, a sam film ogląda się z rosnącym zainteresowaniem.

Moja dawna recenzja z portalu Danse Macabre, lekko uzupełniona. Seans numer dwa.