Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Portugalia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Portugalia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 października 2022

Gaerea, Saor i Gaahls Wyrd w Bazylu, 5 października 2022 (fotorelacja)

                                             










Pamiętam dość dobrze koncert Gaahls Wyrd w poznańskim Bazylu w 2019 roku (supporty: Idle Hands, Uada i Tribulation), zatem nadarzyła się okazja, by zobaczyć norweskich black metalowców ponownie, której nie wolno było ominąć. Bilet kupiłem na dzień przed koncertem i przed 18 ruszyłem z mojego miejsca pobytu do Bazyla. Trochę spóźniłem się na otwierający koncert Portugalczyków z Gaerea z powodu sporej kolejki, ale tylko trochę. Od razu po sprawdzeniu biletu ruszyłem pod scenę, by posłuchać black metalu Gaerea. 

Mam wrażenie, że Gaerea to obecnie jedna z najbardziej rozpoznawalnych portugalskich kapel  metalowych, choć oczywiście sporo jeszcze Portugalczykom brakuje do sławy Moonspell. Oczywiście czuć w brutalnej i intensywnej muzyce Portugalczyków inspirację Mgłą czy Behemoth, aczkolwiek mocny black metal kwintetu z Porto nie pozbawiony jest delikatniejszych i melancholijnych post-metalowych elementów. Intensywne trasy po Europie i intrygujące klipy na pewno przyczyniły się do coraz większej rozpoznawalności zespołu w środowisku metalowym. Portugalczycy kilka dni temu uraczyli słuchaczy trzecim albumem "Mirage" (2022), który miałem okazję przesłuchać dopiero raz. Koncertowo wypadli doskonale: czuło się brutalność, intensywność, gęstość i swoistą teatralność ich występu. To mroczna i gniewna muzyka z pełnymi agonii wokalami, która wymaga w trakcie odsłuchu cierpliwości i skupienia. Chciałem kupić "Mirage" na CD, ale odstraszyła mnie cena 100 zł za płytę. O tym jednak napiszę na końcu.

Odsłuch: https://gaerea.bandcamp.com/

Set-lista (nie wiem na razie na ile prawidłowa): "Conspiranoia", "Salve", "Glare", "Null", "Mantle", "Urge". 

Z atmosferycznym/melodyjnym black metalem Saor miałem do tej pory czynienia w znikomym stopniu. W trakcie fajnego skądinąd występu Szkotów z Glasgow wychwyciłem sporo folkowych naleciałości i wpływów heavy metalowych. Jedno jest pewne: koncert istniejącego od 2013 roku Saor był wczoraj najbardziej przyjazny dla słuchaczy, co wcale nie oznacza, że zupełnie delikatny. Zespół (a w zasadzie jednoosobowy projekt Andy'ego Marshalla) ma już na koncie aż 5 albumów studyjnych, z których ostatni "Origins" ukazał się w czerwcu 2022 roku. Szczerze znam je dość słabo, ale znajdę czas, by to nadrobić. Na pewno tkwi w tej muzyce melancholia oraz uwielbienie szkockiej natury i historii. 

Set-lista (jw.): "Call of the Carnyx", "Beyond the Wall", "The Ancient Ones", "Origins", "The Awakening", "Aura", "Tears of a Nation", "Fallen"

Odsłuch: https://saor.bandcamp.com/

Lubię psychodeliczny i szamański black metal Gaahls Wyrd (Bergen, Norwegia), gdyż jest mocno specyficzny, nieco odrealniony, zaśpiewany czystymi wokalami. Tak, Gaahl (ex-Gorgoroth, Trelldom, ex-God Seed) potrafi świetnie śpiewać. Zarówno na "GastiR - Ghosts Invited" (2019), jak i na "The Humming Mountain" (2021) można wychwycić wpływy dark folkowe/neofolkowe a la Wardruna czy Hexvessel, prog metalowe czy post-metalowe. Gaahl w Gaahls Wyrd nie stroni od eksperymentowania, za co należy mu się aplauz. Tak czy owak, oprócz delikatniejszych "Carving the Voices" czy "The Humming Mountain" na koncercie Gaahls Wyrd nie zabrakło black metalowej agresji w postaci coverów Gorgoroth, Trelldom czy God Seed. Gaahl spokojnie spacerował po scenie i robił wrażenie ponurym wyglądem, aczkolwiek okazał się sympatycznym muzykiem, który witał się z widownią, a po koncercie robił z ludźmi wspólne zdjęcia i podpisywał płyty. Także pamiątkowa fotka na koniec trzaśnięta. 

Set-lista: "Ghosts Invited", "Carving the Giant" (Gorgoroth), "Wound Upon Wound" (Gorgoroth), "The Humming Mountain", "The Dwell", "Awakening Remains - Before Leaving", "Carving the Voices", "Aldrande Tre" (God Seed), "From the Spear", "Slave till el kommende natt" (Trelldom), "Sanhet, smerte og dod" (Trelldom), "Through and Past and Past", "Exit - Through Carved Stones" (Gorgoroth), "Alt Liv" (God Seed). 

Odsłuch: https://gaahlswyrd.bandcamp.com/

No i na koniec kwestia cen płyt. Nie chcę wyjść na marudę, ale cena za płyty CD 100 zł na merchu jest lekko wygórowana, tym bardziej, że oba materiały Gaahls Wyrd można dostać taniej choćby na fan.pl. Podobnie ma się sprawa z albumami Saor i Gaerea. Nie tędy droga. Rozumiem, że koszty organizacji tras koncertowych rosną, co przedkłada się na droższe bilety i merch, ale byłem w tym roku na dwóch koncertach (Linea Aspera we Wrocławiu i Akhlys, Fides Inversa i Chaos Invocation w Poznaniu), gdzie kupiłem płyty za 50 zł. Dla mnie akceptowalna cena za płytę CD to 70 zł. Do pozostałego merchu i jego cen się nie odnoszę: koszulki kupuję rzadko, hoodies jeszcze rzadziej, winyli wcale. Natomiast wciąż lubię kupować płyty CD ulubionych wykonawców, choć nie robię już tego tak regularnie jak kiedyś. Tak czy owak, warto czy wręcz trzeba chodzić na koncerty, bo jest to wsparcie dla zespołów, które jeszcze aktywnie koncertują.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Castle Party 2014 (fotorelacja)



















Zdecydowałem się po raz pierwszy pojechać na osławiony Castle Party 2014. W zasadzie decyzję o przyjeździe na festiwal podjąłem, gdy pojawiły się pierwsze informacje o line-upie tegorocznej edycji. Chciałem koniecznie zobaczyć występ Sui Generis Umbra, gdyż ich mroczna elektronika przemawiała do mnie od dawna. Poza tym nie zaszkodzi zobaczyć kolejny raz Portugalczyków z Moonspell, Francuzów z Alcest czy naszych krajanów z Blindead czy Christ Agony. Nie przypadkowo wymieniam składy parające się ciężkim graniem czy te które kiedyś tak grały (Alcest), gdyż słucham od zamierzchłych czasów głównie metalu, ale lubię wzbogacać jadłospis o nowe składniki muzyczne. Wbrew zasłyszanym tu i ówdzie bezsensownym twierdzeniom o rzekomej 'wrogości' między środowiskiem gotyckim/dark independent a metalowym niczego takiego nie doświadczyłem. Faktem jest, że festiwal Castle Party stał się imprezą muzyczną coraz bardziej otwartą na ciężkie brzmienia i osobiście życzyłbym sobie aby tak pozostało. Każdy znajdzie tutaj coś dla sobie, a zespoły, które nas nie interesują zawsze można sobie odpuścić.

Trzydniowy karnet na festiwal kupiłem kilka miesięcy temu, ale nie pomyślałem o tym aby załatwić sobie wówczas nocleg. Rezultat był z góry do przewidzenia: nastawiłem się na dwudniowy nocleg pod gołym niebem (bez namiotu, po prostu nocne wędrówki od miejsca od miejsca... i zabawa wspomagana dużymi dawkami kofeiny i tauryny aż do rana). Z festiwalowej niedzieli postanowiłem w ogóle zrezygnować, bo stwierdziłem, iż fizycznie nie podołam - inna sprawa, że program niedzielny nie przykuł mojej uwagi (poza Obscure Sphinx, który to zespół widziałem już na żywo bodaj 3-4 razy). Także niniejsza (foto)relacja będzie obejmowała jedynie piątek i sobotę - w moim przekonaniu dwa najciekawsze dni festiwalu. Jeszcze jedna mała dygresja: w festiwalach na powietrzu uczestniczę raczej rzadko preferując koncerty klubowe. Drażni mnie latanie pomiędzy dwiema scenami, odpuszczanie sobie interesujących kapel kosztem innych (bardziej interesujących), poza tym koncert klubowy jest przeżyciem bardziej intymnym, pozwalającym na bliższy kontakt z muzyką, ale w przypadku Castle Party 2014 z góry ustaliłem sobie priorytety. Piątek upłynął mi raczej na koncertach w dawnym Kościele ewangelickim, sobota odwrotnie - skąpana w żarze słońca Scena Zamkowa.

Piątek 18 lipca 2014 roku.

1) Theodor Bastard - Piątkowy Castle Party rozpocząłem od Theodor Bastard, rosyjskiej gatunkowej hybrydy będącej konglomeratem neo-folka, trip-hopu, darkwave'a i ambientu. Rosjanie mieli okazję zagrać całkiem niedawno w Poznaniu (10 czerwca, Dragon) i choć zostałem na ów koncert zaproszony to jednak nie stawiłem się. I pomimo że żar lał się z nieba Rosjanie dali znakomity występ, który mnie oczarował. Bogate aranżacje i instrumentarium, mistyczne dźwięki zahaczające o world music, echa ethno-twórczości Dead Can Dance i Azam Ali, wreszcie fenomenalne wokale Yany Vevy, która często śpiewa w języku idiosynkratycznym. Lekkość wykonawcza, zdumiewająca finezja i przesycony delikatną elektroniką trans. Gitarzysta i założyciel zespołu Fyodor Svoloch stwierdził, że nigdy jeszcze nie grali w takiej spiekocie. Na dowód przynajmniej ze trzy razy oblał sobie głowę wodą z butelki. Chciałem sobie zakupić ostatni jak dotąd album Theodor Bastard "Oikoumene" (2012), ale cena okazała się zbyt zaporowa: 65 zł. Przesada.

2) Tenebris - Szybkie przenosiny do kościoła i wpadam na końcówkę koncertu Vedonist. Potem przerwa, powitania ze znajomymi, grzebanie na stoisku z płytami i powrót w świątynne mury. Łódzki Tenebris to ongiś jeden z weteranów polskiej sceny death metalowej, ale muzyka grana przez nich obecnie to niebanalny progresywny metal z kosmiczno-paleoastronomicznymi inspiracjami. Zespół nagrał w 2013 roku bardzo ciepło przyjęty krążek "Alpha Orionis", z którego zaprezentował kilka kompozycji. Wielowątkowy metal Tenebris na żywo zaskakuje, brzmi świeżo i bez nadmiernego przekombinowania. Szkoda tylko, że publika nie dopisała.

3) Pandemonium - Po Tenebris na scenie Kościoła ewangelickiego pojawili się kolejni weterani polskiego podziemia: black death metalowcy z Pandemonium, twórcy tak słynnych materiałów jak demo "Devilri" z 1992 roku i album "The Ancient Catatonia" (1994). Wielbicielom polskiej sceny metalowej tego zespołu nie trzeba przedstawiać. Z ich jadowitej, acz melodyjnej muzyki emanuje złowieszczy i pełen diabolicznego dostojeństwa nastrój. Potok czarnego szlamu coraz śmielej krążący po meandrach awangardy. Black metal i death metal w odpowiednio wyważonych proporcjach z doomowymi inklinicjami. Interesująca muzyka, doskonale odegrana na żywo, dobry kontakt z publiką.

4) Hazael - Największe piątkowe zaskoczenie, gdyż niedawno reaktywowany Hazael dał cholernie energetyczny koncert. Z tego co później wyczytałem na Masterfulu przed Possessed w Progresji także zaprezentowali się wybornie. Nie da się ukryć, że w muzyce istniejącego od 1990 roku Hazael odnajdziemy wpływy szwedzkiej sceny death metalowej a la Dismember, Unleashed, Entombed czy wczesny Tiamat. Mnóstwo mocarnej agresji, ale też miażdżące doom metalowe zwolnienia, zróżnicowane riffy i sporo melodii. Dynamika koncertu Hazael zbiła mnie z nóg - będę śledził poczynania koncertowe tej kapeli. Podobno już we wrześniu ruszą z trasą koncertową i usłyszymy ponownie mordercze wykonanie "Frozen Majesty" czy "Thor". Jedni z pionierów rodzimego death metalu wrócili w masakrującym stylu.

5) Christ Agony - Cóż mam napisać o koncercie kolejnych weteranów polskiego podziemia, czyli Christ Agony? Tutaj pretensjonalne peany, a w zasadzie pochwalne przymiotniki nasuwają się same: porywający, ciężki i do bólu profesjonalny. Uciekła mi końcówka koncertu tej uznanej w metalowym światku formacji, gdyż musiałem zmykać na Moonspell, ale Christ Agony od 1990 roku kierowane przez Cezara nadal pozostaje koncertową bestią. To zespół ogromnie zasłużony dla rodzimego black metalu, a brutalizm wokalny Cezara i Reyasha (znanego z Witchmaster i Supreme Lord) kładzie na łopatki. Nie wiem jak długo Cezar będzie jeszcze ciągnął Christ Agony (oby jak najdłużej), więc po prostu chodźcie na ich koncerty i kupujcie płyty.

6) Moonspell - Gwiazda piątkowego Castle Party 2014 oczywiście pokazała się z jak najlepszej strony. Moonspell jest znakomitym przykładem kapeli, która łączy gotyckie naleciałości z metalem. Któż ze słuchaczy ciężkich brzmień nie miał kiedyś do czynienia z "Wolfheart" (1995) czy "Irreligious" (1996)? Poza tym lirycznie kapela Fernando Ribeiro od początku swojego istnienia obracała się wokół wampiryzmu, lykantropii, mrocznej poezji i folkloru. Zresztą frontman Moonspell oprócz nagrywania muzyki i intensywnego koncertowania pisze wiersze i przesycone grozą opowiadania. Nie zabrakło oczywiście z pasją odegranych szlagierów Moonspell np. "Alma Mater", "Vampiria", "Full Moon Madness" (utwór ten wybrzmiał około północy!), "Ataegina" czy "Opium". Jak zawsze Fernando złapał fenomenalny kontakt z tłumnie zgromadzoną na Zamku publicznością. Nie obyło się bez trzymania polskiej flagi i miłych podziękowań dla Polaków, którzy wspierali Moonspell praktycznie od początku istnienia kapeli. Znakomity koncert obytego z graniem na żywo zespołu z bogatym dorobkiem płytowym. Nie pierwszy mój i nie ostatni.

Pierwszy dzień przetrwałem bawiąc się potem na imprezach gotyckich w Kościele i Sorento, a potem przysypiając na ławkach Bolkowa. Musiałem założyć na noc bluzę z kapturem i czarny trencz. Zniknęło nieznośne słońce, wrócił miły chłód.

Sobota 19 lipca 2014 roku.

7) Sui Generis Umbra - Cieszyłem się jak dziecko gdy eLL i Maciej Niedzielski zdecydowali się po latach niebytu kontynuować Sui Generis Umbra. Trzy płyty "Ater", "Amok" i "Coma" swego czasu narobiły sporo szumu wśród rodzimych fanów dark electro/dark ambient. Po dziś dzień najchętniej wracam do "Amok", gdyż jest to płyta wściekła, demoniczna i bezkompromisowa. Byłem zatem ciekaw jak zaprezentuje się na żywo odrodzone ze zgliszcz Sui Generis Umbra. Oczywiście performance/koncert Sui Generis Umbra okazał się jednym z najfajniejszych akcentów tegorocznego Castle Party, chociaż dokuczała słoneczna spiekota. Jednak takie koncerty powinny się odbywać w mroku posępnego betonu, gdzieś w ziejących mrokiem pomieszczeniach, bo to są warunki odpowiednie dla Sui Generis Umbra w szerzeniu psychodelicznej grozy. Eliza nie straciła drapieżności wokalnej: nadal histerycznie krzyczy, wyje i szepcze pierwszorzędnie. Muzyka Sui Generis Umbra jest raczej trudna w odbiorze, ale zgromadzeni fani byli zadowoleni. Reunion udany, czekamy na nową płytę. Miło było usłyszeć na żywo choćby "eXecutrix" czy "Virtuoso of Perversity", chciałem usłyszeć np. "The Leprosies of Sin" czy "Comayhem", ale nie zawsze można dostać wszystko. :-)

8) Alcest - Koncert Desdemony odpuściłem spacerując po Zamku w Bolkowie, popijając Piasta, gapiąc się na stoiska z płytami i rozmawiając z ludźmi z Wrotycz Records o Hamferð, death doom metalu z Wysp Owczych (fenomenalna kapela!). Przyszła kolej na Alcest. Jak wiadomo Neige na ostatniej płycie "Shelter" (2013) już kompletnie wyzbył się black metalowej agresji na rzecz kompletnego zatopienia się w oniryczny shoegaze i miękki post-rock. Znane z "Shelter" ciepłe kompozycje zdominowały występ Francuzów, nie zabrakło też mojej ulubionej "L'éveil des muses". Ale tak sobie myślałem po nastrojowym koncercie Alcest: czemu Neige nie zagrał choćby jednej black metalowo-shoegazowej kompozycji np. "Peerces de Lumiere" i nie poskrzeczał trochę? No cóż, jego wybór. W każdym razie kolejny udany, pełen życia koncert, piękne rozpływające się gitary, oniryczne wokale Neige i znanego z Les Discrets Zero i, rzecz jasna... wiele wielbicielek Neige pod sceną. Jednej zrobiłem nawet pamiątkowe zdjęcie z ulubionym muzykiem.

9) Blindead - Nie wiem który to już z kolei mój koncert trójmiejskiej formacji Blindead, chyba piąty. I dziwię się, że Blindead nie zagrał na głównej scenie, skoro Obscure Sphinx dzień później mógł (w międzyczasie produkowali się Finowie z The 69 Eyes). Na żywo muzyka Blindead po prostu przytłacza ciężarem i precyzją wykonawczą. Człowiek chłonie te dźwięki całym ciałem niemal tracąc poczucie rzeczywistości. Ostatnia płyta Blindead "Absence" (2013) jest całkiem przyswajalna, ale na żywo niektóre z utworów gniotą niemiłosiernie. Pod sceną ostry headbanging w trakcie najbardziej agresywnych partii, a klimat muzyki dopełniają niejednoznaczne wizualizacje. Zagranie na bis aż trzech kompozycji uważam za cudowny prezent dla fanów tego wspaniałego zespołu - poleciały m.in. "So It Feels Like Misunderstanding When" czy "Affliction XXIX II MXMVI".

10) London After Midnight - "London After Midnight" (1927) w reżyserii Toda Browninga z Lonem Chaneyem w roli głównej to bodaj najsłynniejszy zaginiony film grozy. Jego jedyna kopia spłonęła w pożarze składu MGM w 1967 roku. Gwoli ciekawostki podam iż 11 stycznia 1929 roku 28-letni Robert Williams miał wizje po obejrzeniu "London After Midnight" i... zamordował irlandzką gospodyni domową Julie Mangan w Hyde Parku podrzynając jej gardło. Sprawca podobno był epileptykiem i miał atak delirium po obejrzeniu filmu. "London After Midnight" to także nazwa słynnej grupy gothic rockowej z Kalifornii. Będąc szczerym nie znałem wcześniej twórczości LAM, także nie wiedziałem czego się spodziewać. Może to i lepiej, bo muzyka London After Midnight miło mnie zaskoczyła. Poruszający, pełen werwy, politycznie i społecznie zaangażowany dark rock przesycony sardonicznym czarnym humorem. Podobało mi się.

11) Deine Lakaien - Ostatni sobotni koncert i kolejny zespół, którego twórczość znam bardzo wybiórczo. Nie wiem nawet czy słowo 'koncert' jest właściwe, bardziej pasuje chyba refleksyjny spektakl. Esencją koncertową Deine Lakaien jest perfekcyjny mariaż subtelnej elektroniki, poruszającego pianina, akustycznego instrumentarium i charakterystycznego wokalu Alexandra Veljanova. Wiem, że Deine Lakaien gościł już na scenie Castle Party w 2008 roku, zatem i teraz zespół mógł się spodziewać gorącego przyjęcia. Magiczna atmosfera, subtelne piękno, czarujący śpiew Veljanowa (uwydatniony chociażby w "Fighting the Green") - idealne zwieńczenie sobotniej nocy. W niedzielę musiałem już wracać do domu... dwie noce spędzone bez snu były już ponad moje siły.

Konkludując, udany wypad na Castle Party. Wreszcie poznałem osobiście znajomego z Krakowa, Remika z którym mogłem pogadać o wulkanach i wspinaczce na nie (fajnie by było zaliczyć Kamczatkę i Kuryle, nie?). W sobotę grubo po pierwszej w nocy pewien got powiedział mi że wyglądam w trenczu i zarzuconym kapturze niczym "śmierć". Wspaniały komplement. I jakże trafny, gdyż z widmem śmierci mi po drodze. Atmosfera festiwalu sympatyczna, dużo intrygujących gotyckich strojów: gorsety, lateks na zgrabnym ciele, ostre makijaże, długie wiktoriańskie suknie. Irytował trochę konferansjer zapowiadający poszczególne koncerty na Zamku (jakieś bzdury o "rozdziewiczaniu" zespołu i inne czerstwe teksty), ale dało się wytrzymać. Pomysł z robieniem zdjęć za pomocą fruwającego drona trafiony. To by było na tyle.

Aha, propozycja dla organizatorów: w następnym roku chciałbym zobaczyć My Dying Bride i farerski Hamferð na Castle Party 2015. Wprowadźcie proszę trochę atmosferycznego doom metalu w arkana Castle Party. Da się to zrobić?

niedziela, 15 czerwca 2014

Goatblood, Satanize, Horrid i Mystifier w Poznaniu - 14 czerwca 2014 roku (fotorelacja)










Zastanawiałem się do ostatniej chwili czy iść na ten koncert, a teraz po odespaniu wczorajszej nocy stwierdzam, że była to dobra decyzja. Gig włoskiego Horrid i brazylijskiego Mystifier zapamiętam bowiem na długo. To było istne szaleństwo, celebracja metalowego hałasu najwyższej próby. Oczywiście w poznańskim Bazylu nie obyło się bez czasowej obsuwy, poza tym frekwencja nie była najwyższych lotów (podobnie było dwa dni wcześniej na Supreme Lord i Incantation we wrocławskim Liverpoolu). Trochę szkoda, ale przynajmniej nie musiałem się przeciskać przez tłum ludzi by znaleźć się pod sceną.

Krótko przed 20 sceną zawładnęli Niemcy z Goatblood mający na koncie trzy wydane na kasetach magnetofonowych dema "Invocation of Doom" (2013), "Sadistic Body Rites" (2013) i "Nekro Rituals" (2014). Ich muzyka to chamski, prymitywny, lejący po mordzie black/death metal, toporny, acz do bólu agresywny. Zgromadzonej widowni raczej się podobało. Image sceniczny muzyków odpowiedni do wykonywanej muzyki: łańcuchy, odwrócone krzyże, zdarte spodnie, naboje, dualne zdzieranie strun głosowych. Podobało mi się. Ktoś z tyłu co chwila skandował "Piwko!", "Zagrajcie piwko!"... muzyka Goatblood sprawdza się idealnie w trakcie konsumpcji browaru. To fakt.

Natomiast black metalowe trio Satanize z Portugalii, które zawładnęło sceną Bazyla po Goatblood trochę mnie wymęczyło. Kapela ma na koncie wiele dem, splitów i trzy długograje (ostatni "Black Rotten Witchcraft" z 2013 roku), ale osobiście nie zadałem sobie wiele trudu przed koncertem Portugalczyków by zapoznać się z ich zrytualizowanym black metalem. Przesłuchałem ze 2-3 kawałki dostępne na Youtube i to wszystko. Na zdjęciach Satanize pozują w mnisich habitach, a tutaj pierwsze zaskoczenie... jedynie wokalista zespołu o długachnej ksywie Reverend of Blasphemous Incantations and Dark Summonings odziany był w czarny habit. Facet dysponuje cholernie agresywnym black metalowym wokalem, ale koncert Satanize był dość monotonny, a co za tym idzie repetytywny. Brak zróżnicowania  skutkował znużeniem u niżej podpisanego. Generalnie mundial mam gdzieś, ale nażelowany perkusista zespołu rzeczywiście odrobinę przypominał Cristiano Ronaldo. :-)

Natomiast włoski death metalowy Horrid mnie porwał. To prawdziwi weterani death metalowego łomotu, gdyż istnieją od 1988 roku, a pierwsze demo "Eternal Suffering" nagrali w 1992 roku. Zagrali bardzo fajny, kopiący w dupsko koncert - przyłoili energetycznym death metalem w stylu starego Autopsy oraz starej szwedzkiej szkoły a la Carnage, Grave czy Dismember. Tak mi się podobało, że po koncercie poleciałem kupić ich ostatni album "Sacrilegious Fornication" (2014), z którego zaprezentowali wczoraj na żywo kilka kawałków, w tym noszący tytuł starego satanicznego horroru z 1970 roku "Blood on Satan's Claw" Piersa Haggarda. Zaiste krew na pazurze Szatana! Szwedzkie riffy i harmonie, doom metalowe zwolnienia, głęboki, mrożący krew w żyłach growling... i młyn pod sceną wskazany! Świetny, tryskający pieprzoną energią koncert zespołu, który powinien być w Polsce o wiele bardziej znany i doceniany.

Mystifier... po raz pierwszy usłyszałem Brazylijczyków wiele lat temu dzięki kawałkowi "Give the Human Devil His Due", który znalazł się na soundtracku do filmu "Gummo" (1997) Harmony Korine'a. Byłem cholernie ciekaw, jak zaprezentuje się legenda brazylijskiego black metalu na żywo. I muszę przyznać, że "canarinhos" brazylijskiego, podszytego okultyzmem i Crowleyem black metalu dali z siebie wszystko. Takiej fenomenalnej prezencji scenicznej wiele kapel może im pozazdrościć. W trakcie Mystfier Tour 2014 zespół zaprezentował się z nowym wokalistą Diego Araujo, który zastąpił Meugninousouana. Ze starego składu Mystifier pozostał jedynie ciemnoskóry ex-basista, obecnie gitarzysta Beelzeebubth. Od początku swojej aktywności Mystifier wykazywał fiksację na punkcie okultyzmu... wczoraj na koncercie dało się to odczuć. Fantastycznie wypadły na żywo agresywne black/thrash metalowe sekcje płynnie przechodzące w majestatyczne doom metalowe zwolnienia. Pod sceną wrzący kocioł, w którym parokrotnie brałem udział uniesiony intensywną muzyką Brazylijczyków. Już po koncercie (i po bisach) uśmiechnięty i szczęśliwy Beelzeebubth gorąco dziękował polskim maniakom za przyjście na koncert. W publiczność poleciały koszulka perkusisty Mystifier (fenomenalny Alex Rocha), jedna sztuka kompilacji na digipacku "25 Years of Blasphemy and War" plus obowiązkowo pałki perkusyjne. Szkoda, że nie znalazłem na merchu re-edycji mojego ulubionego (wyprzedanego już dawno temu) albumu Mystifier "Goetia" (1993). Niemniej warto przychodzić na takie koncerty jak wczorajszy. Kto nie był, niech żałuje...