Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 września 2022

Trobar de Morte i Garmarna w Bazylu, 11 września 2022 (fotorelacja)

                                                          







Pierwszy mój koncert po dwumiesięcznej przerwie. Z różnych przyczyn musiałem odpuścić gigi Die Krupps i Front Line Assembly, Krisiun i Cannibal Corpse oraz Massacre - z tych wcześniej planowanych. Tym razem wybrałem się do poznańskiego Bazyla na występ Trobar de Morte (Hiszpania) i Garmarna (Szwecja). Przed koncertem nie omieszkałem bliżej zapoznać się z twórczością obu zespołów, gdyż znałem ją dość powierzchownie. Oczywiście lubię wszelkiej maści neofolk, dark folk, neoclassical czy neoclassical darkwave - zespoły pokroju Wardruna, Heilung, Dark Sanctuary, Elend, Tenhi, Vali, Der Blaue Reiter, Arcana, Empyrium, Forndom, The Moon and the Nightspirit, etc., jednakże zawsze celowałem w brzmienia bardzo melancholijne i refleksyjne. Jednakże wyszedłem po koncertach Trobar de Morte i Garmarna zachwycony.

Trobar de Morte to projekt Lady Morte, który powstał w 1999 roku i ma już na koncie kilka albumów studyjnych. Muzyka zespołu to dark pagan folk, czyli intrygujący miks muzyki średniowiecznej, etnicznej, neoclassical i neofolka. Zespół niejednokrotnie pojawiał się na słynnym niemieckim festiwalu gotyckim Wave Gotik Treffen, niemniej jednak nigdy wcześniej nie widziałem Hiszpanów na żywo. Ich magiczna i zrytualizowana muzyka inspirowana jest pogaństwem i uwielbieniem Natury. Brzmienia celtyckie i średniowieczne przeplatają się z wpływami orientalnymi. Zwraca uwagę bogactwo używanego przez utalentowanych muzyków instrumentarium np. skrzypce, hurdy-gurdy, dudy, flet, bouzouki,gitara akustyczna, itd. 

Koncert Trobar de Morte można określić jako zrytualizowany performance pełen tańców i rytuałów. I rzeczywiście kilkakrotnie na scenie pojawiła się profesjonalna tancerka Amaru Sabat, która wraz z Lady Morte tańczyła w trakcie występu. Wizualnie Trobar de Morte prezentują się po prostu zjawiskowo. Atmosferę tego niezwykłego show podkreślały kadziła, kielichy, miecze, maski i emisje dymu. Od muzyków emanowała radość grania, którą po prostu dało się wyczuć. Postaram się w przyszłości uzupełnić ich dyskografię, gdyż odpowiada mi także warstwa liryczna Trobar de Morte: nordyckie i celtyckie wierzenia, czarna magia, stare legendy i opowieści, zaklęcia i inkantacje. Dość powiedzieć, że na ostatnim albumie Hiszpanów "Book of Shadows" nie zabrakło coveru Wardruna "Helvegen".

Odsłuch: https://trobardemorte.bandcamp.com/album/the-book-of-shadows

W porównaniu do Trobar de Morte Szwedzi z Garmarna zaprezentowali się minimalistycznie, ale ich koncert także był piękny, dopracowany, energiczny, czasem delikatny i stonowany. Muzyka Garmarna (zespół powstał w 1990 roku, czyli na długo przed Wardruna czy Heilung) opiera się na starych skandynawskich balladach i tradycyjnych szwedzkich piosenkach folkowych. Także i tutaj usłyszymy skrzypce, gitary, hurdy-gurdy, perkusję, etc. Wokalistka Emma Hardelin naprawdę pięknie śpiewa po szwedzku. Zresztą tak jak w przypadku Trobar de Morte ze sceny emanowała radość grania, miłość do muzyki. 

Odsłuch: https://garmarna.bandcamp.com/

środa, 13 maja 2020

Masowe testowanie górników na Śląsku i paralela z grypą hiszpanką z 1918 roku

















Od soboty postanowiłem samodzielnie ruszać na tripy urbexowe. Mam już kilka miejscówek rozplanowanych po najbliższej okolicy. Ale nie o tym ma być ten post. Na Śląsku stoi 5 kopalń i wzrasta liczba zakażeń wśród górników i ich rodzin. Owa wzrastająca liczba zakażeń na Śląsku może niepokoić, ale ja patrzę na to z drugiej strony. Masowe testowanie przesiewowe górników na obecność koronawirusa (zarówno zdrowych, jak i nosicieli bezobjawowych) ujawni realną skalę zjawiska - przynajmniej na Śląsku. Ogólne testowanie populacji pozwoli ujawnić zakres rozprzestrzeniania się Sars-Cov2 na Śląsku i udowodni, że bezobjawowi albo umiarkowanie objawowi młodzi nosiciele odgrywają znaczącą rolę w ekspansji epidemii, gdyż są najbardziej mobilni. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w Polsce takie masowe testowanie tysięcy ludzi jest póki co nierealne, ale wreszcie z chaosu statystycznego zaczyna wyłaniać się jakiś bardziej wyraźny obraz, jakaś niepokojąca prawidłowość. Trzymam kciuki za Śląsk i za moich wspaniałych tamtejszych znajomych. Przynajmniej wiedza co do skali zjawiska na Śląsku będzie odrobinę pełniejsza.

I nie mam wcale wrażenia, że ktoś chce unicestwić rodzimy przemysł wydobywczy, co próbowało mi wmówić kilka spiskowo nastawionych osób w trakcie jałowych dyskusji internetowych. Kopalnie, w których fedrują rzesze górników to idealne wylęgarnie dla koronawirusa Sars-Cov2. A tam gdzie występują duże skupiska ludzi taki wysoce zaraźliwy wirus (patogen) jak Sars-Cov2 z łatwością przeskakuje z jednego nosiciela na kolejne osoby. Masowe zakażenia w DPS-ach (domach pomocy społecznej), call-center (szeroko komentowany przypadek z Seulu), nocnych klubach (przykładowo Seul, Berlin) czy w amerykańskich zakładach mięsnych to zapewne wierzchołek góry lodowej. Koronawirus Sars-Cov2 powodujący chorobę Covid19 może sprawnie rozprzestrzeniać się także w takich zatłoczonych miejscach jak np. więzienia, szpitale psychiatryczne, obozy uchodźców czy domy dziecka.

Warto zatem sięgnąć do analogii z grypą hiszpanką, której pandemia uśmierciła w latach 1918-20 50-100 milionów mieszkańców Ziemi, w tym około 700 000 Amerykanów. Także wówczas zamykane były szkoły, place zabaw, boiska, kościoły, bary, kina, teatry oraz firmy, odwoływane festiwale, uroczystości kościelne czy parady uliczne. Także wówczas do masowych zakażeń dochodziło m.in. w kopalniach. Grypa hiszpanka nadeszła w trzech falach i błyskawicznie się rozprzestrzeniała. Tworzone były prowizoryczne szpitale (m.in. dla zakażonych żołnierzy) i izolatoria dla chorych. Pod szpitale adaptowano budynki sądów, szkolne audytoria (sale wykładowe) czy kościoły. Namioty z łóżkami szpitalnymi stawiano w parkach. W 1918 roku nie było jednak antybiotyków czy leków przeciwwirusowych, do pewnego momentu nie wiedziano, że za grypą hiszpanką stoi wirus podtypu H1N1. Także wówczas globalna pandemia doprowadziła do potężnego zakłócenia funkcjonowania więzi społecznych, ekonomicznych i gospodarczych. Przyhamować ją mogły jedynie surowo przestrzegane i skutecznie egzekwowane reguły dystansowania społecznego.

Mamy dużo szczęścia z koronawirusem Sars-Cov2, gdyż zabija on osoby starsze, z chorobami współistniejącymi oraz osoby z osłabionym układem odpornościowym. Wirus H1N1 zabijał dużo ludzi w przedziale wiekowym od 20 do 40 roku życia, zatem na pewno bym się tutaj zakwalifikował do zgonu jako mężczyzna przed 40-tką. Podatni na śmiercionośną grypę hiszpankę byli m.in. górnicy, liczne zachorowania i zgony dotyczyły także kobiet w ciąży. Obawiając się rychłego zachorowania i śmierci ludzie próbowali leczyć się samemu i słuchali wszelkiej maści szarlatanów i demagogów. Próbowano leczyć się poprzez używanie i spożywanie cebuli czy picie whisky. W dobie pandemii koronawirusa przestraszeni ludzie też są skłonni do wiary w różne dziwaczne teorie spiskowe (rzekomo szkodliwa technologia 5G mająca związek z pandemią koronawirusa, urojona depopulacja poprzez przyszłą (?) szczepionkę Billa Gatesa, który stał się dla wielu złem wcielonym, noszenie maseczek jako oznaka niewolnictwa i tym podobne bzdury), gdyż szukają prostych wytłumaczeń kryzysowej sytuacji, w której się znaleźli. Niektórzy wszędzie węszą spiski i zamiast doceniać ratowników medycznych, pielęgniarki i lekarzy żywią do nich niechęć, a nawet nienawiść.

W trakcie pandemii grypy hiszpanki niektóre miasta czy lokalne rządy znosiły obostrzenia zbyt szybko, co prowadziło do wybuchu drugiej bądź trzeciej fali zakażeń. Także poluzowywać obostrzenia w gromadzeniu się i przemieszczaniu się należy bardzo ostrożnie (i z naciskiem na opinię wybitnych epidemiologów). Każdy zakażony Sars-Cov2 może zakazić 2.2-2.5 innych osób, a osoba chora na grypę sezonową 1.3. Grypa hiszpanka dla porównania: nosiciel zakażał od 1.4 do 2.8 osób.

Każda taka przeszła epidemia bądź pandemia powinna być lekcją dla współczesnego społeczeństwa, ponieważ podobieństw jest mnóstwo - trzeba chcieć je jedynie dostrzec.

sobota, 31 października 2015

La Noche de los Asesinos/ Night of the Assassins (1976) - recenzja

Mamy 31 października 2015 roku, czyli celtycki Samhain, z którego wywodzi się Halloween. Tego dnia warto sięgnąć po jakiś horror i obejrzeć go w domowym zaciszu z przyjaciółmi bądź samemu. Mój wybór padł na "Night of the Asssassins" (1976), czyli gotyckie giallo Jesusa Franco oparte na "Kocie i kanarku" Johna Willarda (błędne przyporządkowanie Edgarowi Allenowi Poe, co Franco uczynił zapewne w celach komercyjnych) oraz luźno na powieści Edgara Wallace'a "The Terror" zaadaptowanej filmowo w 1965 roku jako "The Sinister Monk". Akcja "La Noche de los Asesinos" toczy się w angielskim zamczysku, gdzie gromadzą się jego rezydenci by wysłuchać testamentu zamordowanego Lorda Archibalda Mariana. Poszczególni członkowie rodziny Marian są po kolei mordowani przez tajemniczą, odzianą w czerń postać ukrywającą się za maską czaszki. Morderca posługuje się przy tym fragmentami z książki "The Apocalypse" ("Ziemia, by nas pogrzebać. Wiatr, by nas biczować. Woda, by nas utopić. Ogień, by nas spalić.") Złoczyńcę usiłują powstrzymać detektyw Scotland Yardu Olive Brooks (Alberto Dalbés) oraz Inspector Bore (Vincente Roca).

"Night of the Assassins" nie jest typowym filmem Jesusa Franco, gdyż praktycznie nie zawiera erotyzmu ani nagości. To atmosferyczne gotyckie giallo z ciekawą intrygą i makabrycznym nastrojem. Niektóre sceny zapadają w pamięć m.in. pierwsze morderstwo patriarchy rodziny, czyli barbarzyńskie pogrzebanie żywcem ofiary, którego związane na plecach ręce jako jedyne wystają z ziemi. Inna ofiara mordercy-czaszki zostaje przywiązana do skały i pozostawiona na pastwę morskich fal. Franco udaje się wykreować złowieszczą gotycką atmosferę potęgowaną przez gęstą ciemność, nadmorski wicher i rzęsisty deszcz. Cień włoskich gialli zdaje się czuwać nad "La Noche de los Asesinos", a już w szczególności filmów Mario Bavy i Dario Argento. Aktorzy grają przyzwoicie, na uwagę zasługuje między innymi udana rola Liny Romay. Trudno nie polubić "Night of the Assassins" - to zdecydowana czołówka najlepszych filmów Jesusa Franco wraz z "Faceless" (1988) i "The Awful Dr. Orloff" (1962).

środa, 16 września 2015

Autumnal i Saturnus w Liverpoolu, Wrocław, 15 września 2015 (fotorelacja)



















Zastanawiałem się czy jechać na ten koncert i decyzję podjąłem na 2-3 dni przed datą gigu. Od lat jestem wielkim fanem doom metalu, choć zapuszczam się przede wszystkim w rejony death doom metalu, funeral doom metalu, black doomu czy sludge doomu. O ile kapele sludge doom metalowe czy stonerowe cieszą się jeszcze względnym powodzeniem, o tyle na gigi zespołów pogrzebowo doom metalowych przychodzą śladowe liczby fanów (znam to z autopsji). Przykładowo na ubiegłoroczny wrocławski koncert Loss i Worship przyszła zaledwie garstka ludzi. O trasie Autumnal i Saturnus dowiedziałem się przypadkiem, bo tak naprawdę niewiele było o niej wzmianek w sieci. Na szczęście publika we wrocławskim Liverpoolu dopisała, choć nie ma mowy o jakimś tłumie. Można się było wygodnie ustawić najbliżej sceny, robić zdjęcia i chłonąć melodyjny doom metal obu kapel.

Z muzyką Hiszpanów z Autumnal zetknąłem się powierzchownie przed koncertem przesłuchując na Youtube ich debiutancki album "Grey Universe" z 2006 roku. Muzycznie death doom z gotyckimi naleciałościami niewątpliwie inspirowany wczesną Anathemą i My Dying Bride. Na drugim albumie zespołu "The End of the Third Day" (2014) słychać natomiast echa Katatonii (mój ulubiony kawałek to rewelacyjnie wykonany cover Supertramp). Koncert Autumnal podobał mi się, choć nie powalił mnie na kolana (przynajmniej w porównaniu z Saturnus). Mimo wszystko muzycy Autumnal są zgrani i tryskają entuzjazmem, co cieszy. Nie mam pojęcia jaka była set-lista (chyba zagrali "The Storm Remains The Same"), ale bawiłem się całkiem dobrze. Najbardziej podobały mi się nieliczne fragmenty z death metalowym growlem wokalisty Javiera de Pablo, który dysponuje także emocjonalnym czystym wokalem. Jego śpiew autentycznie przykuwał uwagę kreując nastrój nostalgii i smutku. Lubicie wczesną Anathemę, Katatonię, My Dying Bride, Draconian czy Type O'Negative? Warto zapoznać się z Autumnal. Zarówno na żywo, jak i z płyt.

Duńczyków z Saturnus powinien znać każdy szanujący się fan melodyjnego doom death metalu. Ich płyta "Paradise Belongs to You" z 1996 roku to esencja żalu i utraty przekuta na dźwięki. Inna sprawa, że wszystkie kolejne długograje Saturnus, czyli "Martyre" (2000), "Veronika Decides to Die" (2006) czy "Saturn In Ascension" (2012) są znakomite. Każdy z nich jest tak jakby melancholijną i niezwykle absorbującą osobliwością. Czasem odnoszę wrażenie że większość fanów szeroko pojętej muzyki metalowej kojarzy doom death z takimi kapelami jak My Dying Bride, wczesną Anathemą i Paradise Lost. I słusznie, ale co z takimi zespołami jak chociażby norweski Funeral czy właśnie Saturnus? Są znane, ale raczej wśród osób, które siedzą trochę w doom metalowej melancholii. Dobra, dość tych dywagacji, skupmy się na wczorajszym koncercie, a ten był doprawdy znakomity. Saturnus stanął na wysokości zadania i zagrał przepięknie prezentując niezbyt licznej (tak w sam raz) widowni przekrojowo kompozycje ze wszystkich czterech długograjów. Niewątpliwym atutem Saturnus są przepiękne gitarowe melodie połączone z ogromnie emocjonalną atmosferą muzyki i warstwy lirycznej. Gitary, które potrafią być jednocześnie depresyjne, płaczliwe i kojące. Charyzmatyczny wokalista Saturnus Thomas Jensen w perfekcyjny sposób lawiruje pomiędzy głębokim growlingiem i delikatnymi partiami mówionymi. W kilku momentach gigu Saturnus odpłynąłem, znalazłem się w innej rzeczywistości niesiony falą smutku, romantyzmu, nostalgii. Chciałbym aby więcej kapel doom metalowych grało w naszym kraju - na szczęście coś się ruszyło w tym kierunku. 10 grudnia 2015 roku także w Liverpoolu zagrają Mourning Beloveth z Irlandii i Hooded Menace z Finlandii. Postaram się na tym gigu być, choć nie spodziewam się licznej frekwencji.

Set-lista Saturnus: "Litany of Rain", "I Love Thee", "Wind Torn", "Empty Handed", "Inflame Thy Heart", "Forest of Insomnia", "All Alone", "I Long", "Christ Goodbye" i zagrany na bis "A Father's Providence". Mam nadzieję, że żaden utwór mi nie umknął.

wtorek, 30 czerwca 2015

Mismatched, Decapitated Christ, Ulcer i Graveyard u Bazyla, 28.06.2015 roku (fotorelacja)



















Bardzo lubię koncerty metalowe i ich atmosferę. Staram się (jeśli tylko czas i finanse mi na to pozwolą) bywać na nich regularnie. W przypadku gigu Hiszpanów z Decapitated Christ i Graveyard bilet kosztował zaledwie 20 zł (w dniu koncertu 30 zł) grzechem było więc zignorować ów koncert. Kiedy dotarłem do Bazyla uboga frekwencja od razu rzuciła się w oczy. Niedziela nie jest sprzyjającym dniem na organizowanie podziemnych metalowych koncertów, ale wierni fani szwedzkiego death metalu tak czy owak stawili się tego dnia w klubie. Osobiście nigdy nie szalałem za szwedzkim death metalem, ale szanuję niektóre dokonania Grave, Dismember czy Entombed. W 'szwedzkim' stylu grają chociażby Ulcer czy Hiszpanie z Graveyard, a także rodacy z The Dead Goats.

Jako pierwsi na scenie Bazyla zaprezentowała się młodzież z Mismatched promująca wydane własnym sumptem demo "Obscura Abyssum A Ment" (2015). Całkiem przyzwoity death metal z potężnym groovem. Rola otwierającego zespołu zawsze jest trochę niewdzięczna, gdyż zazwyczaj z frekwencją pod sceną jest jeszcze bardzo słabo, ale krótki gig Mismatched przypadł mi do gustu. Co ciekawe, cały koncert odbył się bez żadnej obsuwy za co wszystkie zespoły i organizatorów należy pochwalić.

Decapitated Christ z Barcelony zawładnęli sceną Bazyla po Mismatched. Rzeczywiście kapela jest u nas praktycznie nieznana, choć istnieją od 2005 roku i mają na swoim koncie cztery długograje. Muzycznie Zdekapitowany Chrystus para się bluźnierczym staroświeckim death metalem. Brutalne gitarowe riffy, solidny growling obu wokalistów, fantastyczna praca perkusji. Bardzo mi się podobał koncert Hiszpanów, oj bardzo. Zagrali m.in. zadedykowany kardynałowi Ratzingerowi "Black Rites for the White Pope" z trzeciego albumu "The Perishing Empire of Lies" (2013) oraz "Hexenhammer" z ostatniego jak dotąd albumu "Arcane Impurity Ceremonies" (2014). Żałuję że nie kupiłem żadnej ich płyty, ale będę śledził poczynania Hiszpanów. Ogromny plus za pozytywny kontakt najstarszego członka DC gitarzysty Ghortha z niezbyt tłumnie zgromadzoną w Bazylu publiką.

W rodzimym Ulcer grają członkowie Blaze of Perdition, Deivos i Abusiveness m.in. gitarzysta Mścisław, perkusista Wizun i wokalista Angelfuck. Nazwa zespołu wcześniej obiła mi się o uszy, ale z muzyką Ulcer nie byłem obeznany. Z drugiej strony zespołów na globalnej scenie metalowej są tysiące i nie sposób przedrzeć się przez ten nieprzebyty gąszcz. Podczas koncertu lubelski Ulcer skupił się na kawałkach z płyty "Grant Us Death" (2013) będącej soczystym kawałem death metalowego mięcha. Zagrany w szwedzkim stylu a la Dismember, Entombed czy Carnage death metal Ulcer potrafi być dziki i odrażający, choć nierzadko potrafi zaskakiwać solidną techniką oraz świetnymi solówkami. Jestem bardzo kontent że widziałem Ulcer na żywo - w pamięci mając gigi Deivos i Abusiveness przed Varathron i Rotting Christ.

Graveyard, czyli death metalowcy z Barcelony przypierdolili old-schoolowym death metalem punktualnie po 22. Hiszpanie nie kryją fascynacji mitologią Cthulhu stworzoną przez Samotnika z Providence Howarda Phillipa Lovecrafta (co widoczne jest chociażby na ich drugim albumie "The Sea Grave" z 2013 roku). Yog-Sothoth, Nyarlathotep, Wielcy Przedwieczni, itd. Któż ze starszych wiekiem słuchaczy metalu nie zaczytywał się kiedyś w opowiadaniach Lovecrafta nie czując przy tym oddechu kosmicznej grozy? Hiszpanie są mistrzami szwedzkiego death metalu a la Dismember, Entombed i Carnage, a ich koncert był wspaniały: pełen energii, brutalności i dobrej zabawy. Jako fanowi death doom metalu przypadły mi do gustu miażdżące doomowe riffy a la Autopsy oraz złowieszczy nastrój muzyki Graveyard. Set-lista Hiszpanów była następująca: "The Visitations of the Great Old Ones", "Faces of the Faceless", "One with the Dead", "Necrology", "Silent Whispers of the Graveless", "The Altar of Sculpted Skulls", "The Nurturing of the Cadaver", "A Dream of a Million Corpses", "Walking Horrors of the Undead" i "Blood of Vengeance". Czyli dość przekrojowo.

Swoją drogą niedawno zapoznałem się z bardzo dobrym projektem funeral doomowym dwóch muzyków Graveyard pod nazwą Of Darkness. Odrażający pogrzebowy doom, który polecam wielbicielom tego typu grania. Tymczasem wracam do słuchania "The Umbersun" (1998) Elend.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Wrotycz 2015, 11 kwietnia 2015 roku (fotorelacja)

Miałem miłe wspomnienia z ubiegłoroczną edycją Wrotycz Festival, zatem trzeba było wziąć udział w drugiej edycji 11 kwietnia 2015 roku. Lokalizacja ta sama, czyli Nowa Gazownia przy ulicy Ewangelickiej 1. Moja obecność musiała być obowiązkowa, gdyż w Polsce większe imprezy skierowane do publiczności rozkochanej w szeroko pojętej muzyce gotyckiej czy dla wielbicieli dark ambientu są raczej sporadyczne. Przed Nową Gazownią pojawiłem się krótko po 18 wcześniej natykając się na Łukasza z dark ambientowego Abandoned Asylum. Jako pierwszy przy znikomej jeszcze publiczności zaprezentował się rodzimy projekt artysty dźwiękowego i multiinstrumentalisty Huberta Wińczyka pod nazwą Urinatorium. Chyba jeszcze nie byłem gotów na dłuższe słuchanie muzyki (kusili znajomi oraz stoisko z płytami uginające się od CD z dark ambientem, noisem i neofolkowymi brzmieniami), zatem na występ Urinatorium zerknąłem jedynie pobieżnie. Na pewno jest to intrygująca eksperymentalna porcja dźwięków, gdyż podczas występów czy nagrań Hubert wykorzystuje (cytuję) "narzędzia, odpadki z metalu i tworzyw sztucznych, generator akustyczny, nagrania terenowe, dyktafony, głos (nie)ludzki, mikrofony kontaktowe, radio, dziecięce instrumenty, efekty gitrarowe, rezonans, skrajnie niskie i skrajnie wysokie częstotliwości".

Występ Haven widziałem już w całości i przypadł mi do gustu. Porywający mariaż trip-hopu, industrialu i muzyki klubowej z intrygującym pierwiastkiem kosmicznym. Do tego rewelacyjne wizualizacje: rozmaite formy geometryczne, aktywne sieci połączeń neuronalnych, kawałki kosmicznego gruzu, etc. Widać że dla muzyków Haven (Marcin Jarmulski i Radosław Deruba) koncept wizualny jest nie tyle dopełnieniem występu, co jego równorzędnym elementem.

Norweski projekt dark ambientowy Svartsinn Jana Rogera Pettersena wystąpił w 2008 roku w Poznaniu w Piwnicy 21, ale zabrakło mnie na tamtym koncercie. Svartsinn to dark ambient taki jaki cenię: przestrzenny, mroczny, przenikliwy, głęboki niczym najczarniejsza otchłań. Oczywiście już od pierwszych minut występu Jana Rogera dałem się ponieść ciemnym falom generowanego przez niego dark ambientu. Jako wizualizacje posłużyły (niekiedy spowolnione) sekwencje z jednego z moich ukochanych włoskich horrorów, a mianowicie "Inferno" (1980) w reżyserii Dario Argento. Nie mogło oczywiście zabraknąć chociażby słynnej sekwencji (którą wyreżyserował Mario Bava) nurkowania Irene Miracle w znajdującym się pod wodą pomieszczeniu. I choć split Northaunt & Svartsinn "The Borrowed World" wypełniają dwie kompozycje zainspirowane post-apokaliptyczną powieścią Cormaca MacCarthy'ego "Droga" wizualizacje ze stylowego horroru Argento idealnie pasowały do zaprezentowanego "Ashes of the Late World" z rzeczonego splitu. W każdym razie występ Svartsinn wgniótł mnie w ziemię.

Kolejną niespodzianką była dla mnie austriacka formacja The Devil and the Universe, tym bardziej że wcześniej nie znałem nietuzinkowej muzyki (określanej mianem "goat wave") tria w maskach kozłów. Co prawda odziani w mnisie habity muzycy mieli na sobie maski jedynie na początku występu, ale ich koncert został niezwykle żywiołowo przyjęty. Mamy tutaj do czynienia z satanizmem i okultyzmem w oparach absurdu - oprócz satanicznych wizualizacji i scen z satanicznych horrorów ("Satan's Blood" Carlosa Puerto z 1977 roku, czyli naga kobieta prowadząca pewną parę do rozrysowanego na podłodze pentagramu) w wizualizacjach przewijały się humorystyczne akcenty z trzema postaciami w maskach kozłów. Jak dla mnie bomba, czego niestety nie da się powiedzieć o następnym koncercie Hiszpanów z Ô Paradis.

Obejrzałem może ze 20 minut koncertu Ô Paradis i wyszedłem znudzony zaczerpnąć świeżego powietrza. Ich eksperymentalny pop-folk wydawał mi się zbyt rozwleczony i delikatny. Może to nie była odpowiednia pora, aby około 23 prezentować takie eteryczne i przesycone wrażliwością dźwięki. W każdym razie sala koncertowa Nowej Gazowni podczas występu tria z Ô Paradis znacznie się przerzedziła. Ci co jednak zostali nagradzali zespół oklaskami.

Na zwieńczenie Wrotycza 2015 Nową Gazownią zawładnął Geoffroy D. z Dernière Volonté, któremu towarzyszył Andy Julia z Soror Dolorosa jako perkusista. Obaj muzycy dali wyborny i porywający koncert - czuło się płynącą ze sceny dzikość i energię. Dla rzeszy fanów przybyłych na miejsce Geoffroy D. zaprezentował następujące piosenki: "Au Travers Des Lauriers", "L'Ombre Des Reverberes" (utwór bisowany), "Corps Languissant", "Impossible", "A Jamais", "Toujours" i "Mon Meilleur Ennem", czyli generalnie materiał z dwóch ostatnich płyt Dernière Volonté. Piękny mariaż wojskowej perkusji, elektroniki oraz popowych melodii, a bębny Andy'ego Julia brzmiały po prostu nieziemsko.

Tym razem afterparty miało miejsce w poznańskiej Strefie B, ale zostałem na nim jedynie 45 minut. Wróciłem do domu około 3.30 w nocy.