Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groza. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 czerwca 2023

"Verfolger" (1994) i "Elevated" (1997) - recenzje

Ostatnio oprócz przypomnienia sobie kilku moich ulubionych horrorów z lat 80-tych (np. obozowego slashera "Uśpiony obóz" z 1983 roku) postanowiłem obejrzeć oszukać kilka krótkometrażowych filmów grozy. Mam wrażenie, że kino krótkometrażowe jest przez entuzjastów X Muzy traktowane nieco po macoszemu, choć na dobrą sprawę początki kina to wyłącznie filmy krótkometrażowe. Dwa z tych filmów zasługują na szczególną uwagę:

"Verfolger" (1994) w reżyserii Sebastiana Niemanna - Intrygujący krótkometrażowy horror o młodej turystce z plecakiem prześladowanej przez czarną furgonetkę, która łaknie ludzkiej krwi. Pozbawiony dialogów, utrzymany w czarno-białej tonacji, przyzwoicie zagrany i zrealizowany, niepokojący. W trakcie seansu wyczuwałem wpływy "The Car" (1977), "Wampira z Feratu" (1982), ale także grozy cyberpunkowej a la "Tetsuo" (1989) czy "Hardware" (1990). 

"Elevated" (1997) - Debiutancki horror krótkometrażowy od reżysera "Cube" (1997) Vincenzo Natali. Ben i Ellen to pasażerowie windy, którzy chcą dojechać na parter. W pewnym momencie wbiega do nich okrwawiony ochroniarz imieniem Hank, który twierdzi, że na zewnątrz grasuje potwór a la "Alien"...

Pierwszorzędny montaż, dobra reżyseria, wiarygodne aktorstwo i doskonałe oświetlenie. Wzorcowo uchwycona atmosfera grozy, chaosu i paranoi w zamkniętej przestrzeni oraz trochę krwi. Wieczorny seans "Elevated" zachęcił mnie do odświeżenia nietuzinkowego "Cube" (1997).

środa, 30 czerwca 2021

Studnia, wahadło i nadzieja (1983) - recenzja

Z tego co się zorientowałem to nigdy na blogu nie recenzowałem nic z mrocznych filmów/animacji Jana Svankmajera, zatem trzeba nadrobić. W tym przypadku mamy do czynienia z autentycznie mrocznym filmem krótkometrażowym będącym adaptacją "Studni i wahadła" Edgara Allana Poego oraz "Tortury nadziei" Auguste Villiers de l’Isle-Adama. Niniejszy krótki metraż to najczystszy surrealistyczny koszmar, nakręcony z pierwszej perspektywy (POV), pełen mroku, smutku, napięcia, szczurów i cieni. Autentycznie przerażający z doskonałą animacją podkreślającą posępną atmosferę terroru. Tak jak ktoś słusznie zauważył wielu reżyserów horrorów mogłoby uczyć się od czeskiego mistrza surrealizmu umiejętności budowania atmosfery grozy i niesamowitości. Czas trwania: 15 minut.

Do obejrzenia: https://vimeo.com/501406210

poniedziałek, 3 listopada 2014

The Outing/ Lampa (1987) - recenzja

W ramach nostalgicznego powrotu do kina grozy lat osiemdziesiątych przypomniałem sobie dziś "The Outing" (1987) w reżyserii Toma Daleya, horror o morderczym dżinie zamkniętym w antycznej lampie. Troje młodych rzezimieszków włamuje się do domu zamieszkanego przez dziwaczną staruszkę (Deborah Winters), aby ukraść jej pieniądze. Niestety wiedźmowata baba nie ma przy sobie żadnej forsy, jedynie lampę z dżinem zamkniętym w środku. Ten po otarciu lampy wydostaje się na wolność i zabija trójkę nastolatków, a staruszka kończy z wbitą w czoło siekierą. Policja odsyła lampę do muzeum, gdzie artefakt znajdzie się pod opiekę archeologa Dr.Wallace'a (James Huston). Naukowiec określa jej wiek na 3500 lat przed naszą erą. Córka archeologa Alex wraz ze swoim chłopakiem i grupką przyjaciół postanawiają spędzić piątkową noc w piwnicy muzeum. Nie zdają sobie sprawy, że po muzeum grasuje demoniczny dżin, który morduje każdego kto mu stanie na drodze używając do rozlewu krwi nadprzyrodzonych mocy.

Ów tani slasher widziałem po raz pierwszy w roku 2003 na polskiej kasecie video (dystrybucja Gaby). Mamy tutaj do czynienia z typowym horrorem młodzieżowym z lat 80-tych, który operuje gatunkowymi schematami: głupawe młodzieżowe żarty, zazdrosny eks-chłopak Alex, który wraz kumplem potajemnie dostaje się do muzeum, aby dopiec dziewczynie, jej nowemu chłopakowi i ich przyjaciołom. Sceny morderstw są dość makabryczne i przykładowo obejmują zabicie śpiewającego operowe arie strażnika włócznią, odgryzanie palców przez ożywioną mumię z Ameryki Południowej czy też atak węży na kąpiącą się w wannie nastolatkę. Postaci są jednowymiarowe, ale to akurat nie ma większego znaczenia, gdyż film ogląda się przyjemnie. Niektórzy starsi wiekiem fani horrorów zapewne pamiętają wyprodukowany przez Wesa Cravena horror "Wishmaster" z 1997 roku (w Polsce znany pod tytułem "Władca życzeń"). "Lampę" zrealizowano 10 lat przed owym popularnym przebojem na video. Nadto "The Outing" zawiera szczyptę golizny, próbę gwałtu (zwróćcie uwagę na penis w stanie erekcji jednego z aktorów kryjących się za afrykańską maską!) i całkiem udane jak na rok powstania efekty specjalne np. animatronicznego dżina, który wygląd zalatuje jednak nieco kiczem. Typowe niskobudżetowe kino grozy lat 80-tych: głupiutkie i na swój sposób urocze. Naprawdę wolę tego typu filmy, niż masę współczesnego kręconego kamerą cyfrową chłamu z przeznaczeniem na rynek DVD.

niedziela, 2 listopada 2014

Horrorowy weekend: "Wrong Turn 6" (2014) i "Across the River" (2013)
















Halloween już co prawda za nami - ostatecznie nie udało mi się 31 października obejrzeć żadnego filmu grozy, ale nadrobiłem w Zaduszki. Zaczynamy.

"Wrong Turn 6: Last Resort" (2014, reż. Valeri Milev) - Szósta część popularnej serii horrorów o kanibalistycznych mutantach kryjących się po lasach i polujących na ludzi. Na otwarcie otrzymujemy krwawy mord dokonany na dwójce rowerzystów, którzy wcześniej uprawiali seks w gorącym źródle. Potem pojawia się Danny (Anthony Llott) z dziewczyną Toni i grupką przyjaciół. Borykający się z problemami emocjonalnymi chłopak dziedziczy okazały hotel uzdrowiskowy w Hobbs Springs od rodziny, której nie zna. Nie ma to jak więzy krwi. Jego nowa rodzina obejmuje Sally (Sadie Katz) i Jacksona (Chris Jarvis), brata i siostrę żyjących w kazirodczym związku. Toni staje się podejrzliwa i ma rację, gdyż szybko okaże się, że Sally i Jackson są spokrewnieni z kanibalistycznymi mutantami One Eye i Three Finger. Kiedy towarzysze Danny'ego zaczynają ginąć w makabryczny sposób nie wiadomo po czyjej stronie stanie Danny. Dowiemy się tego w finale.

Seks, gore i wymyślne sceny śmierci. Z tego słynie seria "Wrong Turn", ale w szóstce rzezi jest mniej niż w poprzednich częściach. Chociaż muszę przyznać, że scena z eksplozją ciała po wlaniu ofierze litrów wody z węża pożarniczego do tyłka robi wrażenie. Postaci są irytujące, fabuła jest momentami przekombinowana i w dodatku sporo zapożycza z "Texas Chainsaw 3D" (2013). Nie miałem okazji widzieć "Wrong Turn 5", swoją przygodę z "Drogą bez powrotu" zakończyłem na czwórce. Może to i dobrze, ale coś mnie podkusiło, żeby obejrzeć szóstkę. Trochę się zawiodłem, choć w filmie gore, seksu i golizny nie brakuje. Szkoda tylko, że fabularnie film nie powala, ba, momentami ma się wrażenie sporego déjà vu. Jestem jednak pewien, że w niedalekiej przyszłości powstanie siódma część cyklu. Pytanie tylko po co?

"Across the River/ Otre il Guado" (2013, reż. Lorenzo Bianchini) - Chciałem coś obejrzeć z włoskiej grozy i wybór padł na "Across the River" w reżyserii Lorenzo Bianchini. Marco (Marco Marchese) jest etologiem, który pracuje w leśnych ostępach na granicy Włoch i Słowenii. Jego rolą jest doglądanie dzikiej zwierzyny, monitorowanie jej aktywności za pomocą kamer i nadajników GPS. Lecz w nocy coś zaczyna Marco niepokoić: słyszy kobiece krzyki dochodzące z lasu. Woda leśnego strumienia niesie zagadkowe damskie okrycia. Marco odnajduje także zwłoki zmasakrowanych zwierząt w opuszczonej przez ludzi wiosce. Przeglądając nagrania z kamer naukowiec widzi dwie długowłose dziewczęta paradujące po lesie w nocy. Kim są owe niewiasty i jaka złowieszcza tajemnica się z nimi wiąże?

Spokojny, acz perfekcyjnie zrealizowany horror z dużą dawką niedopowiedzeń. Jaka odmiana po dość krwawym "Wrong Turn 6". Tempo akcji bywa momentami ospałe, ale ogromnym plusem filmu jest lokalizacja, a zwłaszcza rozkładające się ruiny wioski w lesie. "Across the River" wydaje się być horrorem minimalistycznym, co jednak działa na jego korzyść. Znakomita kreacja aktorska Marco Marchese: facet gubi się w lesie, jest kompletnie sam i nie ma pojęcia co go czeka. W "Across the River" nawet subtelne niuanse mają znaczenie, a niektóre sceny powodują ciarki na plecach. Zmaganiom Marco z dojmującą samotnością (i ledwo namacalną grozą) towarzyszy znakomita ścieżka dźwiękowa Stefano Sciascia. Subtelny i sugestywny horror dla widzów, którzy lubią się bać.

piątek, 31 października 2014

Rezydencja Los Feliz i duchy przeszłości



















Halloweenowa historia na dzisiaj. Czy zamieszkali byście w domu, w którym przed laty doszło do masowego morderstwa? Czy odważylibyście się tam wejść i np. spędzić noc w środku? Ja na pewno. W końcu Trent Reznor, lider Nine Inch Nails przez pewien czas zamieszkiwał w rezydencji, w której z rąk wyznawców Mansona umarła Sharon Tate. Rezydencja Los Feliz na 2475 Glendower Place w Los Angeles jest specyficzna. Nie dość, że przed wielu laty doszło tam do ponurego morderstwa to jeszcze jej obecni właściciele pozostawili ją w środku kompletnie niezmienioną. Podobno grasują w niej duchy. Rezydencja obecnie niszczeje i być może za kilka lat zostanie wyburzona. Któż to wie? Oto jej historia.

7 grudnia 1959 roku w nocy 50-letni kardiolog Harold N. Perelson zaatakował swoją rodzinę. Wpierw zamordował młotkiem 42-letnią żonę Lillian, a potem skierował swoją agresję na 18-letnią wówczas córkę Judye raniąc ją uderzeniami młotka. Krzyk siostry rozbudził dwójkę jej młodszego rodzeństwa: 11-letnią Debbie i 13-letniego Joela, Perelson widząc co się dzieje i chcąc dzieci uspokoić krzyknął do nich: "Wracajcie do łóżek! To tylko senny koszmar!". Przerażone dzieci go nie posłuchały i wybiegły z rezydencji w noc. Dzięki temu ocaliły życie. Doktor po zranieniu Judye (udało jej się przeżyć, krwawiąca wybiegła z rezydencji do sąsiadów) wrócił na chwilę do lektury 'Canto 1' "Boskiej komedii" Dantego, po czym popełnił groteskowe samobójstwo wypijając szklankę kwasu. Jego ciało odnaleziono leżące obok zakrwawionego łóżka żony. Spekulowano o problemach finansowych i depresji lekarza. Przez wiele lat rezydencja Los Feliz stała pusta. Jej obecny właściciel 81-letni Rudy Enriquez pozostawił wnętrze rezydencji niemal w niezmienionym stanie. Odwiedzał ją sporadycznie traktując jako magazyn i dokarmiając dwa koty.

Co można zobaczyć wewnątrz? Stare i pokryte kurzem meble w stylu retro doktora Perelsona zakryte prześcieradłami, czarno-biały telewizor, dużo gnijącego drewna, być może nawet stare rozbryzgi krwi, ale w to akurat wątpię, bo po morderstwie w 1959 roku na pewno dom został starannie oczyszczony z substancji organicznych - przynajmniej ze śladów krwi. Framugi okienne rozpadają się, dach zapewne przecieka. Krąży historia (co też potwierdzają zdjęcia jeszcze z 2013 roku), że w domu znajdowały się spakowane prezenty świąteczne ułożone na stole i czekające na otwarcie. Rezydencję wybudowano w 1925 roku i od 7 grudnia 1959 roku (czyli od nocy morderstw) nikt tam nie mieszkał. Niektórzy ludzie nadal boją się do niej podejść, bo wyczuwają "negatywną energię". Nasuwa się pytanie dlaczego?

A dom stał jak stoi. Jeszcze... Tak jakby czekał na powrót poprzednich mieszkańców.

Więcej zdjęć tutaj: http://mylabucketlist.com/2012/09/24/the-paranormal-house-in-los-feliz-bucket-list/

wtorek, 21 października 2014

Paryskie Imperium Śmierci



















W XVII wieku paryskie cmentarze pękały w szwach. Brakowało miejsc by grzebać umarłych, nierzadko trumny wystawały spod zwałów cmentarnej gleby. Rozwiązaniem okazała się istniejąca od XIII wieku sieć podziemnych tuneli pod Paryżem, w której rozpoczęto masowe pochówki zmarłych. Tunele owe stanowiły pozostałość po dawnych kamieniołomach wapienia, a obecnie stały się masowym ossuarium dla 6-7 milionów ludzi. A zaczęło się to tak. Mieszkańcy Les Halles żyjący w pobliżu najstarszego i największego paryskiego cmentarza Les Innocents zaczęli narzekać na odór rozkładu. Intensywny trupi zapach przeszkadzał nawet właścicielom paryskich perfumerii. Król Ludwik XV wydał w 1763 roku edykt zakazujący pochówków w Paryżu, ale wskutek opozycji Kościoła nikt go nie egzekwował. Jego sukcesor Ludwik XVI także domagał się, aby przenieść wszystkie cmentarze poza Paryż. W 1780 roku ulewne wiosenne deszcze doprowadziły do zawalenia się ogrodzenia cmentarza Les Innocents i wymywania zwłok z grobów. Kości i szczątki ludzkie trafiały na pobliskie podwórka Paryżan. 7 kwietnia 1786 roku zaczęto opróżniać paryskie cmentarze począwszy od Les Innocents i umieszczać kości w katakumbach pod ziemią. Przewożono je w wózkach zasłoniętych ciemnymi woalkami. Trwało to przez 12 lat. Jednak dopiero w 1810 roku czaszki i kości udowe zmarłych zaczęto starannie układać i aranżować w makabryczne rzędy i figury (np. krzyża) - dzięki Louisowi-Étienne Héricart de Thury. Najstarsze kości miały 1200 lat i pochodziły jeszcze z czasów Merowingów. Wśród pochowanych w paryskich katakumbach znaleźli się m.in. słynni rewolucjoniści Maximilien de Robespierre i Jean-Paul Marat. Przenoszenia kości do podziemnych ossuariów zaprzestano dopiero w 1860 roku. "Arrête! C'est ici l'empire de la Mort" - "Stój! To jest Imperium Śmierci". Wyrazisty komunikat dla poszukiwaczy mocniejszych wrażeń, którzy staną u wrót ossuarium.

O paryskich katakumbach wspominała Anne Rice w "Wywiadzie z wampirem" czy Victor Hugo w "Nędznikach". Paryskie katakumby odwiedzał też słynny osiemnastowieczny fotograf i karykaturzysta Nadar. Podziemne nekropolis jest największym na świecie. Miasta pożerają ludzi. Widać to dobitnie w paryskich katakumbach.

Ci, którzy nielegalnie penetrują Imperium Śmierci zwani są 'cataphiles'. Szukają ukrytych wejść, organizują pod ziemią pikniki i imprezy, narkotyzują się. Część paryskich katakumb przeznaczona dla turystów ma długość zaledwie 2 km. Masowa atrakcja dla turystów, którzy mogą po wydostaniu się z katakumb zakupić na pamiątkę woskową czaszkę bądź butelkę absyntu w kształcie czaszki. A votre santé!

Wszystkie zdjęcia: Martyna Suchoń, 15 października 2014 roku.

czwartek, 18 września 2014

Jako w piekle, tak i na Ziemi/As Above, So Below (2014) - recenzja
























Paryskie katakumby grzebalne to interesujące miejsce. Sieć podziemnych ossuariów, w których spoczywają kości sześciu milionów ludzi. l'Ossuaire Municipal. Największy Grób Świata. Repozytorium ludzkich kości. Podziemna kraina przesycona zapachem śmierci. Czaszki i kości udowe ułożone rzędami na ścianach, a także minerały wszelakie znajdowane w podziemiach Paryża. Pozostałości szkieletów noszące ślady rozmaitych deformacji. Poetyckie inskrypcje informujące wędrowców o tym, gdzie się znajdują i co na nich czeka. Dostać się do paryskich katakumb można poprzez wejście w Barrière d'Enfer. Zejście 19 metrów w dół przerywane jedynie przez odgłosy niedalekich cieków wodnych, potem wędrówka długim i wijącym się korytarzem z zaprawionych kamieni, wreszcie wędrowiec staje przed inskrypcją "Arrête! C'est ici l'empire de la Mort" ("Zatrzymaj się! Tutaj leży Imperium Śmierci") - a tam czekają na niego korytarze i pieczary ułożonych w rzędach kości, niekiedy z pietyzmem zaaranżowanych, a także zardzewiałe wrota prowadzące w głąb ziejących ciemnością korytarzy nie przeznaczonych do turystycznych wizyt. Ściany katakumb pokrywają graffiti, niektóre pochodzące z XVIII wieku. Reżyser "The Poughkeepsie Tapes" (2007) i "Quarantine" (2008) John Eric Dowdle postanowił osadzić fabułę horroru "As Above, So Below" (2014) właśnie w tej tkance podziemnych ossuariów. I wyszło to filmowi na dobre, nadało mu jakże efektownej i dusznej autentyczności.

Przypominająca mi nieco młodą Tori Amos Scarlett Marlowe (Perdita Weeks) jest nie znającą strachu profesor archeologii, która poszukuje śladów istnienia legendarnego kamienia filozoficznego za pomocą którego alchemicy próbowali przekształcić metale nieszlachetne (np. rtęć czy ołów) w złoto lub srebro za pomocą tzw. transmutacji. Poszukiwania zaprowadzają ją z Iranu w głąb paryskich katakumb, gdzie ma istnieć sekretne pomieszczenie z owym lapis philosophorum. Oczywiście Scarlett nie udaje się na poszukiwania sama. Do pomocy zabiera czarnoskórego kamerzystę imieniem Benji, znającego aramejski kolegę-renowatora starych dzwonów George'a, francuskiego przyjaciela Papillona, jego dziewczynę Siouxsie (sympatyczne nawiązanie do gotycko rockowej/post-punkowej formacji Siouxsie and the Banshees) i ich przyjaciela Zeda. Nie spodziewają się, że tam na dole czyha na nich obłęd i śmierć.

Oczywiście w trakcie kinowej projekcji "Jako w piekle, tak i na Ziemi" nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że mam do czynienia z filmem zbliżonym pod kątem klaustrofobicznego nastroju do głośnego "Zejścia" (2006) Neila Marshalla. Natomiast fabuła jest definitywnie inna i nieco nawiązuje do alchemii (pamiętacie może genialny początek "Inferno" (1980) w reżyserii Dario Argento, w którym sporo było alchemicznej symboliki?). Oprócz poszukiwań kamienia filozoficznego oraz inskrypcji i symboliki alchemicznej na Porta Alchemica pojawia się w filmie chociażby formuła alchemiczna V.I.T.R.I.O.L (vitriol to nic innego niż kwas siarkowy rozpuszczający metale - poza złotem, rzecz jasna). V.I.T.R.I.O.L znaczy tyle co 'Visita Interiora Terrae Rectificando Invenies Occultum Lapidem', czyli w wolnym tłumaczeniu "Odwiedź Głębię Ziemi; Przez Oczyszczenie Znajdziesz Tam Ukryty Kamień".

Generalnie z rezerwą podchodzę do horrorów kręconych kamerą z ręki a la "The Blair Witch Project" czy "[Rec]", gdyż uważam, że niewiele nowego można w tym sub-gatunku pokazać, tudzież odkryć (poza tym rozedrgana kamera często mnie drażni). Niemniej muszę przyznać, że największym atutem "As Above, So Below" (2014) jest niewątpliwie lokalizacja - posępne podziemne cmentarzysko Paryża pełne dziur, korytarzy, zawalonych chodników i mroku. Ekipa poszukiwaczy kamienia filozoficznego zostaje uwięziona tam pod ziemią. Ich rzeczywistość zamazuje się, członków grupy zaczynają trapić przerażające halucynacje związane z przeszłymi doświadczeniami traumy. Pojawia się zagubiona zjawa małego chłopca, zakapturzeni mnisi wędrują po korytarzach, wykute w kamieniu upiorne twarze nagle ożywają, krew tryska z przegryzionej tętnicy szyjnej. Ostatnie 30-minut "So Above, So Below" to oniryczno-surrealistyczny koszmar rozpływający się w ciemnościach katakumb, wśród zatęchłych pomieszczeń, w których można odnaleźć zakurzony, ale wciąż dzwoniący telefon, stareńkie pianino, a nawet płonący samochód. Lubię takie podróże w nieznane.

wtorek, 1 lipca 2014

Wolf Creek 2 (2013) - recenzja

Australia słynie z wyjątkowo brutalnych seryjnych morderców. Paul Denyer. David i Catherine Birnie. Mordercy ze Snowtown. Wreszcie Ivan Marko Milat na którego serii morderstw dokonanych w australijskim outbacku luźno bazuje brutalny slasher/survival horror "Wolf Creek" (2005) w reżyserii Grega McLeana oraz jego ubiegłoroczny sequel z którym postanowiłem się zmierzyć dopiero teraz. Oczekiwania miałem duże, gdyż debiutancki horror McLeana swego czasu chwycił mnie za kłaki i srogo wytarmosił we krwi i totalnym terrorze. Był to w zasadzie film jednego aktora: Johna Jarrata, który wciela się w postać morderczego wieśniaka z australijskich bezdroży Micka Taylora. Powstało dzieło wstrząsające, bestialskie i prowadzące widza jak po sznurku przez zakręty australijskiego piekła. Jak się ma do tego sequel?

Zanim postaram się udzielić odpowiedzi na to pytanie wpierw nieco o Ivanie Milacie. W latach 1989-1991 w Australii doszło do serii makabrycznych morderstw turystów. We wrześniu 1992 roku w odludnym rejonie Belanglo Forest odkryto ciała dwójki brytyjskich turystek Caroline Clarke i Joanne Walters. Caroline strzelono dziesięć razy w głowę, Joanne otrzymała 14 ran kłutych, w tym dwukrotnie w rdzeń kręgowy. W październiku 1993 odkopano w tym samym miejscu dwa trupy, tym razem dwójki nastolatków z Melbourne, Jamesa Gibsona oraz Deborah Everist. 1 listopada znaleziono zwłoki należące do niemieckiej turystki Simone Schidl, która zaginęła w styczniu 1991 roku. Następnego dnia, po wznowieniu intensywnych poszukiwań, natrafiono na dwa kolejne szkielety kobiety i mężczyzny. Ofiary zidentyfikowano jako dwójkę niemieckich podróżnych Gabora Neugebauera i Anję Habschied, zaginioną dwa lata wcześniej. Anja została zdekapitowana, natomiast policja w Sydney oznajmiła, że ciała wszystkich ofiar nosiły ślady wielokrotnych ran kłutych. 30 maja 1994 roku 49-letni kierowca i miłośnik broni palnej Ivan Marko Milat został oskarżony o zamordowanie 7 wycieczkowiczów. 27 lipca 1996 roku uznano go winnym zarzucanych mu czynów i skazano na siedmiokrotne dożywotnie pozbawienie wolności. Liczba ofiar Ivana Milata tak naprawdę może być wyższa, gdyż dziesięciu innych podróżników zaginęło bez śladu w czasie gdy zabijał. Przebywając w więzieniu Milat próbował niejednokrotnie popełnić samobójstwo: połykał żyletki i zszywki, a w 2009 roku uciął sobie palec plastikowym nożem. Twardy zawodnik.

Mick Taylor jest jeszcze twardszy. Nie straszne mu wypalone słońcem australijskie pustkowie ani patroszenie zamordowanej ofiary. Ba, on kocha ubabrać sobie ręce ludzką krwią. I uwielbia polować na dzikie świnie w okolicach słynnego krateru impaktowego Wolfe Creek. Nie wolno go wkurzyć o czym rychło przekonają się dwaj policjanci, którzy postanawiają wlepić Mickowi niesłuszny mandat za przekroczenie prędkości. Jeden z nich w mgnieniu oka umiera z odstrzeloną facjatą, drugiego Mick dźga nożem w plecy, po czym zanosi go do wraku rozbitego policyjnego samochodu i podpala zapałką. Kolejnymi ofiarami żartobliwego Micka staje się dwójka wędrujących turystów z Niemiec Rutger i Katarina. Oboje postanawiają przenocować w okolicach krateru. Jednak w środku nocy ich namiot zauważa morderczy redneck. Najpierw po dobroci proponuje im podwózkę, ale Rutger odmawia. Mick widząc, że jego plan spalił na panewce wpada w furię i atakuje młodego Niemca dźgając go nożem w plecy. Próbuje potem zgwałcić Katrinę, ale przeszkadza mu w tym ostatkiem sił Rutger. Wściekły Mick podrzyna chłopakowi gardło przy okazji ucinając głowę. Członkowie meksykańskich karteli narkotykowych i dżihadyści z Syrii byliby z niego dumni. Katrina traci przytomność. Odzyskuje ją jednak dość szybko i zaczyna obserwować, jak morderca oprawia jej chłopaka. Wówczas ucieka w busz. Rozpoczyna się pościg wpierw za dziewczyną, a potem za brytyjskim surferem Paulem (Ryan Corr), który zabiera roztrzęsioną Katrinę do samochodu...

"Wolf Creek 2" mnie nie sponiewierał tak bardzo jak jego prekursor, niemniej to dobry horror, mocny i krwawy. O wiele brutalniejszy od poprzednika, ale też bardziej campowy za sprawą większej dawki dialogowego humoru. Pojawiają się nawiązania do fenomenalnego "Pojedynku na szosie" (1971) Stevena Spielberga, "Autostopowicza" (1986 - nie na darmo niemiecki turysta nazywa się Rutger), naszpikowanego akcją "Mad Maxa 2" (1982) oraz do nieco zapomnianego australijskiego survival horroru "Fair Game" (1986). Segment z przepytywaniem i torturowaniem Paula jest trochę przydługi, ale to drobny mankament "Wolf Creek 2". Natomiast scena rozwalenia ciężarówki o pogruchotany w urwisku samochód terenowy zwala z nóg. Cóż za piękna eksplozja! Wcześniej ginie kilka kangurów rozpłaszczonych przez przód rozpędzonego kolosa. A wszystko to ma miejsce w okolicach jednego z najpiękniejszych kraterów meteorytowych na świecie: Wolfe Creek! Turyści przybywajcie.

"Witaj w Australii, popierdoleńcu!" - Mick Taylor.

sobota, 7 czerwca 2014

Nábrók: islandzkie spodnie z ludzkiej skóry


 "Jeśli chcesz mieć własne nekro-spodnie musisz uzyskać zgodę od żywego człowieka na użycie jego skóry po tym jak umrze. "Nábrókarstafur" - Po pogrzebaniu ciała odkop je, po czym obedrzyj trupa ze skóry począwszy od talii w dół. Jak tylko założysz spodnie przylgną do twojej własnej skóry. Ukradnij monetę od ubogiej wdowy, umieść ją w sakiewce wraz z magicznym znakiem "nábrókarstafur" na kartce papieru. W konsekwencji moneta pobierze pieniądze do sakwy, także ta nigdy nie będzie pusta, chyba że moneta zostanie zabrana. Aby zapewnić sobie zbawienie posiadacz spodni musi nakłonić kogoś do sięgnięcia po spodnie i włożenia nóg w każdą z nogawek tuż po ich zdjęciu przez posiadacza. Nekro-spodnie utrzymają zatem esencję gromadzenia pieniędzy generacji." - notka z Museum of Icelandic Sorcery and Witchcraft.

Egzemplarz, a raczej replika groteskowych spodni z ludzkiej skóry (podobno z XVII wieku) znajduje się w Muzeum Islandzkiego Czarnoksięstwa i Magii w Hólmavík. Niestety nie miałem okazji być akurat w tej części Islandii, niemniej zajrzyjcie tam... gdyż to ciekawe miejsce dla wielbicieli pogańskiego folkloru. Na zdjęciach nekro-spodnie oraz islandzki til-beri (posłaniec maga bądź wiedźmy, coś na kształt chowańca).

środa, 4 czerwca 2014

Antropophagus (1980) - recenzja



















Niezaprzeczalny klasyk włoskiego kina gore i jeden z horrorów, które odświeżam sobie z niekłamaną przyjemnością. W 2005 roku ukazał się w wersji fully uncut na dwupłytowym DVD Shriek Show, którego jestem posiadaczem. "Anthropohagus" w reżyserii Aristide Massaccesi/ Joe D'Amato po raz pierwszy widziałem w sierpniu 2003 roku, kiedy dopiero zacząłem się zagłębiać we włoski horror gore/kino eksploatacji. Owszem, w owym czasie znałem już niektóre horrory Dario Argento czy Lucio Fulci, ale z kinem Joe D'Amato zetknąłem się wówczas po raz pierwszy. Bodaj najsłynniejszy horror D'Amato "Buio Omega"/ "Beyond the Darkness" (1979) był podówczas moim dziewiczym kontaktem z nietuzinkowym kinem Aristide Massaccesi.

Grecja. Para niemieckich turystów udaje się na piaszczystą, smaganą morską bryzą plażę i zostaje zarżnięta przez tajemniczego sprawcę. Kobieta ginie po dopłynięciu do kołyszącej się na wodzie łodzi, mężczyzna otrzymuje cios tasakiem w głowę (zasłuchany w tandetną muzykę elektroniczną nie dostrzega nawet zbliżającej się śmierci). Piątka podróżników wraz z Julie (Tisa Farrow, "Zombi 2") udaje się na wyspę, która według jej wiedzy bywa okresowo zamieszkiwana przez kilku mieszkańców. Obeznana z kartami tarota Carol (Zora Kerova, "Cannibal Ferox", "The New York Ripper") ostrzega pozostałych przed tą wyprawą. Ta jednak dochodzi do skutku. Na łodzi zostaje ciężarna Maggie (Serena Grandi) i sternik, reszta schodzi na ląd. Okazuje się, że miasteczko świeci pustkami... poza tajemniczą kobietą w czerni, która pisze na zakurzonym oknie "Odejdźcie!". Ale jak to w horrorach bywa ciekawscy goście nie odchodzą i zaczynają węszyć. Odkrywają częściowo nadjedzonego trupa i unurzaną w szkarłacie Henriette. Ktoś spuszcza łódź na którym przebywała Maggie z cumy... a ciężarna dziewczyna znika. Kiedy Henriette się uspokaja ostrzega swoich wybawców, że po wyspie grasuje spragniony ludzkiego mięsa kanibal, tytułowy antropofag...

W rolę ludożerczego Nikosa Karamanlisa wciela się potężny posturą George Eastman (prawdziwe personalia: Luigi Montefiori), który dwa lata później zagra u D'Amato w makabrycznym prequelu "Anthropogahus", czyli "Rosso Sangue" (1982). Jak powszechnie wiadomo, Joe D'Amato częstokroć mieszał grozę ze scenami hard core porno i soft core porno (np. "Porno Holocaust", "Erotic Nights of the Living Dead"), ale w "Anthropophagus" nie uświadczymy ani seksu, ani golizny. Są za to obrzydliwe sceny gore, które doprowadziły do umieszczenia filmu na kuriozalnej brytyjskiej liście Video Nasties. Zwłaszcza dwie sceny nie spodobały się cenzorom: wyciągnięcie płodu z macicy Sereny Grandi i zjedzenie go przez kanibala (D'Amato użył do tej sceny obdartego ze skóry królika!) oraz Eastman karmiący się własnymi wnętrznościami. Obie te sceny zostały także wycięte z amerykańskiej wersji zatytułowanej "The Grim Reaper" (rated R), której należy unikać. Ale "Antropophagus" to nie tylko gore, ale też efektowna dawka suspensu i klimatyczne lokalizacje: wymarłe miasteczko na greckiej wyspie, opuszczona rezydencja, ruiny starego zamczyska, katakumby pełne kości i zmumifikowanych ciał chrześcijan, na których pasą się szczury. Aby to ostatnie miejsce wyglądało jeszcze efektowniej D'Amato wraz z ekipą umieścił tam dodatkowe plastikowe kości. To właśnie w katakumbach Eastman wżera się w płód Sereny Grandi. Tam znajduje się jego siedlisko.

I choć po latach George Eastman uznaje "Anthropophagus" za film banalny i nie jest jego fanem (zresztą ów horror D'Amato nie odniósł sukcesu komercyjnego we Włoszech) ja mam odmienne zdanie. Na drugiej płycie DVD znajduje się 65-minutowy film dokumentalny Rogera Frattera "Joe D'Amato Totally Uncut" (1999), w którym nieżyjący już od 15 lat D'Amato ciekawie opowiada o kręceniu wielu filmów ze swojego jakże bogatego repertuaru.

piątek, 4 kwietnia 2014

Death Ship/ Statek śmierci (1980) - recenzja



















Statki-widma dryfujące bez załogi po oceanicznym bezkresie. "Mary Celeste" (1872). "SS Baychimo"  opuszczony u wybrzeży Alaski w 1931 roku, po raz ostatni widziany w 1969 roku. Bardziej współczesne przypadki to tankowiec "Jian Seng" (2006 rok) czy przewożący "hordy kanibalistycznych szczurów" "Lyubov Orlova" (2012 rok). Informacje o nich potrafią pobudzić wyobraźnię. Także filmowców, czego dowodem jest chyba mój ulubiony horror marynistyczny "Statek śmierci" (1980) w reżyserii Alvina Rakoffa. Film ten po raz pierwszy widziałem w czasach licealnych na Polsacie, zresztą przez wiele lat miałem go nagranego na kasecie video. Wyszedł też w Polsce w legalnym obiegu VHS. Swego czasu "Death Ship" wywarł na mnie spore wrażenie, zatem wskazane było obejrzeć go wreszcie na brytyjskim DVD Scorpion Releasing.

Fabuła "Death Ship" jest cokolwiek absurdalna: luksusowy statek wycieczkowy zostaje staranowany przez tajemniczy czarny statek, który ni stąd, ni zowąd pojawia się na oceanie. Wycieczkowiec tonie, giną prawie wszyscy na jego pokładzie. Jedynie ośmiorgu osób udaje się przeżyć kolizję. Dryfując na szalupie natykają się na ów przerażający statek-widmo. Kapitan staranowanej jednostki (George Kennedy, pamiętny przyrodnik z fenomenalnego backwoods slashera "Just Before Dawn" aka "Tuż przed świtem") omal się nie utopił. Wszyscy uratowani pasażerowie podejmują decyzję dostania się na pokład tytułowego Statku Śmierci. I tak też czynią poszukując schronienia, jedzenia i picia. Problem tkwi w tym, że czarny statek zdaje się żyć własnym życiem i dosłownie karmi się ludzką krwią... i strachem.

Lubię ten horror, gdyż zawiera on kilka sekwencji rodem z najbardziej przerażających onirycznych koszmarów. W dodatku scenografia jest niesamowita: pokład statku-widma toczy rdza, wszędzie brud, pajęczyny i smar, do tego odgłosy samoistnie otwierających się i zamykających drzwi, chyboczących lin, tonące w mroku kabiny, wyściełane brudem korytarze. I smród rozkładu. Wykreowaniu nastroju grozy i niesamowitości sprzyjają ujęcia kręcone z ręki. A końcowe pół godziny "Death Ship" to już w ogóle majstersztyk grozy i brzydoty: leżące na pryczach szkielety, krew sikająca z prysznica, nazistowskie regalia, zamrożone ciała wiszące na hakach, opętany przez zło statku kapitan Ashland. Przykładowo (jeśli chodzi o detale) projektor samoistnie odtwarzający marsz nazistów pod czujnym okiem Adolfa Hitlera, który działa nawet po jego zniszczeniu. Zaiste Statek Śmierci potrzebuje ludzkiej krwi. Jest niczym nazistowski wampir polujący na ofiary! Stanowi zarazem ohydny rezerwuar udręki i cierpienia ofiar wojennej przeszłości.

Coś kryje się w ciemnościach słabo oświetlonych korytarzy, ale nie wiemy tak naprawdę co. "Death Ship" ździebko przypomina trzecią część hiszpańskiej serii o templariuszach-zombie "Ghost Galleon" (1975) Amando de Ossorio, ale jest o wiele bardziej efektowny w wykreowaniu atmosfery grozy. I zawiera sporo niedopowiedzeń, które pozwalają na grę domysłów.

czwartek, 3 kwietnia 2014

La Notte dei Diavoli/ Night of the Devils (1972) - recenzja

















Petar Blagojević, serbski wieśniak, zamieszkiwał w XVIII wieku we wiosce Kisilova (współcześnie: prawdopodobnie Kisiljewo) położonej na obszarze Serbii. W 1725 roku zmarł w rodzimym domu w wieku 62 lat. Po jego śmierci nastąpiła seria dziewięciu nagłych zgonów poprzedzonych krótkotrwałymi chorobami. Przed wyzionięciem ducha chorzy skarżyli się, że Blagojević nawiedzał ich w nocy jako wampir i dusił zaciskając na ich szyjach trupio blade dłonie. Pod naciskiem publicznym zapadła decyzja o ekshumacji grobu rzekomego krwiopijcy. Oględziny zwłok wykazały istnienie na jego ciele ‘cech wampiryzmu’ (zatrzymany proces rozkładu, krwawienie ran, ‘świeża skóra i paznokcie’). Ciało przebito kołkiem w okolicach serca, na skutek czego z ust i uszu Petara wypłynęła świeża krew, po czym je spalono. O owej niesamowitej historii pisałem już przy okazji recenzji jugosłowiańskiego horroru wampirycznego "Leptiricia" (1973) Djordije Kadijevica, lecz warto ją w tym miejscu przywołać zważywszy na to, iż stała się ona inspiracją dla Aleksieja Tołstoja do napisania "Rodziny wilkołaka" (1839), 31-stronicowego opowiadania traktującego o powrocie do rodzinnego domu ‘po dziesięciu dniach’ starego Serba, Gorczy. Okazuje się, że senior bałkańskiej familii przemienił się w spragnionego krwi wampira i jedynym skutecznym rozwiązaniem winno być przebicie jego diabolicznego serca osikowym kołkiem. "Rodzina wilkołaka" Tołstoja zainspirowała nowelowy horror Mario Bavy "Black Sabbath" (1963, opowieść zatytułowana "Wurdulak" z Borisem Karloffem w roli upiora przelewającego krew ukochanych) oraz mniej znany "Night of the Devils" Giorgio Ferroni’ego, który wreszcie mam na DVD Raro Video.

Bezimienny mężczyzna wędruje pustym brzegiem bałkańskiej rzeki. Zostaje zabrany do szpitala, w którym ogarniają go przerażające omamy: gnijąca czaszka toczona przez larwy, odpychająca nagość kobiecego ciała dotykanego przez szkieletowe postaci, eksplodująca krwią głowa. Pacjent nie potrafi mówić o tym, co się stało. Do placówki medycznej przebywa tajemnicza kobieta, która poznaje go ze zdjęcia. Kiedy ich spojrzenia spotykają się on próbuje od niej uciec. I przypomina sobie... Nazywa się Nicolas (Gianni Garko) i podróżuje samochodem przez jugosłowiańską puszczę. W pewnym momencie jego wysłużone auto odmawia posłuszeństwa. Zdezorientowany mężczyzna wychodzi z pojazdu i zanurza się w szarozieloną gęstwinę... wędruje wśród drzew kierowany strachem i dojmującą samotnością... widzi uciekające w popłochu zwierzęta... natyka się na domostwo, w którym mieszka zdjęta bliżej nieokreślonym lękiem, zabobonna rodzina, ryglująca wszelkie drzwi i okna przed nadejściem zmroku... przyjmuje propozycję noclegu... a kiedy zamierza ułożyć się do snu słyszy pukanie... wiatru... a może czegoś jeszcze? Ranek przynosi pierwsze niepokojące wieści. O wiedźmie żyjącej w leśnych ostępach i zamieniającej niefortunnych wędrowców w spragnione rodzinnej krwi wampiry (wurdulaki)...

Giorgio Ferroni, reżyser pamiętnego "Mill of the Stone Women" (1960) radzi sobie doskonale z przeniesieniem na ekran krótkiego opowiadania Aleksieja Tołstoja. Ospałe tempo akcji sprzyja precyzyjnemu zagęszczaniu nastroju mroku i niesamowitości, który wylewa się niemal z każdego kadru. Reżyser z wprawą stopniuje napięcie pokazując jak członkowie rodziny, jeden za drugim, padają ofiarami wurdulaka (wampira mordującego najbliższych, aby nie byli samotni). Kilka scen skutecznie mrozi krew w żyłach: dwoje dzieci z lalką patrzących nieobecnym wzrokiem w okno, wampir przedzierający się w zwolnionym tempie przez ponury las, zainfekowana przez wurdulaka dziewczynka atakująca własną matkę, rozrywająca jej gardło i drapiąca piersi, wampirza agonia i gwałtowny proces gnicia poprzedzony przebiciem martwego serca kołkiem. Za nieliczne krwawe efekty specjalne odpowiada Carlo Rambaldi, zdobywca dwóch Oscarów za "Obcego" i "E.T." Przepiękna Agostina Belli w roli Sdenki, w której zakochuje się Nicolas, błyszczy na ekranie; zresztą wszyscy aktorzy grają nad wyraz przekonywająco. Nastrojowa muzyka Giorgio Gasliniego ("Głęboka czerwień" Dario Argento) łączy w sobie wpływy klasyczne z bardziej progresywnymi dźwiękami.

Tytułem ciekawostki warto wspomnieć o jeszcze dwóch filmowych próbach adaptacji opowiadania Tołstoja. Chodzi mi tutaj o mroczny i poetycki horror rosyjski w ekscentryczno-wizualnym stylu Tarkovskiego "Papa, umer ded Moroz" aka "Father, Santa Klaus Has Died" (1992) Yevgenya Yufita oraz o epizod hiszpańskiej serii telewizji TVE "El quinto jinete" (1975), w którym zagrali Francisco Valladares i Charo Lopez.

Dodatki na DVD "Night of the Devils" - anglojęzyczny trailer, introdukcja Chrisa Alexandra z Fangorii oraz obszerny wywiad z kompozytorem Giorgio Gaslinim. 

czwartek, 30 stycznia 2014

Il Mostro di Firenze/ The Monster of Florence (1986) - recenzja


















Sprawa seryjnego mordercy o przydomku Potwór z Florencji jest jedną z najbardziej fascynujących zagadek w annałach światowej kryminalistyki. Nie będę się zbytnio rozpisywał na temat Il Mostro, podam tylko kilka ogólnikowych faktów. W latach 1968-1985 Il Mostro zamordował 16 osób. Polował nocą na pary uprawiające seks w samochodach bądź przebywające po zmroku w namiocie. Do ofiar strzelał z pistoletu, ciał mężczyzn nie poddawał okaleczeniom post-mortem, natomiast zastrzelonym kobietom (jeśli nikt go wcześniej nie przepłoszył) wycinał sutki i okaleczał genitalia. Podwójne morderstwo z 1983 roku, w trakcie którego zabił dwójkę mężczyzn prawdopodobnie popełnił przez pomyłkę z uwagi na długie włosy jednej z męskich ofiar (myślał, że ofiara jest kobietą). W 1986 roku Włosi nakręcili dwa gialli bazujące na do tej pory nie rozwiązanej sprawie Potwora z Florencji, a mianowicie "The Killer Is Still Among Us" w reżyserii Camillo Teti oraz "Il Mostro di Firenze", który wyreżyserował Cesare Ferrario. Pierwszy z wymienionych tytułów widziałem na przestrzeni lat kilkakrotnie (miałem go przegranego na kasecie video wraz z "Giallo a Venezia" od szwajcarskiego kolekcjonera), "Il Mostro di Firenze" obejrzałem po raz pierwszy dopiero teraz. O ile "The Killer Is Still Among Us" jest thrillerem bardziej posępnym, dołującym i brudnym (końcowa scena okaleczania seksualnego ciała dziewczyny wyciągniętego z namiotu jest autentycznie szokująca), o tyle "Il Mostro di Firenze" odznacza się większą subtelnością w scenach morderstw. Przez to niestety pewnie nie zostanie w pamięci na długo, chociaż sekwencja podwójnego morderstwa ofiar z namiotu na początku "The Monster of Florence" jest krwawa i efektowna (w 'siostrzanym' "The Killer Is Still Among Us" Teti umieścił ją w finale filmu).

"Il Mostro di Firenze" nie jest złym filmem, lecz nie wciągnął mnie zbytnio. I to chyba jego główna wada, gdyż momentami miałem wrażenie, że oglądam film telewizyjny (ze sporą dawką nagości i niewielką przemocy - pomijając pierwszą scenę mordu większość zabójstw ma miejsce poza kadrem). Fabuła "The Monster of Florence" kręci się wokół postaci pisarza Andreasa Ackermanna (Leonard Mann), który pisze książkę o mordercy i jednocześnie usiłuje stworzyć jego portret psychologiczny... Trochę grozy, trochę niejasności, przyzwoita ścieżka dźwiękowa, ale brakuje filmowi Cesare Ferrariego tego czegoś (delirycznego szaleństwa? wciągającej zagadki? większej dawki makabry?), czym się charakteryzują najlepsze gialli. W ogólnym rozrachunku "The Killer Is Still Among Us" jest po prostu ciekawszym filmem.