Pokazywanie postów oznaczonych etykietą synth-pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą synth-pop. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 września 2024

IAMX - Chris Corner w Tamie, 9 września 2024 r. (fotorelacja)

                                                                          





Nie będę ukrywał, że z muzyką IAMX (Chrisa Cornera ze Sneaker Pimps) zetknąłem się niedawno, gdy kupiłem na CD "The Alternative" (2006) w sklepie z używanymi płytami CD w Poznaniu. Od tej pory zacząłem słuchać IAMX w miarę regularnie. Wtedy jeszcze nie widziałem jaka jest skala popularności Chrisa w Polsce. A jest ogromna, zwłaszcza wśród płci pięknej. Dość powiedzieć, że IAMX regularnie koncertuje w Polsce, wystąpił chociażby na Castle Party 2007, w 2008 w radiowej Trójce czy w 2011 roku w warszawskiej Stodole. To artysta cieszący się estymą wśród subkultury gotyckiej, acz słuchają go także miłośnicy i miłośniczki pulsującej elektroniki/synth popu. Dlatego też koncert IAMX w poznańskiej Tamie był moim pierwszym kontaktem z twórczością Chrisa na żywo. Znajoma, którą spotkałem już po koncercie powiedziała mi, że to już jej bodaj piąty koncert IAMX. Kolejne dwa odbędą się w maju 2025 roku w Krakowie i Warszawie. Warto zapisać już te daty w koncertowym notatniku. 

Mamy 10 września 2024 roku, czyli coroczny Międzynarodowy Dzień Zapobiegania Samobójstwom. Co ciekawe, Chris Corner z IAMX zmagał się z depresją, trapiła go bezsenność. Otwarcie o tym mówił, uczulał na to, żeby z depresją walczyć. Nie przepadam za pudelkowymi portalikami, ale warto chociażby przytoczyć w tym miejscu ten intymny wywiad z Chrisem. 

Tytułem dygresji najgorsza w przypadku męskiej depresji jest apatia otoczenia, niemożność czy też niechęć do zrozumienia tej potencjalnie śmiertelnej choroby.

https://ohme.pl/lifestyle/chris-corner-tragiczna-ironia-tego-czym-jest-depresja-polega-na-tym-ze-unikanie-jej-tylko-podsyca-ogien/

Jakie są zatem moje wrażenia po koncercie IAMX w poznańskiej Tamie? Oczywiście pozytywne. Wizualny majstersztyk muzyki elektronicznej/synth-popu, przeplatany mozaikami surrealistycznych wizualizacji. Koncert doskonale zagrany, pełen emocji, czasem zmysłowy, buzujący od seksualnej energii, czasem melancholijny i refleksyjny. Przykuwały uwagę androgyniczny a la David Bowie wizerunek Chrisa oraz jego zwinna ekspresja sceniczna. Frekwencja dopisała, sala koncertowa Tamy pękała w szwach. Warto też wspomnieć o tym, że publiczność odbierała muzykę Chrisa z wielkim entuzjazmem. Chris powtarzał, że kocha polską publiczność i uwielbia tutaj występować. I był w doskonałej formie wokalnej. 

Koncert trwał ponad 90 minut. Oto jego set-lista: "Disciple", "The X ID", "Sailor", "Aphrodisiac", "After Every Party I Die", "Break the Chain", "I Come With Knives", "Neurosymphony", "Fault Lines", "Spit It Out", "The Alternative" oraz w trakcie bisu "Happiness", "No Maker Made Me", "Bernadette" i "Mercy".

Odsłuch:

https://www.youtube.com/watch?v=H5w5Ued0ddY

https://iamx.bandcamp.com/album/fault-lines-4

wtorek, 7 marca 2023

Host "IX" (2023) i La Scaltra "Mater" (2023) - recenzje

                                                                 

Krótkie recenzje dwóch albumów muzycznych, które ostatnio mocno polubiłem. 

Host to oczywiście najnowszy projekt Nicka Holmesa i Grega Mackintosha, muzyków doom metalowego Paradise Lost. Jak wiadomo Paradise Lost zaczęli eksperymentować z zimnofalową elektroniką już na "One Second" (1997), a w 1999 roku nakładem EMI ukazał się ich kontrowersyjny album "Host" (1999), na którym mocno słychać wpływy Depeche Mode czy The Cure. Kontrowersyjny, gdyż większość twardogłowych metalowców nie mogła przeboleć elektroniczno rockowego kierunku Raju Utraconego. No cóż, "Host" mi się do tej pory podoba, gdyż nadal tkwi w tej muzyce pierwiastek doom death metalowej melancholii. Zatem z niecierpliwością oczekiwałem na debiutancki album Host "IX", który niedawno ukazał się nakładem Nuclear Blast. Przepiękna książeczka do płyty obfitująca w zdjęcia uszkodzonych manekinów pogrążonych w stanie 'melancholii'. Czyli krótko mówiąc depersonalizacja człowieka w coraz mniej ludzkim społeczeństwie. 

Generalnie "IX" ocieka subtelną elektroniką rodem z nocnych klubów lat 80tych, choć oczywiście pojawiają się także gitary. Generalnie album, choć chwytliwy przesycony jest smutkiem. W trakcie odsłuchu można wyczuć wpływy Depeche Mode czy Sisters of Mercy np. w moim faworycie "A Troubled Mind". Gdybym miał wymienić ulubione kawałki to poza wspomnianym "A Troubled Mind" byłyby to "Inquisition", "Wretched Soul", "Tomorrow's Sky" czy "Hiding from Tomorrow". Muzycy Paradise Lost uwielbiają smutne piosenki i bardzo dobrze!

Odsłuch: https://www.youtube.com/watch?v=vy1v_dENffg

Zdj. Tom Maddick (cmentarzysko manekinów w Lincolnshire). 

Niemiecki zespół (pierwotnie żeński duet) La Scaltra poznałem jakoś 2-3 lata temu w trakcie stopniowego zagłębiania się w scenę darkwave/gothic rock/post-punk. O ile pierwsze albumy La Scaltra przesycone były mroczną i nader taneczną elektroniką, o tyle wydany przez berlińską wytwórnię Solar Lodge "Mater" (2023) to już muzyka bardziej gitarowa, mistyczna, ocierająca się o occult rock, a nawet doom metal. Nic dziwnego, że płytę pochwalił Aaron Stainthorpe, wokalista My Dying Bride. "Mater" charakteryzuje się dość specyficznym, mistycznym, nieco odrealnionym i złowieszczym nastrojem. W trakcie przesłuchania tego albumu nieprzypadkowo miałem skojarzenia z gotyckim doom metalem Włochów z Abysmal Grief: fajnie uchwycona atmosfera grozy przywodząca na myśl stare gotyckie horrory z lat 60-tych czy 70-tych (najlepiej włoskie, hiszpańskie i brytyjskie). Czyli zamczyska, krypty, kandelabry, pogrzebowe procesje, owładnięte żądzą krwi wampirzyce czy złowrogie wiedźmy. 

Niesamowity, ociekający atmosferą album z gościnnym śpiewem wokalisty Wisborg w "Azazel" i doskonałym żeńskim wokalem. Nastrojowe, nieco złowieszcze piosenki jak np. "Delilah" czy "Vassago". Totalnie widziałbym ten zespół na małej scenie Castle Party w Bolkowie. Odsłuch poniżej. 

Zdj via Solar Lodge.

https://lascaltra.bandcamp.com/album/mater-digital-album-2023-new

poniedziałek, 23 stycznia 2023

Hiroszyma i Kurs Valut w Domu Tramwajarza, 23 stycznia 2023 roku (fotorelacja)

                                                     





Mój pierwszy koncert w 2023 roku i zapewne nie ostatni. W zasadzie tym pierwszym miał być Sunnata, Entropia i Mord'A'Stigmata w Próżności 19 stycznia, ale akurat nie mogłem tego dnia pójść na występ owych trzech polskich zespołów. Z racji tego że ustawicznie lawiruję pomiędzy słuchaniem ciężkich brzmień oraz szeroko pojętej muzyki gotyckiej tym razem wybrałem się na występ Hiroszyma (solowy projekt DJ-ski Grzegorza Szyma z Das Moon) oraz Kurs Valut z Dniepro (Ukraina), tego samego miasta, w którym kilka dni temu (14 stycznia) Rosjanie zniszczyli rakietą blok mieszkalny zabijając 46 osób, w tym dzieci. 

Gdy wybuchła bezsensowna wojna napastnicza wywołana przez Rosję w ramach solidaryzowania się z napadniętą Ukrainą zacząłem szerzej przyglądać się tamtejszej scenie gothic/dark electro. Szczególnie zwróciłem uwagę na ukraiński duet Glass Beads (ostatnio wspólnie koncertowali z Lebanon Hanover i Selofan) oraz na Kurs Valut, duet synthpop/synthwave mocno zaangażowany w sytuację wojenną na Ukrainie. 

Koncert Hiroszyma i Kurs Valut odbył się w bliżej mi do tej pory nieznanym Domu Tramwajarza w ramach Musicians Defend Ukraine, chwalebnej inicjatywy charytatywnej wspierających muzyków ukraińskich walczących z rosyjskim agresorem, czyli tzw. 'bratnim narodem", który traktuje Ukraińców jak podludzi dokonując aktów terroru i ludobójstwa. Dlatego należy sympatyzować z Ukraińcami, gdyż agresja Rosji może kiedyś zostać skierowana na Polskę albo na inny kraj europejski. 'Bratni naród' będący potencjalnym ludobójczym agresorem - dobre sobie.

Sam koncert był świetny, roztańczony, energiczny, zimnofalowy. Lubię synthopop, synthwave, darkwave czy coldwave. Przez lata subkultura gotycka stała mi się bliska, choć nadal cenię ciężką/atmosferyczną muzykę metalową, która mnie w młodości ukształtowała. Ukrainie życzę rychłego zwycięstwa, kupiłem też na CD drugi album Kurs Valut (co ciekawe, ostatni i podpisany przez muzyków egzemplarz, istny biały kruk). 

Przy okazji miałem się tym tutaj nie chwalić, gdyż blog ten jest bardziej osobisty, a i temat jest bardziej odpowiedni na Wulkany Świata. Napisałem jednak książkę, która ukazała się nakładem wydawnictwa Pascal już jakiś czas temu, bo 23 listopada 2022 roku. Starałem się w niej zawrzeć trochę mroku. Jeśli macie ochotę to możecie ją zakupić choćby tutaj:

https://bonito.pl/produkt/wulkany-sekrety-wysp-wulkanicznych 

Sprawdźcie obowiązkowo Kurs Valut:

https://kursvalut.bandcamp.com/album/kurs-val-t

poniedziałek, 3 października 2022

Elinborg i Eivor w poznańskim Zamku, 2 października 2022 roku (fotorelacja)

                                                                 







Ominął mnie koncert farerskiej wokalistki Eivor na Castle Party 2019, ale szczerze mówiąc muzykę tej utalentowanej artystki poznałem dopiero jakieś dwa lata temu. Przynajmniej trzy osoby ze środowiska gotyckiego polecały mi jej koncerty, zatem kiedy dowiedziałem się, że Eivor wystąpi w poznańskim Zamku to nie wahałem się ani chwili i kupiłem bilet. Inna sprawa, że koncert został dość szybko wyprzedany. Nic dziwnego, gdyż z Eivor robi się powoli fenomen podobny do Wardruna: koncerty szybko się wyprzedają i przychodzi na nie zróżnicowana publiczność. Widoczne to było na wczorajszym koncercie: widziałem metalowców, gotki, fanów Stevena Wilsona i mnóstwo osób 'normalnie' ubranych (sam byłem obowiązkowo w totalnej czerni, bo od dłuższego czasu nie mam ochoty ubierać się na jasno). Po prostu muzyka Eivor jest bardzo przystępna i przyjazna dla ucha, acz nie pozbawiona pierwiastka dzikości i melancholii. Dla Eivor była to zresztą specjalna trasa, gdyż supportowała ją młodsza siostra Elinborg. Koncert Elinborg był jednak dość krótki (trwał bodaj 25 minut) - muzycznie raczej delikatna fuzja elektroniki i gitarowego brzmienia z melancholijnym skandynawskim wokalem. Taka muzyka może się podobać, jeśli ktoś lubi refleksyjne i introspektywne brzmienia. 

Natomiast Eivor zagrała wraz z towarzyszącymi jej muzykami wspaniały, blisko półtora godzinny set z rozmaitych płyt. Już na Castle Party 2019 koncert Eivor został okrzyczany przez środowisko gotyckie jako jeden z najlepszych tamtego pamiętnego festiwalu, ja niestety go nie widziałem, bo w niedzielę wróciłem do domu. Wracając jednak do Eivor jej przepiękny śpiew kojarzy mi się momentami ze wspaniałymi możliwościami wokalnymi Kate Bush. W dodatku w trakcie koncertu Eivor wraz z zespołem w niezwykle płynny sposób lawirowali między rozmaitymi sub-gatunkami muzycznymi: alternatywnym rockiem, rockiem progresywnym, subtelnym i melancholijnym synthpopem/electro popem i wreszcie skandynawskim folkiem a la Wardruna, Heilung czy Garmarna. To świadczy o ogromnej wszechstronności twórczej tej utalentowanej wokalistki z Wysp Owczych, która nie waha się eksperymentować i doskonale odnajduje się w rozmaitych sub-gatunkach muzycznych. Koncert był świetny, czarujący, Eivor często uśmiechała się i komplementowała widownię i zapewniła, że uwielbia koncertować. Na pewno nie raz będzie jeszcze okazja ją zobaczyć na żywo w Polsce. Tak czy owak, wyszedłem z jej koncertu zadowolony, kupiłem "Segl" (2020) na CD, który mi Eivor podpisała. 

Set-lista Eivor: "Boxes", "Nothing to Fear", "Salt", "Only Love", "Let It Come", "Livstraedrir", "Helig", "Skyscrapers", "This City", "Rain" (wspólny występ z siostrą), "True Love", "Gullspunnin", "Truth", "I Tokuni" oraz na bis "Trollabundin" i "Falling Free".

Zazwyczaj wrzucam tutaj linki do ostatnich albumów artystów mając nadzieję, że dzięki temu znajdą oni nowych fanów zwłaszcza wśród młodszego ode mnie pokolenia. Nie inaczej będzie tym razem.

Odsłuch: https://eivor.bandcamp.com/album/segl

Aha, w trakcie koncertu Eivor zemdlała kobieta. I została szybko wyprowadzona z sali. Mam nadzieję, że wszystko u niej w porządku. 

niedziela, 19 grudnia 2021

Stridulum "Soothing Tales of Escapism" (2021) - recenzja

                                                       
W kwietniu 2020 roku ukazała się debiutancka EP-ka duetu Stridulum zatytułowana "Burial", która oferowała wyśmienitą porcję mrocznej elektroniki i była zaledwie przystawką przed daniem głównym - debiutanckim albumem "Soothing Tales of Escapism", którego premiera miała miejsce 17 grudnia 2021 roku. Tutaj warto od razu dodać, że najnowszy materiał Stridulum ukazał się za pośrednictwem  niezależnej francuskiej wytwórni Manic Depression Records, w której szeregach znajdziemy takie zespoły jak np. Kill Shelter, Bleib Modern, Traitrs, Twin Tribes, Ash Code czy She Pleasures Herself.

"Soothing Tales of Escapism" przemówił do mnie jako całość od razu w trakcie pierwszego przesłuchania, choć znałem wcześniej trzy pierwsze piosenki wybrane przez zespół na single ("Bleeding", "Ghost", "Collapse"). Muzycy Stridulum (Marita Volodina, Arkadiy Berg) umieją wykreować mroczną i melancholijną atmosferę, która potrafi być jednocześnie ciepła, kojąca, eteryczna, uwodzicielska. Na "Soothing Tales of Escapism" nie brakuje tanecznych rytmów, od których pulsują chociażby "Collapse", "Odium" czy "Fear". Kolejnym magnesem debiutanckiego albumu Stridulum są ogromnie zróżnicowane wokale Volodiny, czasem mocne, pełne pasji, niespokojne, innym razem delikatne, kołysankowe, szeptane. W śpiewie Marity można wyczuć szerokie spektrum emocjonalnych odcieni: smutek, rezygnację, ale też siłę, determinację, wyciszenie. To na pewno jedna z najbardziej utalentowanych wokalistek rodzimej sceny gotyckiej, która potrafi zaśpiewać w prawie każdym repertuarze. 

Co istotne, oprócz melancholii i mroku na "Soothing Tales of Escapism" znajdziemy coś jeszcze: czułość, wrażliwość. Ta muzyka nie wzbudza w słuchaczu dyskomfortu, choć zdecydowanie jest introspektywna, refleksyjna, finezyjna. Pochwalić też należy króciutkie interludia Arkadiya ("Vain", "Chasm", "Ashes"), gdyż są głęboko atmosferyczne i znakomicie współgrają ze śpiewanymi utworami. Trudno mi wyróżnić ulubione piosenki na "Soothing...", ale podobają mi się szczególnie fenomenalnie zaśpiewany i podszyty podskórnym niepokojem "Glass", pulsujący chłodem i absolutnie porywający "Odium" czy refleksyjny i emanujący pięknem "Home", do którego nakręcony został ciekawy teledysk z urbexowym klimatem (link na końcu recenzji). 

Coraz głębiej jestem przekonany, że dobra muzyka jest istotnym czynnikiem warunkującym dobrostan jednostki, gdyż potrafi łączyć ludzi poprzez wspólnie przeżywane emocje oraz zazwyczaj skuteczniej wpływa na nasze doznania niż same słowo pisane. W trakcie słuchania Stridulum oraz wielu innych zespołów (np. Linea Aspera, Lycia, Of the Wand and the Moon, My Dying Bride, Forndom, Shape of Despair, etc.) pojawia się we mnie stan cichej błogości, w którym staram się zapomnieć o wszystkim i daje się ponieść tym dźwiękom. Dlatego najbardziej lubię słuchać ulubionej muzyki po zmroku i kompletnie nie trafiają do mnie dźwięki wesołe, optymistyczne, gdyż nie umiem się w nie totalnie wczuć. Jak wiadomo angażujemy się w pełni w to, co kochamy. Mroczna i melancholijna, czasem agresywna muzyka jest ważnym aspektem mojej egzystencji i nie umiem bez niej należycie funkcjonować. Jest niegroźnym narkotykiem, od którego jestem od wielu lat uzależniony.

Odsłuch "Soothing Tales of Escapism" oraz możliwość zakupy płyty na bandcampie i stronie labelu:

https://strdlm.bandcamp.com/album/soothing-tales-of-escapism 

Intrygujący teledysk do "Home":

https://www.youtube.com/watch?v=JSOVQnPXPXU

Przy okazji warto zapoznać się z solową twórczością Arkadiusza Kulawika tworzącego wraz z wokalistką Maritą duet Stridulum. Na początek polecam animowany singiel "Kogbit", którego słucha się wybornie.

https://www.youtube.com/watch?v=HGhJUpo4mZU

EDIT: Kilka dni temu (już w styczniu 2022 roku) otrzymałem CD "Soothing Tales of Escapism". Płłyta wydana jest rewelacyjnie w formie eleganckiego digipacka. Książeczka okraszona wysmakowanymi i tajemniczymi zdjęciami utrzymanymi w czarno-białej tonacji. Doskonała oprawa graficzna autorstwa Peera Lebrechta (Golden Apes, Voyna). Brak liryków we wkładce płyty wyróżnia Stridulum, gdyż pozwala na grę domysłów. W tej chwili nie kojarzę innego zespołu, który praktycznie całkowicie rezygnuje z zaprezentowania słuchaczom warstwy lirycznej. To dla mnie pewne novum.

wtorek, 25 lutego 2020

Dwa koncerty w lutym 2020: Panther Modern i Black Marble 16 lutego i Kaelan Mikla, Birds in Row i Alcest 20 lutego 2020 roku (fotorelacje)



















Tym razem dwie zbiorcze fotorelacje, oczywiście spóźnione, gdyż tak naprawdę nie mam już tyle czasu co kiedyś aby zajmować się tym blogiem. Bardzo skrótowo: oba koncerty (poznański w Minodze i warszawski w Proximie) uważam za udane. Coraz częściej słucham post-punka, zimnej fali i rocka gotyckiego, coraz rzadziej muzyki metalowej (choć wracam regularnie do ulubionych płyt), zatem moje wybory koncertowe są obecnie dość specyficzne. Kaelan Mikla uważam za dość niezwykły żeński projekt oniryczno-post-punkowy, to piękna skandynawska melancholia. Natomiast ostatni album Alcest "Spiritual Instinct" (2019) to kawał znakomicie zaaranżowanego shoegaze/black metalu. Birds in Row z Francji to dla mnie spore zaskoczenie - hardcora słucham bardzo sporadycznie, ale tutaj jest pasja, gniew, wściekłość, społeczne zaangażowanie i post-punkowa melancholia. Tyle na razie (z powodu braku czasu i pisarskiej weny).

Warto jednak pokazać te zdjęcia, gdyż być może wzbudzą we mnie kiedyś wspomnienia. We mnie i nie tylko we mnie.

Panther Modern i Black Marble (synth-pop, coldwave) 16 lutego 2020 roku, Minoga, Poznań.
Kaelan Mikla, Birds in Row, Alcest (post-punk, coldwave, hardcore, shoegaze/black metal), 20 lutego 2020, Proxima, Warszawa.