Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 marca 2023

Helleruin, Bodyfarm i Destroyer 666 w 2Progi, 16 marca 2023 roku (fotorelacja)

                                                           






Tym razem ograniczę opis relacji do minimum, niech zdjęcia przemówią za siebie. Dobrych koncertów w Polsce mamy obecnie zatrzęsienie, doprawdy jest w czym wybierać. Z przykrością odpuszczam chociażby warszawski koncert VNV Nation i Traitrs w Progresji 19 marca, bo wyjazd do Stolicy oznacza dodatkowe koszty finansowe, na które obecnie nie mogę sobie pozwolić. W zamian wczoraj udałem się po raz drugi do poznańskiego klubu 2Progi, by zobaczyć Helleruin (black metal z Holandii), Bodyfarm (death metal z Holandii) i Destroyer 666 (Australia, black thrash) na żywo. Na koncertach Australijczyków zawsze jest dzika metalowa zabawa i nie inaczej było tym razem. Totalne pogo pod sceną, wylewanie piwa na stojących obok ludzi, próby stagedivingu. Nic w tym dziwnego, gdyż black thrash Destroyer 666 to totalny energetyczny napierdol i można by rzec, że kwintesencja metalu. Co prawda ostatnia płyta Australijczyków "Never Surrender" (2022) wywołała pewne poruszenie w środowisku metalowym, gdyż jest przesycona heavy i speed metalowymi wpływami, by nie rzec chwytliwa, jednakże nadal emanuje dziką energią i maniakalną dynamiką, do której przyzwyczaił słuchaczy Destroyer 666. Koncertowo zespół K.K Warsluta to wciąż bezlitosny wilk rozrywający swoją zdobycz. 

Set-lista D 666: "Never Surrender", "Wildfire", "A Breed Apart", "I Am not Deceived", "I Am the Wargod (Ode to the Battle Slain", "Guillotine", "Sons of  Perdition", "Pitch Black Night", "Trialed by Fire", "Lone Wolf Winter", "Metal and Hell" (cover Kat), "Satanic Speed Metal", "Iron Fist".

Warto wspomnieć także w kilku zdaniach o Bodyfarm i Helleruin (oba zespoły z Holandii). Bodyfarm grają całkiem dobry death metal, przesycony mocarnym groovem, czasem zahaczający o doom death a la Runemagick czy Asphyx (zagrany wczoraj "The Swamp"). Przyznam się, że nie słyszałem wcześniej płyt tego zespołu, więc będę musiał nadrobić, bo koncertowo przekonali mnie do siebie. Natomiast ortodoksyjny black metal Helleruin, choć nader melodyjny jest także dość złowieszczy, zatem warto przyglądać się temu zespołowi. Choć w metalu ukierunkowany jestem ostatnio na doom metal, zwłaszcza doom death i funeral doom doceniam również młodsze stażem kapele death metalowe i black metalowe. Ważne, że wciąż powstają nowe zespoły muzyczne i każdy słuchacz w obrębie danego sub-gatunku muzycznego znajdzie coś dla siebie. Niestety doba trwa tylko 24 godziny, a ogrom dobrej różnorodnej muzyki przytłacza. Czasem łapię się na tym, że częściej słucham starszych materiałów, ale zawsze polecam także niektóre młodsze stażem kapele. Odsłuchy:

Destroyer 666:

https://www.youtube.com/watch?v=KQJEDR2G9M4

Helleruin:

https://helleruin6.bandcamp.com/album/war-upon-man-full-length-2021 

Bodyfarm:

https://edgedcircleproductions.bandcamp.com/album/ultimate-abomination

EDIT 21 marca: Organizatorzy z Knock Out Records poinformowali, że na jednym z ostatnich organizowanych przez nich koncertów (Destroyer 666 w Hydrozagadce?) doszło do aktu molestowania. Nie powinno być miejsca na takie przykre sytuacje, które nie dotyczą tylko i wyłącznie festiwali i koncertów metalowych. Nie chcę niepotrzebnie generalizować, ale czasem mam wrażenie, że subkultura metalowa nie jest szczególnie inkluzywna i przyjazna (również dla kobiet). Co prawda wzrasta świadomość problemu i potrzeba reagowania w takich sytuacjach, ale mentalność niektórych napalonych i pijanych gości na koncertach nadal się nie zmienia. Naczytałem się wielu kobiecych opisów przykrych sytuacji chamskiego nagabywania i molestowania, których kobiety doświadczyły na festiwalach i koncertach, choćby wtedy gdy przybyły/zostały same. Na koncercie każdy niezależnie od płci powinien czuć się bezpiecznie. A niektórzy mężczyźni bagatelizują, wypierają, wyśmiewają problem, bowiem nie potrafią się wczuć w sytuację kobiety, która doświadcza molestowania.

sobota, 11 marca 2023

Mindrot i Disembowelment: nowe nabytki płytowe

                                                               

10 marca udałem się na giełdę płyt CD i winyli, by sprawdzić czy uda mi się nabyć jakieś poszukiwane CD. Rzadko chodzę na giełdę, gdyż często po zawyżonych cenach są tam sprzedawane płyty CD, które są używane (co widać po rysach na powierzchni CD). Jednak wczoraj złamałem zasadę i wróciłem do domu z dwoma albumami, na które od dłuższego czasu polowałem. 

Mindrot "Dawning" (1995) - Mindrot to zespół, który zgasł stanowczo zbyt szybko. Dwa wyśmienite, wydane przez Relapse albumy "Dawning" (1995) i "Soul" (1998) i finito - zwłaszcza ten drugi ciężko zdobyć na CD, pierwszy jakoś się udało. Death doom Mindrot jest dość specyficzn i mocno katartyczny. To w zasadzie kulminacja licznych negatywnych emocji: gniew, nienawiść, smutek, żałoba. "Dawning" to zarazem dość intrygująca mieszanina: masywny doom death metal jak np. w "Forlorn", ale też wpływy rocka gotyckiego, thrash metalu i hardcore'a ("Withersoul") oraz trochę sampli. Kocham z tego albumu szczególnie "Burden" i "Across Vast Oceans" - co za duszny klimat, co za wokale Adriena Lerouxa! Wykapany Carl McCoy z Fields of the Nephilim! Ciarki na plecach, zwłaszcza przy moim ulubionym "Across Vast Oceans".

Lata 90-te w USA to wiele wspaniałego doom death metalu i funeral doom metalu np. Evoken, Ceremonium, Thorns of the Carrion, Morgion czy Dusk.
 
Do odsłuchu poruszający "Across Vast Oceans":
 
 
Disembowlement "Transcendence into the Peripheral" (1993) - Całkowicie subiektywnie to jeden z moich ulubionych albumów metalowych w ogóle. I jak na rok powstania nadal brzmi masywnie i brutalnie. Disembowelment z wprawą połączyli potężny i apokaliptyczny doom death z death metalem, a nawet grindem jak np. w "Excoriate". Dużo miażdżących zwolnień, grobowa atmosfera i trochę etnicznych wpływów Dead Can Dance czy oniryzmu Slowdive jak np. w "Your Prophetic Throne of Ivory" czy w delikatnym "Nightside of Eden" z kobiecym głosem (jaki to kontrast z brutalnym "Excoriate"). Z kolei "A Burial at Ornans" to kwintesencja funeral doom metalu, w którym jak wiadomo dominuje ultra-wolne tempo. Ogromny plus za pełną mistycyzmu, ezoteryczną warstwę liryczną.Widać, że Australijczycy chcieli się wyróżnić na scenie metalowej, zostawić na niej trwalszy ślad.
 
Na początku lat 90-tych tworzyły już takie zespoły doom metalowe jak Paradise Lost, Skepticism, My Dying Bride, Winter, Cathedral, Thergothon czy Funeral, ale chyba jedynie "From the Shadows" Unholy dorównywał w 1993 roku debiutowi Disembowelment pod kątem mrocznej i intensywnej brutalności. Cieszę się, że nabyłem dwupłytową kompilację Relapse z tym albumem, bo polowałem na nią od dawna. 


Wczoraj wydarzyło się coś przykrego blisko mojego miejsca zamieszkania. Wieczorem pod jednym z mostów drogowych (Mieszka I), do którego mam pieszo 5 minut drogi znaleziono zwłoki kobiety. Na miejscu pojawili się policjanci, prokuratura oraz lekarz, który po dokonaniu oględzin zwłok stwierdził brak działania osób trzecich. Czy zatem samobójstwo? Być może. Póki co nieznana pozostaje przyczyna śmierci tej kobiety ani jej tożsamość (kobieta pozostaje bezimienna). Jednak takie sytuacje także mnie dotykają, bo człowiek się zastanawia:co się tam pod osłoną mroku wydarzyło i kim była ta osoba? Jeśli to było samobójstwo, co można było zrobić, by do niego nie doszło? 

W Polsce nie jest dobrze, jeśli chodzi o samobójstwa. Rośnie chociażby liczba prób samobójczych dzieci i nastolatków. Ostatnio (zapewne pod wpływem nagonki prawicowych mediów) samobójstwo popełnił 15-letni Mikołaj, syn posłanki Małgorzaty Filiks. Polska według danych na zwjr.pl znajduje się na 18 miejscu pod kątem wskaźnika liczby samobójstw - za m.in. Koreą Południową, Litwą, Słowenią, Belgią, Łotwą, Węgrami czy Japonią. To nie jest kraj, w którym zdrowie psychiczne jego obywateli jest traktowane poważnie, priorytetowo. Cóż, 'uroki' życia w kraju rządzonym przez quasi-autokratyczny rząd. Tak czy owak uważam, że liczba samobójstw w Polsce pozostaje niedoszacowana. 
 
Często mijamy wiele dzikich niedostępnych miejsc nie zastanawiając się nad tym czy aby nie doszło w nich do jakiejś jednostkowej tragedii. W końcu każda przedwczesna śmierć (nawet naturalna) to czyjaś tragedia. Jednakże to betonowe przęsło chyba już zawsze będzie kojarzyło mi się ze śmiercią.

niedziela, 1 maja 2022

Clan of Xymox w Bazylu 30 kwietnia 2022 roku (fotorelacja)

                                                            




30 kwietnia 2022 roku holenderscy weterani melancholijnego darkwave'u po raz pierwszy (wreszcie) zagrali w Poznaniu. Lubię ten istniejący od 1981 roku zespół zdając sobie sprawę, że formacja ta tworzyła podwaliny sceny darkwave. To zatem zespół równie ważny dla subkultury gotyckiej jak np. Joy Dvision, Bauhaus, Sisters of Mercy, The Cure czy Fields of the Nephilim. Clan of Xymox, Sisters i Fields prezentował w swoich audycjach nieodżałowany Tomasz Beksiński, ale mnie te audycje ominęły z dwóch zasadniczych powodów: zbyt młody wiek oraz rodzące się wówczas we mnie zainteresowanie sceną metalową, a nie szeroko pojętą muzyką gotycką. Rock gotycki, post-punk, darkwave, coldwave czy EBM poszerzały moje horyzonty muzyczne stopniowo, a tak na dobre wsiąknąłem w ten klimat ledwie kilka lat temu. I już nie ma odwrotu. Moja uwielbienie do sceny gotyckiej rośnie coraz intensywniej, przez co mniej obecnie skupiam się na muzyce metalowej, która jeszcze kilkanaście lat temu miała u mnie priorytet. 

Generalnie koncert Clan of Xymox w poznańskim Bazylu został szybko wyprzedany, zatem nie udało mi się w porę nabyć biletu. Z pomocą przyszedł znajomy, który odsprzedał mi jeden bilet (podziękowania dla Mariusza). Support w zasadzie mnie ominął, gdyż spędziłem czas jego występu na pogaduszkach na świeżym powietrzu. Natomiast Clan of Xymox zaczęli grać koło 21.30, a zakończyli krótko po 23 prezentując aż sześć piosenek rozłożonych na dwa bisy. Setlista była zdecydowanie przekrojowa, a z ostatniego pandemicznego albumu "Limbo" Holendrzy zaprezentowali na żywo jedynie "Lockdown". I choć widziałem Clan of Xymox już poprzednio na żywo (choćby na festiwalu Castle Party) to nadal jestem pod wrażeniem jaką radość grania Holendrzy czerpią z występów na żywo. A koncertują często i obficie. Doskonały kontakt z publicznością oraz brak wypalenia artystycznego - to są wciąż atuty Clan of Xymox, zespołu, który trwale wpisał się już w historię szeroko pojętej muzyki gotyckiej. Set-lista wczorajszego wieczoru: "Stranger", "Your Kiss", "Jasmine and Rose", "Louise", "Emily", "All I Ever Know", "Lovers", "Loneliness", "She", "Lockdown", "There Is No Tomorrow" + bisy "Spider on the Wall", "In Love We Trust", "A Day", "Obsession", "Muscoviet Mosquito", "Hail Mary". Kolejny koncert Clan of Xymox w Krakowie jakoś po wakacjach.

Natomiast cieszy mnie obecność Nitzer Ebb jako jednego z headlinerów tegorocznej edycji Castle Party, gdyż ominął mnie ich koncert w Warszawie.

Rekomendacja muzyczna na dziś to przepiękny i niezwykły funeral doom od Australijczyków z Mournful Congregation. Nowa EP-ka "The Exuviae of Gods" (2022). Co za wspaniałe i melancholijne partie gitar. Jestem fanem pogrzebowego doom metalu Mournful Congregation od wielu lat.

https://www.youtube.com/watch?v=zmlg_vpr7Y0

piątek, 15 listopada 2019

Inconssesus Lux Lucis, Nocturnal Graves, Hour of Penance, Destroyer 666 w Bazylu, 09.11.2019 (fotorelacja)



















Szczerze intensywny black thrash nie jest muzyką, której słucham codziennie, ale na koncert postanowiłem się wybrać z powodu wolnego wieczoru. Tym razem nie będę się zbytnio rozpisywał. Publika dopisała, przyszli nawet jacyś przypadkowi dziwnie ubrani ludzie tak jak dwójka facetów obok których stałem. Najbardziej przypadły mi do gustu koncerty zespołów z Australii (Nocturnal Graves i Destroyer 666), gdyż były dzikie, intensywne i na wskroś metalowe, koncert Hour of Penance był ciut monotonny, choć techniczny death metal Włochów z płyt miażdży. Inconsessus Lux Lucis - podobne odczucia jak w przypadku Włochów z Lazio, choć podoba mi się w tej kapeli że potrafią przyłoić także heavy metalowo czy hard rockowo, choć muzycznym rdzeniem pozostaje black thrash. Zresztą to tak czy inaczej wyłącznie moje subiektywne odczucia. Obecnie nie siedzę zbyt głęboko w ekstremalnym metalu (kiedyś było nieco inaczej), ale słuchanie ciężkich brzmień od 1995-96 spowodowało że jestem wobec takiej muzyki lojalny. Choć obecnie najwierniejszy jestem wobec death doom metalu, doom death metalu czy pogrzebowego doom metalu. Lubię posępne, długie i minimalistyczne granie, w którym można się zatracić.

Set-lista Destroyer 666: "Wildfire", "A Breed Apart", "Call of the Wild", "Traitor", "Hounds at Ya Back", "Sons of Perdition", "Trialed by Fire", "Australian and Anti-Christ", "Satan's Hammer", "Black City - Black Fire", "Lone Wolf Winter", "Metal and Hell".

Na koncercie zakupiłem następujące albumy. Posłuchajcie:

https://nocturnalgravessom.bandcamp.com/album/titan

https://agoniarecords.bandcamp.com/album/misotheism

niedziela, 16 października 2016

Czy morderstwo Katarzyny Zowady zostanie rozwiązane?

Powraca sprawa makabrycznego morderstwa studentki religioznawstwa Katarzyny Zowady z 1998 roku - sprawa tajemnicza i niezwykle makabryczna, która trapi polskich śledczych od 17 lat. Sprawa w której (wbrew licznym twierdzeniom prasy) wciąż przełomu nie ma. Zainteresowanych nią bliżej odsyłam do starszego artykułu na ten temat:

http://dtbbth.blogspot.com/2015/01/zagadka-morderstwa-katarzyny-z.html

W każdym razie od jutra mają ruszyć przeszukiwanie dna Wisły przez płetwonurków, którzy chcieliby odnaleźć szczątki bestialsko zamordowanej studentki zagrzebane pod warstwą mułu. Poszukiwania mają mieć miejsce na odcinku wodnym od Wawelu po Dąbie. Pojawiają się w prasie spekulacje że sprawców mogło być dwóch, a nie jeden. Według pewnego eksperta od tortur z Portugalii sprawca mógł trenować sztuki walki. W każdym razie jestem ciekaw czy ta sprawa ruszy do przodu, gdyż spekulacji i hipotez w niej co niemiara.

Zacząłem się zastanawiać czy były w historii kryminalistyki i kryminologii podobne przypadki wycięcia skóry z ciała osoby zamordowanej. W poprzednim artykule wspomniałem podwójnego mordercę Eda Geina, Upiora z Plainfield, pierwowzór Buffalo Billa z "Milczenia owiec" (1991), adaptacji słynnej powieści Thomasa Harrisa. Makabryczne artefakty odnalezione na farmie Geina obejmowały m.in. ludzkie kości i ich fragmenty, kosz na śmieci zrobiony z ludzkiej skóry, krzesła pokryte ludzką skórą, miski zrobione z ludzkich czaszek, gorset zrobiony z kobiecego torsu oskórowanego od ramion do talii, maski zrobione z kobiecych skór, w tym maska twarzowa Mary Hogan czy abażur zrobiony ze skóry twarzy. Krótko po śmierci swej matki Gein rozpoczął pracę nad 'kobiecym kostiumem', gdyż chciał się stać matką, chciał wejść w jej skórę. Używał jako masek skór pieczołowicie zdjętych z martwych ciał, które wykopywał ze świeżych grobów. Farma Geina została podpalona 27 marca 1958 roku.

Inna makabryczna sprawa związana z oskórowaniem miała miejsce w Australii. 29 marca 2000 roku po stosunku seksualnym Katherine Knight zaatakowała 44-letniego Johna Charlesa Thomasa Price'a zadając mu 37 ciosów nożem. Mężczyzna próbował uciec z domu, ale morderczyni dopadła go na podwórku, wciągnęła z powrotem do domu i dobiła 36 ciosami nożem. Gdy jej mąż był już martwy oskórowała jego ciało, a kostium z jego skóry powiesiła na ościeżnicy kuchennych drzwi. Miała w tym doświadczenie, gdyż przez wiele lat pracowała w rzeźni. Potem obcięła mężowi oskórowaną głowę i ugotowała ją z warzywami. Ugotowała także fragmenty jego pośladków. Niecodzienną potrawę zamierzała zaserwować sobie i dwójce dzieci, gdy te przyjadą w odwiedziny. Katherine Knight skazana została na dożywocie 9 listopada 2001 roku.

Oskórowanie żywcem było jedną z metod tortur. Stosowali ją już Asyryjczycy od czasów panowania Aszurbanipala II (w taki sposób skończył Yahu-Bihdi) oraz Indianie. Aztekowie obdzierali jeńców ze skóry w ramach rytualnej ofiary składanej bogu Xipe Totec - czynili to jednak zazwyczaj post-mortem. W mitologii greckiej Apollo żywcem obdarł ze skóry satyra Marsjasza. Chodziło o wyzwanie który z nich gra lepiej na danym instrumencie (Marsjasz - aulos, Apollin - kitara, odmiana liry), które Marsjasz przegrał. Święty Bartłomiej, jeden z dwunastu apostołów Jezusa Chrystusa według tradycji został żywcem obdarty ze skóry. W marcu 415 roku Hypatia z Aleksandrii (zajmowała się matematyką, astronomią i filozofią) została oskarżona o pogaństwo i zamordowana przez chrześcijański motłoch - tłum rozebrał ją, oskórował kawałkami ceramiki (ostraca) i spalił jej szczątki. Egzekucje polegające na obdzieraniu żywcem ze skóry praktykują meksykańskie kartele narkotykowe, talibowie czy siepacze z ISIS. Historyczne przykłady można dalej mnożyć:

https://en.wikipedia.org/wiki/Flaying

Na zdjęciach Ed Gein w latach 80-tych, jego farma oraz ludzka skóra znaleziona na wysypisku w 1932 roku (morderstwo nie rozwiązane i tylko tyle się o nim dowiedziałem).

EDIT: Bardzo ciekawy materiał zaprezentowała Interwencja Polsat. Link będzie poniżej. Oczywiście badający sprawę policjanci nie ujawniają praktycznie żadnych szczegółów. Zastanawiam się dlaczego na krótko przed zaginięciem 12 listopada 1998 roku 23-letnia Katarzyna Z. przerwała naukę? Czy zrobiła to dla kogoś? Dokąd wychodziła rano i skąd wracała wieczorem? Z kim się spotykała? Co ukrywała? Czy miała kochanka, kogoś kto zawrócił jej w głowie sprawiając że zaczęła wychodzić z depresji? Czy wtedy poznała sprawcę? Skoro nie była osobą towarzyską, a raczej nieśmiałą to musiała mieć trudności z nawiązywaniem kontaktów społecznych. W jaki sposób sprawca mordu i oskórowania (do którego doszło jeszcze za jej życia) zdobył jej zaufanie? Zmanipulował ją tak jak to czynią psychopaci? Jakie relacje ją z nim łączyły? Nie chcę mi się wierzyć że mogła być przypadkową ofiarą jakiegoś dewianta.

"Wtedy nie wiedziałam, co robiła. Dowiedziałam się później, ale nie chciałabym mówić". - tak mówi jej matka. Co to za wstydliwy sekret? Trafiła do jakiejś religijnej sekty? Czy w grę mógł wchodzić seks za pieniądze? A może jedynie chodzi o przemilczenie pewnych informacji dla dobra śledztwa.

Wreszcie zastanawiam się czy do ściągnięcia skóry z Katarzyny Z. doszło gdy ta jeszcze żyła czy post-mortem? W jaki sposób sprawca zamordował swoją ofiarę? Jest mowa o przecięciu tętniczy szyjnej i pachwinowej.

Dużo pytań, wiele osobistych dywagacji. Ta sprawa kryminalna jest chyba najbardziej fascynującą sprawą w historii rodzimej kryminalistyki.

http://www.interwencja.polsat.pl/Interwencja__Oficjalna_Strona_Internetowa_Programu_INTERWENCJA,5781/Archiwum,5794/News,6271/index.html#1527084

Tylko czemu taki tytuł: Polski Hannibal Lecter? Przecież to morderczy transseksualista Buffalo Bill w "Milczeniu owiec" zdejmował skóry z zamordowanych kobiet. Ignorancja literatury i filmu robi swoje, choć wiadomo że to hasło Hannibal Lecter przyciąga jak magnes (a nie drugoplanowy Buffalo Bill).

19.10.2016 - Cytat: "Policja podała, że odnaleziono trzy przedmioty, które "z całą pewnością należały do (jakiejś) kobiety". - Jest duże prawdopodobieństwo, że do Katarzyny Z." - Jakie to jest prawdopodobieństwo? Co to znaczy duże? Jakie przedmioty wyłowiono? Oczywiście jako osoba postronna interesująca się tą makabryczną sprawą zapewne się tego nie dowiem.

Link: http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2016-10-19/z-wisly-wylowiono-przedmioty-ktore-mogly-nalezec-do-zamordowanej-katarzyny-z/

I znowu w prasie piszą że sprawca wzorował się na Hannibalu Lecterze z "Milczenia owiec", co jest oczywiście stekiem bzdur, ale brzmi bardziej chwytliwe niż Buffalo Bill. No cóż, współczesna rzetelność dziennikarska.

piątek, 6 maja 2016

Uninhabited (2010) oraz The Witch (2015) - recenzje

Dwa nowsze horrory obejrzane ostatnio:

- Uninhabited (2010. reż. Bill Bennett) - Mam słabość do horrorów rozgrywających się na opuszczonych wyspach, zatem przyszła kolej na seans australijskiego horroru "Uninhabited" (2010) w reżyserii Billa Bennetta. Australijskie kino grozy potrafi być brutalne i bezkompromisowe o czym świadczy chociażby seria "Wolf Creek". Tym razem mamy jednak do czynienia z filmem dość przeciętnym i średnio wciągającym, acz ładnie zrealizowanym, o co współcześnie nie trudno. Para zakochanych Beth i Henry wybiera raczej nietypowe miejsce do spędzenia wspólnego czasu we dwoje, a mianowicie niewielką wyspę koralową (po prostu malowniczą łachę piasku obrośniętą lasem pośrodku i otoczoną przez rafy). Uprawiają miłość, nurkują, kręcą romantyczne filmiki. Do czasu jednak. Wkrótce bowiem okaże się że nie są na wysepce sami. Przebywa na niej zjawa, która mści się za wydarzenia z przeszłości.

"Uninhabited" nakręcono na wyspie Masthead znajdującej się w obrębie Wielkiej Rafy Koralowej. Film rzekomo bazuje na faktach autentycznych, jeśli za autentyczne można uznać zapewnienia reżysera o spotkaniu z duchem na wyspie w przeszłości. Dla mnie sceptyka to nic innego jak wydumane plotki. Film Billa Bennetta jest horrorem przeciętnym. Pomiędzy głównymi postaciami (Henrym i Beth) brakuje chemii, a wyjaśnienie zagadki wyspy nie porywa oryginalnością. Niektóre sceny wydają się być zbyt rozwleczone. Atutami filmu są budzące grozę odgłosy na wyspie (trochę skojarzyły mi się z "Long Weekend" Colina Egglestona - polecam każdemu ten atmosferyczny horror z 1978 roku), niezły soundtrack i śliczna wyspowa lokalizacja. W "Uninhabited" pojawiają się okazy australijskiej flory i fauny m.in. jadowite szkaradnice (Synanceia), potocznie ryby kamienie, które zamieszkują rafy koralowe i potrafią zabić jadem człowieka oraz strzykwy (ogórki morskie, konkretnie trepangi, które są poławiane w celach konsumpcyjnych).

- The Witch (2015. reż. Robert Eggers) - Debiut reżyserski Roberta Eggersa miło mnie natomiast zaskoczył. "The Witch" wygrał nagrodę za reżyserię na festiwalu filmowym w Sundance w 2015 roku, a to już świadczy o tym że mamy do czynienia z horrorem nietuzinkowym i wartym obejrzenia, którego akcja toczy się w siedemnastowiecznej kolonialnej Nowej Anglii. Purytańska rodzina zostaje poddana ekskomunice przez głęboko wierzącą społeczność pewnej plantacji. W skład familii wchodzi bogobojny ojciec William, jego żona Katherine, osiągająca dojrzałość córka Thomasin, syn Caleb oraz bliźnięta Mercy i Jonas. Rodzina buduje farmę w lesie i próbuje być w tych trudnych czasach samowystarczalna. Po pewnym czasie przychodzi na świat kolejne dziecko Katherine, Samuel. Thomasin bawi się z niemowlęciem na świeżym powietrzu i nagle Samuel znika sprzed jej oczu. Czyżby w okolicznym lesie czaiła się polująca na dzieci czarownica? O zaginięcie Samuela Katherine obwinia Thomasin. Czy słusznie?

Więcej fabuły nie zdradzę, bo warto historię "The Witch" odkrywać w trakcie seansu. Nie da się ukryć że z debiutanckiego horroru Roberta Eggersa wyziera fascynacja wiedźmami, które tworzą sabaty i zawierają pakty z Diabłem. Film nakręcono w odosobnionej lokalizacji w Kanadzie (Kiosk, Ontario), co nadało mu przyprawiającej o dreszcze autentyczności. Co ciekawe, filmowcy w trakcie procesu realizacji "The Witch" zasięgali opinii ekspertów od XVII-wiecznego rolnictwa oraz obficie czerpali z XVII-wiecznych źródeł o wiedźmach i czarnej magii. Wizualnie film spełnił moje oczekiwania, gdyż jest bardzo ładny. Świetnie została w nim ukazana purytańska represja, by nie rzec dosadniej otchłań religijnej histerii i zabobonów. Nadto w "The Witch" groza jest dość dyskretna i tajemnicza, choć w filmie nie brakuje krwawych scen. Widać że reżyser wbił sobie do głowy naczelną zasadę dobrego horroru - "Boimy się najbardziej tego czego nie widać." Momentami nieco drażniła mnie żarliwa religijność sportretowanej w "The Witch" rodziny, gdyż nie akceptuję bigoterii w żadnej postaci, choć z drugiej strony w XVII wieku bogobojni farmerzy zamieszkujący okolice lasów z całą pewnością wierzyli że w leśnych ostępach może czyhać zło.

Przede wszystkim "The Witch" zasługuje na uwagę ze względu na wspomnianą autentyczność, która przejawia się w dbałości o ascetyczne detale epoki. Poza tym krajobrazy otaczające farmę przesycone są surowe, przesycone aurą grozy i tajemniczości. Niektóre sceny są niesamowicie wizyjne: młoda czarownica wabiąca dziecko do leśnej chatki, obecność czarnego kozła i kruka czy budzące niepokój manifestacje zdeformowanej jędzy. Nie do końca jednak jestem pewien czy lęk głównych postaci wyłącznie siedzi w ich głowach, co pozwala na grę domysłów. W recenzjach padały porównania do "Siódmej pieczęci" (1957) Ingmara Bergmana czy do onirycznych filmów Carla Dreyera. Ja bym dorzucił też "Suspirię" (1977) Dario Argento.

piątek, 4 marca 2016

Inverloch "Distance I Collapsed" (2016) - recenzja
























Nie ukrywam że była to jedna z moich najbardziej wyczekiwanych płyt doom metalowych w tym roku. Uwielbiam australijski Disembowelment oraz ich nieśmiertelną "Transcendence into the Peripheral" wydaną w 1993 roku przez Relapse Records. Nikt wcześniej tak precyzyjnie i szokująco świeżo nie połączył grindującego death metalu z potężnym człapiącym doom death metalem. W dodatku na "Transcendence..." znalazły się ciekawie wplecione wpływy muzyki etnicznej i ambientowej. Można wysnuć tezę że ta płyta przedefiniowała doom death i pogrzebowy doom. Inverloch powstał na gruzach Disembowelment, choć w składzie zespołu grają tylko dwaj muzycy tej niesamowitej australijskiej kapeli, a mianowicie gitarzysta Matthew Skarajew oraz perkusista Paul Mazziotta. Oczywiście w przypadku odsłuchu debiutanckiej EP-ki Inverloch "Dusk I Subside" (2012), jak i debiutanckiego albumu "Distance I Collapsed" (2016) porównania zdają się być nieuniknione. Podobnie jak Disembowelment Inverloch stawia na konglomerat furiackiego death metalu z doom death metalowym miażdżeniem. Od razu da się to zauważyć w kawałku otwierającym "Distance Collapsed (In Rubble)" (swoją drogą autentycznie fenomenalnym): wpierw krótki dark ambientowy wstęp, a potem rozpętuje się death metalowe piekło, by wreszcie mordercze tempo zwolniło do doom deathowego mielenia kości.

W muzyce Inverloch najbardziej do mnie przemawia niezwykle gęsta, by nie rzec apokaliptyczna atmosfera, w której można się zatracić. Atmosfera wgniatającej w ziemię melancholii obecnej w "From the Eventide Pool" - utworze tak posępnym i wolnym, że mógłby śmiało znaleźć się na krążku funeral doom metalowym. Trochę ten akurat kawałek przypomina mi przytłaczające żałością cmentarne hymny Evoken (przy czym kapela z New Jersey na pewno była pod wpływem Disembowelment, gdy zaczęła tworzyć swoją doom death metalową lawę). W następnej kolejności mamy "Lucid Delirium" - utwór zdecydowanie brutalny i przynajmniej z początku death metalowy. Lecz jest to brzydki, groźny i mroczny death metal, który płynnie przechodzi w pulsującą doom metalową zawiesinę. Ogromnie przemawia do mnie tak spójne zróżnicowanie temp jak w muzyce Inverloch, wzorcowe operowanie kontrastem, subtelna żonglerka nastrojem. Raz jest wściekle i agresywnie, raz samobójczo i grobowo. A jako całość "Distance I Collapsed" nurza się w zagęszczonej ciemności poza horyzont. W mroku, do którego ma się ochotę wejść i już z niego nie wychodzić. Na pewno Inverloch łączy z Disembowelment przeszywająca aura zła i nadchodzącej zagłady, choć obecna twórczość Australijczyków wydaje się być ciut bardziej przystępna i kontrolowana. Szukam w muzyce właśnie czegoś takiego: w black metalu, death doom metalu, funeral doom metalu czy dark ambiencie.

Na razie moja płyta roku, jeśli chodzi o death doom/funeral doom. Czekam na odpowiedź ze strony Evoken i Esoteric. Niestety kwietniowa krótka trasa Inverloch po Europie nie zahaczy o Polskę, a szkoda. Premiera "Distance I Collapsed" 4 marca 2016 roku za pośrednictwem Relapse Records. Muszę zaopatrzyć się w CD.

Odsłuch dla czytelników: https://inverloch.bandcamp.com/

wtorek, 1 lipca 2014

Wolf Creek 2 (2013) - recenzja

Australia słynie z wyjątkowo brutalnych seryjnych morderców. Paul Denyer. David i Catherine Birnie. Mordercy ze Snowtown. Wreszcie Ivan Marko Milat na którego serii morderstw dokonanych w australijskim outbacku luźno bazuje brutalny slasher/survival horror "Wolf Creek" (2005) w reżyserii Grega McLeana oraz jego ubiegłoroczny sequel z którym postanowiłem się zmierzyć dopiero teraz. Oczekiwania miałem duże, gdyż debiutancki horror McLeana swego czasu chwycił mnie za kłaki i srogo wytarmosił we krwi i totalnym terrorze. Był to w zasadzie film jednego aktora: Johna Jarrata, który wciela się w postać morderczego wieśniaka z australijskich bezdroży Micka Taylora. Powstało dzieło wstrząsające, bestialskie i prowadzące widza jak po sznurku przez zakręty australijskiego piekła. Jak się ma do tego sequel?

Zanim postaram się udzielić odpowiedzi na to pytanie wpierw nieco o Ivanie Milacie. W latach 1989-1991 w Australii doszło do serii makabrycznych morderstw turystów. We wrześniu 1992 roku w odludnym rejonie Belanglo Forest odkryto ciała dwójki brytyjskich turystek Caroline Clarke i Joanne Walters. Caroline strzelono dziesięć razy w głowę, Joanne otrzymała 14 ran kłutych, w tym dwukrotnie w rdzeń kręgowy. W październiku 1993 odkopano w tym samym miejscu dwa trupy, tym razem dwójki nastolatków z Melbourne, Jamesa Gibsona oraz Deborah Everist. 1 listopada znaleziono zwłoki należące do niemieckiej turystki Simone Schidl, która zaginęła w styczniu 1991 roku. Następnego dnia, po wznowieniu intensywnych poszukiwań, natrafiono na dwa kolejne szkielety kobiety i mężczyzny. Ofiary zidentyfikowano jako dwójkę niemieckich podróżnych Gabora Neugebauera i Anję Habschied, zaginioną dwa lata wcześniej. Anja została zdekapitowana, natomiast policja w Sydney oznajmiła, że ciała wszystkich ofiar nosiły ślady wielokrotnych ran kłutych. 30 maja 1994 roku 49-letni kierowca i miłośnik broni palnej Ivan Marko Milat został oskarżony o zamordowanie 7 wycieczkowiczów. 27 lipca 1996 roku uznano go winnym zarzucanych mu czynów i skazano na siedmiokrotne dożywotnie pozbawienie wolności. Liczba ofiar Ivana Milata tak naprawdę może być wyższa, gdyż dziesięciu innych podróżników zaginęło bez śladu w czasie gdy zabijał. Przebywając w więzieniu Milat próbował niejednokrotnie popełnić samobójstwo: połykał żyletki i zszywki, a w 2009 roku uciął sobie palec plastikowym nożem. Twardy zawodnik.

Mick Taylor jest jeszcze twardszy. Nie straszne mu wypalone słońcem australijskie pustkowie ani patroszenie zamordowanej ofiary. Ba, on kocha ubabrać sobie ręce ludzką krwią. I uwielbia polować na dzikie świnie w okolicach słynnego krateru impaktowego Wolfe Creek. Nie wolno go wkurzyć o czym rychło przekonają się dwaj policjanci, którzy postanawiają wlepić Mickowi niesłuszny mandat za przekroczenie prędkości. Jeden z nich w mgnieniu oka umiera z odstrzeloną facjatą, drugiego Mick dźga nożem w plecy, po czym zanosi go do wraku rozbitego policyjnego samochodu i podpala zapałką. Kolejnymi ofiarami żartobliwego Micka staje się dwójka wędrujących turystów z Niemiec Rutger i Katarina. Oboje postanawiają przenocować w okolicach krateru. Jednak w środku nocy ich namiot zauważa morderczy redneck. Najpierw po dobroci proponuje im podwózkę, ale Rutger odmawia. Mick widząc, że jego plan spalił na panewce wpada w furię i atakuje młodego Niemca dźgając go nożem w plecy. Próbuje potem zgwałcić Katrinę, ale przeszkadza mu w tym ostatkiem sił Rutger. Wściekły Mick podrzyna chłopakowi gardło przy okazji ucinając głowę. Członkowie meksykańskich karteli narkotykowych i dżihadyści z Syrii byliby z niego dumni. Katrina traci przytomność. Odzyskuje ją jednak dość szybko i zaczyna obserwować, jak morderca oprawia jej chłopaka. Wówczas ucieka w busz. Rozpoczyna się pościg wpierw za dziewczyną, a potem za brytyjskim surferem Paulem (Ryan Corr), który zabiera roztrzęsioną Katrinę do samochodu...

"Wolf Creek 2" mnie nie sponiewierał tak bardzo jak jego prekursor, niemniej to dobry horror, mocny i krwawy. O wiele brutalniejszy od poprzednika, ale też bardziej campowy za sprawą większej dawki dialogowego humoru. Pojawiają się nawiązania do fenomenalnego "Pojedynku na szosie" (1971) Stevena Spielberga, "Autostopowicza" (1986 - nie na darmo niemiecki turysta nazywa się Rutger), naszpikowanego akcją "Mad Maxa 2" (1982) oraz do nieco zapomnianego australijskiego survival horroru "Fair Game" (1986). Segment z przepytywaniem i torturowaniem Paula jest trochę przydługi, ale to drobny mankament "Wolf Creek 2". Natomiast scena rozwalenia ciężarówki o pogruchotany w urwisku samochód terenowy zwala z nóg. Cóż za piękna eksplozja! Wcześniej ginie kilka kangurów rozpłaszczonych przez przód rozpędzonego kolosa. A wszystko to ma miejsce w okolicach jednego z najpiękniejszych kraterów meteorytowych na świecie: Wolfe Creek! Turyści przybywajcie.

"Witaj w Australii, popierdoleńcu!" - Mick Taylor.

poniedziałek, 12 maja 2014

Impetuous Ritual "Unholy Congregation of Hypocritical Ambivalence" (2014) - recenzja



























Stopniowo przybywa płyt do recenzji, a więc dziś zawitamy do słynącej z jadowitych węży i parzących roślin gympie-gympie Australii. W Impetuous Ritual udzielają się dwaj muzycy z eksperymentalnego death metalowego Portal, a mianowicie Omenous Fugue (gitara) i Ignis Fatus (demoniczny growling, gitara, także Grave Upheaval). Już debiut Impetuous Ritual z 2009 roku "Relentless Execution of Ceremonial Excrescence" przytłaczał potwornie mrocznym i opętańczym nastrojem. Nie inaczej jest na ""Unholy Congregation of Hypocritical Ambivalence" - ów bestialski death metalowy wymiot brzmi niczym kakofonia z najczarniejszych czeluści piekielnych. Gitary są totalnie zniekształcone, zatracają się w infernalnym chaosie, zlewają się w nieprzeniknioną ścianę hałasu, gdzieniegdzie pojawiają się przyzwoite solówki. Cały album przesycony jest zadziwiająco przerażającą atmosferą, którą można się zachłysnąć. Oczywiście najbardziej daje się to odczuć w trakcie wolnych doomowych fragmentów w których Impetuous Ritual po mistrzowsku buduje napięcie, by je potem gwałtownie wyzwolić w trakcie morderczego death metalowego chaosu. Podejrzewam, że dla wielbicieli lżejszych odmian metalu ""Unholy Congregation of Hypocritical Ambivalence" będzie nie do przejścia, ale ja taką duszną od grozy rzeź kupuję od razu. Ten album to pieprzone trzęsienie ziemi powodujące kolosalne zniszczenia. Posłuchajcie chociażby "Verboten Genesis", "Sentient Aberrations" and "Abhorrent Paragon" - toż to dewastująca i dzika kakofonia. Obok "Death" Teitanblood jeden z najbardziej ekstremalnych albumów jakie miałem okazję słyszeć w tym roku. Odsłuch wskazany.

http://profoundlorerecords.bandcamp.com/album/unholy-congregation-of-hypocritical-ambivalence