Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 kwietnia 2024

Datura, Pale Path i Final Gasp w Hydrozagadce 14 kwietnia 2024 r. (fotorelacja)

                                                                            





Dawno nie byłem w warszawskiej Hydrozagadce na koncercie (na pewno jednak kojarzę tamtejsze gigi Agalloch, Rome i Bleib Modern). Warto natomiast nadmienić, że na mapie organizatorów koncertów w Polsce pojawił się Disco Hospital Booking. Dziewczyny zorganizowały m.in. występ akustyczny Kima Larsena z Of the Wand and the Moon w lutym bieżącego roku, za który serdecznie im dziękuję. Od tej pory kibicuję DHB i będę starał się uczestniczyć w przynajmniej niektórych przez nie organizowanych warszawskich koncertach. 

Disco Hospital Booking stawiają na muzyczną różnorodność, stąd też w Hydrozagadce wystąpiły trzy odmienne stylistycznie zespoły: dwa polskie (Datura i Pale Path) oraz jeden z USA (Final Gasp). Na początek wystąpili warszawiacy z Datura. Wiem, że w 2023 r. zaszczycili swoją obecnością festiwal metalowy Summer Dying Loud w Aleksandrowie Łódzkim, ale akurat w ten dzień nie przyjechałem. Już w Hydrozagadce zespół ten poleciła mi znajoma i muszę przyznać, że ich koncert wywarł na mnie ogromne wrażenie. Oryginalny i hipnotyczny miks post-metalu, post-rocka doom metalu, dark folka, melancholijny i zapadający w pamięć. Wokalista Maja dysponuje znakomitym wokalem płynnie przechodząc od czarującego i subtelnego śpiewu aż po przeszywający krzyk i desperacki growl. W czerwcu 2024 roku ma się ukazać debiut Datura zatytułowany "Obsidian", z którym z pewnością się zaznajomię. Tymczasem zachęcam do zapoznania się z muzyką Datura.

Odsłuch: https://daturaband.bandcamp.com/track/venom

Drugim zespołem, który zaprezentował się na scenie był warszawski Pale Path. Obejrzałem kilka minut ich koncertu, zrobiłem parę zdjęć i oddaliłem się, by pogadać ze znajomymi z kręgów gotyckich. Niestety brzmienia metalcorowe i deathcorowe raczej nie leżą w kręgu moich zainteresowań, niemniej jednak na pewno wśród widowni znaleźli się starzy i potencjalnie nowi fani zespołu.

Odsłuch: https://palepath.bandcamp.com/album/flatline

Natomiast Amerykanie z Final Gasp grają gotycki metal/death rock i ich muzyka z miejsca przypadła mi do gustu. Co ciekawe, ich debiutancki album "Mourning Moon" (2023) wydał amerykański label Relapse, który słynął z wydawania death metalu, grindcore'a czy doom death metalu (np. mój ulubiony Disembowelment z Australii). Muzyka Final Gasp jest szalenie energiczna, jadowita, mocno zmetalizowana. Pojawiają się porównania do Killing Joke, Danzig, Type O'Negative, ale też do Sentenced. W rzeczy samej koncert Final Gasp był energiczny, intensywny, podszyty gniewem, szaleństwem i punkową zadziornością. Zwracał na siebie uwagę miotający się po scenie wokalista zespołu, który przewinął się przez kilka składów black/punk metalowych. Death rock Final Gasp na pewno przypadnie do gustu zarówno metalom, jak i gotom, którym nieobece są brzmienia metalowe. Set-lista: "Climax Infinity", "Homebound", "Mourning Moon", "Corpse Powder", "Botched Ritual", "Frozen Glare", "Blood and Sulfur", "Unnatural Law", "14 Gates", "Temptation", "The Vanishing", "Rows of Heaven", cover (?) Husker Du i "Suicide".

Odsłuch: https://finalgasp.bandcamp.com/album/mourning-moon

Przy okazji zapraszam już na koncert Rope Sect 24 sierpnia także organizowany przez DHB (Hydrozagadka).

https://ropesect.bandcamp.com/album/metanoia-sessions

poniedziałek, 22 stycznia 2024

"Dowody zbrodni" i "Żyletkę zawsze noszę przy sobie" - recenzje

                                                                             

Małgorzata Gołota "Żyletkę zawsze noszę przy sobie" (recenzja)

Reportaż o depresji dzieci i młodzieży. Poruszający i jakże potrzebny, napisany z wyczuciem i wrażliwością przez dziennikarkę Małgorzatę Gołotę. W "Żyletkę zawsze noszę przy sobie" znajdziemy sporo statystyk dotyczących skali zachorowalności na depresję zarówno w wymiarze globalnym i krajowym, a także niepokojące liczby prób samobójczych i samobójstw wśród dzieci i nastolatków. Jak wiadomo nieleczona depresja może prowadzić do śmierci (samobójstwa). Przyczyny depresji wśród dzieci i młodzieży, ale także wśród osób dorosłych są złożone: z jednej strony uwarunkowania genetyczne, z drugiej czynniki środowiskowe takie jak bieda, przemoc domowa, samotność, w kontekście osób młodych opresyjny system szkolnictwa skierowany na skrajną rywalizację, przemoc rówieśnicza czy nadużywanie mediów społecznościowych. Omawiane są sygnały ostrzegawcze i symptomy depresji wśród dzieci i młodzieży (takie jak samookaleczenia, izolacja, anhedonia, czyli nie odczuwanie przyjemności, derealizacja, problemy somatyczne, skłonność do uzależnień), ale też sposoby leczenia depresji (terapia indywidualna, grupowa, rodzinna, farmakoterapia, w najcięższych przypadkach pobyt w szpitalu psychiatrycznym).

Książka okraszona jest kilkoma wywiadami: z pacjentami (wypowiadają się same młode kobiety), matką jednej z dziewczynek, psychiatrami, psychoterapeutami, etc. Przykuł moją uwagę obszerny wywiad z profesorem Brunonem Hołystem, prawdziwym polskim autorytetem w dziedzinie suicydologii i wiktymologii. Wywiad, który dotyczy samobójstw wśród dzieci i młodzieży. Profesor opisuje chociażby przypadek ośmioletniego dziecka, które zdecydowało się na ostateczny krok, wskazuje także przypadki naśladownictw i paktów samobójczych. Co ciekawe, kilka lat temu sam miałem okazję przeprowadzić z profesorem wywiad. 

Dużo jest w tej książce o zapaści psychiatrii dziecięcej w Polsce, jej przyczynach i skutkach. Poruszony zostaje także aspekt stygmatyzacji osób chorych i samobójców oraz ich rodzin przez nieczułe i obojętne otoczenie. A czasem wystarczy zwykła życzliwa rozmowa, by uratować komuś życie czy uczynić je na moment bardziej znośnym, lepszym. Najbardziej poruszające są wpisy z pamiętnika Joanny, która choruje na depresję od ósmego roku życia. Dziewczyna jako dziecko padła ofiarą przemocy domowej i molestowania seksualnego. Z jej wpisów wylewa się autentyczny mrok i ból psychiczny.
Książka ta jest głównie adresowana do rodziców i nauczycieli, ale w zasadzie mogę ją polecić każdemu, kto chciałby dowiedzieć się o depresji coś więcej. Konkludując, depresja to żadna chwilowa fanaberia, a podstępna i potencjalnie śmiertelna choroba, która staje się coraz bardziej rozpowszechniona i na szczęście przestaje być tabu, odium. Uwrażliwić społeczeństwo mogą w tej materii rzetelne kampanie społeczne i książki takie jak powyższa.
 
I ostatnie dane via Wykop: 
 
Średni czas oczekiwania na psychiatrę dziecięcego to 238 dni.
Są miejsca, w których okres oczekiwania wynosi ponad tysiąc dni, z czego trzy w Warszawie i jedno na Pomorzu, a rekord, który padł we wrześniu, to 2445 dni w jednym z ośrodków w Będzinie.
Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że w 2022 roku próby samobójcze podjęło 2093 dzieci (w wieku 7–18 lat). W 156 przypadkach zakończyły się one śmiercią.
 
David J. Gibson "Dowody zbrodni" (recenzja)
 
Przeczytałem "Dowody zbrodni" botanika i biologa Davida J. Gibsona z fascynacją i zainteresowaniem. Ta propozycja popularnonaukowa dotyczy w dużej mierze botaniki sądowej. Autor przedstawia w niej w zajmujący i rzeczowy sposób rozmaite zagadnienia związane z dowodami roślinnymi na miejscach zbrodni. W jaki sposób makroskopowe (np. drewno, mech) czy mikroskopowe (np. pyłki) dowody roślinne przyczyniły się do aresztowania, osądzenia i skazania sprawców morderstw, gwałtów czy seryjnych morderców? 
 
Gibson omawia tutaj wiele ciekawych spraw kryminalnych, w których dowody roślinne przyczyniły się do wykrycia przestępcy. Jedne sprawy kryminalne były mi już wcześniej znane np. porwanie dla okupu i morderstwo dziecka Lindberghów, inne nie. Fascynujące są rozdziały o truciznach roślinnych czy grzybiczych, którymi posługiwali się mordercy i samobójcy (np. cykuta, atropina, strychnina, rycyna, muscymol, itd.) oraz o przemycie zagrożonych wyginięciem gatunków roślin (w szczególności storczyków). Do zapamiętania także fragmenty o niuansach rozkładu ludzkich zwłok i tzw. nekrobiomie. 
 
Trochę przystępnie podanej interdyscyplinarnej wiedzy z zakresu genetyki, botaniki, kryminalistyki, sądownictwa, toksykologii. Lektura obowiązkowa dla wielbicieli true crime. Objętościowo dość kompaktowa - jedynie 250 stron wraz z całkiem bogatym molekularnym słowniczkiem i przypisami.

wtorek, 28 listopada 2023

Stridulum "Paradigm" (2023) - recenzja

Kiedy piszę ową recenzję za oknem panuje nieśmiała zimowa aura z lekkim mrozem i naprawdę znikomą dawką śniegu. To idealny wieczór, by posłuchać nieco poruszającej mrocznej elektroniki, a nadarzyła się ku temu niemała okazja, gdyż 24 listopada miała miejsce premiera (via Manic Depression Records) drugiego albumu studyjnego rodzimego duetu darkwave/dark electro Stridulum zatytułowanego "Paradigm". Już poprzedni album (pełnometrażowy debiut) Stridulum "Soothing Tales of Escapism" (2021) ogromnie mi się podobał, ale po kilkukrotnym przesłuchaniu "Paradigm" śmiem twierdzić, że najnowszy album Marity i Arkadiusza jest jeszcze lepszy, bardziej wielowymiarowy i pięknie jesienno-zimowo-melancholijny. 

Nie da się ukryć, że słuchałem "Paradigm" w trakcie dość trudnego okresu w moim życiu i dzięki temu o wiele łatwiej było mi utożsamić się z muzyką Stridulum, jej warstwą liryczną i ujmującą atmosferą. Mam kilku ulubionych artystów, których muzyka szczególnie do mnie przemawia (np. Shape of Despair, Of the Wand and the Moon, Linea Aspera, Lycia, ostatnio też The Devil's Trade, etc.) i Stridulum wraz z "Paradigm" dołącza do tego grona. W moim subiektywnym rankingu to najbardziej melancholijna płyta dark electro/darkwave od czasu Linea Aspera "II" (2020). Tutaj od początku odsłuchu czuć synchroniczność z płynącymi mroczno-elektronicznymi dźwiękami. To oznaka doskonałego muzycznego wyczucia: muzyka Stridulum potrafi być mroczna, refleksyjna, smutna i tym samym kompatybilna z gustem wrażliwych słuchaczy, którzy się z nią zetknęli. Wiele fragmentów na "Paradigm" autentycznie mnie poruszyło, a z warstwą liryczną "Debris" czy "Eterna" każdy, kto przeżywa jakieś wewnętrzne rozterki związane choćby z poczuciem winy, bezsensu istnienia, utratą miłości czy przyjaźni, tęsknotą za tym co było, ale bezpowrotnie minęło mógłby się utożsamić. 

Na "Paradigm" słuchacz odnajdzie wiele ciekawych smaczków, tanecznych rytmów i zapadających w pamięć fragmentów np. porywającą ambientowo-transową elektronikę w "Wasteland" (początek ok. 2.30 minuty) czy hipnotyczną shoegazową gitarę w fenomenalnie nastrojowym "Astray" (gościnnie wystąpił tutaj Manu H. z Distance H.) W zasadzie każda piosenka na "Paradigm" zapada w pamięć, czymś zaskakuje. Nie brakuje oczywiście na najnowszym albumie Stridulum mroku i melancholii obecnych chociażby w "Sorrow" czy w eterycznym, przypominającym mi muzyczne dokonania Lycia "Flame", w którym śpiew Marity znakomicie uzupełnia się z głębokim wokalem Peera z Golden Apes. Wyróżnić także trzeba dość ciepły, acz nadal przejmujący "Refugium" - ta piosenka skojarzyła mi się z kojącym poczuciem bezpieczeństwa, gdy jesteśmy w towarzystwie osób nam najbliższych. I choć na "Paradigm" pojawiają się znamienici goście trzeba docenić ogromny muzyczny talent i zaangażowanie Marity i Arkadiusza. Aż dziw bierze, że w Polsce Stridulum jest projektem relatywnie mało znanym. Z drugiej strony nasza rodzima scena gotycka nie jest jakaś znacząca w porównaniu do brytyjskiej, niemieckiej, francuskiej czy amerykańskiej. Można by nawet wysnuć śmiałą tezę, że jest dopiero w powijakach. Mam nadzieję zobaczyć kiedyś duet Stridulum na żywo, tymczasem zachęcam do obejrzenia teledysku do "Astray" i posłuchania, tudzież zakupienia "Paradigm":

https://strdlm.bandcamp.com/album/paradigm

 https://www.youtube.com/watch?v=szF8ZntmqxM

Dla porównania posłuchajcie także "II" Linea Aspera:

https://lineaaspera.bandcamp.com/album/linea-aspera-lp-ii 

sobota, 26 sierpnia 2023

Nick Bostrom "Superinteligencja" (2014) - recenzja

                                                  
Ostatnio dużo czytam, ale mam mniej czasu na samo pisanie i polecanie książek.  Korzystam też w miarę swoich możliwości z LLM (Large Language Models) a la ChatGPT oraz kilku innych nowych programów opartych na sztucznej inteligencji. Choć nie jestem w branży IT, ale zagadnienia dotyczące sztucznej inteligencji i bezpieczeństwa AI bardzo mnie interesują. Musiałem zatem sięgnąć po "Superinteligencję" filozofa AI Nicka Bostroma, przez wielu recenzentów określaną jako najważniejszą książkę dotyczącą powstania przyszłej superinteligencji (ASI, Artifical Superintelligence) i jej bezpieczeństwa napisaną w ostatnich latach. Jest to raczej trudna i wymagająca, aczkolwiek fascynująca lektura. Dość powiedzieć, że niektórzy recenzenci na LubimyCzytać nie dali rady przebrnąć przez nią w całości ze względu na jej akademicki żargon. Sam czytałem "Superinteligencję" długo, ale w miarę systematycznie i wraz ze wszystkimi licznymi przypisami. Inna sprawa: jaki jest sens 'recenzować' książkę, której nie przeczytało się w całości? 

Osobiście chciałbym, aby w tym stuleciu powstała superinteligencja przerastająca potencjałem intelektualnym ludzkość. Pewnie zanim do tego dojdzie to i tak będę martwy, ale pomarzyć można. Oczywiście powstanie (zaprogramowanie) takiego superinteligentnego bytu wiąże się z ogromną odpowiedzialnością programistów, sponsorów, naukowców. W końcu nie ma stuprocentowej gwarancji, że tak potężna superinteligencja (jeśli kiedykolwiek powstanie) będzie podzielać pozytywnie wartości, którymi się jako homo sapiens kierujemy. To będzie intelekt niewiarygodnego wręcz poziomu, który będzie zdolny do przyszłej kolonizacji przestrzeni kosmicznej, galaktyk, Wszechświata. Zatem przyszła eksplozja inteligencji wydaje się być całkiem prawdopodobna, choć należy liczyć się z tym, że przyszła ASI (jeśli nie rozwiążemy w porę tzw. problemu kontroli, AI Alignment) może doprowadzić ludzkość do zagłady. Apelują o to (i słusznie) Nick Bostrom i Eliezer Yudkovsky. 

Tak czy owak zaawansowana superinteligencja (gdyby powstała) byłaby w stanie wydłużać ludzkie życie w nieskończoność, udoskonalać intelekt jednostki, zapewnić ludzkości życie w harmonii, zdrowiu i nieskończonym bogactwie, zminimalizować bądź wyeliminować inne zagrożenia egzystencjalne takie jak erupcja superwulkanu, nuklearny armagedon, pandemia groźnego patogenu, uderzenie asteroidy w Ziemię, itd. Nadeszła by era post-ludzkości pełna cyfrowych umysłów (emulacji mózgu), neuromorficznej AI i niespotykanych wręcz możliwości doskonalenia intelektualnego. Niezależnie od tego czy rzeczywiście stworzymy w przyszłości superinteligencję czy np. poprzestaniemy na stworzeniu zaawansowanych systemów AGI (ogólnej sztucznej inteligencji) będziemy mieć pewne etyczne zobowiązania wobec sztucznej inteligencji i cyfrowych umysłów. Przykładowo jeśli ucyfrowione umysły będą miały świadomość, to nie możemy pozwolić na to, by cierpiały, nie możemy ich wykorzystywać, eksploatować, gnębić.

Czyli z jednej strony potencjalna przyszła eksplozja inteligencji będąca rezultatem opracowania ASI oznacza niewyobrażalny progres ludzkości. Z drugiej strony może łatwo wymknąć się spod kontroli, gdyż taka superinteligencja będzie nieprzenikniona. Jej twórcy mogą nie być w stanie rozpoznać jej odrębnego od ludzkiego systemu 'wartości'. Zatem kontrola takiej ASI np. poprzez jej uwięzienie może okazać się niewyobrażalnie trudna. Cele instrumentalne i ostateczne ASI mogą być zgoła odmienne od ludzkich. Kolejne zagrożenie to złe wykorzystanie powstałej superinteligencji np. w celu stworzenia zaawansowanych broni masowej zagłady, kontrolowania globalnych gospodarek czy manipulowania systemami politycznymi, co rzuci nasz świat w tryby totalnego globalnego chaosu. Następna kwestia omówiona w "Superinteligencji" to intensywny wyścig technologiczny korporacji high-tech w celu jak najszybszego opracowania ASI, który może skutkować brakiem globalnej współpracy i tym samym doprowadzić do zagrożenia egzystencjalnego. Zabraknie chociażby czasu na rozwiązanie trudnego (być może nierozwiązywalnego) problemu kontroli. Jeśli superinteligencja stanie się w pełni autonomiczna jej zachowanie może stać się dla programistów nieprzewidywalne. Wówczas może być już za późno na interwencję/korektę celów takiej ASI. Oczywiście istnieją też obawy, że opracowanie ASI przyczyni się do masowego bezrobocia, zniewolenia ludzkości przez superinteligencję, co oznacza kompletną bezbronność, itd. Jeśli opracowanie i kontrola ASI spocznie w rękach niewielkiej grupy ludzi to z kolei może przyczynić się do powstania olbrzymich nierówności społecznych i gospodarczych. Ważna jest globalna współpraca przy stworzeniu superinteligencji, rychłe rozwiązanie problemu kontroli i otwarty dialog. Superinteligencja powinna zostać opracowana dla dobra całej ludzkości i powinna podzielać nasze pozytywne wartości. 

Zastanawiam się czy nie lepiej opracować w pełni autonomicznej ASI, a nie tej, którą kontrolują programiści, decydenci. Wówczas możemy się spodziewać, że zostaniemy jako ludzkość poddani inwigilacji, kontroli. Z prostego powodu: ludzie sprawujący władzę, kontrolę są często chciwi, zepsuci do szpiku kości, a despoci mogą chcieć stworzyć z ASI narzędzie do masowej inwigilacji i zabijania. Z drugiej strony autonomiczna superinteligencja może nas zaatakować i wymordować, chyba że zaszczepimy w niej pozytywne wartości takie jak empatia, szacunek, współczucie. 

Jak zatem stworzyć ASI, której będzie zależało na dobrostanie ludzkości? Rozwiązanie problemu AI Alignment przed opracowaniem pierwszej ASI wydaje mi się arcytrudne, by nie rzec niemożliwe. W końcu czy można kontrolować superinteligentny byt, który (być może błyskawicznie) stanie się mądrzejszy od całej ludzkości? Jak poradzimy sobie z sytuacją, w której ASI będzie już autonomicznie zdolna do modyfikacji własnego kodu i oprogramowania? 

Lektura "Superinteligencji" uświadomiła mi jak ważne są kwestie bezpieczeństwa w zakresie obecnych i przyszłych badań nad AI.

Nie byłbym sobą gdybym nie wrzucił na sam koniec trochę industrial metalowej muzyki: 

Void "Posthuman" (2003):

https://ukvoid.bandcamp.com/track/posthuman 

Red Harvest "Godtech" z płyty "Internal Punishment Programs" (2002):

https://www.youtube.com/watch?v=h-fddU5ito8

wtorek, 23 maja 2023

Stefanies Geschenk (1996) - recenzja

Oniryczny i niepokojący film w estetyce arthouse, w którym rzeczywistość przeplata się z buzującą wyobraźnią dwunastoletniej Stefanie. Dziewczynka dorasta seksualnie i widzi różne dziwne rzeczy m.in. morduje swoich rodziców, którzy usiłują wywrzeć na nią nieustanną presję (dziewczynka unika szkoły) czy przeżywa pierwszą inicjację seksualną.

Eleganckie czarno-białe zdjęcia, ciekawe kadry i sporo lekkiego fetyszyzmu m.in. dużo zbliżeń na usta dziewczynki, jej nogi czy makijaż. "Stefanie Geschenk" potrafi być ździebko perwersyjny i nihilistyczny, choć daleko mu w tej materii do dosłowności "Maladolescenza" (1977) Pierre Giuseppe Murgia. Doskonała rola młodziutkiej szwajcarskiej modelki Soraya Da Mota (w chwili nakręcenia "Stefanie's Gift" miała 14 lat). 

Polecam, jeśli lubicie kino arthouse i coming-of-age. Mocna inspiracja niemieckim ekspresjonizmem a la "Nosferatu" Murnaua czy "Vampyr" Dreyera. Ten deliryczny film można obejrzeć na YouTube za darmo. Któż by pomyślał jak wiele dziwnych filmów oraz zapomnianych muzycznych albumów, dem i EP-ek można tam znaleźć.

poniedziałek, 3 kwietnia 2023

Holy Spider/ Święty pająk (2022) - recenzja

                                                                 
Ostatnio miałem okazję obejrzeć irański serial killer movie "Holy Spider" (2022) w reżyserii Ali Abbasi, który dość luźno (ale w miarę wiarygodnie) opiera się na prawdziwej historii seryjnego mordercy Saeeda Hanaei, który w latach 2000-01 mordował prostytutki w mieście Mashad (Iran). Saeed, bogobojny mąż i ojciec trójki dzieci (syna i dwóch córek) przez lata tkwił w dysfunkcjonalnej relacji ze swoją matką, która się nad nim znęcała. Mężczyzna był zgorzkniałym weteranem wojny iracko-irańskiej i pracował na budowach. 

Wieczorami i nocami polował na kobiety lekkich obyczajów, często narkomanki. Upatrzone ofiary zabierał do domu, tam je dusił ich własnymi chustami, a ich ciała porzucał niczym śmieci w okolicach Mashad. Łącznie zabił 16 kobiet. Po schwytaniu w lipcu 2001 roku twierdził, że jego celem było pozbycie się, ukrócenie 'moralnego zepsucia' w Masahad. W popełnianiu morderstw miał mu sprzyjać Allah. Co ciekawe, wielu religijnych fanatyków popierało morderstwa Saeeda i wspierało go dobrym słowem. Mimo to Saeed nie uniknął kary śmierci i został powieszony w więzieniu Masahad 8 kwietnia 2002 roku.

W "Holy Spider" na trop mordercy prostytutek zwanego Pająkiem wpada dziennikarka Arezoo Rahimi (Zar Amir Ebrahimi), która w Masahad styka się z wszechobecnym teistycznym patriarchatem oraz z charakteryzującą go mizoginią. Morderca w filmie to Saeed Azimi (Mehdi Bajestani) i w zasadzie jest on odzwierciedleniem Saeeda Hanaei (wierna żona, trójka dzieci, w tym syn, który uważa ojca za idola).  

W filmie Abbasi zaakcentowana zostaje głęboko zakorzeniona mizoginia, z jaką stykają się kobiety w Iranie. Nie brakuje też w nim brutalniejszych scen morderstw, seksu i odrobiny nagości, zatem nie można było nakręcić "Holy Spider" w Islamskiej Republice Iranu (film będący koprodukcją Niemiec, Danii, Szwecji i Francji nakręcono w Jordanii). Oczywiście irańscy fundamentaliści (już w oparciu o sam trailer) zawyrokowali, że thriller Abbasi obraża miliony muzułmanów. Natomiast na festiwalu w Cannes "Holy Spider" otrzymał owację na stojąco, gdyż jest doskonale zagrany, zrealizowany, całkiem sugestywny i potrafi wzbudzić smutek i niepokój. 

Po seansie warto obejrzeć wywiad z seryjnym mordercą Saeedem Hanaei z 2002 roku i członkami jego dysfunkcjonalnej rodziny:

https://iranwire.com/en/society/60247/

wtorek, 7 marca 2023

Host "IX" (2023) i La Scaltra "Mater" (2023) - recenzje

                                                                 

Krótkie recenzje dwóch albumów muzycznych, które ostatnio mocno polubiłem. 

Host to oczywiście najnowszy projekt Nicka Holmesa i Grega Mackintosha, muzyków doom metalowego Paradise Lost. Jak wiadomo Paradise Lost zaczęli eksperymentować z zimnofalową elektroniką już na "One Second" (1997), a w 1999 roku nakładem EMI ukazał się ich kontrowersyjny album "Host" (1999), na którym mocno słychać wpływy Depeche Mode czy The Cure. Kontrowersyjny, gdyż większość twardogłowych metalowców nie mogła przeboleć elektroniczno rockowego kierunku Raju Utraconego. No cóż, "Host" mi się do tej pory podoba, gdyż nadal tkwi w tej muzyce pierwiastek doom death metalowej melancholii. Zatem z niecierpliwością oczekiwałem na debiutancki album Host "IX", który niedawno ukazał się nakładem Nuclear Blast. Przepiękna książeczka do płyty obfitująca w zdjęcia uszkodzonych manekinów pogrążonych w stanie 'melancholii'. Czyli krótko mówiąc depersonalizacja człowieka w coraz mniej ludzkim społeczeństwie. 

Generalnie "IX" ocieka subtelną elektroniką rodem z nocnych klubów lat 80tych, choć oczywiście pojawiają się także gitary. Generalnie album, choć chwytliwy przesycony jest smutkiem. W trakcie odsłuchu można wyczuć wpływy Depeche Mode czy Sisters of Mercy np. w moim faworycie "A Troubled Mind". Gdybym miał wymienić ulubione kawałki to poza wspomnianym "A Troubled Mind" byłyby to "Inquisition", "Wretched Soul", "Tomorrow's Sky" czy "Hiding from Tomorrow". Muzycy Paradise Lost uwielbiają smutne piosenki i bardzo dobrze!

Odsłuch: https://www.youtube.com/watch?v=vy1v_dENffg

Zdj. Tom Maddick (cmentarzysko manekinów w Lincolnshire). 

Niemiecki zespół (pierwotnie żeński duet) La Scaltra poznałem jakoś 2-3 lata temu w trakcie stopniowego zagłębiania się w scenę darkwave/gothic rock/post-punk. O ile pierwsze albumy La Scaltra przesycone były mroczną i nader taneczną elektroniką, o tyle wydany przez berlińską wytwórnię Solar Lodge "Mater" (2023) to już muzyka bardziej gitarowa, mistyczna, ocierająca się o occult rock, a nawet doom metal. Nic dziwnego, że płytę pochwalił Aaron Stainthorpe, wokalista My Dying Bride. "Mater" charakteryzuje się dość specyficznym, mistycznym, nieco odrealnionym i złowieszczym nastrojem. W trakcie przesłuchania tego albumu nieprzypadkowo miałem skojarzenia z gotyckim doom metalem Włochów z Abysmal Grief: fajnie uchwycona atmosfera grozy przywodząca na myśl stare gotyckie horrory z lat 60-tych czy 70-tych (najlepiej włoskie, hiszpańskie i brytyjskie). Czyli zamczyska, krypty, kandelabry, pogrzebowe procesje, owładnięte żądzą krwi wampirzyce czy złowrogie wiedźmy. 

Niesamowity, ociekający atmosferą album z gościnnym śpiewem wokalisty Wisborg w "Azazel" i doskonałym żeńskim wokalem. Nastrojowe, nieco złowieszcze piosenki jak np. "Delilah" czy "Vassago". Totalnie widziałbym ten zespół na małej scenie Castle Party w Bolkowie. Odsłuch poniżej. 

Zdj via Solar Lodge.

https://lascaltra.bandcamp.com/album/mater-digital-album-2023-new

wtorek, 21 lutego 2023

Stray Dogs/ Psy (1989) - recenzja

                                                  
Wskutek konstrukcji zapory pewna osada w Kazachstanie ("Psy" nakręcono nad wysychającym wskutek wywołanej przez Sowietów katastrofy ekologicznej Morzem Aralskim) zamienia się w pustynię i staje się niezdatna do życia, co skutkuje jej opuszczeniem przez mieszkańców. Na miejscu pozostają zdziczałe psy, które nie wahają się atakować i zabijać ludzi. W wymarłej pustynnej osadzie pojawia się grupa bezlitosnych eksterminatorów pod przewodnictwem Iwana, której zadaniem jest wyrżnięcie w pień stada krwiożerczych psów.

"Psy" to jeden z najdziwniejszych filmów jakie miałem okazję w bieżącym roku oglądać. To brutalny i surrealistyczny thriller post-apo z ZSRR, którego fabuła toczy się wśród piasków, opuszczonych budynków i zardzewiałych wraków Morza Aralskiego. Sporo brutalności, trochę gore, fascynująca lokalizacja, nihilistyczna atmosfera, nastrojowa ścieżka dźwiękowa Mashina Vremeni oraz dobra gra aktorska.

Jedna uwaga: w filmie są brutalne i zapewne traumatyczne dla zwierząt sceny strzelania do psów. Owe sceny są nad wyraz mocne i dość realistyczne. Zastanawiam się czy w trakcie kręcenia "Psów" rzeczywiście żadne zwierzę nie zostało trwale skrzywdzone. Tak czy owak, film ogląda się z fascynacją, obrzydzeniem i zainteresowaniem. Do zapamiętania choćby scena wessania busa przez piasek i śmierci jednej z postaci.

Gdy zmarł Ruggero Deodato, reżyser "Jungle Holocaust" i "Cannibal Holocaust" niektórzy moi znajomi ucieszyli się z jego śmierci, gdyż na planie filmów kanibalistycznych Włocha realnie umierały zwierzęta. Takim osobom odradzam też seans "Psów", choć istnieje oczywiście możliwość, że żadne zwierzę nie zostało w trakcie kręcenia scen filmu skrzywdzone. 

Ten pustynny sowiecki film post-apo skojarzył mi się nieco z australijskim arcydziełem kina outback "Wake In Fright" (1971) Teda Kotcheffa, w którym mamy drastyczną scenę polowania na kangury.  Dla wielbicieli "Zapisków martwego człowieka" (1986) film jak znalazł.Także wielbiciele nurtu animal attack powinni zapisać "Psy" na listę filmów do obejrzenia.

piątek, 27 stycznia 2023

Kai Fu-Lee i Chen Quifan "Sztuczna inteligencja 2041" oraz Ewa Krawczyk "Plagi świata" - recenzje

                                             


Wpadły mi ostatnio w ręce dwie interesujące książki, o których chciałbym pokrótce napisać. Recenzje są już zaległe, gdyż obie przeczytałem w grudniu 2022 roku. Tym razem opisy ograniczę do minimum.

Ewa Krawczyk "Plagi świata" (wydawnictwo Pascal) - Autorka "Plag świata" jest z zawodu biolożką i specjalistką mikrobiologii lekarskiej, zatem na rzetelność "Plag świata" nie można narzekać. Omówione zostają tutaj całkiem wnikliwie następujące choroby i patogeny (zarazki chorobotwórcze), które je wywołują: dżuma, wąglik, ospa prawdziwa, cholera, trąd, tyfus plamisty, malaria, odra (plagi zagrażające ludzkości), wirusy Hendra i Nipah, tularemia, wirusy gorączki krwotocznej Ebola i Marburg w drugiej części poświęconej patogenom wykorzystywanym jako potencjalna broń biologiczna, HIV i inne retrowirusy, kiła, rzeżączka i chlamydioza (choroby przenoszone drogą płciową - niestety seks nie zawsze jest czynnością bezpieczną dla naszego zdrowia, aczkolwiek ryzyko zarażenia można skrajnie zminimalizować), jaglica, wścieklizna, denga i chikungunya, treponematozy (zaniedbane choroby tropikalne, których wektorami (roznosicielami) są m.in. psy, koty, komary), koronawirusy SARS i MERS (tak, są w książce ogólne informacje o chorobie Covid19), grypa i wirus RSV, wirus Zika, bakterie odporne na antybiotyki (stare i nowe zagrożenia). Autorka omawia historię globalnych pandemii i lokalnych epidemii wywołanych przez dany patogen, jego nosicieli i sposoby przenoszenia zarazka (szerzenia się choroby), różnorodne objawy chorobotwórcze, stopień śmiertelności danej choroby, wreszcie ewentualne sposoby przeciwdziałania i leczenia (antybiotyki, szczepienia, itd.)

W dobie masowych zachorowań na Covid19 (Kraken niedługo zawładnie Polską, ale formalnie w Polsce już pandemii nie ma), grypę i zakażeń wirusem RSV warto mieć tą książkę pod ręką. "Plagi świata" czyta się szybko i z niemałym zainteresowaniem. Sam generalnie uważam, że po koronawirusie Sars-Cov-2 może w przyszłości nadejść pandemia jeszcze gorszego zarazka. Zagrożeniem ciągle czającym się na horyzoncie są też antybiotykooporne bakterie. Czy jesteśmy zatem przygotowani na kolejną dziesiątkującą ludzkość zarazę? 

Kai Fu-Lee, Chen Quifan "Sztuczna inteligencja 2041" (Media Rodzina) - Ciekawa książka napisana przez dwóch azjatyckich współpracowników z Google'a. Chen Quifan jest autorem dziesięciu fikcyjnych, acz realistycznych opowiadań zawartych w "2041", natomiast Kai Fu-Lee omawia technologie AI w tych opowiadaniach zaprezentowane uznając, że sztuczna inteligencja (AI) mimo że nie nauczy się charakteryzującej homo sapiens kreatywności, zręczności i empatii i tak wpłynie prędzej czy później na ludzkość XXI wieku w znaczący sposób. W książce omawiane są m.in. następujące zagadnienia: uczenie maszynowe i jego zastosowanie w internecie, big data, rozpoznawanie obrazów, konwolucyjne sieci neuronowe, deepfake, generatywne sieci współzawodniczące, biometria, bezpieczeństwo SI, przetwarzanie języka naturalnego (NLP), trenowanie pod własnym nadzorem, GPT-3, silna sztuczna inteligencja (AGI) i świadomość, spersonalizowana edukacja SI, SI w opiece zdrowotnej, Alphafold, aplikacje robotyczne, przyśpieszenie automatyzacji w wyniku pandemii Covid19, wirtualna, rozszerzona i mieszana rzeczywistość (VR, MR i AR), interfejs mózg-komputer (BCI), pojazdy autonomiczne, inteligentne drogi i miasta, komputery kwantowe, bezpieczeństwo transakcji kryptowalutowych, broń autonomiczna (np. roje minaturowych zabójczych dronów) jako potencjalne zagrożenie dla ludzi, SI likwidująca dziesiątki rutynowych stanowisk pracy, bezwarunkowy dochód podstawowy (BDP), zasada 3R (reduce, reuse, recycle) jako rozwiązanie problemu masowej likwidacji miejsc pracy wskutek wdrożenia SI, SI a szczęście, rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO), dane osobowe, przetwarzanie danych wrażliwych przy pomocy systemu federated learning i zaufanego środowiska wykonawczego, nowe modele gospodarcze, przyszłość pieniądza, technologiczna osobliwość. Uff, ogrom zagadnień, ale omówionych zarówno w opowiadaniach, jak i w komentarzach (analizach) w sposób jasny, klarowny i przejrzysty. 

W książce omawiane są też różnorodne zagadnienia etyczne i społeczne związane ze sztuczną inteligencją np. algorytmy głębokiego uczenia, które wzmacniają szkodliwe uprzedzenia zamiast je eliminować, asystenci AI, z którym człowiek osiągnie głębię intymnej więzi, akty terroru i mordu dokonywane przez złoczyńców przy użyciu autonomicznej broni oraz komputery kwantowe używane do łamania kluczy prywatnych w celu kradzieży bitcoinów. Rodzi się pytanie czy futurystyczne scenariusze opisane w "2041" na pewno się ziszczą w ciągu najbliższych dekad? A może to technologiczna utopia, tudzież dystopia? Czy rzeczywiście AI będzie w stosunku do ludzi pozytywnie bądź neutralnie nastawiona? Wreszcie czy kryptowaluty są ludzkości rzeczywiście niezbędne, skoro ich pozyskiwanie sprzyja degradacji środowiska i postępującym zmianom klimatycznym na Ziemi? Póki co uważam, że sztuczna inteligencja nie pomoże nam rozwiązać problemu antropogenicznego globalnego ocieplenia.

Fascynująca książka, do której chętnie wrócę w przyszłości. 

Na zdjęciach oprócz okładek książek mężczyzna chory na wściekliznę i coraz popularniejszy wśród gawiedzi czat GPT.

czwartek, 26 stycznia 2023

Arche "Transitions" (2022) - recenzja

                                                
Zaległa recenzja, ale przegapiłem premierę pierwszego długograja Arche, która miała miejsce w grudniu 2022 roku. "Transitions" duetu z Arche to kwintesencja fińskiego funeral doom metalu, muzyka poruszająca i unurzana w melancholii. Generalnie Finlandia pogrzebowym doom metalem stoi. Można wręcz zaryzykować śmiałą tezę, że funeral doom wykrystalizowywał się właśnie w tej cudownej krainie zorzy polarnej, lasów i setek jezior. Wystarczy wymienić Thergothon, Skepticism, Unburied czy nawet Unholy (choć Finowie z Unholy są protoplastami awangardowego black doom metalu). Owszem, na początku lat 90-tych atmosferyczne doom metalowe czy funeral doom metalowe debiuty dostarczały słuchaczom także Evoken (USA), Esoteric (Wielka Brytania), Mordor (Szwajcaria), Monumentum i Ras Algethi (Włochy), Ysigim i Gallileous (Polska) czy Funeral (Norwegia, nie mogę się doczekać reedycji "Tragedies"), jednak jak dla mnie ojczyzną funeral doom metalu raczej pozostanie Finlandia i basta - głównie dzięki funeral doom metalowi Thergothon i Skepticism. 

Ano właśnie "Transitions" to idealna płyta dla wielbicieli funeral doom metalu Skepticism, Thergothon, Profetus czy uwielbianego przeze mnie Shape of Despair. Można jeszcze dodać wspomniany Evoken czy wspaniały Mournful Congregation z Australii. Na pewno album ten nie trafi w gusta metalowców zasłuchanych w black metalu czy death metalu, dla których liczą się tylko wściekłość i nieustająca agresja. Zresztą ja nadal uważam pogrzebowy doom za największą niszę w metalu, muzykę, która jest często postrzegana jako 'nudna, monotonna, depresyjna'. I o to chodzi: o wolne tempa, posępną atmosferę przesyconą smutkiem, żałobą i przemijaniem życia. Atmosfera funeral doom metalu bywa czasem nieco melodramatyczna, z drugiej strony jakoś to nie przeszkadza wielu słuchaczom uznanych zespołów pokroju My Dying Bride (swoją drogą od lat uwielbiam Brytyjczyków i bodaj trzykrotnie widziałem ich na żywo). Funeral doom Arche na "Transitions" jest mroczny, tajemniczy, eteryczny, bardzo piękny. Budzi skojarzenia z wędrówką po mglistym lesie tuż przy wijącej się rzece albo blisko otulonego mgiełką jeziora.

16-minutowy "Reverential Silence" to ciężki funeral doom metalowy kolos z delikatnymi akustycznymi melodiami. Z kolei "Transition" zatraca się w delikatności i onirycznej melancholii i budzi skojarzenia (przynajmniej moje) z akustycznym folkiem Tenhi. "In Solace A Light" to powrót do masywnych funeral doom metalowych riffów zwieńczony przejmującymi partiami akustycznymi. 

Jeden z najlepszych funeral doom metalowych albumów ubiegłego roku. Chętnie przygarnę go z czasem na CD. Tymczasem polecam odsłuch: 

https://archefin.bandcamp.com/album/transitions-atmospheric-funeral-doom-metal

Swoją drogą Encyclopedia Metallum wylicza "tylko" 743 zespoły funeral doom metalowe.Mało w porównaniu do prawie 46 000 różnorodnych zespołów black metalowych czy ponad 55 000 death metalowych (choć tutaj wliczany jest także lubiany przeze mnie doom death czy death doom).

https://www.metal-archives.com/search?searchString=funeral+doom&type=band_genre  

https://www.metal-archives.com/lists/black 

sobota, 17 grudnia 2022

W głębiny: morderstwo na łodzi podwodnej (2020) - recenzja

                                                     
Po obejrzeniu poruszającego filmu dokumentalnego "Wulkan: Ewakuacja z Whakaari" (2022) stwierdziłem, że najwyższa pora obejrzeć na Netflixie jakiś dokument true crime. Wybór padł na "W głębiny" i był to bardzo dobry wybór. Oczywiście sprawa koszmarnego morderstwa dokonanego na szwedzkiej dziennikarce Kim Wall przez ekscentrycznego konstruktora z Danii Petera Madsena była mi znana od dawna, jednakże chętnie ją sobie odświeżyłem. W skrócie Madsen wespół z grupą wolontariuszy skonstruował mini-łódź podwodną "UC3 Nautilus" i 10 sierpnia 2017 roku zabrał na jej pokład szwedzką dziennikarkę Kim Wall, która pisała m.in. dla "The New York Times" i "Guardian", po czym oboje wyruszyli w podwodny rejs. Madsen celowo zatopił "UC3 Nautilus" i został uratowany przez załogę statku. Po Kim Wall nie było śladu. Niestety w następnych dniach duńska policja odnajdywała rozmaite fragmenty zwłok dziennikarki: tors, nogi, głowę, a także jej ubrania, nóż i piłę. Okazało się, że Madsen (co wyszło na jaw w późniejszym czasie), związał Kim, torturował dziennikarkę nożem i śrubokrętem, udusił ją (bądź poderżnął jej gardło), po czym ciało rozczłonkował piłą i próbował części ciała Kim utopić w wodzie zatoki. Wyniki badań torsu post-mortem wskazywały na rany kłute genitaliów i klatki piersiowej.

Madsen w "Into the Deep" wielokrotnie jawi się jako sadystyczny psychopata, narcyz i kłamca. Jednak pracujący z nim przy projektach (łódź podwodna, rakiety) wolontariusze i stażyści są Peterem oczarowani. Nie mają pojęcia, że to człowiek o podwójnym obliczu, zły do szpiku kości, zafascynowany prawdziwymi nagraniami morderstw (dekapitacji) kobiet (miał je na dysku komputera w swoim laboratorium), lubiący seks z podduszaniem, imprezy fetyszystyczne w Kopenhadze i pragnący zabić jakąkolwiek kobietę na pokładzie "UC3 Nautilus". Z dokumentu wynika, że umówiona z nim na wywiad Kim Wall nie była zaplanowaną ofiarą. Po prostu nadarzyła się okazja i Madsen ją wykorzystał. Chciał dominować, zadawać ból i zabić.  

Co mnie zaniepokoiło to 'żartobliwe' komentarze i wiadomości Madsena skierowane do reżyserki dokumentu oraz zafascynowanej nim wolontariuszki, z których wynikało, że z tym facetem jest coś nie w porządku. Zresztą "Into the Deep" przyczynił się do skazania Petera Madsena na dożywotnie pozbawienie wolności za okrutne morderstwo Kim Wall. To raczej posępny i ciut nieprzyjemny dokument obrazujący jak jeden uzdolniony człowiek potrafi nabrać otoczenie i starannie się maskować. 

Na zdjęciach Kim Wall oraz jej morderca Peter Madsen. Warto poczytać artykuły Kim Wall np. o amerykańskich próbach nuklearnych na Wyspach Marshalla.

czwartek, 15 grudnia 2022

David Zimmer "Planeta wirusów" - recenzja

                            

Wpadła mi ostatnio w ręce dość krótka książka popularnonaukowa Davida Zimmera "Planeta wirusów" (wydawnictwo Copernicus Center Press) i stwierdziłem, że warto ją przeczytać, tym bardziej w dobie pandemii koronawirusa Sars-Cov-2, która jeszcze się nie zakończyła, choć straciła już swój impet. "Planeta wirusów" to kolekcja dwunastu wciągających esejów, które miały na celu przybliżyć wirusologię laikom. Przykładowo rozdział o wirusie mozaiki tytoniowej opisuje w jaki sposób doszło do odkrycia wirusów. W innym rozdziale dotyczącym rinowirusów dowiemy się w jaki sposób nasz układ odpornościowy (immunologiczny) broni się przed atakiem patogenów (świetny opis mechanizmów obronnych). Kolejny rozdział o wirusie ospy prawdziwej opisuje w jaki sposób ten groźny zarazek został eradykowany (wariolizacja i opracowanie szczepionek). W rozdziale o wirusie HIV (ludzkim wirusie niedoboru odporności) czytelnik dowie się w jaki sposób wirusy odzwierzęce (zoonotyczne) przeskakują na ludzkich gospodarzy i jakie są warianty odkrytego po raz pierwszy w 1981 roku wirusa HIV wywołującego chorobę AIDS (zespół nabytego niedoboru odporności). Rozdział o koronawirusie SARS-Cov-2 oprócz trzymającej w napięciu historii tego podstępnego patogenu, który tak mocno namieszał w gospodarkach na całym świecie oferuje także podstawowe informacje o wcześniejszych wybuchach epidemii koronawirusów SARS i MERS. Z kolei w eseju o wirusie gorączki Zachodniego Nilu jest mowa o jego wektorach, czyli komarach i o tym jak trudno jest pozbyć się tego zarazka (inne wirusy roznoszone przez komary to ZIKA i chikungunya). Czego jeszcze dowiemy się z "Planety wirusów"? Ano tego, że posiadamy w naszym ludzkim DNA tzw. endogenne retrowirusy. Autor usiłuje także odpowiedzieć w eseju o żyjących w oceanach mega-wirusach z dużymi genomami i tzw. wirofagach czy wirus jest organizmem żywym czy martwym. Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest prosta. Zimmer opisuje także przełomowe odkrycie bakteriofagów, czyli wirusów atakujących chorobotwórcze bakterie. Szkoda, że do najnowszej edycji "Planety wirusów" nie został dołączony esej o wirusie gorączki krwotocznej Ebola. W zamian mamy rozdział o koronawirusie Sars-Cov-2 wywołującym chorobę Covid-19. 

Generalnie świetne eseje wirusologiczne, które nie wymagają od czytelnika żadnego biologicznego przygotowania. Wady książki są dwie: brak rozdziału o afrykańskich wirusach zoonotycznych Ebola i Marburg oraz liczne drobne literówki. Niemniej jednak "Planetę wirusów" przeczytałem z żywym zainteresowaniem i zabrałem się za kolejną książkę: tym razem o sztucznej inteligencji (SI) - recenzja wkrótce. 

Z innej beczki: wczoraj dowiedziałem się, że kultowy w Poznaniu klub koncertowy u Bazyla zostanie zamknięty wskutek wypowiedzenia umowy najmu. Po prostu kurwa pięknie. Dziesiątki godzin spędzonych tam na koncertach i mnóstwo muzycznych wspomnień. Nie ukrywam, że szykowałem się na kilka bazylowych koncertów w 2023 roku (np. Origin i Monstrosity, Diary of Dreams, The Exploited, etc.), a tutaj taki nius. Poznań coraz bardziej podupada pod względem alternatywnej kultury, robi się nudny i zapyziały. Jak tak dalej pójdzie to koncerty metalowe czy gotyckie będą się tutaj odbywały bardzo rzadko. Upadek klubu u Bazyla w obecnej lokalizacji nie jest pierwszy, ani ostatni: wcześniej przestały funkcjonować Pogłos w Warszawie oraz Akademia we Wrocławiu. Jednakże klub u Bazyla był moim subiektywnym zdaniem najlepszym klubem koncertowym w Poznaniu. Miejscem, gdzie koncertowało mnóstwo mniej lub bardziej znanych zespołów sceny alternatywnej (punkowych, metalowych, gotyckich). Żywię nadzieję, że nie jest to definitywny koniec tego miejsca. 

Osładzając sobie nieco gorzkie poczucie rozczarowania zakupiłem w Empiku elegancką re-edycję "Dead Again" (2007) Type O Negative. Bardzo lubię ostatni album TON, gdyż jest to wypadkowa nieomal wszystkich muzycznych wpływów zespołu, bez zbędnych ambientowych wypełniaczy. Mamy na "Dead Again" kawałki szybkie, punkowe jak np. "Halloween in Heaven", w którym gościnnie zaśpiewała Tara z Lycia, ale też doom metalowe monstra z black sabatthowskimi riffami ("The Profit of Doom"). Kapitalna płyta oraz fajna dwupłytowa re-edycja Nuclear Blast dla fanów tego unikalnego zespołu oraz jego wokalisty Petera Steele'a (Steele zmarł 14 kwietnia 2010 roku). Nie wolno dopuścić do sytuacji, aby ten znakomity album znajdował się w cieniu także świetnych "Bloody Kisses" (1993) oraz "October Rust" (1998).

Odsłuch: https://www.youtube.com/watch?v=VMsyF6wItVs

środa, 7 grudnia 2022

Moonage Daydream (2022) - recenzja

                                                      

Z racji tego, że nie udało mi się być na koncertach Raison d'Etre i Brighter Death Now 4 grudnia we Wrocławiu i Wardruna 6 grudnia w Poznaniu postanowiłem chociaż przejść się do poznańskiego kina Muza na seans "Moonage Daydream" (2022) Bretta Morgena, oszałamiającego wizualnie dokumentu o Davidzie Bowie. Z muzyką Davida mam podobnie jak z The Cure: wolę jego eksperymentalną, mroczniejszą i bardziej melancholijną twórczość niż tą celującą w mainstream, piosenkową. Szczególnie cenię albumy "Low", "Heroes", "Earthling" czy "Blackstar". Jednak zmarły 10 stycznia 2016 roku na raka wątroby David Bowie to prawdziwy człowiek renesansu: artysta na wskroś niezwykły, nieskończenie kreatywny, działający na rozmaitych poletkach sztuki: śpiewał, pisał piosenki, malował akryle, rzeźbił, bawił się eksperymentalną sztuką audiowizualną, grał w filmach (np. lesbijski horror wampiryczny "Zagadka nieśmiertelności" z 1983 roku).

"Moonage Daydream" to wizualna orgia zmysłów oparta na setkach godzin materiałów archiwalnych z osobistych zbiorów Davida (podobnie jak "Wulkan miłości" oraz "The Fire Within" - dwa tegoroczne filmy dokumentalne oparte na materiałach archiwalnych pozostawionych przez parę nieustraszonych wulkanologów, Maurice'a i Katię Krafft). David Bowie był artystą niezwykle przenikliwym i ciekawym świata, chłonącym sztukę i muzykę, wcielającym się niczym kameleon w różne postaci w trakcie długiej, nieprzewidywalnej i eklektycznej kariery muzycznej (Ziggy Stardust, Halloween Jack, Thin White Duke). Sam dokument jest mocno dezorientujący, by nie rzec psychodeliczny. Znalazły się w nim ujęcia Davida Bowie w Berlinie Zachodnim (lata 1976-79), w USA czy w Japonii, wywiady telewizyjne, fragmenty koncertu "Ziggy Stardust and the Spiders from Mars" (1973) czy trasy z 1984 roku. Jest także krótka wzmianka o jego ślubie z somalijską modelką Iman w 1992 roku. Na krótko przed śmiercią Bowiego Iman napisała (zapamiętałem ten cytat): "Czasem nie docenia się chwil, dopóki nie staną się wspomnieniami". Jednak (jak widać) Bowie nie został zapomniany nawet po śmierci.

Bowie na pewno był nietuzinkowy, gdyż nie chciał być człowiekiem (artystą) nijakim. Stał się androgynicznym symbolem seksu, muzycznym eksperymentatorem, ikoną stylu, wszechstronnym erudytą. Interesowały go chaos i izolacja jednostki obecne we współczesnym mu i nam świecie. To Bowie jest głównym narratorem "Moonage Daydream" - jego narracja tchnie wrażliwością i głęboką mądrością ("ważne jest to, co w życiu robisz, a nie to, ile pozostało ci czasu"). Konkludując, "Moonage Daydream" to dzieło oszałamiające, niekiedy narkotyczne, niekiedy wysublimowane. Fascynujący film dokumentalny! Warto wybrać się na niego do kina. 

Neonowa halucynacja, fantasmagoria. 

O Davidzie Bowie blogowałem tutaj wielokrotnie:

https://dtbbth.blogspot.com/search?q=Bowie

Przy okazji polecanka muzyczna. Pojawił się trzeci kawałek młodego rodzimego zespołu Burial Fields. Żwawa, energiczna i sympatyczna piosenka z intrygującym żeńskim wokalem. Sprawdźcie ten zespół.

https://burialfields.bandcamp.com/ 

Aby do końca nie było tak łagodnie polecam także nowy klip niemieckich funeral doom metalowców z Ahab. "20 000 mil podmorskiej żeglugi" i Nautilus w animowanym teledysku.

https://www.youtube.com/watch?v=_y16EPGFK2E

wtorek, 6 grudnia 2022

To Kill a Dead Man (1994) - recenzja

Jako że ostatnio przesłuchałem/odświeżałem wszystkie trzy albumy stuudyjne Portishead ("Dummy", "Portishead" i mocno awangardowy/eksperymentalny "Third") plus nowojorską koncertówkę Roseland przyszedł czas na krótki seans "To Kill a Dead Man". To czarno-biały kryminał w estetyce kina noir będący hołdem dla kina szpiegowskiego z lat 50-tych, 60-tych i 70-tych.

Snajper w długim płaszczu zabija pewnego mężczyznę, męża Beth Gibbons. Kobieta trafia do szpitala i tam zaczyna wyobrażać sobie różne scenariusze...

Fajnie uchwycony klimat kina noir i doskonała muzyka Portishead ilustrująca zagmatwaną fabułę. Sam pomysł nakręcenia krótkiego filmu jako uzupełnienia ikonicznego juz albumu "Dummy" (1994) genialny. Lubię mroczny, melancholijny i mocno kinematograficzny (by nie rzec gotycki) trip hop Portishead i szanuję ten zespół, gdyż rzadko wydają muzykę. W końcu po co tworzyć na siłę, jeśli tworzenie przestaje być satysfakcjonujące? Nic dziwnego, że wielkim fanem Portishead jest m.in. Aaron Stainthorpe, wokalista My Dying Bride. Cover "Roads" Portishead w wykonaniu MDB jest naprawdę świetny.

https://www.youtube.com/watch?v=zU450iMsdOk

Natomiast jeśli chodzi o Portishead to moim ulubionym albumem Brytyjczyków jest (niepopularna opinia) "Portishead" z 1997 roku - subiektywnie to album wiele mroczniejszy i silniej działający na wyobraźnię niż siłą rzeczy popularniejszy "Dummy" (1994). 

No to trzeba zaprezentować młodszym czytelnikom i czytelniczkom "Cowboys" i "Elysium".

https://www.youtube.com/watch?v=ApQpx-MVk0w 

https://www.youtube.com/watch?v=9emetvyFwY4 

Natomiast jutro zabiorę się za recenzję "Moonage Daydream" (2022).

niedziela, 13 listopada 2022

Vévaki "Fórnspeki" (2022) - recenzja

                                         
Zaskoczył mnie drugi album studyjny islandzkiego projektu animistyczno-folkowego Vévaki, gdyż jest nieziemsko kojący, piękny i melancholijny. Vévaki początkowo był projektem jednoosobowym założonym przez Willa Huntera, obecnie funkcjonuje już jako pełnoprawny zespół (skład zasilili Sigurboði Grétarsson, Hrafnhildur Inga Guðjónsdóttir i Gísli Gunnarsson). Nie słyszałem debiutanckiego albumu Vévaki "Edda" (2020), co oczywiście będę musiał w przyszłości nadrobić. Póki co cieszę się jednak odsłuchem "Fórnspeki", drugiego albumu studyjnego Islandczyków, który ukazał się ponad dwa tygodnie temu via Season of Mist. 

Pogański folk Vévaki przypomina pod kątem namacalnego i eterycznego klimatu twórczość zespołów pokroju Wardruna, Heilung czy Forndom (z naciskiem na słynny zespół Einara Selvika), jednakże nadal jest to muzyka wciągająca, przesycona delikatną melancholią, z której aż bije fascynacja animizmem, pogańskimi rytuałami i uwielbieniem Natury. Piosenki (pogańskie pieśni) składające się na całość "Fórnspeki" są głęboko medytacyjne, intymne, przenikające słuchacza, wprawiające w rytualny trans. Służą temu bogactwo tradycyjnego i współczesnego instrumentarium, wyśmienite wokale oraz staranna aranżacja. To zaiste idealna muzyka do wędrówki po porannym, zamglonym lesie albo do obserwacji spokojnej erupcji lawowej na Islandii (choć wówczas warto się wsłuchać także w jej dźwięki i rytm).

Świetny album, który powinien przypaść do gustu wielbicielom nordyckiego folka. Trudno mi wyróżnić w tej chwili ulubione utwory na "Fórnspeki". Może siedmiominutowy, mocno filmowy i medytacyjny "Disablót", przepiękny spirytualny "Vitrun" albo poruszający "Varðloka"?

Odsłuch: https://vevaki.bandcamp.com/

Nie jestem dobrym recenzentem, ale mimo wszystko chcę, aby ciekawa i mniej znana muzyka jakoś docierała do grona odpowiednich słuchaczy. Recenzje muzyczne piszę sporadycznie, muszę mieć na to czas, wenę i wewnętrzny spokój. Interesuje mnie muzyka raczej mroczna, melancholijna, czasem agresywna i brutalna. Zatem jeśli macie zespoły i projekty metalowe (doom metal, z naciskiem na doom death i funeral doom, black metal, death metal, metal industrialny) albo gotyckie (post-punk, rock gotycki, death rock, neofolk, ethereal darkwave, coldwave, dark electro, EBM etc.) to zapraszam do kontaktu (krawczykbart@yahoo.com) - a nuż pojawi się u mnie recenzja, jeśli Wasz materiał mocno przypadnie mi do gustu.

sobota, 12 listopada 2022

Halszka Witkowska „Życie mimo wszystko: rozmowy o samobójstwie” - recenzja

                                                 

Suicydologia w Polsce jest trochę traktowana po macoszemu (samobójstwo jednostki to wciąż w Polsce tabu społeczne, co powoli się zmienia ), zatem z wielkim zainteresowaniem przeczytałem książkę-wywiad z Halszką Witkowską, suicydolożką "Życie mimo wszystko: rozmowy o samobójstwie". Książkę obecnie bardzo potrzebną, gdyż mamy trudne czasy inflacji, coraz większej biedy, niepewności, samotności i odrzucenia. Nie ma dnia, w którym nie docierałyby do mnie medialne doniesienia o czyimś samobójstwie. Oczywiście prawda jest, że mężczyźni zabijają się częściej, natomiast kobiety regularniej podejmują próby samobójcze.

W obszernym i niezwykle ciekawym wywiadzie z dziennikarzem Szymonem Falacińskim Halszka Witkowska porusza m.in. takie tematy jak tabu samobójstwa, przyczyny zachowań suicydalnych, skalę tego zjawiska w Polsce, listy pożegnalne, którym najczęściej towarzyszy ogromny wstyd, mity (stereotypy) narosłe wokół problematyki samobójstwa, samobójstwa dzieci, nastolatków, studentów, seniorów, mężczyzn, lekarzy weterynarii, internetowy hejt (pogarda), samobójstwa w trakcie dotkliwych kryzysów gospodarczych i społecznych takich jak pandemia koronawirusa czy wojna na Ukrainie, pierwsza pomoc emocjonalna osobie w trakcie kryzysu suicydalnego, próby samobójcze, żałoba po udanym samobójstwie osoby bliskiej, etc.

Autorka wypowiada się o samobójcach i osobach po próbach samobójczych z ogromną empatią, stara się wejść w mrok, który takie wrażliwe, osamotnione i odrzucone jednostki roztaczają wokół siebie. Kiedy na szali jest ludzkie życie osoby, która planuje je sobie odebrać trzeba działać szybko i starać się otoczyć jego/ją opieka emocjonalna. Taka podstawowa pomoc emocjonalna nie jest trudna (czasem wystarczy rozmowa, uśmiech, szczere zainteresowanie się problemami potencjalnego samobójcy, wysłuchanie go bez oceniania), choć oczywiście może być dla niektórych obciążająca psychicznie. Ludzie ze skłonnościami samobójczymi potrafią się także dobrze maskować, gdyż nie chcą być obciążeniem dla innych. Myślą o śmierci w czasach, gdy medycyna stara się przedłużyć, udoskonalić ludzkie życie, co samo przez się jest swoistym aktem rozpaczy w konsumpcyjnym świecie, który uniemożliwia szczęście.

W trakcie czytania rozdziału o samobójstwach lekarzy weterynarii przypomniała mi się smutna historia studentki farmacji Aleksandry Maliszewskiej z Łodzi. Dziewczyna targnęła się na swoje życie w ustronnym miejscu 26 maja 2015 roku. Odsyłam do poniższego artykułu.

https://dzienniklodzki.pl/aleksandra-maliszewska-nie-zyje-zwloki-25latki-znaleziono-na-widzewie/ar/3905053

Książkę Halszki Witkowskiej gorąco polecam, ponieważ pozwala ona lepiej zrozumieć osoby znajdujące się z różnych powodów w kryzysie samobójczym (niezależnie od ich wieku i płci), a nawet udzielić im stosownej pomocy w rozproszeniu myśli samobójczych, odegnaniu ich. 

Na zdj. obraz Wilhelma Kotarbińskiego "Mogiła samobójcy" z 1900 roku.

Zawsze przy okazji nowego tekstu polecam muzykę. No to najnowszy album Ukraińców z Drudkh. Bardzo solidny, chwilami agresywny i melancholijny black metal, który od razu wpada w ucho. Wczoraj Ukraina odbiła Chersoń - tak trzymać!

niedziela, 6 listopada 2022

Muzeum (1989) - recenzja

Metafizyczna dystopia. Sowiecki film sci-fi od reżysera urodzonego w Dnipro (Ukraina).

"Muzeum" wygląda na film, który nakręcono w piekle. W odróżnieniu od żótej post-apokaliptycznej dystopii "Listów martwego człowieka" (1986) Łopuszańskiego "Muzeum" to film pomarańczowy, czerwony. Także i tutaj mamy do czynienia ze światem poddanym bliżej nie sprecyzowanej ekologicznej zagładzie. Taka ekologiczna zagłada postępuje obecnie w formie antropogenicznych zmian klimatycznych i tzw. szóstego wymierania. Być może wciąż należy się spodziewać widma nuklearnej apokalipsy.

Pewien wędrowiec (turysta) przybywa do miejsca będącego gigantycznym i skażonym wysypiskiem śmieci. Garstka jego mieszkańców pali ogień, by trzymać z dala od siebie umieszczonych w rezerwatach 'degeneratów'. Mężczyzna pragnie dotrzeć do zatopionego tajemniczego muzeum, w którym być może znajduje się portal do innego świata. W trakcie niebezpiecznej podróży przechodzi transformację.

"Stalker" w ekologicznym piekle. "Muzeum" to film hipnotyczny, przesycony metafizycznym obłędem i nieco depresyjny. Doskonałe zdjęcia ponurych i przesyconych martwotą krajobrazów, pięknie uchwycona estetyka post-apo, świetna gra aktorska. Owszem, niektóre sceny mogą się mniej cierpliwym widzom dłużyć, jednak "Muzeum" niewątpliwie należy do kategorii filmów, które zostają w pamięci widza jeszcze długo po seansie. Konkludując, "Listy martwego człowieka" z 1986 roku są filmem bardziej koherentnym niż "Muzeum", ale oba te filmy warto obejrzeć, najlepiej jeden po drugim.

Przy okazji polecam ten rodzimy album. Muzyka onirycznych przestrzeni, dzikich i bezludnych pustkowi, jesienne piosenki neofolkowe z domieszką black metalu o uwielbieniu natury, depresji i wychodzeniu z niej oraz o zapomnieniu. Dla wielbicieli Tenhi, Kauan, Vali, Forndom czy black folkowego oblicza Ulver.

https://paganrecords.bandcamp.com/album/pustkowia

Poprzednia recenzja:

niedziela, 23 października 2022

EO (2022) - recenzja

                                                                         
Kilka dni temu miałem sposobność obejrzeć najnowszy film 84-letniego Jerzego Skolimowskiego zatytułowany "EO" (2022). Refleksyjny i przepełniony symboliką dramat o osiołku, który po uwolnieniu z cyrku przez prozwierzęcych aktywistów zaczyna wędrować z miejsca na miejsce natykając się na różnych właścicieli i doznając od nich empatii, obojętności czy okrucieństwa. Osiołek stara się odszukać Kasandrę (Sandra Drzymalska), cyrkową opiekunkę, która go kochała i się nim opiekowała. Oczywiście "EO" może budzić skojarzenia ze słynnym filmem Roberta Bressona "Au Hasard Balthazar" (1966), a także z w pewnym sensie z szokującym dramatem antywojennym "Idź i patrz" (1985). Nie brakuje w "EO" scen psychodelicznych, smutnych i przejmujących (EO mijający umierającego wilka czy pobity przez wściekłych kiboli), zahaczających o horror (podcięcie gardła jednej z postaci) czy humorystycznych (mecz piłkarski gdzieś na przaśnej polskiej prowincji). Dość powiedzieć, że sekwencja wędrówki osiołka przez las nasuwa na myśl mroczną i surrealistyczną baśń. EO jawi mi się jako zwierzę niewinne, czułe, delikatne, o smutnych brązowych oczach kontrastujące ze zgnilizną, brzydotą i dzikością niektórych ludzkich postaci, które w trakcie odysei napotka. Film za sprawą doskonałych zdjęć bywa hipnotyczny, przejmujący, nieco melancholijny. To w zasadzie moralitet o tym jak ludzkość zatraciła więź z przyrodą i przestała być czuła wobec gospodarskich zwierząt. Ludzie bywają chciwi i obojętni wobec cierpienia, a co za tym idzie skłonni do eksploatowania zwierząt i traktowania ich z sadystycznym okrucieństwem (cyrk, ubojnie, zwierzęta wykorzystywane jako posłuszne źródło transportu, fermy futrzarskie). 

Na plus nieoczywista i nierzadko zaskakująca narracja, symboliczno-hipnotyczny nastrój "EO" oraz eksperymentowanie ze stroną wizualną filmu. Zapadają w pamięć także pulsująca elektroniczna ścieżka dźwiękowa Pawła Mykietyna oraz pierwszorzędne zdjęcia Michała Dymka (film kręcono m.in. na Podkarpaciu). Nic zatem dziwnego, że dramat Skolimowskiego doceniony został przez krytyków na festiwalach w Berlinie, Cannes i Wenecji. 

Dystrybucja Gutek Film. Zapraszam do kin studyjnych. Obok "Wulkanu miłości" (2022) Sary Dosy jedna z najciekawszych tegorocznych premier. 

Niestety nie dojadę na koncert w Zabrzu, ale w pisaniu tej krótkiej recenzji towarzyszyła mi wielowymiarowa i bogata w emocje muzyka Diary of Dreams.

https://diaryofdreams.bandcamp.com/album/hell-in-eden