czwartek, 25 listopada 2021

Łukasz Sakowski "Bioksiążka" - recenzja

                                       
Wpadła mi ostatnio w łapy bardzo interesująca książka popularnonaukowa autorstwa Łukasza Sakowskiego "Bioksiążka: Biologia dla niewtajemniczonych". Mimo (nie waham się do tego przyznać, choć naturalnie staram się z tyn walczyć) uzależnienia od aplikacji mobilnych i mediów społecznościowych staram się jak najwięcej czytać i wciąż uczyć się nowej wiedzy. Nie wyobrażam sobie nie przeczytać w ciągu jednego miesiąca przynajmniej 1-2 książek. Przeczytać, zrozumieć i zapamiętać jak najwięcej. Podobnie jak Łukasz odnoszę wrażenie, że w dobie algorytmów (np. Facebooka czy Twittera) zaprogramowanych na zaangażowanie emocjonalne użytkowników i szerzących infodemię (teorie spiskowe, manipulacje, półprawdy, ordynarne kłamstwa, hejt czy klikbajty) coraz trudniej z tego informacyjnego chaosu wyłowić wartościowe treści, które nigdy nie będą miały takiego powodzenia w social mediach jak treści clickbaitowe, dezinformujące, konfrontacyjne, fake newsy. Koncerny technologiczne takie jak Facebook nastawione są przede wszystkim na gigantyczny zysk i stają się obłudnymi monopolistami w zarządzaniu ludzkimi emocjami w świecie wirtualnym. 

Biolog i popularyzator nauki Łukasz Sakowski prowadzi bloga popularnonaukowego To tylko teoria, na który czasem zaglądam. Najsłynniejszą inicjatywą Łukasza jest organizowany przez niego plebiscyt na Biologiczną Bzdurę Roku, w trakcie którego na blogu i jego fanpejdżu Łukasz prezentuje bzdurne i absurdalne wypowiedzi celebrytów, naukowców czy polityków (konserwatystów, liberałów, lewicowców). Mylić się jest rzeczą ludzką, ale w mediach społecznościowych mamy istny zalew (nie tylko biologicznych) bzdur, ponieważ każdy może się wypowiedzieć i każdy może siać dezinformację. Prawdą jest to, że obecnie sporo ludzi chętnie wyraża w sieci swoje opinie, które jednak nie są oparte na solidnie ugruntowanej wiedzy. Widać to szczególnie mocno w trakcie globalnej pandemii Covid-19, z którą zmagamy się już drugi rok. Uaktywniły się ruchy antyszczepionkowe podważające sensowność szczepień, wyolbrzymiające zagrożenia związane ze szczepionkami i generalnie starające się zasiać wątpliwości wśród osób, które jeszcze się nie zaszczepiły. Lepszej szalupy ratunkowej niż szczepionki przeciwko koronawirusowi Sars-Cov-2 póki co nie mamy. Wystarczy dla mnie argument, że szczepienia przyczyniły się do całkowitej/częściowej eradykacji kilku chorób zakaźnych np. ospy prawdziwej w 1980 roku oraz redukują liczbę hospitalizacji i zgonów w trakcie obecnej pandemii. 

"Bioksiążka" jest fascynująca, gdyż jej autor z wprawą porusza się po różnych obszarach biologii (genetyka, histologia, cytologia, ekologia, teoria ewolucji, botanika, zoologia, biologia rozwoju, biochemia, biotechnologia, biologia nowotworów), a jego obserwacje socjologiczne dotyczące mediów społecznościowych i ich potencjału uzależniającego/dezinformującego są wnikliwe i trafne. Łukasz w rzeczowy sposób punktuje ruchy antyszczepionkowe, pseudomedycynę żerującą na naiwności i  desperacji osób chorych, ekoaktywistów demonizujących GMO czy atom, denialistów teorii ewolucji czy zmian klimatycznych, tudzież osoby odmawiające otyłości statusu choroby cywilizacyjnej. Przypadły mi szczególnie do gustu rozdziały o patogenach (wirusy, grzyby, lekooporne bakterie, pasożytnicze pierwotniaki), o mechanizmach obronnych układu odpornościowego (immunologicznego) i szczepieniach, o budzących grozę nowotworach czy o pseudoterapiach. Kojarzyłem chociażby hochsztaplera Jerzego Ziębę i leczenie 'lewoskrętną' witaminą C, ale nie miałem świadomości, że drogich i nie działających pseudoterapii jest tak wiele. Cyniczna metoda zarabiania grubego hajsu, niestety kosztem ludzi poważnie chorych, naiwnych i zdesperowanych. Drapieżny neuromarketing w pełnej krasie.

Jak uchronić się przed dezinformacją i denializmem naukowym (nie tylko w obrębie medycyny)? Przede wszystkim podchodzić z dystansem do każdej niepewnej informacji czy tzw. dowodu anegdotycznego, korzystać z wielu źródeł, porównywać je i stale się uczyć (także na błędach poznawczych). Uświadomić sobie, że media społecznościowe są idealnym narzędziem do szerzenia dezinformacji przez osoby, które mają w tym osobisty, polityczny czy materialny interes. 

Konkludując, fajna, mądra i bezkompromisowa książka. Muszę jednak przyznać, że stare plakaty antyszczepionkowe są całkiem urocze. Jeden z nich jako ilustracja recenzji.

Do posłuchania "Disinformation" Ministry z ostatniego albumu "Moral Hygiene" - najlepszego materiału Ministry od czasu "The Last Sucker" (2009).

https://ministryband.bandcamp.com/track/disinformation

środa, 24 listopada 2021

Traitrs "Horses in the Abbatoir" (2021) - recenzja

Już sama zachęta ze strony zespołu Traitrs do zapoznania się z najnowszym albumem kanadyjskiego duetu "Horses in the Abbatoir" skłoniła mnie do posłuchania ich muzyki już w dniu premiery. Ten album jest adresowany do wrażliwych słuchaczy, którzy m.in. "kochali i utracili, zmagają się z bolesnymi wspomnieniami, ledwie powstrzymują się od płaczu i szukają wewnętrznego spokoju, harmonii, ukojenia". Jeszcze kilka lat temu nie interesowałem się zbytnio muzyką post-punkową i zimną falą, gdyż byłem dość mocno zakotwiczony w scenie metalowej. Naturalnie znałem twórczość protoplastów sub-gatunku Joy Division (szczególnie zakochany byłem w "The Eternal", depresyjno-melancholijnym utworze z "Closer" (1980)), znałem też wyrywkowo niektóre kawałki The Cure i Bauhaus. Jednak skupiałem się w dużej mierze na black metalu, doom metalu, death metalu, dark ambiencie czy neofolku traktując post-punk i rock gotycki trochę po macoszemu. Obecnie sprawa ma się odmiennie, zainteresowanie ciężkimi brzmieniami nieco u mnie opadło (ale nie ustało, ponieważ jak można przestać słuchać muzyki, która mnie w młodości ukształtowała?) na rzecz zanurzenia się w rock gotycki, coldwave, post-punk, eteryczny darkwave, shoegaze czy mroczną elektronikę.  

Post-punk przemówił do mnie, gdyż to sub-gatunek introspektywny, przesycony smutkiem, nostalgią, melancholią, jesiennym chłodem, zdominowany przez gitarę basową, zazwyczaj jednak dopuszczający pewną dozę eksperymentowania i surrealistycznego nastroju. Zdaję jednak sobie sprawę, że często granica między post-punkiem i np. synthopopem czy nową falą zaciera się, nie jest precyzyjna. Sam mam trudności z zaszufladkowaniem wielu zespołów, których muzykę poznaję bądź dopiero poznam. Nie da się jednak zaprzeczyć, że to dzięki brzmieniu post-punkowemu zawdzięczamy pojawienie się wielu innych sub-gatunków muzycznych np. rocka gotyckiego czy shoegaze'a. Jednym z moich ulubionych współczesnych zespołów post-punkowych (obok m.in. Hapax, Horror Vacui, Bleib Modern, Soft Kill, itp.) jest kanadyjski duet Traitrs, którego album "Horses in the Abbatoir" jest absolutnie wciągający.

To bardzo mroczny album - podobnie jak "Pornography" (1982) The Cure. O ponurym odbiciu pandemicznej rzeczywistości: izolacji, samotności, depresji, paranoi, śmierci, nieuchronnym upływie czasu czy bezcelowości ludzkiej egzystencji. Kiedy usłyszałem pierwsze numery singlowe tj. "Oh, Ballerina", "Ghost and the Storm" czy "Magdalene" zapowiadające "Horses..." to od razu wiedziałem, że będę miał do czynienia z albumem pięknym, nietuzinkowym i pesymistycznym. Podobnie jak poprzedni album Traitrs "Butcher's Coin" (2018) "Horses..." to album zdumiewająco dojrzały, kinematograficzny, doskonale zaaranżowany, subtelnie elektroniczny, przejmująco zaśpiewany przez Seana Patricka Nolana i głęboko nastrojowy, który mógłby posłużyć jako idealny soundtrack do jakiegoś awangardowego horroru/dramatu. Zapraszam do odsłuchu i zapoznania się z muzyką Traitrs. 

https://traitrs.bandcamp.com/album/horses-in-the-abattoir

Dodatkowy plus za świetny cover albumu (rozmarzona baletnica w estetyce vintage).

poniedziałek, 22 listopada 2021

Dark Sanctuary "Iterum" (2021) - recenzja

Jedna z największych muzycznych niespodzianek dla mnie to powrót Dark Sanctuary, francuskiego zespołu neoclassical darkwave po wielu latach braku aktywności. Z wokalistką DS Dame Pandorą jestem w kontakcie, kilka razy rozmawiałem z nią o muzycznych fascynacjach i jej projektach zespołach (Iris Capricorn, Dark Sanctuary), ale powrotu twórczego Francuzów się nie spodziewałem. A tu proszę, 20 listopada ni stąd, ni zowąd ukazuje się najnowsza EP-ka Dark Sanctuary "Iterum", na którą składają się dwie kompozycje: "Renaissance" i "L'Intime". Lubię na tym blogu opisywać różnorodną muzykę, a już szczególnie mocno polecać zespoły raczej niszowe, których twórczość przesycona jest mroczną melancholią. O DS pisałem już na tym blogu w 2013 roku, napiszę jednak jeszcze raz, skoro wraz z premierą "Iterum" nadarzyła się ku temu okazja. 

Obie kompozycje zawarte na "Iterum" to przepiękny, perfekcyjnie zaaranżowany neoclassical ambient, nad którym unosi się neoklasyczna twórczość Dead Can Dance (zwłaszcza żałobny duch "Within the Realm of a Dying Sun" z 1986 roku, po dziś dzień mojej ulubionej i najczęściej słuchanej płyty DCD). Jednak trudno w muzyce Dark Sanctuary odnaleźć radość i nadzieję. To muzyka refleksyjna, spokojna, mroczna i smutna. Jednak smutną i mroczną muzykę odczuwa się mocniej, intensywniej, pełniej - nie na darmo (dygresyjnie) największym powodzeniem wśród fanów cieszą się najmroczniejsze albumy The Cure "Faith", "Pornography" czy "Disintegration". W muzyce DS oprócz żałobnej atmosfery kreowanej m.in. przez skrzypce czy fortepian zachwycały mnie zawsze eteryczne wokale Dame Pandory. Zarówno "Renaissance", jak i "L'Intime" są zachwycająco piękne. I powinny przypaść do gustu wielbicielom Dead Can Dance, Arcana, Ataraxia czy Dargaard. Zatem czekam na więcej muzyki Dark Sanctuary oraz być może na nowe utwory fenomenalnego Elend. 

https://darksanctuary.bandcamp.com/

https://dtbbth.blogspot.com/2013/06/sanktuarium-mroku.html 

Dla  równowagi surowy projekt black metalowy Le Prochain Hiver jednego z muzyków Dark Sanctuary, Hylgaryssa:

https://www.youtube.com/watch?v=LyB7HJU5U4g

piątek, 19 listopada 2021

Abysmal Grief "Funeral Cult of Personality" (2021) - recenzja

                                     
Od wielu lat uwielbiam gotyckie kino grozy, szczególnie włoskie i hiszpańskie, czyli ogólnie rzecz biorąc Eurohorror i amerykański southern gothic, zwłaszcza z lat 60-tych, 70-tych i 80-tych. Zostańmy jednak przy włoskim kinie grozy/giallo, które fascynuje wielu fanów horroru na świecie. Mario Bava, Dario Argento, Antonio Margheriti, Pupi Avati, Francisco Barilli, Joe D'Amato, Lamberto Bava, Michele Soavi - są to reżyserzy, których filmografię warto poznać, jeśli ktoś chce się zagłębić w fenomen włoskiego Eurohorroru. Ach, gotyckie kino grozy z Włoch (albo z Francji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii): mordercy w długich płaszczach, kapeluszach i skórzanych rękawiczkach, majestatyczne zamczyska ze skąpanymi w mroku korytarzami i piwnicami, pogrzebowe procesje, wioski pełne wampirów, otulone mgłą cmentarze, powabne wampirzyce, kandelabry i mroczne sekrety kryjące się za murami zamków. Przez wiele lat szukałem zespołu, który w pełni odda niepowtarzalny nastrój kultowych gotyckich Eurohorrorów. Aż kilka lat temu natrafiłem na włoski Abysmal Grief. 

Kapela z Genui grająca genialny, piekielnie atmosferyczny trad doom metal z elementami black metalu. I bardzo mocno nawiązująca nastrojem do gotyckich horrorów/filmów giallo. Już album Abysmal Grief "Feretri" (2013) miał na okładce kadr z włoskiego giallo "The Lady In Red Kills Seven Times" (1972), zdjęcie z najnowszego albumu Włochów "Funeral Cult of Personality" (2021) też jest intrygujące, ale w tej chwili nie kojarzę z jakiego filmu ono pochodzi. 

W trakcie słuchania "Funeral Cult of Personality" (2021) i innych albumów AG mam nieodparte wrażenie, że muzyka Włochów jest na wskroś gotycka. Black doom metalowi Abysmal Grief pod kątem specyficznego nastroju blisko do gotyckiego rocka a la Fields of the Nephilim czy Bauhaus ze względu na swoistą teatralność i autentycznie złowieszcze brzmienie inspirowane kinem grozy. Tak, doom metal Abysmal Grief jest posępny i zgniły niczym wieko starej trumny. Chyba nie ma drugiego takiego zespołu metalowego, który byłby tak intensywnie tajemniczy, gotycki. W rzeczy samej szufladka horror doom metal pasuje do muzyki Włochów idealnie! Ciężkie doom metalowe riffy, wyrazista obecność organów, sample ze starych horrorów plus diaboliczno-okultystyczna aura tworzą tutaj iście intrygującą mieszankę. Nie będę tutaj rozpływał się nad poszczególnymi utworami na "Funeral...", po prostu sami posłuchajcie i dajcie się ponieść tym upiornym dźwiękom. 

https://sunandmoonrecords.bandcamp.com/album/funeral-cult-of-personality

Co mi się ostatnio jeszcze spodobało z doom metalu. Krótko i na temat. 

Worm (USA) i album "Foreverglade". Mocny i intensywny doom death/black doom mocno nawiązujący brzmieniowo do "Transcendence Into the Peripheral" (1993) Disembowelment z Australii. Bagno ekstremalnego doom metalu. Wyborna płyta.

https://listen.20buckspin.com/album/foreverglade

Clouds (Rumunia) i album "Despartire". Atmosferyczny doom metal, refleksyjny, introspektywny, przesycony smutkiem i żałobą. Wśród gości na tym albumie znaleźli się m.in. Mick Moss z Antimatter czy Aaron Stainthorpe z My Dying Bride.

https://cloudsofficial.bandcamp.com/album/despartire

Ophis (Niemcy) i album "Spew Forth Odium". Wciągający i melancholijny niemiecki death doom/funeral doom dla wielbicieli Evoken czy Esoteric.

https://ophis.bandcamp.com/album/spew-forth-odium 

Ku mojej uciesze ukazały się także nowe single od Funeral (Norwegia) i Shape of Despair (Finlandia). Kocham funeral doom i nie mogę się doczekać premiery obu albumów tych zespołów. 

"Materie" Funeral (cudowny teledysk z surową norweską przyrodą w tle):

https://www.youtube.com/watch?v=p5pDuS1cdbU

"Reflection in Slow Time" Shape of Despair.

https://www.youtube.com/watch?v=x8TJq3JYUZ4 

Na zdjęciach Abysmal Grief i kadr z jednego z moich ulubionych włoskich horrorów "Domu o śmiejących się oknach" (1976) Pupi Avatiego.

poniedziałek, 15 listopada 2021

Sophia Urista i ekscesy muzyków w trakcie koncertów na żywo

 


11 listopada 2021 roku na florydzkim festiwalu muzycznym Welcome to Rockville doszło do nietypowego zdarzenia. Wokalistka rockowego zespołu z NYC Brass Against, Sophia Urista wysikała się na twarz chętnego fana zespołu leżącego na scenie. Nie żartuję, są nagrania z tego momentu - Brass Against wykonywał wówczas cover Rage Against the Machine "Wake Up", a wokalistka w trakcie tej czynności nadal śpiewała. Szczerze nigdy wcześniej nie słyszałem o tym zespole, ale po wyczynie Sophii jest o nowojorskim kolektywie głośno. Mają supportować Tool w 2022 roku w trakcie europejskiej trasy. Za Tool zbytnio nie przepadam, za Brass Against zapewne się nie zabiorę (kompletnie nie moja szufladka muzyczna), jednak zastanawiam się jaki motyw stał za uczynieniem z twarzy fana toalety? Chęć zaszokowania widowni i wybicia się na kontrowersji? Takie zachowania w branży muzycznej to miecz obosieczny, z jednej strony generują odsłony, stają się medialne czy mogą stanowić jakiś specyficzny przekaz np. radykalno-feministyczny, z drugiej mogą wzbudzić u co wrażliwszych osób niesmak i skutkować odwoływaniem koncertów. Generalnie szybko okazało się, że to była ustawka. Fan dysponował VIP passem i wiedział co go czeka, choć zapewne nie spodziewał się, że już po usłyszy od artystki "get the fuck out".

Skandaliczne czy szokujące zachowania muzyków w trakcie koncertów na żywo są obecne od dawna. Z rodzimych i ongiś szeroko przywoływanych przykładów warto wymienić podarcie Biblii na scenie przez Adama Nergala Darskiego, wokalistę Behemoth podczas koncertu w Gdyni w 2007 roku (muzyk został ostatecznie uniewinniony) czy pamiętny koncert black metalowego Gorgoroth w Krakowie w 2004 roku - podczas występu Norwegów na krzyżach wisiały nagie osoby, a oprawa koncertu była bluźniercza (szczątki zwierząt, symbole satanistyczne, syntetyczna krew). Poszło oczywiście (a jakżeby inaczej) o obrazę uczuć religijnych. Tak czy owak ów koncert można obecnie łatwo obejrzeć na Youtube. 

Jednym z pierwszych szokujących materiałów koncertowych jakie widziałem był "Despair" (1982) australijskiej grupy industrialnej SPK (Surgical Penis Klinik). Oprócz nihilistycznej, hałaśliwej i przerażającej muzyki, głównie z płyty "Leichenschrei" zawiera m.in. obrazy nekrofilii (na szczęście nieprawdziwej), autopsji, prawdziwych okaleczonych ciał, cięcia skalpelem martwego kota i różnych medycznych horrorów/patologii (goregrind o tematyce medycznej się kłania). Także grupa industrialna Psychic TV Genesisa P. Orridge'a słynęła z nagrywania szokujących materiałów o zabarwieniu psychodeliczno-rytualnym ("First Transmission" z 1982 roku). O materiałach takich jak mocny i szokujący "Broken" (1992) Nine Inch Nails celowo się nie rozpisuję, gdyż tekst dotyczy ekscesów zespołów na żywo. Kontrowersyjne/skandalizujące koncerty nieobce są także kanadyjskiej grupie industrialnej Skinny Puppy, niemieckiemu projektowi EBM/aggrotech Agonoize czy Marilyn Mansonowi.

Z kontrowersyjnego zachowania scenicznego obliczonego na szokowanie słynął punkowiec G.G Allin. Samookaleczanie na scenie, bójki z widownią  (agresja wobec uczestników jego koncertów) czy defekacja na scenie to była normalka w trakcie występów Allina. Kontrowersyjny punkowiec zmarł w wieku 36 lat po przedawkowaniu heroiny. Pisałem już na tym blogu o mało znanym zespole punkowo-gotycko-metalowym Kettle Cadaver i o jego wokaliście Edwinie Borsheimie, którego cechował totalny pęd do samozniszczenia. Odsyłam do recenzji "Dead Hands Dig Deep"  (2015):

https://dtbbth.blogspot.com/2021/04/dead-hands-dig-deep-2015-recenzja.html 

Samookaleczanie się w trakcie koncertów cechowało kilku muzyków metalowych np. osławionego wokalistę Mayhem, Deada, wokalistę Lifelover i Hypothermia, Kima Carlssona czy wokalistę Shining, Niklasa Kvarfotha. Na scenie cięli się także tak znani muzycy jak Iggy Pop czy Sid Vicious z Sex Pistols. Po dziś dzień pamiętam też poniższe zdjęcie eks-wokalisty i gitarzysty norweskiego funeral doom metalowego Funeral, Einara Andre Federiksena, który popełnił samobójstwo w 2003 roku.

https://lastfm.freetls.fastly.net/i/u/770x0/0a76e5169b994731be321417bd57b65a.jpg

Innym kontrowersyjnym aspektem koncertów niektórych wykonawców były/są erotyka, sadomasochizm i seks na żywo. Tutaj można wymienić takie zespoły jak Rockbitch (Wielka Brytania), Satarial (Rosja, miałem okazję widzieć raz na żywo), Genitotortures (USA) czy Umbra Et Imago (Niemcy, słyszałem o ich dawnym koncercie na festiwalu Castle Party w 2003 roku, który był... uff... dość pamiętny). 

https://castleparty.com/castle_party_2003,id,10,pg,90,galeria.html

Skandalizujące i nierzadko obsceniczne zachowania muzyków w trakcie koncertów intrygują fanów i przyciągają ich na koncerty. O danym zespole może zrobić się głośno, choć nie zawsze jest to regułą, zależy to od rozpoznawalności/marki zespołu i stopnia jego promocji w mediach. Przemoc i seks zazwyczaj dobrze się sprzedają - nie tylko w muzyce. Dla mnie jednak nawet najbardziej kontrowersyjna otoczka w trakcie koncertu to tylko otoczka. Na pierwszym miejscu zawsze stawiam muzykę, a ta mi się podoba albo nie. I tyle. Przez lata byłem na dziesiątkach różnych koncertów i na palcach jednej ręki mogę policzyć te, które były w jakimś tam stopniu kontrowersyjne (Marilyn Manson, Satarial, etc.)

na scenie wisiały nagie osoby na krzyżach, w scenografii wykorzystano m.in. symbole satanistyczne, szczątki zwierząt i syntetyczną krew

Czytaj więcej na https://muzyka.interia.pl/metal/news-gorgoroth-zakazany-koncert,nId,1637074#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
na scenie wisiały nagie osoby na krzyżach, w scenografii wykorzystano m.in. symbole satanistyczne, szczątki zwierząt i syntetyczną krew

Czytaj więcej na https://muzyka.interia.pl/metal/news-gorgoroth-zakazany-koncert,nId,1637074#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
Podczas występu na scenie wisiały nagie osoby na krzyżach, w scenografii wykorzystano m.in. symbole satanistyczne, szczątki zwierząt i syntetyczną krew.

Czytaj więcej na https://muzyka.interia.pl/metal/news-gorgoroth-zakazany-koncert,nId,1637074#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefo

wtorek, 9 listopada 2021

Demony (1985) i Demony 2 (1986) - wspomnienia i muzyka

                                                     

W niedzielę 7 listopada odświeżyłem na Netflixie trzy włoskie filmy: dwie części "Demonów" w reżyserii Lamberto Bavy oraz giallo "Nieuchwytny morderca" (1971) w reżyserii Ducio Tessari. W tej chwili jedynie te trzy tytuły Eurohorroru można obejrzeć na tej platformie. Lepsze to niż nic. Zazwyczaj oglądam na Netflixie wyłącznie horrory, czasem skuszę się na jakiś film dokumentalny czy serial (vide "Katla" czy "Squid Game"). Jednak siłą rzeczy dominują tam filmy grozy nakręcone w ciągu ostatniej dekady, a co za tym idzie zbyt... bezpieczne, pozbawione zazwyczaj dużej dawki makabry czy suspensu (oczywiście to moja subiektywna opinia, zdarzają się chlubne wyjątki jak np. "Nieznajomi 2" czy "Nie oddychaj"). Osobiście uważam wrzucenie obu części "Demonów" do oferty Netflixa za pewną niespodziankę, gdyż horrory te oferują sporo krwistego gore. 

Lubię obie części "Demonów" i znam je od lat. Nie tylko dlatego, że wyprodukował je włoski mistrz horroru Dario Argento, jeden z moich ulubionych reżyserów. Oba filmy charakteryzują się soczystą dawką przemocy i gore, stylową scenografią i wysmakowanym oświetleniem (czuć tutaj wpływ stylistyki Argento, oj czuć!) oraz świetnymi soundtrackami, do których jednak przejdę później. W telegraficznym skrócie w pierwszej części demony atakują widownię niskobudżetowego horroru w berlińskim kinie Metropol, natomiast w drugiej części areną bitwy z krwiożerczymi demonami stanie się wysoki apartamentowiec. W obu częściach pojawiają się punkowe postaci (w "Demonach" czwórka punków narkotyzuje się kokainą z puszki Coca Coli). Główne różnice między filmami to miejsce akcji (pierwsza część - kino Metropol w Berlinie, druga - szklany wieżowiec, zapewne także w Berlinie), druga część jest bardziej stonowana, jeśli chodzi o efekty gore niż oryginał z 1985 roku i nieco bardziej trzyma w napięciu. W "Demonach" pojawia się m.in. reżyser filmów grozy Michele Soavi jako tajemniczy zamaskowany mężczyzna oraz znana z "Głębokiej czerwieni" (1975) Nicoletta Elmi, a także starsza córka Dario Argento, Fiore, natomiast "Demony 2" to aktorski debiut młodszej córki Dario, Asii.

Na osobną uwagę zasługują soundtracki do obu filmów. Soundtrack Claudio Simonetti do "Demons" zawiera także utwory synth popowe i heavy metalowe/hard rockowe takich artystów jak np. Motley Crue ("Save Our Souls"), Billy Idol (znakomity "White Wedding", faworyt wielu gotyckich imprez bat-cave z początku lat 80-tych), Scorpions ("Dynamite"), Saxon ("Everybody Up") czy Accept ("Fast as a Shark"). 

Soundtrack do drugiej części "Demonów" powinien przypaść do gustu wielbicielom rocka gotyckiego i post-punka ze względu na obecność takich zespołów/artystów jak Fields of the Nephilim ("The Power"), The Cult (fenomenalny "Rain"), Dead Can Dance ("De Profundis"), The Smiths ("Panic"), Peter Murphy ("Blue Heart") czy Gene Loves Jezebel ("Heartache"). 

Swoją drogą kawałek Bauhaus "Stigmata Martyr" z debiutu "In a Flat Field" (1980) pojawił się na sooundtracku amerykańskiego horroru Kevina S. Tenneya "Noc demonów" (1988), na pewno inspirowanego przez obie części "Demonów". 

No cóż, wypada zapodać kilka tych kawałków i zachęcić fanów horroru i rocka gotyckiego do obejrzenia obu części "Demonów" na Netflixie.

https://www.youtube.com/watch?v=0beHJudKWcU

https://www.youtube.com/watch?v=D1Lt_yl749c 

https://www.youtube.com/watch?v=RD5b_0QB0wI

https://www.youtube.com/watch?v=KkwbhL9i6pY 

https://www.youtube.com/watch?v=n6Ym5aYTFmk

https://www.youtube.com/watch?v=AAZQaYKZMTI

A kino/sala koncertowa w stylu art nouveau Metropol działa po dziś dzień. W Metropolu wystąpili m.in tacy wykonawcy jak np. Depeche Mode, Front 242 czy Morrissey.

piątek, 5 listopada 2021

Mój komentarz odnośnie śmierci Izabeli w szpitalu w Pszczynie

Nie będę ukrywał, że sprawa tragicznej śmierci 30-letniej Izabeli w szpitalu w Pszczynie mnie poruszyła.  Często opisuję tutaj historie mroczne i tragiczne, choć z początku starałem się stronić od polityki. Kobieta zmarła 22 września w wyniku sepsy, ponieważ lekarze byli bierni. Nie zareagowali natychmiast, choć mogli. Skrępowani przez antyaborcyjne (nieludzkie) prawo nie zdecydowali się dokonać aborcji zdeformowanego płodu mimo że odeszły wody płodowe. Zabrakło empatii, troski o pacjenta, zwyciężył strach przed ewentualnymi konsekwencjami prawnymi. Lekarze czekali na obumarcie płodu, w konsekwencji sepsa zaatakowała organizm Izabeli błyskawicznie. Fryzjerka była świadoma nadchodzącej śmierci, bała się jej, o czym świadczą smsy pisane do jej matki. Chciała żyć dla mamy, brata, męża i 9-letniej córeczki. Zabił ją wstrząs septyczny po śmierci płodu.

Można było dokonać aborcji chociażby dlatego, że życie Izabeli było ewidentnie zagrożone. Lekarze bali się jednak konsekwencji prawnych wynikających z zaostrzenia w ubiegłym roku przez orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego popieranego przez PiS, Konfederację i kler obowiązującego dotychczas prawa aborcyjnego. W tym momencie lekarze nie decydują się dokonać aborcji, wolą czekać aż płód obumrze. Nie ważne cierpienie kobiety, jej ból i strach przed śmiercią.

Jestem o tym przekonany, że śmierć 30-letniej Izabeli Sajbor będąca skutkiem drakońskiego prawa antyaborcyjnego aprobowanego przez aroganckich religijnych fundamentalistów na pewno nie przyczyni się do wzrostu dzietności w Polsce. Dlaczego? Bo liczne kobiety będą bały się tutaj rodzić dzieci albo urodzą je w innym kraju. Twarz Izabeli na długo stanie się symbolem walki polskich kobiet o prawo do aborcji. 

Inna sprawa, że być może śmierć Izabeli i walka kobiet o legalną aborcję jest dla partii rządzącej o tyle wygodna, gdyż rozbudza emocje opinii publicznej i może chwilowo przykryć kompletne fiasko zwalczania czwartej fali koronawirusa. Partia rządząca boi się stracić część elektoratu, w którym znajdziemy wielu antyszczepionkowców, zatem nie podejmuje stanowczych działań i toleruje treści antyszczepionkowe i pseudonaukowe przedłużając tym samym stan pandemii, inflacji i kryzysu gospodarczego. Pozwala obecnie wymrzeć pewnej części swojego elektoratu na Covid19, ponieważ najważniejsze dla polityków PiSu jest utrzymanie się u władzy za wszelką cenę, a nie dobro narodu. To już nawet komuniści lepiej radzili sobie z epidemiami, gdyż byli stanowczy i reagowali błyskawicznie. A liczba zgonów rośnie, demografia się załamuje, stoimy w obliczu dużego kryzysu demograficznego i depopulacji. 

Rekomendacja muzyczna na koniec tego wywodu. Intrygująca nowa EP-ka od Gaahls Wyrd. Chwilami delikatna, chwilami nieco agresywna, zaśpiewana czystymi i niekiedy szepczącymi wokalami. Rdzeniem nadal pozostaje black metal, jednak jest to black metal melodyjny, atmosferyczny, raczej pozbawiony dzikości - poza "The Dwell" i "Awakening Remains", eteryczny. Numer otwierający "The Seed" genialny, akustyczny, wyciszony. 

https://gaahlswyrd.bandcamp.com/  

wtorek, 2 listopada 2021

Anders Hansen "Wyloguj swój mózg" - recenzja

 
Ostatnio w moje ręce trafiła krótka i kompaktowa książeczka szwedzkiego psychiatry Andersa Hansena "Wyloguj swój mózg" (2019, wydawnictwo Znak). Ogromnie dla mnie interesująca, gdyż traktująca o potężnym potencjale uzależniającym nowych technologii, w tym smartfonów czy mediów społecznościowych. I tutaj przyznaje się bez bicia: smartfon za sprawą mojej regularnej aktywności sieciowej od trzech lat rządzi moim życiem. Używam go często, korzystam z niego zarówno przed snem, jak i po przebudzeniu, z czym wiążą się moje problemy ze snem. Często zaglądam też na Facebook i Twitter, gdyż prowadzę fanpejdże i popularyzuję naukę. W pełni zdaję sobie sprawę z ogromnego potencjału uzależniającego smartfona, aczkolwiek niezwykle trudno jest mi przejść na technologiczny detoks.

Prawdą jest, że zbyt częste używanie telefonu komórkowego nas rozprasza (smartfony to idealne rozpraszacze), osłabia naszą koncentrację, prowadzi do zaburzeń snu i może wywoływać stres (głupie przykłady z życia codziennego to np. niepokój w chwili zgubienia smartfonu czy oddania go komuś na dłuższe przechowanie). Z kolei media społecznościowe (monopoliści cyfrowego świata) takie jak Facebook czy Instagram sprytnie wymuszają zaangażowanie użytkowników choćby przez promowanie/tolerowanie kontrowersyjnych treści (konflikty, kataklizmy i przepychanki polityczne cieszą się ogromnym powodzeniem, podobnie teorie spiskowe, pseudonauka, fake newsy i materiały antyszczepionkowe), wpędzają mnóstwo ludzi w depresję poprzez nieustanne porównywanie się z tysiącami innych użytkowników (cierpią na tym przede wszystkim dziewczęta) oraz ze względu na potęgowanie izolacji społecznej, samotności jednostki, są wykorzystywane do masowego szerzenia dezinformacji przez farmy trolli, obniżają czytelnictwo papierowych książek i powodują deficyt uwagi. Sam łapię się nierzadko na tym, że nie potrafię dostatecznie skupić się na czytaniu danej książki czy artykułu, ponieważ sama obecność smartfona mnie rozprasza. Ślizgam się po danym zagadnieniu, temacie, zamiast się należycie na nim skupić. Nie potrafię pracować czy działać wielozadaniowo. Multitasking sprzyja rozproszeniu, deficytowi koncentracji, co zostało potwierdzone naukowo.

Niewątpliwym antidotum na hakowanie naszych mózgów przez rozmaite media społecznościowe jest wspomniany detoks technologiczny i ruch. Aktywność fizyczna, zwłaszcza taka, która powoduje lekką zadyszkę i przyśpiesza puls (szybki codzienny spacer, bieganie) - niweluje ona stres, poprawia koncentrację, kreatywność i wzmacnia pamięć (np. przestrzenną). Po prostu mózg jest stworzony do ruchu. Anders Hansen apeluje o ograniczenie używania smartfonów, tabletów, a nawet e-booków i pod koniec książki podaje cenne porady 'jak to zrobić?' przeznaczone dla ludzi epoki cyfrowej. Lekka, łatwa do zrozumienia i przyjemna książka z odrobiną neurobiologii i psychologii behawioralnej, okraszona opisami licznych eksperymentów naukowych z ludźmi i małpami. Czyta się ją wyśmienicie. 

Występ Hansena na TedX o fundamentalnych atutach aktywności fizycznej:

https://www.youtube.com/watch?v=a9p3Z7L0f0U

Polecanka muzyczna. Sprawdźcie najnowszy singiel funeral doom metalowców z norweskiego Funeral. Teledysk przepiękny, akcentujący surowość i dziewicze piękno norweskiej przyrody. Sam kawałek dość epicki, a nawet folkowy a la Wardruna, cudownie zaśpiewany po norwesku. Polecam. 

https://www.youtube.com/watch?v=p5pDuS1cdbU

czwartek, 28 października 2021

Bastard Out of Carolina (1996) - recenzja

 
Niech was nie zmyli 'telewizyjna' okładka niniejszego dramatu, gdyż "Bękart z Karoliny" to film smutny i brutalny, w którym mamy sceny przemocy wobec dziecka (w tym seksualnej). Jena Malone jest po prostu fenomenalna w roli 12-letniej Bone, która pada ofiarą ojczyma-pedofila imieniem Glen (Ron Eldard). Z Glenem wiąże się jej matka, Anney (pamiętna z "Autostopowicza" Jennifer Jason Leigh) po tragicznej śmierci jej pierwszego męża.

To mocny i przerażający film w stylu "The Girl Next Door" (2007), "In a Glass Cage" (1986) czy "War Zone" (1999), znakomicie zagrany i boleśnie prawdziwy. Niektóre jego fragmenty ocierają się o najczystszy horror, a scena pobicia i gwałtu jest autentycznie nieprzyjemna.

Próbowałem po seansie wczuć się w sytuację bitego pod pozorem utrzymania dyscypliny, maltretowanego, opuszczonego i wykorzystywanego seksualnie dziecka. To są rany w psychice, które nigdy się nie zagoją. Ofiara (w filmie 12-letnia Bone) pod wpływem przeżywanego bólu staje się obojętna, apatyczna, buduje wokół siebie ochronny mur, który jednak w końcu zaczyna pękać. Kiedy w dzieciństwie padamy ofiarami przemocy i seksualnej agresji, to często staramy się tłumić te bolesne wspomnienia, zamiast odważnie stawić im czoła. Ofiary przemocy domowej i gwałtów zazwyczaj obwiniają siebie o to, co się stało. Czują się winne, choć nie powinny. Mają trudności z otwarciem się i zaufaniem innej osobie, tej, która szczerze wysłucha i okaże wsparcie.

W "Bastard Out of Carolina" Glen w perfidny sposób niszczy dzieciństwo Bone. To raczej ciężki i traumatyczny film, o którym ciężko zapomnieć po seansie. Osobiście mocno przepadam za kinem konfrontacyjnym, zmuszającym do myślenia i emocjonalnej reakcji, nawet negatywnej. Dlatego też uwielbiam posępną, mroczną, agresywną i smutną sztukę (muzykę, literaturę,  poezję) - pozwala mi ona odczuwać, porusza, uderza niczym taran nie pozostawiając obojętnym.  

Film trudny, będący adaptacją powieści Dorothy Allison, której nie czytałem, niemniej wart obejrzenia. W roli wujka Earla Michael Rooker, znany z "Henry: Portrait of a Serial Killer" (1986) Johna McNaughtona, pojawia się także na krótko Christina Ricci. 

"I lived in a world of shame. I hid my bruises as if they were evidence of crimes I had committed."

 "Moving made me feel ghostly, unreal, unimportant."

środa, 27 października 2021

Progulka po eshafotu/ Spacer po szafocie (1992) - recenzja

Intrygująca i zapomniana rosyjska fantasmagoria utrzymana w estetyce fantasy horroru. Para nowożeńców wybiera się wypocząć na łono natury, gdzieś głęboko w leśną rosyjską prowincję. Kobieta i mężczyzna proszą o wynajęcie im pokoju na miesiąc od babci, która mieszka w odległej, prawie całkowicie opuszczonej wiosce. Staruszka odmawia. Para postanawia zatem przenocować w walącej się, drewnianej chatce blisko tajemniczego jeziora. Następnego ranka zaczynają się niewytłumaczalne, przerażające wydarzenia - wnętrze opuszczonej chatki zamienia się w luksusowy apartament z wykwintnym, egzotycznym jedzeniem i piciem. To nie koniec dziwnych wydarzeń, z którymi wiąże się postać zwariowanego łysego naukowca. Więcej nie zdradzę.  

Cóż za frapujący i minimalistyczny rosyjski film grozy/mistyczny thriller. Niestety nie miałem okazji widzieć oryginalnej 123 minutowej wersji, jedynie przemontowaną i przeznaczoną na DVD wersję 84-minutową. Tak czy owak "Spacer po szafocie" odznacza się gęstą aurą niesamowitości. Małżonek przez długi czas próbuje znaleźć racjonalne wytłumaczenie tego, co się dzieje. Może to hipnoza? Albo oniryczny koszmar? A jeśli to sen, to niech trwa jak najdłużej… Tylko że już nie ma odwrotu.

Trochę śmiałej nagości, odrobina gore (krwawiący topór kata wbity w pień, atak pijawek), mroczne zakończenie, delikatny wpływ "The Evil Dead" (1981) Sama Raimi czy "From Beyond" (1986) Stuarta Gordona. Para głównych aktorów tak sobie przypadła do gustu na planie, że po nakręceniu filmu wzięła ślub.

Ok, zrobiłem mały research i ponad dwugodzinną wersję możecie obejrzeć tutaj:

https://cccp-film.ru/video/sovetskie-filmy/progulka-po-yeshafotu-1992.html

poniedziałek, 25 października 2021

Variola Vera (1982) - recenzja

                                                 

Jugosłowiański dramat medyczny z elementami horroru. Film raczej zapomniany, ale całkiem dobry i realistyczny. Ostatnia znacząca epidemia ospy prawdziwej (patogen Variola vera) miała miejsce w 1972 roku w Belgradzie (dawna Jugosławia, obecnie Serbia). Pacjentem zero okazał się pielgrzym z Albanii, Ibrahim Hoti, który przywlókł zarazę z Dalekiego Wschodu (konkretnie z Iraku). Natomiast w szpitalu  centralnym w Belgradzie pielęgniarki, lekarzy i innych pacjentów zarażał 31-letni nauczyciel Latif Mumdžić, który zmarł wskutek krwotoku wewnętrznego. W wyniku epidemii w Belgradzie i prowincji Kosowo zmarło jedynie 35 osób - głównie dzięki zdecydowanej reakcji jugosłowiańskiego rządu. Kwarantanna szpitala przy użyciu wojska, kordony sanitarne wiosek i dzielnic, blokady dróg, zakaz zgromadzeń, zamknięcie granic na okres 2 miesięcy, skuteczna wakcynacja praktycznie całej ówczesnej populacji Jugosławii (18 milionów ludzi).

Ten porządnie zagrany i chwilami trzymający w napięciu film warto obejrzeć w czasie pandemii koronawirusa Sars-Cov-2 wywołującego chorobę Covid19. Mamy tutaj do czynienia z paniką i niedowierzaniem pacjentów, lekarzy i pielęgniarek zamkniętych w szpitalu objętym kwarantanną. Tak jak jednak wspomniałem epidemia groźnego zarazka została w komunistycznym Belgradzie szybko zdławiona. A koronawirus nadal zaraża tysiące ludzi na świecie, gdyż niektórzy nie chcą się szczepić z różnych, najczęściej wydumanych powodów. Oprócz epidemii koronawirusa mamy także obecnie epidemię foliarstwa i teorii spiskowych. Czwartą falę pandemii podsyca z jednej strony tolerowanie przez rząd PiSu szkodliwych ruchów antyszczepionkowych, z drugiej brak uprzywilejowania osób, które w trosce o dobro swoje i innych się zaszczepiły. A skuteczna szczepionka to element survivalu w czasie pandemii, co też udowodniły różnorodne historyczne epidemie. I nikt mnie nie przekona do zmiany zdania, mimo że jestem już tym przedłużającym się stanem pandemii zmęczony. Bycie czujnym i ostrożnym w ogólnym rozrachunku popłaca.

Rządzący odpowiadają teraz za każdą śmierć spowodowaną opóźnieniem operacji, zabiegu, spóźnienia karetki, braku miejsca w szpitalu, braku dostępu do OIOM. Tego wszystkiego można było uniknąć gdybyśmy zaszczepili  przynnajmniej 90% społeczeństwa. Wszystko jednak zostało puszczone na żywioł. Wskutek tysięcy zgonów na Covid zniknęło już miasto wielkości Jeleniej Góry. I zapewne dzięki inercji obecnej  władzy oraz ruchom antyszczepionkowym umrą jeszcze tysiące ludzi.

Duży plus za całkiem niezłe efekty specjalne, konsultację filmu z wirusologami i epidemiologami oraz za niepokojącą muzykę. Kolejny, już 'czysty' film grozy Gorana Markovica "Vec Vidjeno" z 1987 roku również jest wart obejrzenia.

piątek, 22 października 2021

Outer Space (1999) - recenzja

"Outer Space"  to eksperymentalny (awangardowy) krótki metraż, w którym reżyser Peter Tscherkassky używa materiału filmowego ze słynnego horroru "Istota" aka "The Entity" (1981) z Barbarą Hershey w roli głównej kreując auralny, wizualny i fantasmagoryczny koszmar. W "Outer Space" mamy do czynienia z destrukcją montażu, oświetlenia, koherentnej narracji i tym samym z chaotyczną metamorfozą, zniekształconą mutacją "Istoty". Potworność i obłęd. Duplikaty Barbary Hershey, atak nieznanej siły na dom, a potem na taśmę filmową, na sam film, a także na jego widzów. Jestem pod wrażeniem.

Do obejrzenia (albo przetrwania) w dobrej jakości poniżej:

https://vimeo.com/314251447

Czy można stworzyć coś autorskiego posługując się materiałem filmowym z innego filmu? :-) Jak widać można zahaczając o zły sen.

wtorek, 19 października 2021

Misanthur "Ephemeris" (2021) - recenzja

                                
"Żywię podziw tylko dla dwóch rodzajów ludzi: dla tych, co w każdej chwili mogą oszaleć, i dla tych, co w każdym momencie mogą odebrać sobie życie. Tylko oni robią na mnie wrażenie, gdyż jedynie w nich kłębią się wielkie namiętności i wykluwają wielkie przemiany." - Emil Cioran, "Na szczytach rozpaczy".

Nieprzypadkowo rozpoczynam recenzję "Ephemeris" black metalowego Misanthur od cytatu z "Na szczytach rozpaczy" podówczas młodego, 22-letniego filozofa Emila Ciorana, gdyż nad tą płytą unosi się mroczny duch mizantropii charakterystycznej dla jego twórczości. Sam miałem okazję czytać ten manifest nihilizmu jeszcze przed osiągnięciem trzydziestki i wywarł na mnie spore wrażenie jako swoista próba odreagowania młodego, pogrążonego w depresji i kompletnie zagubionego człowieka. Miałem w swoim życiu dość intensywny okres zagłębiania się w literaturę mroczną, chłodną, gorzką, często nihilistyczną ("Podróż do kresu nocy" Celina z 1952 roku, wiersze Georga Heyma, Georga Trakla, Charlesa Baudelaire'a, Kazimierza Ratonia, etc.) Niewykluczone, że wrócę kiedyś do tych książek i tomików z mojej prywatnej biblioteki, ale obecnie jestem i tak przytłoczony nadmiarem nieprzeczytanej literatury (zwłaszcza popularnonaukowej, którą uwielbiam i czasem tutaj recenzuję). A także ogromem nie przesłuchanej muzyki. W zasadzie przez lata znacznie ograniczyłem pisanie tutaj recenzji - z powodu braku czasu i weny twórczej. Z drugiej strony opisuję zazwyczaj płyty, które mi się podobają. Szkoda mi cennego czasu na pisanie o muzyce, która kompletnie nie trafia w moje gusta. 

W debiutanckim albumie "Ephemeris" częstochowskiego Misanthur szczególnie przypadła mi do gustu wielowymiarowość, mnogość ciekawych aranżacji i użytych stylistyk. Ten album to istny amalgamat różnorodności, zachwycająco spójny, gęsty i wymagający wgryzienia się, skupienia. To nie jest muzyka łatwa do przyswojenia, ale jest w niej coś intrygującego, hipnotycznego, uwodzicielskiego. Trafia do mnie ten album szczególnie dlatego, że od lat głęboko siedzę w doom metalu (funeral, doom death, black doom, atmospheric doom), a "Ephemeris" mimo kilku eksplozji galopującej black metalowej agresji (np. w cioranowskim "On the Heights of Despair" czy w "Black Clouds and Silver Linings") jest utrzymany w umiarkowanych tempach. Nie sposób wspomnieć o wpływach dark jazzu (cudowny fragment w "Entering the Void" na myśl przywodzący Bohren & and the Club of Gore), ambient black metalu, depresyjnego black metalu, dark ambientu, industrialu, post-rocka/metalu, a nawet onirycznego shoegaze'u, które zostały w zgrabny i skondensowany sposób inkorporowane do monolitycznej całości. Także wokale są ogromnie zróżnicowane (zarówno męskie, jak i żeńskie), co nadaje "Ephemeris" niezaprzeczalnie unikalnego charakteru. W dodatku nastrój tego albumu jest raczej duszny, gęsty, mroczny, chwilami zwodniczo piękny i delikatny ("Essence").

W zasadzie trudno wyróżnić mi tutaj ulubione piosenki. Zwrócę uwagę na depresyjno-melancholijny numer tytułowy, który kojarzył mi się ze słuchaniem takich zespołów jak np. wczesny Bethlehem, Lifelover, Eudaimony; posępny, zahaczający o black doom i w finale bardzo gwałtowny "The Serpent Crawls" (na myśl przychodzą mi tutaj zespoły pokroju The Ruins of Beverast czy Unholy) oraz eteryczny, shoegazowo-ambientowy "Essence" z przyjemnymi gościnnymi wokalami Agnieszki Leciak (Lycia, Klimt 1918, Alcest, etc.) Oczywiście zespoły, które tutaj wymieniam są tylko i wyłącznie moim subiektywnym skojarzeniem, członkowie Misanthur mogą słuchać odmiennych artystów. Zresztą mam wrażenie, że "Ephemeris" w trakcie słuchania robi się coraz bardziej mroczny i apokaliptyczny, by osiągnąć apogeum mizantropii w "Crush the Stone with the Sea". 

Wkroczcie z tym albumem w otchłań - tak jak w głośnym filmie Gaspara Noe "Enter the Void". Szkoda, by "Ephemeris" przeszedł bez większego echa, gdyż Misanthur to zespół z dużym potencjałem. Tworzą go Hellscythe i Draugr, premiera płyty 15 października via Seasons of  Mist. Odsłuch poniżej:

https://misanthur.bandcamp.com/album/ephemeris

niedziela, 17 października 2021

Hands of Purple Distances (1962) - recenzja

Lubię oglądać filmy krótkometrażowe, gdyż często są zapomniane i niedoceniane. "Hands of Purple Distances" to oniryczny koszmar o kobiecie, która zdaje się przed czymś uciekać przez pola i las. Przed przeznaczeniem? Przed traumą? Mroczny i niepokojący krótki metraż z chaotycznym dźwiękiem i nielinearną strukturą rodem z jakiejś halucynacyjnej fantasmagorii - w trakcie seansu miałem skojarzenia choćby z "Tetsuo" (1989) czy "Begotten" (1990). A przecież ten surrealistyczny filmik z Serbii jest z 1962 roku. 

No cóż, jestem pod wrażeniem. 

https://www.youtube.com/watch?v=pUQmtoeAygI

Twin Tribes i Lebanon Hanover 16 października 2021 roku, Zaklęte Rewiry (fotorelacja)

 





Mimo stale rosnącej liczy przypadków zakażeń szczepem delta (zwłaszcza na Podlasiu i Lubelszczyźnie) postanowiłem wybrać się do Wrocławia na pierwszy mój koncert klubowy od czasu festiwalu Castle Party 2021. Po pierwsze, jestem od 4 miesięcy zaszczepiony, co trochę niweluje ryzyko ciężkiego przechorowania Covid-19, choć ryzyko zakażenia na koncercie klubowym (wśród wielu ludzi) istnieje i będzie istnieć, dopóki koronawirus Sars-Cov-2 nie zniknie w społeczeństwie (co jest w najbliższej przyszłości wątpliwe). Po drugie, może to ostatnia okazja, by zobaczyć bieżącą jesienią koncerty zagranicznych wykonawców na żywo, gdyż niektóre zespoły np. Eluviete czy Borknagar już odwołały europejskie trasy. Także w pełni świadom ryzyka wybrałem się do Wrocławia na koncert Twin Tribes i Lebanon Hanover. Klubu wcześniej nie znałem, zatem do Zaklętych Rewirów zawitałem po raz pierwszy - po spotkaniu ze znajomą i krótkiej włóczędze po Wrocławiu.

Muszę się przyznać, że jechałem głównie na Twin Tribes, gdyż Lebanon Hanover widziałem na żywo do tej pory dwa razy. Gdyby nie support Amerykanów to raczej bym nie przyjechał. I tak z powodu nocnego powrotu pociągiem do domu nie mogłem zobaczyć koncertu Lebanon do końca. Ogromnie lubię Twin Tribes z Teksasu. To esencjonalny darkwave/post-punk/coldwave, brzmieniowo nawiązujący choćby do pierwszych albumów The Cure. Także image duetu jest na wskroś gotycki. Ogromnie cenię  w subkulturze gotyckiej to, że jest unikatowo tożsamościowa, pięknie akceptująca odmienność (przynajmniej tak powinno być, w realu z tym bywa różnie). Wracając jednak do koncertu Amerykanie zagrali znakomicie. Żywiołowo, z zaraźliwą pasją, po prostu pełna profeska i zaangażowanie. Duet z Teksasu czuje brzmienia gotyckie wybornie i nic dziwnego, że uznawany jest za obiecujący zespół. 

Set-lista Twin Tribes: "Intro", "Shadows", "The Vessel", "Heart & Feather", "The River", "Portal to the Void", "Tower of Glass", "Dark Crystal", "VII", "Talisman", "Perdidos", "Obsidian" i w finale "Fantasmas". 

Czekając na koncert Lebanon Hanover dowiedziałem się, że w trakcie masakry w Kongsbergu zginęła Andrea Haugen znana z Aghast czy Hagalaz Runedance. Tragiczna śmierć artystki zabitej z łuku przez zapewne chorego psychicznie fanatyka, ponieważ znalazła się w złym miejscu o nieodpowiednim czasie. Posłuchajcie "Hexenrei im zwielicht der finsternis" (1995) poniżej. A co do koncertu Lebanon Hanover nie jestem ogromnym fanem tego zespołu, choć mają piosenki, które bardzo lubię np. "The Last Thing". Jednak ich koncerty niewątpliwie potrafią przyciągać tłumy. I tak było w Zaklętych Rewirach. Czuć było sceniczne zaangażowanie zarówno Larissy, jak i Williama. Na pewno jednak ich minimal wave potrafi być hipnotyczny, intensywny, nostalgiczny, mocno specyficzny. Fenomen tego zespołu (tj. Molchat Doma czy She Past Away) wydaje się być zasłużony.

Set-lista: "Intro", "Golden Child", "Alien", "Die World II", "No One Holds Hands", "Favourite Black Cat", "Northern Lights", "Stahlwerk", "Albatross", "Digital Ocean", "I Have a Crack", "Gallowdance", "Kunst", "Schwarzenegger Tears", "Totally Tot", "The Last Thing", "Come Kali Come".

Do posłuchania Aghast:

https://ordomcm.bandcamp.com/album/aghast-hexerei-im-zwielicht-der-finsternis

piątek, 15 października 2021

Caspar Henderson "Księga zwierząt niemalże niemożliwych" - recenzja

                             

Przeczytałem ten nowoczesny bestiariusz z niekłamanym zachwytem starannie dawkując sobie poszczególne rozdziały, gdyż to doprawdy fascynująca i wielowymiarowa książka. Dziennikarz popularnonaukowy Caspar Henderson oprócz dużej dawki biologii zawarł w "Księdze zwierząt prawie niemożliwych" (wydawnictwo Marginesy) liczne odniesienia do paleontologii, historii sztuki, filozofii naturalnej, psychologii i ekologii. Fascynująca, cudownie spójna i z werwą napisana pozycja popularnonaukowa omawiająca od liter A do Z 27 dziwacznych zwierząt (m.in. niesporczaki, aksolotl, danio pręgowany, homo sapiens, ksenofiofor, motyl morski, ustonóg, rekin chochlik - mitsukurina, krab Yeti - Kiwa hirsuta, żółw skórzasty, itd.), z fantazyjnymi rysunkami przeróżnych przedstawicieli flory i fauny oraz z  pomysłowymi przypisami na marginesach. Zwierzęta omówione w tym współczesnym bestiariuszu są jednak prawdziwe w odróżnieniu od tych zmyślonych w średniowiecznych bestiariuszach czy fantazyjnych kreatur Franza Kafki, H.R Gigera (ksenomorf, Obcy) i Jose Luisa Borgesa ("Book of the Imaginary Beings"). 

Ta książka potrafi czytelnika zadziwić i skłonić do refleksji. Kiedy czymś się zachwycamy to wówczas stajemy się lepszymi ludźmi, bardziej skłonnymi do okazywania empatii i współczucia. Warto zachwycać się zarówno szeroko pojętą nauką, jak i sztuką, gdyż jest to niezbędne do wzbogacenia naszego życia o nową wiedzę i głębokie doznania estetyczne. Nauka i sztuka (np. muzyka, poezja, literatura sci-fi, etc.) często koegzystują ze sobą wzajemnie się uzupełniając - nierzadko naukowcy inspirują się sztuką, a artyści nauką. Ja sam do tej pory uwielbiam się uczyć (nawet powierzchownie) nowych rzeczy. Kiedyś nawet marzyłem o tym, by "wiedzieć wszystko", choć zdaję sobie sprawę, że to kompletnie niemożliwe. Wiedza jest czymś doprawdy niezwykłym, portalem do zachwytu, podobnie jak aktywna partycypacja w tworzeniu czegoś np. muzycznego dzieła. 

Wyborna lektura. Na zdjęciach ilustracyjnych niesporczak i murena tygrysia. Kilka wybranych cytatów:

"Innymi słowy nie patrzcie na to, co ludzie mówią, co myślą i w co wierzą, lecz na to, co rzeczywiście robią i jakie są faktyczne skutki ich działań."

"Nie ulega wątpliwości, że potwór z 'Obcego' jest czymś więcej niż kopią mureny, łączy bowiem w sobie również cechy owada i humanoidalnego szkieletu rodem z obrazu Petera Bruegela Starszego 'Triumf śmierci''.

"Bo w życiu każdego z nas przychodzi taki moment, często nie dający się żadną miarą przewidzieć ani racjonalnie uzasadnić, kiedy jedyna postawa jaką musimy przyjąć to zaangażowanie - moment, w którym nadajemy czemuś znaczenie, zajmujemy stanowisko, zaczynamy kochać (albo w którym nam się to nie udaje). Oczywiście doskonale zdajemy sobie z tego sprawę, że wszystko, co ma dla nas wartość, wszystko, czemu jesteśmy wierni, i wszystko, co kochamy, wcześniej czy później utracimy..."

Do posłuchania nowy album Islandek z Kaelan Mikla:

https://kaelanmikla.bandcamp.com/album/undir-k-ldum-nor-urlj-sum

Hausu/ House (1977) - recenzja

                                      
Kopę lat nie widziałem "Hausu". Recenzowałem tą psychodeliczną parodię horroru zarówno na Danse Macabre, jak i na IMDb (4 października 2007 roku). Pamiętam, że oglądałem "House" po japońsku na długo zanim ten film ukazał się z angielskimi napisami w ramach Criterion Collection. I już wówczas psychodeliczna parodia horroru o duchach w reżyserii Nobuhiko Obayashi zachwyciła mnie całkiem mocno. Przede wszystkim ogromną kreatywnością i fantazją jak na lata powstania (końcówka lat 70-tych).

Można "Hausu" śmiało przyrównać pod kątem pomysłowości do takich filmów jak "The Evil Dead" (1981) Raimiego, "Sok z żuka" (1988), "Mordercze klauny z kosmosu" (1988) braci Chiodo oraz do niskobudżetowych horrorów Williama Castle'a. To film wysmakowany, stylowy, piękny kolorystycznie i baśniowy a la "Suspiria" (1977) czy "Phenomena" (1984) Dario Argento. Jednocześnie wyjątkowo pocieszny, kreskówkowy i ogromnie psychodeliczny. Ekscentryczna fantasmagoria nie pozbawiona akcentów humorystycznych.

Reżyser Obayashi w tej unikalnej opowieści o 7 uczennicach (o imionach tj. Fantasy, Kung-Fu i Melody), które trafiają do nawiedzonego zamku pewnej cioteczki stosuje eksperymentalny metody filmowania: niekonwencjonalne metody kręcenia, animację stop-motion, kalejdoskopowe kolory, pomysłowy montaż, interludia muzyczne, itd. Z  tego też względu mamy tutaj do czynienia z jednym z najbardziej ekscentrycznych horrorów lat 70-tych.  

Dla niektórych widzów "Hausu" będzie irytujący, inni zakochają się w jego psychodelicznej atmosferze. Ja należę do tej drugiej grupy, gdyż jak tu nie polubić eleganckiego filmu, w którym znajdziemy m.in. żarłoczny fortepian, tańczący szkielet, latającą odciętą głowę ze studni czy białego kota zjawę (Snowy). Toż to William Castle  ("House on Haunted Hill", "The Old Dark House") na psychodelikach! 

Film powinien przypaść do gustu nawet dzieciakom, które siedzą w po uszy w mandze. Zapewne przypadnie też do gustu fanom azjatyckiego kina, którzy uwielbiają "Squid Game" (2021), głównie ze względu na ekscentryczną scenografię.

czwartek, 14 października 2021

Of the Wand and the Moon "Your Love Can't Hold This Wreath of Sorrow" (2021) - recenzja

8 października 2021 roku za pośrednictwem niemieckiej industrialnej Tesco ukazał się album, na który osobiście długo czekałem - "Your Love Can't Hold Tthis Wreath of Sorrow" duńskiego projektu/zespołu neofolkowego Of the Wand and the Moon. Na czele Of the Wand and the Moon stoi eks-gitarzysta melodyjnego doom death metalowego zespołu Saturnus, który darzę sporą estymą i miałem okazję kiedyś wiedzieć na żywo. Zresztą Of the Wand and the Moon także widziałem na scenie kilka lat temu w Poznaniu i miło wspominam ten doskonały koncert.

Najnowszy album Of the Wand and the Moon "Your Love Can't Hold This Wreath of Sorrow" (godny następca "The Lone Descent" z 2011 roku) to idealna muzyka do posłuchania chłodną i posępną, acz nieodparcie czarującą jesienią. To bardzo emocjonalny album, przesycony aurą smutku i melancholii, doskonały do słuchania w samotności. Piosenki z "Your Love Can't Hold This Wreath of Sorrow" potrafią w subtelny sposób oddziaływać na słuchacza, zwłaszcza gdy zmaga się z wątpliwościami, tęsknotą, poczuciem rozczarowania. Wówczas smutna i introspektywna muzyka robi się szczególnie bliska.

W rzeczy samej "Your Love Can't Hold This Wreath of Sorrow" jest albumem mogącym służyć jako soundtrack do jakiegoś tonącego w strugach deszczu filmu noir czy fatalistycznego romansu zakończonego niezwykle bolesnym, łamiącym serce rozstaniem. Kim Larsen jako źródło inspiracji przy tworzeniu muzyki na "Your Love..." wskazał piosenki Lee Hazlewooda, Leonarda Cohena i Serge Gainsbourg'a czy soundtracki filmów z lat 70-tych (może Herzog, Fassbinder, Wenders?) Nadal jest to jednak przepiękny dark folk/melancholijny neofolk, do jakiego Of the Wand and the Moon przez lata przyzwyczajał lojalnych słuchaczy. 

Które piosenki warto wyróżnić na "Your Love Can't Hold This Wreath of Sorrow"? Na pewno chwytliwe, acz nadal cudownie melancholijne "Whispers of the Past", "Let's Take a Ride (My Love)" i "Nothing for me here", raczej kakofoniczny i hałaśliwy "Fall from View", wyciszony i eteryczny "Les Journées Sans Fin Et Les Nuits Solitaires (Endless Days and Lonely Nights)" czy króciutki "Williamsburg Bridge". 

Płyta dla słuchaczy, którzy doznali w życiu wyalienowania, odrzucenia, bólu rozstania z partnerem/partnerką czy przyjacielem/przyjaciółką. Płyta kontemplacyjna, acz zdecydowanie bardziej energiczna niż poprzednie albumy Of the Wand and the Moon. Posłuchajcie koniecznie.

https://tescogermany.bandcamp.com/album/your-love-cant-hold-this-wreath-of-sorrow

https://www.youtube.com/watch?v=nY3NMFCPS7g 

"The secret of joy is the mastery of pain"

 "Always the same wish, not to have to lie, but we will, of course, at the first sign of danger, of vulnerability, of jealousy, of withdrawal; we will lie to make an illusory relationship, a perfect one, without wounds."

"I can only connect deeply or not at all." 

"If I love you, it must be because we shared, at some moment, the same imaginings, the same madness, the same stage." - Anais Nin.

Atak łucznika w Kongsberg

                                      

13 października 2021 roku o godzinie 18.13 lokalnego czasu 37-letni obywatel Danii Espen Andersen Bråthen zaczął strzelać z łuku do klientów i pracowników supermarketu Coop Extra w norweskim mieście Kongsberg (populacja 26 000 mieszkańców). Atak kontynuował także na zewnątrz supermarketu, w innych miejscach strzelając strzałami z łuku do przypadkowych osób, w tym do policjanta poza służbą, który został ranny. Morderca łącznie zabił 5 osób w wieku od 50 do 70 lat i ranił dwie. Został zatrzymany po przekroczeniu rzeki Numedalslågen, w trakcie konfrontacji z norweską policją 34 minuty po rozpoczęciu masowego ataku. Policjanci użyli broni palnej oddając strzały ostrzegawcze.

Generalnie 37-latek był znany lokalnej policji choćby z powodu grożenia własnej rodzinie, włamania i posiadania małej ilości haszyszu w 2012 roku. Lokalne media podają także że to islamski konwertyta, ale póki co norweska policja tego nie potwierdza, choć brane jest pod uwagę terrorystyczne tło ataku. 

To najbardziej śmiercionośny atak na terytorium Norwegii od czasu masakry dokonanej przez prawicowego ekstremistę Andersa Behringa Breivika 22 lipca 2011 roku, w wyniku której zginęło 77 osób. 

Tak czy owak takie masowe morderstwa czy ataki terrorystyczne (motywu sprawcy dotąd nie ujawniono) mogą się zdarzyć wszędzie, nawet w sennym norweskim miasteczku, o którym niewiele się do tej pory w prasie mówiło. Sprawca oprócz łuku i strzał miał także przy sobie nóż. 

Trzeba przyznać, że łuk strzelecki nie jest powszechnie używaną bronią w trakcie mass shootings. Jak widać potrafi być jednak śmiercionośny. 

Do ataku w szkole przy użyciu łuku bloczkowego doszło w 2012 roku w stanie Wyoming (USA). Być może wcześniej  czy później także dochodziło do takich eksplozji bezsensownej przemocy, acz musiałbym zrobić w tym kierunku mały research.

 https://www.reuters.com/article/us-usa-shooting-wyoming-idUKBRE8B100L20121202 

EDIT: W wyniku ataku mordercy straciła życie Andrea Haugen, eks-żona Samotha z Emperor, znana z dark ambientowego Aghast, Nebelhexe, Hagalaz Runedance oraz Aghast Manor. Andrea udzielała się także w Cradle of Filth oraz gościła na albumie black metalowców z Satyricon "Nemesis Divina" z 1996 roku. Smutna wiadomość, gdyż była przypadkową ofiarą - tak jak pozostałe cztery. Dodatkowo wyszło później na jaw, że większość ofiar mordercy zginęła od ciosów nożem, gdyż sprawca po urządzeniu jatki w supermarkecie włamał się do domów ofiar. Czy tak było z Andreą?

poniedziałek, 11 października 2021

Paryskie katakumby w 1861 roku

                                                               





Uwielbiam pionierskie zdjęcia paryskich katakumb wykonane w 1861 roku przez francuskiego pioniera fotografii Felixa Nadara (Gaspard-Félix Tournachon, pseudonim Nadar). Owszem, to właśnie te zdjęcia zrobione przy użyciu sztucznego oświetlenia ('baterii' Bunsena) przyczyniły się do uczynienia paryskich katakumb popularnym miejscem do zwiedzania przez żądnych mocnych wrażeń paryżan. Nadar był cenionym i radykalnym paryskim fotografem. Oprócz zrobienia licznych zdjęć katakumb i kanałów Paryża trudnił się także fotografią portretową, wykonał m.in. portrety Victora Hugo, George Sand, Charlesa Baudelaire'a czy Honoré de Balzaca. 

Nadar fotografował niekończące się rzędy ludzkich czaszek i kości, a do przedstawienia pracy ludzkiej w gęstniejącym mroku katakumb (z powodu 18-minutowego czasu ekspozycji) użył manekinów. 

"I had judged it advisable to animate some of these scenes by the use of a human figure — less from considerations of picturesqueness than in order to give a sense of scale, a precaution too often neglected by explorers in this medium and with sometimes disconcerting consequences. For these eighteen minutes of exposure time, I found it difficult to obtain from a human being the absolute, inorganic immobility I required. I tried to get round this difficulty by means of mannequins, which I dressed up in workmen’s clothes and positioned in the scene with as little awkwardness as possible."

Sportretował też samego siebie na tle ściany ludzkich czaszek i kości. Obecnie jedynie malutka część labiryntu paryskich katakumb jest dostępna dla turystów, pozostałe części od dekad toną w ciemnościach i czekają na eksploratorów znanych w Paryżu jako cataphiles.

The Appointment (1981) - recenzja

Mało znany, a w zasadzie zapomniany brytyjski horror nadnaturalny z 1981 roku ze przerażającym prologiem, w którym uczennica Sandy Freemont wraca skrótem z próby skrzypcowej przez niewielki las zwany Cromley Wood. Do domu ma niedaleko, lecz po drodze zaczyna słyszeć złowieszczy śmiech dzieci i ktoś wzywa jej imię. Dziewczynka zatrzymuje się i... nagle staje się coś, co przyprawiło mnie o dreszcze. Zaiste to jeden z najbardziej sugestywnych fragmentów w kinie grozy z lat 80-tych. Zresztą obejrzyjcie go sami i dajcie znać czy wam się spodobał.

https://www.youtube.com/watch?v=9PckpAtvAVw

Znany z wyśmienitego "The Wicker Man" (1973) Edward Woodward wciela się w "The Appointment" w postać inżyniera Iana, który oświadcza córce Joanne (Samantha Weysom), że nie weźmie udziału w jej szkolnym występie. Dziewczynka jest wyraźnie rozczarowana, jednak niewzruszony ojciec każe jej udać się do łóżka. Wkrótce Iana zaczną trapić oniryczne koszmary z udziałem Joanne i trzech czarnych rottweilerów. Ian śni także o przyszłej podróży. Czy rzeczywiście czeka go śmierć? Z jakiego powodu?

Oniryczny dreszczowiec, znakomicie udźwiękowiony, dzięki czemu jest aż tak niepokojący. Mamy tutaj dziecięcy śmiech, odgłosy wiatru, doskonałe użycie ciszy i echa, wreszcie melancholijną muzykę skrzypcową, która zapada w pamięć. "The Appointment" to dziwny i bardzo sugestywny horror o nieuchronnym przeczuciu, że coś złego ma się wydarzyć. Przeczuciu, które każe odwołać nam w ostatniej chwili zaplanowany lot, gdyż intuicyjnie czujemy, że dojdzie do tragedii. 

Niektórych wielbicieli kina grozy odrzuci od dreszczowca wyreżyserowanego przez Lindsey C. Vickers raczej ospałe tempo akcji, jednak film zdecydowania nadrabia wybornym udźwiękowieniem, dzięki któremu atmosfera w "The Appointment" jest gęsta, opresyjna, fantasmagoryczna, na pograniczu jawy i snu. 

Vickers w 1978 roku zrealizował krótkometrażowy film grozy "The Lake", w którym młoda para z psem wypoczywa nad jeziorem, blisko opuszczonego domu, w którym ongiś doszło do potwornej zbrodni. Ktoś lub coś obserwuje ich poczynania. Nakręcony w całości w świetle letniego dnia "The Lake" także odznacza się starannie wykreowaną atmosferą grozy i doskonałym udźwiękowieniem. 

Życzyłbym sobie jako fan horroru, aby więcej filmów grozy było tak doskonale udźwiękowionych jak "The Appointment" i "The Lake". 

Przy okazji jeśli chcecie posłuchać naprawdę nastrojowej elektroniki, która potrafi przykuć uwagę to zachęcam do zapoznania się z nietuzinkową twórczością Arkadiusza Kulawika.

https://www.youtube.com/watch?v=-4Q3DNSnuSQ

piątek, 8 października 2021

Pink Turns Blue "Tainted" (2021) - recenzja

                                                  
Pink Turns Blue należy zdecydowanie do moich ulubionych zespołów post-punkowych/gotycko rockowych. Na Castle Party 2021 Niemcy zagrali rewelacyjnie. Powstali w 1985 roku, obok m.in. Marquee Moon należeli do pierwszej generacji niemieckiego rocka gotyckiego i początkowo funkcjonowali w dwuosobowym składzie: Mic Jogern i Thomas Elbern plus aparat perkusyjny. Głównymi muzycznymi inspiracjami dla darkwave'a/post-punka PTB były Clan of Xymox, Joy Division, The Chameleons oraz The Cure. W październiku 1987 roku ukazał się pierwszy album studyjny Niemców zatytułowany "If Two Worlds Kiss", z którego pochodzi m.in. ich emanujący chłodem przebój "I Coldly Stare Out". Jednak największym hitem PTB jest pochodzący z albumu "Meta" (premiera w październiku 1988 roku) "Your Master Is Calling", przebojowy i długi (ponad 7 minutowy) kawałek, który jednoznacznie kojarzy się z Pink Turns Blue. Sam osobiście go uwielbiam, a co za tym idzie słucham nader regularnie. 

1 października 2021 roku ukazał się dwunasty album Pink Turns Blue "Tainted". Album szczególny ze względu na jego tematykę. Obok typowych dla Niemców piosenek o miłości, przyjaźni, odrzuceniu, samotności znalazły się bowiem na nim kawałki o zmianach klimatycznych i inercji ludzkości w ich obliczu, niszczeniu środowiska, deforestacji, zaniku bioróżnorodności, bezmyślnej konsumpcji, problemach zdrowotnych i finansowej niepewności. Tak, to album proekologiczny, ale jednocześnie gorzki, introspektywny, refleksyjny i smutny. Miliony osób na Ziemi dostrzega problem antropogenicznych zmian klimatycznych, jednak tak naprawdę niewielu świadomych choć próbuje tak zmienić swoje życie, by zmniejszyć swój ślad węglowy. Jesteśmy na to zbyt wygodni, gdyż nie umiemy chociażby zredukować do minimum konsumpcji czy zrezygnować z dalekich podróży zagranicznych samolotem. Sam w tej materii bywam hipokrytą, choć doskonale wiem, że przyszłym pokoleniom przyjdzie żyć w świecie anomalii klimatycznych i nasilających się ekstremów pogodowych. W pewnym sensie ludzkość zawsze była, jest i będzie mądra po szkodzie. I być może stanie się tak w przypadku zmian klimatycznych: zaczniemy globalnie, kolektywnie współdziałać, gdy już pewnych procesów nie da się ot tak sobie zatrzymać czy zredukować. Może rzeczywiście w pewnym sensie ludzkość (albo część ludzkości) czeka prędzej czy później autodestrukcja na własne życzenie? Przykre natomiast jest to, że ciężar zmian klimatycznych i ich konsekwencji zrzucamy na barki dzieci, które przyszły już na świat, ale też dzieci, które dopiero zostaną poczęte. Ogromna chciwość i krótkowzroczność wielu polityków, decydentów i miliarderów oraz ich paskudna obojętność przyczynią się do pogarszających się warunków życia wielu milionów ludzi na Ziemi, gdyż zmiany klimatyczne będą postępować. Co do tego nie mam żadnych złudzeń.

Na "Tainted" jest 10 wspaniałych, melodyjnych i smutnych piosenek, ale ja osobiście wyróżniam najbardziej "Not Even Trying" (poruszający teledysk), "Summertime", "Brave New World" czy "You Still Mean Too Much to Me".

Posłuchajcie tego albumu tutaj:

https://pinkturnsblue.bandcamp.com/