Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 października 2022

EO (2022) - recenzja

                                                                         
Kilka dni temu miałem sposobność obejrzeć najnowszy film 84-letniego Jerzego Skolimowskiego zatytułowany "EO" (2022). Refleksyjny i przepełniony symboliką dramat o osiołku, który po uwolnieniu z cyrku przez prozwierzęcych aktywistów zaczyna wędrować z miejsca na miejsce natykając się na różnych właścicieli i doznając od nich empatii, obojętności czy okrucieństwa. Osiołek stara się odszukać Kasandrę (Sandra Drzymalska), cyrkową opiekunkę, która go kochała i się nim opiekowała. Oczywiście "EO" może budzić skojarzenia ze słynnym filmem Roberta Bressona "Au Hasard Balthazar" (1966), a także z w pewnym sensie z szokującym dramatem antywojennym "Idź i patrz" (1985). Nie brakuje w "EO" scen psychodelicznych, smutnych i przejmujących (EO mijający umierającego wilka czy pobity przez wściekłych kiboli), zahaczających o horror (podcięcie gardła jednej z postaci) czy humorystycznych (mecz piłkarski gdzieś na przaśnej polskiej prowincji). Dość powiedzieć, że sekwencja wędrówki osiołka przez las nasuwa na myśl mroczną i surrealistyczną baśń. EO jawi mi się jako zwierzę niewinne, czułe, delikatne, o smutnych brązowych oczach kontrastujące ze zgnilizną, brzydotą i dzikością niektórych ludzkich postaci, które w trakcie odysei napotka. Film za sprawą doskonałych zdjęć bywa hipnotyczny, przejmujący, nieco melancholijny. To w zasadzie moralitet o tym jak ludzkość zatraciła więź z przyrodą i przestała być czuła wobec gospodarskich zwierząt. Ludzie bywają chciwi i obojętni wobec cierpienia, a co za tym idzie skłonni do eksploatowania zwierząt i traktowania ich z sadystycznym okrucieństwem (cyrk, ubojnie, zwierzęta wykorzystywane jako posłuszne źródło transportu, fermy futrzarskie). 

Na plus nieoczywista i nierzadko zaskakująca narracja, symboliczno-hipnotyczny nastrój "EO" oraz eksperymentowanie ze stroną wizualną filmu. Zapadają w pamięć także pulsująca elektroniczna ścieżka dźwiękowa Pawła Mykietyna oraz pierwszorzędne zdjęcia Michała Dymka (film kręcono m.in. na Podkarpaciu). Nic zatem dziwnego, że dramat Skolimowskiego doceniony został przez krytyków na festiwalach w Berlinie, Cannes i Wenecji. 

Dystrybucja Gutek Film. Zapraszam do kin studyjnych. Obok "Wulkanu miłości" (2022) Sary Dosy jedna z najciekawszych tegorocznych premier. 

Niestety nie dojadę na koncert w Zabrzu, ale w pisaniu tej krótkiej recenzji towarzyszyła mi wielowymiarowa i bogata w emocje muzyka Diary of Dreams.

https://diaryofdreams.bandcamp.com/album/hell-in-eden

czwartek, 28 października 2021

Bastard Out of Carolina (1996) - recenzja

 
Niech was nie zmyli 'telewizyjna' okładka niniejszego dramatu, gdyż "Bękart z Karoliny" to film smutny i brutalny, w którym mamy sceny przemocy wobec dziecka (w tym seksualnej). Jena Malone jest po prostu fenomenalna w roli 12-letniej Bone, która pada ofiarą ojczyma-pedofila imieniem Glen (Ron Eldard). Z Glenem wiąże się jej matka, Anney (pamiętna z "Autostopowicza" Jennifer Jason Leigh) po tragicznej śmierci jej pierwszego męża.

To mocny i przerażający film w stylu "The Girl Next Door" (2007), "In a Glass Cage" (1986) czy "War Zone" (1999), znakomicie zagrany i boleśnie prawdziwy. Niektóre jego fragmenty ocierają się o najczystszy horror, a scena pobicia i gwałtu jest autentycznie nieprzyjemna.

Próbowałem po seansie wczuć się w sytuację bitego pod pozorem utrzymania dyscypliny, maltretowanego, opuszczonego i wykorzystywanego seksualnie dziecka. To są rany w psychice, które nigdy się nie zagoją. Ofiara (w filmie 12-letnia Bone) pod wpływem przeżywanego bólu staje się obojętna, apatyczna, buduje wokół siebie ochronny mur, który jednak w końcu zaczyna pękać. Kiedy w dzieciństwie padamy ofiarami przemocy i seksualnej agresji, to często staramy się tłumić te bolesne wspomnienia, zamiast odważnie stawić im czoła. Ofiary przemocy domowej i gwałtów zazwyczaj obwiniają siebie o to, co się stało. Czują się winne, choć nie powinny. Mają trudności z otwarciem się i zaufaniem innej osobie, tej, która szczerze wysłucha i okaże wsparcie.

W "Bastard Out of Carolina" Glen w perfidny sposób niszczy dzieciństwo Bone. To raczej ciężki i traumatyczny film, o którym ciężko zapomnieć po seansie. Osobiście mocno przepadam za kinem konfrontacyjnym, zmuszającym do myślenia i emocjonalnej reakcji, nawet negatywnej. Dlatego też uwielbiam posępną, mroczną, agresywną i smutną sztukę (muzykę, literaturę,  poezję) - pozwala mi ona odczuwać, porusza, uderza niczym taran nie pozostawiając obojętnym.  

Film trudny, będący adaptacją powieści Dorothy Allison, której nie czytałem, niemniej wart obejrzenia. W roli wujka Earla Michael Rooker, znany z "Henry: Portrait of a Serial Killer" (1986) Johna McNaughtona, pojawia się także na krótko Christina Ricci. 

"I lived in a world of shame. I hid my bruises as if they were evidence of crimes I had committed."

 "Moving made me feel ghostly, unreal, unimportant."

poniedziałek, 25 października 2021

Variola Vera (1982) - recenzja

                                                 

Jugosłowiański dramat medyczny z elementami horroru. Film raczej zapomniany, ale całkiem dobry i realistyczny. Ostatnia znacząca epidemia ospy prawdziwej (patogen Variola vera) miała miejsce w 1972 roku w Belgradzie (dawna Jugosławia, obecnie Serbia). Pacjentem zero okazał się pielgrzym z Albanii, Ibrahim Hoti, który przywlókł zarazę z Dalekiego Wschodu (konkretnie z Iraku). Natomiast w szpitalu  centralnym w Belgradzie pielęgniarki, lekarzy i innych pacjentów zarażał 31-letni nauczyciel Latif Mumdžić, który zmarł wskutek krwotoku wewnętrznego. W wyniku epidemii w Belgradzie i prowincji Kosowo zmarło jedynie 35 osób - głównie dzięki zdecydowanej reakcji jugosłowiańskiego rządu. Kwarantanna szpitala przy użyciu wojska, kordony sanitarne wiosek i dzielnic, blokady dróg, zakaz zgromadzeń, zamknięcie granic na okres 2 miesięcy, skuteczna wakcynacja praktycznie całej ówczesnej populacji Jugosławii (18 milionów ludzi).

Ten porządnie zagrany i chwilami trzymający w napięciu film warto obejrzeć w czasie pandemii koronawirusa Sars-Cov-2 wywołującego chorobę Covid19. Mamy tutaj do czynienia z paniką i niedowierzaniem pacjentów, lekarzy i pielęgniarek zamkniętych w szpitalu objętym kwarantanną. Tak jak jednak wspomniałem epidemia groźnego zarazka została w komunistycznym Belgradzie szybko zdławiona. A koronawirus nadal zaraża tysiące ludzi na świecie, gdyż niektórzy nie chcą się szczepić z różnych, najczęściej wydumanych powodów. Oprócz epidemii koronawirusa mamy także obecnie epidemię foliarstwa i teorii spiskowych. Czwartą falę pandemii podsyca z jednej strony tolerowanie przez rząd PiSu szkodliwych ruchów antyszczepionkowych, z drugiej brak uprzywilejowania osób, które w trosce o dobro swoje i innych się zaszczepiły. A skuteczna szczepionka to element survivalu w czasie pandemii, co też udowodniły różnorodne historyczne epidemie. I nikt mnie nie przekona do zmiany zdania, mimo że jestem już tym przedłużającym się stanem pandemii zmęczony. Bycie czujnym i ostrożnym w ogólnym rozrachunku popłaca.

Rządzący odpowiadają teraz za każdą śmierć spowodowaną opóźnieniem operacji, zabiegu, spóźnienia karetki, braku miejsca w szpitalu, braku dostępu do OIOM. Tego wszystkiego można było uniknąć gdybyśmy zaszczepili  przynnajmniej 90% społeczeństwa. Wszystko jednak zostało puszczone na żywioł. Wskutek tysięcy zgonów na Covid zniknęło już miasto wielkości Jeleniej Góry. I zapewne dzięki inercji obecnej  władzy oraz ruchom antyszczepionkowym umrą jeszcze tysiące ludzi.

Duży plus za całkiem niezłe efekty specjalne, konsultację filmu z wirusologami i epidemiologami oraz za niepokojącą muzykę. Kolejny, już 'czysty' film grozy Gorana Markovica "Vec Vidjeno" z 1987 roku również jest wart obejrzenia.

środa, 28 lipca 2021

Sombre/ Dark (1998) - recenzja

                                                      
Francuski eksperymentalny serial killer movie "Sombre" jest w dosłownym tego słowa znaczeniu filmem mrocznym. Odświeżyłem ten psychologiczny horror po prawie 12 latach od ostatniego seansu i jestem pod wrażeniem, choć lojalnie uprzedzam: nie każdemu widzowi pełnometrażowy debiut Phillipe'a Grandrieuxa przypadnie do gustu. Wielu wielbicieli kina zapewne odrzuci minimalistyczna narracja, niewielka ilość dialogów czy nerwowa, rozmazana ciemność, w której tonie ten w dużej mierze nocny film uniemożliwiając chociażby dokładne przyjrzenie się scenom morderstw. Niektóre sceny jazdy samochodem w poszukiwaniu ofiar zahaczają wręcz o koszmar na jawie. 

Marc Barbe wciela się w "Dark" w postać sfrustrowanego seksualnie seryjnego mordercy prostytutek. Jean reaguje eksplozją agresji i morderczymi skłonnościami na każdy przejaw kobiecej seksualności. Można go uznać za współczesnego wilkołaka, który urządza nocne polowania na trudniące się prostytucją kobiety. W końcu Jean styka się z Claire (Elina Lowensohn), dziewczyną nierzeczywistą, delikatną, niewinną seksualnie. Mimo morderczych impulsów pomiędzy Jeanem a Claire rodzi się traumatyczna miłość, która jest jednak z góry skazana na niepowodzenie. Ponieważ bestii drzemiącej w Jeanie nie da się ucywilizować. Ta bestia i tak zatraci się w ciemności i morderczym szale.

"Sombre" to na pewno film minimalistyczny, oniryczny i niekonwencjonalny - nawet w porównaniu do niedawno recenzowanego "Angst" (1983) czy "Henry: Portrait of a Serial Killer" (1986). Nie trzyma w napięciu jak dwa przytoczone kryminalne horrory, aczkolwiek potrafi hipnotyzować. Zawiera także sporo odniesień do mrocznych bajek i klasycznych już dzieł grozy: Czerwony Kapturek i Wilk, narzeczona monstrum Frankensteina, Piękna i Bestia. 

Na uwagę zasługuje scena, w której podpita Claire tańczy w obecności trójki mężczyzn, w tym Jeana do "Bela Lugosi's Dead" brytyjskiej grupy post-punkowej Bauhaus. Ten swoisty hymn muzyki gotyckiej zespół odegrał na żywo w otwierających scenach "Zagadki nieśmiertelności" (1983) Tony'ego Scotta. W "Sombre" pojawia się także melancholijna elektropunkowa muzyka Alana Vegi (duet Suicide). 

Rekomendacja muzyczna (nie, nie będzie to Bauhaus) - Les Enfants de l'Ombre (The Shadow Children) - mało znany francuski zespół post-punkowy/zimnofalowy. Jedyny ich materiał to pięcioutworowy album "La Haine Rôde Et Nous Guette", który ukazał się w 1988 roku plus pojedynczy kawałek na kompilacji "Mea Pulpa" z 1989 roku. Potem Dzieci Cieni przestały istnieć. A muzyka? Mroczna, wciągająca, melancholijna, nieco teatralna, z intrygującymi żeńskimi (?) wokalami. 

https://www.youtube.com/watch?v=5qhbDROEE4I

https://www.youtube.com/watch?v=HsXJSKWf660

piątek, 29 stycznia 2021

My, dzieci z dworca Zoo (1981) i Berlin Zachodni

  

Odświeżyłem ostatnio "Christiane F. - My, dzieci z dworca Zoo" (1981), słynny niemiecki film o nastoletnich narkomanach, którzy aby zdobyć heroinę prostytuują się na dworcu Zoo w Berlinie. Film swego czasu był dość kontrowersyjny - przede wszystkim ze względu na udział młodych 14-letnich aktorów w rolach głównych oraz obsadzenie prawdziwych ćpunów jako statystów. Sam obejrzałem "Christiane F." jeszcze w wieku nastoletnim. Mrocznemu i turpistycznego dramatowi biograficznemu Uli Edela w osiągnięciu sukcesu komercyjnego na pewno pomogła obecność Davida Bowie, który w filmie wystąpił (choć to zapis koncertu z Nowego Jorku) i stworzył do niego soundtrack m.in. z takimi utworami jak "Heroes" czy "Warszawa". Zresztą główna bohaterka ma obsesję na punkcie muzyki Bowiego z lat 1975-77, wybiera się na jego koncert i w końcu sprzedaje jego płyty, by zaspokoić narkotykowy głód. Film jest z jednej strony sugestywno-realistycznym przedstawieniem środowiska berlińskich narkomanów, a z drugiej doskonale pokazuje fascynujący Berlin Zachodni. Czyli miejsce, które na przełomie lat 70 i 80-tych wręcz tętniło radykalną sztuką i specyficznym lifestyle'm. To w Berlinie Zachodnim swego czasu mieszkali i tworzyli Nick Cave, David Bowie, Iggy Pop czy Tilda Swinton. To miasto stało się wówczas swoistą mekką artystów, gdyż sprzyjały ku temu odpowiednie warunki. Mężczyzn zamieszkałych w Berlinie Zachodnim nie dotyczył pobór do wojska. Koszty mieszkalne były niskie. Można było mieszkać w komunie, anonimowo, mając niewielkie środki do życia. Dlatego też Berlin Zachodni przyciągał tak wielu artystów, którzy poszukiwali tam swojego miejsca.

środa, 27 stycznia 2021

Władcy chaosu/ Lords of Chaos (2018) - recenzja

                                                                    

Długo wstrzymywałem się z obejrzeniem "Władców chaosu", gdyż natknąłem się tu i ówdzie na negatywne recenzje. Jednak film Jonasa Akerlunda, współzałożyciela Bathory i reżysera m.in. słynnego klipu "Bewitched" Candlemass wart jest obejrzenia, gdyż zadaje pytanie: czy ów 'prawdziwy' norweski black metal (reprezentowany m.in. przez Mayhem, Burzum, Thorns, itd.) był zjawiskiem autentycznym czy może sprytnym marketingiem prowadzącego Helvete Euronymousa? Faktem jest, że niektórzy black metalowcy (Dead, Varg, Bard Faust) potraktowali antyludzkie, destrukcyjne i antyreligijne deklaracje będące spoiwem black metalu zbyt serio, co doprowadziło do samobójstwa, palenia kościołów i dwóch bezsensownych morderstw. Burzliwa historia narodzin norweskiego black metalu jest dobrze znana. Nie ma sensu jej tutaj szczegółowo przytaczać. W "Lords of Chaos" podobało mi się przedstawienie Euronymousa jako sprawnego, obytego w marketingu biznesmena, który dążył do tego, by Mayhem był zespołem o ekstremalnej reputacji. Stąd chociażby robienie zdjęć post-mortem Deadowi. Kiedy trzeba "Lords of Chaos" potrafi być filmem ironiczno-zabawnym. Z drugiej strony są w tym filmie samobójstwo i dwa morderstwa (homoseksualisty w Lillehammer i Euronymousa przez Varga). Są to sceny mocne i brutalne, nie dla ludzi o słabych nerwach. Zwłaszcza akt samobójczy Deada był bardzo nieprzyjemny. Do zapamiętania ścieżka dźwiękowa "Lords of Chaos", na której znalazło się sporo dobrych kawałków metalowych m.in. Mayhem, Sodom, Sarcofago, etc. Zaskoczeniem było użycie "Host of the Seraphim" Dead Can Dance w scenie, gdy Varg i Snorre zmierzają samochodem do Euronymousa. Zabrakło mi natomiast w scenariuszu naświetlenia tego, co skłoniło grupę nastolatków do grania black metalu i kultywowania ekstremalnej postawy rebelii, nihilizmu i przemocy. Euronymousowi zależało na tej ideologii, ale traktował ją jako zabawę, narzędzie marketingowe; Varg zaś potraktował ją dosłownie.

Mam wrażenie, że "Lords of Chaos" przeznaczony jest raczej dla ludzi dopiero zaczynających swoją przygodę ze skandynawskim black metalem, a nie dla black metalowych ortodoksów. Poza tym to film fabularny, a nie dokument, stąd spłycenie niektórych wątków i postaci. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się dużo więcej o narodzinach i ekspansji norweskiego black metalu to polecam dokumenty stacji NRK "Helvete". Oczywiście były w "Lords of Chaos" elementy, które nie do końca mi przypasowały np. Emory Cohen jako Varg Vikernes czy przedstawienie Snorre z genialnego Thorns jako idioty. No cóż, nie jest to film idealny, ale oglądałem go z niesłabnącym zainteresowaniem.

EDIT: W rzeczy samej kiedy Snorre wraz z Vargiem jechali w odwiedziny do Euronymousa to słuchali Dead Can Dance. Mały niuans, ale zgodny z prawdą - potwierdzony w książce "Lords of Chaos" (1997).

środa, 24 lutego 2016

Legenda Hugha Glassa - The Revenant/ Zjawa (2015) - recenzja












Dziś miałem okazję obejrzeć w kinie "Zjawę" (2015) Alejandro González Iñárritu z Leonardo Di Caprio w roli głównej. Film okazał się niewątpliwym strzałem w dziesiątkę - przykładem kina lirycznego, brutalnego, bezkompromisowego i niesamowicie wciągającego. Zaintrygowała mnie budząca dreszcze historia Hugha Glassa (fenomenalna kreacja aktorska Di Caprio), którą zamierzam tutaj przedstawić. Nie będzie to zatem typowa recenzja filmowa, bardziej kompilacja informacji o Hugh Glassie, który walczy w filmie o przetrwanie po ataku niedźwiedzia grizzly i pozostawieniu go na pastwę losu przez dwójkę kompanów (jeden z nich morduje jego syna). Kim był zatem Hugh Glass? Niektóre wersje opowieści twierdzą że był podwładnym XIX wiecznego pirata i korsarza Jeana Lafitte, który działał głównie w rejonie Zatoki Meksykańskiej. W wieku około 40 lat Hugh przystępuje do kompanii futrzarskiej Ashley-Henry. Jej traperzy opuszczają St. Louis latem 1823 roku i docierają do rzeki Missouri w poszukiwaniu skór bobrów. Skóry bobrów były integralną częścią XIX wiecznej ekonomii handlu futrami w Kanadzie. Wytwarzano z nich modne kapelusze oraz płaszcze dla łowców.

http://www.thecanadianencyclopedia.ca/en/article/beaver-pelts/

Traperzy z Ashley-Henry szybko natykają się na członków plemienia Indian Ameryki Północnej Arikara (Arikariowie, zwani też Ree spokrewnieni z Paunisami) i dochodzi do rzezi tych pierwszych. Ginie 15 traperów, a Hugh Glass zostaje ranny w nogę. Według legendy gdy już jego noga ozdrowiała Hugh Glass wysuwa się na czoło grupki ludzi gór i w pobliżu rozwidlenia Grand River wkracza w gąszcz w poszukiwaniu jagód. Tam natyka się na niedźwiedzicę z dwójką potomstwa. Oddaje do grizzly jeden strzał i rani zwierzę, ale szarżująca na niego niedźwiedzica zadaje mu straszliwe otwarte rany pazurami: na twarzy, ramionach, nogach, torsie. W końcu przychodzący mu z pomocą traperzy zabijają zwierzę. Hugh ledwie żyje. Obficie krwawi. Jego kamraci myślą że może umrzeć w każdej chwili. Ale Glass jest hardy, nie chce umierać. Aby uniknąć ataku ze strony Indian Major Henry podejmuje brzemienną w skutkach decyzję oferując po 40 dolarów dwóm mężczyznom, którzy mają pozostać przy Glassie dopóki nie umrze. Są nimi doświadczony traper John Fitzgerald oraz młodzieniec Jim Bridger. Oboje rozbijają obozowisko i wyczekują na śmierć Glassa. Ale ta uparcie nie nadchodzi. Po blisko tygodniu Fitzgerald nakłania Bridgera, by pozostawili Glassa samego zabierając mu strzelbę i nóż. Glass odzyskuje przytomność. Czołga się w kierunku najbliższego źródełka, by napić się wody, po drodze zrywa kilka jagód. Ocalenie stanowi Fort Kiowa oddalony od miejsca jego przebywania o ponad 400 km. Glass nie ma ani sił, ani narzędzi, by skutecznie polować, zatem żywi się zwierzęcą padliną. Czołga się obrośniętymi krzakami i suchymi płaskowyżami dzisiejszej Południowej Dakoty na południe w kierunku rzeki Chayenne. Po drodze natyka się na najedzonego i opuchniętego grzechotnika, zabija go kamieniem, mięso polewa wodą i je zjada.

Glass wstaje po raz pierwszy widząc jak horda wilków osacza i zabija cielę bizona. Bez mięsa umrze, więc podpiera się kijem i krzyczy na płochliwe wilki, a te uciekają. Żywi się mięsem i organami upolowanego bizona powoli odzyskując siły. Po kilku dniach zaczyna iść w pozycji wyprostowanej pokonując dziennie 16 km. Cudem unika śmierci w trakcie masowego pędu bizonów i omal zostaje odkryty przez Indian Arikara. Po siedmiu tygodniach wędrówki przez dzicz dociera do Fortu Kiowa. Dyszy żądzą zemsty na dwóch mężczyznach, którzy zabrali mu wszystko pozostawiając go na pewną śmierć. Gdy wraca do zdrowia zasila szeregi ekspedycji do wiosek Mandan, gdyż tam w Forcie Henry mają zimować członkowie Ashley Henry. Do bram Fortu Henry Hugh dociera w szalejącą zamieć. Otwierają mu traperzy i widzą niemal zamarzniętą, wyglądającą niczym widmo postać. Glass zadaje jedno pytanie: "Gdzie są Fitzgerald i Bridger?" Dowiaduje się że Fitzgerald się wycofał i zaciągnął się do armii, co czyni go nietykalnym pracownikiem federalnym. Glass nie może więc go zabić, gdyż czekać go będzie za to szafot. Bridger kuli się w kącie zżerany wyrzutami sumienia. To młody chłopak, który był pod wpływem Fitzgeralda, zatem Glass daruje mu życie. Jim Bridger kiedyś pójdzie w ślady Glassa zostając traperem i przewodnikiem.

Hugh Glass powraca do traperskiego życia. Dziesięć lat później zostaje zabity (około roku 1833) i oskalpowany przez Indian Arikara. Tak czy owak staje się legendą Dzikiego Zachodu.

Tyle udało mi się zebrać na temat legendy Hugha Glassa. Na pewno są jeszcze bardziej szczegółowe informacje.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Clean, Shaven (1993) - recenzja

"Clean, Shaven", reżyserski debiut Lodge H.Kerrigana to niewątpliwie jeden z najbardziej depresyjnych filmów jakie kiedykolwiek miałem okazję oglądać, a widziałem już sporo ekstremalnego kina. Bezkompromisowa podróż w głąb umysłu paranoidalnego schizofrenika, który żyje w świecie nieustającej konfuzji. Główną postacią "Clean, Shaven" jest młody schizofrenik (i być może morderca dziewczynki z piłką) Peter Winter (niesamowita kreacja aktorska Petera Greene'a). Nawet jeśli dopuścił się straszliwych czynów to nie sposób tej dręczonej psychiczną chorobą jednostki znienawidzić. Na naszych oczach ma miejsce kompletna dezintegracja człowieka, który odłącza się od rzeczywistości. Mimo zmagań z chorobą Peter usiłuje odnaleźć swoją córkę, którą matka mężczyzny oddała do adopcji. Jednocześnie facet staje się swoistym transmiterem schizofrenii paranoidalnej. Dźwięki w głowie Petera zamieniają go w znerwicowany wrak, a lustra skłaniają go do obsesyjnego golenia i w konsekwencji samookaleczenia. Peter jest przekonany o tym że w jego głowie znajduje się radiowy odbiornik, a w paznokciu nadajnik, co prowadzi do dwóch szokujących scen. Neurotyczny gliniarz tropi potencjalnego mordercę dziewczynki - o ile Peter rzeczywiście nim jest...

W "Clean, Shaven" tradycyjna narracja schodzi na drugi plan, najważniejsze staje się namacalne przedstawienie schizofrenii, z którą zmaga się Peter Winter. Świat dla Petera staje się zimną i bezdenną otchłanią bez wyjścia. Dołujący nastrój filmu podsyca ścieżka audio pełna zgrzytów, szumów, trzasków i posępnych transmisji głosowych. Obejrzałem "Clean, Shaven" po raz drugi i nadal jestem tym w gruncie rzeczy skromnym i minimalistycznym filmem zafascynowany. Takiego natężenia negatywnych emocji nie powstydziłby się David Cronenberg czy Hisayasu Sato. Peter Greene w roli schizofrenika rewelacyjny; ba, ma się wrażenie że stopił się całkowicie z wymagającą rolą. Podobna ekspresja aktorska do niesamowitej roli Erwina Ledera w "Angst" (1983). Po ponownym obejrzeniu "Clean, Shaven" wiem jedno: życie schizofrenika paranoidalnego to egzystencja w piekle nieustającej mentalnej udręki.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Transatlantyk 2015: "Everest: Poza krańcem świata" (2013) i "Bridgend" (2015)


















"Everest: Poza krańcem świata" (2013, reż. Leanne Pooley) - W 2013 roku minęła 60 rocznica pionierskiego wejścia na Mount Everest, którego 29 maja 1953 roku dokonali nowozelandzki pszczelarz i alpinista Sir Edmund Hillary i nepalski Szerpa Tenzing Norgay. Hillary wraz z Norgayem znaleźli się w składzie brytyjskiej ekspedycji Johna Hunta, której celem było historyczne zdobycie Everestu. To Hillary opracował niebezpieczną ze względu na lodowe szczeliny trasę przez nieprzewidywalny Lodospad Khumbu. Potem rozpoczął się wyścig z czasem z powodu nadciągającego monsunu. Najpierw mieli wejść na Mount Everest dwaj doświadczeni brytyjscy wspinacze Tom Bourdillon i Charles Evans, ale wskutek awarii systemu tlenowego Evansa dotarli jedynie do południowego wierzchołka Czomulungmy. Dwa dni później Hillary i Norgay rozbili się na wysokości 8500 metrów w tzw. Strefie Śmierci (która rozciąga się od wysokości 7900 metrów wzwyż), po czym ruszyli w kierunku wierzchołka. Na szczycie Everestu spędzili zaledwie 15 minut.

Na "Everest: Poza krańcem świata" składają się nader oszczędne efekty wizualne 3D, archiwalny footage z pamiętnej ekspedycji oraz odtworzenie kluczowych wydarzeń. Aby te ostatnie nakręcić filmowcy ruszyli w nowozelandzkie Alpy Południowe, które stanowią Himalaje w miniaturze. Tam też rozpoczął swoją pasję wspinaczkową Sir Edmund Hillary zdobywając m.in. najwyższy szczyt Nowej Zelandii Mount Cook (3764 metrów wysokości). Wśród kilku narratorów pojawiają się m.in. Peter Hillary i Norbu Tenzing (synowie zdobywców Everestu). Heroiczny soundtrack towarzyszy zmaganiom ekspedycji Johna Hunta w pionierskim zdobyciu Everestu na który obecnie docierają co roku dziesiątki wspinaczki. Everest nadal pozostaje szczytem potwornie wymagającym i potrafiącym uśmiercić za pomocą hipoksji i innych zagrożeń, acz stał się coraz bardziej oblegany. Ciekawy dokument, inspirujący i szczegółowy.

"Bridgend" (2015, reż. Jeppe Rønde) - Po obejrzeniu "Bridgend" zaintrygowała mnie historia samobójstw nastolatków w blisko czterdziestotysięcznym walijskim mieście Bridgend. Od stycznia 2007 roku do lutego 2012 roku w Bridgend samobójstwo (głównie przez powieszenie) popełniło 79 młodych ludzi. Większość samobójców była w wieku od 13 do 17 lat. Byli to sąsiedzi, przyjaciele, a nawet kuzyni. Samobójstwa nastolatków to temat niezwykle nośny dla prasy, a w przypadku Bridgend rozpływano się w domysłach. W 2013 roku John Michael Williams nakręcił film dokumentalny o fali samobójstw nastolatków w Bridgend. Co stoi za przyczyną plagi samobójstw w Bridgend? Kult samobójstwa i przynależność do grupy? Klimat miasta? Czynniki środowiskowe i ekonomiczne? Moim zdaniem wszystko po trochu, ale po obejrzeniu któregoś z filmów wnioski wyciągnijcie sami.

W prologu "Bridgend" owczarek niemiecki podąża wzdłuż obrośniętych torów kolejowych. Krótko potem w leśnej gęstwinie odkrywa ciało powieszonego nastolatka. Mocne otwarcie, które zapada w pamięć. Sara (Hannah Murray) wraz z ojcem-policjantem imieniem Dave (Steven Waddington) przyjeżdżają do Bridgend. Dave chce rozwikłać zagadkę fali samobójstw nastolatków, Sara natomiast zaznajamia się z grupą zakapturzonych młodych ludzi, którzy wprowadzają ją w świat ostrego picia i antyspołecznych zachowań. Wpierw wycieczka nad jezioro do lasu, w którym odnajdywane są ciała samobójców, potem zbiorowe wycie nad naprędce skleconym ołtarzykiem w miejscu w którym zabił się Mark. Wkraczając w świat lokalnych nastolatków Sara zaczyna się oddalać od ojca, który wdaje się w romans z pewną kobietą. Kiedy członkowie grupy zaczynają popełniać samobójstwa jeden za drugim staje się oczywiste, iż łączy ich mroczny pakt, a grupy przyjaciół nie można ot tak sobie opuścić. W rzeczywistości pakt samobójczy wśród nastolatków Bridgend to jedna z teorii, a film nie odpowiada na pytanie: dlaczego? Może przyczyną jest nuda? A może nienawiść do rodziców, dorosłych? W każdym razie samobójczej fali nie da się zatrzymać, ona ciągle płynie wznosząc się i opadając.

"Bridgend" to świetnie zrealizowany mroczny dramat z kilkoma zapadającymi w pamięć scenami. Podobała mi się zwłaszcza kinematografia "Bridgend" za którą stoi Magnus Nordenhof Jønck: mnóstwo szarzyzny, znakomite operowanie cieniem i naturalnym oświetleniem; gęsty las, jezioro i obrośnięte tory kolejowe budzą niepokój. Wiarygodna gra aktorska i przerażające, pozwalające na grę domysłów zakończenie dopełniają całości.

czwartek, 19 lutego 2015

Málmhaus/ Metalhead (2013) - recenzja
















Bardzo chciałem polubić islandzki dramat "Metalhead", gdyż jestem wielbicielem Islandii i jeszcze kilka dni temu obejrzałem udany islandzki horror "Reykjavik Whale Watching Massacre" z 2009 roku. Poza tym przyciągnął mnie do filmu Ragnara Bragasona plakat przedstawiający jego główną bohaterkę w black metalowym corpse paincie. Jako wieloletni słuchacz i fan ciężkich brzmień jestem jednak trochę odrobinę rozczarowany po seansie. Ale wpierw nieco o fabule "Metalhead": w rozgrywającym się w 1983 roku prologu umiera w tragicznym wypadku długowłosy Baldur, starszy brat 12-letniej Hery. Dziewczynka nie mogąc sobie poradzić ze śmiercią brata zwraca się w kierunku muzyki, którą Baldur kochał: heavy metalu i hard rocka. Dziesięć lat później Hera (Thora Bjorg Helga) stała się metalówą: ubrana na czarno, w skórzaną kurtkę, w jej pokoju wiszą na ścianach m.in. plakaty Annihiliator ("Never, Neverland"), Sepultury ("Arise"), Slayera, Iron Maiden, a w słuchawkach wybrzmiewa m.in. Judas Priest czy Savatage. Dziewczyna próbuje się wyrwać z farmy na której się wychowała, ale bezskutecznie. Nie pozwalają jej na to bezustanne wspomnienia śmierci Baldura. Odwraca się od rodziny i lokalnej społeczności, muzyka heavy metalowa staje się dla niej ucieczką. Natomiast jej rodzice Karl (Ingvar Eggert Sigurdson) i Droplaug (Halldora Geirhardsdottir), czego córka zdaje się nie dostrzegać, cierpią w ciszy. Herze nie pomaga też przyjaźń z Knuturem (Hannes Oli Agustsson) oraz pełnym wyrozumiałości księdzem (Sveinn Olafur Gunnarson).

Najpierw oczywiste plusy "Metalhead": film ogląda się z zainteresowaniem, a z reakcji ludzi (i zwierząt farmerskich) na zachowania Hery i graną przez nią muzykę można się uśmiać. Nadto surowość skalistych krajobrazów i islandzkiej przyrody została pokazana w przepiękny sposób ("Málmhaus" nakręcono w dużej mierze na farmie w pobliżu kryjącego słynny wulkan lodowca Eyjafjallajökull). Nic dziwnego, że coraz więcej filmowców przybywa na Islandię, by kręcić tam swoje filmy, gdyż jest to definitywnie miejsce jedyne w swoim rodzaju (byłem i chciałbym tam wrócić!). Natomiast nie do końca przekonała mnie postać księdza, który jest fanem Celtic Frost i Venom. Taka postać wydaje mi się mało wiarygodna, gdyż pomiędzy z reguły antyreligijną muzyką metalową a kościołem katolickim istnieje przepaść nie do przeskoczenia (chrześcijańska scena metalowa czy unblack metal to margines nie brany poważnie przez większość fanów metalu). Oczywiście wśród wielbicieli muzyki metalowej znajdą się też chrześcijanie, którym niekoniecznie przeszkadza 'satanistyczna' otoczka wielu kapel. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, iż wiara chrześcijańska dla odizolowanych islandzkich społeczności częstokroć stanowi naturalne spoiwo bez którego nie można się obejść. Spodziewałem się również dalszego pociągnięcia wątku palenia kościołów przez norweskich muzyków black metalowych w 1993 roku (Hera ogląda o tym program informacyjny w telewizji, w którym pokazany zostaje płonący kościół w Fantoft, Bergen). Lecz dziewczyna w ogóle nie zagłębia się w scenę black metalową poza nałożeniem sobie corpse paintu na twarz - co prawda w "Metalhead" spłonie islandzki kościół, ale (aby było pozytywnie) zostanie odbudowany. W dodatku przy jego odbudowie dzielnie pomaga trójka metalowców, która przyjeżdża z Oslo do Hery, by wydać jej nagrane na farmie demo: Øystein, Per i Yngwe (czyli czytelna aluzja do wczesnego okrojonego składu norweskiego Mayhem). Cóż za przewrotny zwrot akcji. Ciekawe co na to muzycy Mayhem. Chętnie zapytałbym reżysera "Metalhead" Ragnara Bragasona jaki jest jego osobisty stosunek do kształtowania się norweskiej sceny black metalowej, gdyż odniosłem wrażenie, że próbuje się delikatnie naśmiewać z tej muzyki.

Tyle biadolenia na dzisiaj. Film jednak generalnie mi się podobał pomijając moje zastrzeżenia. Podszedłem do seansu z przymrużeniem oka i po prostu dobrze się na "Metalhead" bawiłem. Na refleksję dotyczącą niełatwego skądinąd procesu radzenia sobie z rozpaczą po utracie kogoś bliskiego też przyszedł czas. Na koniec polecam coraz bardziej obiecującą islandzką scenę black metalową: Wormlust, Svartidaudi, Carpe Noctem czy Misþyrming.

piątek, 13 lutego 2015

Filmowa triada: "Eyes Behind the Wall" (1977), "The Living Skeleton" (1968) i "The Hackers" (1988)

1. Eyes Behind the Wall/ L'Occhio Dietro la Parete (1977) - Bogaty i przykuty do wózka inwalidzkiego pisarz Ivano (Fernardo Rey) potrzebuje spełnienia, a jego młodsza żona Olga (Olga Bisera) pragnie męskiego towarzystwa. Para wynajmuje apartament tajemniczemu mężczyźnie o autodestrukcyjnych skłonnościach imieniem Arturo (John Phillip Law). Nowy lokator wzbudza u obojga zainteresowanie - oboje podglądają go przy pomocy dziwnego elektronicznego urządzenia. Za zgodą męża Olga postanawia uwieść Arturo, który w prologu filmu usiłował zamordować atrakcyjną kobietę w przedziale pociągu. Pewnej nocy po uprzedniej zabawie na disco Arturo zaprasza do swojego apartamentu czarnoskórego Joe. Dochodzi między nimi do homoseksualnego zbliżenia podglądanego przez Ivano i Olgę. Ivan broni homoseksualizmu Arturo, Olga jest zniesmaczona, gdyż sama ma ochotę na sprawnego fizycznie lokatora. Wspomnieć wypada także o służącym małżeństwa Ottavio (Jose Quaglio), notorycznym podglądaczu pożądającym niedostępnej dla niego Olgi. Mężczyzna kolekcjonuje jej bieliznę i włosy łonowe; łączy go także dziwny związek z Lucillą (Monika Zanchi), upośledzoną umysłowo lokalną dziewczyną.

Wyjątkowo perwersyjny dramat często przez wielbicieli Eurohorroru klasyfikowany jako giallo. Raczej niesłusznie, gdyż nie ma w nim ani policyjnego śledztwa, ani krwawych morderstw dokonywanych przez tajemniczego mordercę w czerni. Początkowa scena ataku Arturo na kobietę w pociągu nie ma nic wspólnego z resztą filmowej fabuły, która jednak oferuje kilka niespodzianek. Trochę erotyki i seksu, a nawet szczypta męskiej nagości (John Phillip Law robiący nago pompki i przysiady). Debiut reżyserski Giuliano Petrelli jest całkiem znośnym przykładem włoskiego kina eksploatacji. Podobno Petrelli nie był jednak zadowolony z końcowego rezultatu i usiłował usunąć swoje imię i nazwisko z filmowych napisów zanim "Eyes Behind the Wall" trafił do dystrybucji. Określenie 'Psychopathia sexualis' pasuje tutaj jak ulał.

2. The Living Skeleton/ Kyûketsu Dokuro-sen (1968) - Zapewne wielu nieco starszych wiekiem wielbicieli horrorów pamięta słynny film grozy Johna Carpentera "Mgła" (1980), który był przed kilkoma laty parokrotnie emitowany w rodzimej telewizji. Potem wyszedł nawet w Polsce na DVD (mam to wydanie w kolekcji). Zadziwiające jak wiele podobieństw łączy znany i lubiany horror Johna Carpentera z wcześniejszym o trzynaście lat "The Living Skeleton" np. dryfujący statek widmo, obecność gęstej mgły, nadmorskie miasteczko oraz postać księdza skrywająca mroczny sekret. Czarno-biały horror w reżyserii Hiroshi Matsuno otwiera scena masakry dokonanej przez grupkę renegatów na pokładzie japońskiego frachtowca. Ginie zastrzelona m.in. Yoriko (Kikko Matsuoka), młoda narzeczona lekarza na statku. Mijają trzy lata. Siostra bliźniaczka zabitej Yoriko, czyli Saeko znajduje się pod opieką księdza (Masumi Okada). Pewnego dnia w trakcie nurkowania ze swoim chłopakiem Mochizuki (Yasunori Irikawa) oboje odkrywają na morskim dnie ludzkie szkielety przywiązane metalowymi łańcuchami. Na horyzoncie pojawia się statek widmo. Saeko wraz z Mochizuki pomimo złej pogody postanawiają do niego dopłynąć. Na pokład statku dostaje się tylko Saeko, która widząc Yoriko traci przytomność. Wkrótce sprawcy masakry na statku (np. bogaty właściciel klubu, pijak, itd.) zaczynają ginąć po spotkaniu ze zjawą Yoriko.

Atmosferyczny japoński dreszczowiec, ładnie zrealizowany i intrygujący. Co ciekawe, "The Living Skeleton" rozpoczyna się niczym ghost story ze statkiem-widmem i białymi oparami mgły w tle, a mniej więcej po dwóch trzecich czasu trwania przepoczwarza się w coś jeszcze bardziej mrocznego i dziwniejszego - makabryczno-klaustrofobiczną medytację nad masową zbrodnią i zemstą. I choć niektóre efekty specjalne są raczej kiepskie unoszące się w morskiej toni szkielety wyglądają uroczo.

3. The Hackers (1988) - Niskobudżetowy, a w zasadzie zerobudżetowy slasher niewątpliwie inspirowany "Teksańską masakrą piłą mechaniczną" (1974) Tobe Hoopera oraz jej sequelem z 1986 roku. Ojciec Eldon 'Pa' Hacker wraz z dwójką niedorozwiniętych umysłowo synalków Arnie i Eldonem Juniorem jeżdżą po drogach Michigan i mordują napotkane ofiary (autostopowiczkę, rybaka, parę, która odmówiła im wynagrodzenia za odwaloną fuszerę, bywalca baru czy ogrodnika). Trio wieśniaków utrzymuje się z drobnych prac i biada tym, kto rodzince Hackerów nie zapłaci. W przerwach pomiędzy zabijaniem ojczulek zabiera synów na plac zabaw, aby pobawili się z dziećmi i przy okazji postraszyli pewną młodą kobietę na moście. W międzyczasie pisarka Marcie wyjeżdża do domu jej szefa na prowincję. Ma się zaopiekować domostwem pod jego nieobecność. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że Eldon, Arnie i Eldon Jr. mają tam naprawiać dach.

Amatorski slasher, acz dość zabawny. Lubię takie regionalne gnioty, gdyż idealnie nadają się do zrelaksowania. "The Hackers" jest całkiem poprawnie nakręcony jak na przeznaczony na rynek video slasher. Oczywiście pojawiają się dłużyzny, a niektóre sceny sprawiają wrażenie nie dokończonych. Gra aktorska też pozostawia sporo do życzenia. Film trwa jednak zaledwie 71 minut i zawiera wystarczająco tanich efektów gore, by się nie nudzić. Ulubiona scena morderstwa: podcięcie gardła kuflem do piwa.

środa, 28 stycznia 2015

The Murder Clinic (1966) i The Devil's Sisters (1966) - recenzje

1) The Murder Clinic/ La Lama Nel Corpo (1966) - Gotyckie giallo, które popadło w niesłuszne zapomnienie - zapewne dlatego, że jest to jedyny film wyreżyserowany przez Elio Scaramaglię, płodnego producenta filmowego. Rok 1870, Norfolk. Mary (Barbara Wilson) rozpoczyna pracę jako nowa pielęgniarka w prestiżowej klinice dla osób chorych psychicznie prowadzonej przez Doktora Roberta Vance'a (William Berger) i jego żonę Lizabeth (Mary Young). Wśród pacjentów wyróżniają się starsza pani z wypchanym kotem oraz mężczyzna imieniem Fred o skłonnościach do przemocy. Do kliniki trafia pewna złodziejka Giselle (Françoise Prévost), której udało się uciec z karocy. Kobieta słyszy dziwne odgłosy dochodzące do niej z poddasza kliniki i odkrywa tam inną kobietę o straszliwie zdeformowanej twarzy. W międzyczasie odziana w długi czarny habit postać morduje pacjentki i członków placówki przy użyciu brzytwy.

Przyzwoity konglomerat gotyckiej grozy i giallo w stylu Mario Bavy (jakże typowy dla lat 60-tych, gdy filmy giallo osadzone były w gotyckim sztafażu). Za scenariusz "Your Blade in the Body" (przetłumaczony włoski tytuł) odpowiadają Ernesto Gastaldi i Luciano Martino. Udana rola Williama Bergera, który później pojawił się w "5 Dolls for an August Moon" (1970) Mario Bavy; przykuwają wzrok także dwie piękności Barbara Wilson i Françoise Prévost. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że pomysł z oszpeconą Laurą i laboratoryjnymi eksperymentami związanymi z przeszczepem skóry scenarzyści zaczerpnęli z "Eyes Without A Face" (1960) Georgesa Franju. Sceny morderstw w "The Murder Clinic" są całkiem efektowne, choć film momentami staje się ciut za bardzo melodramatyczny. Warto zobaczyć to zapomniane gotyckie giallo, które w paru momentach przywiodło mi na myśl ukochaną "Suspirię" (1977) Dario Argento.

2. The Devil's Sisters (1966) - Na początku lat 60-tych amerykańska prasa szeroko rozpisywała się na temat Marii i Delifiny de Jesús González zwanych "Los Poquianchis", dwóch sióstr z meksykańskiego stanu Guanajuato. W pobliżu miasta San Francisco del Rincón siostry Gonzalez prowadziły Rancho El Ángel na którego terenie meksykańska policja odkryła w masowych grobach pogrzebane szczątki/rozkładające się ciała 91 młodych kobiet, mężczyzn i płodów. Stało się to po ucieczce jednej z dziewcząt z rancza, które pełniło jednocześnie funkcję burdelu/obozu koncentracyjnego. Siostry Gonzalez w latach 50-tych i na początku lat 60-tych zwabiały ubogie dziewczęta z prowincji ofertami pracy kelnerki/służącej w Guadalajara czy Leon. Wszystkie ofiary trafiały do piekielnego burdelu. Najpiękniejsze z dziewcząt czekały na klientów z najgrubszymi portfelami, brzydsze były zastraszane, gwałcone i w ramach inicjacji zmuszane do brania lodowatych pryszniców. Gdy dziewczyna zachodziła w ciążę czy była chora czekała ją śmierć przez wygłodzenie bądź pobicie drewnianymi pałkami. Mordowani byli także klienci mający przy sobie dużo pieniędzy. W styczniu 1964 roku jedna z prostytutek uciekła z Loma del Angel. Potem miał miejsce sensacyjny proces sióstr Gonazlez, które skazano na 40 lat więzienia. Na makabrycznej historii "Los Poquianchis" bardzo luźno bazuje film eksploatacji "The Devil's Sisters" reżysera z Florydy Williama Grefe.

Z "The Devil's Sisters" Williama Grefe wiąże się ciekawa historia. Film nakręcono na Florydzie w ciągu zaledwie 10 dni z udziałem emigrantów z Kuby (wcielających się w role Meksykanów). W 1966 roku trafił do wybranych kin grindhouse i drive-in. Potem na ponad cztery dekady "The Devil's Sisters" zniknął zasilając listę filmów zaginionych, którą swego czasu z uwagą śledziłem. Dopiero w 2010 roku za pośrednictwem internetu reżyser William Grefe trafił na kolekcjonera w Niemczech posiadającego kopię. Problem tkwił w tym, że brakowało ostatniej rolki filmu czyli 8-minutowego zakończenia. Grefe chcąc wydać "The Devil's Sisters" na DVD (co zresztą nastąpiło w 2012 roku) posłużył się rozrysowaniem kadrów, zdjęciami z finału i komentarzem, w którym sygnalizuje jak chciał zakończyć film. "The Devil's Sisters" opowiada tragiczną historię Teresy (Sharon Saxon), którą chcąc się wyrwać z ubogiej prowincji natrafia na ofertę pracy jako służąca w rezydencji Rity Alverado (Anita Crystal) w Tijuanie. Okazuje się, że rezydencja to dom publiczny, a marząca o lepszym życiu Teresa ma świadczyć usługi seksualne klientom. Opierająca się dziewczyna jest głodzona i gwałcona. W końcu trafia na ranczo prowadzone przez siostrę Rity, Carmen (Velia Martinez), gdzie jest przetrzymywana w stajni z innymi kobietami. Te z nich, które mają czelność stawiać opór są torturowane i zabijane. W użyciu jest m.in. drut kolczasty, o czym Teresa przekona się na własnej skórze.

Czarno-białe i raczej posępne kino eksploatacji w którym Teresa jako ofiara innych ludzi próbuje rozpaczliwie choć w niewielkim stopniu odzyskać kontrolę nad swoim losem. Ciekawym zabiegiem jest próba spojrzenia na rozgrywające się wydarzenia z jej perspektywy. Z tego chociażby względu warto po "The Devil's Sisters" sięgnąć.

sobota, 17 stycznia 2015

Nastoletnie ćpuny z Ostii, morderstwo księdza w kościele i krwawa róża
















1) Amore Tossico/ Toxic Love (1983) - Wstrząsający włoski dramat o nastoletnich narkomanach z Rzymu. Przedstawia codzienne życie młodych straceńców, których do wstrzykiwania sobie heroiny pcha nuda codzienności, kompletny brak perspektyw i obojętność otoczenia. Dokumentaliście Claudio Caligari udało się zrealizować film przejmujący i ogromnie realistyczny. W "Toxic Love" zagrali autentyczni narkomani - odtwórca wiodącej roli długowłosy Cesare Ferretti zmarł na HIV 17 marca 1989 roku w Rzymie. Akcja "Amore Tossico" rozgrywa się w Ostii, antycznym mieście portowym w ujściu rzeki Tyber i być może pierwszej kolonii starożytnego Rzymu. Na tamtejszej plaży 2 listopada 1975 roku został zamordowany przez 17-letniego Giuseppe Pelosiego słynny reżyser Pier Paolo Pasolini. W "Toxic Love" pod pomnikiem poświęconym Pasoliniemu dostaje ataku konwulsji dziewczyna Cesare - kokaina, którą sobie wstrzyknęła została źle przygotowana. Umierająca Michela trafia do szpitala, a Cesare czeka równie tragiczny los. W "Toxic Love" wszyscy dają sobie w żyłę. Aby zdobyć pieniądze na narkotyki chłopcy okradają sklepy, a dziewczyny uprawiają prostytucję. Reżyser wystrzega się jednak moralizowania, a jego narkotyzujący się naturszczycy są ogromnie ludzcy. Scenariusz Claudio Caliari i socjologa Guido Blumira kipi od emocji. Miłośnicy "Requiem dla snu" (2000), "Trainspotting" (1996) czy "Christiane F." (1981) powinni zwrócić uwagę na ten skromny włoski dramat, natomiast ludzie z awersją do igieł wbijanych w żyły (w tym szyjną) powinni się go wystrzegać.

2) L'Arma, l'Ora, il Movente/ The Weapon, the Hour, & the Motive (1972) - Pierwszy seans w październiku 2010 roku, kolejny po pięciu latach. Ojciec Giorgio wdaje się w brzemienny w skutkach romans z dwiema kobietami Giulią (Eva Czemerys) i Orchideą (Bedy Moratti). Trapiony wyrzutami sumienia ksiądz zrywa definitywnie z Orchideą, natomiast z Giulią uprawia miłość. Ktoś uśmierca Ojca Giorgio w kościele. Detektywom Franco Boito (Renzo Montagnini) i Moriconi zależy przede wszystkim na ustaleniu motywu morderstwa. O tym kto zabił wie przygarnięty przez konwent sierota Ferrucio (Arturo Trina), który widział moment mordu przez dziurę w poddaszu świątyni. Kto zatem jest winny zabicia księdza? Czy dojdzie do kolejnych morderstw?

Solidne i stylowe giallo w reżyserii Francesco Mazzei jest filmem raczej zapomnianym przez koneserów Eurohorroru. W "The Weapon, the Hour, & the Motive" oprócz umiarkowanej dawki erotyzmu (zakonnice biorące zbiorowy prysznic, scena miłosna pomiędzy Ojcem Giorgio a Giulią) wyróżnia się kilka stylowych scen np. paniczna ucieczka Ferrucio z kryjówki na poddaszu tuż po morderstwie, gdy chłopiec widzi upiorną kolekcję wypchanych zwierząt czy też utrzymana w klimacie Ostatniej Wieczerzy rozmowa przy okrągłym stole, w której kamera przechodzi i powraca od jednej postaci do drugiej (wpierw ksiądz, a potem detektyw Boito zajmują centralne miejsce). Doskonale nakręcona jest także krwawa scena morderstwa Giulii, gdy nóż mordercy przecina jej gardło (za efekty specjalne odpowiada Carlo Rambaldi). Nie mam pojęcia dlaczego giallo Francesco Mazzei z wpadającą w ucho ścieżką dźwiękową Francesco De Masi popadło w zapomnienie, gdyż osobiście lubię "The Weapon, the Hour, & the Motive" i chętnie jeszcze kiedyś do tego filmu wrócę.

3) La Rose Ecorchée/ The Blood Rose (1970) - Pamiętam że po raz pierwszy widziałem "The Blood Rose" Claude Mulota przed laty w trakcie Dni Makabry w Warszawie (seans w kinie Luna). Zresztą horror ów wyszedł kilka lat temu na DVD za pośrednictwem Mondo Macabro. Najwyższy czas, aby ongiś widziane horrory sobie odświeżyć i w tym celu wybrałem francuski "The Blood Rose". W przypadku "La Rose Ecorchée" mamy do czynienia z kolejną po "The Awful Dr. Orloff" (1961) Jesusa Franco przeróbką słynnego francuskiego horroru Georgesa Franju "Eyes Without Face" (1959). Philippe Lemaire (który popełnił samobójstwo w 2004 roku) wciela się w postać genialnego malarza i kobieciarza Fédérica Lansaca poszukującego prawdziwej miłości. Ową miłość odnajduje w przepięknej brunetce Anne (Anny Dupere), którą artysta niezwłocznie zabiera do swojego gotyckiego château (zameczku). Dziewczynie mają służyć dwa przygarnięte karzełki Igor i Olaf. Na skutek ataku zazdrosnej kochanki twarz Anne zostaje straszliwie zdeformowana. Zdesperowany Fédéric chcąc przywrócić cudowność twarzy Anne nakłania szantażem do pomocy uznanego chirurga plastycznego (znany z wielu filmów Jessa Franco Howard Vernon). Aby zdobyć dawców tkanki dwa karły zaczynają porywać dziewczęta krążące w okolicy zamku, przy czym jedną z ofiar próbują zgwałcić, co nie spotyka się z aprobatą trwale oszpeconej Anne.

"The Blood Rose" reklamowano jako "pierwszy francuski sex horror", ale taka mało wysublimowana zachęta trochę mija się z prawdą, bo film nie epatuje erotyką mimo sporej dawki rozbieranych scen. Przesycony jest natomiast wysmakowaną oniryczną atmosferą nieco przypominającą nastrój dominujący w wampiryczno-lesbijskich horrorach Jeana Rollina. Reżyser Claude Mulot w latach 70-tych i 80-tych nakręcił kilka filmów pornograficznych, a jego karierę filmową przerwała tragiczna śmierć przez utonięcie w 1986 roku. Atutami filmu są piękne i bezpruderyjne kobiety (wśród nich Anny Duprey, Elizabeth Tessier czy Olivia Robin), zmysłowa atmosfera oraz efektowna gotycka scenografia.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Cisza/ Das Letzte Schweigen (2010) - recenzja




















Wczoraj miałem okazję odświeżyć po kilku latach głośny thriller "Milczenie owiec" (1991) w reżyserii Jonathana Demme będący adaptacją znakomitej powieści Thomasa Harrisa pod tym samym tytułem. Swoją drogą w trakcie projekcji nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że morderca krakowskiej studentki religioznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego 23-letniej Katarzyny Zawady, tzw. Kuśnierz mógł się inspirować wyczynami Buffalo Billa związanymi ze ściąganiem ludzkiej skóry ze zwłok ofiar. To że powieściowe i filmowe postaci Hannibala Lectera i wspomnianego Buffalo Billa oparte są na wyczynach Eda Geina wiadomo od dawna. Gwoli przypomnienia morderca studentki zamordował młodą kobietę w 1998 roku, ściągnął z jej klatki piersiowej i pleców tworzącą jedną całość skórę (z zachowanymi okolicami intymnymi) i starannie ją wypreparował - zapewne w celu stworzenia dla siebie makabrycznego kostiumu-trofeum. 7 stycznia 1999 roku sczerniała od długiego znajdowania się w Wiśle skóra z przedniej części korpusu zamordowanej studentki wkręciła się w wał śruby statku rzecznego "Łoś-K-18" na krakowskim Zabłociu. Potem z rzeki wyłowiono jeszcze inne fragmenty: nogę z widocznymi śladami oskórowania, nieoskórowaną część pośladka, a także precyzyjnie wycięte skrawki ubrań ofiary. Sprawca tego bezprecedensowego dla światowej kryminalistyki morderstwa wciąż pozostaje nieznany, być może krąży gdzieś wśród nas rozpamiętując to co ongiś zrobił. Niemiecki dramat kryminalny "Das Letzte Schweingen" (2010) w reżyserii Barana bo Odara co prawda nie oferuje tak groteskowej historii kryminalnej jak "Milczenie owiec", ale to równie posępny i naładowany emocjami thriller. Pod kątem subtelności pokazywanych zdarzeń bliżej mu jednak do głośnego holenderskiego dreszczowca "Zniknięcie"/ "Spoorloos" (1988) George'a Sluizera.

Lipiec 1986 roku. Słoneczny żar leje się z nieba. Jedenastoletnia Pia wraca rowerem do domu. Za nią podąża samochód z dwoma mężczyznami w środku. Kierowca czerwonego Volkswagena zatrzymuje dziewczynkę, a gdy ta usiłuje uciec dopada ją w zbożu, gwałci i morduje. Jego wspólnik obserwuje morderstwo z obrzydzeniem i ledwie maskowaną fascynacją. Na miejscu zbrodni sprawcy porzucają rower dziewczynki i jej słuchawki, a zwłoki dziecka zostają wrzucone do pobliskiego jeziora. Mijają 23 lata. Znika kolejna dziewczynka, 13-letnia Sinikka Weghamm. Ten sam dzień, ta sama lokalizacja - następnego dnia od zniknięcia Sinikki zostają tam znalezione jej torba i kamień pokryty krwią. Czy obie sprawy są powiązane? Jeśli tak to w jaki sposób? A może to naśladownictwo tzw. copy-cat crime? Śledztwo zaczynają prowadzić zmagający się z traumą po śmierci żony policjant David Jahn, jego przełożony Matthias Grimmer oraz będąca w ciąży ich partnerka Jana Gläser. O zniknięciu Sinikki dowiaduje się matka zamordowanej przed 23 laty dziewczynki Elena Lange, która wciąż mieszka w pobliżu miejsca zbrodni. Sprawa odbija się szerokim echem wśród członków lokalnej społeczności - wstrząśnięty jest Timo Friedrich, żonaty architekt, kochający ojciec dwójki dzieci i... pedofil, który feralnego lipcowego 1986 roku przyglądał się jak jego przyjaciel gwałci i zabija dziewczynkę. Co ma znaczyć zagadkowe zniknięcie Sinikki po 23 latach od tamtych wydarzeń?

"Cisza" to doskonały i precyzyjnie wyreżyserowany mariaż dramatu psychologicznego i thrillera, w którym już od otwierających scen poznajemy morderców jedenastolatki. Nie wiemy natomiast kto stoi za zniknięciem drugiej ofiary 23 lata później, ale możemy się tego domyślać. Dużo w "Ciszy" smutku i lęku, a także pulsującej rozpaczy. Realistycznie ukazywano chociażby dramat rodziców czekających na jakiekolwiek informacje od zaginionej córki, ich kurczowe trzymanie się myśli, że ona żyje. Scenariusz "The Silence" oparto na powieści Jana Costina Wagnera po którą chętnie bym sięgnął. Najciekawszą postacią filmu wydaje się być Timo, wspólnik pierwszego morderstwa (i być może sprawca drugiego) konsumowany przez wyrzuty sumienia i nienawiść do samego siebie. Tematyka "Das Letzte Schweigen" (pedofilia, morderstwa dzieci) jest posępna, a jego zakończenie potrafi przygnębić i skłonić do refleksji. "Das Letzte Schweigen" nakręcono wśród złotych pól i malowniczych jezior Bawarii - w trakcie onirycznej sekwencji w której David ściga zakapturzonego osobnika przez las nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że praca kamery w tym akurat momencie została zainspirowana niesamowitymi ujęciami Zbigniewa Rybczyńskiego, które możemy podziwiać w doskonałym austriackim horrorze Geralda Kargla "Angst" (1983). Żal, frustracja i poczucie winy - "Cisza" nie pozostawi widza obojętnym. Znakomite kino!

O sprawie krakowskiego Kuśnierza i jej powiązaniu z "Milczeniem owiec" możecie poczytać tutaj:

http://3dno.pl/w-skorze-psychopaty/
http://www.dziennikpolski24.pl/artykul/2104342,studentka-ofiara-psychopaty,id,t.html

piątek, 12 grudnia 2014

La Gabbia/ The Trap (1985) - recenzja

Tony Musante wciela się w postać szarmanckiego uwodziciela Michaela, który piętnaście lat temu rozdziewiczył pewną młodą kobietę, po czym ją opuścił. Kiedy jego obecna dziewczyna (Florinda Bolkan) wraz z dzieckiem wyjeżdża na Święta Michael ma ochotę na skok w bok. W oko wpada mu powabna sąsiadka (Laura Antonelli) mieszkająca obok wraz z nastoletnią córką (Blanca Marsillach). Włoski łamacz kobiecych serc nie spodziewa się, że Antonelli jest jego dawną kochanką sprzed piętnastu lat i wciąż o nim myśli. Nie pozostaje jej nic innego jak przywiązać mężczyznę do łóżka i przetrzymywać go w mieszkaniu, aby tym razem nie zachciało mu się zwiać. Aby był posłuszny trzeba go czasem pociąć brzytwą i wysmarować na twarzy kawiorem. Bezsilny i coraz bardziej osłabiony Michael liczy na pomoc nastoletniej córki Antonelli, ale ta zaczyna mieć na jego punkcie miłosną obsesję i chce go zatrzymać tylko dla siebie.

Do obejrzenia "La Gabbia" (1985) w reżyserii Giuseppe Patroni Griffi skłoniły mnie przede wszystkim znane nazwiska w ekipie filmowej. Za scenariusz "La Gabbia" odpowiedzialni są Lucio Fulci oraz Francesco Barilli (reżyser "Pensione Paura" i "The Perfume of the Lady in Black"), a za muzykę Ennio Morricone. W dodatku przemówiła do mnie obsada. Tony'ego Musante od razu skojarzyłem z wiodącą rolą w debiutanckim giallo Dario Argento "Bird with the Crystal Plumage" (1970). Uwodzicielska Laura Antonelli uchodziła w latach 70-tych za symbol seksu we włoskiej kinematografii za sprawą takich filmów jak chociażby "Malizia" (1973). Florinda Bolkan zagrała u Fulci'ego w wyśmienitym giallo "Don't Torture a Duckling" (1972). W "La Gabbia" obecne są także siostry Marsillach z Hiszpanii: Cristinę terroryzował morderca w czarnych rękawiczkach w stylowym i krwawym giallo Dario Argento "Opera" (1987), z Blancą natomiast zetknąłem się chyba po raz pierwszy. Pomimo że współscenarzystą "The Trap" był Lucio Fulci w filmie nie ma scen gore; w zamian mamy sporo erotyzmu i wysmakowanego wizualnego piękna. Laura Antonelli występując w "La Gabbia" była już po czterdziestce, w związku z tym nie miała scen rozbieranych, natomiast siostry Marsillach pokazują wszystko (szczególnie Cristina). Antonelli zgodziła się jednak masturbować na ekranie. Trochę za mało natomiast w "La Gabbia" Florindy Bolkan: jej rólka ogranicza się do poszukiwań niewiernego chłopaka i ślęczenia przy telefonie. Konkludując, elegancki i mroczny thriller erotyczny nieco przypominający późniejsze o dwa lata "Fatalne zauroczenie" (1987) z Michaelem Douglasem i Glenn Close.

Los nie był łaskawy dla Laury Antonelli. W 1991 roku zakończyła się jej kariera filmowa, gdy film z jej udziałem "Malizia 2000" okazał się komercyjną klapą. W trakcie kręcenia wspomnianego filmu Laura zaczęła zażywać kolagen, który zniekształcił jej twarz. W tym samym roku policja odnalazła w jej mieszkaniu trochę kokainy. Aktorce groziło 3.5 roku pobytu za kratkami, ale ostatecznie została oczyszczona z zarzutów. Oskarżyła reżysera i producenta "Malizia 2000", że zmusili ją do zażywania kolagenu - tak naprawdę czyniła to z własnej nieprzymuszonej woli. Z powodu długotrwałego procesu jej stan psychiczny pogorszył się i Laura Antonelli trafiła na pewien czas do szpitala psychiatrycznego. Dobitny przykład złamanej kariery filmowej.

wtorek, 4 listopada 2014

Rogi/ Horns (2013) - recenzja






















Nie czytałem powieści Joe Hilla (syna Stephena Kinga) z 2010 roku, ani też nie jestem fanem Daniela Radcliffe'a, niemniej coś mnie podkusiło, aby obejrzeć "Rogi". Pewnym magnesem był zapewne reżyser "Haute Tension" (2003) oraz remaków "Pirania" (2010) i "Wzgórza mają oczy" (2006) Alexandre Aja. Facet jest sprawnym rzemieślnikiem i umie nakręcić dobre, przesycone sporą dawką gore kino grozy. Ale tak naprawdę "Rogi" trudno uznać za pełnoprawny horror, bo to gatunkowa hybryda romansu, ocierającej się wręcz o baśniowość fantastyki, horroru, egzystencjalnego dramatu, komedii i kryminału. Film o miłości i jej utracie, winie i zemście.

Iga Perrisha (Daniel Radcliffe) praktycznie nikt w małym prowincjonalnym miasteczku Gideon nie lubi (no może poza lokalną, cierpiącą na kompleksy barmanką). Mieszkańcy zapyziałej mieściny uważają go za mordercę. Tak też twierdzi ojciec Merrin (David Morse), jedynej dziewczyny Iga, którą ktoś (być może właśnie Ig?) zgwałcił i zamordował. Nawet rodzice chłopaka (James Remar i Kathleen Quinlan) mają wątpliwości co do niewinności syna. Ig poznał Merrin w Kościele gdy był jeszcze dzieckiem, a potem zakochał się w niej bez pamięci. Chłopak upija się i idzie na miejsce, w którym zamordowano Merrin Williams (Juno Temple). W szale niszczy figurkę Matki Boskiej i sika na pamiątki pozostawione przez mieszkańców miasteczka. Pewnego poranka Ignatius budzi się skacowany i zauważa, że wyrosły mu diabelskie rogi. Z czasem odkrywa, że wszyscy wokół chcą mu się zwierzać z nawet najbardziej przerażających i obleśnych sekretów. Ig postanawia to wykorzystać w celu odszukania mordercy Merrin i wymierzenia sprawiedliwości. Pomaga mu w tym wataha posłusznych węży. Ignatius odkrywa, że świat osób mu bliskich (i nie tylko) skrywa wiele perwersji, nienawiści i zakłamania.

Przypadł mi do gustu sposób sportretowania związku łączącego Iga i Merrin. Pierwsza i ostateczna miłość przerwana nagłym rozstaniem. Urocze i raczej nierzeczywiste, gdyż niezmiernie rzadko się zdarza, że ludzie dobierają się w pary w dzieciństwie i chcą być ze sobą aż po grób. Wcześniej (i później też) zazwyczaj próbują różnych opcji, rozstają się, zdradzają, kłamią, manipulują, itd. Miłość staje się panaceum na samotność, ale ścieżka do niej bywa kręta i wyboista, naznaczona irracjonalnymi emocjami. Do tego często dochodzi zawiść i zazdrość osób najbliższych tak jak zostało to pokazane w "Rogach". Tak jak powyżej wspominałem "Rogi" stanowią dość ekscentryczny gatunkowy kogel-mogel z elementami horroru. Choć efekty specjalne prezentują się na dużym ekranie całkiem wiarygodnie, momentami irytowało mnie użycie CGI przy kreacji wężowatej menażerii Iga. Może należało w ogóle pominąć w "Rogach" wątki fantastyczne i grozy, a skupić się na miłości Iga i Merrin, morderstwie i oczyszczającym dochodzeniu do prawdy? Wówczas "Rogi" byłyby głębszym obrazem, nie ocierającym się zbytnio o śmieszność. Kurczę, nie poznaję siebie... w końcu jestem zatwardziałym fanem filmowego horroru. Weźmy chociażby kwestię feralnego rozstania Iga z Merrin zainicjowanego przez Merrin: tutaj wcale nie chodzi o znudzenie się partnerem, kłopoty finansowe, brak poczucia bezpieczeństwa i spełnienia, powód jest znacznie głębszy, ale nie zamierzam tutaj niepotrzebnie spojlerować. Znane jest powiedzenie: "Lepiej kogoś kochać i stracić niż nigdy nie zaznać miłości". Brzmi to trochę jak banał rodem z tandetnych romansów, niemniej ja się z tym zgadzam.

Nie wiem ile wątków powieściowych zostało pominiętych w filmie, ale kinowa ekranizacja "Rogów" zachęciła mnie do sięgnięcia po książkę Joe Hilla w przyszłości. A tak swoją drogą w ramach ciekawostki poznajcie dżentelmena imieniem Caius Veiovis, który pod koniec września 2014 roku został uznany winnym zamordowania i poćwiartowania trójki mężczyzn w Pittsfield w roku 2011, a także porwania i zastraszania świadków. Caius ma implanty diabelskich rogów na czole, a kiedy ława przysięgłych ogłosiła w jego sprawie wyrok dożywocia mężczyzna skwitował to tylko: "Zobaczymy się wszyscy w piekle." Istny diabeł wcielony.

piątek, 14 lutego 2014

Wake in Fright/ Na krańcu świata (1971) - recenzja




















Ostatnio w polskiej prasie głośno było o najnowszym filmie Wojciecha Smarzowskiego "Pod Mocnym Aniołem" (2013), w którym pije się i to dużo. W "Wake in Fright" (1971) Teda Kotcheffa Australijczycy pokazują, że potrafią wlewać w siebie naprawdę ogromne ilości alkoholu i piją nawet po wybudzeniu. W końcu do otworzenia kolejnej puszki piwa nie trzeba dużo wysiłku. Wielkiej zachęty też nie trzeba, wystarczy powtarzanie niczym mantra "Chodź, napijmy się". Młody nauczyciel John (Gary Bond) przybywa do położonego w pustynnym piekle australijskiego outbacku miasteczka Bundanyabba. Typowy przedstawiciel klasy średniej, który uczy wiejskie dzieci w zapyziałej, położonej na kompletnym odludziu wiosce Tiboonda. Męska społeczność Bundanyabba pije hektolitry piwa i zabawia się grając w prymitywną ruletkę. Początkowo John jest pełen dezaprobaty dla takiego zachowania, ale z czasem wsiąka w to środowisko. Zaczyna pić, tracić oszczędności w grze, wreszcie rusza wraz z Donaldem Pleasence oraz jego wesołą bandą na przerażające polowanie na kangury. Ustrzelone ciała zwierząt gniją na słońcu, a mieszkańcy Bundanyabba chleją na umór dalej...  w końcu z picia można zrobić codzienność.

"Wake in Fright" aka "Outback" (1971) Teda Kotcheffa oparty został na powieści "Outback" Kennetha Cooka z 1961 roku. Powstał mocny, wyrazisty i bezkompromisowy film, który wypełnia cała galeria prymitywnych i obrzydliwych męskich postaci. Jedyna kobieta w filmie (pomijając fetyszyzującą wentylator recepcjonistkę), Sylvia Kay, cierpi na traumę, jest postacią kompletnie sponiewieraną, bierną,  przyzwyczajoną do seksualnej agresji ze strony mężczyzn. W trakcie oglądania "Wake in Fright" dosłownie daje się odczuć żar australijskiej pustyni, klaustrofobiczny nastrój przestrzeni oraz odór potu tankujących piwo postaci. Wreszcie dochodzimy do długiej sekwencji masakry kangurów w buszu. Do zwierząt strzelali licencjonowani myśliwi, niektórzy z nich byli podobno pijani i często chybiali, dlatego też polowanie zamieniło się w orgię zabijania. Dość powiedzieć, że w trakcie pokazu "Wake in Fright" w 2009 roku w Cannes w czasie sceny polowania na kangury z sali wyszło 12 osób. Cytując Vonneguta: "Zdarza się".  Chcecie dotrzeć na kraniec świata, tam gdzie karty rozdaje pijacka brutalność i prymitywna destrukcja? Zaaplikujcie sobie seans "Wake in Fright". Najlepiej ze zgrzewką piwa pod ręką.

Arcydzieło australijskiego kina. Seans w sam raz na ociekające lukrem Walentynki.