poniedziałek, 14 lipca 2014

Płyta tygodnia: Serpentine Path "Emanations" (2014)



















Im częściej słucham tej płyty tym bardziej daję się jej opętać. Starsi wiekiem wielbiciele ciężkiej muzy, a już w szczególności miłośnicy death doom metalu z całą pewnością pamiętają nowojorski Winter. W 1990 roku ukazał się ich debiutancki album "Into Darkness" będący dla mnie niekwestionowanym pomnikiem posępnego death doom metalu. Pomnikiem, który w dalszym ciągu się nie starzeje i wciąż roni kamienne łzy nad agonią świata obróconego w perzynę przez wojny i lodowatą ludzką nienawiść. "Into Darkness" (1990) jest zgodnie z tytułem wyprawą w coraz bardziej gęstniejącą Ciemność w poszukiwaniu jej rdzenia, plugawego jądra. Niekończąca się chaotyczna ciemność pożerająca każdy najmniejszy choćby snop światła. W składzie Serpentine Path oprócz eks-muzyków Electric Wizard, Ramesses i Unearthly Trance znalazł się także eks-gitarzysta Winter, Stephen Flam. Było to dla mnie spore zaskoczenie, gdyż pozostali muzycy Winter są (poza zagraniem okazjonalnego koncertu) nieaktywni twórczo. O ile debiutancki album SP "Serpentine Path" (2012) przesłuchałem ongiś bez wyraźnego entuzjazmu (kajam się za to, bo to dobry materiał), o tyle "Emanations" cholernie mi się podoba. Przede wszystkim album ów kipi wręcz od brzydoty i chropowatej agresji, gitary brzmią kurewsko ciężko wkraczając sporadycznie w niepokojące psychodeliczne odjazdy za sprawą solówek, znany z black metalowego The Howling Wind wokalista Ryan Lipynsky dysponuje straszliwie jadowitym wokalem, a perkusista Darren Verni znęca się nad garami. Lubię proste, antyczne i zarazem wulgarne granie nawiązujące do old-schoolowego death doom metalu a la Winter czy brytyjski Decomposed. Dlatego też słuchanie takich rozwleczonych wałków jak "Systematic Extinction" czy "Disfigured Colossus" sprawia mi wiele radochy. Fani death doom metalu, a także nieokrzesanego sludge doomu a la Eyehategod powinni się zapoznać z Serpentine Path, bo ta kapela ma spory potencjał.

"Systematyczna zagłada" do odsłuchu: http://www.youtube.com/watch?v=PlBpM4xqnVA

niedziela, 13 lipca 2014

W Feasterville ciało wypada z furgonetki koronera

























11 lipca po południu, miasteczko Feasterville w Pennsylvanii (blisko centrum handlowego), z jadącego vanu koronera wypada ciało przewożone na wózku szpitalnym. A wszystko przez wadliwe drzwi. Niniejszą fotografię zamieścił na swoim Facebooku mieszkaniec Bucks County Jerry Bradley. Trup był owinięty białym prześcieradłem. Kierowca szybko zorientował się, że utracił przewożony ładunek i odzyskał leżące na ruchliwej drodze zwłoki. Pomógł mu w tym Bradley, który początkowo myślał, że to "żart". Jak to pisał Kurt Vonnegut w "Rzeźni numer pięć": "Zdarza się". Mała ciekawostka przed snem.

sobota, 12 lipca 2014

Cropsey (2009) - recenzja















Miałem dzisiaj przemożną ochotę odświeżyć sobie krwawy slasher "The Burning" (1981) Tony'ego Maylama, w którym zdeformowany pacjent szpitala psychiatrycznego morduje nożycami uczestników letniego obozu, ale jednak stwierdziłem, że ten film może poczekać do jutra. Zamiast "Poparzonego" obejrzałem natomiast po raz pierwszy film dokumentalny "Cropsey" Joshuy Zemana i Barbary Brancaccio, którego osią jest seria do tej pory całkowicie niewyjaśnionych zaginięć (i morderstw) niepełnosprawnych umysłowo dzieci mających miejsce w nowojorskim okręgu Staten Island. W 1972 roku młody dziennikarz śledczy Geraldo Riviera dostał się z kamerą do pomieszczeń Szkoły Stanowej Willowbrook i pokazał w jakich skandalicznych warunkach są tam trzymane niepełnosprawne umysłowo dzieci. Setki zdeformowanych, nagich bądź częściowo ubranych dzieci, niektóre z nich siedzące we własnych ekskrementach, rozwrzeszczane, głuche i ślepe. A wszystko przesycone odorem gówna, choroby i śmierci. Instytucję Willowbrook zamknięto jednak dopiero we wrześniu 1987 roku i od tego momentu kompleks budynków gnije opuszczony. Jednym z jego pracowników był Andre Rand, główny podejrzany o zaginięcia i morderstwa dzieci. Tytułowy Cropsey, postać jakby żywcem wyjęta z upiornej miejskiej legendy o szaleńcu z hakiem zamiast dłoni (albo z siekierą) polującym na uczestników letniego obozu bądź porywającym dzieci. Rand po zamknięciu Willowbrook zamieszkał w lesie koło placówki (zwanym Greenbelt, Zielonym Pasem) z grupą pacjentów. Co ciekawe, pod budynkiem szpitala psychiatrycznego odkryto sieć podziemnych tuneli, którymi można było się przemieszczać.

9 lipca 1987 roku nie wraca z krótkiego spaceru chorująca na zespół Downa Jennifer Schweiger. Po 35 dniach poszukiwań jej zwłoki zostają odnalezione pogrzebane w sekretnym płytkim grobie blisko Willowbrook, w pobliżu jednego z miejsc koczowania Andre Randa. Przypuszcza się, że Rand stał za zniknięciem czwórki innych ofiar (trójki dziewczynek i niepełnosprawnego umysłowo 22-letniego chłopaka, wszyscy zaginęli przed Jennifer Schweiger), ale ciał tychże nigdy nie znaleziono. Być może leżą gdzieś w lasku przy Willowbrook. Brakowało twardych dowodów, by posadzić Andre Randa za morderstwa - w zasadzie wszystko opierało się na poszlakach i częstokroć mało wiarygodnych zeznaniach świadków. Lokalna społeczność przerażona zniknięciami dzieci chciała mieć swojego boogeymana, a Rand idealnie się kwalifikował. Hipotez było wiele. Rand zabijał sam albo działał z tajemniczym wspólnikiem, chciał oczyścić świat z niepełnosprawnych umysłowo dzieci albo porywał dzieciaki dla satanistów, a te były potem mordowane w trakcie satanicznych rytuałów. Śliniący się w momencie zatrzymania Rand nigdy się do niczego nie przyznał, ba, twierdził, że wszystko ukartowano. Jednak patrząc na niego trudno nie było się oprzeć wrażeniu, że Andre Rand coś ukrywa. I umie manipulować. Był już wcześniej (w 1969 roku) oskarżony o próbę molestowania seksualnego, oskarżano go także o gwałt na młodej kobiecie i 15-latce. Ostatecznie skazano go na 25 lat pozbawienia wolności za porwanie (ale nie morderstwo) Jennifer Schweiger, a potem na kolejne 25 lat za porwanie 5-letniej Holly Ann Hughes w 1981 roku (jej ciała nigdy nie odnaleziono).

"Cropsey" budzi niepokój i pozwala na grę domysłów. Przerażają ujęcia z dokumentu Geraldo Riviery, ale także wędrówki filmowców po podziemiach i opuszczonych pomieszczeniach Willowbrook. Każda lokalna wspólnota, każde przedmieście zdaje się mieć jakieś budzące grozę tajemnice, lecz w sprawie Andre Randa jest mnóstwo niejasności, a prawdy o zniknięciach dzieci ze Staten Island zapewne nie dowiemy się nigdy.

Opuszczona 'wieża Tesli' koło Moskwy

















Nie powiem, zaintrygowała mnie ta konstrukcja. Zdaję sobie sprawę, że przeogromna Rosja słynie z opuszczonych instalacji militarnych, przeżartych rozkładem tajnych laboratoriów biologicznych czy skażonych odpadami nuklearnymi jezior, ale zobaczyć coś takiego to byłoby coś. W lasku blisko rosyjskiego miasta Istra (40 km na zachód od Moskwy) znajduje się owa futurystyczna konstrukcja przypominające budowle jakby nie z tego świata - Generator Impulsów Wysokiego Napięcia. Wysokość wieży Generatora wynosi 43 metry, maksimum napięcia wyjściowego: 9 megawoltów (czyli 9 milionów woltów), rekordowa długość błyskawic: 150 metrów. Strukturę skonstruowano w latach 70-tych i podobno jest w użyciu po dziś dzień. Więcej informacji tutaj:

http://www.rumormillnews.com/cgi-bin/forum.cgi?noframes;read=311953

piątek, 11 lipca 2014

Mumie pustyni Taklamakan


















Chińska pustynia Taklamakan (Takla Makan, Morze Śmierci) jest jednym z najsuchszych miejsc na Ziemi. Mumie Tarim odkryto w późnych latach 80-tych w Basenie Tarim (Xinjiang, Chiny), a ich wiek archeolodzy datują na okres od 1800 r. p.n.e do roku 200. Długie włosy w kolorze czerwonawym blond, europejskie rysy... 4000-tysięczna mumia tzw. Piękności z Loulan (zmarłej w wieku 45 lat, a odkrytej w 1979 roku) szczyci się nordyckimi rysami. Powierzchnia pustyni wynosi 33 700 km kwadratowych, a w języku Ujgurów Takla Makan znaczy mniej więcej: "jeśli tam wejdziesz to już nie powrócisz". W 1900 roku szwedzki odkrywca Sven Hedin w trakcie ekspedycji odnalazł ruiny antycznego miasta Loulan pogrzebane pod pustynnym piaskiem, stolicę zagadkowego królestwa Loulan. Inną antyczną osadę pogrzebaną w piasku Niya (odkrytą w 1901 przez Sir Marca Aurela Steina) jej mieszkańcy opuścili w popłochu i nikt nie wie dlaczego. Czy przyczyną była nadciągająca ogromna burza piaskowa? Jakie jeszcze tajemnice skrywa zdające się nie mieć końca Morze Śmierci?

Silencer "Taklamakan":https://www.youtube.com/watch?v=9a-adqbp1tA&feature=kp

czwartek, 10 lipca 2014

Islandzki kuc versus korwinowski



















Ostatnio w mediach internetowych, tudzież w forumowych połajankach używa się w nadmiarze słowa "kuc". Najlepiej od razu korwinowski, wpatrzony w Koriwna niczym w obrazek, bezkrytyczny wielbiciel. Długowłosy, studiuje kierunki ścisłe, itd. Cóż za stereotypizacja. Za Korwinem nie przepadam (z jakąkolwiek religią mi jest zdecydowanie nie po drodze), lubię przedmioty ścisłe, choć ich nie studiowałem, długie włosy nosiłem przez kilka lat, ale musiałem je ściąć, zatem naprawdę nie wiem czy kwalifikuje się w oczach innych na "kuca". Chociaż z drugiej strony od wielu lat słucham metalu i nie zamierzam przestawać. Poza tym uważam, że islandzkie kuce są czarujące. Oto kilka fotek tych sympatycznych zwierzaków (islandów), które zrobiłem w trakcie mojego pobytu na Islandii. I pomyśleć, że erupcja wulkaniczna Laki w latach 1783-84 doprowadziła do śmierci 70% kuców islandzkich. A Odyn miał islandzkiego rumaka Sleipnira, który na pewno nie był skromnej postury kucem.

wtorek, 8 lipca 2014

Lalczany ogród w Teguise na Lanzarote




















Pamiętacie może meksykańską Wyspę Lalek o której kiedyś tutaj wspominałem? Przeglądam sobie właśnie zdjęcia stożków wulkanicznych na Lanzarote i przypomniało mi się, że pomiędzy uliczkami Jose Betancourt i Perejil w Teguise istnieje ciekawe domostwo z nie mniej ciekawym ogrodem (a w nim kaktusy, palmy, itd.) A także manekiny, wypchane zwierzęta, zabawki, lalki, dziwaczne figury. Mężczyzna, który mieszka w tym domu Manuel Perdomo Ramírez jest lokalnym malarzem i rzeźbiarzem. Przez lata zbierał wyrzucone przez ludzi zabawki, a w ogrodzie urządził ich ekstrawagancką ekspozycję. Wrzucę kilka zdjęć, które zrobiłem tam w maju 2012 roku. Myślę, że nadają się na tego bloga.

Link: http://dtbbth.blogspot.com/2013/07/meksykanska-wyspa-lalek.html

sobota, 5 lipca 2014

W hołdzie The Axis of Perdition

























Czasem o pewnych rzeczach dowiadujemy się grubo o fakcie. Zaskoczeniem takim był ostatnio dla mnie rozpad industrial black metalowego The Axis of Perdition z Middlesborough w UK, zespołu dla mnie swego czasu bardzo ważnego. Bardzo często sięgam po zespoły industrial black metalowe czy ambient black metalowe. Uwielbiam Thorns, Helheim (genialne demo "Fenris" z 1996 roku), Mysticum, Aborym, Blut Aus Nord, Darkspace, Paysage d'Hiver czy Blacklodge. Niemniej szkoda mi, że The Axis of Perdition poszło do piachu. Szczególnie ich dwa materiały - demo "Physical Illuminations in the Sewer of Xuchilbara (The Red God)" (2004) i długograj "Deleted Scenes from the Transition Hospital" (2005) uznaję za kamienie milowe industrial/ambient black metalu. Później z formą kapeli bywało raz lepiej, raz gorzej ("Urfe" z 2009 i "Tenements (of the Anointed Flesh" z 2011 roku), ale nigdy źle. Muzyka TAoP była autentycznie przerażająca i pokręcona, pieczołowicie kreująca nastrój grozy. Muzyka chaosu, horroru, obłędu, opuszczonych szpitali psychiatrycznych, ścian ze złuszczoną farbą, rdzy i przyczajonego zła. Nie na darmo muzycy TAoP fascynowali się serią gier "Silent Hill", chorobami psychicznymi, zniekształconą percepcją rzeczywistości oraz twórczością mistrza kosmicznego horroru H.P. Lovecrafta. The Axis of Perdition nie wahał się romansować z dark ambientem, industrialem i noisem, aby wykreować dławiącą atmosferę strachu i rozkładu. Dźwięki serwowane przez Brytyjczyków nie były łatwe do przetrawienia, zwłaszcza dla ortodoksyjnych fanów black metalu, ale mnie jako zatwardziałego fana horroru opętały niegdyś kompletnie. Posłuchajcie "Physical Illuminations in the Sewer of Xuchilbara (The Red God)" (2004) i "Deleted Scenes from the Transition Hospital" (2005) w skupieniu, na słuchawkach, przy zgaszonym świetle i przenieście się wraz z tym nieodżałowanym zespołem w koszmarny świat pełzającego brudu, ohydnej rdzy i nieposkromionego szaleństwa, świat fantasmagorycznych zjaw, groteskowych deformacji i złowieszczych krzyków z otchłani. The Axis of Perdition grał futurystyczny black metal przyszłości. I czynił to w godny zapamiętania sposób. Rest in Rust.

"When I hear the sirens, I'll finally know I am home... I'm going home, I'm going home".

Krater impaktowy Haughton na wyspie Devon

















Kanadyjska wyspa Devon o powierzchni 55 247 km kwadratowych (czyli mniej więcej rozmiary Chorwacji) uchodzi za największą niezamieszkałą wyspę na Ziemi. Składa się w dużej mierze z płaskowyżu sięgającego wysokości 300-500 metrów otoczonego stromymi klifami, wschodnia część wyspy znajduje się pod lodowcem o powierzchni 14 010 km kwadratowych. Lato na Devon trwa 40-55 dni. Wówczas gleba staje się wolna od śniegu, a temperatura sięga 10 stopni Celsjusza. Obszar nizinny Truelove Lowland na północnym wybrzeżu Devon zamieszkują nieliczne piżmowoły oraz niedźwiedzie polarne i to chyba tyle jeśli chodzi o większe zwierzęta na wyspie. Przez kilkanaście lat w Dundas Harbour na wyspie Devon żyli Inuici w liczbie 52, ale osada została trwale opuszczona w 1951 roku. Inuici do tej pory przypływają na wyspę by zapolować.

Interesującą strukturą na wyspie Devon jest krater impaktowy Haughton o szerokości 23 km znajdujący się na zachodniej połowie Devon. To zimy i surowy teren na którym temperatura praktycznie w ciągu całego roku spada poniżej zera. Wegetacja jest niezmiernie rzadka, erozja postępuje umiarkowanie. Brekcje impaktowe w kraterze inkrustowane wieczną zmarzliną i wielobocznymi formacjami przypominają rzeźbę terenu Marsa. Od dekady krater Haughton na Devon był używany przez Mars Society jako obiekt badawczy do określenia czy ludzie będą mogli w przyszłości żyć i pracować na Czerwonej Planecie. Badania odbywały się jednak wyłącznie w ciągu bardzo krótkich na Devon pór letnich. Na grzbiecie ponad kraterem posadowiono Flashline Mars Arctic Research Station z czasowym personelem badawczym. Kanadyjski rząd obecnie używa wyspy Devon do ćwiczeń militarnych.

http://arctic.marssociety.org/

Roopkund, jezioro szkieletów
















Z racji tego że uwielbiam ciekawostki geograficzne o jeziorze Roopkund miałem zamiar napisać od dawna. Wokół jeziora (a ściślej rzecz biorąc górskiego stawu) Roopkund albo w nim odnaleziono ponad 500 mniej lub bardziej kompletnych ludzkich szkieletów. Jezioro Roopkund znajduje się na wysokości 5029 metrów w Parku Narodowym Nanda Devi w Indiach w siodle między dwoma szczytami. Kiedy jest skute lodem szkieletów nie widać, kiedy topnieje niektóre z nich zaczynają pływać po powierzchni toni. Pozostałości ubrań i klejnotów są znajdowane wśród kości. Na niektórych szkieletach widać także pozostałości tkanki i włosów. Na początku podejrzewano, iż kości należą do japońskich żołnierzy zmarłych prawdopodobnie w 1942 roku, ale badania osteologiczne przeprowadzone w latach 60-tych XX wieku wskazały, iż są one starsze: XII-XV wiek. Dlaczego znalazły się jednak wokół/w jeziorze? Co było przyczyną śmierci tych ludzi? Lawina? Epidemia choroby? Masowe samobójstwo? W 2004 roku badania techniką radiokarbonu wskazały jednak jeszcze wcześniejszą datę: rok 850 plus minus 30 lat. Czy zatem szkielety należą do pielgrzymów i ich lokalnych przewodników? Należy pamiętać, że masyw górski Nanda Devi jest miejscem świętym w hinduizmie (mówi się, że górski staw Roopkund to odbicie bogini Nanda Devi). Po dziś dzień pięciuset członków kultu Nanda Devi mija staw w trakcie pielgrzymek odbywających się co 12 lat (ostatnia była w 2012 roku, kolejna zatem już w 2024 roku). Przyczyną śmierci ludzi z Roopkund mogło być gwałtowne gradobicie (z kulami wielkości piłeczek tenisa), o czym świadczą okrągłe rany na ich czaszkach. Wyprawa do Roopkund trwa cztery dni, ale oczyszczająca kąpiel w płytkich wodach jeziora (głębokość dochodząca do 2 metrów) nie jest wskazana. Chociaż możecie spróbować. :-)

Dokument National Geographic o jeziorku Roopkund:

http://www.dailymotion.com/video/xlticq_roopkund-the-skeleton-lake_shortfilms

Samozwańczy dyktator atolu Clipperton



















Niewielki atol Clipperton w kształcie pierścienia oddalony od południowo-zachodniego wybrzeża Meksyku o 965 km. Pokryty koralem, pełen zamieszkujących go krabów kokosowych. Od maja do października smagany przez silne ulewy, a przez resztę roku cuchnący amoniakiem. Niezamieszkaną wysepkę obmywają fale Pacyfiku, a jeśli chodzi o wegetację to znajduje się na niej jedynie kilka palm kokosowych. Rekiny żyjące w pobliżu Clipperton nie pozwalają na swobodne pływanie. Najwyższy punkt wyspy wznosi się na wysokość 29 metrów i jest pozostałością wulkanu. O atol walczyły Meksyk, USA, Francja i Wielka Brytania - z jednej strony jako o miejsce strategiczne, z drugiej z uwagi na obfite zasoby ptasiego guana. Nazwa atolu Clipperton pochodzi od nazwiska brytyjskiego pirata. Nie będę się skupiał na zaiste ciekawej historii przechodzenia atolu Clipperton z rąk do rąk, nie mniej interesuje mnie jej niechlubny wycinek.

W 1910 roku na wyspę trafiło trzynaścioro meksykańskich żołnierzy pod dowództwem gubernatora Ramona Arnauda Sr. Potem na niewielki atol trafiły żony i służący, zaczęły przychodzić na świat pierwsze dzieci w uprzednio posadowionych prymitywnych budynkach. W 1914 roku na atolu rozbił się amerykański statek. Ratownicy pojawili się dość szybko, Amerykanie nakazali Arnaudowi opuścić sporny kawałek lądu, ale ten odmówił. Niejako przy okazji wyrzucił z atolu ostatniego Brytyjczyka z rodziną, który odpłynął wraz z Amerykanami. Tymczasem w Meksyku zaczynała się rewolucja. O osadnikach na Clipperton zapomniano, przestały przybywać na statkach zapasy żywności.

Na wyspie znajdowało się wówczas 26 osób: 13 żołnierzy, 12 kobiet i dzieci, a także Victoriano Álvarez, samotnik mieszkający u podstawy skalistego klifu nad skonstruowaną przez Meksykanów w 1906 roku latarnią morską. Zaczynało brakować jedzenia: owszem, można było spożywać ptaki, ptasie jaja, złowione ryby czy sporadyczne kokosy, ale niedobór witaminy C spowodował na wyspie przypadki zachorowania na szkorbut. Mężczyźni zaczęli umierać, ich ciała grzebano głęboko w piasku, by nie dobrały się do nich kraby (pamiętacie może cykl groszowych horrorów o krabach Guya N.Smitha z wydawnictwa Phantom Press?). Co na to Arnaud? Nie chciał opuścić atolu. Dostrzegł w oddali statek, ale był to prawdopodobnie miraż. Namówił jednak trzech żołnierzy, aby z nim wypłynęli w morze. Wściekli towarzysze Arnauda rzucili się na niego chcąc odebrać mu broń. Wszyscy wypadli za burtę łodzi i utonęli. W międzyczasie w wyspę uderzył huragan, a żona Arnauda, Alicia Rovira Arnaud powiła czwarte dziecko w piwnicy domu męża, syna imieniem Angel. Huragan zniszczył wszystkie budynki na wyspie, ale ukryte w piwnicy kobiety i dzieci przeżyły.

Wtedy pojawił się On. Victoriano Álvarez. Zgromadził całą broń, po czym wyrzucił ją w głębiny laguny pozostawiając sobie jedną strzelbę. Niezwłocznie ogłosił się królem atolu. Wszystkie kobiety należały do niego. Gdy jedna z nich mu się opierała zgwałcił ją i zastrzelił, inne regularnie bił i poniżał. Nie ważny był wiek: najpierw 20-letnia Altagracia Quiroz, potem 13-letnia Rosalia Nava, następnie 20-letnia Tirza Randon. Tej ostatniej obawiał się najbardziej, gdyż kobieta nie kryła nienawiści do niego. Szalony latarnik, który popadł w obłęd żyjąc w izolacji. I tak minęły dwa lata dyktatorskiej władzy Alvareza.

18 lipca 1917 roku 29-letnia Alicia Rovira Arnaud wraz z 7-letnim synem Ramonem Jr. i Tirzą Randon pojawiły się przed chatką Alvareza. Victoriano piekł wówczas upolowanego ptaka. Nie był zadowolony, że przyszła Randon. Ta wbiegła do jego miejsca zamieszkania i powróciła dzierżąc młotek, po czym na sygnał Alicii uderzyła króla atolu dwukrotnie w głowę. Alicia odepchnęła Tirzę i zaczęła zadawać mężczyźnie ciosy siekierą krzycząc do syna, by pobiegł po jego strzelbę. Randon nie miała dość całkowicie masakrując twarz tyrana. Zwłoki Victoriano staną się karmą dla krabów.

Trójkę kobiet i ośmioro dzieci uratuje załoga amerykańskiego okrętu wojennego "USS Yorktown". Marynarzom dopiero za drugim razem uda się wylądować na brzegu piaszczystego atolu. Dzieci z powodu niedożywienia były niemal skarłowaciałe, dwuletni Angel Arnaud cierpiał na krzywicę. W 1980 roku Ramón Arnaud Jr (wówczas 70-letni) powrócił na atol wraz z teamem biologów Jacquesa Cousteau, w końcu tam się urodził. Ale od czasu śmierci samozwańczego króla atolu nikt już nie próbował zamieszkać na Wyspie Clippertona.

czwartek, 3 lipca 2014

Czagosjanie z Diego Garcia i tajemnica lotu MH370


















W latach 1968-1973 (łącznie do 27 kwietnia owego roku) doszło do przymusowej depopulacji na żądanie Stanów Zjednoczonych 2000 mieszkańców wysp Diego Garcia i Peros Banhos. Zgodę na ten haniebny krok wyraził rząd Wielkiej Brytanii, a wszystkie ewakuowane terytoria z archipelagu Chagos były Brytyjskimi Terytoriami Zamorskimi. W latach 60-tych Amerykanie chcieli mieć na Oceanie Indyjskim bazę militarną, aby monitorować aktywność wojskową Sowietów. Archipelag Chagos nadawał się do tego idealnie, co jednak zrobić z ówczesnymi mieszkańcami Diego Garcia? Ano należało ich podstępem wysiedlić, pozbawić miejsca zamieszkania. Począwszy od lat 60-tych opuszczający Chagos mieszkańcy wyspy (wyjeżdżający na wakacje czy w celach medycznych) tuż po wyjeździe dowiadywali się, że nie mogą już wrócić na Diego Garcia. W końcu byli tylko 'czasowymi pracownikami kontraktowymi', a przynajmniej taką bajeczkę wymyślono. Na wyspie pozostało ich mienie oraz zwierzęta (w tym także psy i koty) które skwapliwie zagazowano. Wysiedleńców pozostawiano na Seszelach czy Mauritius, potomków osiemnastowiecznych niewolników sprowadzonych na Diego Garcia przez brytyjskich kolonizatorów do pracy na plantacjach kokosowych. Na Mauritius żyjąc w skrajnej nędzy umierali bądź popełniali samobójstwa. Pozostali przy życiu Czagosjanie dopiero w 2002 roku uzyskali brytyjskie obywatelstwo, ale do tej pory nie mogą wrócić na Diego Garcia. Część z nich utworzyła społeczność w Crawley, West Sussex, UK. Bezdomność spowodowana geo-politycznym tumultem. W 2009 roku do WikiLeaks wyciekły dokumenty stanowiące o tym, iż Diego Garcia i okoliczne atole staną się morskim rezerwatem ze względu na bogactwo raf koralowych. Zatem Czagosjanie nie mogą tam wrócić nigdy.

Ironicznie wojskowa baza militarna na Diego Garcia (morska i lotnicza) nosi nazwę Camp Justice (Obóz Sprawiedliwości). Stąd koordynowano i przeprowadzano operacje wojskowe w Iraku i Afganistanie. Jedna z teorii spiskowych mówi, że zaginiony 8 marca 2014 roku malezyjski samolot pasażerski Lot MH370 mógł wylądować na Diego Garcia na południe od Malediwów. Przedstawiciele amerykańskiej ambasady w Malezji zaprzeczyli temu, podobnie uczynił rzecznik prasowy Diego Garcia (a jak wiadomo wojskowi rzecznicy prasowi muszą umieć kłamać i manipulować opinią publiczną). Wiadomo też, że na malowniczym atolu przesłuchiwano (i zapewne torturowano) podejrzewanych o kontakty z Al-Kaidą muzułmanów. Jednym słowem cicha i sekretna detencja kwitła - zwłaszcza po 11 września 2001 roku gdy USA rozpoczęły walkę z terroryzmem. Istnieją spekulacje, iż na Diego Garcia znajduje się tajne więzienie CIA.

Poszukiwania zaginionego MH370 z 12 członkami załogi i 239 pasażerami zostaną wznowione w sierpniu 2014 roku z użyciem jeszcze lepszego sprzętu do penetracji oceanicznych głębin. Nowy obszar poszukiwań o powierzchni 60 000 km kwadratowych 1800 km na zachód od Perth.

http://usslave.blogspot.com/2011/03/stealing-nation-diego-garcia.html

Film dokumentalny na Youtube: https://www.youtube.com/watch?v=AEhVNzHI4rQ

Baza militarna na Diego Garcia ma się dobrze. Posiada pięć monitorujących stacji GPS, a także lotnisko umożliwiające loty np. nad Zatokę Perską.

Neurosis w Berlinie - 2 lipca 2014 roku (fotorelacja)




















Znowu Neurosis. W niespełna rok po doskonałym koncercie w warszawskiej Proximie (30 VI 2013), w którym zespół supportowali zamaskowani Szwedzi z Terra Tenebrosa. Tak naprawdę plan wyjazdu na Neurosis do klubu Astra w Berlinie pojawił się na horyzoncie zupełnie spontanicznie. Napisał do mnie na Fejsiku Cukierasa znajomy będący oddanym fanem kapeli. Zaproponował wyjazd na koncert. Zauważył na Last.Fm, iż ktoś z Poznania zapewnia transport samochodem z Poznania. Zdecydowałem się niemal od razu. Reszta to już historia, ale taka którą miło się wspomina. Bo koncerty kapel typu Neurosis to całkiem spore przeżycie wizualne i mentalne.

Zatem ruszyliśmy w piątkę spod Dworca Zachodniego do Berlina, by zobaczyć legendarną ambient/sludge doom/tribal/post-metalową machinę z kalifornijskiego Oakland. W klubie Astra przy Revaler Straße 99 nigdy wcześniej nie byłem, ale muszę przyznać, iż miejsce robiło wrażenie zarówno swoim położeniem, jak i wielkością sali koncertowej. Okolica bowiem to jeden wielki upstrzony graffiti squot, pełen tureckich kebabowni, sklepików z piwem, a nawet miejsc, gdzie można zaopatrzyć się w rzadkie winyle (co też uczynił nasz kierowca z Poznania kupując Fall of Because Justina Broadricka, czyli pre-Godflesh). Bilet na gig kosztował mnie 19 euro... i wpierw pierwszy zgrzyt. Ktoś na Last.Fm puścił plotkę, iż Neurosis będzie supportował genialny Corrections House. Jako że ominął mnie ich koncert we Wrocławiu w grudniu 2013 roku zawierzyłem plotce i jechałem do Berlina z myślą że zobaczę side-project muzyków Neurosis, Minsk, Yakuza i Eyehategod na żywo i usłyszę choćby "Hoax the System". A tu klops. Bo supportu w postaci Corrections House nie było. Zorientowałem się od razu w klubie patrząc na stoisko z merchem. Koszulki, bluzy, płyty wyłącznie Neurosis, zero merchu Corrections House, a co za tym idzie fantastycznego hoodie zespołu, który z pewnością bym zakupił. Na kolejny koncert Corrections House trzeba będzie jeszcze poczekać.

Kolejne niedogodności to dziwaczny zwyczaj dodatkowego płacenia za szklankę z piwem, którą po konsumpcji browaru należało zwrócić barmanowi wraz z numerkiem. Wiem, jedno euro to są grosze, ale z czymś takim jeszcze się nie spotkałem. Zresztą za skorzystanie z ubikacji też należało zapłacić 50 centów, czego jednak sprytnie uniknąłem.

Neurosis rozpoczął swój koncert po 21 od przepięknych dźwięków "A Sun That Never Sets". Spokojne, hipnotyczne, niemal kojące wprowadzenie przed eksplozją pierwotnej brutalności i furii w postaci "Locust Star". I dalej już nie skupiałem się na set-listą chłonąc po prostu monolityczną i wielowymiarową muzykę Neurosis całym ciałem. Muzykę którą tak naprawdę trudno jest umieścić w jakiejkolwiek szufladce gatunkowej, bo też pulsująca od negatywnych emocji, kipiąca wręcz wściekłością dźwiękowa magma Neurosis wymyka się prostym klasyfikacjom stając się rozszalałą symfonią końca świata. Gniewne wykrzyczane wokale Scotta Kelly'ego i Steve'a von Tilla wwiercają się w umysł, miażdżące gitary zdają się zadawać słuchaczom oczyszczający ból, płynne lawirowanie pomiędzy wolnymi tempami a eksplozjami hałasu wprawia w zdumienie, a atmosfera staje się tak gęsta, że można się w tej potwornej mgle zagubić. Neurosis fascynował mnie od dawna zdolnością przepoczwarzania się. W kompozycjach zespołu roi się od rozmaitych twistów, nietuzinkowych przejść. Ta muzyka płynie niczym wartki strumień błota dewastujący wszystko to na co natrafi. Kiedy słucham muzyki Neurosis to na myśl przychodzi mi porównanie do najlepszych projektów dark ambientowych np. Raison d'Etre czy Northaunt. Ich muzyka przenika do świadomości wyzwalając z niej wizje gnijącego zurbanizowanego świata z którego odeszło plugawe ludzkie życie. Jest kalecząca i wyczerpująca, ale też potrafi być przejmująco piękna. Pierwotny gniew i desperacja, ale także zmęczenie życiem - wszystko to zawarte jest w charakterystycznym wrzasku Scotta Kelly'ego. Każdy koncert Neurosis to spirytualne doznanie będące dotknięciem otchłani.

Set-lista:
1. A Sun That Never Sets
2. Locust Star
3. At the Well
4. Distill (Watching the Swarm)
5. The Tide
6. Water Is Not Enough
7. My Heart for Deliverance
8. Bleeding the Pigs
9. The Doorway
10. Stones from the Sky

wtorek, 1 lipca 2014

Niewolnicy wysepki Tromelin


















17 listopada 1760 roku statek transportowy "L'Utile" opuszcza Bayonne we Francji. 31 lipca 1761 roku rozbija się na rafach otaczających piaszczystą wysepkę Tromelin na Oceanie Indyjskim. Szerokość tego niewielkiego skrawka lądu wynosi zaledwie 700 metrów, a długość 1.7 km, najwyższy punkt Tromelin wznosi się na wysokość 7 metrów. Daleko mu zatem do wysokości Mount Everest czy chociażby Mauna Loa. Na wysepce od 1954 roku znajduje się francuska stacja pogodowa ostrzegająca przed cyklonami, przebywają tam zielone żółwie morskie, gniazdują głuptaki. Wysepkę otaczają rafy koralowe, nie posiada zatok ani miejsc odpowiednich do zakotwiczenia. Nie ma też na niej źródeł słodkiej wody czy palm poza niewielkimi krzakami.

Wróćmy jednak do faktów historycznych. Ładunek "L'Utile" był następujący: 110 niewolników przewożonych z Madagaskaru na Mauritius. 122 członków załogi statku wybudowało tratwę po rozbiciu statku i opuściło wysepkę pozostawiając niewolników w liczbie 60 na Tromelin. Ci odzyskali wolność. I zaczęli stopniowo umierać z głodu i pragnienia. Nie wszyscy. Niektórzy by przetrwać żywili się żółwiami, ptakami i skorupiakami. Wybudowali komunalny piec, reperowali miedziane utensylia, z korali i piasku budowali schronienia. Z drewna pozyskanego z wraku "L'Utile" zapalili ogień. Płonął on przez 15 lat. Do 1776 roku kiedy do brzegu Tromelin dotarł francuski okręt wojenny "La Dauphine". Na Tromelin odnaleziono osiem żywych osób: siedem kobiet i ośmiomiesięczne dziecko (po ocaleniu nazwane Jacques Moise). Kapitan statku, który nazywał się Tromelin zabrał ocalałych na Mauritius. Wyspa Piasku zawdzięcza mu nazwę. W 2006 roku na Tromelin rozpoczęły się wykopaliska archeologiczne: odkryto koralowe schronienia niewolników, a w nich miedziane pojemniki czy łyżki, a także (co oczywiste) znaleziono ludzkie kości.

Więcej: http://www.archeonavale.org/Tromelin/pdfs/DP_Tromelin2008_FO%20_EN.pdf

Katastrofa "L'Utile" doprowadziła do śmierci 20 marynarzy i dwójki dżentelmenów, umarło też wielu przebywających w zamknięciu niewolników, reszta w liczbie 60 znalazła się na Tromelin, ocalało z nich po 15 latach zaledwie 8 osób. Ci z marynarzy, którzy dotarli wraz z niewolnikami na wysepkę nie dzielili się z nimi wodą. Dlatego też czarni konali. Wody w naprędce wykopanej studni nie starczyło na długo, podobnie pozostawionych zapasów jedzenia.

EDIT: W rzeczywistości mogło ocaleć 14 osób, a może nawet więcej. W 1776 roku francuski rozbitek dotarł na Tromelin. Pomógł ocalałym niewolnikom wybudować małą łódź i zabrał ze sobą trójkę mężczyzn i trójkę kobiet. Udało im się dotrzeć na Mauritius. Co się z nimi potem stało zatarł czas.

Wolf Creek 2 (2013) - recenzja

Australia słynie z wyjątkowo brutalnych seryjnych morderców. Paul Denyer. David i Catherine Birnie. Mordercy ze Snowtown. Wreszcie Ivan Marko Milat na którego serii morderstw dokonanych w australijskim outbacku luźno bazuje brutalny slasher/survival horror "Wolf Creek" (2005) w reżyserii Grega McLeana oraz jego ubiegłoroczny sequel z którym postanowiłem się zmierzyć dopiero teraz. Oczekiwania miałem duże, gdyż debiutancki horror McLeana swego czasu chwycił mnie za kłaki i srogo wytarmosił we krwi i totalnym terrorze. Był to w zasadzie film jednego aktora: Johna Jarrata, który wciela się w postać morderczego wieśniaka z australijskich bezdroży Micka Taylora. Powstało dzieło wstrząsające, bestialskie i prowadzące widza jak po sznurku przez zakręty australijskiego piekła. Jak się ma do tego sequel?

Zanim postaram się udzielić odpowiedzi na to pytanie wpierw nieco o Ivanie Milacie. W latach 1989-1991 w Australii doszło do serii makabrycznych morderstw turystów. We wrześniu 1992 roku w odludnym rejonie Belanglo Forest odkryto ciała dwójki brytyjskich turystek Caroline Clarke i Joanne Walters. Caroline strzelono dziesięć razy w głowę, Joanne otrzymała 14 ran kłutych, w tym dwukrotnie w rdzeń kręgowy. W październiku 1993 odkopano w tym samym miejscu dwa trupy, tym razem dwójki nastolatków z Melbourne, Jamesa Gibsona oraz Deborah Everist. 1 listopada znaleziono zwłoki należące do niemieckiej turystki Simone Schidl, która zaginęła w styczniu 1991 roku. Następnego dnia, po wznowieniu intensywnych poszukiwań, natrafiono na dwa kolejne szkielety kobiety i mężczyzny. Ofiary zidentyfikowano jako dwójkę niemieckich podróżnych Gabora Neugebauera i Anję Habschied, zaginioną dwa lata wcześniej. Anja została zdekapitowana, natomiast policja w Sydney oznajmiła, że ciała wszystkich ofiar nosiły ślady wielokrotnych ran kłutych. 30 maja 1994 roku 49-letni kierowca i miłośnik broni palnej Ivan Marko Milat został oskarżony o zamordowanie 7 wycieczkowiczów. 27 lipca 1996 roku uznano go winnym zarzucanych mu czynów i skazano na siedmiokrotne dożywotnie pozbawienie wolności. Liczba ofiar Ivana Milata tak naprawdę może być wyższa, gdyż dziesięciu innych podróżników zaginęło bez śladu w czasie gdy zabijał. Przebywając w więzieniu Milat próbował niejednokrotnie popełnić samobójstwo: połykał żyletki i zszywki, a w 2009 roku uciął sobie palec plastikowym nożem. Twardy zawodnik.

Mick Taylor jest jeszcze twardszy. Nie straszne mu wypalone słońcem australijskie pustkowie ani patroszenie zamordowanej ofiary. Ba, on kocha ubabrać sobie ręce ludzką krwią. I uwielbia polować na dzikie świnie w okolicach słynnego krateru impaktowego Wolfe Creek. Nie wolno go wkurzyć o czym rychło przekonają się dwaj policjanci, którzy postanawiają wlepić Mickowi niesłuszny mandat za przekroczenie prędkości. Jeden z nich w mgnieniu oka umiera z odstrzeloną facjatą, drugiego Mick dźga nożem w plecy, po czym zanosi go do wraku rozbitego policyjnego samochodu i podpala zapałką. Kolejnymi ofiarami żartobliwego Micka staje się dwójka wędrujących turystów z Niemiec Rutger i Katarina. Oboje postanawiają przenocować w okolicach krateru. Jednak w środku nocy ich namiot zauważa morderczy redneck. Najpierw po dobroci proponuje im podwózkę, ale Rutger odmawia. Mick widząc, że jego plan spalił na panewce wpada w furię i atakuje młodego Niemca dźgając go nożem w plecy. Próbuje potem zgwałcić Katrinę, ale przeszkadza mu w tym ostatkiem sił Rutger. Wściekły Mick podrzyna chłopakowi gardło przy okazji ucinając głowę. Członkowie meksykańskich karteli narkotykowych i dżihadyści z Syrii byliby z niego dumni. Katrina traci przytomność. Odzyskuje ją jednak dość szybko i zaczyna obserwować, jak morderca oprawia jej chłopaka. Wówczas ucieka w busz. Rozpoczyna się pościg wpierw za dziewczyną, a potem za brytyjskim surferem Paulem (Ryan Corr), który zabiera roztrzęsioną Katrinę do samochodu...

"Wolf Creek 2" mnie nie sponiewierał tak bardzo jak jego prekursor, niemniej to dobry horror, mocny i krwawy. O wiele brutalniejszy od poprzednika, ale też bardziej campowy za sprawą większej dawki dialogowego humoru. Pojawiają się nawiązania do fenomenalnego "Pojedynku na szosie" (1971) Stevena Spielberga, "Autostopowicza" (1986 - nie na darmo niemiecki turysta nazywa się Rutger), naszpikowanego akcją "Mad Maxa 2" (1982) oraz do nieco zapomnianego australijskiego survival horroru "Fair Game" (1986). Segment z przepytywaniem i torturowaniem Paula jest trochę przydługi, ale to drobny mankament "Wolf Creek 2". Natomiast scena rozwalenia ciężarówki o pogruchotany w urwisku samochód terenowy zwala z nóg. Cóż za piękna eksplozja! Wcześniej ginie kilka kangurów rozpłaszczonych przez przód rozpędzonego kolosa. A wszystko to ma miejsce w okolicach jednego z najpiękniejszych kraterów meteorytowych na świecie: Wolfe Creek! Turyści przybywajcie.

"Witaj w Australii, popierdoleńcu!" - Mick Taylor.