środa, 14 września 2022

Izzy and the Black Trees i VR Sex w Minodze, 13 września 2022 (fotorelacja)

                                                                         




Na koncert post-punkowców z VR Sex chciałem się wybrać z dwóch następujących powodów: primo, to zespół Andrew Clinco z oniryczno-post-punkowego Drab Majesty (zagrali koncert w Minodze w październiku 2019 roku, na którym oczywiście byłem), secundo, to kawał dobrego, psychodelicznego, okraszonego industrialnymi wpływami post-punka. W tej chwili VR Sex jest już 5-osobowym zespołem, który daje niezłego czadu na scenie. Jednak jako pierwsi zaprezentowali się na scenie Izzy and the Black Trees - poznański zespół indie rockowy. Muzycznie nie moja bajka, aczkolwiek trzeba przyznać, że energii w trakcie ich występu nie brakowało. Czekałem jednak na VR Sex. I się doczekałem. Jakże to jednak odmienna muzyka od łagodniejszego i chwytliwego post-punka/new wave'a Drab Majesty: melodyjna, hałaśliwa, czasem wręcz agresywna, eksplozywna, zniekształcona. Muzycy w białych koszulach, krawatach i ciemnych okularach nie oszczędzali się na scenie, szczególnie drugi wokalista. Koncert zleciał bardzo szybko, trwał około godzinki. Muzycy promowali głównie ostatni album "Rough Dimension" (2022), którego możecie odsłuchać poniżej:

https://vrsex.bandcamp.com/album/rough-dimension

Na koniec kolejna kwestia, którą już poruszałem: zarówno na koncertach Trobar de Morte, Garmarna, jak i VR Sex merch był drogi (ceny CD za 80 zł, czyli mocno empikowe). Lubię kupować merch od fajnych zespołów, ale w rozsądnych cenach. Tak było np. na koncercie Linea Aspera we Wrocławiu. Ceny albumów zespołu na CD za 50 zł (kupiłem oba), winyla za 100 zł. Może warto obniżyć ceny merchu w trakcie polskich koncertów, co skłoni ludzi takich jak ja do kupienia albumu? 

Rozumiem, że mamy do czynienia z błędnym kołem. Trasy zespołów robią się coraz droższe, co skutkuje droższymi cenami biletów i droższym merchem. A przecież mniej znane zespoły żyją głównie z tras i sprzedaży merchu. Jednak w czasie pandemii, rozhasanej inflacji i kryzysu energetycznego muzyka (ogólnie rzecz biorąc kultura) przestaje być potrzebna, wpierw liczą się czynsz, rachunki, wydatki na żywność. Być może wskutek rosnących kosztów tras i mniejszego napływu widowni mniejsze zespoły będą skazane w przyszłości na regionalne trasy i występy festiwalowe. Nie będzie opłacało im się ruszać w trasy międzynarodowe. Inna sprawa, że kluby muzyczne znikają jeden za drugim z większych miast np. Pogłos w Warszawie. Do ich zamknięcia przyczyniają się rosnące koszty energii i ogrzewania. Media społecznościowe redukują potrzebę fizycznego socjalizowania się z innymi. Trwa niestety dekada Tik Toka, Facebooka, Netflixa i Instagrama czy randkowania online. Zarówno w metalu, jak i muzyce gotyckiej istnieją tysiące zespołów, które walczą o uwagę i support słuchacza i szukają słuchaczy online. Sam łapię się na tym, że gigantyczna liczba fajnych zespołów zapewne mi umyka, bo nie mam czasu na to, by je odnajdywać. Mniejsze zespoły mają trudniej, by się przebić i zostać docenione. Być może nadejdzie czas przewagi koncertów festiwalowych i małych regionalnych tras nad trasami międzynarodowymi. Osobiście uwielbiam koncerty klubowe, gdyż mogę na nich poczuć większą więź z muzyką danego zespołu czy artysty. Wielkie i wysokobudżetowe koncerty stadionowe raczej mnie nie interesują, gdyż są wyzute z intymności. Wolę zahaczyć o jakiś koncert klubowy czy mniejszy festiwal a la Castle Party, niż jechać na Rammstein, The Cure czy Metallica. Oczywiście są osoby, które lubią także i takie wielkie koncerty (widowiska). I bardzo dobrze. Nie musimy wszyscy być jednakowi.

poniedziałek, 12 września 2022

Trobar de Morte i Garmarna w Bazylu, 11 września 2022 (fotorelacja)

                                                          







Pierwszy mój koncert po dwumiesięcznej przerwie. Z różnych przyczyn musiałem odpuścić gigi Die Krupps i Front Line Assembly, Krisiun i Cannibal Corpse oraz Massacre - z tych wcześniej planowanych. Tym razem wybrałem się do poznańskiego Bazyla na występ Trobar de Morte (Hiszpania) i Garmarna (Szwecja). Przed koncertem nie omieszkałem bliżej zapoznać się z twórczością obu zespołów, gdyż znałem ją dość powierzchownie. Oczywiście lubię wszelkiej maści neofolk, dark folk, neoclassical czy neoclassical darkwave - zespoły pokroju Wardruna, Heilung, Dark Sanctuary, Elend, Tenhi, Vali, Der Blaue Reiter, Arcana, Empyrium, Forndom, The Moon and the Nightspirit, etc., jednakże zawsze celowałem w brzmienia bardzo melancholijne i refleksyjne. Jednakże wyszedłem po koncertach Trobar de Morte i Garmarna zachwycony.

Trobar de Morte to projekt Lady Morte, który powstał w 1999 roku i ma już na koncie kilka albumów studyjnych. Muzyka zespołu to dark pagan folk, czyli intrygujący miks muzyki średniowiecznej, etnicznej, neoclassical i neofolka. Zespół niejednokrotnie pojawiał się na słynnym niemieckim festiwalu gotyckim Wave Gotik Treffen, niemniej jednak nigdy wcześniej nie widziałem Hiszpanów na żywo. Ich magiczna i zrytualizowana muzyka inspirowana jest pogaństwem i uwielbieniem Natury. Brzmienia celtyckie i średniowieczne przeplatają się z wpływami orientalnymi. Zwraca uwagę bogactwo używanego przez utalentowanych muzyków instrumentarium np. skrzypce, hurdy-gurdy, dudy, flet, bouzouki,gitara akustyczna, itd. 

Koncert Trobar de Morte można określić jako zrytualizowany performance pełen tańców i rytuałów. I rzeczywiście kilkakrotnie na scenie pojawiła się profesjonalna tancerka Amaru Sabat, która wraz z Lady Morte tańczyła w trakcie występu. Wizualnie Trobar de Morte prezentują się po prostu zjawiskowo. Atmosferę tego niezwykłego show podkreślały kadziła, kielichy, miecze, maski i emisje dymu. Od muzyków emanowała radość grania, którą po prostu dało się wyczuć. Postaram się w przyszłości uzupełnić ich dyskografię, gdyż odpowiada mi także warstwa liryczna Trobar de Morte: nordyckie i celtyckie wierzenia, czarna magia, stare legendy i opowieści, zaklęcia i inkantacje. Dość powiedzieć, że na ostatnim albumie Hiszpanów "Book of Shadows" nie zabrakło coveru Wardruna "Helvegen".

Odsłuch: https://trobardemorte.bandcamp.com/album/the-book-of-shadows

W porównaniu do Trobar de Morte Szwedzi z Garmarna zaprezentowali się minimalistycznie, ale ich koncert także był piękny, dopracowany, energiczny, czasem delikatny i stonowany. Muzyka Garmarna (zespół powstał w 1990 roku, czyli na długo przed Wardruna czy Heilung) opiera się na starych skandynawskich balladach i tradycyjnych szwedzkich piosenkach folkowych. Także i tutaj usłyszymy skrzypce, gitary, hurdy-gurdy, perkusję, etc. Wokalistka Emma Hardelin naprawdę pięknie śpiewa po szwedzku. Zresztą tak jak w przypadku Trobar de Morte ze sceny emanowała radość grania, miłość do muzyki. 

Odsłuch: https://garmarna.bandcamp.com/

niedziela, 11 września 2022

Wiedeń: cmentarz Hietzing i grób malarza Gustawa Klimta

                                                       




















Na początku września miałem okazję krótko wizytować po raz kolejny Wiedeń. Zaowocowało to odwiedzeniem kilku nowych miejsc. Na pierwszy ogień pójdą dawny dom krwawej hrabiny Elżbiety Batory (udało się zajrzeć na jego podwórze, zazwyczaj zielone drzwi są zamknięte), mikronacja artystyczna Kugelmugel na wiedeńskim Praterze, cmentarz Hietzing, na którym spoczywa słynny austriacki malarz-secesjonista (skandalista) Gustaw Klimt (sporo cudownej sztuki funeralnej i prosty, by nie rzec minimalistyczny grób Klimta) oraz rotunda Narrenturm - ongiś szpital psychiatryczny, obecnie ciekawe muzeum patologiczno-anatomiczne z wieloma makabrycznymi eksponatami (wady letalne płodu, choroby układu odpornościowego, bakteryjne i wirusowe, pożerające tkanki nowotwory). Zdjęć ekspozycji nie mam zbyt wiele, bo generalnie nie wolno tam fotografować. Przy okazji polecam wcześniejszą galerię z wiedeńskiego cmentarzyka samobójców/topielców. Po powrocie do domu czekała na mnie przesyłka z fan.pl obejmująca albumy Shape of Despair (Finlandia, funeral doom), Funeral (Norwegia, epicki doom metal) i Dark Sanctuary (Francja, neoclassical darkwave). 

https://dtbbth.blogspot.com/2021/12/cmentarz-bezimiennych-friedhof-der.html

https://dtbbth.blogspot.com/2021/12/ungarisches-haus-wegierski-dom-elzbiety.html 

Przy okazji jeśli już tutaj zaglądacie to obczajcie zapowiedź nowego albumu Włochów z European Ghost - znakomitego zespołu darkwave/post-punkowego. 

https://www.youtube.com/watch?v=GTr1ne61bWM

sobota, 10 września 2022

Czerwony most w Luksemburgu

                                                    

Dzisiaj Światowy Dzień Zapobiegania Samobójstwom. Czytałem właśnie artykuł o słynnych miejscach, w których ludzie popełniają samobójstwa tzw. suicide spots. Zdesperowane jednostki rzucają się z mostów, wiaduktów, nadmorskich klifów, wysokich budynków, pod pociągi, skaczą do kraterów wulkanów (Mount Mihara w Japonii) czy umierają głęboko w lesie Aokigahara. Jednym z najsłynniejszych mostów samobójczych jest most Golden Gate w San Francisco, główny 'bohater' poruszającego dokumentu Erica Steele'a "The Bridge" z 2004 roku. Jednak moją uwagę przykuł inny most samobójców, Czerwony Most w Luksemburgu rozciągający się nad domostwami Pfaffenthal. W 1991 roku reżyserka Genevieve Mersh nakręciła o nim krótkometrażowy dokument "The Red Bridge". Nie mogę tego filmu nigdzie znaleźć, zatem będę bazował na jego opisach. W każdym razie do pewnego czasu Czerwony Most był miejscem wielu skoków samobójczych. Samobójcy spadali na tereny zamieszkiwane, do ogrodów, zdarzały się sytuacje, że ciała dziurawiły dachy domów. Dzieci chodzące do szkoły były świadkami udanych prób samobójczych. W filmie pada zdanie z ust jednego dziecka: "Czasem oni leżą na ulicy i wyglądają w porządku, lecz wiesz... oni są porozrywani w środku." Dość powiedzieć, że pomalowany na czerwono most przestał być mostem samobójców po premierze tego filmu, gdyż w 1993 roku zainstalowano na nim bariery z pleksiglasu, by zapobiec dalszym samobójstwom, a w 2017 roku zastąpiły je zabezpieczenia ze stali nierdzewnej. No i proszę. Tak można zredukować liczbę samobójstw i prób samobójczych w jednym miejscu do zera, ale zdesperowane jednostki znajdą inne sposoby, by zniknąć. Tak czy siak przypominające siatkę czy szklane bariery na mostach i w innych wysokościowych suicide spots są niezbędne, podobnie jak tabliczki z numerami linii kryzysowych czy informujące o tym, że zawsze jest inne wyjście z sytuacji niż to ostateczne. 

Przytoczę jeszcze jeden przykład. W sierpniu 2001 roku trzech chłopców w wieku 14, 17 i 18 lat skoczyło z ceglanego mostu kolejowego o wysokości 74 metrów pomiędzy Reichenbach a Plauen (Niemcy), tzw. wiaduktu Goltzsch. Samobójczy pakt, w którym lokalna policja doszukiwała się podłoża satanistycznego. W ich ślad poszły dwie 16-latki. Ta historia stała się kanwą niemieckiego filmu dokumentalnego "Diabolical Games" z 2002 roku. Ten największy ceglany most kolejowy na świecie z 1846-51 roku jest obecnie lepiej pilnowany przez policję. Ciekawe czy tak jest rzeczywiście.

Na zdjęciach Czerwony Most w Luksemburgu (zdj. Gerard Kieffer) oraz ostatnia fotografia 16-letniej kolejowej samobójczyni z Rosji Riny Palenkovej, którą zamieściła w 22 listopada 2015 roku w social mediach. Rina (oryginalnie Renata Kambolina) stała się przez pewien czas idolem dla młodocianych rosyjskich samobójców. Po dziś dzień aktywne dyskusje na jej temat toczą się chociażby na Reddit. 

Rozmowa. Umiejętność słuchania. Wykazanie zainteresowania. Niekiedy tyle wystarczy, by odwieść kogoś od zamiaru samobójstwa. Jednakże zdumiewa obojętność z jaką traktujemy się wzajemnie. Czasem mam wrażenie, że ludzi bardziej interesuje los krzywdzonych zwierząt (co oczywiście jest chwalebne) niż dobrostan psychiczny wyalienowanych i wrażliwych jednostek.

Aha, stuknęło mi milion wyświetleń. Całkiem nieźle jak na taki niszowy blog, który jeszcze chce mi się prowadzić. Niedługo wracam do koncertowego życia.

Tymczasem postępuje kontrofensywa Ukraińców w obwodzie charkowskim. Rosjanie są już wyparci bądź wypierani m.in. z Krupiańska, Izjum i Łymania. Mam nadzieję, że zostaną wyparci całkowicie z terytorium Ukrainy. Ciekawe co na to wszelkiej maści konserwatyści-rusofile i inni symetryści, dla których wrogiem numer jeden są NATO i 'zgniły' Zachód. Niezłe tempo kontrofensywy. Oby tak dalej.

Dzisiaj w odsłuchu ostatni album Valborg. Wściekły, brutalny, industrialno-punkowo-metalowy. Skrzyżowanie Godflesh z Triptykon. 

https://valborg.bandcamp.com/album/der-alte

środa, 31 sierpnia 2022

Zazda strasti/ Thirst of Passion (1991) - recenzja

                                               

W zamierzeniu blog niniejszy ma mieć zauważalny feeling gotycki, zatem często opisuję tutaj horrory z pieczołowicie oddanym klimatem grozy i niesamowitości. W dobie agresji Rosji na Ukrainę raczej wstrzymuję się z promocją rosyjskiej kultury, ale tym razem zrobię wyjątek. "Zazda strasti" aka "Thirst of Passion" to ciekawy przykład sowieckiego horroru. Film jak się zdaję mocno inspirowany gotyckim horrorem z lat 60-tych, filmami giallo Mario Bavy i Dario Argento (być może "Suspiria" z 1977 roku była tutaj główną inspiracją dla reżysera Andrieja Kharitonova) oraz odrealnionym surrealizmem Davida Lyncha. W szkole podstawowej uczyłem się trochę rosyjskiego, jednakże nie wszystko z fabuły "Thirst of Passion" byłem w stanie zrozumieć. Niemniej jednak obfitująca w nadprzyrodzone zdarzenia fabuła dotyczy morderstwa dokonanego na bogatej wdowie. Pewien odziany w długi płaszcz detektyw usiłuje rozwikłać zagadkę śmierci kobiety. W tym celu nawiązuje kontakt z jej kochankiem-lekarzem. Pojawia się także odziany w czerń i uwodzicielski doppelganger (sobowtór) zamordowanej. 

Horrory oglądam od wczesnych lat dzieciństwa, widziałem ich na przestrzeni lat tysiące, ale czasem trafiam na taką zapomnianą perełkę jak "Zazda strasti". Co mnie szczególnie urzekło w "Thirst of Passion"? Gęsta i znakomicie wykreowana atmosfera rodem z gotyckiego horroru (mroczne wnętrza pałacu, cmentarne alejki, pojawiające się znienacka ghoule, tudzież demony, zjawy [miałem tutaj skojarzenia z innym znakomitym gotycko-wampirycznym horrorem z USA "Lemora: A Child's Tale of the Supernatural" z 1973 roku], kwintesencja gotyku, czyli złowrogi, ale jakże uwodzicielski doppelganger, subtelna scena lesbijska), wreszcie całkiem krwawe sceny morderstw przypominające wysmakowane sceny śmierci z najlepszych gialli np. uduszenie młodej kobiety dłoniami w skórzanych rękawiczkach. Jeśli ktoś lubi Eurohorror (gotycką grozę i filmy giallo) to na pewno wychwyci wyraziste wypływy i inspiracje obecne w "Zazda strasti". Niedawno przybliżyłem tutaj belgijski "Malpertuis" z 1971 roku, film oniryczny i piękny, choć nie pozbawiony akcentów humorystycznych. "Thirst of Passion" to podobna, starannie utkana fantasmagoria, obraz, który urzeka odrealnionym nastrojem i nie pozwala się nudzić ani przez moment. 

Przy okazji polecam bardziej szczegółową recenzję znajomej z Kinomisji: 

https://www.pulpzine.pl/thirst-of-passion-1991-argento-po-radziecku/

Natomiast 1 września obejrzałem po raz pierwszy "Il caso Valdemar" (1936) - włoską adaptację noweli (opowieści niesamowitej) z 1845 roku autorstwa mistrza Edgara Allana Poe wyreżyserowaną przez Gianni Hoepli i Ubaldo Magnaghi. To w zasadzie pionierski film gore w historii kina grozy ze świetną sceną topienia się twarzy, której nie powstydziłby się maestro horroru Lucio Fulci. Hipnoza i rozkład ciała po przebudzeniu Ernesta Valdemara na łożu śmierci. Rewelacja!

Sami oceńcie: https://www.youtube.com/watch?v=f185kvknFV0

niedziela, 28 sierpnia 2022

Drugi numer zina Shades of Darkness

Zajrzałem ostatnio do jednego z poznańskich Empików, by pogrzebać w płytach CD.  Po bezsensownej likwidacji działów z płytami CD i winylami w Media Marktach pozostał tylko Empik, którego oferta płytowa jest po prostu biedna i powtarzalna. Pomijając wygórowane ceny na stoiskach płytowych Empiku rzadko trafiam na albumy, które mnie interesują. A interesuje mnie głównie muzyka niszowa (metal, brzmienia gotyckie, mroczna elektronika, etc.) Ok, można ewentualnie uzupełnić w Empiku dyskografię takich zespołów metalowych jak Kreator, Tankard, Saxon, Kat, Celtic Frost, Slayer, Megadeth czy Sepultura, ale na płyty z black metalem czy death metalem trafia się tam dość rzadko (oczywiście są wyjątki typu Vader, Decapitated, Cannibal Corpse, Satyricon). W każdym razie Empik nigdy nie miał startu do obfitości działów płytowych w Media Marktach. Tak czy owak, feralnego dnia kupiłem na CD Sisters of Mercy BBC Sessions (lata 1982-84) i dwa albumy Davida Bowie "Heroes" (1977) i "Reality" (2003). Jednocześnie rzucił mi się w oczy zin Shades of Darkness, który trochę mnie zaintrygował. 

Metalu zacząłem na dobre słuchać w latach 1995-96. Najpierw były teledyski kapel metalowych nagrywane na kasety video, potem przyszło kupowanie kaset magnetofonowych i pierwszych płyt CD, wreszcie uczestnictwo w pierwszych koncertach. Oprócz tego przez dłuższy okres czasu kupowałem Morbid Noizz, Thrash'em All czy Metal Hammer i pochłaniałem wywiady z muzykami. Od wielu lat nie kupowałem czasopism i zinów, gdyż wolałem skupić się na czytaniu książek i kupowaniu płyt CD ulubionych wykonawców. W tym roku jednak coś się zmieniło. Najpierw przeczytałem od deski do deski zina Kinomisja o nurcie giallo (zin filmowy), a teraz zacząłem czytać Shades of Darkness, który kupiłem kilka dni temu. Zaintrygowała mnie jego grubość i zawartość. Przykładowo Watain, Unleashed, Marduk, Immolation... hmm, wszystkie te zespoły wciąż cenię, choć obecnie nie siedzę w ciężkich brzmieniach tak intensywnie jak kiedyś. Przerzuciłem się na szeroko pojęte brzmienia gotyckie (dark electro, EBM, post-punk, darkwave, rock gotycki, industrial, coldwave, death rock) z domieszką neofolka i neoclassical, ale o metalu nie zapomniałem i raczej już nigdy nie zapomnę. Ciężko bowiem trwale odseparować się od muzyki, która ukształtowała mnie światopoglądowo w młodości. Nigdy tego nie zrobię. Wiadomo jednak, że gusta muzyczne stale ewoluują. Nie są twardym monolitem.

Na razie przeczytałem kilka wywiadów w Shades of Darkness (co ciekawe, wypytujący muzyków Woland mieszka pod Poznaniem) i jest dobrze. Dziś na pewno zabiorę się za wywiad z Einarem Selvikiem z Wardruna. Same wywiady są ciekawe, pogłębione, niebanalne, wnikliwie przeprowadzone, przypominają mi nieco sposób wypytywania muzyków w  zinie Bardo Methodology. Cieszy mnie inicjatywa wydawania zinów takich jak Kinomisja czy Shades of Darkness, ponieważ tworzą je zapaleńcy, fascynaci. Tkwi w tym ogromny zapał, chęć zagłębienia się w twórczość danego artysty, dowiedzenia się co nim kieruje. W Shades of Darkness nacisk jest głównie na black metal i death metal, jednakże mam nadzieję, że z czasem zagoszczą tam także kapele doom metalowe czy idąc dalej gotyckie. Ale to są akurat moje preferencje muzyczne, które niekoniecznie muszą kolidować z preferencjami muzycznymi innych.

Fajnie, że nadal ktoś w Polsce tworzy ziny. Sam wielokrotnie kwestionowałem sens pisania na tym blogu, choć jakichś odbiorców niewątpliwie mam. Jednakże blogowanie nie może już konkurować z podcastami, filmikami na Instagramie czy TikToku. Mam wrażenie, że duży odsetek odbiorców woli oglądać i słuchać, niż czytać. Tyle na dzisiaj. Shades of Darkness polecam.A Filipowi "Welandowi" Kowalczukowi życzę powodzenia w dalszym tworzeniu kolejnych numerów. Dobra robota! Do zobaczenia na jakimś koncercie metalowym w Poznaniu.

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Wywody profesora Roszkowskiego o muzyce i śmierć córki Aleksandra Dugina

                                               

W ostatnim czasie ograniczyłem nieco aktywność blogerską, gdyż mam dużo ważniejszych spraw na głowie. Z uwagą jednak śledzę rozmaite wydarzenia, które mają ostatnio miejsce (katastrofę ekologiczną na Odrze i inercję polskiego rządu w tej sprawie, tak jakby chciał zamieść tą tragedię pod dywan, rozmaite sprawy kryminalne, etc.) Postaram się jednak skomentować dwa wydarzenia w Polsce i Rosji.

Ostatnio zaroiło się w sieci od memów i złośliwych komentarzy pod adresem pseudonaukowego podręcznika profesora Wojciecha Roszkowskiego "1945-1979: Historia i teraźniejszość" przeznaczonego dla liceów i techników. Nie będę się nad nim pastwił, bo inni już wnikliwie to zrobili. Natomiast mocno rozbawiły mnie jako muzykofila cytaty muzyczne z poprzedniej alarmistycznej książki Roszkowskiego z 2019 roku "Roztrzaskane lustro: Upadek cywilizacji zachodniej". Autor upatruje wszelkiego zła i zgnilizny moralnej w kulturze masowej lat  70-tych, 80-tych i 90-tych m.in. w Black Sabbath, Madonnie, Michaelu Jacksonie, Nicku Cave, Eminemie, Marilynie Mansonie, punk rocku, thrash metalu, death metalu czy black metalu. Drażnią go alkoholizm, narkotyki, erotyka i seks obecne w pop-kulturze. Przejawem moralnej degrengolady jest także "flirt z Szatanem" obecny m.in. w "Sympathy for the Devil" (1968) The Rolling Stones oraz m.in. muzyka Nick Cave and the Bad Seeds. Profesora niepokoi 'agresywny nihilizm' wielu wykonawców muzycznych. Doprawdy jest się czego bać.

Oczywiście Roszkowski wojuje też z szeroko pojętą muzyką metalową/industrial rockową będącą 'nośnikiem' treści satanistycznych. Dostaje się takim zespołom jak Megadeth (w książce błędnie Megadeath), Metallica, Nine Inch Nails (za kawałek "Big Man with a Gun", dobrze, że profesor nie dokopał się do teledysków z "Broken" :-)), Rammstein, Marilyn Manson, Behemoth, Judas Priest, Iron Maiden czy Venom. Thrash metal to dla niego 'śmieciowa' odmiana gatunku (oj, przydałyby się dla Roszkowskiego korki z angielskiego), black metal (Mayhem, Satyricon) to wyłącznie metal 'satanistyczny', a death metal (Possessed) 'śmiercionośny'. O black metalu tak profesor pisze: "To istotnie rodzaj opętania hałasem, chrapliwymi wrzaskami solistów, malujących się w upiorne kolory, wykrzykujących wśród migotania laserowych świateł słowa pełne nienawiści i agresji oraz wykonujących gesty sprośne i bluźniercze". Liryki zespołów takich jak Dark Funeral, Blasphemy, Hellhammer czy Impaled Nazarene mają zachęcać słuchaczy do samobójstwa. Umoralniająca diagnoza rodem z kościelnej gazetki albo portalu Fronda. Dobrze, że profesor nie odkrył jeszcze industrialu, noise'a czy EBM/aggrotech.

Osobiście lubię agresywną i mroczną muzykę i będę wręcz zachęcał młodzież do jej słuchania. Ba, gdybym nie znał żadnego z wymienionych tutaj zespołów/wykonawców to taki umoralniający i zacofany wywód skłoniłby mnie do natychmiastowego sięgnięcia po nie. I sprawdzenia czy ten diabeł jest taki straszny, jak go malują. Jak wiadomo zakazany owoc smakuje najlepiej. Czyli efekt odwrotny od zamierzonego. Pokazałem cytaty z tej książki znajomej gotce. Określiła to trafnie: "Mentalne średniowiecze." Myślę jednak, że pokaźna część młodzieży nie da się na te konserwatywne brednie nabrać. Opętanie hałasem? Czemu nie? 

I jeszcze jedno. Gdy czytam wypowiedzi ministra edukacji Czarnka takie jak przytoczona w nawiasach („Tak, to jest wojna kulturowa, w pełnym tego słowa znaczeniu, co więcej, znaleźliśmy się na froncie tej wojny, dlatego tak to wygląda. Jest to walka o świadomość młodych pokoleń, przecież nie przez przypadek nie uczono ich wcześniej o tym, co się działo pod koniec II wojny światowej i po II wojnie światowej, w drugiej połowie XX wieku i na początku XXI wieku”) to jestem zdania, że przydałoby się Polsce otrzeźwienie w postaci sekularyzacji. Ten proces już zachodzi. Kropla systematycznie drąży skałę. Przejawem patriotyzmu nie jest dla mnie katolicki fundamentalizm, ale np. ochrona polskich rzek i dbałość o rodzimą przyrodę. To jest dla mnie prawdziwe dziedzictwo narodowe, a nie narzucona nam jedna z wielu monoteistycznych religii.

Także wbrew twierdzeniom profesora Roszkowskiego dalej słuchajcie metalu, industrialu, punka, hip-hopu, muzyki gotyckiej - jakiejkolwiek muzyki kontrkulturowej, która jest uznawana przez boomerów za społecznie szkodliwą. Np. Kampfar z Norwegii. Zapowiada się świetny album, pełen jadu i agresji.

https://kampfarofnorway.bandcamp.com/album/til-klovers-takt-2

Albo amerykański Psyclon Nine. Mroczna elektronika z domieszką industrial metalu, choć nieco stonowana w porównaniu do poprzednich albumów zespołu.

https://psyclonnine.bandcamp.com/album/less-to-heaven 

Kolejna kwestia, która mnie zaintrygowała to sobotni zamach na Darię Duginę, córkę radykalnie prawicowego rosyjskiego filozofa Aleksandra Dugina. Zamach udany. Reprezentująca i w pełni aprobująca radykalne poglądy ojca dziewczyna zginęła w eksplozji samochodu terenowego, choć miał zginąć Dugin. Mam wrażenie, że 'rewolucja zaczyna pożerać własne dzieci' w Rosji, w której czystki wśród swoich były, są i będą niechlubną tradycją. Być może to wewnętrzna robota FSB, szczerze wątpię, że to zrobili Ukraińcy. Zapewne wpierw zaczęliby eliminować oprawców z Buczy, Hostomela i Irpienia. Niemniej jednak widok zaszokowanego Dugina dał mi do myślenia. Fajnie się głosi radykalne poglądy w zaciszu gabinetów, w propagandowych mediach czy na zlotach, jednak gdy przychodzi konfrontacja z nagłą śmiercią osoby bliskiej powodująca ogromne cierpienie psychiczne wówczas pojawia się szok i niedowierzanie. Imperialiści, autokraci, wszelkiej maści radykałowie polityczni też nie są nieśmiertelni. Wątpię, że postawa Dugina po tym zamachu się zmieni. Pewnie nadal będzie nawoływał do masowego mordu na Ukraińcach i kwestionował istnienie suwerennej Polski. Oczywiście chciałbym się w tej materii mylić. Bo śmierć to często zimny prysznic i długotrwała trauma pozwalająca zrewidować stanowisko na wiele spraw. Jedno jest pewne: życie w autokratycznym kraju wszechobecnej propagandy, inwigilacji, donosów, terroru i czystek nie jest fajnym doświadczeniem. Już Orwell o tym ostrzegał. 

Oczywiście już FSB znalazło winną śmierci Duginy  - rzekomego szpiega płci żeńskiej z Ukrainy. Moim zdaniem 24 sierpnia można będzie spodziewać się dalszej eskalacji wojny na Ukrainie. Mord na Darii to także próba zmobilizowania narodu do wojny z Ukrainą mająca na celu przykryć problemy z produkcją nowego sprzętu wojskowego i mobilizacją kolejnego mięsa armatniego z rozmaitych rosyjskich bantustanów. Oby nie doszło do jakiejś prowokacji Rosjan w elektrowni jądrowej Zaporoże.

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

Malpertuis (1971) - recenzja

                                      

Młodziutki marynarz Jan (Mathieu Carriere) poszukując rodzinnego domu zostaje porwany w tajemniczych okolicznościach i budzi się w posępnej rezydencji zwanej Malpertuis. Dziwnym i odrealnionym domostwie, które zaludniają szalone i groteskowe postaci. Domostwie pełnym labiryntowych korytarzy, spiralnych schodów i przyprawiających o dreszcze tajemnic. Jego przykuty do łóżka wujek-okultysta Kasawiusz (genialny Orson Welles) zwołuje wszystkich, by podyktować im testament. Uczestnicy spotkania mają zamieszkać w Malpertuis, nikt nie może rezydencji opuścić...

Starałem się zbytnio nie spoilerować, zatem ograniczyłem się jedynie do przedstawienia zarysu fabuły. "Malpertuis" to adaptacja onirycznej powieści fantasy/horror Jean Ray z 1943 roku. Jeśli mieliście okazję ją kiedyś czytać, to tym bardziej zachęcam do zapoznania się z jej belgijsko-holenderską adaptacją z 1971 roku. Z prostego powodu: to jeden z esencjonalnych gotyckich filmów fantasy z elementami horroru z lat 70-tych. Film ogromnie wysmakowany, stylowy, doskonale zagrany i zrealizowany. Harry Kümel wyreżyserował w 1971 roku także świetny lesbijski horror wampiryczny "Daughters of Darkness", który można śmiało uznać za prekursora "Zagadki nieśmiertelności" (1983).  Podobnie jak w "Dzieciach nocy" także i w "Malpertuis" jest mnóstwo efektownej gotyckiej atmosfery grozy i niesamowitości oraz nieco uwodzicielskiej erotyki i seksualnego napięcia. Film jest także bogaty w symbolizm i oniryzm rodem z "Alicji w Krainie Czarów" Lewisa Carrolla.

Labirynt fantasmagorycznego szaleństwa. Uwielbiam!

Fani Eurohorroru i filmowego surrealizmu muszą zobaczyć ten w gruncie rzeczy raczej mało znany film.  

"I Am Love" "I Am Death" - Jestem miłością. Jestem śmiercią. 

Link do obejrzenia "Malpertuis":

https://www.youtube.com/watch?v=8TWOSn130ac