wtorek, 13 sierpnia 2013

Pokrzyk wilcza jagoda (Atropa Belladonna)




















Wszyscy zapewne pamiętają bajkę o Królewnie Śnieżce, dziewczynce o włosach czarniejszych niż noc, skórze białej niczym śnieg i ustach czerwonych niczym krew. Nowa żona ojca Śnieżki tak bardzo ją znienawidziła, że usiłowała zabić dziewczynkę na różne sposoby m.in podając jej jabłko przyprawione wilczą jagodą. Sama nazwa Belladonna znaczy tyle, co "piękna kobieta". Urodziwe Rzymianki, aby być jeszcze piękniejszymi skraplały sobie źrenice Belladonną, co sprzyjało ich rozszerzaniu i nadawaniu im blasku (tzw. "sarnie oczy"). Oraz jaskrze w przyszłości.

Pierwszy łaciński człon tej trującej rośliny z rodziny psiankowatych odnosi się do Atropos, najstarszej z trzech Mojr, która obcinała nić życia. Pokrzyk wilcza jagoda związana jest także z czarodziejką Circe, demoniczną femme fatale, skuteczną uwodzicielką. Roślinę niniejszą kojarzono z Diabłem, była też składnikiem maści czarownic. Niektóre legendy mówią, że Szatan tak sobie ukochał Atropę Belladonnę, że pozostawia ją niepilnowaną jedynie w Noc Walpurgii, aby dołączyć do sabatu wiedźm. Rzymscy kapłani pili napar z Belladonny przed inwokacją bogini wojny Bellony, a do wina z bacchanaliów dodawano sok z Belladonny.

Charakterystyka: ciemnozielone, duże, owalne liście, kwiaty brunatnofioletowej barwy, silne trujące ciemne jagody, których zjedzenie może zabić. Skład: alkaloidy tropanowe (atropina, hioscyjamina i skopolamina). Atropina poraża ośrodkowy układ nerwowy przyśpieszając bicie serca i tempo oddychania. Tętno po zatruciu przyśpiesza, wzrasta temperatura ciała, pojawiają się halucynacje i silne stany psychotyczne, suchość w ustach, światłowstręt na skutek rozszerzenia źrenic, przy dużych dawkach śpiączka kończąca się zgonem. Atropina jest antagonistą acetylocholiny znosząc jej działanie. Hioscyjamina działa dwa razy silniej niż atropina. Skopolamina wycisza, osłabia wolę, skutkiem jej zażywania są omamy i stany psychotyczne.

http://www.thepoisongarden.co.uk/atoz/atropa_belladonna.htm

Ziele Szatana, nie ma co...

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Muzycznie: Hexvessel i Sui Generis Umbra





Właśnie dowiedziałem się z Facebooka Sui Generis Umbra, że możliwy jest reunion zespołu w składzie Maciej Niedzielski (muzyka) i ELL (wokale). To dobra wiadomość, gdyż cenię sobie twórczość SGU, zwłaszcza płytę "Amok" (2004) za jej nieszablonową wściekłość i pełną amoku furię wokalną Elizy. A zresztą któż z fanów mrocznych muzycznych przestrzeni nie pamięta obłędnego teledysku do "Comayhem"? Wszystkie pozostałe płyty SUI: "Ater" (1999, wydana jeszcze pod szyldem Umbra) oraz "Coma" (2003) też są warte posłuchania, niemniej to do "Amok" wracam najczęściej. Jestem ciekaw kiedy zreformowana na nowo SGU nagra nowy materiał, jaki on będzie oraz kiedy trasa koncertowa. Muzyka Sui Generis Umbra była mroczna, antychrześcijańska, szaleńcza i jednocześnie cholernie transowa. Cóż, pozostaje mi tylko czekać na nową odsłonę SGU...

http://www.youtube.com/watch?v=CGJsccZCCuA
https://www.facebook.com/SuiGenerisUmbra

A o Hexvessel miałem zamiar już od dawna napisać coś więcej, gdyż dziś wróciłem wspomnieniami do koncertu tej fińskiej grupy w poznańskiej Minodze w kwietniu 2013 roku. Hexvessel powstał w 2009 roku w Finlandii z inicjatywy Matthew "Khvosta" McNerneya, ongiś znanego z black metalowych Code i Dodheimsgard. Zespół ma na swoim koncie dwa długograje "Dawnbearer" (2009) i "No Holier Temple" (2012) oraz dwie EP-ki "Vainolainen" (2012) i "Iron Marsh" (2013). Twórczość Hexvessel można scharakteryzować jako psychodeliczny neo-folk będący natchnionym hołdem dla Natury z elementami progresywnego rocka. Piękna neo-folkowa praca gitar a la wczesne Tenhi czy October Falls, delikatna perkusja, gdzieniegdzie pobrzmiewają saksofon (genialny "Woods to Conjure", do którego nakręcono teledysk), smyczki, pianino czy klawisze. Wszystko utopione jest w charakterystycznej dla lat 70-tych analogowej psychodelii i w pogańskim uwielbieniu dla przyrody. Fenomenalne wokale Khvosta są jakby skrzyżowaniem Steve'a Wilsona z Porcupine Tree z Garmem z Ulver. Muzyka Hexvessel to obfitująca w niespodzianki wędrówka przez coraz bardziej gęstniejący las, gdzie wszystko może się zdarzyć... w dodatku wzory graficzne t-shirtów Hexvessel ma fenomenalne (posiadam jeden t-shirt zespołu w kolekcji!).

http://www.youtube.com/watch?v=wHqWD7Ys_rE

Genesee Hotel: Historia pewnego zdjęcia i samobójstwa


























8 maja 1942 roku 35-letnia Mary Miller zameldowała się w hotelu Genesee jako "M. Miller, Chicago." Weszła do damskiej toalety (hotele w latach 40-tych nie miały zindywidualizowanych łazienek pokojowych tak jak obecnie), zamknęła drzwi od wewnątrz, po czym wspięła się na krawędź okna znajdującego się na ósmym piętrze. W tym samym czasie na miejscu znalazł się przypadkiem fotograf Buffalo Courier Express I. Russell Sorgi. Kiedy skoczyła chwycił za aparat i na wysokości trzeciego/drugiego piętra uwiecznił śmiertelny lot Mary ku ziemi...

Mary Miller mieszkała wraz z siostrą w Buffalo. Powiedziała siostrze, że jedzie do Indiany z wizytą do krewnych. Policjantka w spódnicy wbiegająca do hotelu próbuje bezowocnie powstrzymać samobójstwo, mężczyzna siedzący w kawiarni nie ma pojęcia, co się dzieje. Wreszcie Mary Miller... oddała skok w spokoju nurkując ku ziemi, wiatr rozwiał jej spódnice odsłaniając bieliznę... zdjęcie jest tragiczne, ale jednocześnie jest w nim coś magicznego... wygląda niczym jakiś trik cyrkowy/filmowy.

A dzisiaj? Można popełnić samobójstwo wirtualne (cyber-samobójstwo) pokazując je światu. Tak zrobił 11 października 2010 roku 21-letni Szwed Marcus Jannes (na zdjęciu), zmagający się z samotnością, zespołem Aspergera i depresją. Wpierw obwieścił o swoich planach na internetowym forum, po czym zaaplikował sobie środki przeciwbólowe (dexofen i paracetamol) i wypróbował pętlę na szyję. Włączył kamerę z programem wrzucającym co 2 sekundy ujęcie na serwer FTP, dostarczył portu IP i loginu tuż przed samobójstwem. W chwili samobójstwa, dla dodania sobie odwagi miał na sobie koszulkę z napisem "Just Do It". Wieszając się był zdeterminowany, by umrzeć... jego śmierć na żywo do tej pory obejrzały tysiące internautów. Szwedzka policja zaalarmowana przez forumowiczów dotarła na miejsce zdarzenia po 20 minutach. Za późno...

Paryska kacheksja
























Zdjęcia niniejsze opublikowano w Paryżu w roku 1892 roku. Jest w nich coś przerażającego i smutnego zarazem. Młoda kobieta pod wpływem anoreksji (jadłowstrętu), czyli obniżenia apetytu spowodowanego zmniejszeniem ilości spożywanych pokarmów przestała jeść, czym doprowadziła się do kacheksji (wyniszczenia). Kacheksja to brak apetytu i spadek masy ciała towarzyszące nieprawidłowościom metabolicznym. Inaczej mówiąc, postępujący fizyczny zanik organizmu. Kacheksja (wyniszczenie) towarzyszy nowotworom żołądka, płuc, trzustki czy chłoniaków nieziarniczych. Pod wpływem niechęci do jedzenia ciało odmawia posłuszeństwa, a umysł zaczyna trawić depresja...

niedziela, 11 sierpnia 2013

Kłopoty z gwiazdą Matuzalem






















HD 140283. Zwana także gwiazdą Matuzalem. Znajduje się w odległości 190.1 milionów lat świetlnych od Ziemi. Jest do tej pory odkrytą najstarszą gwiazdą we Wszechświecie. Jej wiek początkowo oceniano na 14-15 miliardów lat, co stanowi oczywistą sprzeczność z teorią Wielkiego Wybuchu, z której wynika, że Wszechświat liczy 13.8 miliarda lat. Po ustaleniu danych na temat odległości, jasności, składu i wewnętrznej struktury gwiazdy Matuzalem wiek HD 140283 ustalono na 14.5 miliarda lat plus minus 800 milionów lat, co sprawia że gwiazda licząc wiekowo 13.7 miliarda lat jest nieco młodsza od Wszechświata. Nieco... Dalsze obserwacje mogą jeszcze obniżyć jej szacowany wiek. Niemniej znowuż pojawia się jakże nielubiana przez astronomów i kosmologów niepewność. Z drugiej strony nauka jest rewizjonistyczna, prezentowane dane są reinterpretowane, zmieniane, uściślane, etc.

HD 140283 znana była już od stulecia. Porusza się z prędkością 1.3 miliona km/h i nadyma się obecnie w czerwonego olbrzyma. Urodziła się prawdopodobnie w galaktyce karłowatej, która została połknięta przez Drogę Mleczną w akcie kosmicznego kanibalizmu.

Wypatrujcie w najbliższych dniach sierpnia roju Perseid. Ma być wyjątkowo liczny. :-)

sobota, 10 sierpnia 2013

Aurora Borealis w blasku wulkanicznej lawy




















Anulowanie 108 000 lotów w ciągu 8 dni. Zamknięcie przestrzeni powietrznej nad terytoriami dwudziestu europejskich krajów. Setki tysięcy pasażerów bezradnie koczujących na lotniskach. Na wawelski pogrzeb prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki Marii Kaczyńskiej, mający miejsce 18 kwietnia 2010 roku nie docierają m.in. Barack Obama, Nicolas Sarkozy, Angela Merkel oraz delegacje z Indii, Korei Południowej, Meksyku, Pakistanu i Nowej Zelandii. Kryzys w lotniczym eksporcie i imporcie kwiatów, owoców, leków, sprzętu elektronicznego i komputerowego. Straty poniesione przez linie lotnicze sięgnęły wysokości 1.3 miliarda euro. Minęły dwa lata od erupcji islandzkiego wulkanu Eyjafjallajökull, która na ponad tydzień pogrążyła w impasie europejski transport lotniczy i pasażerski.

Erupcja podlodowcowego wulkanu Eyjafjallajökull rozpoczęła się 21 marca 2010 roku i początkowo miała niegroźny charakter hawajski z malowniczymi fontannami bazaltowej lawy, a co za tym idzie stała się nie lada atrakcją turystyczną na Islandii. 13 kwietnia miała miejsce faza eksplozywna erupcji Eyjafjallajökull generująca olbrzymie chmury popiołu sięgające w połowie kwietnia wysokości 7-9 km.

Jeszcze zanim stanęły lotniska i samoloty brytyjski fotograf James Appleton udał się na Islandię, aby sfotografować efuzję lawy. Na miejsce dotarł na początku kwietnia przed zamknięciem wulkanu dla ciekawskich. Cztery noce spędził w chatce, która mieściła się w odległości zaledwie jednego kilometra od tryskającej lawą szczeliny Fimmvörduháls. Drugiego dnia pobytu na Eyjafjallajökull udało mu się uchwycić dwa różnorodne źródła światła: erupcję lawy oraz północną zorzę polarną (Aurora Borealis, Nordlicht). Dobrze wyjaśniona istota powstawania zjawiska Aurory Borealis jest tutaj:

http://hornsund.igf.edu.pl/tmo/grenlandia/gl/zorza.html

W skrócie: naładowane cząsteczki wiatru słonecznego docierają do ziemskiej magnetosfery, tam zostają porwane przez planetarne pole magnetyczne, po czym pędzą w dół rozbijając atomy gazów atmosferycznych i emitując fotony. Kolory zorzy: zieleń (świeci tlen), ale także czerwień (azot), purpura (azot), fiolet (hel), niebieski (wodór). Zorze polarne zaobserwowano również na wszystkich gazowych olbrzymach: Jowiszu, Saturnie, Uranie i Neptunie, teoretycznie mogą też występować na posiadających magnetosferę egzoplanetach.

Mitologicznie:

- mitologia fińska (Aurora Borealis czyli Revontulet, Ognie Lisa), starożytny fiński mit mówił, że światła powstawały na skutek zamiatania śniegu ogonem lisa, śnieg leciał wysoko w niebo i powstawała zorza. Żyjący w Laplandii Saami (oficjalnie Północna Finlandia, Szwecja, Norwegia) wierzyli, że północne światła były energiami dusz umarłych. Kiedy zorza pojawiała się na niebie ludzie byli obowiązani zachowywać się uroczyście, a dzieci powinny zachowywać się cicho i z respektem. Brak szacunku wobec świetlistych wywijasów skutkował nieszczęściem, a nawet śmiercią. Wierzono, że ognie miały magiczną moc, szamańskie bębny często posiadały runy, aby okiełznać energię ogni (świateł zorzy). Światła wyciszały konflikty, a zagwizdanie pod nimi pozwalało na bliższe wezwanie Aurory.
- w norweskim folklorze światła były duchami starych panien tańczących i falujących na nieboskłonie. Eskimosi także łączyli Północne Światła z tańcem, podobnież Szkoci ('Weseli Tancerze'). Ci pierwsi zamieszkujący północną Grenlandię odnosili światła do zjaw dzieci, które umarły w momencie urodzenia: ich taniec powodował taniec świateł na niebie. Indianie Salteaus (północna Kanada) oraz Kwakiutl i Tlingit (południowo-wschodnia Alaska) wierzyli, że światła to ludzkie zjawy, natomiast Eskimosi zamieszkujący dolny bieg rzeki Yukon uznawali, że chodzi o zjawy zwierzęce.
- Wiara, że Północne Światła zostały spowodowane przez antycznych herosów walczących na niebie sięga czasów Pliniusza. Według starożytnych Greków Aurora na niebie była zapowiedzią wojny i zarazy. Tacyt w "Germanii" wskazuje, że światła były Walkiriami mknącymi przez niebo. Indianie Fox z Wisconsin wierzyli, że Północne Światła stanowiły zły omen, gdyż miały reprezentować duchy pokonanych wrogów czekające na okazję do zemsty.

piątek, 9 sierpnia 2013

Ukonkivi, ceremonialna wyspa




















Z cyklu ciekawe miejsca tym razem fińska wyspa Ukonkivi/ Ukko znajdująca się na jeziorze Inari 11 km od wioski Inari. To starożytne miejsce do składnia ofiar przez etniczną grupę Inari Saami. Ofiary miały postać żywności, łownego ptactwa, kosztowności i rogów. Zabierano je na Ukonkivi, aby przebłagać boga nieba i grzmotu Ukko i tym samym zapewnić dobre łowy. W pobliżu Ukko znajdują się dwie Wyspy Cmentarne (Hautuumaasaaret), na których wciąż widać stare drewniane krzyże. Na obie wyspy nie wolno schodzić z pokładu łodzi. W 1873 roku brytyjski archeolog Arthur Evans odnalazł w jaskini na Ukko fragment srebrnej biżuterii.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Northaunt: Poza horyzont postrzegania




Dziś o płycie "Horizons" (2006) norweskiego projektu dark ambientowego Northaunt, płycie absolutnie mrocznej, zimnej i jednocześnie ogromnie wciągającej. To chyba mój ulubiony album dark ambientowy w ogóle. Northaunt w tym akurat przypadku zrezygnował niemal kompletnie z akustycznych melodii gitarowych i słowa mówionego na rzecz doskonałej porcji zimnego niczym syberyjski mróz dark ambientu. Tematycznie "Horizons" opowiada o izolacji jednostki, pustce, rozdzierającej samotności. Kiedy już przywiążemy się do kogoś bez względu na to, co robimy ten ktoś nas prędzej czy później opuści. Tym samym wędrujemy przez ciemność, a kiedy już dostrzeżemy światełko w tunelu ono i tak nam ucieknie. W "Until Dawn Do Us Part" po trzech minutach trwania pojawia się piękna melodia. Z kolei "Night Came to Us" to 14-minutowy dark ambientowy kolos przesycony odgłosami gwałtownej ulewy, zamykanych drzwi, dzwonów kościelnych czy odgłosów przypominających echo kroków gdzieś w oddali. Złowieszcze magnum opus! "The Autumn Sky" to jakby preludium przed mroźną norweską zimą; melancholijny dark ambientowy memoriał dla zamkniętej w cyklu życia i śmierci przyrody. "Night Alone" - lodowe sople, śnieżna zawieja, niegościnność zimy, niekończące się opady i rozległe morze mgieł nad horyzontem, wszędzie widać jedynie zszarzałe cienie, takie mam skojarzenia przy tym kawałku. Ostatnie 2 minuty "The Wilderness" uświadamiają mi, że jednak jest gdzieś tam nadzieja, snop światła przebijający się przez mare tenebrarum, latarnia morska na samotnej, smaganej przez oddech oceanu wysepce. "Horizons" to kwintesencja atmosferycznego dark ambientu. Każdy, kto mieni się fanem mrocznych muzycznych przestrzeni musi ten album znać.

https://www.youtube.com/watch?v=Nl3ZnhYaBjs

środa, 7 sierpnia 2013

Arktau Eos: W objęciach rytualnego dark ambientu




















Dopiero zagłębiam się w twórczość fińskiego projektu ritual dark ambient/dronowego Arktau Eos, w którym maczają palce muzycy Dolorian i Halo Manash. I muszę przyznać, że muzyka bardzo mi się podoba. Generalnie dark ambient pozwala mi wejść w odmienne stany świadomości, poczuć coś na kształt zniewolenia mrokiem wylewającym się z dark ambientowych pasaży. Muzyka Arktau Eos hipnotyzuje somnambulicznym nastrojem grozy i ezoterycznych rytuałów Thelemy. Cicha, nawiedzona, minimalistyczna, czasem dronująca, ale też noisowa, pozbawiona wokali. Dla wielbicieli black metalu i muzyki eksperymentalnej Arktau Eos będzie nie lada odkryciem (tak jak jest dla mnie). Arktau Eos tworzą A.Ioh.L. i A.Ioh, a ich dyskografia obejmuje następujące albumy i EP-ki: "Mirrorion" (2006), "Ai Ma Ra" (2009), "Unworeldes" (2012) oraz "Ioh-Maera" (2012).

Szczypta Arktau Eos do posłuchania - "Quickening the Crystal Body" z albumu "Mirrorion" (2006). Jako oprawa wizualna surrealistyczny koszmar "Begotten" (1990) E. Eliasa Merighe (scena samobójczego rozpruwania Boga) - film, który gorąco polecam miłośnikom wszelkiej maści eksperymentalnych transgresji. Po prostu furia wyobraźni i artystyczna przemoc. 

http://www.youtube.com/watch?v=0vpuktvXSDk 

Muzykę Arktau Eos porównuję do Velehentor, Sutekh Hexen i Gnaw Their Tongues.

niedziela, 4 sierpnia 2013

Islandzka głębia i walka o przetrwanie







Niesamowita historia miała miejsce 29 lat temu 11 marca 1984 roku. Około godziny 11 w nocy 5 km na wschód od Stórhöfði na Heimaey (największej wyspie archipelagu Vestmann) wywrócił się do góry dnem kuter "Hellisey VE 503". Trójce marynarzy z pięcioosobowej załogi udało się wspiąć na kil zatopionego kutra, który po 45 minutach pochłonęły fale. Temperatura powietrza wynosiła -2 stopnie Celsjusza, morza 5 stopni Celsjusza. Z trójki ocalałych marynarzy przetrwał jedynie 22-letni sternik Guðlaugur Friðþórsson, pozostała dwójka umarła z wyziębienia i wyczerpania. Płynął przed siebie w zimnej wodzie Północnego Atlantyku, w której jego organizm powinien wytrzymać góra pół godziny. Kiedy Guðlaugur zrozumiał, że jest sam stał się skoncentrowany na przetrwaniu. Kierował się na zachód, w kierunku świateł latarni morskiej Heimaey. Rozmawiał z towarzyszącymi mu mewami. W ciągu 6 godzin dopłynął do wyspy... ku ocaleniu.

Guðlaugur miał na sobie dżinsy, koszulkę i sweter, nie miał obuwia. W trakcie walki o przetrwanie minęła go łódź rybacka, ale nikt z pokładu nie zauważył człowieka w wodzie. Nawet gdy dotarł na brzeg wulkanicznej Heimaey musiał wrócić do wody, aby opłynąć strzelisty klif. Potem już po wejściu na ląd wędrował gołymi stopami po polu wulkanicznej lawy, co skutkowało straszliwymi okaleczeniami i utratą krwi. Rozbił dłonią zamarznięty lód w wannie z wodą przeznaczoną dla owiec, aby się napić. 12 marca o godzinie 6.55 rano dotarł w wilgotnych ciuchach do domostw Heimaey. Po przebadaniu przez lekarzy temperatury ciała Guðlaugura okazało się, że wynosiła ona minimum 34 stopnie Celsjusza. Jednak przeżył. Przeżył dzięki ogromnej odwadze i determinacji, ale też dzięki swojemu tłuszczowi, który był zbliżony do tłuszczu foki.

Fascynującą historię Gulliego opowiada islandzki dramat "Głębia" w reżyserii Baltasara Kolmakura. Są pewne drobne różnice np. trawler rybacki nazywa się "Breki". Pięknie pokazana zostaje wulkaniczna wyspa Heimaey i zamieszkująca ją mała społeczność. Gulli, gdy już prawie ma opaść w głębiny przypomina sobie moment z dzieciństwa. W 1973 roku na Heimaey doszło do malowniczej erupcji wulkanicznej. Powstał stożek Eldfell (Góra Ognia), który wygenerował olbrzymie ilości lawy i popiołu. Erupcja wulkaniczna na Heimaey doprowadziła do ewakuacji na Islandię całej społeczności wyspiarskiej. Ludzie z czasem powrócili na wyspę i wspólną pracą odbudowali miasto i oczyścili je z wulkanicznego popiołu. Dlatego też Gulli z Heimaey stał się bohaterem narodowym Islandii. "Głębia" jest filmem przejmującym. Znakomicie ukazana została złowroga czerń oceanu, mroczna tafla, która przyzywa wciąż nowe ofiary. Doskonały montaż w momencie katastrofy sprzyja wykreowaniu atmosfery zagrożenia i terroru, a sceny w których Gulli wędruje boso po ostrym jak brzytwa polu lawy wywołują autentyczne dreszcze. Świetne kino islandzkie z domieszką survivalu.

Swoją drogą historia Gulliego przypomina mi farerskie i szkockie przypowieści o "selkie" (fokach).  Są to foki, które mogą przybrać postać ludzką po zdjęciu foczej skóry. Według rozmaitych wersji może to nastąpić raz do roku (w Noc Świętojańską) albo co dziewiątą noc. Po zdjęciu foczej skóry zatracają się w tańcu w jaskiniach i samotnych plażach. Kiedy kobieta (zamężna bądź niezamężna) pragnie poślubić mężczyznę-selkie wówczas musi udać się na plażę i uronić do morza siedem łez. Natomiast kiedy mężczyzna ukradnie foczą skórę kobiecie-selkie ta nie może wrócić do morza i musi go poślubić - pomimo tęsknoty za tonią oceanu (jeśli odzyska skórę natychmiast opuszcza domostwo i wraca w toń). Mit o "selkie" jest charakterystyczny dla farerskiego, islandzkiego, szkockiego i irlandzkiego folkloru. 'Selkie' to dusze ludzi, którzy utonęli w morskich odmętach...

"Djúpið" / "Głębia" (2012), reżyseria: Baltasar Kormákur, obsada: Olafur Darri Olafson, Jóhann G. Jóhannsson, Þorbjörg Helga Þorgilsdóttir, Theodór Júlíusson.

Na zdjęciach Guðlaugur Friðþórsson, farerski znaczek przedstawiający kobietę-selkie, erupcja Eldfell na wyspie Heimaey w 1973 roku, królowa burleski Ditta Von Teese wyglądająca niczym syrena w czerni oraz kadry z islandzkiego filmu "Głębia" (2012), dzięki któremu poznałem tą historię.

piątek, 2 sierpnia 2013

Stonhenge cmentarzyskiem?




Z zainteresowaniem przeczytałem artykuł Wojciecha Pastuszki o Stonehenge w najnowszym numerze "Wiedzy i Życie". Chodzi o działania Stonehenge Riverside Project mające na celu wzbogacić wiedzę na temat słynnego kamiennego kręgu o średnicy 110 metrów. Badacze wpierw zajęli się jednak badaniem Durrington Walls - pobliskiego kręgu o niebagatelnej średnicy 480 metrów (największego w Anglii). Tam archeolodzy odkryli pozostałości neolitycznej osady w postaci klepisk kilku domów - sezonowa osada istniała przez kilkadziesiąt lat około 2500 r. p.n.e, czyli w czasie powstawania Stonehenge. Tam mogli mieszkać budowniczy Stonehenge. Z Durrington Walls prowadziła kamienna droga do rzeki Avon (o długości 150 metrów). Także Stonehenge miało swoje połączenie z tą rzeką zwane Avenue (dwie pary równoległych rowów i wałów o długości 3 km). Przy styku Alei i Avon archeolodzy natrafili na pozostałości nieznanego dotąd kamiennego kręgu o średnicy 10 metrów i składającego się z 25 mniejszych głazów. To z niego owe kamienie trafiły do Stonehenge, te większe dotarły tam z równiny Salisbury.

Dzięki badaniom radiowęglowym ustalono, że Stonehenge powstał około 3000 r. p.n.e (wpierw wał, rów i tzw. jamy Aubreya - 56 ziemskich otworów). Około 2500 r. p.n.e ruszyła rozbudowa Stonehenge. Posadowiono potężne bloki piaskowca sarsenu tworzące kamienny krąg (największe o wadze 25 ton i wysokości do 9 metrów), w jego wnętrzu uformowano podkowę z pięciu trylitów (megalitycznych konstrukcji złożonych z głazów - dwóch pionowych i jednego poziomego położonego na nich). Dopiero potem budowniczy zaczęli stawiać mniejsze głazy (tzw. bluestones/niebieskie kamienie). Skanowanie laserowe Stonehenge ujawniło obecność 71 rytów przedstawiających sztylety bądź topory.

Czym jest Stonehenge? Świątynią Słońca albo druidów? Obserwatorium astronomicznym? Kalendarzem słonecznym? Według najnowszej hipotezy Stonehenge to nic innego, niż cmentarzysko - ekipa badawcza Parkera Pearsona odkopała z jednej z jam Aubreya szczątki 60 osób (z nieznanymi pochówkami włącznie), szczątki prawie tak stare, jak samo Stonehenge! Chowano tam ludzi przez okres co najmniej 600 lat - łącznie ponad 240 osób! Mogło to być neolityczne elitarne cmentarzysko, gdzie chowano dynastycznych władców, o czym świadczy chociażby kamienna głowa maczugi jako nieliczny dar grobowy. Za budową Stonehenge zdaniem Pearsona stali rdzenni mieszkańcy Brytanii. To było kolosalne przedsięwzięcie wymagające transportu głazów np. aż z zachodniej Walii (Preseli Hills). Wejście do Stonehenge i pierwszy odcinek Alei są skierowane w kierunku wschodu słońca związanego z solstycjum, co wcale nie oznacza, że Stonehenge miało być obserwatorium astronomicznym. Natomiast (co smutne) prawdopodobnie już nigdy nie dowiemy się jaka mitologia kryła się za Stonehenge i za innymi kręgami czy kopcami grobowymi równiny Salisbury. Wielka szkoda, ale badania archeologiczne trzeba prowadzić dalej...

Do posłuchania płocki Stonehenge (doom metal, demo "Engraved Enigma" z 1997 roku)

https://www.youtube.com/watch?v=fu23GfeC5Ds

Fascynujące :-) Natomiast LOL dnia dla artykułu o znalezieniu 'pentagramu' na zdjęciach satelitarnych w Kazachstanie. Nieważne, że filmy o tym 'znalezisku' na Youtube obecnie już były w 2011 roku - niewiarygodne.pl natrafiło na nie dopiero teraz robiąc z czytelników idiotów. Tak jak kiedyś wspomniałem ludzie uwierzą w największe bzdury jakie zaserwuje im prasa...

http://niewiarygodne.pl/kat,1031981,title,Spektakularne-znalezisko-wstrzasnelo-internautami-Czy-to-miejsce-kultu-szatana,wid,15865554,wiadomosc.html

czwartek, 1 sierpnia 2013

Zagadka mężczyzny z Somerton







Wędrując po pustej plaży czasem można natknąć się na zwłoki... Historia Tamama Shuda rozpoczęła się w grudniu 1948 roku, kiedy na plaży w Somerton (na przedmieściach Adelaide, Australia) odkryto zwłoki mężczyzny. Nie miał ze sobą dowodu tożsamości, po dziś dzień nikt nie wie kim był. Pozostawił za sobą jednak kilka tajemniczych i trudnych do wytłumaczenia kluczy.

Leżącego mężczyznę odkryła para spacerująca po plaży Somerton 30 listopada 1948 roku. Jego głowa i ramiona były oparte o ścianę. Wyglądało jakby spał. Może po kilku głębszych... Kiedy tak patrzyli na niego podniósł prawą dłoń i opuścił (tak jakby po pijaku chciał zapalić). Para pozostawiła go w spokoju i poszła dalej. Musiało minąć kilka godzin. Rankiem 1 grudnia kilka osób nielegalnie ćwiczących konie na plaży spostrzegło mężczyznę opartego o ścianę. Poszli sprawdzić. Nie żył od przynajmniej 6 godzin. Policja początkowo zakładała, że to samobójstwo...

Mężczyzna był po czterdziestce, dobrze ubrany, wygolony, świeżo obcięty, z zadbanymi paznokciami. W kieszeniach miał paczkę gum do żucia, zapałki, grzebień, pudełko papierosów, zużyty bilet autobusowy do Glenelg i niezużyty bilet pociągowy do plaży Henley (około 8 km od Gleneg). Jedna z jego kieszeni została zaszyta pomarańczową nitką. Autopsja wykazała, że umarł z powodu zagadkowej trucizny; koroner nie znalazł jednak żadnych jej śladów w jego ciele. Mogła to być naparstnica, śmiertelna trucizna która potrafi zarówno zatrzymać pracę serca, jak też powodować jego bicie. 

Musiały minąć dwa miesiące, zanim policja skojarzyła pewien fakt. Mężczyzna z Somerton miał bilet pociągowy, zakupił go na stacji, a w przechowalni dworca pozostawił brązową walizkę, której nikt nie odebrał. Zawierała m.in rolkę pomarańczowej nici Barbour (irlandzka marka), przy pomocy której mężczyzna miał poprawioną kieszeń. W walizce były też ubrania (bez metek), nóż, szczotka, sześciopensowa moneta, dziewięć kopert, brzytwa i pasek do niej, znaczki pocztowe, szczoteczka do zębów oraz pasta, nożyczki, ołówki. Trzy ubrania miały napis T. Keane na nich, ale niejaki T. Keane zniknął. Mężczyzna z Somerton nie był nim, mógł tylko przybrać jego tożsamość... Zatem pewnikiem uciekł mu pociąg na plażę w Henley, na stacji kolejowej pozostawił walizkę i wsiadł do autobusu do Glenelg...

Ale to nie koniec tajemnicy. Spodnie mężczyzny z Somerton miały wszytą małą kieszeń. Policja przez kilka miesięcy jej nie zauważyła. W środku odkryto zwoje papieru z napisem Tamam Shud, co po persku znaczy "Skończony". To ostatnia fraza zbioru poezji "The Rubaiyat of Omar Khayyam", a jego pierwsza edycja miała pustą kartkę po kartce z frazą 'Tamam Shud'. Omar Khayyam (1048-1122) był wybitnym persko-tadżyckim poetą, matematykiem i geometrą, autorem rubajadów. Sugerował heliocentryczną budowę wszechświata, zaproponował geometryczny sposób rozwiązywania równań trzeciego stopnia. Wróćmy jednak do sprawy. Zgłosił się mężczyzna z książką, z której ktoś 30 listopada wydarł kartkę 'Tamam Shud' - książkę ów nieznajomy (Mężczyzna z Somerton?) podrzucił mu na przednie siedzenie niezamkniętego samochodu zaparkowanego blisko plaży Somerton. Policja do tej pory nie ujawniła personaliów człowieka, który mógł coś wiedzieć...

Mniejsza z tym. Na innych kartkach był kod (tajny szyfr), którego jeszcze nikomu nie udało się złamać. Był tam także zastrzeżony numer telefoniczny do byłej pielęgniarki, która mieszkała kilkaset metrów od plaży w Somerton. Policja skontaktowała się z kobietą okazując jej gipsowy odlew Mężczyzny z Somerton. Kobieta określana jako 'Jestyn' go nie rozpoznała, ale wyraźnie się bała. Rozpoznała jednak książkę. Trzy lata temu dała egzemplarz 'Rubaiyat' pułkownikowi Alfredowi Boxallowi. Sęk w tym, że Boxall ciągle żył i miał książkę w nietkniętym stanie... 'Jestyn' (prawdziwe dane znane policji) zmarła w 2007 roku, a mogła wiedzieć kim był mężczyzna z Somerton. Jej syn zmarł dwa lata później (wykazywał pewne zbliżone cechy fizyczne z mężczyzną z Somerton, który mógłby być jego ojcem). No właśnie kim był człowiek z Somerton? Teorii jest kilka: po pierwsze, mógł być sowieckim szpiegiem, gdyż w Australii mimo zdjęć wykonanych post-mortem nikt go nie rozpoznał! 'Jestyn' mogła brać też udział w działalności szpiegowskiej. Dzień przed śmiercią mężczyzny z Somerton hotel w New South Wales przyjmował dużą delegację Rosjan. Był tam mężczyzna znany jako Sherbakov, który potem zniknął... Po drugie, mógł być tancerzem baletu. Zdziwieni? Ano mężczyzna z Somerton miał dobrze rozwinięte mięśnie nóg, a jego palce u stóp skierowane były do wewnątrz... Mógł uciec z europejskiej grupy baletowej chcąc się osiedlić w Australii. To nie tłumaczy jednak numeru do 'Jestyn' w jego papierach oraz trucizny. Zatrute mogły być jego papierosy... w tanim opakowaniu mężczyzny z Somerton znaleziono drogie marki (Kensitas). Ktoś mógł mu je dać, aby go zabić. Ktoś, kto ukradł mu portfel, aby uniemożliwić identyfikację... Paczka nigdy nie została przebadana i, rzecz jasna, gdzieś potem w trakcie śledztwa zaginęła... Samobójstwo to kolejna hipoteza. 'Jestyn' mogła być matką jego syna, ale o tym milczała. Pamiętać też należy, że zwłoki mężczyzny z Somerton znaleźli dwaj treserzy koni. Nigdy nie zostali przesłuchani. Mąż 'Jestyn' bardzo lubił wyścigi konne, koniom podawano wtedy środki dopingujące, któryś z nich ktoś mógł przetestować na mężczyźnie z Somerton. Jego atletyczna budowa ciała mogła wskazywać, że jeździł konno. Może za śmiercią tego człowieka stał mąż 'Jestyn'?

Policja początkowo potraktowała sprawę mężczyzny z Somerton jako samobójstwo/śmierć z naturalnych przyczyn. W związku z tym nie sprawdzono piasku wokół zwłok, papierosów, niemal każdy dowód (w tym walizkę i jej zawartość) zniszczono. Brawa dla australijskich organów ścigania!

Trzy lata przed zagadkową śmiercią mężczyzny z Somerton (w roku 1945) w Sydney umarł Saul Haim Marshall z Singapuru. Otruł się. Przy jego zwłokach znaleziono książkę "Rubaiyat". Dwa miesiące później 'Jestyn' przekazała egzemplarz "Rubaiyat" Boxallowi - w hotelu kilometr dalej!
W 1949 roku na plaży 20 km od wybrzeża Glenelg odnaleziono nieprzytomnego mężczyznę, Keitha Waldemara Mangnosona. W torbie miał zwłoki dwuletniego synka, Clive'a. Podobno chciał zidentyfikować mężczyznę z Somerton... umieszczono go w wariatkowie.
Mężczyznę z Somerton pochowano na cmentarzu w Adelaide. Miał wielbicielkę. Nie znała go, ale często przynosiła na jego grób kwiaty...
Trzy miesiące przed śmiercią mężczyzny z Somerton amerykański ekonomista Harry Dexter White otruł się naparstnicą. Oskarżano go o bycie sowieckim szpiegiem.

Być może kluczem do rozwiązania zagadki jest zdjęcie 18-letniego brytyjskiego mężczyzny H.C Reynoldsa z 1918 roku na marynarskiej karcie identyfikacyjnej. Zresztą porównajcie sami. Podobny kształt uszu, podobny typ nosa, ust. H.C Reynolds miałby 48 lat, gdyby umarł na plaży w Somerton. Niemniej pojawiają się głosy przeciwne vide:

http://www.ciphermysteries.com/2013/03/15/sorry-but-the-unknown-man-is-almost-certainly-not-h-c-reynolds

Blog na który warto zajrzeć:

http://tamamshud.blogspot.com/

"Wielkie fale smutku dziś targają tobą,
Nie przepełniaj serca swego czczą żałobą.
Raduj się! Pij wino! Bo nawet ziarenka
Z bogactwa świata tego nie weźmiesz ze sobą." - Omar Khayyad (przykład rubajadu)

Szyfr:

W (lub M) RGOABABD
MLIAOI
MTBIMPANETP
MLIABO AIAQC
I (lub V) TTMTSAMSTGAB

środa, 31 lipca 2013

Muzyczne odkrycie na dziś: Odradek Room


















Odradek Room. Na ów czteroosobowy zespół natrafiłem wczoraj czytając recenzję ich debiutanckiej płyty "Bardo. Relative Reality" (2013) na Heathen Harvest. Zacząłem słuchać na Youtube i muszę przyznać, że Ukraińcy nagrali wspaniały album post-rockowo/death doom metalowy; porcję muzyki oryginalnej, monumentalnej i introspektywnej. Odradek to nazwa dziwacznego stwora z opowiadania Franza Kafki będącego skrzyżowaniem szpulki nici z rajszyną. I podobnie dziwaczna jest muzyka Odradek Room, w której post-rockowe, melancholijne pasaże mieszają się z melodyjnymi doom metalowymi sekcjami. Zróżnicowana praca gitar kreuje labirynt emocji i uczuć, wokalista Artyom Krikhtenko dysponuje mocnym growlem, ale też potrafi czysto zaśpiewać, a także używać narracji voice-over. Ciekawe użycie klawiszy i sampli, oszczędne blasty i wspaniała oniryczna ballada "River". Wielbiciele Barren Earth, Katatonii, Neurosis, Isis czy October Tide powinni się zainteresować tym młodym, acz bardzo obiecującym bandem. Na pewno "Bardo. Relative Reality" jest albumem wymagającym skupienia, przeznaczonym do wielokrotnego słuchania... najlepiej w nocy... W skład powstałego w 2010 roku zespołu wchodzą gitarzysta Ilya Zernitsky, basista i klawiszowiec Sergey Kuznetsov, perkusista Roman Borovikov oraz gitarzysta i wokalista Artyom Krikhtenko.

Odradek Room "River":

http://www.youtube.com/watch?v=Cd3U4Flf_2E

wtorek, 30 lipca 2013

Gliwickie wampiry


















Informacja z rodzimego podwórka. Z zainteresowaniem śledzę wiadomości z Gliwic, gdzie podczas budowy Drogowej Trasy Średnicowej odkryto groby, w których znajdowały się szkielety rzekomych wampirów pochodzące prawdopodobnie z XVII-XVII wieku (wówczas strach przed krwiopijcami był najsilniejszy, Kościół potrafił o to zadbać). Ucięte głowy (czaszki) umarłych złożono pomiędzy kośćmi nóg i dociśnięto kamieniami, aby uniemożliwić 'wampirom' powrót do świata żywych. Należało by jednak doprecyzować... ludziom posądzanym przez ciemny lud o wampiryzm. Obok szkieletów archeolodzy nie znaleźli żadnych ozdób, kosztowności czy skrawków ubrań. Do tej pory odnaleziono 43 zestawy szkieletów, przy czym nie wszystkie wykazywały cechy rytualnego pochówku. Dość powiedzieć, że cmentarzysko odkryto blisko dawnego miejsca egzekucji, gdzie ongiś łopotała na wietrze szubienica. Rok temu w Bułgarii (w pobliżu monasteru Sozopol) odgrzebano dwa średniowieczne szkielety, których piersi przebito żelaznymi prętami. Z kolei w 2006 roku włoski archeolog Matteo Borrini odkrył szczątki 60-letniej kobiety w masowym grobie na wyspie Lazzaretto Nuovo, na północ od Wenecji. Jej czaszka miała wciśniętą między szczęki cegłę - kolejny sposób aby powstrzymać wampiry przed powrotem do świata żywych i nękaniem zabobonnych duszyczek. Kobietę pochowano w masowym grobie w czasie wybuchu zarazy morowej. Dziura w okolicy ust czaszki spowodowana przez bakterię w oczach ludu mogła świadczyć o tym, że kobieta była 'zjadaczem całunu', wampirem karmiącym się trupami i roznosicielem Czarnej Śmierci (Atra Mors). Zatem trzeba ją było wyegzorcyzmować... a o tym, jak sobie radzić z wędrującą (albo żującą) śmiercią pisano w manuskrypcie "De Masticatione Mortuorum" (1679) Philipa Rohra.

O wampirze z Bułgarii:

http://www.novinite.com/view_news.php?id=140059

Sludge doomowa kapela Shroud Eater z Florydy - jeden kawałek do posłuchania:

http://www.youtube.com/watch?v=p1krNvT48pk

Historia "gliwickich wampirów" ma jednak bardziej prozaiczny finał:

http://www.24gliwice.pl/wiadomosci/?p=59674

Kilka słów o Kubie Rozpruwaczu




Nie zamierzam analizować tutaj w całości tej fascynującej wiktoriańskiej zagadki kryminalnej, która od ponad 100 lat spędza sen z powiek wielu ripperologom. Książek na temat słynnego Kuby Rozpruwacza powstało mnóstwo, podobnie filmów fabularnych, dokumentalnych, komiksów, animacji, itd. Sprawa Kuby Rozpruwacza (Jack the Ripper) jest dla mnie fascynująca w dużej mierze przez to, że ów tajemniczy seryjny morderca potrafił sprawić, iż ludzie autentycznie zaczęli się bać jego przydomku. Do września 1888 roku znany był jako Morderca z Whitechapel, ale 27 września 1888 roku do Oficyny Informacyjnej w Londynie przyszedł list, który sprawił, że pięć morderstw ubogich prostytutek (Mary Ann Nichols, Annie Chapman, Elizabeth Stride, Catharine Eddowes i Mary Jane Kelly) stało się światowym fenomenem. Jack the Ripper napisał go czerwonym atramentem i zaadresował do "The Bossa". Autor listu twierdził, że jest sprawcą morderstw w East End, naśmiewał się z policji, która nie umie go schwytać i z pietyzmem opisywał co zrobił ofiarom bądź jeszcze zrobi. List podpisał Jack the Ripper (Kuba Rozpruwacz). 29 września agencja informacyjna przekazała słynny list Scotland Yardowi, we wczesnych godzinach 30 września 1888 roku Jack the Ripper zamordował dwie prostytutki: Elizabeth Stride i Catharine Eddowes. Policja udostępniła treść listu społeczeństwu i od tej pory Kuba Rozpruwacz (Jack the Ripper) stał się sławny. W dodatku nigdy nie został schwytany, a systematycznie rosnąca liczba podejrzanych o 5 kanonicznych morderstw z 1888 roku sięgnęła ponad 200. Sprawa Kuby Rozpruwacza jest również doskonale udokumentowana, do czego przyczyniła się mrówcza praca ripperologów - prawie słychać głosy umarłych zamieszkujących i przemierzających londyński East End...

Ostatnie (?) morderstwo Kuby Rozpruwacza dokonane 9 listopada 1888 roku na prostytutce Mary Jane Kelly w pokoiku kobiety jest zarazem najbardziej makabryczne. Świat obiegło zdjęcie Mary zrobione na miejscu zbrodni, pozostałe ofiary sfotografowano w kostnicy. Kuba Rozpruwacz kompletnie zmasakrował nieszczęsną kobietę, gdyż po prostu miał na to czas. Ciało Mary leżało na łóżku, morderca podciął jej gardło, obciął piersi, usunął skórę i mięśnie z powierzchni brzucha Mary, wyjął wszystkie wnętrzności i ułożył je na łóżku, a serce kobiety prawdopodobnie zabrał ze sobą. Twarz Mary Jane Kelly była zmasakrowana nie do poznania. Kuba dosłownie odebrał jej cielesną tożsamość. Podejmowane po latach próby rekonstrukcji jej twarzy pokazywały, że mogła być piękną kobietą.

Sprawę Kuby Rozpruwacza oficjalnie zamknięto bez znalezienia winnego w 1892 roku.

http://en.wikipedia.org/wiki/Jack_the_Ripper_in_fiction

Thrash metalowy Hobbs' Angel of Death i kawałek "Jack the Ripper" z 1988 roku:

https://www.youtube.com/watch?v=4qPe0pd4r64

poniedziałek, 29 lipca 2013

TrES-2b - ciemna egzoplaneta
















Egzoplaneta TrES-2b (Kepler 1-b) krąży wokół gwiazdy GSC 03549-02811 (oddalonej o 750 lat świetlnych od Ziemi) i najprawdopodobniej należy do kategorii gazowych olbrzymów. Odbija ona zaledwie 1% słonecznego światła - nie odkryto do tej pory bardziej ciemnego obiektu (planety, księżyca) we Wszechświecie. To obcy świat odbijający mniej światła niż czarna akrylowa farba. Temperatura na powierzchni TrES-2b sięga wysokości 1800 stopni Fahrenheita (ponad 1000 stopni Celsjusza). Atmosfera tej egzoplanety zawiera parujący sód i potas oraz gazowy tlenek tytanu, co jednak nie tłumaczy ekstremalnej czerni TrES-2b. Planeta jest jednak na tyle rozgrzana, że emituje słabą czerwonawą poświatę. Brak odbijających światło chmur (tak jak w przypadku Jowisza), co jest konsekwencją bliskości wobec macierzystej gwiazdy i wysokiej temperatury powoduje że Kepler 1-b dosłownie tonie w czerni. Ciekawe ile ma egzoksiężyców...
TrES-2b
TrES-2b
TrES-2b

niedziela, 28 lipca 2013

Zagadka wysepek Flannan




W brytyjskim archipelagu Hebrydów Zewnętrznych znajduje się łańcuch siedmiu wysepek Flannan. Dwie główne wyspy zwą się Eilean Mòr i Eilean Taighe. W latach 1895-99 na trawiastej Eilean Mòr skonstruowano 23-metrową latarnię morską. Rok po konstrukcji latarni doszło na Eilean Mòr do tajemniczego zdarzenia.

Trzech mężczyzn operowało latarnią: Thomas Marshall, James Ducat i Donald Macarthur. Późnym rokiem 1900 koło Eilean Mòr przepływał parowiec "Archtor". Załoga z jego pokładu zauważyła, że latarnia morska nie jest włączona, choć warunki pogodowe/żeglowania były kiepskie. 26 grudnia na Eilean Mòr udała się grupa ludzi/zmienników i okazało się, że wszyscy trzej operatorzy latarni zniknęli... tak jakby zapadli się pod ziemię... w kuchni latarni ktoś przewrócił krzesło... poza tym wszystko wydawało się w porządku. Łóżka zaścielone, okna zasłonięte, wszystkie zegary jednak stanęły. Zauważono jednak szkody wywołane przez sztorm na zachodzie wysepki i pojawiła się pierwsza hipoteza co do zniknięcia trójki mężczyzn... zmyły ich fale. Ale do 15 grudnia 1900 roku mężczyźni prowadzili dziennik swojej aktywności (tego dnia zniknęli, ostatni wpis dokonany ręką Macarthura brzmiał "Sztorm się skończył. Morze ciche. Bóg jest ponad wszystkim."), a szkody wyrządzone przez sztorm wystąpiły przed tą datą. Trójki operatorów latarni nigdy nie odnaleziono, nie było śladu ciał. Zmienników powitała cisza, ruiny starej kaplicy Świętego Flannana oraz ciemna latarnia morska.

Hipotezy były różnorakie (niektóre iście niestworzone): wymordowanie dwójki operatorów przez trzeciego, który po pozbyciu się zwłok skoczył ze skały do morza/utopił się, potwór morski a la Kraken porwał nieszczęsną trójkę albo jeszcze lepiej... zagraniczni szpiedzy, a nawet przybysze z kosmosu stali za ich zniknięciem. Stwierdzono, że trójkę operatorów latarni porwała tzw. niecodzienna fala (freak wave) - relatywnie duża i powstająca spontanicznie fala, która uderzyła w mężczyzn wczesnym popołudniem 15 grudnia, gdy próbowali zabezpieczyć ekwipunek na zachodzie Eilean Mòr, czyli tam, gdzie sztorm wyrządził wcześniej szkody. Do zniknięcia mężczyzn mogła się przyczynić także geologiczna formacja zwana 'geo' czyli wlot bądź szczelina na powierzchni klifu spowodowana przez erozyjne działanie morskich fal - 'geos' pozwalają na formowanie się jaskiń morskich, co widać na zdjęciu wyspy z powietrza. Trójka mężczyzn mogła zostać zmyta przez wodę wydostającą się nagle z morskiej jaskini (na Eilean Mòr są liczne 'geos', przy czym zachodnia część wyspy jest usytuowana na 'geo').

Czy za zniknięciem trójki operatorów stoją anormalne fale czy 'geos'? Możemy tak spekulować, ale prawdy zapewne nie dowiemy się już nigdy.

Diamanda Galás na wrocławskich Nowych Horyzontach






O głosie Diamandy Galás pisano, że jest instrumentem, którego nie sposób pojąć, przenikającym słuchacza do szpiku kości, budzącym umarłych w żywych. Do najsłynniejszych dokonań tej cenionej amerykańskiej wirtuozerki fortepianu, wokalistki, śpiewaczki operowej, kompozytorki, awangardowej performerki i artystki audiowizualnej greckiego pochodzenia należą "Plague Mass" (1990), "Vena Cava" (1992), "Schrei 27" (1996) oraz koncerty/nagrania "Malediction and Prayer" (1998), "Judgement Day" "Concert for the Damned" i "The Masque of the Red Death" (1984-1988). Diamanda Galás pomimo 57 lat nadal dysponuje na wskroś przerażającymi możliwościami wokalnymi, co też udowodniła (na i tak wyważonym wokalnie) koncercie w ramach Nowych Horyzontów we wrocławskim Arsenale 27 lipca 2013 roku.

Twórczość Diamandy Galás jest adresowana raczej dla słuchaczy o otwartych umysłach. W muzyce artystki mnóstwo jest emocji, bólu, rozpaczy, rytualnego uniesienia. We Wrocławiu Diamanda wykonała przejmujące poematy Cesare Pavese oraz przedwcześnie zmarłego niemieckiego poety Georga Heyma. I tutaj warto kilka słów powiedzieć o Heymie, który należy do szacownego grona moich ulubionych poetów. Jego tomik poezji "Armada nocy" jest zaiste przejmujący, pełen rozpaczy i smutku. Urodzony w Jeleniej Górze Heym (1887-1912) przeżył zaledwie 25 lat. 16 stycznia 1912 roku Georg wraz z innym młodym poetą Ernstem Balcke udali się pojeździć na łyżwach po zamarzniętej rzece. Pod obojgiem załamał się lód. Heym przez pół godziny rozpaczliwie wzywał pomocy, ale nikt z nią nie pośpieszył. Obaj młodzi poeci się utopili. Na krótko przed swoją śmiercią Heym napisał profetyczny wiersz:

"Szliśmy po ścieżkach jesiennych, jakże wąskich,
I kaleczyły nam twarze kule szklane,
Ktoś trzymał je przed nami na kościstej dłoni.
Naszej męki płomienie drogę oświetlały.

Wreszcie słabi przepadliśmy w szklanej przestrzeni.
Krzyczeliśmy rzewnie, bo pękło cienkie szkło..."

Heym pozostawił za sobą ponad 500 poematów. Obok Trakla i Stadlera był najwybitniejszym przedstawicielem wczesnego niemieckiego ekspresjonizmu. 

Najnowszy projekt „Szpital malaryczny” Diamandy Galás to muzyczne opracowania poezji autorstwa Georga Heyma. Odziana w czerń Diamanda wykonała go przejmująco grając na czarnym fortepianie i śpiewając tak, jak tylko ona potrafi. Koncert wrocławski był dla mnie oczyszczającym przeżyciem.

Po koncercie Diamandy miałem okazję zamienić kilka słów z Adamem Nergalem Darskim, liderem Behemoth (przyjechał na koncert jako widz). Opowiedział mi trochę o nowym krążku Behemoth: premiera w lutym 2014 roku, w marcu ruszy trasa koncertowa, która nie ominie Poznania, album ma być wolny i jednocześnie cholernie ciężki. Poczekamy, zobaczymy.