czwartek, 17 lipca 2014

Tajemniczy krater na Syberii



















Co było przyczyną powstania tajemniczego krateru o szerokości 80-100 metrów w północnej Syberii na półwyspie Yamal (Jamał), czyli na 'Końcu świata'? Lądowanie UFO? Upadek meteorytu? Australijski naukowiec Christoper Fogwill ma swoje wytłumaczenie: geologiczny fenomen zwany pingo. Pingo to blok lodu który wyrósł w formie wzgórza na syberyjskiej zmarzlinie. Lód ma zdolność przepychania się przez warstwy ziemi. A kiedy już się stopi pozostawi krater. Syberyjska zmarzlina może mieć grubość setek metrów. Z racji tego, że krater pojawił się 30 km od pola gazonośnego Bowanienkowo pojawiły się spekulacje, iż krater mógł powstać wskutek podziemnej eksplozji metanu. Warstwa ziemi wokół krateru wydaje się być wypchnięta z wewnątrz. Teoria pingo jest mimo wszystko też całkiem prawdopodobna. Wraz ze wzrostem globalnego ocieplenia może pojawiać się coraz więcej pingos. Szacuje się, iż krater mógł powstać dwa lata temu. Z całą pewnością nie jest to struktura wulkaniczna.

Definicja pingo - "Pingo to pa­gó­re­k, który we­wnątrz posiada so­czew­kę lodu. Tworzy ją za­ma­rza­ją­ca woda. Te formy terenu po­wsta­ją na ob­sza­rach wy­stę­po­wa­nia wie­lo­let­niej zmar­z­li­ny. Naj­wię­cej z nich leży w delcie Mac­ken­zie."

Revenge of the Living Dead Girls (1987) - recenzja

Miałem kiedyś "Revenge of the Living Dead Girls" w reżyserii Pierre B.Reinharda na polskim VHS-ie, lecz była to wersja kasetowa bodaj z Niemiec, z której wycięto wszystkie sceny gore. Jako że nienawidzę wszelkiej maści cenzury oglądanie horroru w wersji ocenzurowanej to zaiste droga przez mękę. Będąc szczerym francuski "Revenge of the Living Dead Girls" jest horrorem nędznym, choć z drugiej strony nieodparcie zabawnym. Nadawał by się idealnie jako seans na VHS Hell czy na innej tematycznej imprezie związanej z celuloidowym kiczem.

Ponętna francuska autostopowiczka zaczepia kierowcę przewożącej mleko cysterny. We dwójkę udają się do baszty na czułe rendez-vous. W międzyczasie pewien motocyklista wlewa pomarańczowy związek chemiczny do ładunku mleka. Niedługo potem trzy francuskie dziewczęta Catherine, Jocelyn i Florence wypijają mleko i umierają. Zostają pochowane na miejscowym cmentarzu. Podejrzenia padają na dyrektora chemicznego zakładu O.K.F Chemical Jacka Alphena, którego przesłuchuje policja. Sekretarka Jacka, Bridget postanawia szantażować swojego szefa poprzez wynajęcie prostytutki - chce dużo forsy, w przeciwnym wypadku ujawni nieetyczne praktyki, przede wszystkim nielegalne wylewanie chemikaliów. Tym zajmuje się Niemann, który postanawia wylać toksyny na cmentarzu. Tym samym doprowadza do ożywienia trójki zmarłych dziewcząt, które zaczynają mordować ludzi związanych z O.K.F.

Nie czarujmy się. Reżyser filmów pornograficznych Pierre B.Reinhard kręcąc "Revenge of the Living Dead Girls" na pewno widział "The Living Dead Girl" (1982) Jeanna Rollina. I nie chodzi mi tutaj wyłącznie o tytularne nawiązanie. Idiotyczna fabuła "La Revanche des mortes viviantes" staje się pretekstem do przesycenia fabuły dużą dawką golizny i gore. Żeńskie zombies poruszają się nader sprawnie, ba, umieją nawet pływać w basenie i prowadzić samochód. Do tego mają całkiem ponętne (czytaj: nie naruszone przez proces putryfikacji) ciała, jedynie ich twarze rozkładają się (swoją drogą fajne maski!). Krwawe sceny obejmują wbijanie obcasa w oczodół, odgryzanie penisa, poronienie pod prysznicem i okaleczanie waginy mieczem. Brytyjski organ cenzorski BBFC nie był z tego powodu zadowolony. Konkludując, "Revenge of the Living Dead Girls" to po prostu tandetna rozrywka ubrana w szaty kina eksploatacji. Można raz obejrzeć.

środa, 16 lipca 2014

Zagadka morderstw na wyspie Floreana

















Wyspa Floreana o średnicy 173 km kwadratowych należy do ekwadorskiego archipelagu Wysp Galapagos. Stanowi wierzchołek podmorskiego wulkanu - najwyższy punkt na wyspie Cerro Pajas ma wysokość 640 metrów nad poziomem morza. W 1934 roku na owej wyspie doszło do międzynarodowego skandalu i podwójnego morderstwa. Cofnijmy się jednak o 5 lat wcześniej czyli do roku 1929. Wówczas niemiecki doktor Friedrich Ritter zakończył praktykę i postanowił osiedlić się gdzieś z dala od ludzi. Dotarł na wysepkę wraz z jedną ze swoich pacjentek: Dore Strauch. Oboje opuścili dotychczasowych partnerów i wybudowali domostwo na Floreanie. Pracowali bardzo ciężko, sadzili warzywa i owoce, hodowali kurczaki. Tych dwoje odludków odwiedzało dużo ludzi, gdyż pisała o nich ówczesna prasa.

W 1931 roku na Floreanie pojawił się Heinz Wittmer z nastoletnim synem i ciężarną żoną Margaret. Doktor Ritter pomógł im w budowie domostwa. Ale podobno obie niemieckie rodziny nie utrzymywały ze sobą zbyt zażyłych kontaktów. Ritter preferował takowy stan rzeczy, podobnie Wittmer. Ale to wszystko miało się zmienić gdy na wyspę zawitała z Paryża 'Baronowa' Eloise Wehrborn de Wagner-Bosquet, atrakcyjna Austriaczka, a także dwójka jej kochanków: Robert Philipson i Rudlof Lorenz. Do tego jeszcze ekwadorski służący Manuel Valdivieso. Ekscentryczna baronowa posadowiła na wyspie mały domek i nazwała go Hacienda Paradise - miała ambitny plan otworzenia na Floreanie luksusowego hotelu dla bogaczy. Eloise uwielbiała opowiadać niestworzone historie, paradowała z pistoletem Colt.45 i batem, wreszcie ogłosiła się samozwańczą 'Królową' Floreany. Jachty przypływały na wysepkę, a ich załogi chciały się spotkać z Eloise. Wittmerowie ignorowali jej obecność, natomiast doktor Ritter szybko ją znienawidził.

Sytuacja zaczęła się stawać coraz bardziej napięta. Lorenz przestał być Baronowej potrzebny, a Philipson zaczął go bić. Rudolf zaczął spędzać coraz więcej czasu z Wittmerami. Długotrwała susza spowodowała kłótnie między doktorem Ritterem a Dore Strauch. W dodatku Ritter i Wittmerowie wściekli się na Baronową, gdyż podejrzewali, że ta podkrada ich pocztę i obmawia ich za plecami z wizytującymi ją gośćmi, a ci z kolei przekazywali kłamstwa prasie. Pewnej nocy Philipson ukradł osła należącego do doktora Rittera i podrzucił go w ogrodzie Wittmerów. Heinz zastrzelił zwierzę myśląc, że było zdziczałe. 27 marca 1934 roku Baronowa i jej kochanek Philipson zniknęli. Według Margaret Wittmer kobieta pojawiła się u nich oznajmiając, że przybyli przyjaciele i popłyną wraz z nimi na Tahiti. Powiedziała, że wszystko czego nie biorą pozostawią Lorenzowi. Potem już nikt o nich nie usłyszał. Problem tkwi w tym, że nigdy nie dopłynęli na Tahiti. W owym czasie do brzegu Floreany nie przybił żaden statek. Pozostawili też rzeczy, które Baronowa na pewno wzięła by ze sobą. Strauch i doktor Ritter wierzyli, że zamordował ich Rudolf Lorenz, a ciała spalił na stosie z drewna akacji. Wittmerowie mieli mu pomóc w zacieraniu śladów morderstwa.

W międzyczasie Lorenz chciał opuścić Floreanę. Przekonał norweskiego marynarza imieniem Nuggerud, aby zabrał go na wyspę Santa Cruz, a stamtąd na wyspę San Cristobal, skąd miał załapać się na prom płynący do Guayaquil. Na pewno dotarli na Santa Cruz, ale obaj mężczyźni zaginęli w drodze na San Cristobal. Parę miesięcy później wysuszone i zmumifikowane zwłoki obu mężczyzn odnaleziono na wyspie Marchena w północnej części archipelagu Galapagos. W listopadzie 1934 roku umiera doktor Ritter - rzekomo po spożyciu źle przechowywanego kurczaka. Co ciekawe, Ritter miał być wegetarianinem, acz nie ortodoksyjnym. Mogła go otruć Dore Strauch, która nie wytrzymała złego traktowania. Ritter podobno przeklął ją na łożu śmierci.

Margaret Wittmer do chwili swojej śmierci w 2000 roku upierała się, że Baronowa dotarła na Tahiti. Prawdopodobnie wiedziała jednak więcej niż mówiła. Dore Strauch natomiast twierdziła, że to Rudolf zabił Baronową i jej kochanka.

Trailer do filmu dokumentalnego "The Galapagos Affair: Satan Came to Eden" (2014): https://www.youtube.com/watch?v=Wf2txEIcg6E

Reise nach Agatis/ Voyage to Agatis (2010) - recenzja

Znowu coś mnie podkusiło, aby sięgnąć po transgresywne kino grozy tajemniczego Mariana Dory. Kiedyś lubowałem się w horrorowej ekstremie i brutalnym gore, oglądałem takie filmy z zapamiętaniem, ale w końcu przyszło tzw. zmęczenie materiału, a w filmowej grozie coraz częściej zacząłem szukać... napięcia, klimatu. W każdym bądź razie Marian Dora przejął schedę po Jörgu Buttgereitcie ("Nekromantik", "Schramm") jako jeden z czołowych ekstremistów współczesnego niemieckiego horroru. W odróżnieniu od trzy godzinnego "Melancholie der Engel" (2009) "Voyage to Agatis" trwa zaledwie 74 minuty czyli mniej więcej tyle co czas trwania statystycznego pinku eiga. Tym razem Dora zaczerpnął nieco z "Waves of Lust" (1975) Ruggero Deodato - filmu dla którego źródłem inspiracji był z kolei "Rejs" (1965) Romana Polańskiego. "Voyage of Agatis" powstał zaledwie w ciągu dwóch dni (Roger Corman byłby dumny!), a nakręcono go w Chorwacji. Tak jak w przypadku krótkiego metrażu Mariana Dory "Carribean Sunrise" (2003) mamy tutaj do czynienia z miksem onirycznego nastroju z seksualnym sadyzmem.

W prologu pewna ciemnowłosa turystka zostaje zarżnięta na plaży przez nieznanego sprawcę. Jej krew barwi szumiące morskie fale. Potem pojawiają się lalki zatopione w morzu. Poznajemy dwójkę głównych bohaterów, parę sadomasochistycznych kochanków Rafaela (Thomas Goersch) i Isabel (Tatjana Mueller), których związek toczy korozja. Wieczorem w kawiarence Rafael zapoznaje słowiańską blondynkę imieniem Lisa (Janna Lisa Dombrowsky). Nieświadoma zagrożenia Lisa zgadza się popłynąć z Rafaelem i Isabel w rejs ich jachtem. Obie zaczynają zabiegać o względy megalomańskiego kraut wieprza. A Rafael nie lubi, gdy kobieta mu odmawia. To odrażający seksualny sadysta o czym szybko przekona się Lisa. Film zakończy akt przerażającego okaleczania i morderstwa będący swoistym oczyszczeniem dla Rafaela, ale wcześniej nie obejdzie się bez serii tortur.

Marian Dora jak zwykle amoralny. Jego filmy trochę przypominają mi nihilistyczne kino japońskiego reżysera Katsuyi Matsumury (a zwłaszcza trzy pierwsze części trylogii "All Night Long"). Podobna mizantropia i okrucieństwo, podobne czerpanie przyjemności z sadystycznej brutalności wobec innych. Po to by się dobrze bawić, ale też po to by złagodzić własne cierpienie. Aby tego dokonać trzeba zniszczyć 'niewinność'. Poetyckie torture porn dla wytrwałych z dużą dawką nagości, kompletna antyteza rozrywki pulsująca od zwyrodniałej mizoginii. Na okrasę pocztówkowe ujęcia Chorwacji i kilka pięknych partii skrzypcowych.

The Child (1977) - recenzja



















Oglądanie horrorów w nieznanym mi bądź słabo znanym języku to niezła zabawa. Zawsze istnieje możliwość lingwistycznego podszkolenia. Na przestrzeni wielu lat obejrzałem ponad 2500 horrorów i filmów eksploatacji, poszukiwałem najbardziej zapomnianych filmów (np. "Sasqua" z 1975 roku) i tym samym częstokroć nie dbałem o to w jakim języku film oglądam, bo liczyło się, że go wreszcie obejrzałem. Inna sprawa, że koreańskie, indonezyjskie, filipińskie, japońskie czy nawet niektóre hiszpańskie produkcje grozy z lat 60-tych, 70-tych czy 80-tych nigdy nie doczekały się angielskich napisów czy dubbingu (pierwszy z brzegu przykład to chociażby mnóstwo japońskich filmów pinku eiga z wytwórni Nikkatsu). DVD z horrorem "The Child" (1977) w reżyserii Roberta Voskaniana kupiłem kilka lat temu w trakcie mojego pobytu w Zachodnich Niemczech, film obejrzałem raz i odłożyłem na półkę. Teraz przyszedł czas na ponowny seans. Nie przepadam za językiem niemieckim, ale na szczęście fabuła "The Child" jest prosta jak budowa cepa.

Alicianne Del Mar (Laurel Barnett) wyjeżdża na prowincję, aby zaopiekować się dziwną małą dziewczynką imieniem Rosalie (Rosalie Cole). Po śmierci matki (stałej bywalczyni szpitali psychiatrycznych) dziecko sprawia coraz poważniejsze kłopoty wychowawcze. Alicianne się tym nie przejmuje, gdyż sama straciła w młodym wieku rodziców. W każdym razie do Rosalie rzeczywiście trzeba mieć stalowe nerwy - dziewczynka nienawidzi innych dzieci, grejpfrutów i pączków, a oprócz tego rysuje mroczne obrazki i lubi chodzić po północy na pobliski cmentarz, by się bawić z "przyjaciółmi". Owi przyjaciele to grupa zombies przyzywana i kontrolowana przez Rosalie. Ożywieńcy zabijają każdego, kto stanie na ich drodze (nawet kociaki). Czasem wspomoże ich w tym strach na wróble, kolejny "przyjaciel" Rosalie. Dlaczego mała czarownica to robi? Zemsta za śmierć matki? Złe nasienie? Tego się jednak nie dowiemy.

"The Child" (1977) można sporo zarzucić. Aktorzy są fatalni, a wypowiadane przez nich kwestie dialogowe brzmią sztucznie. Montaż rwie się, akcja toczy się bez ładu i składu. Ale film ma kilka efektownych scen onirycznej grozy: skąpany we mgle cmentarz wygląda wspaniale, wędrująca przez posępny las Alice natyka się na martwe zwierzęta, a także tańczy ze starszym bratem Rosalie, Lenem, który zamienia się w stracha na wróble. Całość okraszona jest przyzwoitą dawką taniego gore. Oczywiście finał, w którym Alicianne wraz z Lenem barykadują się w szopie przed hordą spragnionych krwi i mordu zombies inspirowany jest nieśmiertelną "Nocą żywych trupów" (1968) George'a A.Romero. Ale w pewnym momencie nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Sam Raimi inspirował się "The Child" przy realizacji kultowego "Martwego zła"/"The Evil Dead" (1981). Pewnikiem widział "The Child" w jakimś zapyziałym kinie drive-in. Któż by przypuszczał? Chodzi mi zwłaszcza o sceny kręcone w suterenie. Będę musiał się kiedyś zaopatrzyć w DVD Something Weird Video. Dodatkowy plus za przyjemny syntezatorowy soundtrack.

wtorek, 15 lipca 2014

The Burning/ Poparzenie (1981) - recenzja















"Poparzony" jest kolejnym z wielu horrorów do których wracam co pewien czas przepełniony nostalgią. Tak jak w przypadku omawianego wcześniej tutaj "Just Before Dawn"/"Tuż przed świtem" "Poparzonego" miałem okazję widzieć po raz pierwszy w latach 90-tych w łódzkiej telewizji regionalnej (o ile pamięć nie płata mi figla). Potem przyszedł czas na projekcje z polskiego VHS-a dystrybuowanego przez NVC. Kilka lat temu zaopatrzyłem się wreszcie w DVD z tym krwawym obozowym slasherem Tony'ego Maylama, a że mamy obecnie okres wakacyjny przyszedł czas na przypomnienie sobie "The Burning". Wpierw nieco o miejskiej legendzie (urban legend) - maniak Cropsey został zdeformowany na skutek pechowego żartu i krąży po leśnych ostępach dzierżąc w dłoni naostrzoną siekierę, aby zapolować na obozowiczów, którzy nierozważnie oddalą się od skwierczącego ogniska.

"The Burning" w reżyserii Tony'ego Maylama niesłusznie uchodzi za kopię "Friday the 13th"/"Piątku trzynastego" (1980) Seana S.Cunninghama, gdyż scenariusz braci Weinstein powstał wcześniej. Rok 1976. Cropsy jest znienawidzonym dozorcą młodzieżowego Obozu Blackfoot. Grupa nastolatków postanawia nastraszyć go pewnym makabrycznym żartem w wyniku którego mężczyzna zostanie poparzony, tudzież "upieczony niczym pieprzony Big Mac". Po pięciu latach pobytu w nowojorskim szpitalu Cropsy (Lou David) wychodzi na wolność. Tuż po opuszczeniu bram placówki morduje nożycami prostytutkę, która w negatywny sposób zareagowała na widok jego oszpeconej twarzy. I powraca do letniego obozu młodzieżowego Stonewater. Zaczyna czaić się wśród drzew uzbrojony w nożyce do cięcia żywopłotu. Wkrótce idylliczne lato dla grupki nabuzowanych hormonami nastolatków i dwójki ich opiekunów okaże się krwawym koszmarem.

"Poparzony" jest dosyć schizofrenicznym backwoods slasherem. Z jednej strony mamy głupawy humor rodem z infantylnych komedii dla nastolatków np. "Meatballs" (1979), z drugiej mocne sceny gore będące dziełem słynnego speca od charakteryzacji Toma Savini. Podrzynanie gardła nożycami, ikoniczna dla nurtu slasher scena masakry na tratwie, w której za jednym razem Cropsy wykańcza piątkę nastolatków, itd. Dzięki wyrazistym scenom gore "The Burning" trafił na kuriozalną listę video nasties w UK. Tom Savini zrezygnował z pracy nad "Piątkiem trzynastego, część II" (1981) Steve'a Minera, aby zająć się efektami make-up w "The Burning". I spisał się znakomicie. Na uwagę zasługuję także atmosferyczna ścieżka dźwiękowa autorstwa Ricka Wakemana znanego z formacji Yes. Scenariusz "Poparzonego" bardzo luźno opiera się na miejskiej legendzie Cropsey Maniaka. Cropsy zdaje się czaić wszędzie, a jego jedynym narzędziem komunikacji stają się nożyce. Maksyma "seks = śmierć" zostaje w "The Burning" w pełni wykorzystana - w makabryczny sposób giną nastolatki uprawiające seks, a jednym z protagonistów zostaje nieśmiały podglądacz-prawiczek imieniem Alfred (Brian Backer). Finał ma miejsce wśród betonowych ruin oraz w opuszczonej kopalni miedzi.

Krwawy i zabawny slasher Tony'ego Maylama praktycznie wcale się nie zestarzał. Postaci są sympatyczne, choć nieco jednowymiarowe, odrobina nagości cieszy oko, a kilka ujęć jest po prostu mistrzowskich. Poza tym szybki montaż w scenie masakry na tratwie do tej pory robi wrażenie. Szkoda, że nie powstał sequel do "The Burning"... a remake? Mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł, by go zrealizować.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Cheng Chieh i masakra w metrze


















Umknął mi ten bezsensowny akt masowego mordu, gdyż media w tamtym czasie doznały histerii na punkcie 22-letniego masowego mordercy z Isla Vista Elliota Rodgera, o którym dwukrotnie pisałem na tym blogu. 21 maja 2014 roku do metra w Tajpei wsiadł 21-letni student inżynierii środowiska Uniwersytetu Tunghai Cheng Chieh. Pasażerowie czterech wagonów jadący ze stacji Lungshan Temple do stacji Jiangzicui nie zdawali sobie sprawy, że młody mężczyzna ma przy sobie nóż. Zaraz po tym jak wsiadł do wagonu Cheng Chieh rzucił się na współpasażerów i zaczął dźgać nożem każdego kto stanął mu na drodze. W ciągu czterominutowej jazdy zabił cztery osoby i zranił dwadzieścia cztery, w tym dziesięć ciężko. Podłogi wagonów zostały zbryzgane krwią rannych i konających, krew polała się także na peronie Jianzicui, kiedy Chieh próbował atakować uciekających w popłochu ludzi. W trakcie ataku pasażerowie czterech wagonów zbili się w tłum, niektórzy bronili się parasolami, krzyczeli próbując go odstraszyć. Kilku w pierwszej chwili nie zauważyło, że w metrze znajduje się uzbrojony w nóż napastnik, gdyż byli zajęci drzemką, tudzież swoimi smartfonami.

Po zatrzymaniu Cheng Chieh tłumaczył, że chciał dokonać "czegoś wielkiego". Męczyło go życie, ale nie miał odwagi, by się zabić - postanowił zatem dokonać masowego morderstwa, by zostać skazanym na karę śmierci. Rodzice studenta stwierdzili, że był samotnikiem spędzającym czas w domu na grze w pełne przemocy gry online. Był też fanem swoją drogą doskonałego survival thrillera Kinji Fukasaku "Battle Royale" (2000), a także powieści pod tym samym tytułem. Nie ma to jak obwiniać gry online i filmy (czasem też muzykę) o wzbudzanie morderczych skłonności wśród młodych ludzi. Człowiek i jego potrzeba wytłumaczenia sobie wszystkiego. W kwietniu Cheng Chieh opublikował w sieci krótką historykę w której opisywał z pierwszej perspektywy "chęć zabicia ludzi w pociągu" w celu "ukarania otoczenia". 9 maja został o to przepytany przez uniwersyteckiego psychologa - stwierdził że to po prostu sposób wyrażenia samego siebie. Sprawa ucichła. Kolejny samotnik dokonujący masowego mordu w odwecie na otoczeniu. Jak widać stłoczone wagony metra mogą stanowić łatwy obiekt ataku dla masowych morderców. Cheng Chieh nie żałuję swojego czynu i chce otrzymać wyrok śmierci. Twierdzi, że gdyby jego rodzice jechali wówczas metrem to też by ich zabił.

Płyta tygodnia: Serpentine Path "Emanations" (2014)



















Im częściej słucham tej płyty tym bardziej daję się jej opętać. Starsi wiekiem wielbiciele ciężkiej muzy, a już w szczególności miłośnicy death doom metalu z całą pewnością pamiętają nowojorski Winter. W 1990 roku ukazał się ich debiutancki album "Into Darkness" będący dla mnie niekwestionowanym pomnikiem posępnego death doom metalu. Pomnikiem, który w dalszym ciągu się nie starzeje i wciąż roni kamienne łzy nad agonią świata obróconego w perzynę przez wojny i lodowatą ludzką nienawiść. "Into Darkness" (1990) jest zgodnie z tytułem wyprawą w coraz bardziej gęstniejącą Ciemność w poszukiwaniu jej rdzenia, plugawego jądra. Niekończąca się chaotyczna ciemność pożerająca każdy najmniejszy choćby snop światła. W składzie Serpentine Path oprócz eks-muzyków Electric Wizard, Ramesses i Unearthly Trance znalazł się także eks-gitarzysta Winter, Stephen Flam. Było to dla mnie spore zaskoczenie, gdyż pozostali muzycy Winter są (poza zagraniem okazjonalnego koncertu) nieaktywni twórczo. O ile debiutancki album SP "Serpentine Path" (2012) przesłuchałem ongiś bez wyraźnego entuzjazmu (kajam się za to, bo to dobry materiał), o tyle "Emanations" cholernie mi się podoba. Przede wszystkim album ów kipi wręcz od brzydoty i chropowatej agresji, gitary brzmią kurewsko ciężko wkraczając sporadycznie w niepokojące psychodeliczne odjazdy za sprawą solówek, znany z black metalowego The Howling Wind wokalista Ryan Lipynsky dysponuje straszliwie jadowitym wokalem, a perkusista Darren Verni znęca się nad garami. Lubię proste, antyczne i zarazem wulgarne granie nawiązujące do old-schoolowego death doom metalu a la Winter czy brytyjski Decomposed. Dlatego też słuchanie takich rozwleczonych wałków jak "Systematic Extinction" czy "Disfigured Colossus" sprawia mi wiele radochy. Fani death doom metalu, a także nieokrzesanego sludge doomu a la Eyehategod powinni się zapoznać z Serpentine Path, bo ta kapela ma spory potencjał.

"Systematyczna zagłada" do odsłuchu: http://www.youtube.com/watch?v=PlBpM4xqnVA

niedziela, 13 lipca 2014

W Feasterville ciało wypada z furgonetki koronera

























11 lipca po południu, miasteczko Feasterville w Pennsylvanii (blisko centrum handlowego), z jadącego vanu koronera wypada ciało przewożone na wózku szpitalnym. A wszystko przez wadliwe drzwi. Niniejszą fotografię zamieścił na swoim Facebooku mieszkaniec Bucks County Jerry Bradley. Trup był owinięty białym prześcieradłem. Kierowca szybko zorientował się, że utracił przewożony ładunek i odzyskał leżące na ruchliwej drodze zwłoki. Pomógł mu w tym Bradley, który początkowo myślał, że to "żart". Jak to pisał Kurt Vonnegut w "Rzeźni numer pięć": "Zdarza się". Mała ciekawostka przed snem.

sobota, 12 lipca 2014

Cropsey (2009) - recenzja















Miałem dzisiaj przemożną ochotę odświeżyć sobie krwawy slasher "The Burning" (1981) Tony'ego Maylama, w którym zdeformowany pacjent szpitala psychiatrycznego morduje nożycami uczestników letniego obozu, ale jednak stwierdziłem, że ten film może poczekać do jutra. Zamiast "Poparzonego" obejrzałem natomiast po raz pierwszy film dokumentalny "Cropsey" Joshuy Zemana i Barbary Brancaccio, którego osią jest seria do tej pory całkowicie niewyjaśnionych zaginięć (i morderstw) niepełnosprawnych umysłowo dzieci mających miejsce w nowojorskim okręgu Staten Island. W 1972 roku młody dziennikarz śledczy Geraldo Riviera dostał się z kamerą do pomieszczeń Szkoły Stanowej Willowbrook i pokazał w jakich skandalicznych warunkach są tam trzymane niepełnosprawne umysłowo dzieci. Setki zdeformowanych, nagich bądź częściowo ubranych dzieci, niektóre z nich siedzące we własnych ekskrementach, rozwrzeszczane, głuche i ślepe. A wszystko przesycone odorem gówna, choroby i śmierci. Instytucję Willowbrook zamknięto jednak dopiero we wrześniu 1987 roku i od tego momentu kompleks budynków gnije opuszczony. Jednym z jego pracowników był Andre Rand, główny podejrzany o zaginięcia i morderstwa dzieci. Tytułowy Cropsey, postać jakby żywcem wyjęta z upiornej miejskiej legendy o szaleńcu z hakiem zamiast dłoni (albo z siekierą) polującym na uczestników letniego obozu bądź porywającym dzieci. Rand po zamknięciu Willowbrook zamieszkał w lesie koło placówki (zwanym Greenbelt, Zielonym Pasem) z grupą pacjentów. Co ciekawe, pod budynkiem szpitala psychiatrycznego odkryto sieć podziemnych tuneli, którymi można było się przemieszczać.

9 lipca 1987 roku nie wraca z krótkiego spaceru chorująca na zespół Downa Jennifer Schweiger. Po 35 dniach poszukiwań jej zwłoki zostają odnalezione pogrzebane w sekretnym płytkim grobie blisko Willowbrook, w pobliżu jednego z miejsc koczowania Andre Randa. Przypuszcza się, że Rand stał za zniknięciem czwórki innych ofiar (trójki dziewczynek i niepełnosprawnego umysłowo 22-letniego chłopaka, wszyscy zaginęli przed Jennifer Schweiger), ale ciał tychże nigdy nie znaleziono. Być może leżą gdzieś w lasku przy Willowbrook. Brakowało twardych dowodów, by posadzić Andre Randa za morderstwa - w zasadzie wszystko opierało się na poszlakach i częstokroć mało wiarygodnych zeznaniach świadków. Lokalna społeczność przerażona zniknięciami dzieci chciała mieć swojego boogeymana, a Rand idealnie się kwalifikował. Hipotez było wiele. Rand zabijał sam albo działał z tajemniczym wspólnikiem, chciał oczyścić świat z niepełnosprawnych umysłowo dzieci albo porywał dzieciaki dla satanistów, a te były potem mordowane w trakcie satanicznych rytuałów. Śliniący się w momencie zatrzymania Rand nigdy się do niczego nie przyznał, ba, twierdził, że wszystko ukartowano. Jednak patrząc na niego trudno nie było się oprzeć wrażeniu, że Andre Rand coś ukrywa. I umie manipulować. Był już wcześniej (w 1969 roku) oskarżony o próbę molestowania seksualnego, oskarżano go także o gwałt na młodej kobiecie i 15-latce. Ostatecznie skazano go na 25 lat pozbawienia wolności za porwanie (ale nie morderstwo) Jennifer Schweiger, a potem na kolejne 25 lat za porwanie 5-letniej Holly Ann Hughes w 1981 roku (jej ciała nigdy nie odnaleziono).

"Cropsey" budzi niepokój i pozwala na grę domysłów. Przerażają ujęcia z dokumentu Geraldo Riviery, ale także wędrówki filmowców po podziemiach i opuszczonych pomieszczeniach Willowbrook. Każda lokalna wspólnota, każde przedmieście zdaje się mieć jakieś budzące grozę tajemnice, lecz w sprawie Andre Randa jest mnóstwo niejasności, a prawdy o zniknięciach dzieci ze Staten Island zapewne nie dowiemy się nigdy.

Opuszczona 'wieża Tesli' koło Moskwy

















Nie powiem, zaintrygowała mnie ta konstrukcja. Zdaję sobie sprawę, że przeogromna Rosja słynie z opuszczonych instalacji militarnych, przeżartych rozkładem tajnych laboratoriów biologicznych czy skażonych odpadami nuklearnymi jezior, ale zobaczyć coś takiego to byłoby coś. W lasku blisko rosyjskiego miasta Istra (40 km na zachód od Moskwy) znajduje się owa futurystyczna konstrukcja przypominające budowle jakby nie z tego świata - Generator Impulsów Wysokiego Napięcia. Wysokość wieży Generatora wynosi 43 metry, maksimum napięcia wyjściowego: 9 megawoltów (czyli 9 milionów woltów), rekordowa długość błyskawic: 150 metrów. Strukturę skonstruowano w latach 70-tych i podobno jest w użyciu po dziś dzień. Więcej informacji tutaj:

http://www.rumormillnews.com/cgi-bin/forum.cgi?noframes;read=311953

piątek, 11 lipca 2014

Mumie pustyni Taklamakan


















Chińska pustynia Taklamakan (Takla Makan, Morze Śmierci) jest jednym z najsuchszych miejsc na Ziemi. Mumie Tarim odkryto w późnych latach 80-tych w Basenie Tarim (Xinjiang, Chiny), a ich wiek archeolodzy datują na okres od 1800 r. p.n.e do roku 200. Długie włosy w kolorze czerwonawym blond, europejskie rysy... 4000-tysięczna mumia tzw. Piękności z Loulan (zmarłej w wieku 45 lat, a odkrytej w 1979 roku) szczyci się nordyckimi rysami. Powierzchnia pustyni wynosi 33 700 km kwadratowych, a w języku Ujgurów Takla Makan znaczy mniej więcej: "jeśli tam wejdziesz to już nie powrócisz". W 1900 roku szwedzki odkrywca Sven Hedin w trakcie ekspedycji odnalazł ruiny antycznego miasta Loulan pogrzebane pod pustynnym piaskiem, stolicę zagadkowego królestwa Loulan. Inną antyczną osadę pogrzebaną w piasku Niya (odkrytą w 1901 przez Sir Marca Aurela Steina) jej mieszkańcy opuścili w popłochu i nikt nie wie dlaczego. Czy przyczyną była nadciągająca ogromna burza piaskowa? Jakie jeszcze tajemnice skrywa zdające się nie mieć końca Morze Śmierci?

Silencer "Taklamakan":https://www.youtube.com/watch?v=9a-adqbp1tA&feature=kp

czwartek, 10 lipca 2014

Islandzki kuc versus korwinowski



















Ostatnio w mediach internetowych, tudzież w forumowych połajankach używa się w nadmiarze słowa "kuc". Najlepiej od razu korwinowski, wpatrzony w Koriwna niczym w obrazek, bezkrytyczny wielbiciel. Długowłosy, studiuje kierunki ścisłe, itd. Cóż za stereotypizacja. Za Korwinem nie przepadam (z jakąkolwiek religią mi jest zdecydowanie nie po drodze), lubię przedmioty ścisłe, choć ich nie studiowałem, długie włosy nosiłem przez kilka lat, ale musiałem je ściąć, zatem naprawdę nie wiem czy kwalifikuje się w oczach innych na "kuca". Chociaż z drugiej strony od wielu lat słucham metalu i nie zamierzam przestawać. Poza tym uważam, że islandzkie kuce są czarujące. Oto kilka fotek tych sympatycznych zwierzaków (islandów), które zrobiłem w trakcie mojego pobytu na Islandii. I pomyśleć, że erupcja wulkaniczna Laki w latach 1783-84 doprowadziła do śmierci 70% kuców islandzkich. A Odyn miał islandzkiego rumaka Sleipnira, który na pewno nie był skromnej postury kucem.

wtorek, 8 lipca 2014

Lalczany ogród w Teguise na Lanzarote




















Pamiętacie może meksykańską Wyspę Lalek o której kiedyś tutaj wspominałem? Przeglądam sobie właśnie zdjęcia stożków wulkanicznych na Lanzarote i przypomniało mi się, że pomiędzy uliczkami Jose Betancourt i Perejil w Teguise istnieje ciekawe domostwo z nie mniej ciekawym ogrodem (a w nim kaktusy, palmy, itd.) A także manekiny, wypchane zwierzęta, zabawki, lalki, dziwaczne figury. Mężczyzna, który mieszka w tym domu Manuel Perdomo Ramírez jest lokalnym malarzem i rzeźbiarzem. Przez lata zbierał wyrzucone przez ludzi zabawki, a w ogrodzie urządził ich ekstrawagancką ekspozycję. Wrzucę kilka zdjęć, które zrobiłem tam w maju 2012 roku. Myślę, że nadają się na tego bloga.

Link: http://dtbbth.blogspot.com/2013/07/meksykanska-wyspa-lalek.html