Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Bowie, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania Bowie, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 lutego 2021

David Bowie a subkultura gotycka - "Zagadka nieśmiertelności" (1983)

                                                        

Miałem ten tekst opublikować w styczniu 2021 roku, ale przeleżał na dysku. Czynię to zatem teraz.

12 stycznia 2016 roku w wieku 69 lat zmarł David Bowie. Wiadomość o śmierci brytyjskiego artysty dwa dni po premierze jego 25-tego albumu "Blackstar" (2016) zasmuciła dziesiątki tysięcy fanów na całym świecie. Wszechstronnie utalentowany i chroniący swojej prywatności Bowie trzymał w tajemnicy zmagania z nowotworem wątroby, który zdiagnozowano u niego osiemnaście miesięcy wcześniej. Do końca życia pozostał aktywny twórczo, choć z powodu progresji choroby nie mógł stawiać się na próby. 

Ulegająca ciągłym metamorfozom, stale ewoluująca twórczość Davida Bowie wywarła niezaprzeczalny wpływ na raczkującą subkulturę gotycką. Przykładowo utwór "Be My Wife" z berlińskiego albumu "Low" (1977) ma chłodne post-punkowe brzmienie, z kolei najbardziej melancholijna kompozycja z tej płyty zatytułowana "Warszawa" zainspirowała przyszłych muzyków Joy Division do pierwotnego nazwania zespołu Warsaw.  Jak powszechnie wiadomo debiutancki album zespołu z Manchesteru "Unknown Pleasures" (1979) stał się kamieniem milowym posępnego post-punka. Zresztą skromny, wrażliwy oraz cierpiący na epilepsję i wahania nastroju lider Joy Division fascynował się twórczością Davida Bowie, dwukrotnie był na jego koncertach i posiadał autograf tego artysty. Ostatnią płytą słuchaną przez Iana Curtisa przed samobójstwem popełnionym 18 maja 1980 roku był debiut Iggy Popa "The Idiot" (1977), album wyprodukowany przez Davida Bowie i podobnie jak "Low" inspirujący później wiele zespołów industrialnych, post-punkowych i gotycko rockowych. 

Oprócz Joy Division innymi zespołami, które inspirowały się albumami Davida Bowie były Siouxsie and The Banshees, The Cure, Cabaret Voltaire, Bauhaus czy Nine Inch Nails. Z muzykami Bauhaus David Bowie miał okazję spotkać się na planie sensualnego horroru wampirycznego "The Hunger" (1983) - filmu ogromnie cenionego wśród subkultury gotyckiej. Perkusiście Bauhaus, Kevinowi Haskinsowi pomógł zapalić papierosa własną zapalniczką!

Oparty na powieści Whitleya Streibera z 1981 roku debiut reżyserski Brytyjczyka Tony'ego Scotta otwiera scena faktycznie nakręcona w londyńskim klubie gejowskim Heaven, w której para wampirów, Miriam (Catherine Deneuve) i John (David Bowie) uwodzi dwie ofiary. W trakcie polowania na świeżą młodą krew lider Bauhaus, Peter Murphy śpiewa "Bela Lugosi's Dead" występując w klatce. Zwabieni w pułapkę kobieta i mężczyzna trafiają do nowojorskiego apartamentu Johna i Miriam, po czym zostają zabici przez krwiopijców. 

Zagrany przez Bowiego wampir to uosobienie androgynicznego piękna. Nieskazitelny wygląd, gładka skóra, wysmakowana elegancja ubioru, zachwycający magnetyzm. Jednak John zaczyna się w alarmującym tempie starzeć, co skłania jego towarzyszkę, Miriam, do szukania pomocy u gerontolożki i osobowości telewizyjnej Dr Sarah Roberts (Susan Sarandon). Kiedy John nieuchronnie umiera Miriam uwodzi Sarah, by znaleźć sobie młodą towarzyszkę/kochankę. W "Zagadce nieśmiertelności" młodość jest czymś ogromnie pożądanym, ale nie trwa wiecznie. 

Przy okazji jeśli chcecie posłuchać obiecującego rodzimego darkwave to polecam zapoznanie się z muzyką tego śląskiego zespołu:

 https://strdlm.bandcamp.com/track/ghost

środa, 7 grudnia 2022

Moonage Daydream (2022) - recenzja

                                                      

Z racji tego, że nie udało mi się być na koncertach Raison d'Etre i Brighter Death Now 4 grudnia we Wrocławiu i Wardruna 6 grudnia w Poznaniu postanowiłem chociaż przejść się do poznańskiego kina Muza na seans "Moonage Daydream" (2022) Bretta Morgena, oszałamiającego wizualnie dokumentu o Davidzie Bowie. Z muzyką Davida mam podobnie jak z The Cure: wolę jego eksperymentalną, mroczniejszą i bardziej melancholijną twórczość niż tą celującą w mainstream, piosenkową. Szczególnie cenię albumy "Low", "Heroes", "Earthling" czy "Blackstar". Jednak zmarły 10 stycznia 2016 roku na raka wątroby David Bowie to prawdziwy człowiek renesansu: artysta na wskroś niezwykły, nieskończenie kreatywny, działający na rozmaitych poletkach sztuki: śpiewał, pisał piosenki, malował akryle, rzeźbił, bawił się eksperymentalną sztuką audiowizualną, grał w filmach (np. lesbijski horror wampiryczny "Zagadka nieśmiertelności" z 1983 roku).

"Moonage Daydream" to wizualna orgia zmysłów oparta na setkach godzin materiałów archiwalnych z osobistych zbiorów Davida (podobnie jak "Wulkan miłości" oraz "The Fire Within" - dwa tegoroczne filmy dokumentalne oparte na materiałach archiwalnych pozostawionych przez parę nieustraszonych wulkanologów, Maurice'a i Katię Krafft). David Bowie był artystą niezwykle przenikliwym i ciekawym świata, chłonącym sztukę i muzykę, wcielającym się niczym kameleon w różne postaci w trakcie długiej, nieprzewidywalnej i eklektycznej kariery muzycznej (Ziggy Stardust, Halloween Jack, Thin White Duke). Sam dokument jest mocno dezorientujący, by nie rzec psychodeliczny. Znalazły się w nim ujęcia Davida Bowie w Berlinie Zachodnim (lata 1976-79), w USA czy w Japonii, wywiady telewizyjne, fragmenty koncertu "Ziggy Stardust and the Spiders from Mars" (1973) czy trasy z 1984 roku. Jest także krótka wzmianka o jego ślubie z somalijską modelką Iman w 1992 roku. Na krótko przed śmiercią Bowiego Iman napisała (zapamiętałem ten cytat): "Czasem nie docenia się chwil, dopóki nie staną się wspomnieniami". Jednak (jak widać) Bowie nie został zapomniany nawet po śmierci.

Bowie na pewno był nietuzinkowy, gdyż nie chciał być człowiekiem (artystą) nijakim. Stał się androgynicznym symbolem seksu, muzycznym eksperymentatorem, ikoną stylu, wszechstronnym erudytą. Interesowały go chaos i izolacja jednostki obecne we współczesnym mu i nam świecie. To Bowie jest głównym narratorem "Moonage Daydream" - jego narracja tchnie wrażliwością i głęboką mądrością ("ważne jest to, co w życiu robisz, a nie to, ile pozostało ci czasu"). Konkludując, "Moonage Daydream" to dzieło oszałamiające, niekiedy narkotyczne, niekiedy wysublimowane. Fascynujący film dokumentalny! Warto wybrać się na niego do kina. 

Neonowa halucynacja, fantasmagoria. 

O Davidzie Bowie blogowałem tutaj wielokrotnie:

https://dtbbth.blogspot.com/search?q=Bowie

Przy okazji polecanka muzyczna. Pojawił się trzeci kawałek młodego rodzimego zespołu Burial Fields. Żwawa, energiczna i sympatyczna piosenka z intrygującym żeńskim wokalem. Sprawdźcie ten zespół.

https://burialfields.bandcamp.com/ 

Aby do końca nie było tak łagodnie polecam także nowy klip niemieckich funeral doom metalowców z Ahab. "20 000 mil podmorskiej żeglugi" i Nautilus w animowanym teledysku.

https://www.youtube.com/watch?v=_y16EPGFK2E

środa, 13 stycznia 2021

David Bowie i Dario Argento na wspólnej fotografii Paula Masseya

Nie będę tutaj rozpisywał się o różnorodnej i wyjątkowej twórczości muzycznej Davida Bowie, gdyż znajdą się osoby, które zrobią to lepiej ode mnie. Ale w związku z 5 rocznicą śmierci tego wyjątkowego artysty kilka słów odnośnie tej fotografii wykonanej w 1996 roku przez Paula Masseya. David Bowie i włoski mistrz horroru Dario Argento przyjaźnili się. Wówczas "Syndrom Stendhala" (1996), mroczny thriller/giallo z Asią Argento miał już swoją premierę we włoskich kinach. Jedną z głównych inspiracji dla thrillerów i horrorów Dario Argento, w tym dla słynnej trylogii Trzech Matek ("Suspiria", "Inferno", "The Mother of Tears") były pisane w przerwach między zażywaniem opium przez autora eseje Thomasa de Quinceya, w tym "O morderstwie jako o jednej ze sztuk pięknych" (1827) oraz zbiór "Suspiria de Profundis" (1845), w szczególności esej "Levana and Our Ladies of Sorrow". Wszechstronnie utalentowany Bowie w nagrywanej rozmowie z Argento poruszył m.in. tematykę esejów de Quinceya, którymi inspirował się także Edgar Allan Poe. 

 Dario Argento spotkał po raz pierwszy Davida Bowie w 1977 roku w Monachium. Włoch reżyserował podówczas "Suspirię", a do spotkania, w którym uczestniczył także Rainier Werner Fassbinder doszło w restauracji. Niestety nie natknąłem się na żadne zdjęcia obrazujące owo spotkanie. 
 
W ubiegłym roku odświeżyłem kilka thrillerów (giallo) Dario Argento, w tym "Głęboką czerwień" (1975), "Cztery muchy na szarym aksamicie" (1972) oraz "Tenebre" (1982). Obejrzałem także po raz wtóry "Zagadkę nieśmiertelności" (1983) Tony'ego Scotta, w którym Bowie zagrał (obok Catherine Deneuve) błyskawicznie starzejącego się wampira. Pamiętam ten zmysłowy i wysmakowany horror jeszcze z czasów dzieciństwa. Dzięki "The Hunger" zetknąłem się po raz pierwszy z grupą Bauhaus, jak również z rolą aktorską Davida. Szkoda, że przyjaźń Argento z Bowiem nie zaowocowała wspólną współpracą na planie filmowym. Na pewno byłaby czymś nietuzinkowym.
 
Słuchałem w dniu rocznicy śmierci Davida Bowie "Blackstar" i "Low", w tym oczywiście melancholijnej kompozycji "Warszawa". Warto tutaj przypomnieć ten stary tekst Bartka Chacińskiego o wizycie Bowiego w Warszawie (maj 1973 roku) oraz o kulisach powstania tego genialnego utworu.
 

niedziela, 9 stycznia 2022

The Image (1967) - recenzja

Skoro 8 stycznia minęła rocznica narodzin wybitnego artysty Davida Bowie, a 10 sierpnia minie rocznica jego śmierci (10 I 2016) postanowiłem zrecenzować "The Image" - jego aktorski debiut i krótko napisać o związku Bowie z kinem grozy, niesamowitości i fantasy.

Nakręcony w ciągu trzech dni we wrześniu 1967 roku i utrzymany w estetyce psychodelicznego horroru film krótkometrażowy o artyście (Michael Byrne), którego dzieło w postaci inkarnacji obrazu młodziutkiego Davida Bowie powraca do życia. Młody malarz próbuje tego pięknego, przypominającego manekina/żywego trupa młodzieńca unicestwić - najpierw przy pomocy rzymskiego posążka, potem noża. Jednak obraz nie chce umrzeć... 

Fajnie nakręcony, oniryczny i psychodeliczny horror od reżysera sadystycznego "Mark of the Devil" (1970), filmu o procesach wiedźm w XVIII wiecznej Austrii. Akcja "The Image" toczy się w trakcie posępnej deszczowej nocy, co tylko podkręca nastrój tego króciutkiego dreszczowca. Zero dialogów, w zamian sporo niepokojącej muzyki i ekspresjonistycznej kolorystyki. Intrygująco pokazany motyw doppelgängera budzący skojarzenia z "Portretem Doriana Graya" Wilde'a. Zarówno Byrne, jak i androgyniczny Bowie na plus. Na Youtube można obejrzeć także wersję koloryzowaną. W sumie obie wersje mi się podobają (zarówno ekspresjonistyczna czarno-biała, jak i kolorowa).

O przyjaźni Davida Bowie z maestro włoskiego horroru Dario Argento i o genialnej roli piosenkarza jako umierającego wampira w "Zagadce nieśmiertelności" (1983) Tony'ego Scotta już tutaj pisałem. Fani artysty powinni też odszukać (jest na Vimeo) "Pierrot in Turquoise or The Looking Glass Murders" (1970) - surrealistyczny spektakl teatralny z trzema upiornymi mimami i śpiewem Bowiego jako Cloud. Lubię też jego występ i zaśpiewanie "Heroes" w "My, dzieci z dworca Zoo" (1981) Uli Edela oraz krótki, acz cholernie wyrazisty epizod u Davida Lyncha w "Twin Peaks: Ogniu krocz za mną" (1992). Szkoda, że David nie pojawił się choćby epizodycznie w innych filmach Lyncha oraz nigdy nie zagrał w jakimś giallo Argento. Oczywiście trzeba też wspomnieć o występie Bowiego u Jima Hensona w familijnym fantasy "Labirynt" (1986). Muszę też kiedyś obejrzeć węgierski dramat fantasy "Büvös vadász" aka "Magiczne kule" (1994) - stosunkowo mało znany baśniowy film, który Bowie wyprodukował. 

OK, nie będę sobą jak nie wrzucę coś smutnego z Bowiego. Wybór "Blackstar" (2016) byłby zbyt oczywisty, choć to zdecydowanie najbardziej poruszający album tego artysty-innowatora (artysty wizualnego, aktora, muzyka, teoretyka kultury), jego rozstanie raz na zawsze z doczesnością. To może przykładowo "Slow Burn", "Heathen", "Word on Wing", "No Plan", "Subterraneans", "Ashes to Ashes", "Where Are We Now?", "Bring Me the Disco King", "Always Crashing in the Same Car", "Shadow Man"  czy "The Loneliest Guy"?

https://www.youtube.com/watch?v=x6MDhtBEmCs 

https://www.youtube.com/watch?v=NSEhQfGlM8w 

https://www.youtube.com/watch?v=hmtL3RxiVjc 

https://www.youtube.com/watch?v=xIgdid8dsC8 

https://www.youtube.com/watch?v=FVY2ERXkNgY 

https://www.youtube.com/watch?v=du_pVBhT4DE 

https://www.youtube.com/watch?v=QWtsV50_-p4 

https://www.youtube.com/watch?v=oqv-NXxIU38 

https://www.youtube.com/watch?v=-m30aaI5Yf8 

https://www.youtube.com/watch?v=MOVD_VgnBKQ 

https://www.youtube.com/watch?v=rYlsdigdswA 

https://dtbbth.blogspot.com/2021/01/david-bowie-i-dario-argento-na-wspolnej.html

Warto jeszcze dodać w ramach ciekawostki, że w remake'u "Suspirii" (2018) pojawia się fotografia Davida oraz Drzewa Życia Kabały z 1974 roku autorstwa Steve'a Schapiro. Muzyk interesował się judaizmem w latach 70-tych (dwie jego wczesne największe inspiracje muzyczne to żydowscy muzycy Lou Reed i Bob Dylan), zresztą jego wieloletnia podróż spirytualna objęła oprócz Kabały także tybetański buddyzm, chrześcijański mistycyzm czy okultyzm (ezoteryczne książki Alesteira Crowleya).

https://www.theatlantic.com/photo/2016/04/Capturing-David-Bowie/478371/

piątek, 29 stycznia 2021

My, dzieci z dworca Zoo (1981) i Berlin Zachodni

  

Odświeżyłem ostatnio "Christiane F. - My, dzieci z dworca Zoo" (1981), słynny niemiecki film o nastoletnich narkomanach, którzy aby zdobyć heroinę prostytuują się na dworcu Zoo w Berlinie. Film swego czasu był dość kontrowersyjny - przede wszystkim ze względu na udział młodych 14-letnich aktorów w rolach głównych oraz obsadzenie prawdziwych ćpunów jako statystów. Sam obejrzałem "Christiane F." jeszcze w wieku nastoletnim. Mrocznemu i turpistycznego dramatowi biograficznemu Uli Edela w osiągnięciu sukcesu komercyjnego na pewno pomogła obecność Davida Bowie, który w filmie wystąpił (choć to zapis koncertu z Nowego Jorku) i stworzył do niego soundtrack m.in. z takimi utworami jak "Heroes" czy "Warszawa". Zresztą główna bohaterka ma obsesję na punkcie muzyki Bowiego z lat 1975-77, wybiera się na jego koncert i w końcu sprzedaje jego płyty, by zaspokoić narkotykowy głód. Film jest z jednej strony sugestywno-realistycznym przedstawieniem środowiska berlińskich narkomanów, a z drugiej doskonale pokazuje fascynujący Berlin Zachodni. Czyli miejsce, które na przełomie lat 70 i 80-tych wręcz tętniło radykalną sztuką i specyficznym lifestyle'm. To w Berlinie Zachodnim swego czasu mieszkali i tworzyli Nick Cave, David Bowie, Iggy Pop czy Tilda Swinton. To miasto stało się wówczas swoistą mekką artystów, gdyż sprzyjały ku temu odpowiednie warunki. Mężczyzn zamieszkałych w Berlinie Zachodnim nie dotyczył pobór do wojska. Koszty mieszkalne były niskie. Można było mieszkać w komunie, anonimowo, mając niewielkie środki do życia. Dlatego też Berlin Zachodni przyciągał tak wielu artystów, którzy poszukiwali tam swojego miejsca.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Steven Wilson w Poznaniu, 17.04.2016, Sala Ziemi oraz samotna śmierć Joyce Carol Vincent



















Zapewne każdy fan twórczości Stevena Wilsona zapoznał się już z prawdziwą historią Joyce Carol Vincent stanowiącą niepokojący koncept czwartego albumu artysty "Hand. Cannot. Erase" (2015). Jest to historia kobiety, która przeprowadza się do wielkiego miasta i początkowo odnosi sukcesy, lecz przychodzi taki moment że zostaje kompletnie zapomniana i umiera w samotności. 25 stycznia 2006 roku w londyńskim Wood Green w małej kawalerce zostają odnalezione zwłoki 38-letniej Joyce Carol Vincent. Szkielet kobiety znajduje się na sofie, a w kącie pokoju stoi telewizor nastawiony na stację BBC1. Ciało jest w stanie tak daleko posuniętego rozkładu że dokonano jego identyfikacji na podstawie akt dentystycznych i zdjęcia uśmiechniętej kobiety, którą była Joyce Carol Vincent. Śmierć Joyce nastąpiła prawdopodobnie w grudniu 2013 roku, kobieta umarła naprzeciw włączonego telewizora, jej ciało odnaleziono po dwóch latach i miesiącu od prawdopodobnej daty śmierci. W jaki sposób czyjaś absencja może zostać przez tak długi czas niezauważona? Tym bardziej w wielkim mieście jakim jest Londyn. Powstał na ten temat film dokumentalny "Dreams of Life" (2011) w reżyserii Carol Morley, który obejrzał Steven Wilson i pod jego wpływem narodził się koncept "Hand. Cannot. Erase" (2015).

Joyce Carol Vincent przyszła na świat w londyńskim Hammersmith 15 października 1965 roku. Jej rodzice wyemigrowali do UK z karaibskiej Grenady. Gdy Joyce miała 11 lat zmarła jej matka. Dziewczynką opiekowały się cztery starsze siostry. Ojciec, który zmarł w 2004 roku zbytnio się nią nie interesował. Joyce Vincent można było określić jako kobietę sukcesu. Pracowała w wydziale finansowym w Ernest & Young, gdzie zarabiała dobre pieniądze. Zaręczyła się z kimś, kto wolał pozostać anonimowy. Z prestiżowej pracy zrezygnowała jednak z nieznanych powodów w marcu 2001 roku. Znajomi wspominają Joyce jako kobietę ambitną, pozbawioną nałogów, umiejącą śpiewać. Jednak Joyce często zmieniała miejsca zamieszkania i była skryta.

Ciało Joyce znaleziono w kawalerce na samym końcu deptaku. Drzwi do mieszkania Joyce były zamknięte, przez okna nie dało się wiele zobaczyć. Z jej kawalerką sąsiadowało tylko jedno mieszkanie, nie było pomieszczeń mieszkalnych nad nią, ani pod. Połowa czynszu za kawalerkę Joyce była płacona przez agencję wypłacającą świadczenia, opłaty za telewizję i ogrzewanie też były automatycznie opłacane. Przyczyna śmierci Joyce pozostała nieznana, ale kobieta cierpiała na astmę i chorobę wrzodową. Jej ciało leżało na plecach blisko torby na zakupy, otaczały je zapakowane lecz nigdy nie dostarczone prezenty świąteczne. Dla kogo miały być one przeznaczone? Nie wiadomo. Wykluczono udział osób trzecich w śmierci Joyce.

Po rezygnacji z pracy w Ernest & Young Joyce przez pewien czas przebywała w schronieniu dla ofiar przemocy domowej w Haringey. W owym czasie miała narzeczonego do którego policja nie dotarła. Kim był ten człowiek? Przed śmiercią Joyce nie odpowiadała na telefony od sióstr, nie miała stałych przyjaciół, zawierała raczej znajomości z osobami jej obcymi, często zmieniała miejsca zamieszkania jakby stale przed czymś uciekała. Przed wstydem nieudanego związku? Dlaczego postanowiła całkowicie zerwać więzi z siostrami i grupką przyjaciół z lat 80-tych? Wreszcie ile takich osób żyje w wielkich miastach? Zapomnianych, ignorowanych, świadomie redukujących kontakt z otoczeniem i uciekających przed bolesną przeszłością?

Koncept "Hand. Cannot. Erase" Stevena Wilsona opiera się na życiu Joyce, choć naturalnie znalazły się w nim elementy fikcyjne. Czołową postacią konceptualną jest H., która znika 22 grudnia 2014 roku pozostawiając spakowane prezenty dla odseparowanego brata i jego rodziny. Co ciekawe, główną postać konceptu stanowi modelka Carrie Grr, która jest moją znajomą. I to ona zaproponowała mi w ubiegłym roku dołożenie swojej skromnej cegiełki do historii scalającej "Hand. Cannot. Erase". Pojawiam się króciutko w utworze "Happy Returns", a konkretnie w wizualizacji koncertowej, która towarzyszy odgrywaniu przez zespół tego utworu na żywo. Gros materiału filmowego stanowiącego oprawę wizualną koncertów promujących najnowszy album Wilsona nakręcono w Poznaniu, a ja sam brałem udział w kręceniu filmu na Cytadeli.

Koncert Stevena Wilsona i jego zespołu w poznańskiej Sali Ziemi trwał prawie trzy godziny z 20-minutową przerwą. W pierwszej połowie koncertu Wilson wraz z towarzyszącymi mu muzykami skupił się na zagraniu w całości "Hand. Cannot. Erase", a w drugiej zaprezentował utwory z repertuaru Porcupine Tree oraz z najnowszego albumu Wilsona "4 ½", który ukazał się w styczniu 2016 roku. W trakcie pierwszej połowy koncertu oprócz pięknej (czasem stonowanej, czasem zmetalizowanej) i częstokroć smutnej muzyki Wilsona trudno było nie zwracać uwagi na cudowne wizualizacje, które towarzyszyły poszczególnym utworom z "Hand. ..." Skupiały się one na Carrie Grr, ale można było się też zasmakować w specyfice Poznania. Sam Wilson powiedział żartobliwie że wizualizacje z Poznania zachęcą zagranicznych miłośników jego twórczości do odwiedzin miasta. Jak w wielu innych przypadkach z muzyką Wilsona zacząłem zaznajamiać się za sprawą albumu "In Absentia" (2002) Porcupine Tree, a potem w mniejszym lub większym stopniu (choć niezbyt dokładnie) śledziłem dokonania Brytyjczyka w innych projektach. Odpowiadał mi ten specyficzny brytyjski sentymentalizm jego utworów, nadto trudno nie docenić niewiarygodnego wręcz talentu multiinstrumentalisty Wilsona. Tym chętniej wziąłem udział we wczorajszym koncercie, gdyż ostatni raz widziałem Porcupine Tree na żywo w 2007 roku, gdy supportowała ich Anathema. Od tego czasu Wilson pojawił się w Polsce kilkukrotnie, ale zawsze albo nie miałem pieniędzy albo coś innego mi wypadało.

Wykonanie całego "Hand. Cannot. Erase" od początku do końca było perfekcyjne, a po przerwie Wilson wraz ze swoimi muzykami zagrał m.in. w nieoficjalnym hołdzie Davidowi Bowie "Lazarus" (na finalnym albumie Davida znajduje się utwór pod tym samym tytułem), "Open Car", "Sleep Together", "Don't Hate Me" czy "The Sound of Muzak" (wszystkie utwory z repertuaru Porcupine Tree), "Drag Ropes" (Storm Corrosion) oraz trzy kawałki z ""4 ½". Na bis "The Raven That Refused to Sing", który to utwór Wilson uznaje za swojego osobistego faworyta. Pięknie zabrzmiał także cover Davida Bowiego "Space Oddity" - Steven w trakcie koncertu przyznał że Bowie inspirował go pod kątem nie tyle muzyki, co konsekwentnej ścieżki artystycznej kariery. Niestety śledziłem koncert z antresoli, zatem zdjęcia nie są idealne, ale wybrałem kilka takich, które prezentują się w miarę przyzwoicie.

Zachęcam do wybrania się na dzisiejszy koncert w Krakowie. Oraz do zwracania większej uwagi na żyjących gdzieś obok outsiderów w społeczeństwie, gdyż przypadki takie jak smutna historia Joyce zdarzają się całkiem często.

wtorek, 10 września 2024

IAMX - Chris Corner w Tamie, 9 września 2024 r. (fotorelacja)

                                                                          





Nie będę ukrywał, że z muzyką IAMX (Chrisa Cornera ze Sneaker Pimps) zetknąłem się niedawno, gdy kupiłem na CD "The Alternative" (2006) w sklepie z używanymi płytami CD w Poznaniu. Od tej pory zacząłem słuchać IAMX w miarę regularnie. Wtedy jeszcze nie widziałem jaka jest skala popularności Chrisa w Polsce. A jest ogromna, zwłaszcza wśród płci pięknej. Dość powiedzieć, że IAMX regularnie koncertuje w Polsce, wystąpił chociażby na Castle Party 2007, w 2008 w radiowej Trójce czy w 2011 roku w warszawskiej Stodole. To artysta cieszący się estymą wśród subkultury gotyckiej, acz słuchają go także miłośnicy i miłośniczki pulsującej elektroniki/synth popu. Dlatego też koncert IAMX w poznańskiej Tamie był moim pierwszym kontaktem z twórczością Chrisa na żywo. Znajoma, którą spotkałem już po koncercie powiedziała mi, że to już jej bodaj piąty koncert IAMX. Kolejne dwa odbędą się w maju 2025 roku w Krakowie i Warszawie. Warto zapisać już te daty w koncertowym notatniku. 

Mamy 10 września 2024 roku, czyli coroczny Międzynarodowy Dzień Zapobiegania Samobójstwom. Co ciekawe, Chris Corner z IAMX zmagał się z depresją, trapiła go bezsenność. Otwarcie o tym mówił, uczulał na to, żeby z depresją walczyć. Nie przepadam za pudelkowymi portalikami, ale warto chociażby przytoczyć w tym miejscu ten intymny wywiad z Chrisem. 

Tytułem dygresji najgorsza w przypadku męskiej depresji jest apatia otoczenia, niemożność czy też niechęć do zrozumienia tej potencjalnie śmiertelnej choroby.

https://ohme.pl/lifestyle/chris-corner-tragiczna-ironia-tego-czym-jest-depresja-polega-na-tym-ze-unikanie-jej-tylko-podsyca-ogien/

Jakie są zatem moje wrażenia po koncercie IAMX w poznańskiej Tamie? Oczywiście pozytywne. Wizualny majstersztyk muzyki elektronicznej/synth-popu, przeplatany mozaikami surrealistycznych wizualizacji. Koncert doskonale zagrany, pełen emocji, czasem zmysłowy, buzujący od seksualnej energii, czasem melancholijny i refleksyjny. Przykuwały uwagę androgyniczny a la David Bowie wizerunek Chrisa oraz jego zwinna ekspresja sceniczna. Frekwencja dopisała, sala koncertowa Tamy pękała w szwach. Warto też wspomnieć o tym, że publiczność odbierała muzykę Chrisa z wielkim entuzjazmem. Chris powtarzał, że kocha polską publiczność i uwielbia tutaj występować. I był w doskonałej formie wokalnej. 

Koncert trwał ponad 90 minut. Oto jego set-lista: "Disciple", "The X ID", "Sailor", "Aphrodisiac", "After Every Party I Die", "Break the Chain", "I Come With Knives", "Neurosymphony", "Fault Lines", "Spit It Out", "The Alternative" oraz w trakcie bisu "Happiness", "No Maker Made Me", "Bernadette" i "Mercy".

Odsłuch:

https://www.youtube.com/watch?v=H5w5Ued0ddY

https://iamx.bandcamp.com/album/fault-lines-4

sobota, 22 listopada 2014

The Town That Dreaded Sundown (2014) - recenzja

Wpierw nieco o niezidentyfikowanym seryjnym mordercy, który latem 1946 roku zamordował 5 osób i zranił trzy w Texarkana (pogranicze Teksasu i Arkansas). 22 lutego 1946 roku młoda para, Jimmy Hollis (lat 25) i Mary Jeanne Larey (lat 19) zatrzymała się samochodem na odizolowanej drodze Bowie County blisko Texarkana. Sprawca w worku na głowie (z dziurami na oczy) zmusił ich do opuszczenia samochodu grożąc pistoletem. Jimmy otrzymał ciosy bronią w głowę - przeżył z trzema złamaniami czaszki; Larey padła ofiarą seksualnego ataku i pobicia. Sprawca zbiegł widząc światła nadjeżdżającego samochodu. Następny atak miał miejsce 28 dni później 24 marca 1946 roku na odizolowanej drodze zwanej Rich Road. Richard Griffin, 29 lat i jego dziewczyna Polly Ann Moore, 17 lat zostali odnalezieni zastrzeleni w Oldsmobile Griffina (rocznik 1941). Obie ofiary zostały zamordowanie z zimną krwią na zewnątrz auta, a sprawca umieścił ich ciała w samochodzie. 14 kwietnia 1946 roku w Spring Lake Park po stronie Teksasu odnaleziono ciała dwóch nastolatków: Paula Martina, lat 15 oraz Betty Jo Booker, lat 16. Ofiary zostały zastrzelone z pistoletu Colt kaliber 38. Betty Jo była przed śmiercią molestowana seksualnie. 3 maja 1946 roku 37-letni farmer Virgil Starks czytał w kuchni gazetę, jego żona, 36-letnia Katie przebywała w sypialni. Nagle przez szybę od okna padły dwa strzały, które trafiły Virgila w tył głowy. Farmer zginął na miejscu, Katie przybiegła by sprawdzić co się dzieje i została raniona. Pozostawiając za sobą ślady krwi wybiegła z farmy i pobiegła do sąsiadów, którzy zawiadomili policję. Sprawca wszedł do domostwa i pozostawił tam liczne ślady odcisków butów. Morderca po zastrzeleniu Virgila cierpliwie czekał za oknem aż przybiegnie jego małżonka. Pomimo policyjnych blokad i zastosowania psów tropiących enigmatyczny Phantom Killer zbiegł. Dwa dni po ataku na torach kolejowych w pobliżu Ogden odnaleziono zwłoki mężczyzny Earla Cliffa McSpaddena. Spekulowano, że mógł to być seryjny morderca, który rzucił się pod pociąg, niemniej koroner stwierdził, że Earl zmarł od licznych ran kłutych zadanych mu przed uderzeniem przez pociąg. Być może mężczyzna był szóstą ofiarą seryjnego mordercy. Sprawa Phantom Killera do tej pory uchodzi za nierozwiązaną, a na jej podstawie w 1976 roku reżyser Charles B. Pierce nakręcił horror "The Town That Dreaded Sundown", znany też pod polskim tytułem "Strach przed zmierzchem". Swoją drogą to całkiem dobry dreszczowiec, który potrafi zmrozić krew w żyłach. Mam go ciągle w pamięci, choć oglądałem go dawno temu.

Natomiast kilka dni temu miałem okazję zmierzyć się z rimejkiem "The Town That Dreaded Sundown" (2014) w reżyserii Alfonso-Gomeza Rejona, którego akcja toczy się w Texarkana i okolicach. W miejscowym drive-in (kinie dla zmotoryzowanych) co roku wyświetlany jest horror Pierce'a o nigdy nie schwytanym Phantom Killerze. Niektórym to nie w smak, zwłaszcza lokalnemu złotoustemu kaznodziei. W końcu od serii morderstw minęło już 65 lat. Jamie Larner (Addison Timlin) nie podoba się wyświetlany film i prosi swojego potencjalnego chłopaka Coreya o opuszczenie drive-in. Młody mężczyzna zawozi ją w ustronne miejsce w celu miłosnych igraszek. Oczywiście pojawia się zamaskowany Phantom Killer, z zimną krwią morduje nastolatka, a Jamie pozwala zbiec po to by zawiadomiła mieszkańców Texarkana i miejscową policję, że morderca powrócił, by zapolować ponownie.

Tak naprawdę kompletnie nie ma znaczenia czy widzieliście oryginał z 1976 roku. W uwspółcześnionym rimejku "The Town That Dreaded Sundown" aż roi się od scen i nawiązań do utrzymanego w stylu paradokumentalnym pierwowzoru Charlesa B. Pierce'a. Jak to w slasherach bywa ofiarami bezlitosnego mordercy padają seksualnie aktywne pary (w tym jedna gejowska, co łamie schemat). W filmie nie brakuje krwi i przemocy, a sceny ataków i morderstw są efektownie zrealizowane. Mimo wszystko odniosłem wrażenie, że reżyser do końca nie mógł się zdecydować czy miasteczko Texarkana ma przypominać współczesne miejsce czy nawiązywać klimatem do lat 70-tych (ach, te stare samochody). Ma się wrażenie, że Texarkana stało się mieściną zamrożoną w czasie. W dodatku remake nie tylko nawiązuje do serii niewyjaśnionych morderstw z 1946 roku i do filmu z 1976 roku, ale także zadaje pytanie: w jaki sposób zareaguje społeczność Texarkana w przypadku gdy Phantom Killer zacznie zabijać na nowo? Rozczarowuje natomiast finał filmu, w którym morderca czuje potrzebę werbalnego ujawnienia motywacji działania. Od czasu "Krzyku" Wesa Cravena ta formuła stała się już zbyt wyświechtana.

niedziela, 28 sierpnia 2022

Drugi numer zina Shades of Darkness

Zajrzałem ostatnio do jednego z poznańskich Empików, by pogrzebać w płytach CD.  Po bezsensownej likwidacji działów z płytami CD i winylami w Media Marktach pozostał tylko Empik, którego oferta płytowa jest po prostu biedna i powtarzalna. Pomijając wygórowane ceny na stoiskach płytowych Empiku rzadko trafiam na albumy, które mnie interesują. A interesuje mnie głównie muzyka niszowa (metal, brzmienia gotyckie, mroczna elektronika, etc.) Ok, można ewentualnie uzupełnić w Empiku dyskografię takich zespołów metalowych jak Kreator, Tankard, Saxon, Kat, Celtic Frost, Slayer, Megadeth czy Sepultura, ale na płyty z black metalem czy death metalem trafia się tam dość rzadko (oczywiście są wyjątki typu Vader, Decapitated, Cannibal Corpse, Satyricon). W każdym razie Empik nigdy nie miał startu do obfitości działów płytowych w Media Marktach. Tak czy owak, feralnego dnia kupiłem na CD Sisters of Mercy BBC Sessions (lata 1982-84) i dwa albumy Davida Bowie "Heroes" (1977) i "Reality" (2003). Jednocześnie rzucił mi się w oczy zin Shades of Darkness, który trochę mnie zaintrygował. 

Metalu zacząłem na dobre słuchać w latach 1995-96. Najpierw były teledyski kapel metalowych nagrywane na kasety video, potem przyszło kupowanie kaset magnetofonowych i pierwszych płyt CD, wreszcie uczestnictwo w pierwszych koncertach. Oprócz tego przez dłuższy okres czasu kupowałem Morbid Noizz, Thrash'em All czy Metal Hammer i pochłaniałem wywiady z muzykami. Od wielu lat nie kupowałem czasopism i zinów, gdyż wolałem skupić się na czytaniu książek i kupowaniu płyt CD ulubionych wykonawców. W tym roku jednak coś się zmieniło. Najpierw przeczytałem od deski do deski zina Kinomisja o nurcie giallo (zin filmowy), a teraz zacząłem czytać Shades of Darkness, który kupiłem kilka dni temu. Zaintrygowała mnie jego grubość i zawartość. Przykładowo Watain, Unleashed, Marduk, Immolation... hmm, wszystkie te zespoły wciąż cenię, choć obecnie nie siedzę w ciężkich brzmieniach tak intensywnie jak kiedyś. Przerzuciłem się na szeroko pojęte brzmienia gotyckie (dark electro, EBM, post-punk, darkwave, rock gotycki, industrial, coldwave, death rock) z domieszką neofolka i neoclassical, ale o metalu nie zapomniałem i raczej już nigdy nie zapomnę. Ciężko bowiem trwale odseparować się od muzyki, która ukształtowała mnie światopoglądowo w młodości. Nigdy tego nie zrobię. Wiadomo jednak, że gusta muzyczne stale ewoluują. Nie są twardym monolitem.

Na razie przeczytałem kilka wywiadów w Shades of Darkness (co ciekawe, wypytujący muzyków Woland mieszka pod Poznaniem) i jest dobrze. Dziś na pewno zabiorę się za wywiad z Einarem Selvikiem z Wardruna. Same wywiady są ciekawe, pogłębione, niebanalne, wnikliwie przeprowadzone, przypominają mi nieco sposób wypytywania muzyków w  zinie Bardo Methodology. Cieszy mnie inicjatywa wydawania zinów takich jak Kinomisja czy Shades of Darkness, ponieważ tworzą je zapaleńcy, fascynaci. Tkwi w tym ogromny zapał, chęć zagłębienia się w twórczość danego artysty, dowiedzenia się co nim kieruje. W Shades of Darkness nacisk jest głównie na black metal i death metal, jednakże mam nadzieję, że z czasem zagoszczą tam także kapele doom metalowe czy idąc dalej gotyckie. Ale to są akurat moje preferencje muzyczne, które niekoniecznie muszą kolidować z preferencjami muzycznymi innych.

Fajnie, że nadal ktoś w Polsce tworzy ziny. Sam wielokrotnie kwestionowałem sens pisania na tym blogu, choć jakichś odbiorców niewątpliwie mam. Jednakże blogowanie nie może już konkurować z podcastami, filmikami na Instagramie czy TikToku. Mam wrażenie, że duży odsetek odbiorców woli oglądać i słuchać, niż czytać. Tyle na dzisiaj. Shades of Darkness polecam.A Filipowi "Welandowi" Kowalczukowi życzę powodzenia w dalszym tworzeniu kolejnych numerów. Dobra robota! Do zobaczenia na jakimś koncercie metalowym w Poznaniu.

piątek, 11 lutego 2022

Umiera Roman Kostrzewski z Kata

                                          
10 lutego social media obiegła wieść o śmierci Romana Kostrzewskiego, długoletniego wokalisty zespołu Kat i człowieka określanego mianem ojca polskiego metalu. I słusznie, gdyż wpływ zespołu Kat na rodzimą scenę metalową jest bezdyskusyjny. Osobiście nie mam z Katem zbyt wielu szczególnych wspomnień, gdyż o muzykę Kata zaledwie się otarłem (pierwszą płytą Kata, którą dane mi było mi poznać wiele lat temu była "Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach" z 1996 roku). Jednak mimo że nie byłem ogromnym wielbicielem Kata, trudno mi nie przestać myśleć o Romku, gdyż był wyjątkowo utalentowanym i dobrodusznym muzykiem. Nie dziwi mnie zatem fakt, że ludzie z różnych roczników wspominają koncerty Kata z Romanem Kostrzewskim na wokalu, płyty Kata, wywiady i pogaduszki z Romanem, który był bardzo dostępnym dla fanów człowiekiem. Na pewno żałuję, że nie miałem sposobności uczestniczyć w ostatnich koncertach Kata z Romanem na wokalu. Niestety taka kolej rzeczy. Tracimy artystów, których muzykę cenimy czy wręcz kochamy. Śmierć nie oszczędza nikogo. Nawet jeśli nie znamy danego artysty, muzyka, jego sztuka pozwała nam odkrywać samego siebie. Czasem fanowska żałoba po śmierci może potrwać nawet kilka tygodni: tak było w przypadku Davida Bowie, który zmarł w 2016 roku na nowotwór wątroby. Za tragiczną śmiercią LG Petrova z Entombed czy Romana Kostrzewskiego także stoi okrutny rak. 

Dorastamy z twórczością artysty, który prędzej czy później umrze. Oglądamy jego filmy, czytamy jego książki czy tomiki poezji, słuchamy jego muzyki. Ulubiony muzyk, zespół, artysta staje się tak jakby częścią naszej najbliższej rodziny, z którą jesteśmy zżyci. Stąd głębokie i bolesne poczucie straty, które nam towarzyszy, które nas gnębi. Ponieważ muzyka czy generalnie sztuka danego artysty potrafi zmienić nas na lepsze, zmusić do refleksji bądź wydobyć z nas najskrytsze pokłady emocji. Dobra sztuka potrafi rezonować z jej odbiorcami, dlatego gdy nasz ulubiony artysta umrze tak głęboko to odczuwamy. Chodzi tutaj przede wszystkim o tą piękną intymną więź między twórcą, kreatorem, artystą a odbiorcą, słuchaczem, czytelnikiem. Przykładowo muzyka pomaga nam zmagać się z samotnością ludzkiej egzystencji, z uchodzeniem za odludka, wyrzutka, odmieńca. Ulubiony artysta, który odszedł był naszym nieznajomym-przyjacielem, który nas rozumiał, nie oceniał. 

RIP Roman Kostrzewski (1960-2022).

https://www.metal-archives.com/artists/Roman_Kostrzewski/3577 

Kilka mini-recenzji muzycznych filmów dokumentalnych:

"Berlin Now" (1985) w reżyserii Wolfganga Bülda to hipnotyczny i uroczy dokument muzyczny o podzielonym murem mieście i jego najważniejszych muzykach eksperymentalnych. Dużo świetnej muzyki, intrygująca praca kamery oraz trochę onirycznej fantastyki. Wśród wykonawców znaleźli się między innymi Einstürzende Neubauten, Die Schlampen/ Blixa Bargeld, Mona Mur, D.A.F. czy Sprung aus den Wolken. Berlin, miasto, które nigdy nie zasypia. Znakomita scena kowbojskiego napadu na bank.

"1/2 Mensch" (1985) - Istna symfonia industrialnego hałasu. Zapis występu Niemców z Einstürzende Neubauten w opuszczonej fabryce i na sali koncertowej. I zapewne inspiracja dla cyberpunk/body horroru "Tetsuo"(1988) Shinya Tsukamoto. Cudowna inkorporacja tancerzy butoh z grupy Byakko-sha. Industrialny rozkład, dżdżownice, piła mechaniczna, płomienie, zestawy telewizorów, wózki sklepowe, zgrzyty, trzaski, ryki. Muzyczny albo antymuzyczny obłęd. Dla wielbicieli estetyki cyberpunk, futurystycznej dystopii oraz industrialnego hałasu/urbexu film jak znalazł.

Na zdjęciach muzycy Kata z zespołem Metallica (koncert 10 lutego 1987 roku w Katowicach, Kat zagrał jako support) oraz kadr z "1/2 Mensch".

piątek, 25 lipca 2025

Stridulum: Wywiad z Maritą Volodiną

                                                            


Czy pamiętasz moment, w którym zadecydowałaś, że chcesz związać swoje życie z muzyką?

Oczywiście. To moment, kiedy w moim umyśle małego dziecka pojawiła się jakakolwiek świadomość. Śpiewam od momentu, w którym zaczęłam artykułować pierwsze dźwięki. Od razu wiedziałam, że tak będzie wyglądało moje życie. Nie myliłam się.

Czy Twoje dzieciństwo i dorastanie było związane z muzyką? W jaki sposób?

Pochodzę z bardzo muzykalnej rodziny, więc naturalne było w domu granie na instrumentach i śpiewanie. Rodzice zawsze mnie do tego zachęcali i wspierali moją pasję. Zarówno mój tata, jak i brat, są muzykami. Muzyki w domu zawsze się też wiele słuchało i dużo o niej rozmawiało.

Jakiej muzyki słuchałaś w okresie dorastania, a jakiej słuchasz obecnie? Czy możesz wymienić kilka zespołów, które są dla Ciebie szczególnie ważne? 

Cóż, moja muzyczna edukacja jest, jak mniemam, dość osobliwa. Odkąd pamiętam, zauroczona byłam autentyzmem i eklektyzmem muzyki Davida Bowiego, ale też jego niezwykłą łatwością przybierania artystycznych form. Gdy miałam 9 lat, a więc dość wcześnie, odkryłam ekstremalny metal, który, w mniejszym lub większym stopniu, do dziś gości w moich słuchawkach. Po drodze żywo poszukiwałam, bo nigdy nie lubiłam zamykać się w sztywnych ramach gatunków. Sporo miejsca w mojej muzyczne drodze zajmował też gotycki rock i post-punk. Trudno wymienić mi zaledwie kilka ważnych zespołów/artystów, ale wśród nich są zdecydowanie David Bowie, Dead Can Dance, Darkthrone, Nick Cave, Slowdive, Lycia, Fields of the Nephilim, Dissection, Celtic Frost, Ved Buens Ende.

Jaki jest odbiór "Paradigm" wśród polskich i zagranicznych fanów?

Z jednej strony, włożyliśmy w "Paradigm" mnóstwo pracy, straciliśmy jeszcze więcej nerwów i czuliśmy, że stanęliśmy na wysokości zadania. A z drugiej strony, niezwykle pozytywna recepcja albumu mile nas zaskoczyła. Tak naprawdę nigdy nie wiesz jak wydawnictwo zostanie odebrane, bo twoja percepcja twoich własnych utworów bardzo mocno różni się od tego, jak odbierają je inni. W każdym razie - album został rewelacyjnie przyjęty i bardzo doceniony przez słuchaczy, co bardzo nas cieszy.

Czy zamierzacie grać koncerty jako duet?

Nie. Z dwóch prostych powodów: brak czasu i brak jakiejkolwiek potrzeby. Moja praca zawodowa zakłada nieustanne podróżowanie i na ten moment zupełnie nie jestem w stanie w żaden sposób tego zmienić. A z uwagi na fakt, że bardzo swoją pracę lubię, nawet nie chcę tego robić. Poza tym nigdy nie czuliśmy szczególnej potrzeby grania na żywo. Zapewne wiąże się to z faktem, że jesteśmy po prostu strasznymi mizantropami i przebywanie wśród wielu ludzi zwyczajnie nas męczy.

W jaki sposób rozpoczęła się współpraca Stridulum z Manic Depression Records? Czy jesteście z niej zadowoleni?

To bardzo prosta historia. Szukaliśmy wytwórni, która wydałaby nasz pierwszy album "Soothing Tales Of Escapism". Odzew ze strony Vincenta i Jean-Luisa był bardzo pozytywny i tak oto współpracujemy do dziś. Francuzi są wielkimi pasjonatami muzyki i manifestuje się to w sposobie, w jaki współpracują z zespołami. Jesteśmy bardzo zadowoleni z naszej dotychczasowej współpracy.

Jakie były kulisy Twojej współpracy z Distance H przy "Waters of Woe"? Muszę tutaj przyznać, że ta piosenka jest dla mnie mocno poruszająca. 

Dziękuję! To również bardzo szczególna piosenka w moim dorobku. Pewnego zimowego dnia dostałam wiadomość od Manu, który jest osobą odpowiedzialną za całkoształt muzyki w Distance H. Po prostu zapytał czy chciałabym zaśpiewać w jego piosence. Po przesłuchaniu demo nie musiałam się długo zastanawiać. Dziś jesteśmy dobrymi przyjaciółmi i... dalej wspólnie pracujemy nad muzyką. 

Opowiedz o Twoich przeszłych i przyszłych współpracach muzycznych z innymi artystami i zespołami. Która z tych kolaboracji była dla Ciebie największym wyzwaniem? 

Bardzo lubię współpracować z innymi zespołami/artystami, stąd tego typu kolaboracji mam już na koncie całkiem sporo. Do tej pory miałam okazję współpracować z deathmetalowym Throneum (cover Unholy "Neverending Day" ukazał się na ich splicie z Kingdom), z Peerem Lebrechtem znanym z Golden Apes przy jego solowym projekcie Voyna (piosenka "Ocean" na debiutanckim albumie), z Distance H przy wspomnianym już "Waters Of Woe", ale także przy coverze Golden Apes "Oblivion" z okazji 20-lecia zespołu, oraz z kilkoma innymi zespołami i artystami, których z wiadomych względów nie mogę jeszcze wymienić - bo to utwory, które dopiero ujrzą światło dzienne. Chyba największym wyzwaniem był dla mnie "Oblivion" - to niełatwe zrobić coś, co dodałoby pewną nową jakość do tak rewelacyjnego utworu. Covery same w sobie uważam za trudne - w moim odczuciu trzeba utwór poniekąd stworzyć na nowo lub przynajmniej mocno przeorganizować, by uniknąć powielania schematów i nudy. Swoją drogą, zrobiliśmy też cover ze Stridulum i również nie było to najłatwiejsze zadanie. Muszę jednak przyznać, że bardzo interesujące.

Jako odbiorca mam tendencję do poszukiwania i słuchania muzyki pełnej smutku, melancholii, zadumy, tęsknoty, mrocznej i eterycznej. Muzyka zespołów takich jak Stridulum pozwala mi się uwolnić od negatywnych myśli, emocji. Czy odbierasz ulubioną muzykę podobnie?

Zdecydowanie mogę utożsamić się z Twoimi słowami. Nie jestem w stanie słuchać, a tym bardziej nie potrafię śpiewać wesołej muzyki.

Czy zdarza Ci się jeszcze słuchać metalu? Których wykonawców polecasz?

Bardzo często! W zasadzie przechodzę ostatnio swoisty renesans muzyki metalowej i sporo ekstremy gości w moich głośnikach. Jest to zarówno stara dobra klasyka, jak i trochę nowszych rzeczy. Kilka zespołów z mojej playlisty: Darkthrone, Celtic Frost, Akhlys, AWE, Dissection, Revenge, Nadsvest, Deathspell Omega.

Kiedy rozpoczęła się Twoja praca w modelingu? Jakie były jej początki?

Zaczęło się od zwykłego przypadku - zostałam dostrzeżona przez fotografa, który zaproponował mi sesję zdjęciową i zachęcił do pracy w tym zawodzie. Nigdy nie planowałam tego robić. 

Jakie są najbardziej wyczerpujące aspekty pracy profesjonalnej fotomodelki?

Zdecydowanie wyczerpanie fizyczne - coś, czego nie widać na zdjęciach, a co jest nieodłączną częścią tego zawodu. Zmęczenie i niewyspanie spowodowane częstymi podróżami, bóle mięśni po długich sesjach. To chyba najbardziej wyczerpujący aspekt. Są też inne, ale chyba nic nie równa się z wyczerpaniem fizycznym.

Czy masz jakichś ulubionych fotografów, z którymi współpracowałaś bądź chciałabyś współpracować w przyszłości? Którego uznanego fotografa podziwiasz pod względem artystycznym?

Szczęśliwie, jestem obecnie w miejscu, w którym mogę powiedzieć, że z wieloma fotografami, z którymi chciałam współpracować, już współpracowałam. Bardzo doceniam fakt, że mam możliwość pracować z niezwykłymi artystami, którzy często są też bardzo wrażliwymi, życzliwymi ludźmi. Jeśli miałabym wskazać kogoś, czyj warsztat podziwiam, myślę, że wskazałabym Petera Coulsona.

Jakie cechy charakteru powinna mieć początkująca modelka, by się odnaleźć w fotomodelingu?

Silna psychika, otwarty umysł i pracowitość to cechy, które są w moim odczuciu najważniejsze.

Jaka jest Twoja ulubiona paleta kolorów i typ ubioru, który preferujesz?

Chyba Cię tu nie zaskoczę: na co dzień lubuję się w czerni i czerwieni. Stawiam na klasykę i minimalizm - rzeczy ponadczasowe, które zawsze się sprawdzają.

Czy możesz przybliżyć Twoje ulubione alternatywne/gotyckie marki odzieżowe?

Uwielbiam brytyjską markę Beautiful Creatures - Aga własnoręcznie tworzy prawdziwe przepiękne suknie, inspirowane 19-wiecznym rozmachem, ale ze współczesnym sznytem, które zachwycają oryginalnością i jakością. Bardzo bliska jest mi również szwajcarska marka Blaubluth - Lea także tworzy wszystkie ciuchy własnoręcznie, które świetnie wpisują się w gotycką estetykę, jednak w bardzo eleganckim, klasycznym wydaniu. Z kolei jedną z moich ulubionych projektantek jest Bibian Blue - wielokrotnie nosiłam jej kreacje podczas sesji zdjęciowych i są to prawdziwe dzieła sztuki z największą dbałością o detale.

Co jest dla Ciebie najbardziej cenne i wartościowe w subkulturze/estetyce gotyckiej /dark independent?

Prawdę mówiąc, nie utożsamiam się z tą subkulturą i estetyką. Robię swoje i nie interesują mnie etykiety. Nie przepadam za szufladkowaniem i wierzę, że moja twórczość wybiega poza ramy wspomniane przez Ciebie powyżej.

Twój ulubiony horror bądź film sci-fi to...?

Jest ich naprawdę sporo, ale pierwszy, który przychodzi mi na myśl to "Suspiria" Argento.

Podobnie jak ja lubisz eksplorować i fotografować klimatyczne cmentarze. Które z nich zapadły Ci najbardziej w pamięć i dlaczego?

Odwiedziłam ich tak wiele i wiele z nich było tak pięknych, że naprawdę trudno wskazać zaledwie kilka. Do moich ulubionych należą z pewnością Père-Lachaise w Paryżu, Vyšehrad w Pradze, Friedhof Sihlfeld w Zurychu i Brompton w Londynie.

Zdjęcia duetu Strudulum Małgorzata Kozłowska.

Oczekując najnowszego materiału Stridulum gorąco polecam najnowsze projekty muzyczne Marity będące współpracami z innymi muzykami spoza Polski.

Blood Tears After (melancholijny hołd brzmieniom lat 80tych, death rock, post-punk i darkwave wymieszane w jednym tyglu).

https://swissdarknights.bandcamp.com/album/blood-tears-after

Sexsomnia (taneczne dark electro z Montrealu)

https://www.youtube.com/watch?v=I41dpb1TIRo&list=RDI41dpb1TIRo&start_radio=1

czwartek, 28 lipca 2022

La Femme Qui Se Poudre (1972) - recenzja

                                          

Dopiero niedawno natrafiłem na mroczne, eksperymentalne i surrealne kino animowane francuskiego filmowca Patricka Bokanowskiego i po obejrzeniu "La Femme Qui Se Poudre" aka "The Woman Who Powders Herself" jestem pod wrażeniem. To fascynujący gotycki ekspresjonizm unurzany w oniryzmie i abstrakcyjnej grotesce, w którym postaci (zjawy) są zamaskowane, zdeformowane, zniekształcone.  W "La Femme..." nie ma linearnej fabuły, ani linearnego dźwięku. Ten film jest niczym kolaż (wystawa) nawiedzających człowieka monochromatycznych koszmarów. Niepokojąca fantasmagoria. 

Cenię kino surrealistyczne (filmy Svankmajera, braci Quay, "Eraserhead" Lyncha czy "Begotten" Eliasa Merhige, którego reżyser z pewnością inspirował się omawianym tutaj krótkim metrażem), gdyż potrafi mnie zabrać w odrealniony świat snów, majaków, halucynacji. Mam też wrażenie, że "La Femme Qui Se Poudre" mógł obejrzeć Douglas P. z neofolkowego Death In June (jego koncertowa maska). Nie mam pojęcia czy David Lynch kiedykolwiek widział "La Femme Qui Se Poudre", natomiast bracia Quay na pewno.

Pora to zmienić i sprawić, by kino Bokanowskiego stało się nieco bardziej znane. Rzadko wrzucam tutaj linki do filmów, bo chciałbym, aby moi czytelnicy sami danego filmu poszukali, ale zrobię wyjątek:

https://www.youtube.com/watch?v=pyfhTXHZ5Hs

"L'Ange" (1982):

https://www.youtube.com/watch?v=WRnhDFtCypE 

Na koniec jeśli chcecie obejrzeć bardziej konwencjonalny film grozy to zachęcam do seansu "Dzieci nocy" z 1971 roku. To jeden z najpiękniejszych, najbardziej wysmakowanych filmów wampirycznych, które zostały kiedykolwiek nakręcone. I może budzić pewne skojarzenia ze słynną "Zagadką nieśmiertelności" (1983) - ulubionym filmem subkultury gotów ze względu na obecność grupy Bauhaus i Davida Bowie.

środa, 15 lipca 2020

Ian Curtis i Joy Division (15.07.1956 - 18.05.1980)

Dzisiaj kolejna rocznica urodzin Iana Curtisa, cierpiącego na ataki epilepsji wokalisty Joy Division, zespołu stanowiącego podwaliny post punka i wprowadzającego do mainstreamowej muzyki smutek, rozpacz i beznadzieję, czyli generalnie te negatywne, acz niekiedy oczyszczające emocje, z którymi męczymy się codziennie. Zastanawiam się w tej chwili, który z dwóch pełnometrażowych albumów Joy Division jest dla mnie ważniejszy: intensywny "Unknown Pleasures" (1979) czy może bardziej posępny "Closer" (1980) z cmentarną okładką przedstawiającą grobowiec rodziny Appiani na cmentarzu Staglieno? Wydaje mi się jednak że ten drugi, gdyż można go odczytać jako pełen wewnętrznego bólu i rozterek list samobójczy Iana Curtisa. To z niego pochodzą moje ulubione piosenki Joy Division, a mianowicie "Isolation" czy "The Eternal". Kiedy po raz pierwszy przed wieloma laty usłyszałem tą drugą piosenkę w radiu to byłem zaskoczony i jednocześnie zachwycony, gdyż nie spodziewałem się tak głębokiej melancholii w kompozycji z 1980 roku. Z "Unknown Pleasures" chyba najbardziej lubię "New Dawn Fades".

Ian Curtis na pewno byłby osobą, którą chciałbym poznać. Dzisiaj czytałem stary wywiad z Annik Honore, jego platoniczną sympatią, która zmarła w 2014 roku. Annik wspomina Iana jako osobę "delikatną, grzeczną, cierpiącą, o pięknych oczach i przyjemnym wyglądzie". Słuchali "Low" Davida Bowie w Nashville Rooms (po koncercie Joy Division w Belgii) i Annik zakochała się w nim od razu. Jak wiadomo Ian Curtis w młodym wieku 19 lat ożenił się z Deborah Curtis, co wydawało się być pod koniec lat 70-tych normą w purytańskim społeczeństwie Wielkiej Brytanii. Annik wspomina, że w trakcie koncertów Ian był wulkanem energii, który na scenie pozbywał się dręczących go demonów. Inaczej Curtis zachowywał się już po występach na żywo: był wyczerpany, stawał się wycofany, nieśmiały, kwestionował sukcesy zespołu i własne życie. Przytłaczał go własny talent muzyczny. Presja otoczenia była dla niego czymś odpychającym, okropnym. Annik potwierdza, że ich związek miał charakter czysto platoniczny, dziecięco niewinny. Małżonka Iana, Deborah nienawidziła obecności Annik w życiu Iana, co wywołało w nim rozdarcie i stało się jedną z przyczyn dwóch aktów samobójczych, w tym tego ostatniego w Macclesfield (po obejrzeniu "Stroszka" Wernera Herzoga) nad ranem 18 maja 1980 roku. W ramach ciekawostki dodam, że tego samego dnia wybuchł w USA wulkan Mount Saint Helens zabijając 57 osób i powodując olbrzymie zniszczenia. Dlatego też data 18 maja 1980 roku wryła mi się tak mocno w pamięć, choć nie było mnie wówczas jeszcze na świecie. Annik nie mogła uczestniczyć w pogrzebie Iana, gdyż nie zgodziła się na to Deborah Curtis. "Love Will Tear Us Apart". Miłość nas rozerwie, rozdzieli.

Poczucie winy w miłości bywa obecne. Miłość potrafi być bolesna, niechciana, okrutna. Człowiek potrafi kochać skrycie kogoś innego, potrafi zakochać się nagle w osobie, która jest np. związana z kim innym (Annik w Ianie). I to staje się zarzewiem rozterek, bólu, dyskomfortu, cierpienia. Osoby głęboko wrażliwe nie chcą krzywdzić innych, boją się często tego, że kogoś bliskiego zranią. Wówczas odsuwają się od innych, lękają się zakochać ponownie. Ian wysyłał do Annik listy - w jednym z nich znalazł się wiersz T.S Elliota. Niestety nie wiem jaki.

https://www.reddit.com/r/JoyDivision/comments/ctrzpl/found_an_old_interview_from_annik_honor%C3%A9_in_which/

Czy można zabić się z powodu poczucia winy i presji otoczenia? Owszem, można.