czwartek, 29 maja 2014

Impresje funeralne z wiedeńskiego cmentarza






























































Ostatnie kilka dni spędziłem z rodziną u siostry w Wiedniu. Dzięki temu przepadł mi koncert Mayhem, Voidhanger i Merrimack 29 maja w Proximie (nad czym ubolewam), ale z drugiej strony nie można mieć wszystkiego. Przebywając we Wiedniu postanowiłem się udać na tamtejszy Cmentarz Centralny, największą wiedeńską nekropolię i (podobno) największy cmentarz w Europie. Chciałem zobaczyć wspaniałe kontemplacyjne rzeźby funeralne przedstawiające anioły, płaczki, Śmierć, a nawet skrzaty. Oczywiście ornamentyka funeralna kojarzy mi się niezmiernie z pogrzebowym doom metalem a la Pantheist czy zwłaszcza czeski Mistress of the Dead. Nie jestem osobą religijną, ale lubię przechadzki cmentarnymi alejkami, uspokajają mnie wewnętrznie; podziwiam też kunszt wykonawczy artystów tworzących żałobną rzeźbę cmentarną. Poza tym na Wiedeńskim Cmentarzu Centralnym pochowani są tak znamienici kompozytorzy jak Strauss, Beethoven, Ligeti, Schubert, Brahms, a także austriacki fizyk Ludwig Boltzmann na którego grobie wyryto wzór S = k log W. Boltzmann umarł śmiercią samobójczą, powiesił się. Wybiórcza galeria powyżej.

Chwila - Kazimierz Ratoń

"Zatrzymać, choć na krótko taką chwilę
Zatrzymać ją pełną światła i ciszy
Chwilę nieprzerwanej nadziei,
Która wyprowadzić by nas mogła
Z krwawiącej nocy i mgły
Z daremnego życia i śmierci
Zatrzymać choć na krótko taką chwilę."

czwartek, 22 maja 2014

Podziemny świat Bukaresztu




















Bukareszt, stolica Rumunii. Pod ulicami tej tętniącej życiem metropolii w sieci kanałów i tuneli żyje społeczność ćpunów i wyrzutków społeczeństwa kierowana przez niejakiego Króla Kanałów, Bruce'a Lee. Kiedy w 1990 roku upadł reżim dyktatora Ceausescu wiele programowo urodzonych dzieci porzuconych przez rodziców w sierocińcach znalazło się na ulicy. Ćpając wybrały życie w kanałach miasta. Tam kłębią się niczym szczury, zażywają narkotyki, niektóre powołują na świat kolejne pokolenie straceńców. Tam śpią i po południu wychodzą przez dziurę w chodniku na rozjaśniony słońcem świat. Nierzadko towarzyszą im hordy psów i kotów. Aby dostać się do podziemnego świata trzeba uzyskać zaproszenie od bossa, czyli Bruce'a Lee. Tam na dole panuje żar nie do zniesienia, czuć zapach Aurolacu czyli metalicznej farby wdychanej z torebek przez narkomanów, rozbrzmiewa muzyka klubowa, głośno gra telewizja. Wszyscy z kanałów chorują na HIV, niektórzy mają zaawansowaną gruźlicę. Bruce Lee jest królem podziemia, sprzedaje narkotyki, opiekuje się słabszymi. Przynajmniej nie umierają na ulicy. Jest to jakaś lepsza alternatywa.

Droga Alicji w głąb króliczej nory okazuje się być drogą do podziemnego piekła. Dokument można obejrzeć tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=TwadpGdskCM

Galeria: http://www.boredpanda.com/underground-sewer-life-bruce-lee-bucharest/

środa, 21 maja 2014

Degelen, Plutonowe Góry



















Wschodni Kazachstan, granitowy masyw górski Degelen. Sowieci używali Degelen do przeprowadzenia ponad 200 podziemnych detonacji nuklearnych w 207 tunelach wydrążonych w górskich zboczach. Miały one miejsce w pobliżu tajnego miasta Semitpalatinsk-21. Obejmowały zarówno konwencjonalne eksplozje nuklearne, jak i testy zabezpieczające przed potencjalną detonacją głowic nuklearnych. Kiedy ZSRR chylił się ku upadkowi (1991 rok), a co za tym idzie Kazachstan zaczęli opuszczać rosyjscy naukowcy i personel militarny w tunelach wydrążonych w masywie Degelen pozostało wystarczająco dużo niezdetonowanego plutonu, by z niego skonstruować kilka bomb nuklearnych. Amerykanie w drugiej połowie lat 90-tych zablokowali dostęp do tuneli, ale po 2001 roku niektóre z wejść sforsowali złodzieje, którzy kradli wszystko co im wpadło w lepkie ręce: miedź z przewodów elektrycznych, szyny do transportu ładunków nuklearnych, itd. Wówczas Amerykanie wespół z Rosją i Kazachstanem ruszyli z tajną (kosztującą 150 milionów dolarów) operacją zabezpieczenia/oczyszczenia z ukrytego w tunelach Degelen plutonu. Tunele i otwory zacementowano/zasypano. Okres połowicznego rozpadu plutonu wynosi 24 110 lat, zatem przyszłość masywu Degelen wciąż jest niepewna. Świat rzekomo stał się bezpieczniejszy od 2012 roku, kiedy operacja zabezpieczająca została zakończona. Czyżby? Jakie jeszcze sekrety skrywa sieć tuneli w Degelen?

Miłośnicy wspinaczki powinni się bliżej zainteresować tym urokliwym masywem górskim. :-) O ile nie zawrócą ich na posterunkach przy Poligonie.

sobota, 17 maja 2014

Outre, Worship i Loss we Wrocławiu - 16 maja 2014 roku (fotorelacja)


























Kiedy dowiedziałem się, że Worship i Loss mają zagrać we wrocławskiej Ciemnej Stronie Miasta jako miłośnik funeral doom metalu nie mogłem po prostu odpuścić tego koncertu. Po pierwsze, zarówno Worship, jak i Loss to kapele cieszące się szacunkiem wśród wielbicieli posępnych pogrzebowych dźwięków. Po drugie, oba zespoły miały wystąpić w Polsce po raz pierwszy i do tego na jedynym koncercie. Po trzecie, kultowe demo Worship (jeszcze z ich pierwszym wokalistą Maxem Varnierem, który popełnił samobójstwo skacząc z mostu) z 1999 roku "Last Tape Before Doomsday" uważam za kamień milowy funeral doom metalu. Naprawdę rzadko trafia się na takie perełki w obrębie pogrzebowego doom metalu: skrajnie negatywne, opresyjne, ponure, zwiastujące niekończącą się agonię.

Wrocław przywitał mnie brzydką pogodą i opadami deszczu. Co znamienne, ponad miesiąc temu uczestniczyłem w koncercie Esoteric, Procession i Isole we Wrocławiu i wtedy też padało. Można by powiedzieć, że aura odpowiednia na doom metalową deprechę. Do Ciemnej Strony Miasta zawitałem po raz pierwszy i muszę przyznać, że to całkiem fajne miejsce na podziemne koncerty. Można pogawędzić z prowadzącym klub, jest całkiem przestronnie i przyjemnie. Koncert rozpoczął się z całkiem sporą obsuwą czasową, gdyż bus z muzykami Worship i Loss zgubił się (?) we Wrocławiu. Publiczności 25, góra 30 osób (nie licząc członków kapel), zaledwie 28 biletów sprzedanych, a szkoda... no cóż, pogrzebowy doom metal rzadko trafia w gusta nastawionych na szybkie tempa i agresję słuchaczy metalu. Małe stoisko z merchem, na którym można było zakupić koszulki Worship i Loss, płyty Worship, w tym re-edycję "Last CD Before Doomsday" (zakupiona!), kasetę polskiego funeral doomowego Egzekwie plus świeżutki split Loss & Hooded Menace.

Najpierw na scenie Ciemnej Strony Miasta pojawili się black metalowcy z krakowskiego Outre. Nazwa ta obijała mi się o uszy już od jakiegoś czasu, ale tak naprawdę posłuchałem ich ze skupieniem na krótko przed wczorajszym koncertem (zarówno EP-kę "Tranquility", jak i split z sosnowieckim Thaw, oba materiały z 2013 roku). W muzyce Outre wprawny słuchacz od razu wychwyci wpływy norweskiej szkoły black metalu, ale też trochę prog/post-rockowych inklinacji (vide saksofon w "Hear the Voice"). Dominuje oczywiście siarczysty łomot, co dało się odczuć w trakcie koncertu. Trzydziestominutowy gig Outre momentami był bardzo zadziorny i agresywny, a wokalista zespołu Andrzej Nowak zszedł ze sceny do nielicznie zgromadzonej publiczności i tam śpiewał. Nieszablonowa twórczość Outre powinna przypaść do gustu wielbicielom nowoczesnego post-black metalu. Osobiście moim faworytem (zagranym zresztą przez Outre) jest fenomenalny numer "Sea of Mercury".

No i doczekałem się wreszcie hołubionego przeze mnie Worship. Pisałem o tym zespole (wytrwale kierowanym przez Daniela "The Doommongera" Pharosa) jakiś czas temu właśnie w związku z ich jedynym koncertem w Polsce. Worship zaserwował zgromadzonym ponad godzinną dawkę posępnego funeral doom metalu. Muzyki, przy której zamknąłem oczy i odpłynąłem... wczuwając się w jej pozornie monotonny, acz jednocześnie nienawistny klimat. Fenomenalna praca gitar The Doomongera i Satachrista: przeszywająca, zniekształcona, lamentacyjna; brutalny growling Daniela z kilkoma partiami mówionymi (np. przy zagranym na sam koniec "Whispering Gloom"), totalne skupienie na twarzy gitarzysty Satachrista, który zdawał się być w innym świecie. Z założenia antykomercyjny i ospały funeral doom Worship nie trafi do każdego, ale mnie taka muzyka wciąga bez reszty w otchłań melancholii. Cieszę się, że wreszcie mogłem zobaczyć Niemców na żywo. A zagrany na sam koniec "Whispering Gloom" uważam za jedną z najlepszych funeral doomowych kompozycji w ogóle. Potworny grobowy dół zakończony smutnymi i niknącymi odgłosami pianina. Setlista - zapytacie? 5-6 utworów. Na pewno wybrzmiały "Zorn a Rust Red Scythe" z "Dooom" (2007) i "Fear Is My Temple" z "Terranean Wake" (2012), chyba jeszcze "Worship" z dema z 1999 roku.

Amerykanie z Loss zdobyli sobie uznanie fanów doom metalu przede wszystkim ciepło przyjętym albumem "Despond" (2011). Lubię ten zespół i ich depresyjny death doom z głębokim growlingiem a la Thergothon. Ich muzyka na żywo wypada nieco żwawiej niż Worship, ale i tak potrafi być przygnębiająca. Pięknie wypadły zagrane wczoraj "Cut Up, Depressed and Alone", "Conceptual Funeralism unto the Final Act (of Being)" czy "Open Veins to a Curtain Closed": wolne i zniekształcone partie gitar, łagodne gitarowe interludia (obecne także u Worship), miażdżące riffy, wspaniała praca basu, do tego mocny growl Mike'a Meachama odzianego w koszulkę Ildjarn "Forest Poetry", który potrafi też rzygnąć black metalowym jadem. Meachamowi zdarzało się nawet trochę konwersować z widownią w przerwach pomiędzy graniem poszczególnych kompozycji Loss. Stwierdził, że Polska to piękny kraj i dwukrotnie zachwalał Worship ("They are fucking awesome!"). Nic w tym dziwnego, w końcu Loss i Worship wspólnie dzielili w 2005 roku split. Czekam na następcę "Despond" i życzę sobie więcej doom metalowych koncertów w Polsce, gdyż ów sub-gatunek metalu także i tutaj ma swoich oddanych fanów... i tylko ubolewać trzeba, że tego typu koncerty przechodzą w środowisku metalowym praktycznie bez echa, gdyż przychodzi na nie jedynie garstka słuchaczy. Niestety analogiczna sytuacja miała miejsce w 2009 roku w poznańskim Bazylu, kiedy zagrały Longing For Dawn, Mourning Beloveth i Mournful Congregation.

środa, 14 maja 2014

Dirge "Hyperion" (2014) - recenzja




















Obiecywałem recenzję niniejszej płyty i obietnicy dotrzymuję. Koncert z 10 maja w trakcie którego paryski Dirge z Francji supportował Obscure Sphinx był moim dziewiczym kontaktem z tym zespołem. Zakupiłem ich ostatni album "Hyperion" po uprzednim przesłuchaniu kilku kawałków na niezawodnym Youtube (na koncercie była dobra ku temu okazja). Słynnej powieści Dana Simmonsa "Hyperion" co prawda nie czytałem ("Terror" natomiast jak najbardziej), nie mniej muszę przyznać, iż charakterystyczny lodowy księżyc Saturna o wyglądzie upstrzonej kraterami gąbki, czyli Hyperion jest jednym z moich ulubionych ciał niebieskich. Poprzedni album studyjny Dirge "Elysian Magnetic Fields" (2011) miałem okazję słyszeć na Youtube i wywarł na mnie spore wrażenie. Był też do kupienia na koncercie, ale zdecydowałem się na tytaniczny "Hyperion". I, rzecz jasna, nie żałuję.

Muzyka zawarta na "Hyperion" jest wielowymiarowa, pełna interesujących smaczków i detali, wymagająca skupienia w trakcie słuchania. Określenie atmosferyczny sludge doom z elementami ambientowymi zdaje się do niej pasować najpełniej. Kiedy słucham Dirge na myśl przychodzą mi takie kapele jak rozwiązany już Isis, Neurosis czy Rosetta. Na najświeższym albumie Dirge fajnie zazębiają się ze sobą ostre, krzykliwe wokale z delikatnym damskim śpiewem i czystym męskim wokalem a la Nick Holmes z Paradise Lost. Oczywiście osoby nie obeznane z post-metalem mogą nie przełknąć dość letargicznego tempa "Hyperion", niemniej przy gęstej ścianie dźwięków serwowanej przez Dirge można zamknąć oczy i znaleźć się w innym świecie: desperacji i żałoby, co akcentuje pełna symbolizmu warstwa liryczna "Hyperion". 6 długich kompozycji na szóstym albumie studyjnym Dirge to najczystsza poetycka introspekcja. Dodatkowy plus za czarną płytę kompaktową!

wtorek, 13 maja 2014

Umiera H.R Giger





















Smutna wiadomość na początek dnia. Jak informują szwajcarskie media 12 maja 2014 roku w wieku 74 lat umiera H.R. Giger. Przyczyną śmierci tego słynnego szwajcarskiego artysty i kreatora ksenomorfów (Obcych) z serii "Alien" były obrażenia związane z nieszczęśliwym upadkiem ze schodów w domu artysty w Zurychu. Biomechaniczna twórczość H.R. Gigera była jedyna w swoim rodzaju. Maszyny zniewalające ludzkość, futurologiczny świat przyszłości pełen samotności, bezduszny, pozbawiony ludzi i zwierząt, zdominowany przez biomechanikę. Prace Gigera zdobiły okładki wielu płyt metalowych np. Atrocity "Hallucinations" (1990), Carcass "Heartwork" (1993), Celtic Frost 'To Mega Therion" czy Triptykon (oba albumy z 2010 i 2014) roku. Pełen wykaz tutaj:

http://www.metal-archives.com/artists/H._R._Giger/14231

Charon "Sulphur Seraph (The Archon Principle)" (2012) - recenzja




























Kolejna płyta, która kompletnie mnie zaskoczyła, gdyż jest po prostu doskonała. W skład niemieckiego Charon (aktywnego w podziemiu od 1997 roku) wchodzi dwoje muzyków: odpowiedzialny za instrumentarium R.cc. i wokalista A. Deathmonger, znany z death metalowej hordy Hatespawn. Charon, mitologiczny przewoźnik dusz przez rzekę Acheron, tudzież Styks (a w mitologii Etrusków demon śmierci), a także naturalny satelita planety karłowatej Pluton. Natomiast serafin (seraph) to anioł z najwyższego hierarchicznie chóru anielskiego, tutaj połączony z siarką. I właśnie siarczysty stanowi dobre określenie black/death metalu zawartego na debiutanckim albumie Charon. Ależ tej płyty znakomicie się słucha! Jest niesamowicie precyzyjna i zarazem cholernie intensywna. Niemieckiemu duetowi muzyków udaje się wykreować gęstą aurę zła i perwersji taplając się przy tym w ostrym jak żyleta black thrash metalu, okultystycznym death metalu i bestialskim black metalu. "Sulphur Seraph" jest płynny niczym roztopiona siarka i nade wszystko zróżnicowany, także w zakresie wokalnym, gdyż usłyszymy dzikie wrzaski, brutalny growling i złowróżbne szepty. Black metal stanowi kościec "Sulphur Seraph" pomimo wydatnej obecności thrash metalowych riffów. Intensywność. Szybkość. Chaos. Słowa klucze otwierające labirynt kłębiącej się ciemności. Pozytywna niespodzianka i trochę wstyd, że zasmakowałem diabolicznej orgii Charon dopiero teraz.

poniedziałek, 12 maja 2014

Impetuous Ritual "Unholy Congregation of Hypocritical Ambivalence" (2014) - recenzja



























Stopniowo przybywa płyt do recenzji, a więc dziś zawitamy do słynącej z jadowitych węży i parzących roślin gympie-gympie Australii. W Impetuous Ritual udzielają się dwaj muzycy z eksperymentalnego death metalowego Portal, a mianowicie Omenous Fugue (gitara) i Ignis Fatus (demoniczny growling, gitara, także Grave Upheaval). Już debiut Impetuous Ritual z 2009 roku "Relentless Execution of Ceremonial Excrescence" przytłaczał potwornie mrocznym i opętańczym nastrojem. Nie inaczej jest na ""Unholy Congregation of Hypocritical Ambivalence" - ów bestialski death metalowy wymiot brzmi niczym kakofonia z najczarniejszych czeluści piekielnych. Gitary są totalnie zniekształcone, zatracają się w infernalnym chaosie, zlewają się w nieprzeniknioną ścianę hałasu, gdzieniegdzie pojawiają się przyzwoite solówki. Cały album przesycony jest zadziwiająco przerażającą atmosferą, którą można się zachłysnąć. Oczywiście najbardziej daje się to odczuć w trakcie wolnych doomowych fragmentów w których Impetuous Ritual po mistrzowsku buduje napięcie, by je potem gwałtownie wyzwolić w trakcie morderczego death metalowego chaosu. Podejrzewam, że dla wielbicieli lżejszych odmian metalu ""Unholy Congregation of Hypocritical Ambivalence" będzie nie do przejścia, ale ja taką duszną od grozy rzeź kupuję od razu. Ten album to pieprzone trzęsienie ziemi powodujące kolosalne zniszczenia. Posłuchajcie chociażby "Verboten Genesis", "Sentient Aberrations" and "Abhorrent Paragon" - toż to dewastująca i dzika kakofonia. Obok "Death" Teitanblood jeden z najbardziej ekstremalnych albumów jakie miałem okazję słyszeć w tym roku. Odsłuch wskazany.

http://profoundlorerecords.bandcamp.com/album/unholy-congregation-of-hypocritical-ambivalence

Las Aokigahara, Jukai, Czarne Morze Drzew
















Słucham sobie właśnie płyty post-black metalowego zespołu z Austrii Harakiri for the Sky wymownie zatytułowanej "Aokigahara" (2014) i zastanawiam się nad tym, co mam napisać o Lesie Aokigahara, osławionym miejscu samobójstw znajdującym się u podnóża wulkanu Fudżi (północno-wschodnie zbocze Fudżijamy, Prefektura Yamanashi). Wspominałem o tym mrocznym miejscu dwukrotnie na Wulkanach Świata, wspomnę i tutaj. To miejsce fascynuje ludzi z całego świata, w tym także muzyków metalowych (zwłaszcza wywodzących się ze sceny depressive black). Od początku lat 70-tych zmęczeni życiem Japończycy udają się tam, by popełnić samobójstwo. Zajmujący rozległy obszar 30 km kwadratowych Las Aokigahara to idealne miejsce, by umrzeć. Ciche i mroczne nawet w blasku dnia. Tak naprawdę ciężko jest zliczyć ile osób zabiło się w tym lesie. Ciała samobójców wtopione w poszycie leśne bywają rozszarpywane przez dzikie zwierzęta zanim zdąży je odnaleźć lokalna policja czy członkowie ochotniczej straży pożarnej. Niemniej trupy odnajdywane są regularnie, a ich poszukiwacze pozostawiają kolorowe taśmy pomiędzy drzewami na znak, że tu już szukali czy po prostu, by się wydostać z leśnego labiryntu. Próbowałem znaleźć jakąś statystykę obejmującą ubiegły rok, ale bez powodzenia. Statystyka na rok 2010 wygląda następująco - 247 próby samobójcze, 54 zakończone sukcesem (oczywiście te liczby mogą być wyższe). Samobójcy zabijają się także w pobliskich lasach nie wiedząc gdzie znajduje się Jukai. Ich liczba wzrasta, głównie z powodu globalnego kryzysu finansowego z 2009 roku, który dotkliwie dotknął Japonię. Możliwą i zweryfikowaną przyczyną są także tragiczne skutki trzęsienia ziemi i tsunami Tohoku z 11 marca 2011 roku. Japończycy nie są w stanie znaleźć stałej pracy, imają się pracy tymczasowej, zatem ich przyszłość jest niepewna. Kiedy tracą pracę popadają w depresję i postanawiają odebrać sobie życie. Problemy rodzinne i finansowe to kolejne ognisko zapalne myśli samobójczych. W Japonii samobójstwo nie było/nie jest stygmatyzowane, ba, tradycja nakazywała samurajowi popełnić honorowe seppuku. Powieść Seicho Matsumoto "Tower of Waves" (1961) opowiada o pięknej kobiecie, która uwikłana w nieakceptowany związek postanawia popełnić samobójstwo w Lesie Aokigahara. I od tego się zaczęło. W pobliżu jednego z wejść do Jukai znajduje się kawiarnia 64-letniego Hideo Watanabe, który obserwuje samotne osoby zmierzające do lasu. Wtedy zaczyna działać, rozmawia z nimi. Na przestrzeni 30 lat udało mu się uratować 160 osób. Poza tym przy wejściach do Jukai zainstalowano kamery, zwiększono liczbę pieszych patroli, wywieszono przy ścieżkach znaki "Pomyśl uważnie o twoich dzieciach, rodzinie." Ale to i tak nie powstrzymuje samotnych i zdesperowanych jednostek. Aokigahara przyzywa je do siebie. Nikną na zawsze w przerażającej ciszy Morza Drzew.

Nagradzane zdjęcia Roberta Gilhooly: http://robgilhooly.photoshelter.com/gallery/Aokigahara-Jukai/G0000eP30ZLwe740/

niedziela, 11 maja 2014

Dirge i Obscure Sphinx w Poznaniu - 10 maja 2014 (fotorelacja)























Obscure Sphinx widziany trzeci raz na żywo. Kapela z Warszawy niedługo stanie w szranki z Vader, Behemoth czy Blindead pod kątem częstotliwości mych koncertowych odwiedzin. Ale 10 maja 2014 roku do Bazyla udałem się nie tylko po to, aby znowu zobaczyć Obscure Sphinx. Zaciekawił mnie też francuski Dirge - kilka lat temu słuchałem bardzo dużo atmosferycznego sludge metalu a la Isis, Cult of Luna czy Rosetta, zatem z sentymentu do owych czasów zobaczenie Dirge na żywo postawiłem sobie jako punkt docelowy.

Jako pierwsi zaprezentowali się na scenie Shots from Deneb - poznańska kapela grająca sludge/stoner metal. Nie zadałem sobie trudu przed koncertem, aby choć odrobinę ich przesłuchać, zatem był to mój pierwszy kontakt z ich muzyką. Muszę przyznać, iż zagrali całkiem nieźle. Fajne, ciężkie, zróżnicowane stylistyczne granie na które warto zwrócić uwagę. W dodatku zespół ma kosmiczną nazwę - Deneb to najjaśniejsza gwiazda w konstelacji Łabędzia, około 250 000 razy jaśniejsza od Słońca.

http://shotsfromdeneb.bandcamp.com/

Dirge. Lament. Pieśń żałobna. Nazwa działającej od 1994 roku (wpierw jako industrialno-metalowy projekt) francuskiej kapeli przywodzi na myśl posępny pogrzebowy doom, ale nic bardziej mylnego. Dirge para się bowiem atmosferycznym sludge metalem a la Isis czy Bossk. Przed koncertem w Bazylu zapoznałem się z kilkoma kompozycjami Dirge z albumów "Elysian Magnetic Fields" (2011) i "Hyperion" (2014), spodobały mi się, więc na koncert Francuzów czekałem z niecierpliwością. I śpieszę przyznać, że zabrzmieli potężnie. Ich muzyka po prostu płynęła niczym wydobywająca się z ziemskich trzewi magma wkraczając często w rejony ambientu, hałasu i hipnotycznego piękna. Długie, ciągnące się, rozbudowane i kompleksowe utwory dla niektórych mogły się wydawać monotonne, ale ja dałem się ponieść tym magnetycznym dźwiękom. Wbrew pozorom sludge/doom metal grany przez Dirge nie przytłacza słuchacza wściekłością i gniewem, ale potrafi być cudownie depresyjny. Być może w niedalekiej przyszłości zrecenzuję na blogu najnowszy album Dirge "Hyperion" (2014), tym czasem oto set-lista Dirge: "Hyperion Under Glass", "Venus Claws", "Obsidian", "Elysian Magnetic Fields" i "Filigree".

Obscure Sphinx mnie przyciąga. Zresztą nie tylko mnie, bo wczoraj Bazyl pękał w szwach, a kiedy OS zaczęli grać na sali momentalnie zrobiło się tłoczno. I duszno. Nie będę się dzisiaj rozczulał na set-listą, powiem tylko tyle, że na koncerty Obscure Sphinx warto chodzić, bo potężna dawka energii wprost bije ze sceny. Zespół posiadł zdolność wzorcowego balansowania pomiędzy kojącym zmysły wyciszeniem a potężnymi eksplozjami sludge/post-metalowej agresji. Ogromnym atutem kapeli jest Zofia "Wielebna" Fraś - wyjątkowo charyzmatyczna wokalistka, dysponująca zadziwiającym spektrum wokalnym. Potrafi zaśpiewać niczym Lisa Gerrard, delikatnie ukołysać (do snu), ale też wrzeszczeć jak opętana. Poza tym podobają mi się jej sceniczne ruchy: wijące się, niesamowicie ekspresyjne, zrytualizowane. Jeśli jeszcze jakimś cudem nie zapoznaliście się z ubiegłorocznym albumem OS "Void Mother" to czym prędzej nadróbcie zaległości. Bo nie da się ukryć, że Obscure Sphinx porządnie namieszał w rodzimym multiświecie ciężkiego grania.

sobota, 10 maja 2014

Dayal Patterson "Black Metal: Evolution of Cult" - recenzja



















Książka dziennikarza muzycznego i fotografa Dayala Pattersona "Black Metal: Evolution of Cult" (2013) chodziła mi po głowie od dawna. Moją ciekawość podsycały zdjęcia autora zamieszczane na Facebooku, w których sfotografował się z Gaahlem (ex-Gorgoroth, Trelldom, God Seed, Wardruna) albo z muzykami kanadyjskiego Blasphemy. Poza tym kompleksowo potraktowana historia narodzin black metalu (zarówno pierwszej fali, jak i tej drugiej - norweskiej) frapowała mnie. Chciałem też mieć porównanie z sensacyjną zwartością "Władców Chaosu" (1998) Michaela Moynihana i Didrika Søderlinda, książką traktującą o narodzinach norweskiego black metalu w blasku płomieni pożerających tamtejsze kościoły, którą czytałem bardzo dawno temu.

"Black Metal: Evolution of Cult" liczy 484 strony, także jest co czytać. Muszę też pochwalić Dayala Pattersona za ogrom pracy, którą włożył w jej napisanie. Zrobił doskonały research, przepytał mnóstwo osobistości black metalowego światka, przytoczył wiele faktów oraz unikalnych wypowiedzi ze starych zinów. Zatem ukłony dla Autora. Patterson rozpoczyna książkę od początków black metalu, czyli od brytyjskiego Venom, po czym omawia wszystkie najważniejsze kapele pierwszej i drugiej fali (z naciskiem na rozwój norweskiego black metalu pod koniec lat 80-tych i w połowie lat 90-tych); zahacza także o różne sub-gatunki black metalu przytaczając ich czołowych reprezentantów: depresyjny black metal, awangardowy black metal, viking/black metal, industrial black metal czy post-black metal. Opisana zostaje na przykładzie Rotting Christ grecka scena metalowa, obszerny rozdział Patterson poświęca polskiemu nacjonalistycznemu black metalowi, o którym opowiada Rob "Darken" z Graveland, w tym także niesławnej The Temple of Fullmoon. Z naszych rodzimych zespołów nie mogło oczywiście zabraknąć Behemoth, o którym mówi Adam "Nergal" Darski.

Najobszerniej Patterson wypowiada się o eksplozji Drugiej Fali Norweskiego Black Metalu (lata 1987-1993) najwięcej miejsca poświęcając Mayhem i Burzum. Euronymous, Dead, spotkania towarzyskie w Helvete, pionierskie początki norweskiej sceny black metalowej i rozwój satanizmu, wreszcie Black Circle, makabryczne samobójstwo Per Yngve "Dead" Ohlina, palenie kościołów, morderstwo homoseksualisty przez Barda "Fausta" (ex-Emperor) w Lillehammer, zadźganie Euronymousa przez Kristiana "Varga" Vikernesa i późniejsze następstwa tego czynu dla kształtującej się sceny black metalowej, zarówno na gruncie lokalnym, jak i międzynarodowym. Struktura każdego rozdziału jest podobna: mamy zespół, przykładowo fiński Beherit, przedstawione zostają centralne postaci (tutaj Nuclear Holocausto), które opowiadają o jego początkach, inspiracjach, poszczególnych nagraniach, przytaczają anegdoty, itd. Najobszerniej opisane zostają norweskie zespoły black metalowe: Mayhem, Burzum, Emperor, Thorns, Darkthrone, Gorgoroth, Gehenna, Mysticum, itd. Wchodząc w takie 'sensacyjne' szczegóły jak morderstwa, samobójstwa czy palenie kościołów Patterson nie sili się na epatowanie opisami, bardziej usiłuje wniknąć w motywacje muzyków, które w danym momencie nimi kierowały. Muszę przyznać, iż to bodaj najciekawsza część książki pozwalająca na refleksję.

Bardzo ciekawie wypada rozdział o francuskim tajnym ruchu Les Légions Noires, na którego czele stały takie zagadkowe projekty jak Belketre czy Vlad Tepes. Wokół Czarnych Legionów narosło już tyle plotek, iż można w żaden sposób ich zweryfikować. Choć nie powiem, uśmiałem się, gdy wyczytałem, że członkowie Les Légions Noires wysyłali martwe szczury czy zgniłe pizze do Osmose. To się nazywa elitaryzm! Szkoda, że większość osobistości tworzących LLN zapadła się pod ziemię. Może rzeczywiście zamieszkali w lesie tworząc black metalową komunę? Moja subiektywna opinia, ale najciekawszych należą chociażby wypowiedzi Thomasa Gabriela Fischera (ex-Hellhammer i Celtic Frost, obecnie Triptykon), który odnalazł swój wszechświat w muzyce na skutek traumatycznego dzieciństwa. Rob "Darken" napomyka o morderstwie bezdomnego i spaleniu polskich kościołów (nie udało mi się zweryfikować których - może ktoś z czytelników mnie w tej materii oświeci?), muzycy Mysticum i Lifelover opowiadają o uzależnieniu od narkotyków (i w przypadku tych ostatnich cięciu się na scenie i poza nią), itd. Wybór opisanych zespołów może być dla wielu fanów black metalu dyskusyjny (w książce zabrakło mi np. osobnych rozdziałów dotyczących Immortal czy chociażby Deathspell Omega, choć Mikko Aspa parokrotnie się wypowiada), a rozdziały dotyczące Cradle of Filth czy Dimmu Borgir uważam (subiektywnie, rzecz jasna) za zbędne, ale wynika to raczej z mojej niechęci do wymienionych kapel. Czasem też natrafiałem na literówki w nazwach kapel np. Temnozor czy Gontyna Kry, ale nie raziły one tak bardzo.

Mimo wszystko fascynująca lektura, o piekło lepsza od "Władców Chaosu" Moynihana. Rzetelna, odważna i wciągająca.

piątek, 9 maja 2014

Dead Congregation "Promulgation of the Fall" (2014) - recenzja


























Wczoraj przyszła do mnie przesyłka od Helltrasher Records, skąd zamówiłem m.in. drugi album greckich death metalowych siepaczy Dead Congregation "Promulgation of the Fall". I tak jak w przypadku Doom: VS musiało minąć 6 lat od czasu ukazania się następcy fenomenalnego albumu "Graves of the Archangels" (2008), który swego czasu mocno wstrząsnął death metalowym podziemiem. Obecnie coraz rzadziej sięgam po płyty death metalowe, gdyż nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż death metal ździebko mi się przejadł. Poza tym w szeroko pojętym metalu poszukuję specyficznej atmosfery gęstniejącego zła i deprawacji, tudzież bestialskiego horroru, co też potrafią mi zapewnić wyłącznie niektóre zespoły death metalowe czy black/death metalowe o zacięciu okultystycznym. Dlatego też kiedy doszły mnie słuchy, iż Grecy z Dead Congregation 5 maja 2014 roku nakładem Martyrdoom Productions wydadzą drugi album studyjny nie zastanawiałem się długo nad zakupem CD.

Pierwsze co daje się odczuć w trakcie odsłuchu "Promulgation of the Fall" to perfekcyjna produkcja uwypuklająca potężne, dysonansowe gitary, złowieszczą melodykę i brutalne, acz techniczne perkusyjne napierdalanie. Nad całością materiału unosi się rozległa chmura nieprzeniknionej ciemności, a głęboki growling Anastasisa Valtsanisa (A.V) potrafi nieźle sponiewierać. Podobnie jak monolityczny debiut "Promulgation of the Fall" nie jest albumem jednostajnym: występuje doskonale wyważona zmienność temp, od umiarkowanego, budującego napięcie po potężną eksplozję blastów. Weźmy np. atmosferyczny numer tytułowy, niepokojący, zahaczający o doom metalowe miażdżenie. Poprzedza go bestialski death metalowy wyziew "Only Ashes Remain".  I tym w zasadzie odznacza się cały album: precyzyjnym zróżnicowaniem. Z jednej strony opętańcza szybkość i orgia riffowania, z drugiej masywne doomowe zwolnienia (np. w "Nigredo" czy "Immaculate Poison"). Rzeźnicy z Dead Congregation nie tworzą muzyki innowacyjnej (wpływy Immolation, Incantation czy Morbid Angel są wyczuwalne), ale kapela z Aten niechybnie należy do czołówki mocarnego europejskiego death metalu. Ciekawe czy na ich kolejny krążek przyjdzie nam czekać następne sześć długich lat.

wtorek, 6 maja 2014

Płyta tygodnia: Doom: VS "Earthless" (2014)

























 Oj, 6 długich lat przyszło nam czekać na następcę fenomenalnego "Dead Words Speak" (2008) Doom: VS i zarazem trzeci album funeral doom/death metalowego projektu Johana Ericsona z Draconian. Nie będę ukrywał, że jako fan pogrzebowego doom metalu czekałem z utęsknieniem na tę właśnie płytę. Po dwukrotnym przesłuchaniu "Earthless" muszę przyznać, iż płyta miażdży, aczkolwiek mam do niej jedno zastrzeżenie: brakuje mi trochę potężnego growlingu Johana Ericsona, który zastąpiony został gościnnym growlem Thomasa A.G. Jensena z Saturnus. Lubię duński Saturnus, ale za nim nie szaleje, podobnie mam także z belgijskim Officium Triste. Czasami muzyka tych dwóch zespołów wydaje mi się ciut za bardzo melodramatyczna. Tak jak w przypadku "Dead Words Speak" na "Earthless" mamy do czynienia z wzorcowym balansem pomiędzy brutalnym gitarowym miażdżeniem a delikatniejszymi, tchnącymi melancholią melodiami. Szczególnie da się to zauważyć w "The Slow Ascent" i "A Quietly Formed Collapse". Fantastyczna praca wiodącej gitary Johana Ericsona kreuje niekończące się pejzaże najgłębszej czerni tak jak np. w łamiącym ciężarem "The White Coffins", growling Jensena potrafi być odpowiednio brutalny, ale gardłowy Saturnus ma na "Earthless" także sporo partii mówionych. Nie potrafię w tej chwili wymienić mojego faworyta z najnowszego Doom: VS; po krótkim zastanowieniu chyba to jednak będzie "Oceans of Despair", podczas którego ma się wrażenie tonięcia w głębinach wszechogarniającego smutku. To w tym kawałku growlującego Jensena wspomaga czystym śpiewem Johan Ericson. Konkludując mój wywód, Doom: VS nie zawiódł i nagrał bardzo solidny funeral doom/death metalowy materiał, do którego na pewno co pewien czas będę wracał. Ale funeral doom metalowa płyta roku? Jeszcze za wcześniej, by o tym mówić. A "Dead Words Speak" nadal nie ma konkurencji. Tamta płyta chwyciła mnie za gardło od razu.

Digipack możecie zakupić tutaj: http://www.solitudestore.com/en/product/doomvs-2014-earthless-digipak/

poniedziałek, 5 maja 2014

Scott Carney "Czerwony rynek" - recenzja


Z uwagi na mój niedawny powrót z tygodniowego pobytu na Islandii blog niniejszy leżał odłogiem. Odpuściłem sobie koncerty Hypnos i Amon Amarth czy God Seed i Cult of Luna, ale nawet przebywając na Islandii w miarę możliwości czytałem. Uwielbiam książki. Zwłaszcza mroczne, poruszające, skłaniające do refleksji. Taka jest właśnie tegoroczna propozycja reportażowego wydawnictwa Czarne, czyli "Czerwony rynek" Scotta Careya. Po raz pierwszy zetknąłem się z książkami Czarnego w ubiegłym roku, jeszcze przed założeniem DTB, BTH kiedy z zapartym tchem przeczytałem reportaż Macieja Wasielewskiego "Jutro przypłynie królowa", w którym autor przybywa na najmniejszą demokrację świata, pacyficzną wyspę Pitcairn, miejsce odizolowane i samotne, zamieszkiwane przez garstkę potomków "Bounty" i skrywające straszliwe sekrety (terror, przemoc i praktykowana dekadami pedofilia). Mocna lektura, po którą pewnie sięgnę raz jeszcze, by ją w stosownym czasie tutaj zrecenzować.

"Czerwony rynek" Scotta Careya jest również książką, która potrafi wstrząsnąć. Nasze ciało za życia albo gdy już umrzemy jest niczym więcej niż pożądanym towarem. Intratnym finansowo ludzkim surowcem. Weźmy np. szkielet, który po wykradzeniu z grobu może posłużyć jako pomoc naukowa dla studentów medycyny czy jako preparat w muzeum medycznym. Przysadka mózgowa wycięta z trupa może być źródłem naturalnego hormonu wzrostu HGH, który przyczynia się do przyrostu masy mięśniowej. Włosy z głowy znajdą zastosowanie w perukach noszonych przez podstarzałe damy bądź posłużą do produkcji nawozów lub L-cystyny (aminokwasu będącego dodatkiem do pieczywa). Jest jeszcze krew (osocze, czerwone krwinki, płytki krwi i czynnik antyhemofilowy), serce, wątroba i nerki jako przeszczepy przedłużające komuś życie, a nawet rogówki oczu przeznaczone do przywrócenia wzroku. Także żywe ciało staje się przedmiotem intensywnego obrotu handlowego. Ubogie dziecko z kraju Trzeciego Świata można ukraść jego biologicznym rodzicom, umieścić w sierocińcu, zmienić mu tożsamość, wreszcie sprzedać je oczekującej rodzinie adopcyjnej przy pomocy pośrednika. Sprzedaje się także komórki jajowe pobrane od kobiet w wieku reprodukcyjnym w celu zapewnienia potomstwa bezpłodnym parom. Można sprzedać także własne ciało koncernom farmaceutycznym i ośrodkom badawczym, które będą testowały na nim nowe leki. Liczy się tylko zysk finansowy - z reguły większy po stronie cynicznego biorcy, mało znaczący po stronie ubogiego (i zazwyczaj zdesperowanego) dawcy z nizin społecznych. Altruizm jako taki nie istnieje, a ludzie są podli i wyrachowani. Dla pieniędzy zrobią praktycznie wszystko.

Książka antropologa i dziennikarza śledczego Scotta Careya ukazuje czytelnikowi mroczne oblicza medycyny, a także postępującą dehumanizację lekarzy. Trochę szkoda, że Carey skupia się w dużej mierze na Indiach zahaczając nieznacznie o Stany Zjednoczone, Hiszpanię i Cypr (jako centrum światowego handlu komórkami jajowymi przeznaczonymi do zapłodnienia in vitro); nie ma też praktycznie żadnej dłuższej wzmianki o krajach Europy Wschodniej, ale "Czerwony rynek" czyta się z ogromnym zainteresowaniem. Kolejny nokaut od Czarnego. Indyjskie farmy kości i krwi - nie da się o nich zapomnieć.

"Pal tłumaczy mi, jak wyglądał proces produkcyjny w fabryce. Najpierw zwłoki owijało się siatką i wkładało do rzeki, gdzie mniej więcej w ciągu tygodnia bakterie i ryby zamieniały je w luźną stertę kości i miękkiej papki. Potem pracownicy oczyszczali kości i gotowali je w wodzie zmieszanej z sodą kaustyczną, by rozpuścić pozostałości tkanki miękkiej. Po tym zabiegu kości nabierały żółtego zabarwienia. Aby przywrócić im medyczną biel, przez tydzień suszyło się je na słońcu, a potem zanurzało w kwasie solnym." - Oczywiście po uprzednim wykopaniu z grobu. (Fragment książki).

piątek, 2 maja 2014

Mys Aniva: radioaktywna latarnia morska






















Znowu Rosja, tym razem wyspa Sachalin i latarnia morska Mys Aniva. Wybudowana została jednak przez Japończyków w 1939 roku i najsampierw znana była jako Naka Shiretoko Saki. Znajduje się na skale w pobliżu najbardziej na południowy wschód wysuniętego przylądka Sachalinu. Jej konstrukcja przebiegała w ekstremalnie trudnych warunkach. Pod koniec II Wojny Światowej Sowieci przejęli całość Sachalinu, który wcześniej był podzielony między Japonię a Rosję. Rosjanie zainstalowali w niej radioizotopowy generator termoelektryczny, który generuje ciepło zamieniane potem w prąd elektryczny na skutek rozpadu izotopu promieniotwórczego. Krążą pogłoski, że opuszczona i smagana przez wichry morskie latarnia jest radioaktywna, o czym świadczą znaki w środku niszczejącej konstrukcji. Kolejne intrygujące miejsce, które chętnie bym spenetrował.

http://englishrussia.com/2009/01/06/abandoned-russian-polar-nuclear-lighthouses/

Btw, dzisiaj mija rocznica śmierci Jeffa Hannemana. Zapuście sobie wieczorem Slayer.