środa, 16 kwietnia 2014

Isole, Procession i Esoteric we Wrocławiu - 15 kwietnia 2014 roku (fotorelacja)
























Na drugi dzień po koncercie Watain i Degial w Progresji wsiadłem w pociąg i udałem się do Wrocławia, by zobaczyć Isole, Procession i Esoteric w klubie muzycznym Łykend. Uwielbiam doom metal, a już szczególną estymą darzę funeral doom, death doom i black doom. I w gruncie rzeczy trochę szkoda, że na doom metalowe sztuki takie jak wczorajsza przychodzi zaledwie około 70 osób. Dla wielu miłośników muzyki metalowej posępne, wolne i długie kompozycje doom metalowe mogą się wydawać nużące; to nie jest też muzyka do szaleńczego młyna pod sceną, stąd też frekwencja na koncertach stricte-doom metalowych jest najczęściej mizerna. Te dźwięki mają jednak swoich oddanych wyznawców do których i ja się zaliczam.

Klub muzyczny Łykend okazał się całkiem przyjemną miejscówką, a koncert miał lekką obsuwę z powodu problemów technicznych z wynajętym przez muzyków Esoteric vanem. Do klubu dostałem się po 19.20 i pierwsze swe kroki skierowałem ku stoisku z merchandisem. Rezultat był z góry do przewidzenia: zakup trzech płyt CD, koszulki i bluzy z kapturem. Oto co mogą zdziałać całkiem przystępne ceny (40 zł za płytę CD czy 60 zł za hoodie to całkiem fajna sprawa).

Szwedów z Isole poznałem tak naprawdę od płyty "Silent Ruins" (2009) i dopiero potem zapoznałem się z ich wcześniejszymi dokonaniami. A istnieją od 1991 roku (wtedy nagrywali jeszcze jako Forlorn), czyli obok Candlemass i norweskiego Funeral prawdziwi weterani skandynawskiej sceny doom metalowej. Aż dziw bierze, że zagrali przed młodszym stażem Procession. Nie będę ukrywał, że Isole należy do grona moich ulubionych kapel parających się pełnym gracji epickim doom metalem. W ich podniosłej muzyce zawarta jest skumulowana dawka smutku i melancholii. Owszem, można Isole zarzucić, iż tu i ówdzie brzmią jak Candlemass czy Solitude Aeturnus, ale co z tego? Epicki doom metal Szwedów to wzorcowy konglomerat przepięknych akustycznych melodii i wgniatającego w ziemię doomowego ciężaru. Do tego fenomenalny czysty wokal Daniela Bryntse, silny, majestatyczny, niemal przeszywający słuchacza. Isole zdarza się od czasu do czasu ubarwić swój doom mocnym growlingiem, co jest raczej dość rzadko spotykane wśród kapel epic doom metalowych. Koncertowo Szwedzi wypadli znakomicie, były co prawda jakieś problemy techniczne, ale szybko zostały naprawione (pomagał sam Greg Chandler z Esoteric).  Nie mam pamięci do granych utworów, ale wychwyciłem np. "Hollow Shrine" z "Silent Ruins" (2009) czy "By Blood" z "Bliss of Solitude" (2008).

O chilijskim Procession zrobiło się głośno za sprawą porywającego albumu "Destroyers of the Faith" (2010), z którym zdążyłem się całkiem dobrze osłuchać przed feralnym koncertem. Niewątpliwym atutem zespołu jest wokalista Felipe Plaza Kutzbach dysponujący niezwykle majestatycznym, acz zróżnicowanym głosem, idealnym pod epicki doom. I podobnie jak z Isole w przypadku Procession mamy do czynienia z wzorcowym balansem melancholii i podniosłości. Co ciekawe, Felipe posiada jeszcze drugi epic doom metalowy projekt Capilla Ardente, z którym dopiero będę musiał się zapoznać, a także od 2013 roku (z racji obecnego miejsca zamieszkania w szwedzkim Uppsala) piastuje funkcję gitarzysty w black/thrash metalowym Nifelheim. W trakcie koncertu Procession znowuż pojawiły się problemy techniczne związane z brzmieniem gitar, ale szybko zostały opanowane. Koncert Procession odebrałem w jak najbardziej pozytywny sposób - dało się odczuć zachwycającą gęstość i miażdżący ciężar doom metalu. Procession zaprezentowali na żywo m.in. "Chants of the Nameless" i "Tomb of Doom" z "Destroyers of the Faith" (2010), "Raven of Disease" z EP-ki "The Cult of Disease" (2009) oraz "To Reap Heavens Apart" z wydanego w ubiegłym roku albumu pod tym samym tytułem.

Natomiast ostatnim gwoździem wbitym tego wieczoru w wieko zmurszałej trumny był brytyjski Esoteric. Do tego zespołu podchodzę bezkrytyczne, gdyż uważam, iż to co oni robią od 1992 roku wymyka się jednoznacznym kwalifikacjom. Nie określiłbym muzyki Esoteric prostym mianem funeral doom, gdyż jest ona zbyt wielowymiarowa i eksperymentalna. Bardziej pasuje mi tutaj określenie brutal ambient death doom. Muzyka Esoteric uzależnia od siebie, wyłącza z rzeczywistości, wprawia w specyficzny trans. To po prostu monstrualna fala dźwięku, która rozlewa się bezlitośnie pochłaniając wszystko na swojej drodze. Wielbię praktycznie wszystkie albumy Esoteric od czasów "Epistemological Despondency" (1994), a już zwłaszcza "The Pernicious Enigma" (1997) i "Metamorphogenesis" (1999). Esoteric słynie z dusznej, opresyjnej, niekiedy wręcz odhumanizowanej atmosfery, która jest praktycznie nie do podrobienia. Znam zespoły, które w mniejszym bądź większym stopniu inspirują się muzyką formacji Grega Chandlera np. świetny Hyponic z Hong Kongu, ale nie da się przeróść mistrza. Esoteric jest po prostu na wskroś unikalną kapelą, mrocznym, przerażającym, dziwacznym i zarazem zadziwiająco spójnym monstrum z najczarniejszych otchłani. Potwornie gniotący ciężar miesza się z nastrojowymi klawiszowymi pasażami i nawiedzającą psychodelią gitar kreując wszechogarniający wir psychotycznego szaleństwa, potęgowany przez demoniczne, zniekształcone wokale Grega Chandlera. Już w 2010 roku na Asymmetry Festival po ich prawie dwugodzinnym występie byłem zmiażdżony, nie inaczej było wczoraj. Zaczęli od dwudziestominutowego kolosa "Circle" z "The Maniacal Vale" (2008), z "Subconscious Dissolution into Continuum" (2004) wybrzmiał fenomenalny "The Blood of the Eyes". Łącznie Esoteric zagrał 5-6 kawałków, koncert zakończył się po 70 minutach. Na zakończenie nie pozostało nic innego niż pogratulować muzykom udanych występów i wrócić do prozaicznej rzeczywistości. Stay fucking doomed!

Degial i Watain w Progresji - 14 kwietnia 2014 (fotorelacja)

























Kiedy usłyszałem, że Watain ma zagrać w warszawskiej Progresji stwierdziłem, że to kolejny koncert  na który warto wydać trochę złociszy, bo kapela Erika Danielssona potrafi zrobić zaiste piekielne show. Od razu uprzedzam, iż lubię black metal serwowany przez Szwedów, ale nie na tyle, aby znać każdą ich płytę na pamięć. Na koncert Degial i Watain udałem się jednak z kumplem, który jest ich oddanym fanem, zatem wątpliwości wszelakie co do set-listy (i jej kolejności) odpadają.

Na salę zaczęto wpuszczać około godziny 18.30, a death metalowcy z Degial zaczęli grać dopiero jakoś po 20. Czekania co niemiara, zniecierpliwienie zaczęło sięgać zenitu, a w tle leciał epicki doom metal Solitude Aeturnus. Publiki tak na oko przyszło około 250 osób, co oczywiście nie jest jakąś powalającą liczbą, gdyż w Londynie Watain potrafił zagrać dla ponad 700 spragnionych czarnego metalu głów. Od Szwedów z Degial zdążyłem przesłuchać na Youtube ich demo "Death and Darkness Buries All..." (2010), a także kilka kawałków z debiutanckiego albumu studyjnego "Death's Striking Wings" (2012). I muszę przyznać, że ich muzyka grana na żywo daje niezłego kopa. To po prostu potężna eksplozja death metalowego hałasu, pierwotna, archaiczna dawka barbarzyństwa w stylu Possessed i wczesnego Morbid Angel. Tutaj nie ma miejsca na jakieś melodyjne pitu-pitu, liczy się pełzający chaos i wilgotna ciemność. Szwedzi z Uppsala kupili mnie niesamowicie intensywnym koncertem. Myślałem nawet o zakupie "Death's Striking Wings" na CD, ale cena 60 zł była trochę zaporowa. Co więcej stoisko z merchem było na tym koncercie wyjątkowo biedne - pewnie dlatego, że tour Degial/Watain powoli zmierzał ku końcowi.

Po Degial przyszła kolej na Watain. Pojawiły się zwierzęce czerepy, ceremonialne świece, rozpalono pochodnie w kształcie trójzębów, po czym otworzyły się bramy piekła. Dowodzony przez Karla Erika Danielssona Watain (dla niewtajemniczonych nazwa zaczerpnięta od kawałka amerykańskiej formacji Von z dema "Satanic Blood" z 1992 roku) dał piekielnie intensywny, tonący w czerwieni koncert; czasem Erik poprzedzał zagranie danego kawałka krótką formułą okultystyczną. Pod sceną szaleństwo, prawie daje się odczuć żar buzujących płomieni i smak rozlewanej krwi. Opinie na temat Watain często są wśród black metalowej gawiedzi podzielone: jedni uważają ten zespół za fenomen szwedzkiej sceny black metalowej, twór bluźnierczy, odrażający i zarazem ogromnie kreatywny, inni natomiast za drugorzędnych kopistów Dissection. Dość powiedzieć, że ostatnia płyta Watain "The Wild Hunt" (2013) narobiła sporo niezdrowego szumu wśród miłośników metalu, bo jest... inna od wszystkiego co dotąd nagrali, łamiąca schematy i na swój sposób wyrachowana. Wróćmy jednak do koncertu Watain, bo tego ognistego spektaklu trzeba doświadczyć na żywo. Mimo wszystko obyło się tym razem bez uciętych zwierzęcych głów polanych krwią i nabitych na paliki, a co za tym idzie fetoru rozkładu bijącego ze sceny. Niemniej jednak image sceniczny muzyków Watain jest upiorny, co mi absolutnie nie przeszkadza. Ba, pochwalam taką ekspresję szokową. Na sam koniec set-lista przekazana mi przez kumpla: usłyszeliśmy łącznie 13 utworów, a mianowicie "Night Vision", "De Profundis", "Malfeitor", "Storm of the Antichrist", "Puzzles of Flesh", "Devil's Blood", "Sleepless Evil", "Legions of the Black Light", "Total Funeral", "The Wild Hunt" oraz zagrane na bis "Outlaw", "Sworn to the Dark" i "The Serpent's Chalice". Doskonały koncert, miażdżący i emocjonalnie drenujący. 

Jak było? https://www.youtube.com/watch?v=v6HFQNX0qdY

niedziela, 13 kwietnia 2014

Morowe "S" (2014) - recenzja
















Trochę spóźniona recenzja, ale w gruncie rzeczy nie dbam o to. Tak naprawdę wgryzłem się w najnowszy album Morowe dopiero niedawno - po zakupie płyty CD na koncercie Furii i Bloodthirst. Dopiero wtedy zacząłem "S" słuchać regularnie. Nasamprzód muszę przyznać, że nazwa Morowe jest idealna, gdyż znakomicie komponuje się z eklektycznymi black metalowymi dźwiękami tworzonymi przez ów wspaniały projekt Nihila. No bo w końcu "mór" to nic innego niż poczciwa dżuma. Atra Mors. Czarna Śmierć. Morowa zaraza. Warto nadmienić, że postać płucna dżumy może rozprzestrzeniać się drogą kropelkową lub aerozolową (stąd też morowe powietrze), z tym że tego typu zarażenia są raczej rzadkie. Podstawowym rezerwuarem dżumy są szczury, a także pasożytujące na cielskach tychże pchły w których rozwija się bakteria Yersinia pestis.

 "Wiosną tego roku mór począł w przedziwny sposób okrutne spustoszenia czynić. Choroba nie objawiała się u nas tak, jak na Wschodzie, gdzie zwykłym znamieniem niechybnej śmierci był upływ krwi z nosa. Zaczynała się ona równie u mężczyzn jak u kobiet od tego, że w pachwinach i pod pachą pojawiały się nabrzmienia, przyjmujące kształt jabłka albo jajka i zwane przez lud szyszkami. Wkrótce te śmiertelne opuchliny pojawiały się i na innych częściach ciała; od tej chwili zmieniał się charakter choroby: na rękach, biodrach i indziej występowały czarne albo sine plamy; u jednych były one wielkie i rzadkie, u drugich skupione i drobne. Na chorobę tę nie miała środka sztuka medyczna; bezsilni byli też wszyscy lekarze"- cytat z "Dekamerona".

Wydany przez Witchinghour Productions drugi album studyjny Morowe "S" to płyta na wskroś eksperymentalna, tonąca w miazmatach psychodelii i... morowego powietrza. Potrzeba czasu, aby zasmakować w tym przepysznym owocu, który od środka toczy lubieżna zgnilizna. Na pewno "S" jest płytą odważną, alternatywną, wymykającą się prostym kwalifikacjom, lecz groteskowemu teatrzykowi okrucieństwa i masek ciągle Morowe towarzyszy black metal. Weźmy np. drugi po wprowadzeniu "W pokoju magii" - z początku bardzo agresywny utwór, później z wyjątkową gracją wkraczający na grząskie tereny psychodelii. Zachwycam się tym kawałkiem i jego spójnością, bogatą paletą dźwięków. Później jest podobnie: nietuzinkowe aranżacje, łobuzersko-wisielczy klimat i nade wszystko ów dymieniczny (znowu z rozmysłem nawiązuję do dżumy) posmak psychodelii. Ambitna zabawa zarówno dźwiękiem, jak i słowem. "Nocna strawą" można delektować się do woli, zwłaszcza w obecności obsiadających trupa "Much". "S" jako całość słucha się po prostu wybornie; toż to hipnotyczna fantasmagoria, fantastycznie zmiksowana, żaden dźwięk nie jest tutaj przypadkowy (surowizna gitar, kanonady blastów, czyste wokale przeplatane blackowymi), wszystko jest spójne, należycie zbalansowane i nieprzewidywalne. "Oni przyjdą". W blasku krwawego księżyca. Ukryci za bielą masek. Ich ciała szarpane zarazą morową. Śmierdzące. Upstrzone plamami.

Kapitalna płyta będąca wykwitem chorej wyobraźni Hansa i Nihila. Czekam na odpowiedź Furii. Oby jeszcze w tym roku... zaprawdę zatęchłym morowym powietrzem można się rozkoszować.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Epidemia wąglika w Swierdłowsku


















2 kwietnia 1979 roku, Swierdłowsk (dzisiejszy Jekaterynburg), nocna zmiana. Owego dnia nastąpił w Swierdłowsku śmiercionośny wybuch epidemii wąglika. Zainfekowane zostały 94 osoby, umarły 64 z nich (niektórzy twierdzą, że liczba ofiar jest wyższa i wynosi 105). Pierwsza ofiara skonała po czterech dniach, ostatnia po sześciu tygodniach. Rząd sowiecki twierdził, że wąglik pochodził ze skażonego mięsa. Dopiero w 1992 roku prezydent Jelcyn przyznał, że wybuch epidemii nastąpił na skutek aktywności militarnej w mikrobiologicznym Instytucie Problemów Techniki Wojskowej, gdzie produkowano i magazynowano broń biologiczną (ruiny obiektu na dolnym zdjęciu). W czerwcu 1992 roku i powtórnie w sierpniu 1993 roku zakład w Swierdłowsku odwiedził zespół naukowców z profesorem Mattem Meselsonem ma czele. Co prawda KGB zdążyło już skonfiskować wszelką dokumentację biologiczną odnośnie wypadku, ale wykazano, iż ofiary wąglika były zgromadzone w prostej linii pod wiatr od obiektu militarnego. Bydło pasące się na tym obszarze także umarło. Przyczyną epidemii było wypuszczenie patogenu wąglika w formie aerozolu. Pracownicy obiektu militarnego zapomnieli założyć nowy filtr w systemie wylotowym. Szybko zorientowali się, że popełnili błąd, ale przetrwalniki wąglika oznaczonego jako "836" wydostały się wraz z wiatrem na peryferie miasta i tereny wiejskie. Gdyby tego dnia wiatr wiał w kierunku Swierdłowska ofiar byłoby setki, a nawet tysiące. Wąglik "836" bazował na wysoce wirulentnym szczepie bakterii chorobotwórczej Bacillus anthracis o gęstej kapsule ochronnej i mającym zdolność do produkcji ogromnych ilości toksyn. Rosjanie chcieli doprowadzić do masowej produkcji obronnego wąglika w celu jego zastosowania na masową skalę. Przetrwalniki wąglika mogą pozostawać w powietrzu bądź na ziemi przez wiele lat... uważajcie czym oddychacie.

Polecam dalszą lekturę do poduszki:
http://archiwum.wiz.pl/1999/99033100.asp

wtorek, 8 kwietnia 2014

Vozrozhdeniya i Gruinard: Wyspy Wąglika




















Lubię pisać o Rosji, bo Rosja to stan umysłu. Tym razem będzie trochę o broni biologicznej i o pewnym uroczym zakątku na wysychającym Morzu Aralskim. Wyspa Vozrozhdeniya (Odrodzenia)... niegdyś wyspa, obecnie półwysep (przynajmniej tak było jeszcze w 2010 roku). Kiedyś miała małe wymiary, ale jak Morze Aralskie na skutek katastrofalnej irygacji Rosjan zaczęło wysychać Vozrozhdeniya zaczęła się rozrastać. Na Wyspie Odrodzenia oraz sąsiadującej z nią wyspie Komsomolskiy w 1954 roku wybudowano laboratorium Aralsk-7, w którym testowano wszelakie rodzaje broni biologicznej. Testowano tam na zwierzętach i ptakach laseczki wąglika, wirusa ospy, pałeczki dżumy Yersinia pestis, gramujemne pałeczki Brucella od brucelozy oraz polimorficzne pałeczki Francisella tularensis będące czynnikiem etiologicznym tularemii. Testowano wirus Ebola oraz wenezuelski wirus Equine encephalitis. I tak jak na brytyjskiej wysepce Gruinard na Vozrozhdeniya ukryto pojemniki z wąglikiem (w 2002 roku część z nich zneutralizowano, od 100 do 200 ton). Rosjanie są jednak przedsiębiorczy - od 1996 roku zaczęli rozkradać co się da z opuszczonego w pośpiechu w 1992 roku laboratorium, a także z wymarłego miasta Kantubek znajdującego się w pobliżu. Nie tylko ukraiński Prypeć padł ofiarą ludzkich sępów szukających przemysłowej padliny. W 1971 roku doszło do wielodniowej kwarantanny miasta Aralsk, bo miała tam miejsce lokalna epidemia czarnej ospy. Zachorowało 10 osób, trzy zmarły. Szczepionkę podano 50 000 ludziom, pacjentów izolowano w szpitalu. Pacjentem zero stała się pewna ichtiolog (ichtiolożka w feministycznym żargonie), która przemieszczając się po Morzu Aralskim na małej łodzi rybackiej "Lev Berg" 6 sierpnia 1971 roku mogła zarazić się wirusem ospy. Co ciekawe, w Aralsku na ospę zachorowało dwoje niemowląt (dzieci zmarły), mógł to zatem być nietypowy szczep wirusa, wysoce wirulentny i oporny na działanie szczepionki. Niewątpliwie rosyjscy badacze z wyspy Vozrozhdeniya odnieśli sukces w rozprowadzaniu wirusa ospy w formie powietrznego aerozolu. Oto piękna i zaskakująca Rosja... wirusa ospy można tam złapać nawet w trakcie połowu ryb.

Brytyjczycy wcale nie byli lepsi. Chcieli się dowiedzieć czy wąglik okaże się efektowną bronią biologiczną wobec nazistów, tudzież ich bydła, a jak wiadomo ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Owalna wysepka Gruinard o długości 2 km i szerokości 1 km stała się obiektem eksperymentowania z wąglikiem Bacillus anthracis (i to już od 1941-42 roku), a konkretnie jego wysoce wirulentnym typem zwanym Vollum 14578. Na szkocką wyspę przetransportowano 80 owieczek, po czym w ich obecności zdetonowano bomby z przetrwalnikami wąglika. Brązowawa chmura aerozolu powędrowała w stronę owiec, które szybko zaczęły umierać. Ciała zwierząt spalono w naprędce przygotowanych piecach. Eksperyment dobiegł końca. Od 1986 roku wyspę Gruinard poddano dekontaminacji przy pomocy rozpuszczonego w wodzie formaldehydu, którym spryskano skrawek lądu. Zadziałało. Wysepka stała się wolna od zarazy, ale nadal nie ma chętnych na osiedlenie się na niej. Jedynym budynkiem na Gruinard jest zrujnowana zagroda pasterska.

https://www.youtube.com/watch?v=u_2lJ4gtMLE 

https://www.youtube.com/watch?v=6Mykjxkwwe0  (eksperyment z owcami)

Na zdjęciach wymarłe miasto-laboratorium Kantubek w Uzbekistanie (dawna wyspa Odrodzenia) oraz szkocka wyspa Gruinard.

Wizyta w Kantubek: http://englishrussia.com/2014/04/02/abandoned-island-with-bio-warfare-polygon/

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Bolshoy Zayatsky: Pogańska Wyspa Labiryntów






























Tym razem Morze Białe i tutaj od razu mała dygresja: płaskie i pokryte tundrą wyspy Morza Białego przez wiele lat służyły jako lokalizacje gułagów. Mnie zaintrygowała niewielka o średnicy 1.25 km kwadratowego wysepka Bolshoy Zayatsky na której znajduje się Kościół Świętego Andrzeja wybudowany w 1702 roku. Na pokrytej mchem, głazami i kamieniami wysepce znajdowało się ongiś pogańskie sanktuarium, którego pozostałością są obrzędowe i pogrzebowe struktury, w tym największy na świecie kamienny labirynt o średnicy ponad 25 metrów. Nie jest on jedyny na wysepce: łącznie na niej znajduje się 14 kamiennych labiryntów, ponad 600 pogrzebowych kopców oraz liczne kamienne okręgi i szeregi. Obrośnięte niską tundrą labirynty zbudowane są z kamieni tkwiących w ziemi. Mają kształty spiral (a także spiral w spiralach) i okręgów, wiek niektórych szacuje się na około 3000 lat, a powstały zapewne w celach rytualnych.

Zdjęcia kamiennych labiryntów: http://zh.advisor.travel/poi/7882/gallery

Bomba Cara i Novaya Zemlya













30 października 1961 roku Rosjanie zdetonowali bombę wodorową zwaną Bombą Cara nad grupą wysp Novaya Zemlya (Nowa Ziemia) znajdującą się na Oceanie Arktycznym. Miała moc 58 megaton. Atomowy grzyb sięgnął wysokości aż 64 km, a eksplozja była na tyle gorąca, że mogła spowodować oparzenia trzeciego stopnia nawet w odległości 100 km. Rozbłysk światła był tak intensywnie jasny, że widziano go nawet w odległości 1000 km od miejsca detonacji, pomimo zachmurzenia nieba. Powierzchnia wyspy została niemal kompletnie sprasowana, włączając w to skały. Szukałem w sieci zdjęć krateru powstałego po detonacji Car Bomby, ale pomijając jedno-dwa zdjęcia raczej bez powodzenia.

W latach 1954-90 Rosjanie przeprowadzili koło Nowej Ziemi i na niej 130 testów nuklearnych, w tym eksplozje nuklearne w atmosferze nad wyspą (pomiędzy 25 września a 30 października 1958 roku zdetonowano 15 bomb atomowych), próby podziemne i detonacje nad oceanem (nadwodne). Testy nuklearne na Nowej Ziemi są wiodącym źródłem radioaktywnego skażenia Arktyki.

Eksplozja czterech ładunków o łącznej mocy 4.2 megaton z 12 września 1973 roku miała magnitudę sejsmiczną 6.97 i spowodowała kolosalną lawinę gruzu, która zablokowała dwa lodowe strumienie formując jezioro o długości 2 km. W wodach Morza Barentsa oraz Morza Karskiego Rosjanie zatopili mnóstwo materiału radioaktywnego, a na Nowej Ziemi przez wiele lat gromadzono wraki atomowych łodzi podwodnych i reaktorów jądrowych, które później topiono. W latach 90-tych odnotowano wzrost zachorowań na raka wśród mieszkańców Czukotki. Chorowali także rdzenni Inuici. W kwietniu 1992 roku z powodu radioaktywnego skażenia wód masowo umierały foki na północnym wybrzeżu Rosji.

Nowa Ziemia, Nuklearna Ziemia, Skażona Ziemia.

https://www.youtube.com/watch?v=aMYYEsKvHvk

niedziela, 6 kwietnia 2014

XV-lecie Bloodthirst w Poznaniu - 5 kwietnia 2014 (fotorelacja)
























Nie będę silił się tym razem na wyczerpującą relację, bo do Bazyla ciągnęło mnie na XV-lecie Bloodthirst głównie w celu towarzyskim. Miało pojawić się na owym zacnym wydarzeniu kilku znajomych, których nie widziałem już od dłuższego czasu, poza tym nie będę ukrywał, że mam słabość do muzyki Furii. Z pracy wyszedłem jakoś po 19, po 20 minutach byłem pod Bazylem, zakupiłem bilet i od razu podszedłem do stoiska z merchem. Kupiłem Morowe "S" oraz Mournful Congregation "The June Frost" na CD - w ramach uzupełniania kolekcji. Z otwierającego XV-lecie Bloodthirst koncertu katowickiego Kurhan zobaczyłem zaledwie końcówkę, zatem ciężko mi będzie się w jakikolwiek sensowny sposób wypowiedzieć się na jego temat.

Poza tym natężenie znajomych twarzy było na tym akurat koncercie większe niż zazwyczaj, stąd też nie raz, nie dwa należało wyjść na papierosa i pogadać. Zmierzam do tego, iż poza Furią nie byłem przez cały czas pod sceną. Nawet zdjęć zrobiłem mniej niż zazwyczaj. Drugim zespołem, który się zaprezentował się na scenie Bazyla był krakowski Ragehammer. Kapela dała krótki, acz kurewsko intensywny black thrashowy koncert. Miałem okazję przesłuchać ich demo "War Hawks" (2012) i wywarło na mnie pozytywne wrażenie. Pierwszorzędna dawka piekielnie agresywnego metalowego łomotu, która na żywo nie bierze jeńców. Wokalista Ragehammer, Tymek Jędrzejczyk szalał po scenie i z nieludzką furią wyśpiewywał kolejne utwory z "War Hawks". Ragehammer zagrał także jeden premierowy utwór. Nie będę ściemniał, że jestem fanatykiem black/thrashowego łojenia, ale krakowska kapela ma ogromny potencjał. I apetyt na destrukcję.

Po Ragehammer nadeszła kolej na In Twilight's Embrace. Na koncert ów od czasu do czasu zerkałem pogrążony w rozmowach ze znajomymi. Nie zapuszczam się w gąszcz melodyjnego death metalu czy tym bardziej metalcore'a, ale ci co przyszli na In Twilight's Embrace na pewno nie poczuli się rozczarowani, gdyż moc i energia biła od sceny. Zwróciłem uwagę na koszulkę Grave Miasma wokalisty zespołu Cypriana Łakomego, bo mam  identyczną.

Furia. Ta nazwa elektryzuje szczególnie wielbicieli black metalu. Furia to marka sama w sobie, zespół, który ma w Polsce zagorzałe grono wielbicieli. Generalnie wszystkie projekty Nihila są gwarantem naprawdę dobrej i nietuzinkowej muzyki. Pomijając poetycką dekadencję warstwy lirycznej Furia nie waha się eksperymentować z black metalową gliną modelując ją na własny unikalny sposób, stąd też tak wiele melancholijnych akustycznych i prog rockowych pasaży obecnych chociażby na płycie "Grudzień za grudniem" (2009). Ostatnia EP-ka zespołu "W melancholii" (2013) to natomiast dwa wyciszone, spokojne, smutne utwory z pięknymi partiami akordeonu. Jakież było zapewne zdziwienie przynajmniej części fanów i fanek Furii (a tych jest mnogość), gdy zespół Nihila otworzył koncert coverem "Transylvanian Hunger" norweskiego Darkthrone... i do końca setu nie zagrał ani jednego autorskiego utworu. Poprawcie mnie, jeśli się mylę! Ciekawe co na to Fenriz i Nocturno Culto? Niemniej takie covery jak "Under A Funeral Moon", "Too Old Too Cold" czy "Neslepaks" Isengard (w którym gościnnie zaśpiewał Rob A. von Ritter) w wykonaniu Furii do zapamiętania! Koncert potężny, przesycony mgła i mrokiem, ale... nietypowy. :-) Krew w kolorze bursztynu nie została tamtej nocy rozlana. Jednak przenieść się wraz z Furią w czasy kształtowania się drugiej fali black metalu - bezcenne!

Na zakończenie solenizant, czyli poznański Bloodthirst, który 14 kwietnia wydaje trzeci album studyjny "Chalice of Contempt" (2014). Rzeczoną płytę można już było kupić na koncercie i co poniektórzy tak właśnie zrobili. W Bloodthirst za perkusją siedzi Mintaj, wszem i wobec znany organizator koncertów metalowych. Co do tornada zwanego Żądzą Krwi to muszę przyznać, że było gwałtowne. Prawie 6 w skali Fujity, czyli kolosalne zniszczenia. Miałem wrażenie, że publiki pod sceną było nieco mniej niż na Furii, ale młyn zrobił się ogromny. Ktoś upadał obok mnie co chwila i był szybko podnoszony i z powrotem rzucany w wir ciał. Agresywny, sataniczny i niszczycielski thrash metal Bloodthirst idealnie sprawdza się w warunkach koncertowych, riffy są szybkie, tempa urywają łeb, a wokale Rambo tryskają jadem aż miło. Z najnowszą płytą Bloodthirst muszę się jeszcze lepiej osłuchać (nigdzie mi się nie śpieszy, a CD co rusz przybywa), ale poszło z niej parę kawałków, w tym otwierający "I Was the One Who Threw the First Stone", a także tytułowy "Chalice of Contempt". Poznańskiemu Bloodthirst nie można odmówić konsekwencji w propagacji metalowego hałasu. Gromkie odśpiewanie 100 lat jak najbardziej zasłużone!

Fajnie było zamienić kilka słów z Wszechpotężnym Słyżtofem z Arachnophobia Records. Rok 2014 będzie esperalem tkany. To pewne.

piątek, 4 kwietnia 2014

Płyta tygodnia: Raison d'Etre "Mise En Abyme" (2014)



























Mise En Abyme. Obraz jednego medium w obrazie innego medium. Dosłownie z języka francuskiego: umieszczenie w nieskończoności bądź umieszczenie w otchłani. Obudzenie się ze snu w trakcie snu. Pod tym zagadkowym tytułem kryje się najnowszy album studyjny dark ambientowego projektu Petera Anderssona, Raison d'Etre. Płyta reklamowana jako "podróż w nieprzeniknioną otchłań najbardziej ukrytych i najmroczniejszych części ludzkiego Ja". I rzeczywiście kiedy słucham "Mise En Abyme" mam wrażenie przechadzania się w labiryncie gęstniejącej ciemności. I zdjęty lękiem nie zdaje sobie sprawy, że ów labirynt po którym krążę jest zaledwie cząstką kolosalnego labiryntu labiryntów. Spiralne schody zdają się prowadzić donikąd, korytarze urywają się, przez ciemność gdzieniegdzie nieśmiało przebijają się snopy światła. Mrok napiera na ściany, przenika przez podłogę, zdaje się pulsować. Cudowna w "Mise En Abyme" jest przede wszystkim amplituda intensywności, która w tych czterech dark ambientowych suitach narasta, po czym słabnie, oddala się. Ciche metaliczne odgłosy transformują się w coraz intensywniejszą symfonię stukania, zniewalają, wprowadzają głęboką ezoteryczną aurę. W "Katharos" pojawiają się sakralne chorały gregoriańskie rozlewające się wśród dark ambientowej przestrzeni. Genialny numer, niezwykle nastrojowy, chyba mój ulubiony z płyty. Także w "Agraphos" słychać eteryczne damsko-męskie zaśpiewy, którym towarzyszą stuki, bicie dzwonów oraz odgłosy wiatru. Rytuał zostaje dopełniony, ale cóż z tego? Wystarczy zamknąć oczy i wszystko zacznie się od nowa... I będzie trwać i trwać. Zwłaszcza nocą. Raison d'Etre po raz wtóry nakreśla nieskończoność.

http://webshop.raison-detre.info/album/mise-en-abyme

Death Ship/ Statek śmierci (1980) - recenzja



















Statki-widma dryfujące bez załogi po oceanicznym bezkresie. "Mary Celeste" (1872). "SS Baychimo"  opuszczony u wybrzeży Alaski w 1931 roku, po raz ostatni widziany w 1969 roku. Bardziej współczesne przypadki to tankowiec "Jian Seng" (2006 rok) czy przewożący "hordy kanibalistycznych szczurów" "Lyubov Orlova" (2012 rok). Informacje o nich potrafią pobudzić wyobraźnię. Także filmowców, czego dowodem jest chyba mój ulubiony horror marynistyczny "Statek śmierci" (1980) w reżyserii Alvina Rakoffa. Film ten po raz pierwszy widziałem w czasach licealnych na Polsacie, zresztą przez wiele lat miałem go nagranego na kasecie video. Wyszedł też w Polsce w legalnym obiegu VHS. Swego czasu "Death Ship" wywarł na mnie spore wrażenie, zatem wskazane było obejrzeć go wreszcie na brytyjskim DVD Scorpion Releasing.

Fabuła "Death Ship" jest cokolwiek absurdalna: luksusowy statek wycieczkowy zostaje staranowany przez tajemniczy czarny statek, który ni stąd, ni zowąd pojawia się na oceanie. Wycieczkowiec tonie, giną prawie wszyscy na jego pokładzie. Jedynie ośmiorgu osób udaje się przeżyć kolizję. Dryfując na szalupie natykają się na ów przerażający statek-widmo. Kapitan staranowanej jednostki (George Kennedy, pamiętny przyrodnik z fenomenalnego backwoods slashera "Just Before Dawn" aka "Tuż przed świtem") omal się nie utopił. Wszyscy uratowani pasażerowie podejmują decyzję dostania się na pokład tytułowego Statku Śmierci. I tak też czynią poszukując schronienia, jedzenia i picia. Problem tkwi w tym, że czarny statek zdaje się żyć własnym życiem i dosłownie karmi się ludzką krwią... i strachem.

Lubię ten horror, gdyż zawiera on kilka sekwencji rodem z najbardziej przerażających onirycznych koszmarów. W dodatku scenografia jest niesamowita: pokład statku-widma toczy rdza, wszędzie brud, pajęczyny i smar, do tego odgłosy samoistnie otwierających się i zamykających drzwi, chyboczących lin, tonące w mroku kabiny, wyściełane brudem korytarze. I smród rozkładu. Wykreowaniu nastroju grozy i niesamowitości sprzyjają ujęcia kręcone z ręki. A końcowe pół godziny "Death Ship" to już w ogóle majstersztyk grozy i brzydoty: leżące na pryczach szkielety, krew sikająca z prysznica, nazistowskie regalia, zamrożone ciała wiszące na hakach, opętany przez zło statku kapitan Ashland. Przykładowo (jeśli chodzi o detale) projektor samoistnie odtwarzający marsz nazistów pod czujnym okiem Adolfa Hitlera, który działa nawet po jego zniszczeniu. Zaiste Statek Śmierci potrzebuje ludzkiej krwi. Jest niczym nazistowski wampir polujący na ofiary! Stanowi zarazem ohydny rezerwuar udręki i cierpienia ofiar wojennej przeszłości.

Coś kryje się w ciemnościach słabo oświetlonych korytarzy, ale nie wiemy tak naprawdę co. "Death Ship" ździebko przypomina trzecią część hiszpańskiej serii o templariuszach-zombie "Ghost Galleon" (1975) Amando de Ossorio, ale jest o wiele bardziej efektowny w wykreowaniu atmosfery grozy. I zawiera sporo niedopowiedzeń, które pozwalają na grę domysłów.

Wirus Ebola znowu medialny



















Epidemia wirusa Ebola wybuchła w Gwinei. W tej chwili potwierdzona liczba ofiar wynosi 83, natomiast liczba potwierdzonych i podejrzewanych przypadków zachorowań wynosi 127 (w tym 14 przypadków zachorowań wśród pracowników medycznych, ośmioro z nich zmarło). Osiem podejrzewanych i potwierdzonych przypadków zachorowań odnotowano w sąsiedniej Liberii, w tym sześć zgonów. Od razu zainfekowanego delikwenta odizolowuje się od otoczenia, a osoby mające z nim bezpośrednią styczność znajdują się pod medycznym nadzorem. Epidemia wirusa Ebola wybuchła w lutym w południowo-wschodniej Gwinei, a pierwsze przypadki zachorowań w stolicy państwa, Konakry, stwierdzono w ubiegłym tygodniu. W ramach prewencji Senegal zamknął granice z Gwineą. Nadto potwierdzone bądź podejrzewane są przypadki infekcji wirusem; w Sierra Leone (na razie sześć, w tym pięć śmiertelnych) i Mali (trzy).

Co ciekawe, lokalnym przysmakiem w Gwinei jest pikantna zupa z nietoperza oraz pieczony nad płomieniem nietoperz. W Gwinei zjada się także szczury. Oprócz małp, szympansów i goryli wektorami Ebola są także wspomniane nietoperze - generalnie nosiciele wszelkiej maści zoonoz: wścieklizny, histoplazmozy, wirusa Marburg, SARS, Nipah, Hendra czy też sprawcy infekcji lyssawirusami. Nie ma to jak smaczna potrawka z nietoperza. Bon Apetit!

UPDATE: Stan na 1 sierpnia 2014 roku według WHO: 1603 podejrzewanych oraz potwierdzonych laboratoryjnie przypadków infekcji wirusem Ebola, 887 zgonów, z czego najwięcej w Gwinei, Sierra Leone i Liberii. Genetyczna analiza wirusa wskazuje, iż jest blisko spokrewniony (w 97% identyczny) z wariantami wirusa Ebola (gatunek Zaire ebolavirus) wcześniej zidentyfikowanymi w Kongo i Gabonie. Obywatel USA, 40-letni Patrick Sawyer, który przyleciał z Liberii do Lagos (Nigeria) został zainfekowany i umarł 25 lipca 2014 roku - to pierwszy przypadek gorączki krwotocznej Ebola w Nigerii. Wcześniej zdołał zarazić 8 osób, w tym nigeryjskiego lekarza, który go badał.

No i wygląda na to, że jest potencjalne lekarstwo na wirusa Ebola, ale nie każdy może je używać. Uratowano nim dwóch amerykańskich misjonarzy w Liberii, którzy zachorowali na gorączkę krwotoczną Ebola. Chodzi o tajemniczy ZMapp, wcześniej wypróbowany na zainfekowanych wirusem Ebola małpach. Myszy testowe poddano działaniu fragmentów wirusa Ebola, w ich krwi pojawiły się monoklonalne przeciwciała anty-Bola, po czym je pobrano, by stworzyć szczepionkę. Lek powstrzymuje wirus przed dostaniem się do organizmu i infekcją komórek... może być skuteczny.

czwartek, 3 kwietnia 2014

La Notte dei Diavoli/ Night of the Devils (1972) - recenzja

















Petar Blagojević, serbski wieśniak, zamieszkiwał w XVIII wieku we wiosce Kisilova (współcześnie: prawdopodobnie Kisiljewo) położonej na obszarze Serbii. W 1725 roku zmarł w rodzimym domu w wieku 62 lat. Po jego śmierci nastąpiła seria dziewięciu nagłych zgonów poprzedzonych krótkotrwałymi chorobami. Przed wyzionięciem ducha chorzy skarżyli się, że Blagojević nawiedzał ich w nocy jako wampir i dusił zaciskając na ich szyjach trupio blade dłonie. Pod naciskiem publicznym zapadła decyzja o ekshumacji grobu rzekomego krwiopijcy. Oględziny zwłok wykazały istnienie na jego ciele ‘cech wampiryzmu’ (zatrzymany proces rozkładu, krwawienie ran, ‘świeża skóra i paznokcie’). Ciało przebito kołkiem w okolicach serca, na skutek czego z ust i uszu Petara wypłynęła świeża krew, po czym je spalono. O owej niesamowitej historii pisałem już przy okazji recenzji jugosłowiańskiego horroru wampirycznego "Leptiricia" (1973) Djordije Kadijevica, lecz warto ją w tym miejscu przywołać zważywszy na to, iż stała się ona inspiracją dla Aleksieja Tołstoja do napisania "Rodziny wilkołaka" (1839), 31-stronicowego opowiadania traktującego o powrocie do rodzinnego domu ‘po dziesięciu dniach’ starego Serba, Gorczy. Okazuje się, że senior bałkańskiej familii przemienił się w spragnionego krwi wampira i jedynym skutecznym rozwiązaniem winno być przebicie jego diabolicznego serca osikowym kołkiem. "Rodzina wilkołaka" Tołstoja zainspirowała nowelowy horror Mario Bavy "Black Sabbath" (1963, opowieść zatytułowana "Wurdulak" z Borisem Karloffem w roli upiora przelewającego krew ukochanych) oraz mniej znany "Night of the Devils" Giorgio Ferroni’ego, który wreszcie mam na DVD Raro Video.

Bezimienny mężczyzna wędruje pustym brzegiem bałkańskiej rzeki. Zostaje zabrany do szpitala, w którym ogarniają go przerażające omamy: gnijąca czaszka toczona przez larwy, odpychająca nagość kobiecego ciała dotykanego przez szkieletowe postaci, eksplodująca krwią głowa. Pacjent nie potrafi mówić o tym, co się stało. Do placówki medycznej przebywa tajemnicza kobieta, która poznaje go ze zdjęcia. Kiedy ich spojrzenia spotykają się on próbuje od niej uciec. I przypomina sobie... Nazywa się Nicolas (Gianni Garko) i podróżuje samochodem przez jugosłowiańską puszczę. W pewnym momencie jego wysłużone auto odmawia posłuszeństwa. Zdezorientowany mężczyzna wychodzi z pojazdu i zanurza się w szarozieloną gęstwinę... wędruje wśród drzew kierowany strachem i dojmującą samotnością... widzi uciekające w popłochu zwierzęta... natyka się na domostwo, w którym mieszka zdjęta bliżej nieokreślonym lękiem, zabobonna rodzina, ryglująca wszelkie drzwi i okna przed nadejściem zmroku... przyjmuje propozycję noclegu... a kiedy zamierza ułożyć się do snu słyszy pukanie... wiatru... a może czegoś jeszcze? Ranek przynosi pierwsze niepokojące wieści. O wiedźmie żyjącej w leśnych ostępach i zamieniającej niefortunnych wędrowców w spragnione rodzinnej krwi wampiry (wurdulaki)...

Giorgio Ferroni, reżyser pamiętnego "Mill of the Stone Women" (1960) radzi sobie doskonale z przeniesieniem na ekran krótkiego opowiadania Aleksieja Tołstoja. Ospałe tempo akcji sprzyja precyzyjnemu zagęszczaniu nastroju mroku i niesamowitości, który wylewa się niemal z każdego kadru. Reżyser z wprawą stopniuje napięcie pokazując jak członkowie rodziny, jeden za drugim, padają ofiarami wurdulaka (wampira mordującego najbliższych, aby nie byli samotni). Kilka scen skutecznie mrozi krew w żyłach: dwoje dzieci z lalką patrzących nieobecnym wzrokiem w okno, wampir przedzierający się w zwolnionym tempie przez ponury las, zainfekowana przez wurdulaka dziewczynka atakująca własną matkę, rozrywająca jej gardło i drapiąca piersi, wampirza agonia i gwałtowny proces gnicia poprzedzony przebiciem martwego serca kołkiem. Za nieliczne krwawe efekty specjalne odpowiada Carlo Rambaldi, zdobywca dwóch Oscarów za "Obcego" i "E.T." Przepiękna Agostina Belli w roli Sdenki, w której zakochuje się Nicolas, błyszczy na ekranie; zresztą wszyscy aktorzy grają nad wyraz przekonywająco. Nastrojowa muzyka Giorgio Gasliniego ("Głęboka czerwień" Dario Argento) łączy w sobie wpływy klasyczne z bardziej progresywnymi dźwiękami.

Tytułem ciekawostki warto wspomnieć o jeszcze dwóch filmowych próbach adaptacji opowiadania Tołstoja. Chodzi mi tutaj o mroczny i poetycki horror rosyjski w ekscentryczno-wizualnym stylu Tarkovskiego "Papa, umer ded Moroz" aka "Father, Santa Klaus Has Died" (1992) Yevgenya Yufita oraz o epizod hiszpańskiej serii telewizji TVE "El quinto jinete" (1975), w którym zagrali Francisco Valladares i Charo Lopez.

Dodatki na DVD "Night of the Devils" - anglojęzyczny trailer, introdukcja Chrisa Alexandra z Fangorii oraz obszerny wywiad z kompozytorem Giorgio Gaslinim. 

wtorek, 1 kwietnia 2014

Slaughter High/ Szkoła zarzynania (1986) - recenzja




















Dziś Prima Aprilis. Nie będę bawił się w jakieś głupawe żarty, wyssane z palca niusy czy żenujące prowokacje. Nie bawi mnie ten dzień ani też kompletnie nie obchodzi. Ostatnio zrobiłem sobie jednak przerwę od kina grozy i skupiłem się na muzyce, zatem dziś postanowiłem w ramach odmiany pogrzebać na półkach z DVD. Wybrałem "Slaughter High" (1986) George'a Dugdale'a, Marka Ezry i Petera Littena (trójka reżyserów!), jeden z horrorów mojego dojrzewania... i jakież było moje zdziwienie, gdy w trakcie seansu przypomniałem sobie, że akcja "Szkoły zarzynania" rozgrywa się w Prima Aprilis 1 kwietnia. Być może właściwszym wyborem byłby slasher Freda Waltona "April's Fools Day" z 1986 roku, ale byłby to jednak wybór nazbyt oczywisty. To trochę tak jak z seansem kanadyjskiego górniczego slashera "My Bloody Valentine" (1981) w Walentynki. Wracając do "Slaughter High" miałem ów niskobudżetowy horror nagrany na kasecie video z Polsatu pod tytułem "Jatka". Pierwszy seans "Szkoły zarzynania" (ten z kolei tytuł pochodzi z katalogu Video Comfort) zaliczyłem jeszcze w czasach liceum, w styczniu 2000 roku właśnie na Polsacie. Piękne czasy.

"Slaughter High" wyprodukował Dick Randall, producent dwóch makabrycznych slasherów "Pieces" (1981) i "Don't Open Till' Christmas" (1986). W filmie final heroine zostaje Caroline Munro, królowa krzyku z lat 80-tych, która wystąpiła w "Maniac" (1980) Williama Lustiga czy "The Last Horror Film" (1984) Davida Wintersa. Scenariusz "Szkoły zarzynania" jest błahy: Marty Rentzen to typowy kujon (zapalony chemik), czyli po amerykańsku nerd. W dodatku prawiczek, a ci łatwego życia w szkole nie mają. Marty pada więc ofiarą okrutnego żartu z rozmysłem przygotowanego przez Skipa, Carol i kilku innych (lekko podstarzałych) nastolatków należących do szkolnej kliki, a mającego związek z podtapianiem w muszli klozetowej. Nadto w laboratorium, w którym Marty prowadzi chemiczne doświadczenia dochodzi do eksplozji, jego twarz zostaje oblana kwasem azotowym... i wrzeszczący z bólu Marty trafia do szpitala psychiatrycznego. Pięć lat później wszyscy dręczyciele Marty'ego zostają zaproszeni na reunion po latach do opuszczonego szkolnego campusu. Nikt z nich nie wie kto stoi za tym pomysłem. Na miejscu czyha na nich śmierć pod postacią ukrytego za maską królewskiego błazna mordercy. Rozpoczyna się seria wymyślnych morderstw...

Akcja "Slaughter High" toczy się w Wielkiej Brytanii, a aktorzy gadają z amerykańskim akcentem. Caroline Munro budzi się z nietkniętym make-upem. Nie mam pytań. Dick Randall, producent filmu pojawia się w epizodzie jako... producent filmowy (na ścianie wisi plakat "Pieces"!).  Sceny morderstw w "Szkole zarzynania" są doprawdy pomysłowe: eksplodowanie wnętrzności po wypiciu zatrutej puszki z piwem, utopienie w dziurze pełnej mułu, usmażenie kopulującej parki w trakcie orgazmu (w slasherach seks = śmierć, nie inaczej jest tutaj), itd. Moją ulubioną sceną jest wszak bolesna kąpiel pewnej ochlapanej krwią panienki w wannie. W pewnym momencie z kranu zaczyna lecieć żrący kwas, a dziewczyna nadal bierze kąpiel... i drze się wniebogłosy konając! Absurd goni absurd i absurdem pogania. Sceny morderstw w "Slaughter High" pozbawione są suspensu, lecz ogląda się je z rogalem na twarzy. A ścieżka muzyczna Harry'ego Manfrediniego (nadworny kompozytor serii "Piątek trzynastego") wyraźnie zapożycza z horrorów o Jasonie Voorheesie. Co ciekawe, aktor grający Marty'ego, Simon Scuddamore, popełnił samobójstwo tuż po nakręceniu "Slaughter High". Nie wytrzymał presji otoczenia?

Głupiutki slasher, ale przyjemny w odbiorze. Może kiedyś odświeżę go jeszcze w towarzystwie (nie)obeznanych z B-klasowym kinem znajomych.