czwartek, 13 listopada 2014

Pierwsze zdjęcia z powierzchni komety 67P/Czuriumow-Gierasimienko






















Na szczęście lądownik Philae jest już stabilny i może przesyłać zdjęcia z powierzchni komety 67P/Czuriumow-Gierasimienko. Wczoraj czyli 12 listopada 2014 roku o godzinie 8.35 czasu GMT Philae odłączył się od sondy Rosetta (z którą od 2004 roku przebył odległość 6.4 miliardów kilometrów), o godzinie 15.33 lądował po raz pierwszy odbijając się od powierzchni na wysokość setek metrów, o godzinie 17.26 drugie lądowanie z małym odbiciem, a o godzinie 17.33 trzecie lądowanie. W tej chwili lądownik znajduje się na nieznanym obszarze, który może stwarzać rozmaite zagrożenia, pierwotne miejsce lądowania czyli Agilkia zostało gdzieś w oddali. Czekam na kolejne zdjęcia panoramiczno-powierzchniowe i przyszłą analizę składu chemicznego komety. Piękne warstwowe skały z ostrymi krawędziami!

Przypuszczalnie lądownik nie znajduje się na płaskim terenie, być może utknął. Nie jest to dobra wiadomość. Krawędź klifu może blokować dostęp promieni słonecznych do Philae, a bateria lądownika działa jedynie przez okres 60 godzin.

Godzina 00.36 UTC. Utrata sygnału z lądownikiem. Koniec przekazu danych. Zapadł w sen. Wszystkie instrumenty i systemy pokładowe wyłączone. Możliwość nawiązania komunikacji 15 listopada około 10.00 UTC. Potrzebne promienie Słońca.

Obcy świat: http://vimeo.com/111696559

Uwielbiam takie kosmiczne krajobrazy, których nigdy nie odwiedzę. Chyba że w wyobraźni. Martwy świat gruzu i pyłu, ale jakże fascynujący w swym odosobnieniu.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Are All Men Pedophiles?/ Czy mężczyźni to pedofile? (2012) - recenzja

Pamiętam, że ominął mnie ów holenderski dokument na Transatlantyku 2013, zatem postanowiłem obejrzeć go dopiero teraz. Pomimo kontrowersyjnego tytułu otrzymałem interesujący film dokumentalny, który stawia niewygodne pytania i skłania do refleksji po seansie. Tytuł "Are All Men Pedophiles?" jest celowo prowokacyjny, gdyż ogólna definicja pedofilii w zachodnich mediach jest zbyt szeroka i tym samym stwarza pole do wielu nadużyć. Chodzi o pociąg seksualny wobec osób (zarówno dziewcząt, jak i chłopców), które nie ukończyły jeszcze 18 lat. Posługując się taką definicją za pedofilów można uznać wszystkich mężczyzn, dla których dziewczęta po osiągnięciu wieku dojrzałości stają się seksualnie atrakcyjne. Nadto pod tą definicję można też podpiąć chłopców czy dziewczęta, a także liczne kobiety. Według reżysera filmu Jana-Willema Breure'a należy posługiwać się węższą kliniczną definicją pedofilii, a mianowicie odróżnić: 1) infantofilię - pociąg seksualny do dzieci w wieku do 3-5 lat, 2) pedofilię - pociąg seksualny do dzieci przed okresem pokwitania i, 3) efebofilię - pociąg seksualny do osób w wieku od 15 do 19 lat. Występuje też podział na pedofilów ekskluzywnych (pociąg seksualny wyłącznie do dzieci) i nie-ekskluzywnych (pociąg seksualny zarówno do dzieci, jak i do osób dorosłych).

"Are All Men Pedophiles?" pokazuje histerię na punkcie pedofilii w świecie zachodnim właśnie dzięki używaniu w prasie szerokiej definicji. W takim wypadku rzeczywiście każdy mężczyzna po ukończeniu 18 roku życia i osiągnięciu dorosłości, któremu podobają się młodsze od niego osoby (np. dziewczęta w wieku 15-17 lat) może zostać uznany za pedofila. W filmie nie zabrakło nawiązań do praktykowanej w antycznej Grecji i Rzymie pederastii, a także szerzenia się pedofilii za murami Kościołów spowodowanej przez wprowadzenie celibatu. Pojawiają się także przygnębiające wywiady: 1) z dziewczyną, która w dzieciństwie była gwałcona przez ojca i sąsiada, 2) z męskim, a także z żeńskim pedofilem. Dobrze, że Jan-Willem Breure zauważa zazwyczaj marginalizowane przez mass-media zjawisko żeńskiej pedofilii, tudzież efebofilii. Marginalizowane, gdyż ofiary płci męskiej rzadko zgłaszają gwałt czy molestowanie seksualne. Inna sprawa, że kobiety postrzega się jako opiekuńcze wobec dzieci, niezdolne do wyrządzenia im krzywdy. I nie chodzi tutaj tylko i wyłącznie o płomienny 'romans', który nauczycielka nawiązała ze swoim młodszym o kilka lat uczniem. Stosowanie medialnej i w związku z tym popularnej (a nie klinicznej) definicji pedofilii w środkach masowego przekazu doprowadza do smutnych absurdów: 1) mężczyźni unikają pracy jako nauczyciele czy opiekunowie w obawie o to, że zostaną uznani za pedofilów, 2) chłopak, który otrzyma od nieletniej nagie zdjęcie (tzw. sexting) trafia do więzienia jako winny rozpowszechniania dziecięcej pornografii - tak naprawdę niezależnie od tego, czy to on zdjęcie otrzymał czy je wysyłał, kobiety zazwyczaj unikają analogicznej kary. "Are All Men Pedophiles?" wspomina także o nadmiernej seksualizacji dziewcząt w wieku 12-19 lat w świecie mody, gdzie pozowane zdjęcia młodziutkich modelek są uznawane jako przejaw artystycznego wyrazu. Czyli z jednej strony mamy do czynienia z branżą artystyczną (moda, muzyka młodzieżowa, także kino adresowane do nastolatków), która fetyszyzuje młodość, jędrność, gładkość skóry, a z drugiej pojawia się owo natrętne pytanie: czy wszyscy mężczyźni są pedofilami?

Czy zatem właściwe jest gdy mężczyzna w wieku 24 lat uprawia seks z 16-latką za jej zgodą? A co by było gdyby jego wiek podnieść do 33 albo 44 lat? Czy efebofilię czyli pociąg seksualny do dziewcząt po okresie fizycznego dojrzewania należy piętnować? Moim zdaniem nie, gdyż nastolatki w tym wieku są już częstokroć aktywne seksualnie. Trudno nie zgodzić się również z tezą, że fraza "teen sex" (seks nastolatków) jest obecnie najczęściej wyszukiwaną frazą jeśli chodzi o sieciową pornografię. To biznes za którym stoją kolosalne pieniądze. Granica między pedofilią a efebofilią w wielu przypadkach zdaje się zacierać. Reasumując, subtelny i skłaniający do refleksji film dokumentalny po który warto sięgnąć.

piątek, 7 listopada 2014

Moanaa, Moaft i Blindead w Eskulapie, 06.11.2014 roku (fotorelacja)



















Ile razy można chodzić na Blindead? Odpowiem, że do skutku. Nie wiem dokładnie ile razy widziałem Blindead na żywo (sześć albo siedem), ale nie dbam o to. W pewnym momencie nad koncertem w Poznaniu zawisły czarne chmury. Zespół zaapelował do fanów, aby kupowali bilety na koncert, gdyż jeśli nie sprzeda się wystarczająca ilość tychże koncert zostanie odwołany. Na szczęście do odwołania koncertu nie doszło i znowu zobaczyłem Blindead na małej scenie Eskulapa - tak jak rok temu w trakcie promocji ostatniego krążka wydanego przez Mystic "Absence" (2013), którego premiera miała miejsce 14 października 2013 roku. Ale po kolei.

Z debiutanckim longplayem zespołu Moanaa "Descent" (2014) zapoznałem się przed koncertem przesłuchując go kilkakrotnie na bandcampie. Całkiem frapujący atmosferyczny sludge w którym na wokalach udziela się Rafał Kwaśny z niedawno recenzowanego tutaj Sigihl. Nie jest to może muzyka nowatorska i przełomowa, ale chłopaki z Moanaa grają z ogromnym wyczuciem z wprawą lawirując pomiędzy wolniejszymi instrumentalnymi sekcjami a gniotącym ciężarem. Kompleksowe aranżacje utworów których na żywo słucha się z niekłamaną przyjemnością. Miałem kiedyś okres częstego sięgania po muzykę kapel pokroju Isis, Red Sparowes, Cult of Luna czy Pelican, obecnie słucham atmosferycznego sludge'a czy post-metalu nader sporadycznie, ale muszę przyznać, że o Moanaa z Bielsko-Białej może być głośno, jeśli nie zabraknie zapału do twórczej pracy. Chętnie zobaczę ich jeszcze grających na scenie. Niezwykła gęsta praca gitar! Nie kupiłem niestety ich CD, ale przy następnej okazji nadrobię.

Trzyosobowy Moaft z Morąga też mnie pozytywnie zaskoczył. Prawdę mówiąc ich alternatywno-regresywną płytę "Ursa Major" (premiera krążka 27 października 2014 roku) przesłuchałem tylko jeden raz, ale na żywo momentami zabrzmieli bardzo potężnie. Na pewno jest to muzyka dla ludzi otwartych, dla których nie straszny jest twór stricte-instrumentalny. Wielowymiarowe i starannie utkane kompozycje Moaft wprawiają słuchaczy w trans; w odważnej muzyce tria wiele się dzieje bez popadania w nadmierne przekombinowanie. Nawet nie wiem do końca w jakim nurcie muzycznym umiejscowić Moaft. To chyba dobrze. Ostatni grany przez nich numer "Lipushka", gdzie pojawiają się folkowe zaśpiewy skojarzył mi się w każdym bądź razie z "Kołysankami" Lux Occulta. :-)

Przed 21 na małą scenę Eskulapa wkroczyli muzycy z trójmiejskiego Blindead. Tym razem zespół promował wydaną własnym sumptem płytę koncertową "Live at Radio Gdańsk". Nie miałem okazji jej jeszcze posłuchać, wiedziałem jedynie z pierwszych recenzji, iż prezentuje nieco łagodniejsze oblicze zespołu. Ów pamiętny koncert w gdańskiej rozgłośni radiowej odbył się 29 czerwca 2014 roku. Relację z niego możecie poczytać na łamach Violence On-line klikając na link umieszczony poniżej. Na scenie Eskulapa wraz z szóstką muzyków Blindead pojawili się dodatkowi goście: saksofonista Merkabah Rafał Wawszkiewicz czy grający na gitarach akustycznych w trakcie części akustycznej Michał Banasik z eksperymentalno-trip hopowego Tranquilizer oraz Michał Zimorski, jeden z założycieli i wczesnych muzyków Blindead. Set-lista objęła utwory zawarte na "Live at Radio Gdańsk", a pochodzące z trzech ostatnich płyt Blindead "Autoscopia/ Murder in Phazes" (2008), "Affliction XXIX II MXMVI" (2010) i "Absence" (2013). Niektóre z tych kompozycji zostały zmienione aranżacyjnie np. "My New Playground Became" czy "Dark and Gray", czego zresztą słuchacze mogli doświadczyć wczoraj na żywo. Osobiście byłem zaintrygowany słysząc owe nowe aranżacje. Po części akustycznej Blindead nie zapomniał też o przytłaczającym ciężarze prezentując "Self Consciousness Is Desire And", "So It Feels Like Misunderstanding When" czy ma sam koniec ""Affliction XXIX II MXMVI". A zaczęli koncert od "Abyss" z "Autoscopia" (2008), co dla mnie nie osłuchanego z ich najnowszym wydawnictwem było całkiem sporym zaskoczeniem. Nadmienię jeszcze, że lubię niepokojące i utrzymane w czarno-białej tonacji wizualizacje, którymi muzycy Blindead posługują się do spotęgowania nastroju: zapadł mi z wczoraj w pamięć chociażby obraz pięknej kobiecej twarzy znajdującej się pod wodą czy widok dwóch nagich postaci z zasłoniętymi oczami i okolicami intymnymi. Konkludując, niezwykle udany wieczór i kolejny zapadający w pamięć koncert.

http://www.violence-online.pl/relacje/blindead-%E2%80%92-dzwieki-ktore-plyna-zespol-ktory-zyje/

czwartek, 6 listopada 2014

Ouija/ Diabelska plansza (2014) - recenzja















Ouija. Magiczna tablica, która odpowiada na pytania o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Stanowi łączność pomiędzy światem znanym a nieznanym. Płaska tablica z nadrukowanymi literami alfabetu nad cyframi od 0 do 9; słowa "tak" oraz "nie" na obu najwyżej położonych brzegach planszy, słowo "do widzenia" na dole. Do tego planszeta służąca do manewrowania po planszy i porozumiewania się z duchami. Dwoje lub więcej ludzi siada wokół Ouija, dotyka opuszkami palców planszety, ktoś z nich zadaje pytanie i wszyscy z zapartym tchem obserwują jak planszeta porusza się od litery do litery formułując odpowiedź. W XIX wieku Amerykanie mieli obsesję na punkcie spirytualizmu. Wierzyli, że zmarli kontaktują się ze światem żywych. Głośna stała się w 1848 roku sprawa sióstr Fox, które twierdziły, że słyszą zjawy stukające w ściany ich domostwa i tym samym odpowiadające na stawiane im pytania. Plansza Ouija stała się jednym z narzędzi do straszenia tak naprawdę po premierze "Egzorcysty" (1973) Williama Friedkina. To tam demon opętał 12-letnią Regan, która wcześniej bawiła się planszą.

Laine Morris (Olivia Cooke) udaje się do swej najlepszej przyjaciółki Debbie (Shelley Henning), ale zostaje odprawiona z kwitkiem. Po odejściu dziewczyny Debbie zaczyna się bawić planszą Ouija, po czym popełnia samobójstwo wieszając się. Laine nie wie dlaczego Debbie skończyła ze sobą i postanawia odkryć przyczynę. Namawia młodszą siostrę Sarah (Ana Coto) i trójkę przyjaciół na wzięcie udziału w seansie spirytystycznym - w tym samym domu, gdzie zabiła się Debbie. Kontaktują się ze zmarłą, ale wkrótce po seansie zaczynają się dziać przerażające rzeczy. Wszyscy z piątki nastolatków otrzymują wiadomość "Cześć przyjacielu" - zwrot ów zakomunikowała wcześniej plansza Ouija. Czy była to Debbie? Niekoniecznie, gdyż w domu gdzie mieszkała czai się zjawa o zdecydowanie morderczych zamiarach.

"Diabelska plansza" stanowi debiut reżyserski Stilesa White'a, który wraz z Juliet Snowden napisał także scenariusz do filmu. Kiedy dowiedziałem się, że "Ouija" jest kolejną produkcją ze stajni Platinum Dunes niespecjalnie chciało mi się iść na ten horror do kina. Generalnie fabuła "Diabelskiej planszy" jest standardem dla opowieści o złowieszczych duchach: mamy nawiedzony dom, morderczą zjawę oraz grupkę nastolatków, którzy giną jeden po drugim. Niemniej muszę przyznać, że reżyserowi udało się wykreować kilka efektywnych scen grozy. Przykładowo moment w którym grająca Laine Olivia Cooke patrzy przez soczewkę planszety i widzi zjawę dziewczyny krzyczącą "ona nadchodzi!", a po niej pojawia się matka. Utkwiły mi także w pamięci sceny w podziemnym tunelu, na poddaszu, a także śmierć lewitującej Bianci Santos, która na krótko przed zgonem czyściła sobie ząbki nicią dentystyczną. Szkoda tylko że scenariusz do "Ouija" to nic innego jak odtwórcza rutyna. Ponadto im bliżej finału tym nastrój grozy zaczyna się ulatniać na rzecz coraz bardziej nachalnych efektów specjalnych. Mimo wszystko myślałem, że będzie gorzej, a film okazał się całkiem znośny.

środa, 5 listopada 2014

Maleficia (1998) - recenzja

Po obejrzeniu "Rogów" postanowiłem sięgnąć po ekstremalne gore w wydaniu francuskim. "Maleficia" (1998) to horror amatorski w każdym calu, praktycznie pozbawiony sensownej fabuły, lecz niedostatki fabularne rekompensujący ogromną dawką gore. Jako że wraz z grupą znajomych pod szyldem Lobotomia Video okazjonalnie kręcimy filmy krótkometrażowe w estetyce gore & splatter, zatem wiem co to znaczy ubabrać się w sztucznej krwi i mięsnych przetworach. Co ciekawe w czasie kręcenia "Maleficia" reżyser filmu Antoine Pellissier był praktykującym lekarzem.

Fabuła "Maleficia" jest szczątkowa: mamy rok 1860 i karocę z siódemką osób podróżujących na zamek, który odziedziczyli po zmarłym krewnym wcześniej uwikłanym w tajemnicze praktyki okultystyczne. W pewnym momencie wierzchowiec staje w lesie i uparcie nie chce jechać dalej, woźnica karocy udaje się do pobliskiej kaplicy i tam staje się świadkiem krwawego satanicznego rytuału. Ubrani w czarne i białe mnisie habity wyznawcy Szatana, którymi steruje ich kapłan dokonują ukrzyżowań młodych kobiet i składają je w ofierze w trakcie orgii tortur i okaleczania. Krwawa ofiara doprowadza do przebudzenia wszystkich pogrzebanych w okolicy żywych trupów. Rozpoczyna się chaos i bezwładna ucieczka ludzi z karocy przez las. Ocaleli docierają do opuszczonego na pierwszy rzut oka francuskiego zamczyska, w którego piwnicy spoczywają drewniane trumny ze spragnionymi krwi wampirami w środku.

Niezła kombinacja: gotycki sztafaż plus kanibalistyczni sataniści w kapturach, panoszące się wokół hordy zombies i krwiożercze wampiry. Do tego ogromna dawka krwi i przemocy. Czasami tryskające gore nabiera wręcz surrealistycznego charakteru. I muszę przyznać, że stoi na całkiem przyzwoitym poziomie wykonawczym. Mała ciekawostka odnośnie zombies: przebudzeni na skutek satanicznego rytuału zmartywchwstańcy wychodzą z ziemi, wody, ognia (groby trupów zaczynają dymić) i powietrza. Jeśli chodzi o sceny gore to mamy tutaj np. przypalanie oczu, wyrywanie języka, zdzieranie skóry z twarzy, dekapitację, ćwiartowanie ciał, pożeranie wnętrzności, etc. Wielbiciele krwawych horrorów powinni być zadowoleni, ale tak naprawdę tylko oni. W "Maleficia" kompletnie nie ma suspensu, montaż często rwie się, nadto aktorstwo to czysta amatorka. Z drugiej strony osobiście umiem docenić takie ultra-niskobudżetowe kino, gdyż sam brałem udział w kręceniu podobnych obrazów. Film jest niestety za długi (100 minut trwania) i momentami zaczyna trochę nużyć. Podobał mi się natomiast końcowy twist fabularny - nie powiem, byłem zaskoczony. Francuzom nieobce jest tanie kino gore np. "Ogroff" z 1983 roku czy "Sexandroide" z 1987 roku, do tego grona dołącza też z dniem dzisiejszym ultra-krwawa "Maleficia".

wtorek, 4 listopada 2014

Rogi/ Horns (2013) - recenzja






















Nie czytałem powieści Joe Hilla (syna Stephena Kinga) z 2010 roku, ani też nie jestem fanem Daniela Radcliffe'a, niemniej coś mnie podkusiło, aby obejrzeć "Rogi". Pewnym magnesem był zapewne reżyser "Haute Tension" (2003) oraz remaków "Pirania" (2010) i "Wzgórza mają oczy" (2006) Alexandre Aja. Facet jest sprawnym rzemieślnikiem i umie nakręcić dobre, przesycone sporą dawką gore kino grozy. Ale tak naprawdę "Rogi" trudno uznać za pełnoprawny horror, bo to gatunkowa hybryda romansu, ocierającej się wręcz o baśniowość fantastyki, horroru, egzystencjalnego dramatu, komedii i kryminału. Film o miłości i jej utracie, winie i zemście.

Iga Perrisha (Daniel Radcliffe) praktycznie nikt w małym prowincjonalnym miasteczku Gideon nie lubi (no może poza lokalną, cierpiącą na kompleksy barmanką). Mieszkańcy zapyziałej mieściny uważają go za mordercę. Tak też twierdzi ojciec Merrin (David Morse), jedynej dziewczyny Iga, którą ktoś (być może właśnie Ig?) zgwałcił i zamordował. Nawet rodzice chłopaka (James Remar i Kathleen Quinlan) mają wątpliwości co do niewinności syna. Ig poznał Merrin w Kościele gdy był jeszcze dzieckiem, a potem zakochał się w niej bez pamięci. Chłopak upija się i idzie na miejsce, w którym zamordowano Merrin Williams (Juno Temple). W szale niszczy figurkę Matki Boskiej i sika na pamiątki pozostawione przez mieszkańców miasteczka. Pewnego poranka Ignatius budzi się skacowany i zauważa, że wyrosły mu diabelskie rogi. Z czasem odkrywa, że wszyscy wokół chcą mu się zwierzać z nawet najbardziej przerażających i obleśnych sekretów. Ig postanawia to wykorzystać w celu odszukania mordercy Merrin i wymierzenia sprawiedliwości. Pomaga mu w tym wataha posłusznych węży. Ignatius odkrywa, że świat osób mu bliskich (i nie tylko) skrywa wiele perwersji, nienawiści i zakłamania.

Przypadł mi do gustu sposób sportretowania związku łączącego Iga i Merrin. Pierwsza i ostateczna miłość przerwana nagłym rozstaniem. Urocze i raczej nierzeczywiste, gdyż niezmiernie rzadko się zdarza, że ludzie dobierają się w pary w dzieciństwie i chcą być ze sobą aż po grób. Wcześniej (i później też) zazwyczaj próbują różnych opcji, rozstają się, zdradzają, kłamią, manipulują, itd. Miłość staje się panaceum na samotność, ale ścieżka do niej bywa kręta i wyboista, naznaczona irracjonalnymi emocjami. Do tego często dochodzi zawiść i zazdrość osób najbliższych tak jak zostało to pokazane w "Rogach". Tak jak powyżej wspominałem "Rogi" stanowią dość ekscentryczny gatunkowy kogel-mogel z elementami horroru. Choć efekty specjalne prezentują się na dużym ekranie całkiem wiarygodnie, momentami irytowało mnie użycie CGI przy kreacji wężowatej menażerii Iga. Może należało w ogóle pominąć w "Rogach" wątki fantastyczne i grozy, a skupić się na miłości Iga i Merrin, morderstwie i oczyszczającym dochodzeniu do prawdy? Wówczas "Rogi" byłyby głębszym obrazem, nie ocierającym się zbytnio o śmieszność. Kurczę, nie poznaję siebie... w końcu jestem zatwardziałym fanem filmowego horroru. Weźmy chociażby kwestię feralnego rozstania Iga z Merrin zainicjowanego przez Merrin: tutaj wcale nie chodzi o znudzenie się partnerem, kłopoty finansowe, brak poczucia bezpieczeństwa i spełnienia, powód jest znacznie głębszy, ale nie zamierzam tutaj niepotrzebnie spojlerować. Znane jest powiedzenie: "Lepiej kogoś kochać i stracić niż nigdy nie zaznać miłości". Brzmi to trochę jak banał rodem z tandetnych romansów, niemniej ja się z tym zgadzam.

Nie wiem ile wątków powieściowych zostało pominiętych w filmie, ale kinowa ekranizacja "Rogów" zachęciła mnie do sięgnięcia po książkę Joe Hilla w przyszłości. A tak swoją drogą w ramach ciekawostki poznajcie dżentelmena imieniem Caius Veiovis, który pod koniec września 2014 roku został uznany winnym zamordowania i poćwiartowania trójki mężczyzn w Pittsfield w roku 2011, a także porwania i zastraszania świadków. Caius ma implanty diabelskich rogów na czole, a kiedy ława przysięgłych ogłosiła w jego sprawie wyrok dożywocia mężczyzna skwitował to tylko: "Zobaczymy się wszyscy w piekle." Istny diabeł wcielony.

poniedziałek, 3 listopada 2014

The Outing/ Lampa (1987) - recenzja

W ramach nostalgicznego powrotu do kina grozy lat osiemdziesiątych przypomniałem sobie dziś "The Outing" (1987) w reżyserii Toma Daleya, horror o morderczym dżinie zamkniętym w antycznej lampie. Troje młodych rzezimieszków włamuje się do domu zamieszkanego przez dziwaczną staruszkę (Deborah Winters), aby ukraść jej pieniądze. Niestety wiedźmowata baba nie ma przy sobie żadnej forsy, jedynie lampę z dżinem zamkniętym w środku. Ten po otarciu lampy wydostaje się na wolność i zabija trójkę nastolatków, a staruszka kończy z wbitą w czoło siekierą. Policja odsyła lampę do muzeum, gdzie artefakt znajdzie się pod opiekę archeologa Dr.Wallace'a (James Huston). Naukowiec określa jej wiek na 3500 lat przed naszą erą. Córka archeologa Alex wraz ze swoim chłopakiem i grupką przyjaciół postanawiają spędzić piątkową noc w piwnicy muzeum. Nie zdają sobie sprawy, że po muzeum grasuje demoniczny dżin, który morduje każdego kto mu stanie na drodze używając do rozlewu krwi nadprzyrodzonych mocy.

Ów tani slasher widziałem po raz pierwszy w roku 2003 na polskiej kasecie video (dystrybucja Gaby). Mamy tutaj do czynienia z typowym horrorem młodzieżowym z lat 80-tych, który operuje gatunkowymi schematami: głupawe młodzieżowe żarty, zazdrosny eks-chłopak Alex, który wraz kumplem potajemnie dostaje się do muzeum, aby dopiec dziewczynie, jej nowemu chłopakowi i ich przyjaciołom. Sceny morderstw są dość makabryczne i przykładowo obejmują zabicie śpiewającego operowe arie strażnika włócznią, odgryzanie palców przez ożywioną mumię z Ameryki Południowej czy też atak węży na kąpiącą się w wannie nastolatkę. Postaci są jednowymiarowe, ale to akurat nie ma większego znaczenia, gdyż film ogląda się przyjemnie. Niektórzy starsi wiekiem fani horrorów zapewne pamiętają wyprodukowany przez Wesa Cravena horror "Wishmaster" z 1997 roku (w Polsce znany pod tytułem "Władca życzeń"). "Lampę" zrealizowano 10 lat przed owym popularnym przebojem na video. Nadto "The Outing" zawiera szczyptę golizny, próbę gwałtu (zwróćcie uwagę na penis w stanie erekcji jednego z aktorów kryjących się za afrykańską maską!) i całkiem udane jak na rok powstania efekty specjalne np. animatronicznego dżina, który wygląd zalatuje jednak nieco kiczem. Typowe niskobudżetowe kino grozy lat 80-tych: głupiutkie i na swój sposób urocze. Naprawdę wolę tego typu filmy, niż masę współczesnego kręconego kamerą cyfrową chłamu z przeznaczeniem na rynek DVD.

niedziela, 2 listopada 2014

Horrorowy weekend: "Wrong Turn 6" (2014) i "Across the River" (2013)
















Halloween już co prawda za nami - ostatecznie nie udało mi się 31 października obejrzeć żadnego filmu grozy, ale nadrobiłem w Zaduszki. Zaczynamy.

"Wrong Turn 6: Last Resort" (2014, reż. Valeri Milev) - Szósta część popularnej serii horrorów o kanibalistycznych mutantach kryjących się po lasach i polujących na ludzi. Na otwarcie otrzymujemy krwawy mord dokonany na dwójce rowerzystów, którzy wcześniej uprawiali seks w gorącym źródle. Potem pojawia się Danny (Anthony Llott) z dziewczyną Toni i grupką przyjaciół. Borykający się z problemami emocjonalnymi chłopak dziedziczy okazały hotel uzdrowiskowy w Hobbs Springs od rodziny, której nie zna. Nie ma to jak więzy krwi. Jego nowa rodzina obejmuje Sally (Sadie Katz) i Jacksona (Chris Jarvis), brata i siostrę żyjących w kazirodczym związku. Toni staje się podejrzliwa i ma rację, gdyż szybko okaże się, że Sally i Jackson są spokrewnieni z kanibalistycznymi mutantami One Eye i Three Finger. Kiedy towarzysze Danny'ego zaczynają ginąć w makabryczny sposób nie wiadomo po czyjej stronie stanie Danny. Dowiemy się tego w finale.

Seks, gore i wymyślne sceny śmierci. Z tego słynie seria "Wrong Turn", ale w szóstce rzezi jest mniej niż w poprzednich częściach. Chociaż muszę przyznać, że scena z eksplozją ciała po wlaniu ofierze litrów wody z węża pożarniczego do tyłka robi wrażenie. Postaci są irytujące, fabuła jest momentami przekombinowana i w dodatku sporo zapożycza z "Texas Chainsaw 3D" (2013). Nie miałem okazji widzieć "Wrong Turn 5", swoją przygodę z "Drogą bez powrotu" zakończyłem na czwórce. Może to i dobrze, ale coś mnie podkusiło, żeby obejrzeć szóstkę. Trochę się zawiodłem, choć w filmie gore, seksu i golizny nie brakuje. Szkoda tylko, że fabularnie film nie powala, ba, momentami ma się wrażenie sporego déjà vu. Jestem jednak pewien, że w niedalekiej przyszłości powstanie siódma część cyklu. Pytanie tylko po co?

"Across the River/ Otre il Guado" (2013, reż. Lorenzo Bianchini) - Chciałem coś obejrzeć z włoskiej grozy i wybór padł na "Across the River" w reżyserii Lorenzo Bianchini. Marco (Marco Marchese) jest etologiem, który pracuje w leśnych ostępach na granicy Włoch i Słowenii. Jego rolą jest doglądanie dzikiej zwierzyny, monitorowanie jej aktywności za pomocą kamer i nadajników GPS. Lecz w nocy coś zaczyna Marco niepokoić: słyszy kobiece krzyki dochodzące z lasu. Woda leśnego strumienia niesie zagadkowe damskie okrycia. Marco odnajduje także zwłoki zmasakrowanych zwierząt w opuszczonej przez ludzi wiosce. Przeglądając nagrania z kamer naukowiec widzi dwie długowłose dziewczęta paradujące po lesie w nocy. Kim są owe niewiasty i jaka złowieszcza tajemnica się z nimi wiąże?

Spokojny, acz perfekcyjnie zrealizowany horror z dużą dawką niedopowiedzeń. Jaka odmiana po dość krwawym "Wrong Turn 6". Tempo akcji bywa momentami ospałe, ale ogromnym plusem filmu jest lokalizacja, a zwłaszcza rozkładające się ruiny wioski w lesie. "Across the River" wydaje się być horrorem minimalistycznym, co jednak działa na jego korzyść. Znakomita kreacja aktorska Marco Marchese: facet gubi się w lesie, jest kompletnie sam i nie ma pojęcia co go czeka. W "Across the River" nawet subtelne niuanse mają znaczenie, a niektóre sceny powodują ciarki na plecach. Zmaganiom Marco z dojmującą samotnością (i ledwo namacalną grozą) towarzyszy znakomita ścieżka dźwiękowa Stefano Sciascia. Subtelny i sugestywny horror dla widzów, którzy lubią się bać.

piątek, 31 października 2014

Rezydencja Los Feliz i duchy przeszłości



















Halloweenowa historia na dzisiaj. Czy zamieszkali byście w domu, w którym przed laty doszło do masowego morderstwa? Czy odważylibyście się tam wejść i np. spędzić noc w środku? Ja na pewno. W końcu Trent Reznor, lider Nine Inch Nails przez pewien czas zamieszkiwał w rezydencji, w której z rąk wyznawców Mansona umarła Sharon Tate. Rezydencja Los Feliz na 2475 Glendower Place w Los Angeles jest specyficzna. Nie dość, że przed wielu laty doszło tam do ponurego morderstwa to jeszcze jej obecni właściciele pozostawili ją w środku kompletnie niezmienioną. Podobno grasują w niej duchy. Rezydencja obecnie niszczeje i być może za kilka lat zostanie wyburzona. Któż to wie? Oto jej historia.

7 grudnia 1959 roku w nocy 50-letni kardiolog Harold N. Perelson zaatakował swoją rodzinę. Wpierw zamordował młotkiem 42-letnią żonę Lillian, a potem skierował swoją agresję na 18-letnią wówczas córkę Judye raniąc ją uderzeniami młotka. Krzyk siostry rozbudził dwójkę jej młodszego rodzeństwa: 11-letnią Debbie i 13-letniego Joela, Perelson widząc co się dzieje i chcąc dzieci uspokoić krzyknął do nich: "Wracajcie do łóżek! To tylko senny koszmar!". Przerażone dzieci go nie posłuchały i wybiegły z rezydencji w noc. Dzięki temu ocaliły życie. Doktor po zranieniu Judye (udało jej się przeżyć, krwawiąca wybiegła z rezydencji do sąsiadów) wrócił na chwilę do lektury 'Canto 1' "Boskiej komedii" Dantego, po czym popełnił groteskowe samobójstwo wypijając szklankę kwasu. Jego ciało odnaleziono leżące obok zakrwawionego łóżka żony. Spekulowano o problemach finansowych i depresji lekarza. Przez wiele lat rezydencja Los Feliz stała pusta. Jej obecny właściciel 81-letni Rudy Enriquez pozostawił wnętrze rezydencji niemal w niezmienionym stanie. Odwiedzał ją sporadycznie traktując jako magazyn i dokarmiając dwa koty.

Co można zobaczyć wewnątrz? Stare i pokryte kurzem meble w stylu retro doktora Perelsona zakryte prześcieradłami, czarno-biały telewizor, dużo gnijącego drewna, być może nawet stare rozbryzgi krwi, ale w to akurat wątpię, bo po morderstwie w 1959 roku na pewno dom został starannie oczyszczony z substancji organicznych - przynajmniej ze śladów krwi. Framugi okienne rozpadają się, dach zapewne przecieka. Krąży historia (co też potwierdzają zdjęcia jeszcze z 2013 roku), że w domu znajdowały się spakowane prezenty świąteczne ułożone na stole i czekające na otwarcie. Rezydencję wybudowano w 1925 roku i od 7 grudnia 1959 roku (czyli od nocy morderstw) nikt tam nie mieszkał. Niektórzy ludzie nadal boją się do niej podejść, bo wyczuwają "negatywną energię". Nasuwa się pytanie dlaczego?

A dom stał jak stoi. Jeszcze... Tak jakby czekał na powrót poprzednich mieszkańców.

Więcej zdjęć tutaj: http://mylabucketlist.com/2012/09/24/the-paranormal-house-in-los-feliz-bucket-list/

czwartek, 30 października 2014

Sigihl "Trauermärsche (and a tango upon the world's grave)" (2014) - recenzja






















Kolejny przedpremierowy materiał z Arachnophobia Records, kolejna recenzja. Sigihl to niesamowicie intrygujący nowotwór z głębin polskiego podziemia w skład którego wchodzi czwórka muzyków: Kv (wokale), Lt. haunted (bas), The Pope (saksofon) i Grekh (perkusja). 5 grudnia 2014 roku za pośrednictwem Arachnophobia wychodzi ich debiutancki album "Trauermärsche (and a tango upon the world's grave)". Nie wiem jak ten materiał zostanie odebrany wśród metalowych ortodoksów, ale mnie się on bardzo podoba. Nie słyszałem wcześniej na rodzimym poletku zespołu, który w tak bezkompromisowy sposób połączyłby drone doom z psychodelicznym jazzem. Osobiście bardzo lubię drone doom oraz kapele pokroju Bohren & Und der Club of Gore czy The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble, zatem z przyjemnością zabrałem się za odsłuch Sigihl.

Marsz Żałobny Sigihl nie chwycił mnie od razu, musiałem się trochę oswoić z tą muzyką, ale w gruncie rzeczy tak samo miałem z abstrakcyjnym drone doomem Khanate czy niektórymi wydawnictwami od Sunn O))). Pewnym dźwiękom trzeba dać trochę czasu, aby je po prostu zaakceptować. Pięć kompozycji, które Sighil zaprezentował na "Trauermärsche (and a tango upon the world's grave)" to kawał posępnej i kaleczącej ekstremy, której celem zdaje się być zadanie bólu słuchaczowi. Nie jest to oczywiście muzyka dla miłośników ultra-szybkich temp, natomiast fani drone doom metalu, funeral doom metalu, jazzowej awangardy, a nawet dark ambientu nie powinni mieć problemu z przyswojeniem piekielnego doom jazzu Sigihl. Jazzujące, niekiedy rozedrgane i kakofoniczne frazy saksofonu znakomicie współgrają z brudnym, pulsującym brzmieniem basu. Posępny nastrój "Trauermärsche" potęgują desperackie krzyki wokalisty Sighil, którego ekspresja wokalna ociera się o przeżarty nihilizmem sludge doom a la Grief/Dystopia czy depressive black. Nie mam zamiaru wyszczególniać ulubionych numerów, bo takowych nie ma - "Trauermärsche" stanowi zrytualizowany monolit, a muzykom Sigihl udało się stworzyć niezwykle hipnotyzujący i przytłaczający klimat.

Całkiem niedawno miałem sposobność uczestniczyć w koncercie formacji Merkabah. Ich specyficzna sludgowo-jazz metalowa muzyka przypadła mi do gustu, także chętnie zobaczyłbym w przyszłości także koncert Sigihl. Myślę, że mogło by to być traumatyczne (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) doświadczenie. Zatańczyć tango na grobie ludzkości... brzmi intrygująco.

Premiera "Trauermärsche (and a tango upon the world's grave)" 5 grudnia 2014 roku nakładem Arachnophobia Records.

FB zespołu: https://www.facebook.com/Sigihl?fref=ts

środa, 29 października 2014

Eerie "Into Everlasting Death" (2014) - recenzja
























Nasze rodzime podziemie black metalem stoi. Wiadomo to nie od dziś, bo co pewien czas pojawiają się nowe projekty black metalowe oferujące coś świeżego, nietuzinkowego. W tym roku mieliśmy chociażby alkoholowo-dekadencką Odrazę powołaną do życia przez obecnych członków Massemord i Voidhanger, natomiast jesienno-zimowa końcówka będzie należała do Eerie. Co prawda premiera debiutanckiego krążka Eerie "Into Everlasting Death" (2014) dopiero 5 grudnia 2014 roku, ale dysponując przedpremierowym materiałem już mogę co nieco o muzyce Eerie powiedzieć. Zacznijmy od przedstawienia składu: Ancestor (gitara, znany także z Outre), VOWOC (czyste wokale w Oremus i Blaze of Perdition), a także gościnnie na bębnach znany z Outre Maciej Pelczar. Na zawartość "Into Everlasting Death" składają się cztery długie, starannie przemyślane i rozbudowane kompozycje z których najdłuższa "Among the Ashes" trwa aż 12 minut.

Musiały minąć ze dwa-trzy przesłuchania zanim black metalowa muzyka Eerie wciągnęła mnie na dobre w plugawe ramiona odwiecznej śmierci. Podoba mi się dzikość i bezkompromisowość materiału zawartego na "Into Everlasting Death". Krótki mówiony wstęp do pierwszego utworu "Mining Out of Black Earth", a potem ma miejsce wspaniała perkusyjna kanonada, po czym wchodzą agresywne black metalowe wokale przeplatane co pewien czas czystym śpiewem VOWOCA. I taka jest właśnie całość "Into Everlasting Death": nabuzowana agresją, ale jednocześnie zmienna niczym kameleon. W trakcie odsłuchu debiutu Eerie nie sposób się nudzić, gdyż na tej płycie po prostu sporo się dzieje: pełno jest zmian tempa, ciekawych melodii, aranżacje kompozycji są starannie przemyślane i niezwykle spójne. Nie brakuje, rzecz jasna, wulgarnego jadu, gniewu, a także pełnych desperacji i autentycznie rozwścieczonych wokali - obecnych chociażby w zamykającym album "Of Descending Moon". Mniej więcej w połowie "Among the Ashes" pojawia się delikatny, acz niepokojący fragment, który brzmieniowo nieco skojarzył mi się z 'łagodniejszym', ambientowym obliczem Sunn O))). Bardzo subiektywne odczucie, ale muzyka Eerie przywiodła mi na myśl przedzieranie się przez post-apokaliptyczny krajobraz spopielonych zgliszcz i rdzy. Ziemia dotknięta zostaje jakimś wyniszczającym kataklizmem pod wpływem którego ludzkość zostaje zdziesiątkowana. Wszędzie czuć zapach śmierci, rozkładu, a brnącego przez pogorzelisko dogorywającego miasta człowieka ogarnia tęsknota za czymś, co minęło bezpowrotnie, a co za tym idzie dojmująca rozpacz.

Z ciekawości postanowiłem odnaleźć skąd pochodzą kwestie mówione wieńczące ostatni numer "Of Descending Moon" ("Someone once told me, 'Time is a flat circle.' Everything we've ever done or will do, we're gonna do over and over and over again.") A pochodzą one z odcinka serialu "Detektyw" (2014) i nawiązują do filozoficznego konceptu wiecznego powrotu, czyli tzw. palingenezy światów. Jednym słowem powtarzający się spektakl destrukcji i odradzania się. Pożerający własny ogon Uroboros będący symbolem nieskończoności.

Premiera Eerie "Into Everlasting Death" (2014) nakładem Arachnophobia Records 5 grudnia 2014.

Facebook zespołu: https://www.facebook.com/eeriebm?fref=ts

Założyłem na Facebooku fanpejdż poświęcony doom metalowi i pochodnym. A że lubię posłuchać wolnego i posępnego miażdżenia zachęcam do polubienia.

https://www.facebook.com/landofdoom

wtorek, 21 października 2014

Swallowed "Lunarterial" (2014) - recenzja
























Ależ porządnie zaskoczyli mnie Finowie ze Swallowed. Od czasu "III I" (2014) Darkspace nie słyszałem tak rozkładającej na łopatki płyty. Jeszcze niedawno nie miałem pojęcia o istnieniu takiego odrażającego tworu jak Swallowed, ale od czego są rekomendacje znawców tematu. Zespół został powołany do życia w Helsinkach w roku 2007 i do tej pory nagrał trzy dema, które spotkały się z ciepłym przyjęciem w metalowym podziemiu - odpowiednio "Putrefaction" (2007), "Epitaph of Nauseation" (2008) i "Swallowed" (2010), natomiast 14 października 2014 roku nakładem Dark Descent Records z USA ukazał się debiutancki album Finów "Lunarterial". Muzyka na nim zawarta to chaotyczny doom death z psychodelicznymi fragmentami i przeraźliwie chorobliwą aurą. Dominują powolne doom metalowe tempa zahaczające np. w 25-minutowym "Libations" o funeral doom, ale Swallowed potrafi też przywalić niesamowicie intensywną nawałnicą blastów a la Teitanblood. Nieprzypadkowo wspominam tutaj o bestialskim black death metalu Hiszpanów, bo w ultra-szybkich partiach na "Lunarterial" trudno nie zauważyć podobieństw. Oprócz tego słychać też australijski death doomowy Disembowelment oraz fiński Wormphlegm. W tym drugim przypadku chodzi mi o duszny od grozy, nasycony okrucieństwem nastrój od którego kipi "Lunarterial". Ta płyta to wędrówka po omacku po zatęchłych kryptach, wijących się korytarzach i cuchnących odorem śmierci komnatach tortur. Podobają mi się w Swallowed przerażające wokale niejakiego Samu Salovaara w postaci złowieszczych charczeń i zawodzeń, a także zniewalający chaos tej pulsującej czernią mazi. Podobno muzycy Swallowed starają się unikać wywiadów. Mają do tego prawo, ja nie zamierzam się z tego powodu skarżyć dopóki otrzymuję tak wyśmienite albumy jak "Lunarterial". Jestem niezmiernie ciekaw jak zabrzmiałby ów krążek odegrany w całości przez muzyków Swallowed na żywo, a już szczególnie psychodeliczno-kosmiczna orgia dźwięków w zwieńczeniu "Libations". Tymczasem debiutanckiego pełnometrażowego wyziewu Swallowed możecie posłuchać poniżej:

http://swallowed.bandcamp.com/

Zakup na Hellthrasher: http://hellthrasher.com/shop/product.php?id_product=2372

Paryskie Imperium Śmierci



















W XVII wieku paryskie cmentarze pękały w szwach. Brakowało miejsc by grzebać umarłych, nierzadko trumny wystawały spod zwałów cmentarnej gleby. Rozwiązaniem okazała się istniejąca od XIII wieku sieć podziemnych tuneli pod Paryżem, w której rozpoczęto masowe pochówki zmarłych. Tunele owe stanowiły pozostałość po dawnych kamieniołomach wapienia, a obecnie stały się masowym ossuarium dla 6-7 milionów ludzi. A zaczęło się to tak. Mieszkańcy Les Halles żyjący w pobliżu najstarszego i największego paryskiego cmentarza Les Innocents zaczęli narzekać na odór rozkładu. Intensywny trupi zapach przeszkadzał nawet właścicielom paryskich perfumerii. Król Ludwik XV wydał w 1763 roku edykt zakazujący pochówków w Paryżu, ale wskutek opozycji Kościoła nikt go nie egzekwował. Jego sukcesor Ludwik XVI także domagał się, aby przenieść wszystkie cmentarze poza Paryż. W 1780 roku ulewne wiosenne deszcze doprowadziły do zawalenia się ogrodzenia cmentarza Les Innocents i wymywania zwłok z grobów. Kości i szczątki ludzkie trafiały na pobliskie podwórka Paryżan. 7 kwietnia 1786 roku zaczęto opróżniać paryskie cmentarze począwszy od Les Innocents i umieszczać kości w katakumbach pod ziemią. Przewożono je w wózkach zasłoniętych ciemnymi woalkami. Trwało to przez 12 lat. Jednak dopiero w 1810 roku czaszki i kości udowe zmarłych zaczęto starannie układać i aranżować w makabryczne rzędy i figury (np. krzyża) - dzięki Louisowi-Étienne Héricart de Thury. Najstarsze kości miały 1200 lat i pochodziły jeszcze z czasów Merowingów. Wśród pochowanych w paryskich katakumbach znaleźli się m.in. słynni rewolucjoniści Maximilien de Robespierre i Jean-Paul Marat. Przenoszenia kości do podziemnych ossuariów zaprzestano dopiero w 1860 roku. "Arrête! C'est ici l'empire de la Mort" - "Stój! To jest Imperium Śmierci". Wyrazisty komunikat dla poszukiwaczy mocniejszych wrażeń, którzy staną u wrót ossuarium.

O paryskich katakumbach wspominała Anne Rice w "Wywiadzie z wampirem" czy Victor Hugo w "Nędznikach". Paryskie katakumby odwiedzał też słynny osiemnastowieczny fotograf i karykaturzysta Nadar. Podziemne nekropolis jest największym na świecie. Miasta pożerają ludzi. Widać to dobitnie w paryskich katakumbach.

Ci, którzy nielegalnie penetrują Imperium Śmierci zwani są 'cataphiles'. Szukają ukrytych wejść, organizują pod ziemią pikniki i imprezy, narkotyzują się. Część paryskich katakumb przeznaczona dla turystów ma długość zaledwie 2 km. Masowa atrakcja dla turystów, którzy mogą po wydostaniu się z katakumb zakupić na pamiątkę woskową czaszkę bądź butelkę absyntu w kształcie czaszki. A votre santé!

Wszystkie zdjęcia: Martyna Suchoń, 15 października 2014 roku.

niedziela, 19 października 2014

Implode, Grave i Entombed A.D. w Eskulapie, 18.10.2014 roku (fotorelacja)



















Przede wszystkim pochwała należy się PW Events za to jak postąpili z biletami na odwołany koncert Behemoth, który miał się odbyć 6 października 2014 roku. Wyszła z tego (jak wiadomo) spora afera, ale organizator zapowiedział, że wszyscy ci, co kupili bilety na ów koncert wejdą z nimi na koncert Grave i Entombed, który miał się odbyć 18 października 2014 roku. W dodatku 6 października w Bazylu zagrały supporty Behemoth z trasy The Satanist: Merkabah, Mord'A'Stigmata i Tribulation. Wystarczyło dopłacić tylko 10 zł i okazać bilet. Czyli reasumując ten zbędny wywód na bilecie The Satanist zobaczyłem aż 6 kapel: supporty Behemoth + Implode, Grave i Entombed AD. Szacunek dla PW Events za profesjonalizm i wyjście ku fanom metalu. Warto było nie oddawać biletu i domagać się zwrotu kasy.

Pod Eskulapem byłem już po 18.30. Zaczął się zbierać tłum fanów szwedzkiego death metalu. Do klubu wszedłem jako jeden z pierwszych, po czym poleciałem na stoisko z merchem kupić na CD "Back to the Front" (2014) Entombed A.D. Rzucił mi się w oczy t-shirt Entombed A.D. z wampirem Nosferatu, ale tym razem odpuściłem. Preferuję kupować płyty na koncertach, gdyż są tańsze niż w sklepach typu Empik czy Media Markt, gdzie stoiska z muzyką metalową pozostawiają pod kątem zawartości sporo do życzenia. Kupiłem piwo, spotkałem się z dwójką znajomych z Violence Online i ruszyliśmy pod scenę poobserwować jak sobie radzą Szwedzi z Implode. Nie zadałem sobie wcześniej trudu, by posłuchać co mają do zaoferowania. Na żywo też mnie nie zachwycili, ot, dość przeciętny melodyjny death metal z naciskiem na groove. Usłyszałem tam też wpływy metalcore'a, którego nie trawię. Natomiast plusem Implode jest wokalista Johann Ejerblom. Facet to szalejący po scenie wulkan energii. Jego gesty, mimika twarzy, niemal ciągły uśmiech - nie powiem, zachęcało to do obcowania z muzyką Implode na żywo. Niemniej młynu pod sceną na Implode nie było, sala Eskulapa była jeszcze przerzedzona, chociaż parę osób całkiem nieźle bawiło się przy dźwiękach młodego bandu z Marienstad. Ja czekałem na Grave i Entombed A.D.

Grave miałem przyjemność poprzednio oglądać 19 grudnia 2013 roku we wrocławskim Firleju jako support Marduk. Już wtedy kompletnie sponiewierali publikę klasycznym szwedzkim death metalem. Grave to bez wątpienia istna bestia koncertowa wychylająca się z najciemniejszych czeluści grobu. Wprawdzie założyciel Grave Ola Lindgren pozostał obecnie jako jedyny ze starego składu, ale nowi członkom Grave nie można zarzucić braku profesjonalizmu. Bardzo dobre, przestrzenne brzmienie, morderczy ciężar, sceniczne ogranie oraz świetna set-lista. Pod sceną niektórzy wpadli w obłąkańczy amok, a już zwłaszcza gdy Grave odegrało takie klasyki jak "Christi(ns)anity" czy "Into the Grave". Poleciało oczywiście także kilka mocarnych wałków z ostatniego jak dotąd i wyśmienitego albumu Grobu "Endless Procession Of Souls" (2012). Cieszyć się należy, że starzy wyjadacze scenowi tacy jak Ola Lindgren są ciągle bezgranicznie oddani death metalowi. Obym zobaczył jeszcze Grave na żywo, bo jest co oglądać.

Entombed A.D. nie widziałem wcześniej na żywo, także z niecierpliwością wyczekiwałem na ich występ. Ale wpierw nieco wyjaśnień. W tej chwili nie ma już ikony szwedzkiego death metalu i death'n'rolla Entombed, jest natomiast Entombed A.D. Gitarzysta Alex Hellid, współzałożyciel Entombed nie brał udziału w nagrywaniu debiutanckiego materiału Entombed A.D. "Back to the Front" (2014) i nie jest już w zespole. Kwestia czy bez obecności Alexa grupa powinna istnieć dalej pozostaje dyskusyjna, ale z drugiej strony uważam pomysł Hellida na symfoniczne odegranie "Clandestine" (1991) z orkiestrą za kompletnie chybiony. Faktem jest, iż w obecnym składzie Entombed A.D. pozostał jedynie Petrov na wokalu. Składu dopełniają Olle Dahlstedt (perkusja), Nico Elgstrand (gitara) i Victor Brandt (bas). No cóż, szarpanina i prawne przepychanki w stylu Gorgoroth, Grave Digger i Kat, ale ważne jest to, że Petrov wciąż pragnie koncertować z Entombed A.D. i grać chamski i wulgarny szwedzki death'n'roll z jakiego Entombed zasłynął chociażby na "Wolverine Blues" (1993). Z "Back to the Front" (2014) zdążyłem się już trochę osłuchać i to całkiem solidny krążek, choć nie ma co oczekiwać kolejnego "Left Hand Path" czy wspomnianego "Wolverine Blues". Po prostu fajna płyta, którą można zapuścić w trakcie libacji alkoholowej albo seansu jakiegoś kiczowatego horroru. W Eskulapie Entombed A.D. oczywiście skupił się na odegraniu kawałków z "Back to the Front", ale usłyszałem np. numer tytułowy z "Left Hand Path" czy "Living Dead" i "Revel in Flesh" z "Clandestine" (1991), a także "Out of Hand" z "Wolverine Blues" ("Jesus Christ Lord of Flies" plus wymowny gest Petrova pokazujący środkowy palec w górę). Podobał mi się charakterystyczny przepity wokal Larsa Gorana Petrova, który w przerwach między poszczególnymi kawałkami i darciem ryja popijał polską Perłę i co rusz oblewał się wodą. W każdym bądź razie Petrov w koszulce Bathory nie oszczędzał się na scenie. Koncert odegrany został z ogromnym luzem, bez jakiejkolwiek spiny. Generalnie muzyka Entombed (czy obecnie Entombed A.D) łatwo wpada w ucho i to idealny materiał do grania na żywo. Musiałem się zmyć nieco przed końcem koncertu, ale moim zdaniem Entombed A.D. pokazał wczoraj klasę. Pięknie zabrzmiały te ich zapiaszczone gitary i fajne solówki. Szorstka i brudna petarda.

Wywiad: http://www.violence-online.pl/wywiady/entombed-a-d-pozbylismy-sie-balastu/