piątek, 29 stycznia 2021

My, dzieci z dworca Zoo (1981) i Berlin Zachodni

  

Odświeżyłem ostatnio "Christiane F. - My, dzieci z dworca Zoo" (1981), słynny niemiecki film o nastoletnich narkomanach, którzy aby zdobyć heroinę prostytuują się na dworcu Zoo w Berlinie. Film swego czasu był dość kontrowersyjny - przede wszystkim ze względu na udział młodych 14-letnich aktorów w rolach głównych oraz obsadzenie prawdziwych ćpunów jako statystów. Sam obejrzałem "Christiane F." jeszcze w wieku nastoletnim. Mrocznemu i turpistycznego dramatowi biograficznemu Uli Edela w osiągnięciu sukcesu komercyjnego na pewno pomogła obecność Davida Bowie, który w filmie wystąpił (choć to zapis koncertu z Nowego Jorku) i stworzył do niego soundtrack m.in. z takimi utworami jak "Heroes" czy "Warszawa". Zresztą główna bohaterka ma obsesję na punkcie muzyki Bowiego z lat 1975-77, wybiera się na jego koncert i w końcu sprzedaje jego płyty, by zaspokoić narkotykowy głód. Film jest z jednej strony sugestywno-realistycznym przedstawieniem środowiska berlińskich narkomanów, a z drugiej doskonale pokazuje fascynujący Berlin Zachodni. Czyli miejsce, które na przełomie lat 70 i 80-tych wręcz tętniło radykalną sztuką i specyficznym lifestyle'm. To w Berlinie Zachodnim swego czasu mieszkali i tworzyli Nick Cave, David Bowie, Iggy Pop czy Tilda Swinton. To miasto stało się wówczas swoistą mekką artystów, gdyż sprzyjały ku temu odpowiednie warunki. Mężczyzn zamieszkałych w Berlinie Zachodnim nie dotyczył pobór do wojska. Koszty mieszkalne były niskie. Można było mieszkać w komunie, anonimowo, mając niewielkie środki do życia. Dlatego też Berlin Zachodni przyciągał tak wielu artystów, którzy poszukiwali tam swojego miejsca.

środa, 27 stycznia 2021

Władcy chaosu/ Lords of Chaos (2018) - recenzja

                                                                    

Długo wstrzymywałem się z obejrzeniem "Władców chaosu", gdyż natknąłem się tu i ówdzie na negatywne recenzje. Jednak film Jonasa Akerlunda, współzałożyciela Bathory i reżysera m.in. słynnego klipu "Bewitched" Candlemass wart jest obejrzenia, gdyż zadaje pytanie: czy ów 'prawdziwy' norweski black metal (reprezentowany m.in. przez Mayhem, Burzum, Thorns, itd.) był zjawiskiem autentycznym czy może sprytnym marketingiem prowadzącego Helvete Euronymousa? Faktem jest, że niektórzy black metalowcy (Dead, Varg, Bard Faust) potraktowali antyludzkie, destrukcyjne i antyreligijne deklaracje będące spoiwem black metalu zbyt serio, co doprowadziło do samobójstwa, palenia kościołów i dwóch bezsensownych morderstw. Burzliwa historia narodzin norweskiego black metalu jest dobrze znana. Nie ma sensu jej tutaj szczegółowo przytaczać. W "Lords of Chaos" podobało mi się przedstawienie Euronymousa jako sprawnego, obytego w marketingu biznesmena, który dążył do tego, by Mayhem był zespołem o ekstremalnej reputacji. Stąd chociażby robienie zdjęć post-mortem Deadowi. Kiedy trzeba "Lords of Chaos" potrafi być filmem ironiczno-zabawnym. Z drugiej strony są w tym filmie samobójstwo i dwa morderstwa (homoseksualisty w Lillehammer i Euronymousa przez Varga). Są to sceny mocne i brutalne, nie dla ludzi o słabych nerwach. Zwłaszcza akt samobójczy Deada był bardzo nieprzyjemny. Do zapamiętania ścieżka dźwiękowa "Lords of Chaos", na której znalazło się sporo dobrych kawałków metalowych m.in. Mayhem, Sodom, Sarcofago, etc. Zaskoczeniem było użycie "Host of the Seraphim" Dead Can Dance w scenie, gdy Varg i Snorre zmierzają samochodem do Euronymousa. Zabrakło mi natomiast w scenariuszu naświetlenia tego, co skłoniło grupę nastolatków do grania black metalu i kultywowania ekstremalnej postawy rebelii, nihilizmu i przemocy. Euronymousowi zależało na tej ideologii, ale traktował ją jako zabawę, narzędzie marketingowe; Varg zaś potraktował ją dosłownie.

Mam wrażenie, że "Lords of Chaos" przeznaczony jest raczej dla ludzi dopiero zaczynających swoją przygodę ze skandynawskim black metalem, a nie dla black metalowych ortodoksów. Poza tym to film fabularny, a nie dokument, stąd spłycenie niektórych wątków i postaci. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się dużo więcej o narodzinach i ekspansji norweskiego black metalu to polecam dokumenty stacji NRK "Helvete". Oczywiście były w "Lords of Chaos" elementy, które nie do końca mi przypasowały np. Emory Cohen jako Varg Vikernes czy przedstawienie Snorre z genialnego Thorns jako idioty. No cóż, nie jest to film idealny, ale oglądałem go z niesłabnącym zainteresowaniem.

EDIT: W rzeczy samej kiedy Snorre wraz z Vargiem jechali w odwiedziny do Euronymousa to słuchali Dead Can Dance. Mały niuans, ale zgodny z prawdą - potwierdzony w książce "Lords of Chaos" (1997).

niedziela, 24 stycznia 2021

Il Nido del Ragno aka Spider Labirynth (1988) - recenzja

W trakcie pandemii koronawirusa z racji braku koncertów i perspektyw wyjazdów na nie wróciłem do odświeżania niektórych horrorów i filmów, które ongiś lubiłem. Od czasu do czasu będę wrzucał tutaj mini-recenzje. Na pierwszy ogień idzie "Spider Labirynth" z 1988 roku.

Profesor archeologii z USA Alan Whitmore zostaje skierowany przez przełożonych z uczelni do Budapesztu, by nawiązać kontakt z innym uczonym, profesorem Rothem. Alan dociera do stolicy Węgier i nawiązuje kontakt z owym badaczem poprzez jego piękną sekretarkę Genevieve. Wyraźnie czymś zaniepokojony profesor Roth pada ofiarą zagadkowego morderstwa. Wkrótce Alan zaczyna być wciągany w labirynt dziwnych praktyk okultystycznych powiązanych z tajemnym, mrożącym krew w żyłach kultem (tzw. labirynt pająka).

Jeden z najlepszych horrorów nakręcony u schyłku kultowego kina grozy we Włoszech. Padały wręcz opinie, że powinien to być finałowy akord trylogii Dario Argento o Trzech Matkach ("Suspiria" z 1977 roku i "Inferno" z 1980 roku to dwie pierwsze odsłony). Można uznać "Spider Labirynth" za stylowy, złowieszczy i wysmakowany hołd dla horrorów Dario Argento i Mario Bavy (zwłaszcza dla wspomnianej "Suspirii"), jednak film dodatkowo wyróżnia gęsta i iście lovecraftowska atmosfera osaczenia, paranoi i terroru. Suspens budowany jest stopniowo, nieco ospale, groza narasta powoli, sugestywnie. Efekty specjalne Sergio Stivalettiego potrafią być mocne i szokujące. Do tego dochodzą stylowe i krwawe sceny morderstw dokonywane przez upiorną istotę w czerni, których nie powstydziłby się sam maestro Dario Argento. Paranoiczna atmosfera "Il Nido del Ragno" na myśl przywodzi opowiadania Lovecrafta i dreszczowce Romana Polańskiego.

Obok "Deliria" (1987) jeden z wyróżniających się włoskich horrorów lat 80-tych. Mała i wciąż zapomniana perełka.

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Urodziny Carla McCoya z Fields of the Nephilim - Hardware (1990)

                                                            
                                                                     

Dzisiaj zdecydowałem się  na seans okolicznościowy "Hardware" (1990) z okazji dzisiejszych urodzin Carla McCoya, lidera słynnej gotycko rockowej kapeli Fields of the Nephilim, której albumy są dla mnie bardzo ważne, zwłaszcza "Elizium", "Mourning Sun" i "Zoon" Nefilim.

"Hardware" po raz pierwszy widziałem w pierwszej połowie lat 90-tych jako dzieciak, na długo zanim poznałem muzykę Fields of the Nephilim czy Ministry. Potem recenzowałem ten film na IMDb 10 października 2002 roku. Dzisiaj któryś z kolei seans od wielu lat. Nie będę się tutaj rozpisywał na temat fabuły, bo jest dobrze znana. Dość powiedzieć, że "Hardware" był jednym z pierwszych filmów post-apo/cyberpunk obok "Łowcy androidów" (1982) i "Heavy Metal" (1981), które oglądałem. Dopiero wiele lat później sięgnąłem po japońskie cyberpunki takie jak seria "Tetsuo", "Death Powder" (1986) czy "Rubber Lover" i "Pinokio 964" (oba w reżyserii Shozin Fukui).

Lemmy z Motorhead wciela się postać taksówkarza w zalanym, toksycznym mieście. Carl McCoy błyszczy jako przemierzający rozpalone słońcem piaski marokańskiej pustyni wędrowiec (nomad). To on odnajduje zagrzebane wśród wydm części Mark 13 - biomechanicznej, samodzielnie działającej i zaprogramowanej maszyny do zabijania (cyborga) widzącej w podczerwieni, dzięki której Dylan McDermott, Stacey Travis i inni wpadną w niemałe tarapaty i ekran zacznie ociekać krwią. Warto także wsłuchać się w to, co ma do powiedzenia Angry Bob (Iggy Pop).

Nie dziwi obsadzenie Carla McCoya w roli wędrowca, gdyż wcześniej Stanley kręcił teledyski Fields of the Nephilim. Sprawdziłem dokładnie które - "Preacher Man" i "Blue Water". Stanley odpowiadał także za stronę artystyczną albumu FOTN "Dawnrazor" (1987). "Hardware" został w dużej mierze nakręcony we wschodnim Londynie, początek i kadry końcowe z Carlem McCoyem to już bezkres marokańskiej pustyni. Zresztą pustynia (tym razem w Namibii) jest także obecna w nieco późniejszym horrorze Stanleya "Dust Devil" (1992), którego krwawy finał ma miejsce w opuszczonym mieście Kolmanskop, wśród ruin tamtejszych kolonialnych, zasypywanych piaskiem domostw. Z kolei obecne w "Hardware" przesadzone, wyolbrzymione programy telewizyjne to inspiracja eksperymentalną grupą Psychic TV Genesisa P. Orridge'a.

Wciąż lubię ten post-apokaliptyczny horror sci-fi, choć jego fabuła nie jest zbyt odkrywcza. Jednak stylowe zdjęcia i wizja koszmarnej dystopii to są rzeczy, które przemawiają do mojej wyobraźni. 

Wszystkiego dobrego, Carl. Nagraj w końcu następcę "Mourning Sun".

środa, 13 stycznia 2021

David Bowie i Dario Argento na wspólnej fotografii Paula Masseya

Nie będę tutaj rozpisywał się o różnorodnej i wyjątkowej twórczości muzycznej Davida Bowie, gdyż znajdą się osoby, które zrobią to lepiej ode mnie. Ale w związku z 5 rocznicą śmierci tego wyjątkowego artysty kilka słów odnośnie tej fotografii wykonanej w 1996 roku przez Paula Masseya. David Bowie i włoski mistrz horroru Dario Argento przyjaźnili się. Wówczas "Syndrom Stendhala" (1996), mroczny thriller/giallo z Asią Argento miał już swoją premierę we włoskich kinach. Jedną z głównych inspiracji dla thrillerów i horrorów Dario Argento, w tym dla słynnej trylogii Trzech Matek ("Suspiria", "Inferno", "The Mother of Tears") były pisane w przerwach między zażywaniem opium przez autora eseje Thomasa de Quinceya, w tym "O morderstwie jako o jednej ze sztuk pięknych" (1827) oraz zbiór "Suspiria de Profundis" (1845), w szczególności esej "Levana and Our Ladies of Sorrow". Wszechstronnie utalentowany Bowie w nagrywanej rozmowie z Argento poruszył m.in. tematykę esejów de Quinceya, którymi inspirował się także Edgar Allan Poe. 

 Dario Argento spotkał po raz pierwszy Davida Bowie w 1977 roku w Monachium. Włoch reżyserował podówczas "Suspirię", a do spotkania, w którym uczestniczył także Rainier Werner Fassbinder doszło w restauracji. Niestety nie natknąłem się na żadne zdjęcia obrazujące owo spotkanie. 
 
W ubiegłym roku odświeżyłem kilka thrillerów (giallo) Dario Argento, w tym "Głęboką czerwień" (1975), "Cztery muchy na szarym aksamicie" (1972) oraz "Tenebre" (1982). Obejrzałem także po raz wtóry "Zagadkę nieśmiertelności" (1983) Tony'ego Scotta, w którym Bowie zagrał (obok Catherine Deneuve) błyskawicznie starzejącego się wampira. Pamiętam ten zmysłowy i wysmakowany horror jeszcze z czasów dzieciństwa. Dzięki "The Hunger" zetknąłem się po raz pierwszy z grupą Bauhaus, jak również z rolą aktorską Davida. Szkoda, że przyjaźń Argento z Bowiem nie zaowocowała wspólną współpracą na planie filmowym. Na pewno byłaby czymś nietuzinkowym.
 
Słuchałem w dniu rocznicy śmierci Davida Bowie "Blackstar" i "Low", w tym oczywiście melancholijnej kompozycji "Warszawa". Warto tutaj przypomnieć ten stary tekst Bartka Chacińskiego o wizycie Bowiego w Warszawie (maj 1973 roku) oraz o kulisach powstania tego genialnego utworu.
 

poniedziałek, 21 września 2020

Lebanon Hanover w Poznaniu 20 września 2020, Tama

 







Kilka zdjęć z koncertu Lebanon Hanover na dziedzińcu Tamy - mojego pierwszego od marca 2020 roku, piątego w tym roku. Mam nadzieję, że nie ostatniego, gdyż czuję głód muzyki na żywo. Wziąłem maskę ffp3 i wypełniony formularz odnośnie Covid19, na miejscu czekał też dodatkowo pomiar temperatury. Koncert na świeżym powietrzu, toteż większość ludzi założyła maseczki jedynie w trakcie wpuszczania na dziedziniec. Występ duetu trwał godzinę i był mocno przekrojowy, dwa kawałki poszły na bis. Melancholijna zimnofalowa elektronika/darkwave/post-punk LH obraca się tematycznie wokół samotności, wyalienowania, izolacji i fatalistycznego romantyzmu. Ten rok jest katastrofalny dla szeroko pojętej branży koncertowej. Niektóre zespoły od sześciu miesięcy nie grają żadnych koncertów, w tym LH. Wielu utalentowanych muzyków niszowych traci dochody, promocja płyt w taki sposób odpada. Koncerty zagranicznych wykonawców są w Polsce nie lada rzadkością - albo są przekładane na późniejsze terminy, albo odwoływane. A fani są spragnieni muzyki na żywo, co pokazała duża frekwencja na niniejszym koncercie. Duet muzyków z Lebanon Hanover wypadł na żywo bardzo przekonująco i ekspresyjnie. Byłem naprawdę pod wrażeniem. Premiera nowej (szóstej już płyty) niebawem. Depresja i nihilizm w taneczno-refleksyjnym wydaniu.

'Sadness is Rebellion' - tak brzmi swoiste motto LH. Te słowa doskonale odzwierciedlają niepewność życia w czasie pandemii. Set-lista koncertu na otwartym dziedzińcu w Tamie: "Gallowdance", "Totally Tot", "Alien", "The Last Thing", "Shatter Matter", "Digital Ocean", "Die World II".

piątek, 14 sierpnia 2020

Joshua Foer, Dylan Thuras, Ella Morton "Atlas osobliwości" - recenzja

Szalenie podoba mi się idea przewodnia kryjąca się za "Atlas Obscura", czyli wnikliwe kompendium obejmujące setki ciekawostek geograficznych, miejsc osobliwych, dziwnych, mrocznych i niepokojących, ale też nierzadko pięknych, które są rozsiane po wszystkich siedmiu kontynentach. Czyli coś w stylu Internet Movie Database czy Encyclopedia Metallum, acz tematyka inna. Obecnie współtworzony przez setki użytkowników "Atlas Obscura" liczy ponad 20 000 miejsc, których często próżno szukać w turystycznych przewodnikach. Książka "Atlas osobliwości" (2016) zawiera raczej niewielki wycinek z nich, jednak i tak liczba miejsc opisanych  mniej lub bardziej szczegółowo w książce może przyprawić o zawrót głowy.

Co między innymi można w niej znaleźć? W zasadzie wszystko, co dziwne, abstrakcyjne i osobliwe. 'Zaczarowane' lasy takie jak  ten na portugalskiej Maderze, Krzywy Las koło Gryfina (jeden z kilku polskich akcentów), maluteńki las na aleuckiej wyspie Adak czy japoński las samobójców Aokigahara, jeziora lawy i obszary geotermalne w Etiopii (wulkany Erta Ale i Dallol), lodowe jaskinie wulkanu Erebus na Antarktydzie, ogrody trujących roślin, zamknięte odcinki w londyńskim metrze, kaplice-ossuaria (czaszek w Sedlec czy rodzima w Czeremnej), upiorne mauzolea i grobowce (np. pogrzebanej żywcem dziewczyny na cmentarzu La Recoleta w Buenos Aires), wraki statków takich jak MV "Plassey" (Irlandia), włoskie wyspy-cmentarze ofiar dżumy z opuszczonymi szpitalami psychiatrycznymi (Poveglia w Wenecji), liczne muzea anatomii, patologii i kryminalistyki, kościoły z relikwiami i mumiami, Trupią Farmę, na której antropolodzy sądowi badają tempo rozkładu zwłok przez owady, chińskie muzeum okrytej złą sławą Jednostki 731, książki obite ludzką skórą, odizolowane geograficznie wyspy z agresywnymi plemionami (Sentinel Południowy w archipelagu Andamanów) oraz kryjące tragiczne historie związane z niewolnictwem (Tromelin na Oceanie Indyjskim), opuszczone przez skazańców więzienia, w których można przenocować, łuki skalne, kratery meteorytowe, opuszczone miasta pożerane przez pustynne wydmy (Kolmanskop w Namibii), makabryczne targi voodoo, rdzewiejące wraki wycieczkowców (MV "World Discoverer" na Wyspach Salomona) i samolotów, islandzkie nekro-spodnie, podlodowcowe jeziora na Antarktydzie (Wostok) i krwawe lodowce, dziwaczne projekty architektoniczne (pałaców i domów), których autorami byli częstokroć ekscentryczni artyści, opuszczone luksusowe kurorty (Warozja na Cyprze) oraz zapomniane latarnie morskie, cmentarze dla zwierząt, radioaktywne betonowe kopuły (atol Eniwetok) i eksplodujące jeziora wulkaniczne (Nyos w Kamerunie). Skończę już wymieniać, ale jako wytrwały poszukiwacz różnych dziwnych miejsc geograficznych mógłbym dodać mnóstwo ciekawostek od siebie.

Co najistotniejsze, ta obszerna, ekscentryczna, fantazyjna i bogato ilustrowana książka pobudza wyobraźnię i zachęca nie tyle do samego zwiedzania, co aktywnego eksplorowania, wyszukiwania dalszych informacji na temat danego miejsca. Pochłonąłem ją w cztery dni i chętnie będę do "Atlasu osobliwości" wracał.

środa, 12 sierpnia 2020

Cmentarz zakaźny w Warszawie (Praga) oraz dom Kereta

Jestem w trakcie czytania "Atlasu osobliwości" ("Atlas Obscura") - książki, która w przystępny sposób przedstawia rozmaite ekscentryczne miejsca rozsianie po wszystkich kontynentach i rozbudza w Czytelniku chęć eksplorowania tychże. Całkiem niedawno w trakcie rodzinnego pobytu w Warszawie postanowiłem odwiedzić dwa intrygujące miasta w Stolicy.

1) instalacja artystyczna Dom Kereta na rogu Chłodnej i Żelaznej uchodząca za jeden z najwęższych obiektów mieszkalnych na świecie. W najszerszym miejscu 122 cm, w najwęższym 70 cm. Od czasu do czasu mieszkają w niej artyści. Można umówić się na odpłatne zwiedzanie.

2) zrewitalizowany cmentarz zakaźny (ofiar przecinkowca cholery w latach 1872-73) na Pradze. Położony na peryferiach, blisko torów kolejowych. Zbiorowa mogiła 478 ofiar epidemii cholery z XIX wieku. Przez lata dewastowana, teraz odnowiona. Mimo wszystko nieco zapomniane miejsce, które w dobie pandemii chciałem odwiedzić. Bo te starsze epidemie uczą nas jak zachowywać się w obliczu obecnej. Pochowano tutaj także siedmiu żołnierzy pogan - odstępców od wiary chrześcijańskiej. Jeszcze niedawno miejsce wymagające niebezpiecznego przekraczania czynnych torów kolejowych, obecnie nie ma już takiej potrzeby. Data wizyty: 10 sierpnia 2020.

Na dniach wrzucę zdjęcia urbexowe i nie tylko z Wielkopolski.

wtorek, 4 sierpnia 2020

Masywna eksplozja saletry amonowej w Bejrucie

4 sierpnia 2020 roku do dwóch eksplozji doszło w Bejrucie, stolicy Libanu. Najpierw zapalił się magazyn, w którym trzymano sztuczne ognie, potem (podobno wskutek błędu spawacza?) doszło do eksplozji składowiska 2750 ton saletry amonowej używanej często jako nawóz sztuczny. Do tej drugiej znaczącej eksplozji, która wygenerowała niszczącą falę uderzeniową i tzw. chmurę Wilsona doszło o godzinie 18.08 lokalnego czasu. Ta potężna detonacja została zarejestrowana przez liczne sejsmografy i geofony, m.in. przez sejsmograf w Izraelu w miejscu oddalonym o 70 km na południe od Bejrutu. Ekwiwalent eksplozji to trzęsienie ziemi o magnitudzie 4.0., inna magnituda (mało wiarygodna) to 5.2, USGS podaje ekwiwalent trzęsienia ziemi o magnitudzie 3.3. Ową drugą detonację odczuto w północnym Izrealu i na Cyprze w odległości 240 km od Bejrutu. Tak naprawdę nie jest jasne co było bezpośrednią przyczyną pierwotnej eksplozji. Na pewno doszło do niej za wielkim elewatorem zbożowym, zapewne w magazynie sztucznych ogni, ale padają też sugestie magazynów chemikaliów czy ropy nafotwej. Ja jednak będę trzymał się wersji z fajerwerkami.

2750 ton saletry amonowej zostało skonfiskowanych w 2014 roku z pokładu statku z Mołdawii "MV Rhosus" i składowanych w porcie. Saletra amonowa była przewożona z Batuni w Gruzji do Beira w Mozambiku. Po konfiskacie przez sześć lat 2750 ton tego niebezpiecznego materiału było składowane bez zabezpieczeń w portowym magazynie. Fala uderzeniowa z drugiej eksplozji była tak silna, że przewracała samochody, rozbijała szyby, niszczyła balkony i wywalała framugi drzwi. Zniszczeniu uległ elewator zbożowy dostarczający zasobów żywności mieszkańcom Bejrutu w trakcie pandemii Covid19 i kryzysu gospodarczego. Trzy szpitale zostały kompletnie zniszczone, dwa uszkodzone, w oddalonym od miejsca eksplozji szpitalu Saint George Hospital pacjentów leczono i operowano na pobliskim parkingu, gdyż szpital został zdewastowany i pozbawiony prądu. Uszkodzone zostały budynki ambasad Australii, Finlandii oraz Cypru. Zginęło przynajmniej 118 osób, a ponad 4000 odniosło obrażenia. Oczywiście ten bilans zabitych i rannych nie jest ostateczny. Zginął m.in. libańsko-armeński przedsiębiorca Nazar Najarian. 5 sierpnia został ogłoszony w Libanie dniem żałoby.

Oglądałem liczne nagrania z fali uderzeniowej, która powstała wskutek eksplozji saletry amonowej i widziałem podobne fale uderzeniowe w trakcie erupcji wulkanów np. Tavurvur w Papui Nowej Gwinei 29 sierpnia 2014 roku. Oczywiście pojawili się piewcy teorii spiskowych o eksplozji bomby jądrowej w Bejrucie, ale jakoś na nagraniach nie widać tego charakterystycznego błysku, nie ma też raportów o opadzie radioaktywnym. W każdym razie liczne nagrania pokazujące furię drugiej eksplozji i skalę dewastacji w blast zone mrożą krew w żyłach. Podobnie zdjęcia. Saletry amonowej w formie ANFO użył m.in. Timothy McVeigh w zamachu terrorystycznym w Oklahoma City w 1995 roku.

Przy okazji doskonały artykuł ekspercki o zagrożeniach związanych z saletrą amonową z przytoczonymi wcześniejszymi tragediami. Warto się z nim choćby pobieżnie zapoznać. Zwraca uwagę ten fragment: "Kategorycznie nie wolno palić pa­pie­ro­sów, uży­wać otwar­te­go ognia i urządzeń iskrzących (szlifierki, spawarki) w odległości mniejszej niż 15 m." Jest mowa o tym, że eksplozję spowodował błąd spawacza. Jednocześnie z nagrań wynika, że pożar wybuchł wcześniej w magazynie z ogniami sztucznymi. Czyżby spawanie miało miejsce w trakcie tego pożaru w celu zabezpieczenia zasobów saletry amonowej przed kradzieżą i doprowadziło do dalszej tragedii? Na to wygląda. W każdym razie libańska eksplozja doprowadziła do obalenia ówczesnego rządu kraju oskarżanego o korupcję i doprowadzenie kraju do gospodarczej zapaści.

http://www.wezewo.osp.org.pl/?p=8852

sobota, 1 sierpnia 2020

Abel Klemmensen i masakra w Narsaq















Tym razem mało znana historia kryminalna z Grenlandii, o której są tylko szczątkowe informacje w sieci. Coś dla wielbicieli skandynawskich kryminałów, choć to typowy epizod masowego mordu dokonanego pod wpływem wzburzenia emocjonalnego. W poniedziałek 1 stycznia 1990 roku 18-letni Inuita Abel Klemmensen zastrzelił 7 osób w pomieszczeniach klubu w Ungbo, Narsaq, Grenlandia. Ofiarami Abla byli trzej mężczyźni w wieku 18, 33 i 34 lat oraz cztery kobiety w wieku 18, 19, 26 i 29 lat. Morderca celował w głowy i twarze ofiar. Przyczyną masakry dokonanej przez osiemnastolatka była kłótnia z najlepszym przyjacielem (rówieśnikiem Abla), który stanął w obronie dziewczyny, na którą zdenerwował się Abel. Klemmensen poczuł się zdradzony, zatem "zdrada" wymagała rozlewu krwi. Po dokonaniu masowego mordu miał popełnić na miejscu samobójstwo, ale zamiast tego poszedł do domu spać. W każdym razie Klemmensen na pierwszym piętrze klubu w Ungbo zastrzelił 5 swoich znajomych, a potem kolejnych dwóch. Jedna z ofiar ocalała, gdyż spała na podłodze. Schodząc ze schodów do living roomu Klemmensen natknął się dziewczynę i strzelił do niej. Łącznie oddał 11 strzałów.

Ósmą ofiarą Klemmensena był jego rodzony brat, który został postrzelony w policzek. Po odzyskaniu przytomności młody mężczyzna dostał się o własnych siłach do szpitala i stamtąd zawiadomił policję. Po zatrzymaniu Klemmensen twierdził, iż był w chwili dokonywania masakry pijany, ale nie na tyle pijany, by dokładnie nie pamiętać przebiegu całej masakry. Zginęli 18-letnia Kathrine Broberg, 29-letnia Bibiane Kristiansen, 18-letni Jakob Grønvold, 19-letni Tove Isaksen, 26-letnia Paarnannguaq Godtfredsen, 33-letni Egede Tittusen i 34-letni Henrik Barnabassen.

U Klemmensena zdiagnozowano zaburzenia narcystyczne (megalomanię, NPD) i umieszczono go w więzieniu Herstedvester, w którym przebywają najgroźniejsi mordercy m.in. konstruktor łodzi podwodnych Peter Madsen, który w 2017 roku na pokładzie skonstruowanej łodzi podwodnej UC3 "Nautilus" zamordował i poćwiartował szwedzką dziennikarkę Kim Wall. Kolejny przykład narcystycznego psychopaty, ale to słynna sprawa kryminalna, o której wiele wiadomo i wiele napisano. Z kolei masakra w Narsaq to jedna z najsłynniejszych spraw kryminalnych w historii Grenlandii, która popadła w zapomnienie. W przyszłości planuję opisać więcej spraw kryminalnych z tej wielkiej arktycznej wyspy.

czwartek, 30 lipca 2020

Kryzys psychiczny i poczucie osamotnienia w dobie pandemii



















Coraz częściej rozmyślam o pandemii koronawirusa Sars-Cov2 w aspekcie psychologicznym. Nie mam wykształcenia psychologicznego, ale w pełni zdaję sobie sprawę, że piętno pandemii i lockdownu odciśnie się na psychice tysięcy ludzi na ziemskim globie - także na mojej. Od kwietnia 2020 roku pozostaję bez pracy i nie wiem jaka będzie moja przyszłość i co się wydarzy. Staram się analizować różne scenariusze dotyczące nie tylko mojej przyszłości, ale także przyszłości innych bliskich mi osób, gdyż nie potrafię zamknąć się tylko i wyłącznie we własnym świecie, choć czasem mi się to udaje.

Pandemia koronawirusa Sars-Cov2, która trwa bez przerwy od grudnia 2019 roku do dnia dzisiejszego (w dniu dzisiejszym w Polsce mamy absolutny rekord 615 zakażeń w ciągu doby i 15 zgonów, dominują województwa śląskie, małopolskie i mazowieckie) na pewno będzie traumatyczna dla dziesiątek tysięcy ludzi na Ziemi, gdyż zagraża ona życiu i zdrowiu ludzi, ich bliskich, przyjaciół, dzieci. Przejawia się ona przede wszystkim w ciągłym stresie i poczuciu osamotnienia, niepewności.

Niepokoją mnie moje myśli samobójcze, choć nadal nad nimi panuję i nie są one intensywne. W sytuacjach kryzysowych staram się zachować zimną krew i internalizować głęboko skrywane pragnienia i lęki, ale czasem muszę je wyzwolić: wówczas jestem skłonny do popadania w chwilowe stany emocjonalnego wzburzenia. Stosowanie przemocy i agresji nigdy jednak nie leżało w mojej naturze. Autoagresji już bardziej. Psychologiczna reakcja stresowa nie może być trwała, gdyż prowadzi do nękających psychikę chorób i zaburzeń psychicznych. Działają u mnie muzyka, pasje, pisanie i sporadyczne kontakty międzyludzkie. One są moim azylem, przestrzenią, w której czuję się bezpiecznie.

Kontakty. Bardzo sporadyczne, ale o tym za chwilę.

Osamotnienie.

Brakuje mi powszechniejszych kontaktów międzyludzkich, podróży w ciekawe i ekstremalne miejsca, wypadów na koncerty, etc. Okazji do socjalizowania się, które są potrzebne także osobom introwertycznym. Niepokoi mnie świadomość, że mogę szybko nie znaleźć pracy, która będzie dla mnie czymś istotnym. Nie mam zbyt wielu znajomych, gdyż doszedłem (być może do błędnego wniosku), że na pewnym etapie życia ludzie z otoczenia stają się zbyt zabiegani i nie mają czasu dla innych. Bywam spragniony spotkań towarzyskich, ale jednocześnie jestem świadom, iż mogę się od kogoś zakazić i przekazać koronawirusa osobom starszym z mojej rodziny. A takiego poczucia winy nie chcę mieć na swoich barkach. Stąd ogromna niepewność związana z podróżowaniem, trudna i wyboista nauka odpowiedzialności za innych. I brzemię tęsknoty za kontaktami twarzą w twarz. Za możliwością szczerej rozmowy o moich marzeniach, obawach, wątpliwościach, za wymianą cennych poznawczo spostrzeżeń.

W tym sensie obawiam się zachorowania na Covid19. Bo nie chciałbym dopuścić do sytuacji, że ktoś przeze mnie umrze albo będzie miał długotrwałe powikłania na zdrowiu. Ktoś bliski czy nawet obcy. To takie proste, by nie rzec banalne. Chronić siebie i innych za cenę izolacji społecznej i chłodnego dystansu do drugiej jednostki.

Wiele osób uważa koronawirusa Sars-Cov2 za coś całkowicie niegroźnego, abstrakcyjnego. Buntują się przeciwko obostrzeniom, obowiązkowi zakrywania ust i nosa, wypierają istnienie choroby Covid19. No bo w końcu sami nie zachorowali bądź nie znają nikogo, kto zachorował. Wypierają problem, ale podejrzewam, że wynika to nie tyle z niewiedzy, co ze strachu i poczucia niepewności. Mechanizm wyparcia staje się dla nich strategią radzenia sobie z niepewną rzeczywistością. Dla mnie jednak wirus Sars-Cov2 jest realny i jest zagrożeniem. Izolacja mnie stresuje, mimo że jestem osobowością introwertyczną, raczej wycofaną. Nie czuję się bezpieczny. Lękam się o zdrowie moich bliskich czy nielicznych przyjaciół. W trakcie załamania szukam wsparcia i często nie potrafię go znaleźć. Nie zawsze radzę sobie z własnymi demonami, choć muszę przyznać, że owe demony potrafią być na swój sposób fascynujące. Przynajmniej z naukowego punktu widzenia.

A ludzie wokół potrzebują realnych, a nie wyimaginowanych rozwiązań, planów na przyszłość. Niepewność frustruje i wyzwala stres, napięcie. Gdzieś tam być może czai się powrót do lockdownu. Utalentowani ludzie tracą pracę i dochody, upadają firmy, biznesy. Konsekwencje gospodarcze tej pandemii będą dla wielu branż opłakane, o czym pisałem tutaj niejednokrotnie. Sprawcy domowej przemocy zostają zamknięci wraz ze swoimi rodzinami, a izolacja wyzwala w nich agresję. Ozdrowieńcy po Covid19 cierpią na zespół stresu pourazowego (PTSD). Pandemia potęguje zaburzenia psychiczne osób, które już wcześniej zmagały się np. z kliniczną depresją, zaburzeniami lękowymi i poczuciem wyobcowania, odrzucenia. Chorzy na choroby przewlekłe czy nowotwory nie czują się bezpiecznie, gdyż nie mają dostępu do terapii ratujących życie.

Serio chciałbym wymazać ten rok z pamięci albo zacząć go od nowa. Wybaczcie osobisty wpis, który jest dla mnie wyartykułowaniem pewnych obaw, lęków i frustracji. A może po prostu przemawia przeze mnie wrażliwość, empatia?

Potrzebuję odetchnąć. Znaleźć się w miejscu, które wydaje się być bezpieczne.

czwartek, 23 lipca 2020

John Allen Chau: śmierć samozwańczego misjonarza















Ostatnio rzuciły mi się w oczy liczne artykuły o 27-latku, który wędruje po Polsce z drewnianym krzyżem na ramieniu i wspina się z nim na Giewont chcąc modlić się za Polaków. Ów pielgrzym nocuje na parafiach bądź gości u prywatnych osób, które zapraszają go, karmią, a nawet pomagają mu nieść krzyż. W jakim celu ta w sumie nieszkodliwa maskarada? Aby wartości katolickie w Polsce były bezpieczne. Osobiście modlitwa Michała Ulewińskiego jest mi (jako ateiście) nie potrzebna, ale mimo wszystko chylę czoła za determinację i żelazną konsekwencję w działaniu. 27-latek nie próbuje nikogo na siłę nawracać, przynajmniej tak mi się wydaję. I to się chwali. Z drugiej strony sensowność tego działania jest dla mnie nieco abstrakcyjna. Osób niewierzących takich jak ja i widzących w religiach monoteistycznych nietolerancyjne i konserwatywne systemy nachalnej indoktrynacji taka modlitwa i tak nie przekona. Mniejsza z tym.

Przypomniała mi się jednak historia samozwańczego misjonarza Johna Allena Chau, który próbował nawrócić Sentinelczyków z wyspy North Sentinel (Andamany i Nikobary) na wiarę chrześcijańską i został przez nich zabity 17 listopada 2018 roku. Jak wiadomo Sentinelczycy są jednym z najbardziej odizolowanych plemion na świecie. Członkowie tego plemienia są raczej wrodzy wszelkim próbom wizyt obcych na wyspie. I tak w marcu 1896 roku na wyspę trafili trzej skazańcy z kolonii karnej na Andamanach. Próbowali stamtąd uciec bambusową tratwą, dwóch utonęło, a trzeci został zabity strzałami przez Sentinelczyków. W styczniu 2006 roku dwaj rybacy Sunder Raj i Pandit Tiwari zostali zabici strzałami przez członków plemienia w trakcie nielegalnego połowu krabów. Sentinelczycy uśmiercili i pogrzebali w piasku wszystkie świnie, które badacze pozostawili w latach 70-tych na wyspie próbując nawiązać z nimi kontakt. Jak widać mieszkańcy North Sentinel nie są zbyt wyrozumiali wobec 'cywilizowanych' ludzi.

W każdym razie 14 listopada 2018 roku John Allen Chau dotarł na North Sentinel w nocy i podobno spędził z Sentinelczykami trochę czasu, na co wskazują zapiski w jego dzienniku i szkice ich chat. Chau pisze w dzienniku, że został postrzelony przez "dziecko w wieku 10 lat, być może nastolatka... Ten dzieciak posłał strzałę prosto w Biblię, którą trzymałem przy piersi. Nie chcę umierać. A może trzeba opuścić wyspę i pozwolić komuś innemu kontynuować [misję]? Nie, nie mogę myśleć w taki sposób." Co ciekawe, Chau dostał się na wyspę nielegalnie przy pomocy lokalnych rybaków, którym zapłacił. Obaj wspólnicy zostali potem aresztowani. Misjonarz miał ze sobą własny kajak i kilka razy krążył wokół wyspy.

Populacja wyspy North Sentinel zgodnie z obserwacjami antropologów sięga obecnie 50-100 mieszkańców. Chau uważał wyspę North Sentinel i zamieszkujących ją Sentinelczyków "za ostatnie siedlisko szatana na Ziemi". Chciał między nimi żyć i głosić ewangelię. Ciała samozwańczego misjonarza z Alabamy mimo kilku podejmowanych prób nie udało się odzyskać. Morał tej historii jest jeden: fanatyzm religijny nie popłaca. Z drugiej strony dziennik Chau może być cennym źródłem badawczym dla antropologów i geografów. Sentinelczycy nie zawsze byli totalnie wrodzy wobec antropologów, gdyż przyjmowali od nich kokosy i inne dary. Chau próbował krzewić wiarę, ale przecenił swoje możliwości.

https://www.nationalgeographic.com/culture/2018/12/first-woman-chattopadhyay-contact-sentinelese-andaman/

Na zdj. Sentinelczycy pilnujący łodzi rybackiej po zabiciu dwóch rybaków w 2006 roku i pechowy, choć zdeterminowany ewangelista, o którym świat się dowiedział dzięki jego śmierci.

Pytanie kiedy znowu o Sentinelczykach usłyszymy?

środa, 15 lipca 2020

Ian Curtis i Joy Division (15.07.1956 - 18.05.1980)

Dzisiaj kolejna rocznica urodzin Iana Curtisa, cierpiącego na ataki epilepsji wokalisty Joy Division, zespołu stanowiącego podwaliny post punka i wprowadzającego do mainstreamowej muzyki smutek, rozpacz i beznadzieję, czyli generalnie te negatywne, acz niekiedy oczyszczające emocje, z którymi męczymy się codziennie. Zastanawiam się w tej chwili, który z dwóch pełnometrażowych albumów Joy Division jest dla mnie ważniejszy: intensywny "Unknown Pleasures" (1979) czy może bardziej posępny "Closer" (1980) z cmentarną okładką przedstawiającą grobowiec rodziny Appiani na cmentarzu Staglieno? Wydaje mi się jednak że ten drugi, gdyż można go odczytać jako pełen wewnętrznego bólu i rozterek list samobójczy Iana Curtisa. To z niego pochodzą moje ulubione piosenki Joy Division, a mianowicie "Isolation" czy "The Eternal". Kiedy po raz pierwszy przed wieloma laty usłyszałem tą drugą piosenkę w radiu to byłem zaskoczony i jednocześnie zachwycony, gdyż nie spodziewałem się tak głębokiej melancholii w kompozycji z 1980 roku. Z "Unknown Pleasures" chyba najbardziej lubię "New Dawn Fades".

Ian Curtis na pewno byłby osobą, którą chciałbym poznać. Dzisiaj czytałem stary wywiad z Annik Honore, jego platoniczną sympatią, która zmarła w 2014 roku. Annik wspomina Iana jako osobę "delikatną, grzeczną, cierpiącą, o pięknych oczach i przyjemnym wyglądzie". Słuchali "Low" Davida Bowie w Nashville Rooms (po koncercie Joy Division w Belgii) i Annik zakochała się w nim od razu. Jak wiadomo Ian Curtis w młodym wieku 19 lat ożenił się z Deborah Curtis, co wydawało się być pod koniec lat 70-tych normą w purytańskim społeczeństwie Wielkiej Brytanii. Annik wspomina, że w trakcie koncertów Ian był wulkanem energii, który na scenie pozbywał się dręczących go demonów. Inaczej Curtis zachowywał się już po występach na żywo: był wyczerpany, stawał się wycofany, nieśmiały, kwestionował sukcesy zespołu i własne życie. Przytłaczał go własny talent muzyczny. Presja otoczenia była dla niego czymś odpychającym, okropnym. Annik potwierdza, że ich związek miał charakter czysto platoniczny, dziecięco niewinny. Małżonka Iana, Deborah nienawidziła obecności Annik w życiu Iana, co wywołało w nim rozdarcie i stało się jedną z przyczyn dwóch aktów samobójczych, w tym tego ostatniego w Macclesfield (po obejrzeniu "Stroszka" Wernera Herzoga) nad ranem 18 maja 1980 roku. W ramach ciekawostki dodam, że tego samego dnia wybuchł w USA wulkan Mount Saint Helens zabijając 57 osób i powodując olbrzymie zniszczenia. Dlatego też data 18 maja 1980 roku wryła mi się tak mocno w pamięć, choć nie było mnie wówczas jeszcze na świecie. Annik nie mogła uczestniczyć w pogrzebie Iana, gdyż nie zgodziła się na to Deborah Curtis. "Love Will Tear Us Apart". Miłość nas rozerwie, rozdzieli.

Poczucie winy w miłości bywa obecne. Miłość potrafi być bolesna, niechciana, okrutna. Człowiek potrafi kochać skrycie kogoś innego, potrafi zakochać się nagle w osobie, która jest np. związana z kim innym (Annik w Ianie). I to staje się zarzewiem rozterek, bólu, dyskomfortu, cierpienia. Osoby głęboko wrażliwe nie chcą krzywdzić innych, boją się często tego, że kogoś bliskiego zranią. Wówczas odsuwają się od innych, lękają się zakochać ponownie. Ian wysyłał do Annik listy - w jednym z nich znalazł się wiersz T.S Elliota. Niestety nie wiem jaki.

https://www.reddit.com/r/JoyDivision/comments/ctrzpl/found_an_old_interview_from_annik_honor%C3%A9_in_which/

Czy można zabić się z powodu poczucia winy i presji otoczenia? Owszem, można.

poniedziałek, 13 lipca 2020

Latarnia morska Signalny, Kuryle, Rosja


















I już po wyborach prezydenckich. Nie kryję swojego rozczarowania, gdyż łudziłem się że Polska stanie się krajem bardziej nowoczesnym, otwartym i przyjaznym. Zwyciężyły nieudolna walka z pandemią, wybiórcze tradycje chrześcijańskie, rozbuchane rozdawnictwo, 31 podwyżek podatków, homofobia, ksenofobia oraz niechęć do nauki i kultury. No cóż, każdy Polak mądry po szkodzie. Pora się jednak zdystansować i napisać o pewnej przekrzywionej latarni morskiej smaganej przez morskie bałwany.

Latarnia morska Signalny znajduje się na skale pomiędzy wyspą Hokkaido (Japonia) a Małym Grzbietem Kurylskim. Skonstruował ją latem 1936 roku japoński inżynier Miura Sinobu. Jej instalację ogłosił Związek Radziecki 13 stycznia 1937 roku. Pierwotnie wysepka, na której posadowiona została latarnia morska miała wymiary 700 x 800 metrów. 17 kwietnia 1952 roku nadano jej nazwę Signalny. Z czasem jednak wysepka zatonęła w morzu. Obecnie Signalny znajduje się na piaszczystym brzegu, który czasem staje się widoczny, gdy przypływ jest niski. Od 1964 roku latarnia się przekrzywia i nie jest stabilna. Coraz bardziej niszczeje, a jej konserwacja jest utrudniona. Być może kiedyś zniknie pod powierzchnią wody, która podmywa jej fundamenty.

Na dokładkę kilka innych kurylskich (zazwyczaj opuszczonych, o niepewnym statusie) latarni morskich i Mys Aniva na Sachalinie. Zdj. Jewgienij Kasperski i inni.

Źródło: https://maglipogoda.ru/ostrov-signalnyy-na-kurilskikh-ostr/