Dzisiejszy odsłuch - Fuoco Fatuo (doom death/funeral doom z Włoch).
sobota, 3 kwietnia 2021
A Bitter Message of Hopeless Grief (1988) - recenzja
Dead Hands Dig Deep (2015) - recenzja / Kettle Cadaver
Edwin przez kilka lat był mężem Evy O. z death rockowego Christian Death. Po rozpadzie tego związku mężczyzna odizolował się kompletnie od społeczeństwa. Trawiły go obsesja na punkcie Evy i jej córki, depresja i uzależnienie od narkotyków, być może schizofrenia. Myślał o mordowaniu innych ludzi, groził śmiercią także ekipie filmowej "Dead Hands Dig Deep". Zastanawiał się nad samobójstwem, pragnął, aby przy muzyce Kettle Cadaver ludzie odbierali sobie życie. Sypiał w trumnie, a ze swojego domostwa stworzył prawdziwy gabinet tortur z licznymi akcesoriami do zadawania fizycznego bólu. Już sama wizyta filmowców w tym przesyconym mroczną aurą miejscu robi wrażenie.
"Dead Hands Dig Deep" przedstawia skomplikowaną sylwetkę Edwina, mężczyzny sadomasochistycznego, zaburzonego, nieszczęśliwego, do głębi zafascynowanego makabrą i brutalnością. Jednak w pewnym momencie zacząłem Edwinowi współczuć, gdy wyszło na jaw, że jego biologiczny przemocowy ojciec popełnił samobójstwo, a brat umarł po przedawkowaniu heroiny. Ból jest głębszy niż pogrzebane w ziemi ciało i trawi umysł przez całe życie. Film mocny, nieprzyjemny, chwilami bardzo brutalny, ale wart obejrzenia w komplecie z dwoma muzycznymi DVD Kettle Cadaver (oba są dostępne na Youtube).
Edwin Borsheim powiesił się w Czarnym Domu 20 czerwca 2017 roku. Co znamienne, niedawno minęła też kolejna rocznica samobójczej śmierci Rozza Williamsa z Christian Death (1 kwietnia 1998 roku).
sobota, 27 lutego 2021
Bad Blood for the Vampyr (1984) - recenzja
20-minutowa kapsuła przedstawiająca subkulturę gotycką i punkową Berlina Zachodniego w 1984 roku. W obsadzie m.in. Blixa Bargeld z Einstürzende Neubauten w roli Złego Księdza. Muzyka Einstürzende Neubauten, Die Arzte czy The Golden Vampire. Początek filmu nakręcono w słynnym zachodnio-berlińskim klubie Risiko (Risk), w którym ongiś gościli Nick Cave, Christiane F., Jim Jarmusch czy Wim Wenders. Słuszna nazwa, gdyż było to miejsce, w którym noce upływały na piciu i zażywaniu narkotyków. Do zapamiętania ironiczna scena krwawej uczty wśród scenerii urbexowego rozkładu.
Niskobudżetowy hołd dla oniryczno-ekspresjonistycznego "Vampyr" (1932) Carla Dreyera, ale także dla filmów Russa Meyera z Turą Sataną oraz Eda Wooda. Wyczytałem, że ten krótki metraż mógł być źródłem inspiracji dla "Only Lovers Left Alive" (2013) Jima Jarmuscha.
środa, 17 lutego 2021
Niebieskie psy Dzierżyńska
Prasowa ciekawostka od rana - jedna z tych 'dziwniejszych', na które się natknąłem. Stado bezpańskich psów z niebieską sierścią zostało zauważone w pobliżu opuszczonego kompleksu fabryczno-chemicznego w Dzierżyńsku w Rosji. Być może doszło do kontaminacji zwierząt przez chemiczne odpady np. przez siarczek miedzi. Opuszczona od 2015 roku fabryka służyła do produkcji pleksiglasu (szkło akrylowe) i kwasu cyjanowodorowego.
W pierwszej chwili myślałem, że to przykład bezsensownego okrucieństwa wobec zwierząt, gdyż w 2019 roku był w Rosji przypadek wymalowania psa niebieską farbą przez zidiociałych nastolatków. Zdezorientowane zwierzę zginęło potem pod kołami samochodu. Tutaj jednak być może w grę wchodzi ocieranie się (kąpiel) stada bezpańskich psów w siarczku miedzi. Na terytorium owej opuszczonej fabryki chemicznej w Dzierżyńsku żyją dzikie psy i były składowane chemiczne odpady. Z tego co się orientuję to niebieskie psy z Dzierżyńska już zostały częściowo wyłapane i poddane opiece weterynaryjnej. Zdj. Типичный Дзержинск / Vk.com
niedziela, 14 lutego 2021
Wardruna "Kvitravn" (White Raven, 2021) - recenzja i kilka luźnych przemyśleń
Dawno nie pisałem o muzyce, bo jakoś nie miałem weny. Słucham jej duże ilości, aczkolwiek na koncerty przestałem uczęszczać, gdyż w czasie pandemii ich brak (i zapewne - nie ma się co oszukiwać - prędko nie wrócą). Jednak fenomen norweskiego zespołu Wardruna nie przestaje mnie zadziwiać. Pamiętam początki tego zespołu (czasy "Runaljod - gap var Ginnunga" z 2009 roku i dalej), gdy nie był jeszcze szerzej ogółowi znany. Siedziałem wówczas dość mocno w muzyce metalowej, aczkolwiek często sięgałem po melancholijną muzykę takich zespołów jak Heathen Harnow (obecnie Forndom), Vali, Tenhi, Kauan, Empyrium, itd. I już wówczas nordycki folk Wardruny intrygował, fascynował. Jestem ciekaw czy Einar Selvik zdawał sobie wtedy sprawę, że jego zespół będzie wyprzedawał koncerty, a albumy takie "Kvitravn" (jego pierwotna premiera miała mieć miejsce 5 czerwca 2020 roku, ale ostatecznie z powodu pandemii mocno przesunęła się na 22 stycznia 2021 roku) będą lądowały wysoko na liście krajowych box-office'ów pod kątem liczby sprzedanych egzemplarzy (pierwsze i w pełni zasłużone miejsca na charts w Polsce i Austrii). 14 milionów odsłon genialnie atmosferycznego singlowego teledysku "Lyfjaberg" także robi wrażenie. Który zespół muzyka z wyraźnymi korzeniami black metalowymi stać na takie oszałamiające wyniki? Muzyka Wardruny jak widać łączy gusta rzeszy ludzi: subkultur metalowej, gotyckiej, społeczności pogańskiej, ale też osób, które w ogóle nie słuchają cięższych brzmień. Wardruna to niewątpliwie folkowo-ambientowy fenomen.
A właśnie black metalowe korzenie Einara Selvika? Warto o nich wspomnieć, gdyż Einar w latach 90-tych XX wieku bębnił jako Kvitrafn w mniej lub bardziej znanych zespołach black metalowych wywodzących się z Bergen. Tutaj trzeba wymienić założony w 1995 roku folk black metalowy Bak de Syv Fjell (czyste wokale w "From Haavardstun" przypominały mi materiały Ved Buens Ende czy Fleurety), Det Hedenske Folk, Ildkrig czy Mortify (z wokalami niejakieg Øisteina Selvika - czyżby brata?) Bębnił także w Gorgoroth (w latach 2000-2004),Jotunspor (ten projekt Kvitrafn współtworzył z King ov Hell), Dead to This World czy Sigfader. Kvitrafna na perkusji (z długimi włosami i w corpsepaincie) można zobaczyć na osławionym DVD Czarnej Mszy Gorgoroth w Krakowie z 2004 roku . To wówczas Gorgoroth został oskarżony w katolickiej Polsce o bluźnierstwo, gdyż na scenie pojawiły się nabite na kolce głowy owiec, nadzy ukrzyżowani ludzie i inne obrazoburcze treści. A nie był to jeszcze czas, w którym samodzielnie rządzili wyznaniowi dewoci z PiSu. A dzisiaj niezwykle łatwo jest obrazić cudze uczucia religijne, jakimkolwiek abstraktem by one nie były.
"Kvitravn" to doprawdy niezwykły album, perfekcyjny w każdym calu. Genialnie zaśpiewany przez Einara i Lindy Hay Fella, obecnie jedynych stałych członków Wardruny, a także gościnnie przez zaproszoną grupę śpiewaków tradycyjnych norweskich brzmień. Nie będę tutaj analizował wszystkich numerów po kolei, ale póki co najbardziej przemawiają do mnie "Skugge", "Kvitravn", "Fylgjutal" czy zamykający album "Andvevarjold". Mam też nieodparte wrażenie, że bogata brzmieniowo, magiczna, medytacyjna i głęboko osadzona w poetyce nordyckiej mitologii muzyka Wardruny staje się jeszcze głębszym niż dotychczas, uwznioślającym doświadczeniem spirytualnej podróży w głąb siebie, odkrywania związków jednostki z Naturą. Inspiruje też rzesze ludzi do odkrywania animizmu, czytania skandynawskich poematów (Eddy) i zachwycania się pięknem ożywionego świata przyrody, rozległymi, surowymi i dziewiczymi krajobrazami takimi jak leśne knieje, zimne i ośnieżone szczyty, poszarpane fiordy, uśpione wulkany czy żyjące lodowce.
Oglądałem materiały Einara dotyczące powstawania pomysłów na utwory Wardruny. Einar wspomniał w nich, że przychodzą mu do głowy chociażby w trakcie samotnych wędrówek przez leśne ostępy. Piękna sprawa. Wielu artystów tworzy w taki sposób, gdy są sam na sam z własnymi myślami, refleksjami, wspomnieniami. Najpierw przychodzi zachwyt dziewiczą scenerią, a potem np. w cieniu kurhanu z odległej przeszłości kiełkuje pomysł, idea. Sama wędrówka poprzez norweski las potrafi być zarzewiem tworzenia. "Kvitravn" jako całość buzuje od obrazów, tradycji i idei: animizm i umiłowanie Natury, zwierzęce duchy, cienie, głęboka mądrość płynąca ze starych przypowieści i mitów, zapierająca dech w piersiach sceneria norweskiej przyrody. To płyta szczera, autentyczna, pełna symbolizmu. Bo "wszystko, co wartościowe, ma swoją cenę." (kontekst wspinaczki na górę uzdrowienia, Lyfjaberg, Einar Selvik, teledysk nakręcony został częściowo w masywie górskim Tustna na wyspie o tej samej nazwie). Szczerość i autentyczność muzyki Wardruna przyciąga do tego zespołu tysiące fanów. W końcu sztuka powinna być właśnie szczera, chwytająca za serce i autentyczna. Szczerości i autentyczności często i bezowocnie poszukujemy w innych osobach z naszego otoczenia. To jednak długa, kręta i wyboista droga we mgle, która nie zawsze kończy się powodzeniem.
piątek, 12 lutego 2021
Decoder (1984) - recenzja
środa, 10 lutego 2021
Nowofalowe i punkowe filmy Eckharta Schmidta
"Der Fan" aka "Trance" opowiada o nastolatce
nieszczęśliwie zakochanej w niemieckim piosenkarzu występującym pod
scenicznym pseudonimem R. Dziewczyna jest wyalienowana, nie ma
przyjaciół, marzy tylko o R śląc do niego listy pozostawione bez
odpowiedzi. Wreszcie R ją zauważa, po czym zaprasza Simone do siebie,
gdzie dochodzi do miłosnego zbliżenia. Ale R zamierza Simone opuścić, a
tego nastolatka nie przyjmuje zbyt dobrze. W rezultacie Simone zabija
swojego idola, kroi jego ciało na kawałki i zjada fragmenty R.
Japoński
kanibal Issei Sagawa zachwalał "Trance", o czym wyczytałem ongiś w
książce "Cannibal Killers". "Der Fan" Eckharta Schmidta to film o
powolnej, hipnotycznej akcji. Désirée Nosbusch w scenie miłosnej z R nie
wstydzi się swej nagości, co też stało się przedmiotem kontrowersji w
chwili premiery filmu. W roli R występuje Bodo Staiger, wokalista nowofalowego
zespołu Rheingold, który stworzył też soundtrack do "Der Fan".
Z kolei w eksperymentalnym horrorze "Das Gold der Liebe" (1983) siostra Jamie Lee Curtis, Alexandra wciela się w postać szesnastoletniej dziewczyny o imieniu Patricia. Nastolatka budzi się ze snu i postanawia skosztować nocnego życia Wiednia. Jej celem jest Metropol, w którym ma się odbyć występ nowofalowego (electro-punkowego) zespołu D.A.F. Dziewczyna zapomina jednak portfela i zaczyna ronić krwawe łzy. Zwraca się o pomoc do tajemniczej brunetki w czerni Królowej Nocy, ale zastaje ją w trakcie morderstwa (zadźgania) innej kobiety. Przestraszona Patricia ucieka z miejsca zdarzenia i od tego momentu zaczyna być prześladowana i ścigana przez Królową Nocy i jej nowofalowych towarzyszy...
Urzekł mnie nastrój "Das Gold der Liebe" - chłodny, nocny, surowy, odrealniony, nowofalowy. Ten film to somnambuliczna fantasmagoria z dużą porcją świetnej muzyki i odrobiną krwawych scen. Nie należy po nim oczekiwać żadnej logiki, gdyż to logika sennego koszmaru z tętniącymi od neonów zaułkami Wiednia. Film w całości nakręcony w nocy, pełen ekscentrycznych postaci, które czasem zachowują się jakby były pod wpływem narkotyków. A może o to chodziło reżyserowi: o oniryzm, ale też o ukazanie punkowego podziemia, w którym rządzą muzyka, dekadencja i heroina. Znakomity soundtrack electro punkowy i nowofalowy (D.A.F, Stosstrupp, Wanderlust).
Jednak moim ulubionym filmem Schmidta jest "Loft" z 1985 roku. Para zakochanych zostaje zaatakowana przez grupkę rozwścieczonych artystów po nocnym zamknięciu surrealistycznej ekspozycji malarskiej ("Przyszliście na wystawę nie zwracając uwagi na nasze obrazy. My jesteśmy naszymi obrazami, a one zareagują, kiedy się je obraża."). Eksplozja przemocy i znęcania się ma miejsce w takt minimalistycznej, zniekształconej, hałaśliwej muzyki punkowo-elektronicznej.
Porzućcie wszelką nadzieje, jeśli tutaj wejdziecie. Wojna wszystkich z wszystkimi. Chaos. Apokalipsa. Strach. Miasta w płomieniach. Świat bez nadziei. Raoul i Raphaela, którym bardziej zależy na seksie, niż na podziwianiu sztuki w podziemnej monachijskiej galerii prowadzonej przez grupę punków (Furio, Kiddy, SM, Joker i cytujący w finale Dantego, umierający Daddy). Uwielbiam anarchistyczną, tonącą w neonach atmosferę "Loft", ową energiczną wojnę klas w tym filmie, w trakcie której bogaci i piękni Raoul i Raphaela szybko zaczynają dorównywać brutalnością grupie punków. Czas zacząć podziemny wernisaż ociekający krwią.
Gorąco polecam te filmy, a ja szukam tonącego w neonach "Alpha City" (1985) Schmidta. Dajcie znać w komentarzach czy się Wam podobały.
EDIT: "Alpha City" (1985) - Neonowy kryminał z tragicznym wątkiem romantycznym w reżyserii Eckharta Schmidta ("Der Fan", "Loft"), którego akcja osadzona jest w Berlinie Zachodnim, w mieście, które nigdy nie zasypia. Narwany pianista Frank (Claude-Oliver Rudolph) ma obsesję na punkcie Raphaeli (Isabelle Willer) i byłby skłonny dla niej z miłości zabić. Z kolei Raphaela ma obsesję na punkcie bezlitosnego 'Amerykanina' (Al Corley), w którym się zakochuje mimo miłości żywionej do Franka. Miłość i obsesja zdają się przeplatać w "Mieście Alfa" aż do tragicznego finału.
Podobnie jak w "Loft" czy "Das Gold der Liebie" główni bohaterowie są niczym wampiry, które nie potrafią funkcjonować w trakcie dnia ("Nie widziałam światła dziennego od ponad dwóch lat"). Akcja filmu toczy się nieco ospale i rozgrywa się głównie nocą w klubach, miejscach hazardu czy na parkingach. Berlin Zachodni zachwyca neonową atmosferą miasta, które jakby utkwiło w odmętach niekończącej się nocy. Trochę przemocy i odważnej nagości plus intrygująca ścieżka dźwiękowa w stylu new wave/new romantic. Film dobry, nieźle zagrany i stylowo nakręcony.
sobota, 6 lutego 2021
David Bowie a subkultura gotycka - "Zagadka nieśmiertelności" (1983)
Miałem ten tekst opublikować w styczniu 2021 roku, ale przeleżał na dysku. Czynię to zatem teraz.
12 stycznia 2016 roku w wieku 69 lat zmarł David Bowie. Wiadomość o śmierci brytyjskiego artysty dwa dni po premierze jego 25-tego albumu "Blackstar" (2016) zasmuciła dziesiątki tysięcy fanów na całym świecie. Wszechstronnie utalentowany i chroniący swojej prywatności Bowie trzymał w tajemnicy zmagania z nowotworem wątroby, który zdiagnozowano u niego osiemnaście miesięcy wcześniej. Do końca życia pozostał aktywny twórczo, choć z powodu progresji choroby nie mógł stawiać się na próby.
Ulegająca ciągłym metamorfozom, stale ewoluująca twórczość Davida Bowie wywarła niezaprzeczalny wpływ na raczkującą subkulturę gotycką. Przykładowo utwór "Be My Wife" z berlińskiego albumu "Low" (1977) ma chłodne post-punkowe brzmienie, z kolei najbardziej melancholijna kompozycja z tej płyty zatytułowana "Warszawa" zainspirowała przyszłych muzyków Joy Division do pierwotnego nazwania zespołu Warsaw. Jak powszechnie wiadomo debiutancki album zespołu z Manchesteru "Unknown Pleasures" (1979) stał się kamieniem milowym posępnego post-punka. Zresztą skromny, wrażliwy oraz cierpiący na epilepsję i wahania nastroju lider Joy Division fascynował się twórczością Davida Bowie, dwukrotnie był na jego koncertach i posiadał autograf tego artysty. Ostatnią płytą słuchaną przez Iana Curtisa przed samobójstwem popełnionym 18 maja 1980 roku był debiut Iggy Popa "The Idiot" (1977), album wyprodukowany przez Davida Bowie i podobnie jak "Low" inspirujący później wiele zespołów industrialnych, post-punkowych i gotycko rockowych.
Oprócz Joy Division innymi zespołami, które inspirowały się albumami Davida Bowie były Siouxsie and The Banshees, The Cure, Cabaret Voltaire, Bauhaus czy Nine Inch Nails. Z muzykami Bauhaus David Bowie miał okazję spotkać się na planie sensualnego horroru wampirycznego "The Hunger" (1983) - filmu ogromnie cenionego wśród subkultury gotyckiej. Perkusiście Bauhaus, Kevinowi Haskinsowi pomógł zapalić papierosa własną zapalniczką!
Oparty na powieści Whitleya Streibera z 1981 roku debiut reżyserski Brytyjczyka Tony'ego Scotta otwiera scena faktycznie nakręcona w londyńskim klubie gejowskim Heaven, w której para wampirów, Miriam (Catherine Deneuve) i John (David Bowie) uwodzi dwie ofiary. W trakcie polowania na świeżą młodą krew lider Bauhaus, Peter Murphy śpiewa "Bela Lugosi's Dead" występując w klatce. Zwabieni w pułapkę kobieta i mężczyzna trafiają do nowojorskiego apartamentu Johna i Miriam, po czym zostają zabici przez krwiopijców.
Zagrany przez Bowiego wampir to uosobienie androgynicznego piękna. Nieskazitelny wygląd, gładka skóra, wysmakowana elegancja ubioru, zachwycający magnetyzm. Jednak John zaczyna się w alarmującym tempie starzeć, co skłania jego towarzyszkę, Miriam, do szukania pomocy u gerontolożki i osobowości telewizyjnej Dr Sarah Roberts (Susan Sarandon). Kiedy John nieuchronnie umiera Miriam uwodzi Sarah, by znaleźć sobie młodą towarzyszkę/kochankę. W "Zagadce nieśmiertelności" młodość jest czymś ogromnie pożądanym, ale nie trwa wiecznie.
Przy okazji jeśli chcecie posłuchać obiecującego rodzimego darkwave to polecam zapoznanie się z muzyką tego śląskiego zespołu:
czwartek, 4 lutego 2021
Marilyn Manson vs oskarżenia jego byłych partnerek o znęcanie się
Ostatnio głośno jest nie tylko w prasie muzycznej o oskarżeniach, jakie wniosły wobec Marilyna Mansona jego byłe partnerki i inne kobiety, w tym Evan Rachel Wood, Ashley Lindsay Morgan, Sarah McNeilly, Chloe Black i Gabrielle. Oskarżeń o znęcanie się fizyczne i psychiczne nie potwierdziła jedynie eks-żona muzyka Dita Von Teese. Z Mansonem współpracę zerwała jego dotychczasowa wytwórnia Loma Vista Recordings. Stanowczo odciął się od niego Trent Reznor z Nine Inch Nails - producent dwóch pierwszych albumów MM.
Osobiście nigdy nie miałem regularnej styczności za twórczością Marilyna Mansona, choć raz miałem okazję widzieć tego artystę na żywo: w poznańskiej Arenie w 2003 roku. Pamiętam, że koncert subiektywnie mi się podobał, był mocny, nieco perwersyjny i ekscentryczny. Ale jakoś mnie to zbytnio nie przekonało do muzyki Briana Warnera, ot, lubię ledwie kilka kawałków i miałem bodaj jego dwa albumy na CD ("Antichrist Superstar" i "Holly Wood"). Bardziej ciągnęło mnie do muzyki wspomnianego powyżej Nine Inch Nails, Ministry, Godflesh, Front Line Assembly, etc. Pamiętam jednak jak z ciekawością śledziłem informacje o masakrze w Columbine z 20 kwietnia 1999 roku. Za masowy mord Dylana Klebolda i Erica Harrisa niektórzy politycy i dziennikarze obwinili zespoły, które sprawcy słuchali np. Rammstein, KMFDM i Marilyn Manson. Szczególnie Manson stał się wówczas kozłem ofiarnym, naczelnym deprawatorem amerykańskiej młodzieży. Brian bronił się najlepiej jak mógł i udało mu się ten kryzys wizerunkowy jakoś przetrwać.
Nie było wielką tajemnicą, że Marilyn Manson traktował ludzi okropnie, zarówno członków swojego zespołu, jak i asystentki czy dawne partnerki. Wystarczy przeczytać jego biografię z 1998 roku "Long Hard Road Out of Hell" (ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Kagra) czy poszukać informacji odnośnie 'zaginionego' filmu Mansona zatytułowanego wymownie "Groupie". Zdziwienia i szoku większego nie ma. Rozsądek i empatia nakazuje mi w tym akurat przypadku stanąć po stronie skrzywdzonych kobiet, czyli ofiar. Żyjemy obecnie w czasach MeToo, gdzie przestępstwa znęcania się psychicznego, molestowania seksualnego i przemocy seksualnej są błyskawicznie nagłaśniane w mediach społecznościowych i wieści bardzo szybko się rozchodzą. Manson tłumaczy się, że wszelkie relacje intymne z kobietami, które wcześniej miał były w pełni konsensualne. Czy aby na pewno?
Owszem, zdarzały się przypadki fałszywego oskarżenia o gwałt, ale są one statystycznie rzadkie. Przestępstwa seksualne i akty domowej przemocy wobec kobiet są też często (stanowczo zbyt często) ignorowane, bagatelizowane przez organy ścigania, a kobiety zazwyczaj wstydzą się przyznać, że padły ofiarą wampirów emocjonalnych i seksualnych drapieżców. Ruch MeToo ośmielił je, sprawił, że przestały się bać i co rusz dochodzi do takich smutnych, aczkolwiek koniecznych coming outów.
Przeczytałem opis asystenta Mansona Dana Cleary, który stanął po stronie Evan Rachel Wood i sprzeciwił się nazywaniu oskarżających muzyka kobiet kłamczyniami. Warto przeczytać i samemu wyrobić sobie zdanie:
https://twitter.com/DanCleary79/status/1304976908489076739
Czy obecny skandal wokół Mansona sprawi, że ów artysta spadnie z hukiem z piedestału tak jak np. Bill Cosby? Być może. Czas pokaże. Ja jednak nie zamierzam nikogo zniechęcać do słuchania Marilyna Mansona i kupowania jego płyt, gdyż jestem zwolennikiem oddzielenia sztuki od osoby artysty. Dla wielu słuchaczy i słuchaczek jego muzyka coś kiedyś znaczyła, dla mnie akurat nie. Nie przepadam też za cenzurowaniem sztuki w drastycznej formie. Wychowałem się na horrorach (zarówno literackich, jak i filmowych) oraz na black i death metalu. Wielu cenionych artystów miało swoje mroczne odchyły, ćpało na potęgę, zachowywało się obscenicznie i traktowało innych ludzi podle, skandalicznie i z wyrachowaniem. Nie pierwszy taki przypadek i nie ostatni. Oczywiście należy być przyzwoitym wobec innych, a już szczególnie wobec kobiet, które bardzo często są ofiarami przemocy domowej, seksualnej, emocjonalnej. Wykazać zainteresowanie, wspierać i nigdy nie osądzać. Pewne zachowania traumatyzujące innych muszą być jednak społecznie piętnowane - niezależnie od tego jak znany i straumatyzowany był sam sprawca. Jeśli celowo i z rozmysłem niszczymy kogoś fizycznie czy psychicznie to nie zasługujemy na żaden poklask, a jedynie na dezaprobatę, ostracyzm. Plamy na reputacji nie da się łatwo zmazać. Zwłaszcza w dobie zainicjowanego w USA ruchu MeToo.
piątek, 29 stycznia 2021
My, dzieci z dworca Zoo (1981) i Berlin Zachodni
środa, 27 stycznia 2021
Władcy chaosu/ Lords of Chaos (2018) - recenzja
Długo wstrzymywałem się z obejrzeniem "Władców chaosu", gdyż natknąłem
się tu i ówdzie na negatywne recenzje. Jednak film Jonasa Akerlunda,
współzałożyciela Bathory i reżysera m.in. słynnego klipu "Bewitched"
Candlemass wart jest obejrzenia, gdyż zadaje pytanie: czy ów 'prawdziwy'
norweski black metal (reprezentowany m.in. przez Mayhem, Burzum,
Thorns, itd.) był zjawiskiem autentycznym czy może sprytnym marketingiem
prowadzącego Helvete Euronymousa? Faktem jest, że niektórzy black
metalowcy (Dead, Varg, Bard Faust) potraktowali antyludzkie,
destrukcyjne i antyreligijne deklaracje będące spoiwem black metalu zbyt
serio, co doprowadziło do samobójstwa, palenia kościołów i dwóch
bezsensownych morderstw. Burzliwa historia narodzin norweskiego black
metalu jest dobrze znana. Nie ma sensu jej tutaj szczegółowo przytaczać.
W "Lords of Chaos" podobało mi się przedstawienie Euronymousa jako
sprawnego, obytego w marketingu biznesmena, który dążył do tego, by
Mayhem był zespołem o ekstremalnej reputacji. Stąd chociażby robienie
zdjęć post-mortem Deadowi. Kiedy trzeba "Lords of Chaos" potrafi być
filmem ironiczno-zabawnym. Z drugiej strony są w tym filmie samobójstwo i
dwa morderstwa (homoseksualisty w Lillehammer i Euronymousa przez
Varga). Są to sceny mocne i brutalne, nie dla ludzi o słabych nerwach.
Zwłaszcza akt samobójczy Deada był bardzo nieprzyjemny. Do zapamiętania
ścieżka dźwiękowa "Lords of Chaos", na której znalazło się sporo dobrych
kawałków metalowych m.in. Mayhem, Sodom, Sarcofago, etc. Zaskoczeniem
było użycie "Host of the Seraphim" Dead Can Dance w scenie, gdy Varg i
Snorre zmierzają samochodem do Euronymousa. Zabrakło mi natomiast w
scenariuszu naświetlenia tego, co skłoniło grupę nastolatków do grania
black metalu i kultywowania ekstremalnej postawy rebelii, nihilizmu i
przemocy. Euronymousowi zależało na tej ideologii, ale traktował ją jako
zabawę, narzędzie marketingowe; Varg zaś potraktował ją dosłownie.
Mam
wrażenie, że "Lords of Chaos" przeznaczony jest raczej dla ludzi
dopiero zaczynających swoją przygodę ze skandynawskim black metalem, a
nie dla black metalowych ortodoksów. Poza tym to film fabularny, a nie
dokument, stąd spłycenie niektórych wątków i postaci. Jeśli
chcielibyście dowiedzieć się dużo więcej o narodzinach i ekspansji
norweskiego black metalu to polecam dokumenty stacji NRK "Helvete".
Oczywiście były w "Lords of Chaos" elementy, które nie do końca mi
przypasowały np. Emory Cohen jako Varg Vikernes czy przedstawienie
Snorre z genialnego Thorns jako idioty. No cóż, nie jest to film
idealny, ale oglądałem go z niesłabnącym zainteresowaniem.
EDIT: W rzeczy samej kiedy Snorre wraz z Vargiem jechali w odwiedziny do Euronymousa to słuchali Dead Can Dance. Mały niuans, ale zgodny z prawdą - potwierdzony w książce "Lords of Chaos" (1997).
niedziela, 24 stycznia 2021
Il Nido del Ragno aka Spider Labirynth (1988) - recenzja
Profesor archeologii z USA Alan Whitmore zostaje skierowany przez
przełożonych z uczelni do Budapesztu, by nawiązać kontakt z innym
uczonym, profesorem Rothem. Alan dociera do stolicy Węgier i nawiązuje
kontakt z owym badaczem poprzez jego piękną sekretarkę Genevieve.
Wyraźnie czymś zaniepokojony profesor Roth pada ofiarą zagadkowego
morderstwa. Wkrótce Alan zaczyna być wciągany w labirynt dziwnych
praktyk okultystycznych powiązanych z tajemnym, mrożącym krew w żyłach
kultem (tzw. labirynt pająka).
Jeden z najlepszych horrorów
nakręcony u schyłku kultowego kina grozy we Włoszech. Padały wręcz
opinie, że powinien to być finałowy akord trylogii Dario Argento o
Trzech Matkach ("Suspiria" z 1977 roku i "Inferno" z 1980 roku to dwie
pierwsze odsłony). Można uznać "Spider Labirynth" za stylowy,
złowieszczy i wysmakowany hołd dla horrorów Dario Argento i Mario Bavy
(zwłaszcza dla wspomnianej "Suspirii"), jednak film dodatkowo wyróżnia
gęsta i iście lovecraftowska atmosfera osaczenia, paranoi i terroru.
Suspens budowany jest stopniowo, nieco ospale, groza narasta powoli,
sugestywnie. Efekty specjalne Sergio Stivalettiego potrafią być mocne i
szokujące. Do tego dochodzą stylowe i krwawe sceny morderstw dokonywane
przez upiorną istotę w czerni, których nie powstydziłby się sam maestro
Dario Argento. Paranoiczna atmosfera "Il Nido del Ragno" na myśl
przywodzi opowiadania Lovecrafta i dreszczowce Romana Polańskiego.
Obok "Deliria" (1987) jeden z wyróżniających się włoskich horrorów lat 80-tych. Mała i wciąż zapomniana perełka.
poniedziałek, 18 stycznia 2021
Urodziny Carla McCoya z Fields of the Nephilim - Hardware (1990)
Dzisiaj zdecydowałem się na seans okolicznościowy "Hardware" (1990) z okazji dzisiejszych urodzin Carla McCoya, lidera
słynnej gotycko rockowej kapeli Fields of the Nephilim, której albumy
są dla mnie bardzo ważne, zwłaszcza "Elizium", "Mourning Sun" i "Zoon"
Nefilim.
"Hardware" po raz pierwszy widziałem w pierwszej
połowie lat 90-tych jako dzieciak, na długo zanim poznałem muzykę Fields
of the Nephilim czy Ministry. Potem recenzowałem ten film na IMDb 10
października 2002 roku. Dzisiaj któryś z kolei seans od wielu lat. Nie
będę się tutaj rozpisywał na temat fabuły, bo jest dobrze znana. Dość
powiedzieć, że "Hardware" był jednym z pierwszych filmów
post-apo/cyberpunk obok "Łowcy androidów" (1982) i "Heavy Metal" (1981),
które oglądałem. Dopiero wiele lat później sięgnąłem po japońskie
cyberpunki takie jak seria "Tetsuo", "Death Powder" (1986) czy "Rubber
Lover" i "Pinokio 964" (oba w reżyserii Shozin Fukui).
Lemmy z Motorhead wciela się postać
taksówkarza w zalanym, toksycznym mieście. Carl McCoy błyszczy jako
przemierzający rozpalone słońcem piaski marokańskiej pustyni wędrowiec
(nomad). To on odnajduje zagrzebane wśród wydm części Mark 13 - biomechanicznej, samodzielnie
działającej i zaprogramowanej maszyny do zabijania (cyborga) widzącej w
podczerwieni, dzięki której Dylan McDermott, Stacey Travis i inni wpadną
w niemałe tarapaty i ekran zacznie ociekać krwią. Warto także wsłuchać
się w to, co ma do powiedzenia Angry Bob (Iggy Pop).
Nie dziwi
obsadzenie Carla McCoya w roli wędrowca, gdyż wcześniej Stanley kręcił
teledyski Fields of the Nephilim. Sprawdziłem dokładnie które -
"Preacher Man" i "Blue Water". Stanley odpowiadał także za stronę
artystyczną albumu FOTN "Dawnrazor" (1987). "Hardware" został w dużej
mierze nakręcony we wschodnim Londynie, początek i kadry końcowe z
Carlem McCoyem to już bezkres marokańskiej pustyni. Zresztą pustynia
(tym razem w Namibii) jest także obecna w nieco późniejszym horrorze
Stanleya "Dust Devil" (1992), którego krwawy finał ma miejsce w
opuszczonym mieście Kolmanskop, wśród ruin tamtejszych kolonialnych,
zasypywanych piaskiem domostw. Z kolei obecne w "Hardware" przesadzone,
wyolbrzymione programy telewizyjne to inspiracja eksperymentalną grupą
Psychic TV Genesisa P. Orridge'a.
Wciąż lubię ten
post-apokaliptyczny horror sci-fi, choć jego fabuła nie jest zbyt
odkrywcza. Jednak stylowe zdjęcia i wizja koszmarnej dystopii to są
rzeczy, które przemawiają do mojej wyobraźni.
Wszystkiego dobrego, Carl. Nagraj w końcu następcę "Mourning Sun".
środa, 13 stycznia 2021
David Bowie i Dario Argento na wspólnej fotografii Paula Masseya
poniedziałek, 21 września 2020
Lebanon Hanover w Poznaniu 20 września 2020, Tama
Kilka zdjęć z koncertu Lebanon Hanover na dziedzińcu Tamy - mojego pierwszego od marca 2020 roku, piątego w tym roku. Mam nadzieję, że nie ostatniego, gdyż czuję głód muzyki na żywo. Wziąłem maskę ffp3 i wypełniony formularz odnośnie Covid19, na miejscu czekał też dodatkowo pomiar temperatury. Koncert na świeżym powietrzu, toteż większość ludzi założyła maseczki jedynie w trakcie wpuszczania na dziedziniec. Występ duetu trwał godzinę i był mocno przekrojowy, dwa kawałki poszły na bis. Melancholijna zimnofalowa elektronika/darkwave/post-punk LH obraca się tematycznie wokół samotności, wyalienowania, izolacji i fatalistycznego romantyzmu. Ten rok jest katastrofalny dla szeroko pojętej branży koncertowej. Niektóre zespoły od sześciu miesięcy nie grają żadnych koncertów, w tym LH. Wielu utalentowanych muzyków niszowych traci dochody, promocja płyt w taki sposób odpada. Koncerty zagranicznych wykonawców są w Polsce nie lada rzadkością - albo są przekładane na późniejsze terminy, albo odwoływane. A fani są spragnieni muzyki na żywo, co pokazała duża frekwencja na niniejszym koncercie. Duet muzyków z Lebanon Hanover wypadł na żywo bardzo przekonująco i ekspresyjnie. Byłem naprawdę pod wrażeniem. Premiera nowej (szóstej już płyty) niebawem. Depresja i nihilizm w taneczno-refleksyjnym wydaniu.
'Sadness is Rebellion' - tak brzmi swoiste motto LH. Te słowa
doskonale odzwierciedlają niepewność życia w czasie pandemii. Set-lista koncertu na otwartym dziedzińcu w Tamie: "Gallowdance", "Totally Tot", "Alien", "The Last Thing", "Shatter Matter", "Digital Ocean", "Die World II".
piątek, 14 sierpnia 2020
Joshua Foer, Dylan Thuras, Ella Morton "Atlas osobliwości" - recenzja
Co między innymi można w niej znaleźć? W zasadzie wszystko, co dziwne, abstrakcyjne i osobliwe. 'Zaczarowane' lasy takie jak ten na portugalskiej Maderze, Krzywy Las koło Gryfina (jeden z kilku polskich akcentów), maluteńki las na aleuckiej wyspie Adak czy japoński las samobójców Aokigahara, jeziora lawy i obszary geotermalne w Etiopii (wulkany Erta Ale i Dallol), lodowe jaskinie wulkanu Erebus na Antarktydzie, ogrody trujących roślin, zamknięte odcinki w londyńskim metrze, kaplice-ossuaria (czaszek w Sedlec czy rodzima w Czeremnej), upiorne mauzolea i grobowce (np. pogrzebanej żywcem dziewczyny na cmentarzu La Recoleta w Buenos Aires), wraki statków takich jak MV "Plassey" (Irlandia), włoskie wyspy-cmentarze ofiar dżumy z opuszczonymi szpitalami psychiatrycznymi (Poveglia w Wenecji), liczne muzea anatomii, patologii i kryminalistyki, kościoły z relikwiami i mumiami, Trupią Farmę, na której antropolodzy sądowi badają tempo rozkładu zwłok przez owady, chińskie muzeum okrytej złą sławą Jednostki 731, książki obite ludzką skórą, odizolowane geograficznie wyspy z agresywnymi plemionami (Sentinel Południowy w archipelagu Andamanów) oraz kryjące tragiczne historie związane z niewolnictwem (Tromelin na Oceanie Indyjskim), opuszczone przez skazańców więzienia, w których można przenocować, łuki skalne, kratery meteorytowe, opuszczone miasta pożerane przez pustynne wydmy (Kolmanskop w Namibii), makabryczne targi voodoo, rdzewiejące wraki wycieczkowców (MV "World Discoverer" na Wyspach Salomona) i samolotów, islandzkie nekro-spodnie, podlodowcowe jeziora na Antarktydzie (Wostok) i krwawe lodowce, dziwaczne projekty architektoniczne (pałaców i domów), których autorami byli częstokroć ekscentryczni artyści, opuszczone luksusowe kurorty (Warozja na Cyprze) oraz zapomniane latarnie morskie, cmentarze dla zwierząt, radioaktywne betonowe kopuły (atol Eniwetok) i eksplodujące jeziora wulkaniczne (Nyos w Kamerunie). Skończę już wymieniać, ale jako wytrwały poszukiwacz różnych dziwnych miejsc geograficznych mógłbym dodać mnóstwo ciekawostek od siebie.
Co najistotniejsze, ta obszerna, ekscentryczna, fantazyjna i bogato ilustrowana książka pobudza wyobraźnię i zachęca nie tyle do samego zwiedzania, co aktywnego eksplorowania, wyszukiwania dalszych informacji na temat danego miejsca. Pochłonąłem ją w cztery dni i chętnie będę do "Atlasu osobliwości" wracał.
środa, 12 sierpnia 2020
Cmentarz zakaźny w Warszawie (Praga) oraz dom Kereta
1) instalacja artystyczna Dom Kereta na rogu Chłodnej i Żelaznej uchodząca za jeden z najwęższych obiektów mieszkalnych na świecie. W najszerszym miejscu 122 cm, w najwęższym 70 cm. Od czasu do czasu mieszkają w niej artyści. Można umówić się na odpłatne zwiedzanie.
2) zrewitalizowany cmentarz zakaźny (ofiar przecinkowca cholery w latach 1872-73) na Pradze. Położony na peryferiach, blisko torów kolejowych. Zbiorowa mogiła 478 ofiar epidemii cholery z XIX wieku. Przez lata dewastowana, teraz odnowiona. Mimo wszystko nieco zapomniane miejsce, które w dobie pandemii chciałem odwiedzić. Bo te starsze epidemie uczą nas jak zachowywać się w obliczu obecnej. Pochowano tutaj także siedmiu żołnierzy pogan - odstępców od wiary chrześcijańskiej. Jeszcze niedawno miejsce wymagające niebezpiecznego przekraczania czynnych torów kolejowych, obecnie nie ma już takiej potrzeby. Data wizyty: 10 sierpnia 2020.
Na dniach wrzucę zdjęcia urbexowe i nie tylko z Wielkopolski.

















































