Pokazywanie postów oznaczonych etykietą botanika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą botanika. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 stycznia 2024

"Dowody zbrodni" i "Żyletkę zawsze noszę przy sobie" - recenzje

                                                                             

Małgorzata Gołota "Żyletkę zawsze noszę przy sobie" (recenzja)

Reportaż o depresji dzieci i młodzieży. Poruszający i jakże potrzebny, napisany z wyczuciem i wrażliwością przez dziennikarkę Małgorzatę Gołotę. W "Żyletkę zawsze noszę przy sobie" znajdziemy sporo statystyk dotyczących skali zachorowalności na depresję zarówno w wymiarze globalnym i krajowym, a także niepokojące liczby prób samobójczych i samobójstw wśród dzieci i nastolatków. Jak wiadomo nieleczona depresja może prowadzić do śmierci (samobójstwa). Przyczyny depresji wśród dzieci i młodzieży, ale także wśród osób dorosłych są złożone: z jednej strony uwarunkowania genetyczne, z drugiej czynniki środowiskowe takie jak bieda, przemoc domowa, samotność, w kontekście osób młodych opresyjny system szkolnictwa skierowany na skrajną rywalizację, przemoc rówieśnicza czy nadużywanie mediów społecznościowych. Omawiane są sygnały ostrzegawcze i symptomy depresji wśród dzieci i młodzieży (takie jak samookaleczenia, izolacja, anhedonia, czyli nie odczuwanie przyjemności, derealizacja, problemy somatyczne, skłonność do uzależnień), ale też sposoby leczenia depresji (terapia indywidualna, grupowa, rodzinna, farmakoterapia, w najcięższych przypadkach pobyt w szpitalu psychiatrycznym).

Książka okraszona jest kilkoma wywiadami: z pacjentami (wypowiadają się same młode kobiety), matką jednej z dziewczynek, psychiatrami, psychoterapeutami, etc. Przykuł moją uwagę obszerny wywiad z profesorem Brunonem Hołystem, prawdziwym polskim autorytetem w dziedzinie suicydologii i wiktymologii. Wywiad, który dotyczy samobójstw wśród dzieci i młodzieży. Profesor opisuje chociażby przypadek ośmioletniego dziecka, które zdecydowało się na ostateczny krok, wskazuje także przypadki naśladownictw i paktów samobójczych. Co ciekawe, kilka lat temu sam miałem okazję przeprowadzić z profesorem wywiad. 

Dużo jest w tej książce o zapaści psychiatrii dziecięcej w Polsce, jej przyczynach i skutkach. Poruszony zostaje także aspekt stygmatyzacji osób chorych i samobójców oraz ich rodzin przez nieczułe i obojętne otoczenie. A czasem wystarczy zwykła życzliwa rozmowa, by uratować komuś życie czy uczynić je na moment bardziej znośnym, lepszym. Najbardziej poruszające są wpisy z pamiętnika Joanny, która choruje na depresję od ósmego roku życia. Dziewczyna jako dziecko padła ofiarą przemocy domowej i molestowania seksualnego. Z jej wpisów wylewa się autentyczny mrok i ból psychiczny.
Książka ta jest głównie adresowana do rodziców i nauczycieli, ale w zasadzie mogę ją polecić każdemu, kto chciałby dowiedzieć się o depresji coś więcej. Konkludując, depresja to żadna chwilowa fanaberia, a podstępna i potencjalnie śmiertelna choroba, która staje się coraz bardziej rozpowszechniona i na szczęście przestaje być tabu, odium. Uwrażliwić społeczeństwo mogą w tej materii rzetelne kampanie społeczne i książki takie jak powyższa.
 
I ostatnie dane via Wykop: 
 
Średni czas oczekiwania na psychiatrę dziecięcego to 238 dni.
Są miejsca, w których okres oczekiwania wynosi ponad tysiąc dni, z czego trzy w Warszawie i jedno na Pomorzu, a rekord, który padł we wrześniu, to 2445 dni w jednym z ośrodków w Będzinie.
Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że w 2022 roku próby samobójcze podjęło 2093 dzieci (w wieku 7–18 lat). W 156 przypadkach zakończyły się one śmiercią.
 
David J. Gibson "Dowody zbrodni" (recenzja)
 
Przeczytałem "Dowody zbrodni" botanika i biologa Davida J. Gibsona z fascynacją i zainteresowaniem. Ta propozycja popularnonaukowa dotyczy w dużej mierze botaniki sądowej. Autor przedstawia w niej w zajmujący i rzeczowy sposób rozmaite zagadnienia związane z dowodami roślinnymi na miejscach zbrodni. W jaki sposób makroskopowe (np. drewno, mech) czy mikroskopowe (np. pyłki) dowody roślinne przyczyniły się do aresztowania, osądzenia i skazania sprawców morderstw, gwałtów czy seryjnych morderców? 
 
Gibson omawia tutaj wiele ciekawych spraw kryminalnych, w których dowody roślinne przyczyniły się do wykrycia przestępcy. Jedne sprawy kryminalne były mi już wcześniej znane np. porwanie dla okupu i morderstwo dziecka Lindberghów, inne nie. Fascynujące są rozdziały o truciznach roślinnych czy grzybiczych, którymi posługiwali się mordercy i samobójcy (np. cykuta, atropina, strychnina, rycyna, muscymol, itd.) oraz o przemycie zagrożonych wyginięciem gatunków roślin (w szczególności storczyków). Do zapamiętania także fragmenty o niuansach rozkładu ludzkich zwłok i tzw. nekrobiomie. 
 
Trochę przystępnie podanej interdyscyplinarnej wiedzy z zakresu genetyki, botaniki, kryminalistyki, sądownictwa, toksykologii. Lektura obowiązkowa dla wielbicieli true crime. Objętościowo dość kompaktowa - jedynie 250 stron wraz z całkiem bogatym molekularnym słowniczkiem i przypisami.

piątek, 13 sierpnia 2021

Stefano Mancuso, Alessandro Viola "Błyskotliwa zieleń" - recenzja

                                      
"Gdyby rośliny zniknęły jutro z powierzchni Ziemi, to życie ludzkie zgasłoby w ciągu kilku tygodni, w najlepszym razie kilku miesięcy. W krótkim czasie wyginęłyby także wszystkie wysoko rozwinięte zwierzęta. A gdyby z kolei zniknął człowiek, to rośliny w zaledwie kilka lat odzyskałyby wszystko, co im zabraliśmy. W ciągu niecałych stu lat wszelkie ślady ludzkiej cywilizacji zarosłyby całkowicie. Tyle właściwie powinno wystarczyć, aby ustalić biologiczny stosunek między rośliną a człowiekiem."

Cytat niniejszy pochodzi z krótkiej książki botanicznej "Błyskotliwa zieleń" autorstwa Alessandry Viola i profesora Stefano Mancuso zajmującego się fizjologią roślin. Książki, którą można przeczytać na upartego w dwie godziny (160 stron z przypisami), ale osobiście wiedzę w nią zawartą dawkowałem sobie powoli. Często stykam się z roślinnością pochłaniającą opuszczone miejsca, z drzewkami rosnącymi na dachach niszczejących industrialnych kolosów. Wówczas ma się wrażenie, że to królestwo roślin kiedyś zawładnie ruinami ludzkiej cywilizacji.

Do roślin ludzie zazwyczaj pochodzą w sposób obojętny. Zapewne dlatego, że rośliny prowadzą osiadły i na pierwszy rzut oka pasywny tryb życia. Co prawda rośliny służą nam jako ozdoby, elementy dekoracji, surowiec (drewno, paliwa kopalne) czy wreszcie jako źródło pokarmu, leków czy kosmetyków, ale zazwyczaj są one mniej 'atrakcyjne badawczo' niż różnorodne zwierzęta. Zafascynowany do głębi roślinami (tak jak Karol Darwin) profesor Stefano Mancuso udowadnia w "Błyskotliwej zieleni", że rośliny potrafią być inteligentne (inteligencja jako umiejętność rozwiązywania problemów), a nawet wrażliwe. Odbierają m.in sygnały ze środowiska, w którym żyją, przetwarzają te sygnały, komunikują się ze sobą, wykorzystują zwierzęta do osiągania takich celów jak np. wzrost, obrona, ekspansja, reprodukcja. Widzą, słyszą, odczuwają, są wrażliwe na dotyk oraz zdolne do przetrwania rozmaitych kataklizmów. Stanowią początek łańcucha pokarmowego i przeprowadzają kluczowy dla wszelkiego życia proces fotosyntezy. 

Rośliny są bardziej skomplikowane i złożone, niż zakładamy, co też udowodnił już w XIX wieku ojciec teorii ewolucji i zapalony botanik Karol Darwin wraz z synem Francisem. 

Wciągająca książka, po którą powinni sięgnąć wielbiciele przyrody, do których się zaliczam. Czuć w niej pióro naukowca, który podchodzi do roślin, ich poszczególnych modułów czy komórek roślinnych z ogromną fascynacją. Wśród ciekawostek zawartych w książce m.in. cuchnące padliną w trakcie kwitnienia dziwidło olbrzymie z Sumatry oraz omówienie strategii polowania roślin owadożernych/mięsożernych  (muchołówki, dzbaneczniki). 

Zdj. dziwidła olbrzymiego Ewa Sas.

środa, 11 października 2017

Hope Jahren "Lab Girl" - recenzja

„Lab Girl” autorstwa geobiolog Hope Jahren to na poły książka popularnonaukowa o drzewach, korzeniach, nasionach i glebach i na poły autobiografia kobiety naukowca. Miłość do nauki i laboratoryjnych eksperymentów już w dzieciństwie zaszczepił jej ojciec-naukowiec. Hope wychowywała się w niewielkim miasteczku w Minnesocie, w którym śnieg utrzymywał się rocznie przez dziewięć miesięcy. W miasteczku, którego większość mieszkańców pracowała w lokalnej rzeźni. W jej domu rodzinnym o norweskich korzeniach niepodzielnie panowały cisza, oszczędność słów i emocjonalny dystans. Zachwycona laboratorium ojca Hope postanowiła pójść w jego ślady – nauka stała się dla niej swoistym sanktuarium, bezpiecznym azylem. Uwielbiała precyzję nauk ścisłych i przyrodniczych, przywiązanie do szczegółów, reguł, ściśle przestrzeganych procedur. Dała się ponieść magii botaniki, paleontologii i geobiologii.

Jej przepełnione nieustanną pracą budowanie reputacji naukowca pełne było wzlotów i upadków (od pracy w szpitalu do licznych przeprowadzek i zakładania kolejnych laboratoriów). Toczyła nieustanną walkę o należyte dofinansowanie prowadzonych przez siebie badań. Mimo licznych przeciwności losu nie poddawała się i parła dalej. Jak każdy naukowiec pragnęła dokonać znaczących odkryć i dążyła do eksperymentalnych przełomów, co wymagało długotrwałych eksperymentów, zarwanych nocy, ciągłego gromadzenia danych i wielu powtórzeń. Choć zdarzały jej się naturalne chwile zwątpienia i depresji miała w sobie ferwor walki i przeogromną determinację, by czegoś dokonać. W jej zmaganiach dzielnie wspomagał ją Bill, ekscentryk z Armenii, niezwykle lojalny przyjaciel i późniejszy menadżer laboratorium Jahren. To z nim organizowała wyprawy polowe dla studentów, zbierała próbki mchów w Irlandii czy przebywała na kanadyjsko-arktycznej wyspie Axela Heiberga.

W wieku 32 lat Hope wyszła za mąż za uzdolnionego matematycznie naukowca Clinta, a potem powiła mu syna. Jej wysiłki badawcze stopniowo były przez społeczność naukową coraz bardziej nagradzane. Wraz z mężem i dzieckiem zamieszkała na Hawajach, gdzie stworzyła Laboratoria Geobiologiczne Izotopów Stałych. Obecnie Hope Jahren pracuje na Uniwersytecie w Oslo. Oto do czego doprowadziła ją fascynacja roślinami, glebą, drzewami.

Książka czasem zabawna, czasem smutna, często pouczająca i skłaniająca do zadumy. Bogata wyobraźnia i ogromna wiedza autorki przeplata się w „Lab Girl” z poetycką wirtuozerią pisanego języka. „Jako mała, żyjąca cząstka naukowego kolektywu przesiedziałam niezliczone noce sama w ciemnościach, paląc swą metalową świeczkę i z bólem serca patrząc na obcy świat. Jak każdy, kto skrywa cenne tajemnice wykute w ogniu wieloletnich poszukiwań marzyłam o kimś, z kim mogłam się nimi podzielić.”

poniedziałek, 3 lipca 2017

David Haskell "Ukryte życie lasu" - recenzja

"Ukryte życie lasu" Davida Haskella to jedna z najpiękniejszych książek o przyrodzie jaką kiedykolwiek przeczytałem. Haskell jest biologiem z University of the South, który oprócz prac naukowych pisze także wiersze, eseje oraz artykuły. Jego debiutancka książka "The Forest Unseen" (2012) (w Polsce ukazała się nakładem wydawnictwa Feeria pod tytułem "Ukryte życie lasu") została w 2013 roku nominowana do nagrody Pulitzera. Idea przewodnia "Ukrytego życia lasu" jest banalna, acz porywająca: Haskell niczym XIX-wieczny outsider-naturalista (np. Thoreau) spędza rok na małym górzystym wycinku (mandali) starego lasu w południowo-wschodniej części stanu Tennessee, USA, uważnie przypatrując się jego zdumiewającej florze i faunie oraz analizując złożone procesy biologiczne zachodzące na tym skrawku wraz z nadejściem czterech pór roku. Nauczający studentów biologii na uniwersytecie Haskell pragnie oderwać się od murów uczelni i odnowić kontakt z przyrodą. Jego cele to weryfikacja hipotez czy seria pomiarów. Warto w tym miejscu przytoczyć słowa Haskella: "W lesie poczułem wielką pokorę. Nagle konfrontujesz się ze swoją ignorancją. Miałem za sobą dekady badań naukowych i nauczania studentów biologii, opublikowałem mnóstwo artykułów. A jednak siedząc w tym lesie, zdałem sobie sprawę, jak mało wiem." Rankiem 1 stycznia Haskell rozpoczął obserwacje w wybranej przez siebie mandali, po czym co kilka/kilkanaście dni powracał do niej, by podglądać przyrodę. Nie zabijał ani nie przemieszczał żadnych organizmów, starał się ograniczyć swoją ingerencję w glebę do minimum. Do obserwacji używał jedynie lupy i lornetki.

Flora i fauna lasu (np. mchy, porosty, ryjówki, salamandry, grzyby, mrówki, kleszcze, itd.) co chwila Haskella zaskakiwała, w zdumienie wprawiały go zaobserwowane ekologiczne interakcje (pokryte różowym pyłkiem kwiatowym pszczoły, mrówki ciągnące dżdżownice do kopca, etc.) Wnikliwa obserwacja leśnej mandali skłaniała naukowca do dalszego poszerzania wiedzy w bibliotece. Rodziły się ważkie pytania o związki między światem roślinnym a zwierzęcym oraz o powiązania flory i fauny z geologią i klimatem. Trochę uwagi Haskell poświęca promieniowocom - bakteriom glebowym, które dały nam kilka antybiotyków, w tym streptomycynę, terramycynę czy tetracyklinę. Inne przykłady to bylina stopkowiec tarczowaty, z której korzeni i kłącza pozyskiwane są glikozydy i lignany wykazujące działania przeciwnowotworowe czy dziki pochrzyn - jego korzenie zawierają diosegninę, której przekształcenie w laboratorium do progesteronu zaowocowało pierwszymi doustnymi środkami antykoncepcyjnymi. Las to istna skarbnica dla nowożytnej medycyny. To także komunikujące się ze sobą za pomocą związków chemicznych rośliny (np. ostrzegające się wzajemnie o zagrożeniu), podziemne sieci grzybów czy mikoryza (partnerstwo korzeni roślin i grzybów). Ukryte życie lasu ukazane w poetyckim splendorze, chwilami magiczne, chwilami bezwzględne i przerażające.

Głęboko refleksyjna książka ujmująca Czytelnika różnorodnością przyrodniczych tematów i wnikliwością obserwacji. Idealna dla ludzi kochających leśne wędrówki.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Daniel Chamovitz "Zmysłowe życie roślin" - recenzja



























Czy rośliny są świadome? To jedno z wielu pytań (bodaj najważniejsze), na które stara się odpowiedzieć Dyrektor Centrum Biologii Roślin "Manna" przy Uniwersytecie Tel Awiwu, doktor Daniel Chamovitz w swej krótkiej (zaledwie 162 strony tekstu nie licząc listy źródeł naukowych) książce popularnonaukowej "Zmysłowe życie roślin" (wydawnictwo WAB). Roślina potrafi widzieć, wąchać i odczuwać dotyk. Potrafi się bronić przed zagrożeniem i już zaatakowana ostrzegać przed nim sąsiadów. Wielu ludziom wydaje się, że rośliny to organizmy nieżywotne, co absolutnie nie jest prawdą, gdyż życie roślin jest nad wyraz bujne, zmysłowe, kompleksowe. Zatem pozbądźcie się z domów wszystkich sztucznych drzewek i zastąpcie je żywymi, bo to tak jakbyście trzymali u siebie wypchanego psa czy kota zamiast żywego (dobra, nie mam nic przeciwko przepięknej sztuce taksydermii :-)) Zakorzeniona roślina nie jest w stanie uciec przed złą pogodą, nie umie też przemieszczać się w poszukiwaniu pokarmu czy partnera, niemniej dzięki kompleksowym i niezwykle wrażliwym mechanizmom sensorycznym potrafi przetrwać w praktycznie każdym nieprzychylnym jej środowisku. W 6 rozdziałach i epilogu Chamovitz omawia wzrok roślin, ich węch, dotyk, słuch, a także propriocepcję (czucie głębokie), pamięć i świadomość. Ta intrygująca książka z pogranicza botaniki, biologii ewolucyjnej i genetyki okraszona jest świetnymi rysunkami niektórych roślinek np. rzodkiewnika pospolitego (Arabidopsis thaliana, pierwsza roślina, której cały genom został w 2000 roku zsekwencjonowany), łowiącej owady muchołówki amerykańskiej, pasożytniczej kanianki czy słonecznika pospolitego. Solidny plus za uwzględnienie dziwidła olbrzymiego (Amorphophallus titanum, na zdjęciu), które słynie z silnego odoru gnijącego mięsa wydobywającego się z kwiatostanu amorfofalusa i przywabiającego owady-zapylacze. Chciałbym mieć takiego smrodliwego delikwenta w domu.

"Dęby, sosny i reszta leśnej braci widziały tak wiele wschodów i zachodów słońca, tak wiele nastających po sobie pór roku i tak wiele pokoleń przemijających w milczeniu, że możemy się jedynie zadumać nad tym, jak brzmiałaby "opowieść drzew", gdyby były wyposażone w narządy mowy, albo gdybyśmy dysponowali słuchem dość czułym, by zrozumieć ich szepty" - Maud Van Buren, cytat z książki.

wtorek, 8 października 2013

Chłostane wiatrem drzewa w Slope Point, Nowa Zelandia























Uwielbiam drzewa. Te na Slope Point, najbardziej na południe wysuniętym punkcie Wyspy Południowej Nowej Zelandii są doprawdy wyjątkowe, gdyż wyglądają niczym z onirycznych koszmarów. Chłostane zimnymi i bezlitosnymi południowo-zachodnimi wiatrami wędrującymi wprost z Antarktydy. Cyprysy wielkoowocowe powyginane, zniekształcone, wykręcone na zawsze w kierunku skąd wieją antarktyczne wiatry. Rejon Slope Point poza okazjonalnym wypasem owiec nie jest zamieszkiwany przez ludzi, ale o ich bytności świadczą zdewastowane szopy. Lubię takie miejsca, z dala od ludzkich sadyb, tam, gdzie rzadko widzi się ludzi... w rzeczywistości do Slope Point nie prowadzą żadne drogi poza ścieżkami przeznaczonymi dla pieszych eksploratorów.

niedziela, 29 września 2013

Castagno dei Cento Cavalli, najstarsze drzewo Sycylii


























Kasztanowiec Stu Koni (Hundred Horse Chestnut Tree) znajduje się kilka kilometrów od sycylijskiego miasta Sant' Alfio na wschodnim zboczu aktywnego wulkanu Etna. To najstarszy kasztanowiec na Sycylii i prawdopodobnie w Europie. Jego wiek ocenia się od 2000 do 4000 lat. Nie każda jego część jest tak wiekowa. Części pnia zostały wypalone, w pewnym okresie wbudowano w drzewnego matuzalema (dosłownie!) dom. Nazwa drzewa Kasztanowiec Stu Koni dotyczy legendy w której królowa Aragonii, Joanna (1454-1517) wraz z setką zbrojnych rycerzy podróżowała w kierunku wulkanu Etna. Jej rycerski orszak zaskoczyła potężna burza; kasztanowiec był idealnym miejscem by się schronić.

Za najstarsze drzewo w Europie uchodzi jednak Stary Tjikko, którego wiek oszacowano na 9550 lat. Lokalizacja: prowincja Dalarna w Szwecji. Mierzące 4 metry wysokości i znajdujące się na wysokości 910 metrów drzewo odkrył w 2004 roku geolog Leif Kullman i nadał mu imię swojego zmarłego psa.

Takie drzewa są sędziwym testamentem europejskiej historii. Przemawiają przez nie lata, dekady, wieki, millenia...

czwartek, 26 września 2013

Starożytny las pod topniejącym lodowcem i Wędrujący Wiatr






























Lodowiec Mendenhall (95.3 km kwadratowych powierzchni) w południowej Alasce topnieje pod wpływem antropogenicznej emisji gazów cieplarnianych. I tym samym odsłania części starożytnego lasu; niektóre drzewa wciąż znajdują się w pozycji stojącej z korzeniami i korą. Profesor geologii Cathy Connor mówi, iż możliwe jest obliczenie wieku danego drzewa. Drzewa już zidentyfikowano jako świerki i choiny kanadyjskie bazując na średnicy ich pni, ale analiza wciąż trwa. Przed topniejącym lodowcem uchronił je grobowiec żwiru - warstwa żwiru o wysokości od 1.2 do 1.5 metra pokryła drzewa zanim lodowiec ruszył na nie pozostawiając pniaki w lodowatym grobowcu. Drzewa mają od 1200 do 1400 lat, najstarsze około 2350 lat. Lodowiec Mendenhall cofa się od 2005 roku szacunkowo co roku o 52 metry. Mieszkańcy Alaski obawiają się podwyższenia poziomu mórz i utraty wielu źródeł wodny pitnej. Przykładowo mieszkańcy Anchorage korzystają z zasobów wodnych lodowca Ekutna.

Plucha za oknem, jesienna aura powoli się w Polsce zadomawia. Jesienną porą wskazane jest słuchać dobrej muzyki. Jeśli miałbym komukolwiek doradzić co należy słuchać jesienią to zacząłbym od doom metalu (funeral i death doom), neofolka, atmosferycznego black metalu i dark ambientu. Klimatycznej muzyki jest do wyboru do koloru, trzeba tylko umieć grzebać. Wczoraj natrafiłem na interesujący polski skład black metalowy Wędrujący Wiatr. Kiedy pojawiły się porównania do Wolves in the Throne Room, Alda, Addaura, Skagos i innych reprezentantów Kaskadowego (od Gór Kaskadowych) black metalu musiałem ich płytę "Tam, gdzie Miesiąc opłakuje Świt" (2013) przesłuchać. Wędrujący Wiatr tworzą Razor (Fall, Pustota) oraz W. (Stworz). A album jest naprawdę wciągający i majestatyczny. Ostre black metalowe wokale pełne są nieskrępowanych emocji, akustyczne melodie przenoszą w głąb jesiennych borów, a wykreowana atmosfera inspirowana polskim folklorem i pogańskim uwielbieniem Natury jest zniewalająca. Zwróćcie uwagę na Wędrujący Wiatr, bo naprawdę warto...

Wędrujący Wiatr "W srebrnej łunie, pośród chłodów Nocy"

https://www.youtube.com/watch?v=aZ32zTpzbWU

Na zdjęciach lodowiec Mendenhall, pozostałości antycznego lasu ukrytego pod nim oraz Wędrujący Wiatr.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Pokrzyk wilcza jagoda (Atropa Belladonna)




















Wszyscy zapewne pamiętają bajkę o Królewnie Śnieżce, dziewczynce o włosach czarniejszych niż noc, skórze białej niczym śnieg i ustach czerwonych niczym krew. Nowa żona ojca Śnieżki tak bardzo ją znienawidziła, że usiłowała zabić dziewczynkę na różne sposoby m.in podając jej jabłko przyprawione wilczą jagodą. Sama nazwa Belladonna znaczy tyle, co "piękna kobieta". Urodziwe Rzymianki, aby być jeszcze piękniejszymi skraplały sobie źrenice Belladonną, co sprzyjało ich rozszerzaniu i nadawaniu im blasku (tzw. "sarnie oczy"). Oraz jaskrze w przyszłości.

Pierwszy łaciński człon tej trującej rośliny z rodziny psiankowatych odnosi się do Atropos, najstarszej z trzech Mojr, która obcinała nić życia. Pokrzyk wilcza jagoda związana jest także z czarodziejką Circe, demoniczną femme fatale, skuteczną uwodzicielką. Roślinę niniejszą kojarzono z Diabłem, była też składnikiem maści czarownic. Niektóre legendy mówią, że Szatan tak sobie ukochał Atropę Belladonnę, że pozostawia ją niepilnowaną jedynie w Noc Walpurgii, aby dołączyć do sabatu wiedźm. Rzymscy kapłani pili napar z Belladonny przed inwokacją bogini wojny Bellony, a do wina z bacchanaliów dodawano sok z Belladonny.

Charakterystyka: ciemnozielone, duże, owalne liście, kwiaty brunatnofioletowej barwy, silne trujące ciemne jagody, których zjedzenie może zabić. Skład: alkaloidy tropanowe (atropina, hioscyjamina i skopolamina). Atropina poraża ośrodkowy układ nerwowy przyśpieszając bicie serca i tempo oddychania. Tętno po zatruciu przyśpiesza, wzrasta temperatura ciała, pojawiają się halucynacje i silne stany psychotyczne, suchość w ustach, światłowstręt na skutek rozszerzenia źrenic, przy dużych dawkach śpiączka kończąca się zgonem. Atropina jest antagonistą acetylocholiny znosząc jej działanie. Hioscyjamina działa dwa razy silniej niż atropina. Skopolamina wycisza, osłabia wolę, skutkiem jej zażywania są omamy i stany psychotyczne.

http://www.thepoisongarden.co.uk/atoz/atropa_belladonna.htm

Ziele Szatana, nie ma co...

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Gympie Gympie: roślina z piekła rodem




































Nasz rodzimy Barszcz Sosnowskiego może się schować w porównaniu do tego niepozornego krzewu z rodziny pokrzywowatych. Gympie-gympie, bo o niej tutaj mowa, to najbardziej parząca roślina na świecie zdolna do zabicia psów, koni i ludzi. Ból po zetknięciu z gympie-gympie przypomina "przypalanie rozżarzonym żelazem", jest potwornie intensywny, może wręcz doprowadzić do wymiotów, a wszystko przez małe igiełki tzw. trichomy, którymi pokryte są liście, gałązki i owoce gympie-gympie. Igiełki wbijają się w skórę nawet przez ubranie. Ból może trwać tygodniami, miesiącami, latami, ba, może wręcz skłonić pechowca, który poparzył się rośliną do samobójstwa (udokumentowano takie przypadki). Na poparzone miejsce należy niezwłocznie nanieść woskowy plaster. Neurotoksyna, która go powoduje zwie się moroidyną. Gympie-gympie rośnie w Queensland w Australii. Wyobraźcie sobie taką roślinę we własnym ogrodzie. :-) Zaiste botaniczny koszmar.