Pokazywanie postów oznaczonych etykietą heavy metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą heavy metal. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 lutego 2022

Umiera Roman Kostrzewski z Kata

                                          
10 lutego social media obiegła wieść o śmierci Romana Kostrzewskiego, długoletniego wokalisty zespołu Kat i człowieka określanego mianem ojca polskiego metalu. I słusznie, gdyż wpływ zespołu Kat na rodzimą scenę metalową jest bezdyskusyjny. Osobiście nie mam z Katem zbyt wielu szczególnych wspomnień, gdyż o muzykę Kata zaledwie się otarłem (pierwszą płytą Kata, którą dane mi było mi poznać wiele lat temu była "Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach" z 1996 roku). Jednak mimo że nie byłem ogromnym wielbicielem Kata, trudno mi nie przestać myśleć o Romku, gdyż był wyjątkowo utalentowanym i dobrodusznym muzykiem. Nie dziwi mnie zatem fakt, że ludzie z różnych roczników wspominają koncerty Kata z Romanem Kostrzewskim na wokalu, płyty Kata, wywiady i pogaduszki z Romanem, który był bardzo dostępnym dla fanów człowiekiem. Na pewno żałuję, że nie miałem sposobności uczestniczyć w ostatnich koncertach Kata z Romanem na wokalu. Niestety taka kolej rzeczy. Tracimy artystów, których muzykę cenimy czy wręcz kochamy. Śmierć nie oszczędza nikogo. Nawet jeśli nie znamy danego artysty, muzyka, jego sztuka pozwała nam odkrywać samego siebie. Czasem fanowska żałoba po śmierci może potrwać nawet kilka tygodni: tak było w przypadku Davida Bowie, który zmarł w 2016 roku na nowotwór wątroby. Za tragiczną śmiercią LG Petrova z Entombed czy Romana Kostrzewskiego także stoi okrutny rak. 

Dorastamy z twórczością artysty, który prędzej czy później umrze. Oglądamy jego filmy, czytamy jego książki czy tomiki poezji, słuchamy jego muzyki. Ulubiony muzyk, zespół, artysta staje się tak jakby częścią naszej najbliższej rodziny, z którą jesteśmy zżyci. Stąd głębokie i bolesne poczucie straty, które nam towarzyszy, które nas gnębi. Ponieważ muzyka czy generalnie sztuka danego artysty potrafi zmienić nas na lepsze, zmusić do refleksji bądź wydobyć z nas najskrytsze pokłady emocji. Dobra sztuka potrafi rezonować z jej odbiorcami, dlatego gdy nasz ulubiony artysta umrze tak głęboko to odczuwamy. Chodzi tutaj przede wszystkim o tą piękną intymną więź między twórcą, kreatorem, artystą a odbiorcą, słuchaczem, czytelnikiem. Przykładowo muzyka pomaga nam zmagać się z samotnością ludzkiej egzystencji, z uchodzeniem za odludka, wyrzutka, odmieńca. Ulubiony artysta, który odszedł był naszym nieznajomym-przyjacielem, który nas rozumiał, nie oceniał. 

RIP Roman Kostrzewski (1960-2022).

https://www.metal-archives.com/artists/Roman_Kostrzewski/3577 

Kilka mini-recenzji muzycznych filmów dokumentalnych:

"Berlin Now" (1985) w reżyserii Wolfganga Bülda to hipnotyczny i uroczy dokument muzyczny o podzielonym murem mieście i jego najważniejszych muzykach eksperymentalnych. Dużo świetnej muzyki, intrygująca praca kamery oraz trochę onirycznej fantastyki. Wśród wykonawców znaleźli się między innymi Einstürzende Neubauten, Die Schlampen/ Blixa Bargeld, Mona Mur, D.A.F. czy Sprung aus den Wolken. Berlin, miasto, które nigdy nie zasypia. Znakomita scena kowbojskiego napadu na bank.

"1/2 Mensch" (1985) - Istna symfonia industrialnego hałasu. Zapis występu Niemców z Einstürzende Neubauten w opuszczonej fabryce i na sali koncertowej. I zapewne inspiracja dla cyberpunk/body horroru "Tetsuo"(1988) Shinya Tsukamoto. Cudowna inkorporacja tancerzy butoh z grupy Byakko-sha. Industrialny rozkład, dżdżownice, piła mechaniczna, płomienie, zestawy telewizorów, wózki sklepowe, zgrzyty, trzaski, ryki. Muzyczny albo antymuzyczny obłęd. Dla wielbicieli estetyki cyberpunk, futurystycznej dystopii oraz industrialnego hałasu/urbexu film jak znalazł.

Na zdjęciach muzycy Kata z zespołem Metallica (koncert 10 lutego 1987 roku w Katowicach, Kat zagrał jako support) oraz kadr z "1/2 Mensch".

wtorek, 9 listopada 2021

Demony (1985) i Demony 2 (1986) - wspomnienia i muzyka

                                                     

W niedzielę 7 listopada odświeżyłem na Netflixie trzy włoskie filmy: dwie części "Demonów" w reżyserii Lamberto Bavy oraz giallo "Nieuchwytny morderca" (1971) w reżyserii Ducio Tessari. W tej chwili jedynie te trzy tytuły Eurohorroru można obejrzeć na tej platformie. Lepsze to niż nic. Zazwyczaj oglądam na Netflixie wyłącznie horrory, czasem skuszę się na jakiś film dokumentalny czy serial (vide "Katla" czy "Squid Game"). Jednak siłą rzeczy dominują tam filmy grozy nakręcone w ciągu ostatniej dekady, a co za tym idzie zbyt... bezpieczne, pozbawione zazwyczaj dużej dawki makabry czy suspensu (oczywiście to moja subiektywna opinia, zdarzają się chlubne wyjątki jak np. "Nieznajomi 2" czy "Nie oddychaj"). Osobiście uważam wrzucenie obu części "Demonów" do oferty Netflixa za pewną niespodziankę, gdyż horrory te oferują sporo krwistego gore. 

Lubię obie części "Demonów" i znam je od lat. Nie tylko dlatego, że wyprodukował je włoski mistrz horroru Dario Argento, jeden z moich ulubionych reżyserów. Oba filmy charakteryzują się soczystą dawką przemocy i gore, stylową scenografią i wysmakowanym oświetleniem (czuć tutaj wpływ stylistyki Argento, oj czuć!) oraz świetnymi soundtrackami, do których jednak przejdę później. W telegraficznym skrócie w pierwszej części demony atakują widownię niskobudżetowego horroru w berlińskim kinie Metropol, natomiast w drugiej części areną bitwy z krwiożerczymi demonami stanie się wysoki apartamentowiec. W obu częściach pojawiają się punkowe postaci (w "Demonach" czwórka punków narkotyzuje się kokainą z puszki Coca Coli). Główne różnice między filmami to miejsce akcji (pierwsza część - kino Metropol w Berlinie, druga - szklany wieżowiec, zapewne także w Berlinie), druga część jest bardziej stonowana, jeśli chodzi o efekty gore niż oryginał z 1985 roku i nieco bardziej trzyma w napięciu. W "Demonach" pojawia się m.in. reżyser filmów grozy Michele Soavi jako tajemniczy zamaskowany mężczyzna oraz znana z "Głębokiej czerwieni" (1975) Nicoletta Elmi, a także starsza córka Dario Argento, Fiore, natomiast "Demony 2" to aktorski debiut młodszej córki Dario, Asii.

Na osobną uwagę zasługują soundtracki do obu filmów. Soundtrack Claudio Simonetti do "Demons" zawiera także utwory synth popowe i heavy metalowe/hard rockowe takich artystów jak np. Motley Crue ("Save Our Souls"), Billy Idol (znakomity "White Wedding", faworyt wielu gotyckich imprez bat-cave z początku lat 80-tych), Scorpions ("Dynamite"), Saxon ("Everybody Up") czy Accept ("Fast as a Shark"). 

Soundtrack do drugiej części "Demonów" powinien przypaść do gustu wielbicielom rocka gotyckiego i post-punka ze względu na obecność takich zespołów/artystów jak Fields of the Nephilim ("The Power"), The Cult (fenomenalny "Rain"), Dead Can Dance ("De Profundis"), The Smiths ("Panic"), Peter Murphy ("Blue Heart") czy Gene Loves Jezebel ("Heartache"). 

Swoją drogą kawałek Bauhaus "Stigmata Martyr" z debiutu "In a Flat Field" (1980) pojawił się na sooundtracku amerykańskiego horroru Kevina S. Tenneya "Noc demonów" (1988), na pewno inspirowanego przez obie części "Demonów". 

No cóż, wypada zapodać kilka tych kawałków i zachęcić fanów horroru i rocka gotyckiego do obejrzenia obu części "Demonów" na Netflixie.

https://www.youtube.com/watch?v=0beHJudKWcU

https://www.youtube.com/watch?v=D1Lt_yl749c 

https://www.youtube.com/watch?v=RD5b_0QB0wI

https://www.youtube.com/watch?v=KkwbhL9i6pY 

https://www.youtube.com/watch?v=n6Ym5aYTFmk

https://www.youtube.com/watch?v=AAZQaYKZMTI

A kino/sala koncertowa w stylu art nouveau Metropol działa po dziś dzień. W Metropolu wystąpili m.in tacy wykonawcy jak np. Depeche Mode, Front 242 czy Morrissey.

sobota, 3 kwietnia 2021

Dead Hands Dig Deep (2015) - recenzja / Kettle Cadaver

                                                               
Interesujący dokument o ekstremalnym wokaliście bliżej mi wcześniej nieznanej punkowo-gotycko-metalowej grupy Kettle Cadaver. Urodzony w Norwegii Edwin Borsheim był swoistym odpowiednikiem G.G Allina sceny ciężkiego grania. Zanim zabrałem się za "Dead Hands Dig Deep" obejrzałem oba muzyczne DVD Kettle Cadaver "A Taste of Blood" i "Among the Damned", aby poznać muzykę zespołu i ekstremalne ekscesy Edwina. No i jest grubo - samookaleczanie przy użyciu gwoździ, agrafek, przebijanie przyrodzenia, tłuczenie butelek na głowie, zaszywanie ust, oporządzanie martwych zwierząt, rozwalanie domu, bijatyki z fanami na koncertach czy wprawiający w osłupienie moment, w którym jakaś blondynka wypija krew Edwina i potem pluje mu nią w twarz.

Edwin przez kilka lat był mężem Evy O. z death rockowego Christian Death. Po rozpadzie tego związku mężczyzna odizolował się kompletnie od społeczeństwa. Trawiły go obsesja na punkcie Evy i jej córki, depresja i uzależnienie od narkotyków, być może schizofrenia. Myślał o mordowaniu innych ludzi, groził śmiercią także ekipie filmowej "Dead Hands Dig Deep". Zastanawiał się nad samobójstwem, pragnął, aby przy muzyce Kettle Cadaver ludzie odbierali sobie życie. Sypiał w trumnie, a ze swojego domostwa stworzył prawdziwy gabinet tortur z licznymi akcesoriami do zadawania fizycznego bólu. Już sama wizyta filmowców w tym przesyconym mroczną aurą miejscu robi wrażenie.

"Dead Hands Dig Deep" przedstawia skomplikowaną sylwetkę Edwina, mężczyzny sadomasochistycznego, zaburzonego, nieszczęśliwego, do głębi zafascynowanego makabrą i brutalnością. Jednak w pewnym momencie zacząłem Edwinowi współczuć, gdy wyszło na jaw, że jego biologiczny przemocowy ojciec popełnił samobójstwo, a brat umarł po przedawkowaniu heroiny. Ból jest głębszy niż pogrzebane w ziemi ciało i trawi umysł przez całe życie. Film mocny, nieprzyjemny, chwilami bardzo brutalny, ale wart obejrzenia w komplecie z dwoma muzycznymi DVD Kettle Cadaver (oba są dostępne na Youtube). 

Edwin Borsheim powiesił się w Czarnym Domu 20 czerwca 2017 roku. Co znamienne, niedawno minęła też kolejna rocznica samobójczej śmierci Rozza Williamsa z Christian Death (1 kwietnia 1998 roku). 

https://www.metal-archives.com/bands/Kettle_Cadaver/9742

sobota, 29 października 2016

Castle i Blindead w Bazylu 28.10.2016 (fotorelacja)



















Zastanawiałem się czy pójść na koncert Blindead w Poznaniu, ale zwyciężyła ciekawość. Co prawda zespół ten zagrał koncert na Zamku w trakcie tegorocznego Castle Party - niestety mnie ominął, gdyż akurat tego dnia w dawnym Kościele Ewangelickim przypadł dzień dark ambientowo-industrialny, którego nie chciałem odpuścić. Byłem zwłaszcza ciekaw jak zaprezentuje się nowy wokalista Blindead Paweł Pietza i czy godnie zastąpi Patryka Zwolińskiego. Poza dwoma utworami z "Ascension" (2016), które udostępnione zostały na Youtube nie wiedziałem też czego można się spodziewać po pierwszej płycie Blindead bez Patryka. Po doświadczeniu jej na żywo w dniu wczorajszym już mniej więcej wiem.

Zanim jednak Blindead odegrali na żywo w całości "Ascension" na scenie poznańskiego Bazyla pojawiło się trio muzyków z San Francisco/Toronto zwane Castle. Ich mieszanina tradycyjnego heavy metalu i doom metalu raczej nie przemówiła do mnie z płyt, lecz na żywo zabrzmiała całkiem świeżo i energicznie. Niektóre riffy brzmiały ciężko i melodyjnie słaniając co poniektórych do machania łbem. Podobały mi się dualne damsko-męskie wokale - z naciskiem jednak na śpiew Elizabeth Blackwell, który zdaje się dominować w twórczości tria. Oczywiście muzykę Castle trudno uznać za coś przełomowego - kapel grających retro heavy/doom metal z okultystycznymi naleciałościami jest obecnie sporo. Jednak mający na swoim koncie już cztery długograje Castle z pewnością zasługuje na uwagę.

https://www.youtube.com/watch?v=aLu43vcZG3g

Po solidnym heavy doom metalowym gigu Zamku przyszedł czas na Blindead - zespół, który gościł w tutejszych relacjach już parę razy. Od razu muszę przyznać że z początku musiałem się przyzwyczaić do wokali Pawła Pietzy, następcy Patryka Zwolińskiego. Paweł ma swój styl i nie próbuje kopiować Patryka, co się chwali. W trakcie odgrywania materiału z "Ascension" na żywo przez Blindead zwróciłem uwagę na plemienne partie perkusji przypominające mi Neurosis czy Minsk. Odniosłem też wrażenie że płyta ma dość mocno zarysowany ambientowy charakter mimo ciężkich fragmentów takich jak np. w "Hunt", "Horns" i "Ascend". Nadal wszakże nad muzyką Blindead unosi się namacalna aura melancholii i niepokoju. Zespół pożegnał się z fanami kawałkami 'starego' Blindead - "So It Feels Like Misunderstanding When..." i "Absence".

https://www.youtube.com/watch?v=0IZsRB4s87E

I jeszcze słówko o pewnej nieciekawej sytuacji na koniec. W Szczecinie Blindead mieli supportować Białorusini z funeral doomowego Woe Unto Me. Jednak na dwa dni przed koncertem właściciel tamtejszego klubu Free Blues Club nie pozwolił im zagrać, bo ich pogrzebowy doom był dla niego zbyt negatywny i poczuł się źle od jego słuchania. Nigdy jeszcze nie spotkałem się z tak kretyńskim powodem odmówienia kapeli klubowego występu.

sobota, 16 maja 2015

Tribulation "The Children of the Night" (2015) - recenzja

Tuż po pierwszych przesłuchaniach najnowszego albumu szwedzkich piewców horroru Tribulation "The Children of the Night" poczytałem trochę recenzji tego krążka i opinii na jego temat na metalowych forach. Jedni wychwalają "Dzieci Nocy" pod niebiosa, inni gnoją tą płytę za jej melodyjność, chwytliwość i brak ciężaru. Wiedziałem że Tribulation będzie niezwykle trudno przebić ich poprzedni album "The Formulas of Death" (2013), który uznaję za kapitalny. Po kilku godzinach obcowania z "The Children of the Night" stwierdzam, iż "The Horror" (2009) i "Formuł Śmierci" nie przebili, ale ich najnowszy twór to całkiem udana płyta. Na chwilę obecną to moja subiektywna opinia, która wraz z kolejnymi przesłuchaniami może ulec zmianie. Death metalu i rozszalałych riffów na "The Children of the Night" raczej już nie uświadczymy, jest za to sporo pierwszorzędnej gitarowej muzyki, a bębny brzmią kapitalnie, gęsto i płynnie. No i "Dzieci Nocy" przesycone są wspaniałym nastrojem grozy i niesamowitości, którym charakteryzowały się gotyckie horrory z lat 60-tych czy 70-tych - mowa tutaj o produkcjach brytyjskiej wytwórni Hammer i Amicus czy włoskich/hiszpańskich horrorach o wampirach, wilkołakach czy rodzinnych klątwach. Gdzieniegdzie na "The Children of the Night" przebrzmiewają echa doskonałej muzyki włoskiej grupy Goblin, która współpracowała z Dario Argento przy jego wysmakowanych wizualnie dreszczowcach (np. "Suspiria", "Deep Red"). Poza tym zachwyca mnie genialna okładka przedstawiająca uskrzydloną postać wampira w czerni. Zastanawiam się na ile belgijsko-niemiecko-francuski horror "Les Lèvres rouges" aka "Dzieci nocy" (1971) w reżyserii Harry'ego Kümela bazujący na historii wampirycznej Elżbiety Batory mógł zainspirować najnowszy album Tribulation. Być może zbieżność tytułów jest przypadkowa. W każdym razie na "The Children of the Night" czuć wpływy zarówno Dissection, jak i Fields of the Nephilim oraz wspomnianego już Goblin. I tak naprawdę jedynie black metalowe wokale Johannesa Anderssona przypominają o tym, że wciąż mamy do czynienia z kapelą metalową, acz zabiegającą o szersze grono słuchaczy. Czekam na kolejny koncert Szwedów w Polsce.

Warto zaopatrzyć się w digipack "The Children of the Night", gdyż zawiera on dwa dodatkowe bonusowe numery: cover The Cure "One Hundred Years" oraz "Laudanum Dreams". Moim faworytem pozostaje jednak genialny goblinowski "Strains of Horror".

środa, 8 października 2014

Wölfrider, Beastmilk i In Solitude w Firleju, 7.10.2014 (fotorelacja)



















Odrobinę zniechęcony odwołaniem koncertu Behemoth w poznańskim Eskulapie ruszyłem do Wrocławia, by zobaczyć Beastmilk i In Solitude na żywo. Zwłaszcza ten pierwszy band dobrze mi robi, gdyż to kawał apokaliptycznego i zagranego z pasą death rocka. Do Wrocławia dotarłem pociągiem, trochę połaziłem po centrum miasta i przed godziną 19 udałem się pod wrocławski Firlej. Koncert zaczął się punktualnie o 20. Jako pierwsi zaprezentowali się z krótkim setem Wölfrider z Wrocławia. Melodyjna i wyrafinowana technicznie heavy metalowa muzyka przypadła mi do gustu, choć generalnie heavy metalu (a jeszcze bardziej power metalu) staram się unikać, bo to kompletnie nie moja bajka. Z niecierpliwością czekałem na występ Finów z Beastmilk.

I nie zawiedli, ba, koncert kapeli Khvosta (znanego z Code, Dodheimsgard czy Hexvessel) uważam za prawdziwą erupcję energii. Ubiegłoroczna płyta Beastmilk "Climax" szybko stała się nie lada objawieniem zachwalanym m.in. przez Fenriza z Darkthrone ("Jestem uzależniony od Beastmilk"). Była to niezwykle wybuchowa mieszanina post-punka, death rocka i cold wave'u osadzona wśród zgliszcz umierającego post-apokliptycznego świata, którym zawładnęła nuklearna zima. Wcześniej helsiński Beastmilk wydał pozytywnie odebraną przez słuchaczy czteroutworową EP-kę "Use Your Deluge" (2012). W trakcie porywającego koncertu w Firleju Beastmilk zaprezentował przede wszystkim kawałki z "Climax" m.in. "Death Reflects Us", "Genocidal Crush" czy "Children of the Atom Bomb" i "Void Mother" z EP-ki. Widownia oszalała bawiąc się przy muzyce Finów, Khvost wyśpiewywał z pasją przesycone zagładą liryki utworów zespołu ("Holding on to love in a cold world/I'm holding on to love/Crying out in a dead universe/I'm holding on to love") kreując wyśmienity soundtrack apokalipsy. Trochę zaskakujące jest dla mnie to jak bardzo Beastmilk przypadł do gustu metalowcom, gdyż widziałem pozytywne recenzje "Climax" w wielu webzinach czy blogach metalowych. Okazało się również, że lider Behemoth Adam Nergal Darski jest fanem Beastmilk, gdyż świetnie bawił się na koncercie Khvosta i jego kapeli, a stałem może dwa-trzy kroki od niego. Pochwały dla dźwiękowca za brzmienie w trakcie gigu Beastmilk, gdyż odwalił kawał dobrej roboty. Konkludując, fantastyczny gig fińskich piewców nuklearnej apokalipsy.

Przed koncertem In Solitude zapoznałem się z ostatnim jak dotąd albumem Szwedów "Sister" (2013) i muzyka na nim zawarta mnie nie powaliła. Ot, dość przyjemna i łagodna porcja heavy metalowego grania mocno osadzona w gotyckim sztafażu i nawiązująca nieco do gothic rocka. Koncertowo Szwedzi z In Solitude przekonali mnie bardziej. Niestety w tym przypadku brzmienie było zbyt głośne i męczące. W pewnym momencie już pod sam koniec gigu In Solitude musiałem ze znajomymi wyjść z sali, by po prostu odpocząć. Muszę jednak przyznać, że muzycy In Solitude to istny żywioł na scenie. Znakomita ekspresja sceniczna (zwracał na siebie uwagę zwłaszcza basista kapeli Gottfrid Ahman, brat wokalisty Pelle Ahmana), ogromna żywiołowość, ciekawe zagrywki gitarowe plus mocny melodyjny, acz wyraziście mroczny wokal Pelle Ahmana. Niestety publiczność na koncercie In Solitude znacznie się przerzedziła. Z tego co się orientuję In Solitude skupili się przede wszystkim na utworach z "Sister" (np. numer tytułowy czy "Inmost Nigredo"), ale trudno mi wskazać dokładną set-listę, gdyż twórczość In Solitude poznałem do tej pory zbyt powierzchownie.

poniedziałek, 10 marca 2014

Blödaren/ The Bleeder (1983) - recenzja




Wymieniam się na moje szwedzkie DVD z kumplem, zatem wypada pokusić się o krótki komentarz.

"Blödaren" Hansa Hatwiga uchodzi za pierwszy szwedzki slasher. O zgrozo! Cóżem ja nieszczęsny uczynił powtórnie oglądając ów film? Sam siebie ukarałem... Po mdławo zagranym koncercie żeńska grupa rockowa The Rock Cats z późniejszą wokalistką heavy metalowego Stitch Sussi Ax na czele podróżuje mini-busem po kraju. Na drodze koło lasu ich samochód odmawia posłuszeństwa. Piątka dziewcząt wkracza w dzikie ostępy w poszukiwaniu pomocy i dociera do zdewastowanej rezydencji nad jeziorem. Muzyczny kwintet nie zdaje sobie sprawy, iż w pobliżu grasuje zdeformowany i żądny krwi maniak, któremu krew cieknie się z oczu: ‘The Bleeder’!!!

Pomimo całkiem poprawnej realizacji slasher Hansa Hatwiga praktycznie nie nadaje się do oglądania. We wzburzonym oceanie miernoty pogrąża go tragiczne aktorstwo szpetnych panien, kompletny brak poszanowania logiki, zero suspensu oraz paraliżująca nuda. Szaleniec o krwawiących oczodołach zamiast grozy wzbudza jedynie gorzki uśmiech politowania. Do tego jeszcze jego na wskroś idiotyczna maniera wystawiania języka przed niemal każdym morderstwem mająca w zamierzeniu pokazywać, że jest niespełna rozumu. No bo wiecie, on pcha dziecięcy wózek z ludzką czaszką w środku i wygląda niemalże jak George ‘Antropofag’ Eastman. I jeszcze przed trzema miesiącami uciekł z zakładu dla obłąkanych, a teraz błąka się po okolicy w poszukiwaniu durnych ofiar i natrafia na brzydule z kiczowatej kapeli rockowej... Co gorsza, wszystkie bez wyjątku mordy następują poza kadrem. To przecież niewybaczalne! Nie ma w "The Bleeder" dających się polubić postaci, nie ma ni krztyny oryginalności. Film Hatwiga bezczelnie kopiuje pomysły zawarte w "Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną" Tobe Hoopera i "Piątku trzynastego" Seana S. Cunninghama, a ścieżka dźwiękowa zbyt mocno cuchnie "Halloween" Johna Carpentera. :-)

poniedziałek, 2 września 2013

Damien Echols "Życie po śmierci" - recenzja







Ze sprawą Trójki z West Memphis zetknąłem się po raz pierwszy kilka lat temu w trakcie studiów prawniczych. Pamiętam, że na język angielski miałem przygotować artykuł na temat amerykańskiego prawa procesowego. Przeglądając Internet natknąłem się na sprawę West Memphis Three. W telegraficznym skrócie: 5 maja 1993 roku w miasteczku West Memphis nad rzeką Mississippi (stan Arkansas) zaginęła trójka ośmioletnich chłopców: Chris Byers, Michael Moore i Stevie Branch. Dzieci widziane były po raz ostatni około godziny 18.30. Poszukiwania trwały przez całą noc. 6 maja 1993 roku w zagajniku zwanym Robin Hood Hills, w wypełnionym wodą stojącą rowie melioracyjnym znaleziono nagie zwłoki trójki zaginionych chłopców. Nogi i ręce Chrisa, Michaela i Steviego zostały spętane sznurówkami, ciała były okaleczone i posiniaczone, widoczne były otarcia, rany szarpane i zadrapania. Chrisowi Byersowi usunięto jądra, a jego penis był obdarty ze skóry.

Od razu pojawiły się wśród mieszkańców West Memphis plotki o tym, że za potrójnym morderstwem stoją sataniści. Wkrótce aresztowano trójkę nastolatków: 16-letniego Jasona Baldwina, 17-letniego Jessiego Misskelleya oraz 18-letniego Damiena Echolsa. Proces trójki z West Memphis był hańbą amerykańskiego systemu sprawiedliwości, polowaniem na czarownice przypominającym to z Salem w latach 1692-93. Sąd opierał się nie na wiarygodnych dowodach rzeczowych (ich po prostu nie było!), ale na pogłoskach, uprzedzeniach, kłamstwach, manipulacjach oraz na wymuszonych zeznaniach upośledzonego umysłowo Jessiego Misskelleya, w rezultacie których Jason i Jessie skazani zostali na dożywocie, a Damien jako rzekomy lider 'satanistycznej sekty' na karę śmierci. Powstały trzy filmy dokumentalne HBO Joe Berlingera i Bruce'a Sinofskyego dotyczące tej sprawy ("Paradise Lost: The Child Murders at Robin Hood Hills", "Paradise Lost 2: Revelations" oraz "Paradise Lost 3: Purgatory"), książka dziennikarki Mary Leveritt "Devil's Knot" oraz dokument "West of Memphis" z 2012 roku. Zwolennicy Trójki z Memphis zakładali witryny internetowe domagając się uwolnienia niesłusznie skazanych chłopaków. Trójkę z Memphis wspierali także celebryci świata filmu i muzyki m.in. Peter Jackson, Fran Walsh, Johnny Depp, Jacob Pitts, Winona Ryder, Marilyn Manson, Eddie Vedder z Pearl Jam, Henry Rollins, Tom Waits czy muzycy Metallica, a także żona Echolsa, architektka Lorri Davis (poślubił ją w 1999 roku). 19 sierpnia 2011 roku po 18 latach odsiadki Echols, Baldwin i Misskelley zostali zwolnieni na mocy tzw. ugody Arnolda, zgodnie z którą oskarżeni przyjęli ustalenia winy, jednocześnie zachowując prawnie swą niewinność. Nie zostali więc oczyszczeni z zarzutów... o to walka wciąż trwa.

Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałem książkę Damiena Echolsa "Życie po śmierci" wydaną przez krakowski Znak. Jest to na poły autobiografia Damiena i na poły jego wspomnienia czy zapiski z 18-letniego pobytu w celi śmierci (Death Row). Echols wspaniale opisuje zaściankowość umysłową Południa, biedę, z którą się zmagał, dzieciństwo i wiek nastoletni. Wspomina przyjaciół, swoje dziewczyny Deannę oraz Domini (z tego związku tuż po skazaniu narodzi się jego syn, Seth) oraz czasy szkolne. Jawi się jako człowiek wrażliwy, pełen empatii, zainteresowany mistycyzmem i okultyzmem. W trakcie pobytu w więzieniu został buddystą, odnalazł się także w celebracji katolickiej mszy, choć z jego ust niejednokrotnie padają gorzkie słowa pod adresem chrześcijan, którzy uznali Damiena za 'satanistę'. Dlaczego? Ano z powodu ordynarnych uprzedzeń. Damien słuchał heavy metalu, thrash metalu i muzyki gotyckiej (Iron Maiden, Metallica, Slayer, Testament, Anthrax, Megadeth, Type O'Negative, Siouxsie and the Banshees, Bauhaus, etc.), nosił długie czarne włosy, ubierał się w czerń (czarne spodnie i buty, długi czarny prochowiec), pożyczał książki 'okultystyczne' (m.in. "Magic" Maurice'a Boissona oraz "Cotton Mather on Witchcraft" dotycząca polowania na wiedźmy w Salem), kolekcjonował czaszki i kości zwierzęce, nałogowo oglądał horrory i zaczytywał się w powieściach Stephena Kinga, Deana Koontza i Anne Rice. Voila, przepis na nastoletniego 'satanistę' urządzającego seksualne orgie i zabijającego rytualnie zwierzęta gotowy! Konserwatywna część społeczeństwa West Memphis nie mogła przeboleć jego inności. Musiała znaleźć sobie kozła ofiarnego, a w zasadzie trzy kozły. Policja przekonana o tym, że za potrójne morderstwo odpowiedzialni są czciciele Szatana nadała sprawie West Memphis Three sygnaturę kończącą się liczbą 666. Czyż to nie żałosne? Nic w tym jednak dziwnego, w końcu w Westboro, Arkansas znajduje się siedziba nienawistnych oszołomów z Westboro Baptist Church. Arkansas to oaza dla religijnych fundamentalistów i radykałów.

"Ludzie z miejsc takich jak West Memphis nie lubią dosłownie wszystkiego, co się wyróżnia. Gardzą na przykład inteligencją i pięknem... wszyscy wkładają niedzielne ubrania i składają ofiarę na ołtarzu w rzeźni, a później przyjmują kanibalistyczną komunię... jeśli człowiek nie chce się narażać na szyderstwa, musi spuścić wzrok i maszerować z resztą stada." - Damien Echols, cytat z książki.

Ciekawe są informacje o codziennym życiu skazanego w celi śmierci. Okrucieństwo strażników, próby zabicia bezczynności poprzez lekturę tysięcy książek, kilkugodzinną medytację i pompki, utrapienia związane z brakiem snu, izolacją, agresją innych więźniów, szczurami, świerszczami i komarami, itd. Jest to bezduszne Piekło inercji, miejsce utraty wszelkich złudzeń, gdzie zabierają skazanym godność... ale Echols, parokrotnie bliski załamania, nigdy się nie poddał, miał odwagę, by przetrwać. Po wyjściu na wolność w sierpniu 2011 roku początkowo mieszkał w Nowym Jorku, natomiast w 2013 osiedlił się wraz z żoną w Salem. Nie wszyscy powitali go tam przyjacielsko... ale o tym możecie przeczytać tutaj:

http://www.bostonmagazine.com/news/article/2013/06/25/damien-echols-salem/

"Życie po śmierci" to książka, która wciąga, fascynuje, wzrusza, bawi i przeraża. No i dotyczy jednej z najbardziej kontrowersyjnych spraw kryminalnych XX wieku. Do tej pory nierozwiązanej z powodu rażących zaniedbań policji i sądu, a także satanicznej histerii, która się wytworzyła w West Memphis. Polecam gorąco.

Na zdjęciach Damien Echols w więzieniu i po wyjściu na wolność, rzekomi sprawcy i ich ofiary oraz miejsce zbrodni (obecnie dla niepoznaki ścięto wszystkie drzewa tworząc pole, jedynie most rurowy, po którym przeszedł morderca(-y) pozostał).

wtorek, 30 lipca 2013

Kilka słów o Kubie Rozpruwaczu




Nie zamierzam analizować tutaj w całości tej fascynującej wiktoriańskiej zagadki kryminalnej, która od ponad 100 lat spędza sen z powiek wielu ripperologom. Książek na temat słynnego Kuby Rozpruwacza powstało mnóstwo, podobnie filmów fabularnych, dokumentalnych, komiksów, animacji, itd. Sprawa Kuby Rozpruwacza (Jack the Ripper) jest dla mnie fascynująca w dużej mierze przez to, że ów tajemniczy seryjny morderca potrafił sprawić, iż ludzie autentycznie zaczęli się bać jego przydomku. Do września 1888 roku znany był jako Morderca z Whitechapel, ale 27 września 1888 roku do Oficyny Informacyjnej w Londynie przyszedł list, który sprawił, że pięć morderstw ubogich prostytutek (Mary Ann Nichols, Annie Chapman, Elizabeth Stride, Catharine Eddowes i Mary Jane Kelly) stało się światowym fenomenem. Jack the Ripper napisał go czerwonym atramentem i zaadresował do "The Bossa". Autor listu twierdził, że jest sprawcą morderstw w East End, naśmiewał się z policji, która nie umie go schwytać i z pietyzmem opisywał co zrobił ofiarom bądź jeszcze zrobi. List podpisał Jack the Ripper (Kuba Rozpruwacz). 29 września agencja informacyjna przekazała słynny list Scotland Yardowi, we wczesnych godzinach 30 września 1888 roku Jack the Ripper zamordował dwie prostytutki: Elizabeth Stride i Catharine Eddowes. Policja udostępniła treść listu społeczeństwu i od tej pory Kuba Rozpruwacz (Jack the Ripper) stał się sławny. W dodatku nigdy nie został schwytany, a systematycznie rosnąca liczba podejrzanych o 5 kanonicznych morderstw z 1888 roku sięgnęła ponad 200. Sprawa Kuby Rozpruwacza jest również doskonale udokumentowana, do czego przyczyniła się mrówcza praca ripperologów - prawie słychać głosy umarłych zamieszkujących i przemierzających londyński East End...

Ostatnie (?) morderstwo Kuby Rozpruwacza dokonane 9 listopada 1888 roku na prostytutce Mary Jane Kelly w pokoiku kobiety jest zarazem najbardziej makabryczne. Świat obiegło zdjęcie Mary zrobione na miejscu zbrodni, pozostałe ofiary sfotografowano w kostnicy. Kuba Rozpruwacz kompletnie zmasakrował nieszczęsną kobietę, gdyż po prostu miał na to czas. Ciało Mary leżało na łóżku, morderca podciął jej gardło, obciął piersi, usunął skórę i mięśnie z powierzchni brzucha Mary, wyjął wszystkie wnętrzności i ułożył je na łóżku, a serce kobiety prawdopodobnie zabrał ze sobą. Twarz Mary Jane Kelly była zmasakrowana nie do poznania. Kuba dosłownie odebrał jej cielesną tożsamość. Podejmowane po latach próby rekonstrukcji jej twarzy pokazywały, że mogła być piękną kobietą.

Sprawę Kuby Rozpruwacza oficjalnie zamknięto bez znalezienia winnego w 1892 roku.

http://en.wikipedia.org/wiki/Jack_the_Ripper_in_fiction

Thrash metalowy Hobbs' Angel of Death i kawałek "Jack the Ripper" z 1988 roku:

https://www.youtube.com/watch?v=4qPe0pd4r64

czwartek, 27 czerwca 2013

Heavy metalowi kowboje




Przeczytałem wczoraj dość ciekawy artykuł na Magivanga o heavy metalowych kowbojach z Botswany. Stereotypowy obraz metalowca to zazwyczaj długie włosy, narzucona na grzbiet ramona, pod spodem koszulka z ulubioną kapelą, naszywki, tatuaże, etc. Metal kojarzy mi się też raczej z osobami rasy białej (co oczywiście nie jest regułą, weźmy np. gitarzystę Suffocation, Terrance Hobbsa czy gitarzystę nieodżałowanego Blasphemy, Jeffa). A tu się okazuje, że w afrykańskiej Botswanie kwitnie całkiem prężna scena metalowa (8 kapel na Metal Archives, w tym death metalowe Wrust i Crackdust), której słuchają tamtejsi heavy metalowi, odziani w skóry kowboje (pamiętacie odzianego w czerń kowboja z surrealistycznego "El Topo" Jodorovskiego czy okładkę kultowej płyty Motorhead "Ace of Spades"? Carl McCoy z Fields of the Nephilim też pewnie inspiruje)... Recepta na heavy metalowego kowboja to obowiązkowa skórzana kurtka (może być z frędzlami), skórzane buty, kowbojski kapelusz i metalowa koszulka plus jeszcze skórzane rękawiczki. Miks kowboja, zadziornego motocyklisty i metalowca gotowy. Botswańska scena metalowa zaczęła się już w 1990 roku wraz z pojawieniem się dwóch kapel Noisey Road i Metal Orizon. Nieźle!  Jak widać na zdjęciach metal w Botswanie cieszy się dużą popularnością, kowboje-metalowcy są zunifikowani, dumni i pełni pasji. Czekamy na jakieś europejskie tour!

Link do arta: http://magivanga.wordpress.com/2013/06/26/heavymetalowi-kowboje-z-botswany/

Zastanawiam się czy dzisiaj spadnie deszcz. Oby tylko nie był ciemny, gdyż nie przywykłem nosić ze sobą parasola. Zwłaszcza tak ogromnego :-)