Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meksyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meksyk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 kwietnia 2023

Brutalne morderstwo trójki młodych kobiet w Ekwadorze

                                                     



Ciągle natrafiam na sprawy kryminalne, które mrożą mi krew w żyłach. Gdybym chciał je wszystkie tutaj na blogu opisać, to musiałbym chyba siedzieć dzień i noc. Przybliżę teraz potrójne morderstwo trzech młodych kobiet w Ekwadorze mając jednocześnie nadzieję, że sprawcy tej ponurej zbrodni zostaną schwytani i należycie ukarani. 

Trzy dziewczyny w wielu 19-21 lat, a mianowicie Yuliana Macias, Denisse Reyna i Nayeli Tapia były nierozłączne i pochodziły z Santo Domingo w Ekwadorze. Co prawda dwie z nich chciały w przyszłości opuścić Ekwador, by poszukać lepszego życia za granicą, jednak już im się to nie uda. 6 kwietnia 2023 roku ciała trzech młodych kobiet odnaleźli rybacy przy rzece Esmeralda (kanton Quininde). Oględziny miejsca odnalezienia zwłok wskazywały, że ciała noszą ślady tortur ostrymi narzędziami, prawdopodobnie maczetami. Wszystkie trzy pogrzebane w płytkim grobie ciała miały ręce skute kajdankami. Sprawca bądź sprawcy poderżnęli ofiarom gardła. Były to Yuliana, Denisse i Nayeli. 

Yuliana była piosenkarką i występowała pod artystycznym pseudonimem Siria. Stale ćwiczyła śpiewanie, ale w przyszłości pragnęła także rozpocząć karierę jako psycholożka. Pragnęła wyjeżdzać z Ekwadoru i zwiedzać świat. 19-letnia studentka i modelka Denisse kochała zwierzęta i pragnęła w przyszłości mieć własną klinikę weterynaryjną. Jednocześnie po ukończeniu studiów chciała wyjechać do USA z przyjaciółką. Matka 4-letniej córki, 21-letnia Nayeli Tapia mieszkała w Quito wraz z siostrą Johaną. Także i ona pragnęła opuścić Ekwador i osiedlić się tym razem w Hiszpanii. 

Dziewczyny chciały spędzić wspólnie czas na plaży. Co ciekawe, 4 kwietnia Nayeli wysłała swojej siostrze na WhatsApp precyzyjną lokalizację miejsca, w pobliżu którego odnaleziono masowy grób. Tak na wszelki przypadek. Potem już nie odpowiadała. 

Póki co nie schwytano mordercy, tudzież morderców trójki dziewcząt. Śledztwo jest w toku. Dziewczyny przemieszczały się samochodem wypożyczonym w Santo Domingo. Policyjne źródło twierdzi jednak, że zidentyfikowane zostały dwa samochody, a dziewczynom towarzyszyła dwójka mężczyzn. Prawdopodobnie zostały bestialsko zamordowane 5 kwietnia 2023 r.

Przypomina mi się sprawa tragicznej śmierci Denbahi Escobar w Nuevo Leon (Meksyk) 8 kwietnia 2022 roku. Rozkładające się zwłoki Denbahi znalezione zostały w cysternie z wodą na terenie motelu Nueva Castilla dopiero 22 kwietnia. Do tej pory nie zidentyfikowano sprawcy morderstwa.

czwartek, 19 maja 2022

Zagadkowa śmierć 18-letniej Denbahi Escobar

                                              



Ta sprawa kryminalna wzbudziła ostatnio moje zainteresowanie, gdyż skojarzyła mi się z tragicznym zniknięciem Elisy Lam i odkryciem jej rozkładających się zwłok w zbiorniku wodnym na dachu hotelu Cecil. Tutaj jednak definitywnie możemy mieć do czynienia z morderstwem, tym bardziej, że Meksyk (nie czarujmy się) nie jest krajem bezpiecznym dla kobiet. Ale o tym później. Fascynują mnie i niepokoją sprawy kryminalne, w którym widzimy ostatnie zdjęcie ofiary czy jego/jej oprawcy bądź widzimy sprawcę/ofiarę na monitoringu. Tak czy owak, możemy narzekać na miejską inwigilację, ale monitoring bardzo często prowadzi do schwytania sprawców brutalnych przestępstw (niekoniecznie jednak w Meksyku).

W każdym razie 18-letnia Denbahi wybrała się 8 kwietnia 2022 roku na party z dwoma przyjaciółkami do miasta Escobedo, pokłóciła się z jedną z nich i zabawa została zakończona. Przyjaciółka wezwała Denbahi taksówkę, po dziewczynę przyjechał 47-letni 'zaufany' taksówkarz Juan David Cuellar, który miał osiemnastolatkę odstawić do domu. Zamiast podjechać pod dom dziewczyny pozostawił Denbahi samotną na drodze prowadzącej z Monterrey do przygranicznego miasteczka Tamaulipas wchodzącego w skład Nuevo Laredo. To Juan zrobił zdjęcie odwróconej od niego dziewczyny stojącej na drodze, po czym wysłał je jej przyjaciółkom i odjechał. Nie ma to jak pozostawić młodą kobietę na pastwę losu, ale zakładam, że Denbahi musiała mieć dobry powód, by wysiąść (zapewne ją molestował). Wiadomo, że w trakcie jazdy oboje pokłócili się. Potem dziewczynę zarejestrowała jeszcze kamera pobliskiej firmy przewozowej Alcosa Transportes Internacionales. Dziewczyna weszła na jej teren, ale już stamtąd nie wyszła. Niestety finał zniknięcia okazał się tragiczny.

Rozkładające się zwłoki Denbahi znaleziono po 13 dniach poszukiwań niedaleko miejsca, gdzie widziano ją po raz ostatni, w zbiorniku wodnym blisko przydrożnego motelu Nueva Castilla 13. Goście motelowi zaczęli skarżyć się na intensywny odór. Identyfikacja dziewczyny była możliwa dzięki jej ubiorowi i naszyjnikowi z krzyżykiem. Podobno meksykańska policja przeszukiwała teren motelu wielokrotnie. W każdym razie ktoś zamordował Denbahi (sekcja zwłok wykazała przynajmniej jednokrotne uderzenie w głowę) w innym miejscu (teren firmy?), po czym wrzucił ciało do zbiornika z wodą. 

Denbahi zaczęła studiować prawo, a we wrześniu obchodziłaby 19 urodziny. Niestety meksykańskie statystyki dotyczące zniknięć, morderstw i przemocy wobec kobiet są ponure i przerażające. Policja jest bezczynna, przestępstwa są bagatelizowane i nie są rozwiązywane. Tam kobiety po prostu znikają, dosłownie i w przenośni. Zapewne za częścią tych zniknięć stoją kartele narkotykowe oraz handlarze ludźmi. Wyczytałem, że w 2022 roku w samym stanie Nuevo Leon zarejestrowano 275 zniknięć kobiet. Oprócz Denbahi mniej więcej w tym samym czasie zamordowana została w tajemniczych okolicznościach 26-letnia Maria Fernanda Contreras. Zginęła od silnych uderzeń w głowę. Co prawda aresztowano w tej sprawie podejrzanego, niejakiego Raula Alfredo, ale podobno wypuszczono go na wolność. 

https://www.infobae.com/en/2022/04/24/debanhi-escobar-the-inconsistencies-of-the-case-from-leaving-the-taxi-driver-free-to-the-suspicion-of-sowing-the-body/ 

W Polsce zwróciłem natomiast uwagę na nagrane brutalne pobicie i morderstwo 29-letniego Macieja w bramie na warszawskim Nowym Świecie 28 tylko dlatego, bo stanął w obronie zaczepianych kobiet (zwrócił uwagę pijanym młodym mężczyznom i został przez nich zaatakowany, skopany i jeden z nich dźgnął go trzy razy w klatkę piersiową nożem). Może ktoś skojarzy, gdzie obecnie przebywa śmieć, którego zarejestrował monitoring? Aha, wbrew histerii prawicy wpisującej się w proputinowską narrację niechęci wobec Ukrainy póki co nic nie wskazuje na to, że był to obcokrajowiec np. Ukrainiec. Podejrzany jest pochodzenia polskiego, podobno znane jest jego imię i nazwisko. Natomiast ofiara przyjechała do Warszawy, by puszczać muzykę w klubach. 

EDIT: Podejrzanych jest trzech: 23-letni Sebastian Włodarczyk, 27-letni Łukasz Goławski i 24-letni Dawid Mirkowski. I zapewne niedługo zostaną zatrzymani, gdyż wystawiono za nimi wnioski o areszt i listy gończe. Oczywiście tchórze się ukrywają. Rzeczywiście są to 'obcokrajowcy'. Tak jak chcieli 'specjaliści' z Konfederacji i Ordo Iuris. Mam nadzieję, że te ścierwa lada moment zostaną schwytane, gdyż zamordowanie niewinnego mężczyzny za to, że ośmielił się agresorom zwrócić uwagę zasługuje na totalną infamię i potępienie. I jak najsurowszą karę. 

Nadal zadziwia mnie jak głupie, koszmarne i okrutne rzeczy ludzie robią bliźnim pod wpływem spożytego alkoholu. Banalna awantura kończąca się czyjąś całkowicie niepotrzebną śmiercią. Nie pierwszy taki przypadek i nie ostatni. Co do zasady staram się unikać pijanych i skłonnych do awantur ludzi, gdy np. wracam nocą z koncertu do domu. Ale zawsze mogę znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Tutaj niestety ofiara zginęła, bo zareagowała, co bynajmniej wcale nie oznacza, że nie powinno się w ogóle reagować.

Z pozytywnych wieści na pochwałę zasługuje szybka reakcja warszawskiej policji i osób postronnych skutkująca uratowaniem 17-letniej dziewczyny od samobójczego skoku z mostu Świętokrzyskiego w Warszawie (poranek 12 maja). W takiej sytuacji trzeba reagować natychmiast i starać się z potencjalnym samobójcą/samobójczynią rozmawiać, okazać takiej osobie empatię i zrozumienie. Tutaj niedoszła samobójczyni była zdecydowana, by umrzeć, w pewnym momencie odwróciła się i chciała skoczyć, ale została przytrzymana i siłą wciągnięta przez policjantów i osobę postronną (empatyczną kobietę) na most. O samobójstwach dzieci i młodych ludzi napisałem w ubiegłym roku dłuższy artykuł, do którego odsyłam. To jest problem, o którym trzeba stale informować. 

http://dtbbth.blogspot.com/2021/09/podwojne-samobojstwo-w-lesie-pod.html 

W tematyce samobójczych skoków z mostu nieodmiennie polecam poruszający dokument "The Bridge" z 2006 roku. 

https://www.cda.pl/video/39851088c

https://dtbbth.blogspot.com/2013/06/gene-sprague-wspomnienia.html 

Rekomendacja muzyczna. Ostatni album black metalowców z Watain. Podoba mi się. Melodyjny, wciągający, znakomicie wyprodukowany, podniosły black metal. Momentami mam wrażenie, jakbym słuchał black metalowego Tribulation czy The Devil's Blood ("Serimosa", singlowy "We Remain"). I bardzo dobrze. Możliwe, że prędzej czy później ten materiał zrecenzuję.

https://watainsom.bandcamp.com/album/the-agony-ecstasy-of-watain

piątek, 18 marca 2016

Final Six, Paracoccidioidomicosisproctitissarcomucosis, Fecalizer i Dead Infection 17.03.2016 u Bazyla (fotorelacja)



















Dawno nie byłem na koncercie grindcorowym. Ostatni raz widziałem Antigamę w Bazylu 16 grudnia 2013 roku w Bazylu. Grindcore'a słucham sporadycznie i nie tkwię zbyt głęboko w tej scenie. Naturalnie znam zespoły będące sztandarowymi reprezentantami grindu np. Napalm Death, Brutal Truth, Brujeria, Terrorizer, wczesny Carcass, Mortician, Macabre, Nasum czy ukochane Impetigo. Nie mogłem sobie więc odmówić zobaczenia na żywo Dead Infection, naszej rodzimej goregrindowej machiny z Białegostoku od 1990 roku prowadzonej przez perkusistę Cyjana. No i w zasadzie muszę przyznać że był to mój pierwszy kontakt z grindującym death metalem DI na żywo. Wszystkie trzy długograje Dead Infection, a mianowicie "Surgical Disembowelment" (1993), "A Chapter of Accidents" (1995) oraz "Brain Corrosion" (2004) są ogromnie cenione wśród publiczności lubującej się w goregrindzie czy brutalnym death metalu. Zresztą Dead Infection cieszy się dużą estymą np. w Ameryce Łacińskiej czy Południowej, a zespół koncertował w licznych krajach europejskich, w Japonii, Meksyku czy Stanach Zjednoczonych. Lubię grindcore, gdyż jest to muzyka bardzo brutalna, wściekła, zadziorna, nieokrzesana. I choć słucham go rzadziej niż np. funeral doom metalu czy death doom metalu od czasu do czasu potrzebuję takiego zastrzyku wulgarnej agresji. Poza tym grind mimo często szokującej fekalno-medyczno-porno-gorowej otoczki to całkiem dobra zabawa w oparach najczystszego absurdu. Wielu członków kapel grindcorowych uwielbia horrory i filmy gore/eksploatacji, tak więc mam z nimi wspólne filmowe zainteresowania. Zresztą posłuchajcie sampli na krążkach pokaźnej większości kapel goregrindowych - dominują fragmenty horrorów, pornoli czy cytaty z seryjnych morderców.

Nastawiałem się zatem na mocny i intensywny gig. No i moje oczekiwania zostały spełnione w dwójnasób. Jako pierwsza kapela zaprezentowali się Poznaniacy z Final Six, którzy zaprezentowali materiał z płyty "Religious Psychosis" (2014), którą wydali własnym sumptem. Obiecujący grindcorowy napierdol, z którym będę musiał się w przyszłości bliżej zaznajomić. Słuchało mi się tego zespołu całkiem dobrze, choć jeszcze gdy grali pod sceną były pustki.

Paracoccidioidomicosisproctitissarcomucosis (wymyślna nazwa, nieprawdaż?) w Meksyku uchodzi za kapelę kultową - przynajmniej wśród wielbicieli gore grindowej rzeźni. Muzycy Paracoccidioidomicosisproctitissarcomucosis bardzo słabo mówią po angielsku, ale to mi absolutnie nie przeszkadzało. Liczy się muzyka, a ta na żywo (i z płyt też) jest chaotyczna, brzydka, dzika, obleśna i cuchnąca rozkładem. Wokale przypominające kwiki świni wydawane przez perkusistę i niziutkiego, acz umięśnionego gitarzystę plus rozróżnialne death metalowe riffy. Kapela (podobnie zresztą jak grający po niej Fecalizer) nie stawia non-stop na szybkość, ale przy wolniejszych, przesyconych groovem fragmentach można machać łbem. No i rzecz jasna warstwa liryczna Paracoccidioidomicosisproctitissarcomucosis nurza się w ekskrementach, dewiacjach seksualnych i gore. Podobało mi się, lubię od czasu do czasu zajrzeć w te rejony ekstremy.

Ale tak naprawdę to Fecalizer kupił mnie wczoraj w całości, gdyż ich koncert był świetny. Zastanawia mnie skąd w meksykańskich kapelach grindcorowych tyle agresji i wkurwienia. Może dlatego że Meksyk (jak praktycznie każdy kraj Ameryki Łacińskiej) zmaga się z nierównościami społecznymi, biedą i wojnami gangów & karteli narkotykowych. A Fecalizer gra intensywny, brutalny acz czasem melodyjny brutal death metal/goregrind i podobno część ich koncertu (bo chyba nie całość) została zarejestrowana kamerą na potrzeby przyszłego koncertowego DVD. Co ciekawe, na basie w Fecalizer gra Polak Bogdan Nowak, który chyba mieszka na stałe w Meksyku. Fecalizer oprócz własnych kompozycji np. "We Are Going to Eat You" zaprezentował cover Dead Infection "Take Your Pants Off". W muzyce Meksykanów nie brakuje potężnego kopa, soczystego groove'a, który skłania do headbangingu. Nadto wokalista Fecalizer zdaje się ogromnie lubić horrory o żywych trupach i slashery, a tuż po koncercie paradował w koszulce "Piątek trzynastego". Nie ma to jak słynny filmowy seryjny morderca w masce hokejowej Jason Voorhees.

Weterani grindcore'a z Białegostoku Dead Infection dość długo instalowali się na scenie i rozpoczęli koncert o 22.10, ale przyjebali takim ciężarem że trudno się było pozbierać. Pod sceną szaleństwo, a Meksykanie z Fecalizer oraz Paracoccidioidomicosisproctitissarcomucosis bawią się wspólnie z Polakami i z zapartym tchem oglądają występ Dead Infection. W składzie Dead Infection perkusista Cyjan i wokalista Pierścień, a także najnowszy członek zespołu, który zasilił szeregi kapeli w tym roku, czyli basistka Vertherry. Muszę przyznać że goregrind DI ciągle potrafi zabrzmieć świeżo i jest jednocześnie cudownie zgniły, obrzydliwy i czasem wręcz chwytliwy. Dead Infection grali około 50 minut wraz bisem i zaprezentowali publiczności m.in. takie kawałki jak "Gas from Ass", "Rich Zombies", "Adolf the Cat" czy "Tremors in the Morgue".

czwartek, 5 marca 2015

Kocie oczy: "Eye of the Cat" (1969) i "Blacker than the Night" (1975) - recenzje



















Koty stanowią wdzięczny atrybut wielu horrorów, zatem dziś pokrótce omówię dwa filmy grozy w których się pojawiają.

1. Eye of the Cat (1968) - Fryzjerka Cassia Lancaster (Gayle Hunicutt) odszukuje Wyliego, zabiera go do siebie i za pomocą zabiegów kosmetycznych przywraca chłopakowi atrakcyjny wygląd. Cassia jest fryzjerką bogatej wdowy Aunt Danny (Eleanor Parker), którą opiekuje się Luke (Tim Henry). Jednak to Wylie był ulubionym siostrzeńcem Danny. Jeśli Wylie nie wróci do niej cały spadek po wdowie zostanie przekazany schronisku dla kotów. Cassia wraz z Wylim postanawiają zabić cierpiącą na rozedmę płuc Danny i podzielić się pieniędzmi ze spadku. Problem tkwi w tym, że Wylie cierpi na ailurofobię, czyli patologiczny lęk przed kotami od których roi się w okazałej posiadłości Aunt Danny.

Inteligentny, nasycony czarnym humorem scenariusz do "Eye of the Cat" (1969) Davida Lowella Richa napisał Joseph Stefano, który był autorem scenariusza do "Psychozy" (1960) Alfreda Hitchcocka. Akcja filmu toczy się w San Francisco - idealnej lokalizacji dla horrorów i thrillerów. Koty są intrygującym elementem "Eye of the Cat". Przebiegłe, chytre, działające w stadzie; ich nieprzewidywalne zachowanie nadaje filmowi aurę niepewności. Trenerem występującej w "Eye of the Cat" armii kotów był Ray Berwick, który pracował także z ptakami na planie słynnego dreszczowca Alfreda Hitchcocka "The Birds" (1963). Najciekawszą postacią w "Eye of the Cat" jest niewątpliwie zagrana przez Gayle Hunicutt Cassia Lancaster, niebezpieczna i dominująca kobieta. Sporo napięcia, charakterystyczny dla lat 60-tych promiskuityzm, a nawet sugestia kazirodztwa, zaskakujące zwroty akcji i wspaniała scena z Eleanor Parker zjeżdżającą ze wzgórza na wózku inwalidzkim. Dobry, choć zapomniany thriller.

2. Más Negro Que la Noche/ Blacker than the Night (1975) - W meksykańskim "Blacker than the Night" (1975) mamy do czynienia z pojedynczym, ale ważnym dla fabuły filmu czarnym kotem nazwanym Bequer. Początkująca aktorka Ofelia mieszka z trójką współlokatorek (bibliotekarką Aurorą, modelką Martą i Pilar) w zatłoczonym apartamencie. Dziewczyna dowiaduje się że po zmarłej ciotce Susan odziedziczyła okazały dom. Ofelia wraz z przyjaciółkami niezwłocznie wprowadzają się do rezydencji, którą opiekuje się Sofia. Kiedy kanarek Aurory zostaje zabity przez kota zwierzę znika, a jego zwłoki zostają odnalezione kilka dni później w piwnicy. Wkrótce młode kobiety zaczynają słyszeć odgłosy płaczu i głos przyzywający Bequera, po czym zaczyna nawiedzać je ubrana na czarno zjawa ciotki dzierżąca laskę.

Intrygująca, choć nieco ospała ghost story w reżyserii Carlosa Enrique Taboady. Taboada był jednym z najbardziej cenionych meksykańskich reżyserów kina grozy, ale z jego filmami (w szczególności z "The Witch's Mirror" i "Tonight, Even the Wind is Afraid") dopiero będę musiał się zapoznać. W przypadku "Blacker than the Night" mamy do czynienia z subtelnym, acz sugestywnym horrorem, w którym najważniejsza jest wzorcowo wykreowana atmosfera wyczekiwania na coś strasznego, co ma wkrótce nastąpić. Piękne kobiety (Claudia Islas, Helena Rojo, Susana Dosamantes i Lucia Mendez), starannie budowany nastrój grozy w pomieszczeniach 'ciemniejszej niż noc' rezydencji (a także poza nią!) oraz tajemniczy i przerażający kot. W 2014 roku Henry Bedwell nakręcił remake "Blacker than the Night", ale nie miałem okazji go oglądać i sądząc po raczej negatywnych recenzjach nie jest mi śpieszno do jego projekcji.

środa, 28 stycznia 2015

The Murder Clinic (1966) i The Devil's Sisters (1966) - recenzje

1) The Murder Clinic/ La Lama Nel Corpo (1966) - Gotyckie giallo, które popadło w niesłuszne zapomnienie - zapewne dlatego, że jest to jedyny film wyreżyserowany przez Elio Scaramaglię, płodnego producenta filmowego. Rok 1870, Norfolk. Mary (Barbara Wilson) rozpoczyna pracę jako nowa pielęgniarka w prestiżowej klinice dla osób chorych psychicznie prowadzonej przez Doktora Roberta Vance'a (William Berger) i jego żonę Lizabeth (Mary Young). Wśród pacjentów wyróżniają się starsza pani z wypchanym kotem oraz mężczyzna imieniem Fred o skłonnościach do przemocy. Do kliniki trafia pewna złodziejka Giselle (Françoise Prévost), której udało się uciec z karocy. Kobieta słyszy dziwne odgłosy dochodzące do niej z poddasza kliniki i odkrywa tam inną kobietę o straszliwie zdeformowanej twarzy. W międzyczasie odziana w długi czarny habit postać morduje pacjentki i członków placówki przy użyciu brzytwy.

Przyzwoity konglomerat gotyckiej grozy i giallo w stylu Mario Bavy (jakże typowy dla lat 60-tych, gdy filmy giallo osadzone były w gotyckim sztafażu). Za scenariusz "Your Blade in the Body" (przetłumaczony włoski tytuł) odpowiadają Ernesto Gastaldi i Luciano Martino. Udana rola Williama Bergera, który później pojawił się w "5 Dolls for an August Moon" (1970) Mario Bavy; przykuwają wzrok także dwie piękności Barbara Wilson i Françoise Prévost. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że pomysł z oszpeconą Laurą i laboratoryjnymi eksperymentami związanymi z przeszczepem skóry scenarzyści zaczerpnęli z "Eyes Without A Face" (1960) Georgesa Franju. Sceny morderstw w "The Murder Clinic" są całkiem efektowne, choć film momentami staje się ciut za bardzo melodramatyczny. Warto zobaczyć to zapomniane gotyckie giallo, które w paru momentach przywiodło mi na myśl ukochaną "Suspirię" (1977) Dario Argento.

2. The Devil's Sisters (1966) - Na początku lat 60-tych amerykańska prasa szeroko rozpisywała się na temat Marii i Delifiny de Jesús González zwanych "Los Poquianchis", dwóch sióstr z meksykańskiego stanu Guanajuato. W pobliżu miasta San Francisco del Rincón siostry Gonzalez prowadziły Rancho El Ángel na którego terenie meksykańska policja odkryła w masowych grobach pogrzebane szczątki/rozkładające się ciała 91 młodych kobiet, mężczyzn i płodów. Stało się to po ucieczce jednej z dziewcząt z rancza, które pełniło jednocześnie funkcję burdelu/obozu koncentracyjnego. Siostry Gonzalez w latach 50-tych i na początku lat 60-tych zwabiały ubogie dziewczęta z prowincji ofertami pracy kelnerki/służącej w Guadalajara czy Leon. Wszystkie ofiary trafiały do piekielnego burdelu. Najpiękniejsze z dziewcząt czekały na klientów z najgrubszymi portfelami, brzydsze były zastraszane, gwałcone i w ramach inicjacji zmuszane do brania lodowatych pryszniców. Gdy dziewczyna zachodziła w ciążę czy była chora czekała ją śmierć przez wygłodzenie bądź pobicie drewnianymi pałkami. Mordowani byli także klienci mający przy sobie dużo pieniędzy. W styczniu 1964 roku jedna z prostytutek uciekła z Loma del Angel. Potem miał miejsce sensacyjny proces sióstr Gonazlez, które skazano na 40 lat więzienia. Na makabrycznej historii "Los Poquianchis" bardzo luźno bazuje film eksploatacji "The Devil's Sisters" reżysera z Florydy Williama Grefe.

Z "The Devil's Sisters" Williama Grefe wiąże się ciekawa historia. Film nakręcono na Florydzie w ciągu zaledwie 10 dni z udziałem emigrantów z Kuby (wcielających się w role Meksykanów). W 1966 roku trafił do wybranych kin grindhouse i drive-in. Potem na ponad cztery dekady "The Devil's Sisters" zniknął zasilając listę filmów zaginionych, którą swego czasu z uwagą śledziłem. Dopiero w 2010 roku za pośrednictwem internetu reżyser William Grefe trafił na kolekcjonera w Niemczech posiadającego kopię. Problem tkwił w tym, że brakowało ostatniej rolki filmu czyli 8-minutowego zakończenia. Grefe chcąc wydać "The Devil's Sisters" na DVD (co zresztą nastąpiło w 2012 roku) posłużył się rozrysowaniem kadrów, zdjęciami z finału i komentarzem, w którym sygnalizuje jak chciał zakończyć film. "The Devil's Sisters" opowiada tragiczną historię Teresy (Sharon Saxon), którą chcąc się wyrwać z ubogiej prowincji natrafia na ofertę pracy jako służąca w rezydencji Rity Alverado (Anita Crystal) w Tijuanie. Okazuje się, że rezydencja to dom publiczny, a marząca o lepszym życiu Teresa ma świadczyć usługi seksualne klientom. Opierająca się dziewczyna jest głodzona i gwałcona. W końcu trafia na ranczo prowadzone przez siostrę Rity, Carmen (Velia Martinez), gdzie jest przetrzymywana w stajni z innymi kobietami. Te z nich, które mają czelność stawiać opór są torturowane i zabijane. W użyciu jest m.in. drut kolczasty, o czym Teresa przekona się na własnej skórze.

Czarno-białe i raczej posępne kino eksploatacji w którym Teresa jako ofiara innych ludzi próbuje rozpaczliwie choć w niewielkim stopniu odzyskać kontrolę nad swoim losem. Ciekawym zabiegiem jest próba spojrzenia na rozgrywające się wydarzenia z jej perspektywy. Z tego chociażby względu warto po "The Devil's Sisters" sięgnąć.

niedziela, 7 grudnia 2014

Ahí Va el Diablo/ Here Comes the Devil (2012) - recenzja

Hiszpan Adrián García Bogliano jest mniej więcej w moim wieku, a już ma na swoim koncie kilka dobrze przyjętych przez koneserów gatunku horrorów. Tak naprawdę po raz pierwszy zetknąłem się z jego kinem przed czterema laty oglądając brutalny film rape and revenge "I'll Never Die Alone" (2008). Już wtedy byłem pewien, że mam do czynienia z obiecującym reżyserem, który nie waha się szokować okrucieństwem i umie w swoich horrorach przyłożyć kiedy trzeba. "Here Comes the Devil" jest obrazem znacznie spokojniejszym i subtelniejszym od "I'll Never Die Alone", ale co najmniej dwie sceny w nim zawarte mogą spowodować opad szczęki. Facet po prostu realizuje mocne i nihilistyczne kino nawiązujące do filmów grozy i eksploatacji z lat 70-tych i 80-tych.

Felix i Sol udają się wraz z dwójką dzieci na wakacyjny wyjazd w okolice Tijuany. Jak widać Bogliano tym razem przenosi akcję "Here Comes the Devil" z Argentyny (gdzie wcześniej zwykł reżyserować horrory) do Meksyku. W każdym razie gdy Felix i Sol zatrzymują się na postoju ich dzieci (syn Adolfo i nieco starsza córka Sara) postanawiają udać się na pobliskie kamieniste wzgórze. Kiedy dzieci długo nie wracają ojciec i matka spędzają nerwową noc w motelu. Nazajutrz ich potomstwo zostaje odnalezione całe i zdrowe, acz w stanie lekkiego szoku. W ciągu następnych dni okazuje się, że zachowanie dzieci zmieniło się - stało się dziwaczne i niepokojące. Rodzice podejrzewają, że Sara i Adolfo mogły paść ofiarami napaści seksualnej. Dokonują bestialskiej zemsty na potencjalnym sprawcy, odludku imieniem Lucio. Lecz w rzeczywistości syna i córkę Felixa i Sol spotkało tam na wzgórzu coś znacznie gorszego.

Złowieszczy horror Adriána García Bogliano stanowi hołd przede wszystkim dla słynnego dreszczowca Petera Weira "Piknik pod Wiszącą Skałą" (1975), w którym do zagadkowych zniknięć uczennic dochodzi na Ayres Rock w Australii. Można też znaleźć w "Here Comes the Devil" odniesienia do "Istoty" (1982), "Nie oglądaj się teraz" (1973), a także włoskiego i hiszpańskiego kina grozy z lat 70-tych. Bogliano nie byłby sobą, gdyby nie okrasił filmu sporą dawką erotyki i dwiema scenami makabry. Zwłaszcza bezlitosne morderstwo Lucio ocieka krwią i cierpieniem. Także początek (tuż po otwierającej scenie lesbijskiego seksu) jest brutalny jak diabli. Postaci Felixa i Sol są dobrze zarysowane - można się wręcz identyfikować z ich przeżywaną traumą. Podoba mi się w "Ahí Va el Diablo" powoli, acz systematycznie narastająca atmosfera grozy i niesamowitości, która sprawia, że film ogląda się z wielkim zainteresowaniem. Bogliano po raz wtóry zaskakuje. Będę z uwagą śledził jego dalsze gatunkowe poczynania.

niedziela, 21 września 2014

Armada, Nebiros, Panychida i Arkona w Bazylu, 20 września 2014 (fotorelacja)



















W zasadzie nie ma sensu w tym akurat przypadku pisać jakiejś relacji, bo jak chodzę do Bazyla na koncerty regularnie to z takim rozczarowaniem się nie spotkałem. Nie chodzi o to, że zespoły nie stanęły na wysokości zadania, ale bardziej o kwestie organizacji tego koncertu. Ale po kolei. W Bazylu stawiłem się po 18.20 i od razu poleciałem na stoisko z merchem. Z racji tego że uzupełniam powoli swoją kolekcję death doom/funeral doomową na CD zakupiłem sobie od Eryka z Old Temple bułgarski symfoniczno-black doom metalowy Darkflight "Closure" (2014), Mournful Congregation "The Monad of Creation" (2005 - wreszcie, bo uwielbiam ten album, lepiej późno niż wcale), a także kompilację Desiderii Marginis "Thaw" z Zoharum. Jestem w trakcie słuchania wciągającego w przepastną otchłań dark ambientu Desiderii Marginis i zastanawiam się czy warto w ogóle pisać o wczorajszym koncercie.

Oczywiście wszystko zaczęło się z opóźnieniem, ale po występie Meksykanów z death metalowego Armada nic nie wskazywało, że zrobi się tak nerwowo. Meksykanie z Armada zaprezentowali intensywny śmierć metalowy set na który złożyły się kawałki z dema "We Were Born to Die" (2012). Widać że chłopaki lubią grać na scenie (i przy okazji łoić browary), zresztą odniosłem wrażenie, że zbratali się z polską widownią. Ich półgodzinny koncert został ciepło przyjęty przez widownię, może dlatego, że metalowcy z Ameryki Łacińskiej potrafią być szaleni. Problemy zaczęły się przy koncercie black metalowego Nebiros z Berlina. Słyszałem ongiś ich bluźnierczy black metalowy rzyg w hołdzie old-schoolowej prymitywnej szkole black metalu a la Beherit "Kurwa Satana" (2008), zatem chciałem zobaczyć ich na żywo. Nebiros zagrali pięć kawałków, ich potrwał może ze 20 minut i przerwali granie... choć widownia domagała się kontynuowania koncertu. Mnie też się on podobał, zatem niedosyt pozostał spory. Jeszcze większe kpiny miały miejsce z koncertem Czechów z Panychida. Honza ongiś podesłał mi ich najnowszy materiał "Grief for an Idol" (2014), płytka mi się spodobała, więc nadarzyła się idealna okazja zobaczenia Czechów z Plzeň na żywo. Co ciekawe, kiedy Panychida zaczęli grać pod sceną pojawił się pewien osobnik, który gestami nakazywał im, żeby przestali. Nie wiem jaka była jego rola w organizacji tego koncertu, ale co to kurwa ma być? Owszem, koncert był znacznie opóźniony, ale nie może być tak, że zespołom przerywa się w graniu, tym bardziej że ich rolą jest zaprezentowanie muzyki na żywo. Muzycy Panychida schodząc ze sceny po 15 minutach grania (zagrali zaledwie trzy kawałki!) byli autentycznie wkurwieni. Rozmawiałem potem krótko z ich wokalistą, który powiedział mi, że nie po to jechali setki kilometrów, żeby zagrać w Poznaniu trzy numery, a 19 września w Chorzowie bez problemu odegrali cały set składający się z 10 kawałków. Ba, podobno chciano, żeby ich koncert w ogóle został anulowany. Moja teoria jest taka: albo zespoły miały jakiś napięty grafik godzinowy i musiały się wyrobić w czasie albo po prostu pewne osoby próbowały ratować sytuację związaną z opóźnieniami chcąc by Arkona grała jak najdłużej (jako kapela najbardziej znana z tej trasy). Co i tak nie zostało spełnione, bo rodzima pagan black metalowa Arkona także zagrała z pięć numerów, w tym "Epidemia rozczarowania i nędza duchowa" oraz "Przyszły zdrajca chrześcijańskiej masy". Zdaję sobie sprawę, że Arkona daje świetne, pełne jadu i podniosłości koncerty, więc po ich króciutkim gigu opuszczałem salę ze sporym poczuciem niedosytu. Nadto w trakcie ich gigu doszło do przejawów agresji, których szkoda mi w ogóle komentować. Jako ostatni mieli zagrać black metalowcy z czeskiego Inferno... i w ogóle nie zagrali. Kpiny jakieś. Koncert w Poznaniu został zarżnięty przez opóźnienia i błędy organizacyjne. Oby taka sytuacja już się więcej w Bazylu nie powtórzyła.

sobota, 5 lipca 2014

Samozwańczy dyktator atolu Clipperton



















Niewielki atol Clipperton w kształcie pierścienia oddalony od południowo-zachodniego wybrzeża Meksyku o 965 km. Pokryty koralem, pełen zamieszkujących go krabów kokosowych. Od maja do października smagany przez silne ulewy, a przez resztę roku cuchnący amoniakiem. Niezamieszkaną wysepkę obmywają fale Pacyfiku, a jeśli chodzi o wegetację to znajduje się na niej jedynie kilka palm kokosowych. Rekiny żyjące w pobliżu Clipperton nie pozwalają na swobodne pływanie. Najwyższy punkt wyspy wznosi się na wysokość 29 metrów i jest pozostałością wulkanu. O atol walczyły Meksyk, USA, Francja i Wielka Brytania - z jednej strony jako o miejsce strategiczne, z drugiej z uwagi na obfite zasoby ptasiego guana. Nazwa atolu Clipperton pochodzi od nazwiska brytyjskiego pirata. Nie będę się skupiał na zaiste ciekawej historii przechodzenia atolu Clipperton z rąk do rąk, nie mniej interesuje mnie jej niechlubny wycinek.

W 1910 roku na wyspę trafiło trzynaścioro meksykańskich żołnierzy pod dowództwem gubernatora Ramona Arnauda Sr. Potem na niewielki atol trafiły żony i służący, zaczęły przychodzić na świat pierwsze dzieci w uprzednio posadowionych prymitywnych budynkach. W 1914 roku na atolu rozbił się amerykański statek. Ratownicy pojawili się dość szybko, Amerykanie nakazali Arnaudowi opuścić sporny kawałek lądu, ale ten odmówił. Niejako przy okazji wyrzucił z atolu ostatniego Brytyjczyka z rodziną, który odpłynął wraz z Amerykanami. Tymczasem w Meksyku zaczynała się rewolucja. O osadnikach na Clipperton zapomniano, przestały przybywać na statkach zapasy żywności.

Na wyspie znajdowało się wówczas 26 osób: 13 żołnierzy, 12 kobiet i dzieci, a także Victoriano Álvarez, samotnik mieszkający u podstawy skalistego klifu nad skonstruowaną przez Meksykanów w 1906 roku latarnią morską. Zaczynało brakować jedzenia: owszem, można było spożywać ptaki, ptasie jaja, złowione ryby czy sporadyczne kokosy, ale niedobór witaminy C spowodował na wyspie przypadki zachorowania na szkorbut. Mężczyźni zaczęli umierać, ich ciała grzebano głęboko w piasku, by nie dobrały się do nich kraby (pamiętacie może cykl groszowych horrorów o krabach Guya N.Smitha z wydawnictwa Phantom Press?). Co na to Arnaud? Nie chciał opuścić atolu. Dostrzegł w oddali statek, ale był to prawdopodobnie miraż. Namówił jednak trzech żołnierzy, aby z nim wypłynęli w morze. Wściekli towarzysze Arnauda rzucili się na niego chcąc odebrać mu broń. Wszyscy wypadli za burtę łodzi i utonęli. W międzyczasie w wyspę uderzył huragan, a żona Arnauda, Alicia Rovira Arnaud powiła czwarte dziecko w piwnicy domu męża, syna imieniem Angel. Huragan zniszczył wszystkie budynki na wyspie, ale ukryte w piwnicy kobiety i dzieci przeżyły.

Wtedy pojawił się On. Victoriano Álvarez. Zgromadził całą broń, po czym wyrzucił ją w głębiny laguny pozostawiając sobie jedną strzelbę. Niezwłocznie ogłosił się królem atolu. Wszystkie kobiety należały do niego. Gdy jedna z nich mu się opierała zgwałcił ją i zastrzelił, inne regularnie bił i poniżał. Nie ważny był wiek: najpierw 20-letnia Altagracia Quiroz, potem 13-letnia Rosalia Nava, następnie 20-letnia Tirza Randon. Tej ostatniej obawiał się najbardziej, gdyż kobieta nie kryła nienawiści do niego. Szalony latarnik, który popadł w obłęd żyjąc w izolacji. I tak minęły dwa lata dyktatorskiej władzy Alvareza.

18 lipca 1917 roku 29-letnia Alicia Rovira Arnaud wraz z 7-letnim synem Ramonem Jr. i Tirzą Randon pojawiły się przed chatką Alvareza. Victoriano piekł wówczas upolowanego ptaka. Nie był zadowolony, że przyszła Randon. Ta wbiegła do jego miejsca zamieszkania i powróciła dzierżąc młotek, po czym na sygnał Alicii uderzyła króla atolu dwukrotnie w głowę. Alicia odepchnęła Tirzę i zaczęła zadawać mężczyźnie ciosy siekierą krzycząc do syna, by pobiegł po jego strzelbę. Randon nie miała dość całkowicie masakrując twarz tyrana. Zwłoki Victoriano staną się karmą dla krabów.

Trójkę kobiet i ośmioro dzieci uratuje załoga amerykańskiego okrętu wojennego "USS Yorktown". Marynarzom dopiero za drugim razem uda się wylądować na brzegu piaszczystego atolu. Dzieci z powodu niedożywienia były niemal skarłowaciałe, dwuletni Angel Arnaud cierpiał na krzywicę. W 1980 roku Ramón Arnaud Jr (wówczas 70-letni) powrócił na atol wraz z teamem biologów Jacquesa Cousteau, w końcu tam się urodził. Ale od czasu śmierci samozwańczego króla atolu nikt już nie próbował zamieszkać na Wyspie Clippertona.

piątek, 25 października 2013

Opale z Welo




Prowincja Welo, północna Etiopia, 550 km na północ od stolicy kraju Addis Ababa. W 2008 roku lokalni farmerzy odkryli tam (na wysokości 3200 metrów) przepiękne opale. Wystarczy przez chwilę potrzymać je przy świetle i można zauważyć, że ich wnętrze przypomina widok podmorskich głębin. Większość opali z Welo jest przezroczysta bądź półprzezroczysta. Oczywiście największe ceny na mineralnych aukcjach osiągają opale półprzezroczyste. Opale z Welo są hydrofanami: lekko zabarwione, białawe; umieszczone w wodzie stają się przezroczyste i wykazują piękną grę barw. Innym fascynującymi opalami są opale ogniste pochodzące z meksykańskiego stanu Querétaro. W ich wnętrzu 'dosłownie' żarzy się słońce.

A że Etiopia jest pięknym i fantastycznie surowym krajem niech świadczy zdjęcie ryftu Afar, miejsca, gdzie zbiegają się trzy płyty tektoniczne: afrykańska, arabska i somalijska. W 2005 roku doszło tam do erupcji szczelinowej Dabbahu i aktywności sejsmicznej, od tego momentu skorupa ziemska tam pęka, kontynent afrykański z czasem się podzieli, w końcu depresję Afar zaleje morze...