Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medycyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medycyna. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 9 kwietnia 2020
Plaga dżumy w Mandżurii w 1910-11 - galeria
Pod koniec 1910 roku chińską Mandżurię oraz Mongolię dotknęła plaga dżumy płucnej. Widziałem już dziesiątki archiwalnych zdjęć z pandemii grypy hiszpanki (wirusa H1N1) w latach 1918-19, ale muszę przyznać że te stare fotografie z Mandżurii są autentycznie mroczne. Głównym rezerwuarem bakterii (pałeczek) Yersinia pestis były gryzonie, a w szczególności szczury. Jednak należy pamiętać że w przypadku nieleczonej postaci dżumy płucnej śmiertelność wynosi blisko 100 procent. I taka była plaga mandżurska w 1910-11, której rezerwuarem mogły być świstaki, na które w owym czasie polowano dla futra. Mieszkańcy wspólnych domostw zarażali się drogą powietrzną (kropelkową), co powodowało szybkie rozprzestrzenianie się Czarnej Śmierci.
Pacjentami zero w przypadku tej historycznej zarazy byli dwaj górnicy, którzy powrócili z Rosji do Chin. Mieli wysoką gorączkę, krwisty kaszel i wrzodziejące zmiany skórne. Zanim umarli kilka dni później zdążyli zarazić dziesiątki ludzi. Pierwsze symptomy to była gorączka, kaszel i przewlekłe zmęczenie. Potem kaszel stawał się krwisty i dochodziło zapalenie płuc prowadzące do zgonu. Pierwotne symptomy przypominały najzwyklejsze przeziębienie, zatem były przez ówczesnych medyków ignorowane. Przemieszczanie się ludzi rozniosło plagę po całej Mandżurii. Narastała psychoza strachu. Ludzie barykadowali się w domach i nie dopuszczali do siebie obcych. Jeśli wychodzili z domów to tylko na moment i zawsze w maskach.
Dopiero po miesiącu rozprzestrzeniania się epidemii urodzony w Malezji doktor Wu Lien-teh pobrał w Harbinie w trakcie pierwszej w Chinach autopsji próbki krwi i tkanek od zmarłej japońskiej kobiety i pod mikroskopem odkrył bakterię Yersinia pestis (bacillus pestis). Analizując rozmaite przypadki uczony odkrył że zaraza roznosi się poprzez transmisję powietrzną. 7 stycznia 1911 roku do doktora Wu dołączył francuski doktor Girard Mesny. Francuz dokonał badań czwórki pacjentów bez maski, zaraził się i 11 stycznia zmarł.
Szybko Harbin stał się miastem zamkniętym. Domy chorych dezynfekowano karbolem i siarką, pacjentów poddawano surowej kwarantannie, ciała zmarłych polewano parafiną i palono na stosach, te zakopane wydobywano z ziemi i także palono. Były to pierwsze kremacje w historii Chin. Doktorzy i lokalni urzędnicy nosili maski z warstwami bawełny i gazy, by skuteczniej filtrować powietrze.
Szacuje się że plaga dżumy w Mandżurii uśmierciła około 63 000 ludzi zabijając wszystkich mieszkańców wielu wsi i miasteczek. Nieskremowane ciała zmarłych leżały na ulicy i były gryzione przez bezpańskie psy. Po sześciu miesiącach epidemia dżumy w Mandżurii i Mongolii została zdławiona.
W 1935 roku doktor Wu został nominowany do nagrody Nobla. Warto dodać że był pierwszym obywatelem Chin z dyplomem medycyny uzyskanym na Uniwersytecie Cambridge. Zmarł 21 stycznia 1960 roku w wieku 81 lat.
Plaga dżumy w Mandżurii przypomina mi pod wieloma względami XXI-wieczną pandemię Covid-19, która rozlała się praktycznie na cały świat. Najpierw połowa listopada/tudzież grudzień 2019 roku, pierwsze przypadki tajemniczej choroby w Wuhan powiązane z lokalnymi wet markets i całkowite zamknięcie miasta, absolutna konieczność zakrywania maseczkami nosa i ust (koronawirus może przetrwać w powietrzu około 3 godzin), zbliżone symptomy i wysoka zaraźliwość, wreszcie palenie ciał w krematoriach (tak było w Chinach, tak jest też w Guayaquil (Ekwador), gdzie ciała ofiar Covid-19 są palone przez członków rodzin na ulicach, gdyż wskutek straszliwych zaniedbań nikt ich nie zabiera).
Korzystałem z następujących źródeł:
https://en.wikipedia.org/wiki/Wu_Lien-teh
https://www.thinkchina.sg/photo-story-manchurian-plague-outbreak-and-malayan-doctor-wu-lien-teh
https://www.thearticle.com/what-china-can-learn-from-the-manchurian-plague-of-1911
Autorzy niektórych zdjęć nieznani, ale zdjęcia pochodzą m.in. z Thomas H. Hahn Docu-Images Historical photographs of China 中国摄影史图片库» The Manchurian Plague 1910-11
czwartek, 16 czerwca 2016
Iconographie photographique de la Salpêtrière (1876-1880)
Zdjęcia powyższe pochodzą z "Iconographie photographique de la Salpêtrière" - trzytomowej serii przypadków zgromadzonych przez prominentnego XIX wiecznego neuropatologa Jeana Martina Charcota oraz personel szpitala Salpêtrière, w którym Charcot nauczał przez 33 lata. Stare fotografie przedstawiają histeryczne bądź histeryczno-epileptyczne kobiety w trakcie ataków histerii i epilepsji. Diagnoza. Leczenie. Fotograficzna dokumentacja chorób psychicznych. Kamień milowy nieco mrocznej medycznej fotografii.
Całość fotografii tutaj:
http://cushing.med.yale.edu/gsdl/collect/salpetre/
czwartek, 14 stycznia 2016
Giulia Enders "Historia wewnętrzna" - recenzja
Urodzona w 1990 roku Giulia Enders ma dopiero 25 lat i pisze doktorat z mikrobiologii i higieny klinicznej we Frankfurcie nad Menem. "Historia wewnętrzna", którą napisała w 2014 roku sprzedała się w Niemczech w liczbie ponad półtora miliona egzemplarzy. Niezły bestseller, nieprawdaż? Zabawne ilustracje do książki wykonała jej starsza siostra Jill Enders. "Historię wewnętrzną" uroczej Giulii Enders czyta się szybko i z zachwytem. Ba, dawno nie czytałem tak urokliwej książki o funkcjach i doniosłości ludzkiego układu pokarmowego. A wszystko przez pewną tajemniczą chorobę skóry, która w wieku nastoletnim pokryła jej ciało rankami. Po kilku nieudanych terapiach zalecanych przez lekarzy Giulia wzięła sprawy w swoje własne ręce i przeprowadziła gastroenterologiczne śledztwo. Udało się jej dociec cóż to za choroba i młoda dziewczyna zainteresowała się jelitami oraz ich florą bakteryjną. Podjęła studia medyczne i zaczęła się specjalizować w mikrobiologii. Giulia twierdzi że ludzkie jelita są czarujące i ma na ich punkcie niezłego fioła. Obejrzyjcie zresztą jej zwycięską prezentację podczas dyskusji naukowej "Science Slam" (przyda się znajomość niemieckiego) w 2012 roku - przyszła Autorka nie potrafi ukryć ekscytacji i entuzjazmu omawiając poszczególne organy układu pokarmowego i ich funkcje. W końcu można się uśmiechnąć gdy człowiek uświadomi sobie że nasz bakteryjny ekosystem jelitowy liczy 100 bilionów bakterii, które produkują tłuszcze, gazy i kwasy czy wytwarzają witaminy, a zwieracze (wewnętrzny i zewnętrzny) w trakcie defekacji w efektywny sposób współpracują ze sobą. Pojawia się nawet słów kilka na temat siedmiu typów ludzkich ekskrementów, czemu towarzyszą urocze rysunki Jill Enders.
https://www.youtube.com/watch?v=iC0LbBQunjY
Giulia Enders omawia w "Historii wewnętrznej" budowę przewodu pokarmowego, zagadnienia alergii, nadwrażliwości i nietolerancji, transport jedzenia przez przewód pokarmowy, kwaśne odbijanie się, wymioty i zaparcia czy wpływ jelit na mózg. W trzeciej części "Historii wewnętrznej" Autorka wkracza w świat mikrobów przybliżając Czytelnikowi bakterie jelitowe zamieszkujące ludzki układ pokarmowy, ich rozwój i znaczenie. Pojawiają się także na kartach książki mikrobowi antagoniści np. salmonella, Helicobacter Pylori, pasożytnicze Toxoplasma Gondii oraz owsiki. Mikrobiologiczna menażeria. "Historia wewnętrzna" to książka arcyzabawna i napisana w niesamowicie klarowny sposób. Taką popularyzację medycyny to ja rozumiem. Popularyzację związaną z najczystszą euforyczną fascynacją. Oklaski dla Giulii Enders.
Na zdjęciach bakteria Clostridium Dificile pod mikroskopem elektronowym i uśmiechnięta Giulia Enders.
https://www.youtube.com/watch?v=iC0LbBQunjY
Giulia Enders omawia w "Historii wewnętrznej" budowę przewodu pokarmowego, zagadnienia alergii, nadwrażliwości i nietolerancji, transport jedzenia przez przewód pokarmowy, kwaśne odbijanie się, wymioty i zaparcia czy wpływ jelit na mózg. W trzeciej części "Historii wewnętrznej" Autorka wkracza w świat mikrobów przybliżając Czytelnikowi bakterie jelitowe zamieszkujące ludzki układ pokarmowy, ich rozwój i znaczenie. Pojawiają się także na kartach książki mikrobowi antagoniści np. salmonella, Helicobacter Pylori, pasożytnicze Toxoplasma Gondii oraz owsiki. Mikrobiologiczna menażeria. "Historia wewnętrzna" to książka arcyzabawna i napisana w niesamowicie klarowny sposób. Taką popularyzację medycyny to ja rozumiem. Popularyzację związaną z najczystszą euforyczną fascynacją. Oklaski dla Giulii Enders.
Na zdjęciach bakteria Clostridium Dificile pod mikroskopem elektronowym i uśmiechnięta Giulia Enders.
wtorek, 3 listopada 2015
Ponure choroby: zespół syreny i płód arlekin
Rzadkie choroby genetyczne to tematyka, która zainteresowała mnie od pewnego czasu. I myślę że dość dobrze wpisuje się w ekscentryczną zawartość niniejszego bloga. Co pewien czas będę szukał informacji na temat dziwacznych i niepokojących schorzeń, choć z góry zaznaczam, że medykiem nie jestem.
1) Zespół syreny (Sirenomelia) - Pierwszą mitologiczną syreną była syryjska bogini Atargatis, która stała się pół-kobietą, pół-rybą ze wstydu po zabiciu ludzkiego kochanka. Homer w Illiadzie ukazał syreny jako urodziwe kreatury, które zwabiają marynarzy pięknym śpiewem w morską toń. Przez wieki syreny utożsamiano ze sztormami, wrakami statków i utonięciami żeglarzy. Podobno widział je sam Krzysztof Kolumb w 1493 roku w trakcie morskiej podróży na Karaiby. Zespół syreny to jednocześnie groteskowa i śmiertelna choroba, która charakteryzuje się rotacją i fuzją nóg, które zaczynają przypominać rybi ogon. Pępowinie nie udaje się uformować dwóch arterii, co skutkuje nie wystarczającym dopływem krwi do płodu. Pojedyncza arteria zagarnia całą krew i związki odżywcze z dolnych partii ciała i rozdziela je do łożyska. Wskutek niedożywienia płód nie wykształca osobnych kończyn. Choroba jest bardzo rzadka - doświadcza jej 1 na 100 000 noworodków, zdarza się u bliźniąt jednojajowych. Śmierć następuje zazwyczaj po kilku dniach z powodu niewydolności wątroby czy pęcherza. W XIX wieku płody dotknięte sirenomelią wystawiano w słojach w gabinetach osobliwości. Najdłużej żyjącą osobą chorą na zespół syreny jest 26-letnia Tiffany Yorks, której w 1988 roku (jeszcze przed pierwszymi urodzinami) chirurgicznie rozdzielono nogi.
2) Płód arlekin - Rzadka choroba genetyczna znana także pod nazwą Harlequin Ichthyosis. Charakteryzuje się nadprodukcją białka keratyny w skórze. A to skutkuje pojawieniem się na skórze noworodka olbrzymich łusek i szybką śmiercią z powodu rozmaitych infekcji. Można ją zatem porównać do innych przerażających chorób deformujących skórę takich jak trąd czy ospa wietrzna. Po raz pierwszy zespół arlekina udokumentował 5 lipca 1750 roku wielebny Oliver Hart opisując dziecko Mary Evans, które umarło po 48 godzinach od urodzenia od opisu. Noworodki z zespołem arlekina mają słabo wykształcone uszy i nos. Czasem owych części ciała w ogóle nie ma. Powieki są wywinięte (ektropion), a przez to podatne na infekcję. Wargi są również wywinięte przez co przypominają uśmiech klauna. Zagrożeniem dla dzieci chorych na zespół arlekina jest hipotermia oraz odwodnienie organizmu. Z powodu łusek takie dzieci mają trudności z oddychaniem, co może prowadzić do zgonu z powodu niewydolności oddechowej. Pamiętajmy że kostium XVI-wiecznego arlekina był w kratę. Obecnie pacjenci chorzy na zespół arlekina mogą żyć dłużej wskutek rozwoju medycyny. I tak w 2014 roku chora na zespół arlekina 20-latka Stephanie Turner powiła zdrowego synka.
Znalazłem świetny blog o rzadkich schorzeniach prowadzony przez dwie blogerki. Polecam, gdyż to kawał dobrej roboty:
http://chorobyrzadkie.blogspot.com/
1) Zespół syreny (Sirenomelia) - Pierwszą mitologiczną syreną była syryjska bogini Atargatis, która stała się pół-kobietą, pół-rybą ze wstydu po zabiciu ludzkiego kochanka. Homer w Illiadzie ukazał syreny jako urodziwe kreatury, które zwabiają marynarzy pięknym śpiewem w morską toń. Przez wieki syreny utożsamiano ze sztormami, wrakami statków i utonięciami żeglarzy. Podobno widział je sam Krzysztof Kolumb w 1493 roku w trakcie morskiej podróży na Karaiby. Zespół syreny to jednocześnie groteskowa i śmiertelna choroba, która charakteryzuje się rotacją i fuzją nóg, które zaczynają przypominać rybi ogon. Pępowinie nie udaje się uformować dwóch arterii, co skutkuje nie wystarczającym dopływem krwi do płodu. Pojedyncza arteria zagarnia całą krew i związki odżywcze z dolnych partii ciała i rozdziela je do łożyska. Wskutek niedożywienia płód nie wykształca osobnych kończyn. Choroba jest bardzo rzadka - doświadcza jej 1 na 100 000 noworodków, zdarza się u bliźniąt jednojajowych. Śmierć następuje zazwyczaj po kilku dniach z powodu niewydolności wątroby czy pęcherza. W XIX wieku płody dotknięte sirenomelią wystawiano w słojach w gabinetach osobliwości. Najdłużej żyjącą osobą chorą na zespół syreny jest 26-letnia Tiffany Yorks, której w 1988 roku (jeszcze przed pierwszymi urodzinami) chirurgicznie rozdzielono nogi.
2) Płód arlekin - Rzadka choroba genetyczna znana także pod nazwą Harlequin Ichthyosis. Charakteryzuje się nadprodukcją białka keratyny w skórze. A to skutkuje pojawieniem się na skórze noworodka olbrzymich łusek i szybką śmiercią z powodu rozmaitych infekcji. Można ją zatem porównać do innych przerażających chorób deformujących skórę takich jak trąd czy ospa wietrzna. Po raz pierwszy zespół arlekina udokumentował 5 lipca 1750 roku wielebny Oliver Hart opisując dziecko Mary Evans, które umarło po 48 godzinach od urodzenia od opisu. Noworodki z zespołem arlekina mają słabo wykształcone uszy i nos. Czasem owych części ciała w ogóle nie ma. Powieki są wywinięte (ektropion), a przez to podatne na infekcję. Wargi są również wywinięte przez co przypominają uśmiech klauna. Zagrożeniem dla dzieci chorych na zespół arlekina jest hipotermia oraz odwodnienie organizmu. Z powodu łusek takie dzieci mają trudności z oddychaniem, co może prowadzić do zgonu z powodu niewydolności oddechowej. Pamiętajmy że kostium XVI-wiecznego arlekina był w kratę. Obecnie pacjenci chorzy na zespół arlekina mogą żyć dłużej wskutek rozwoju medycyny. I tak w 2014 roku chora na zespół arlekina 20-latka Stephanie Turner powiła zdrowego synka.
Znalazłem świetny blog o rzadkich schorzeniach prowadzony przez dwie blogerki. Polecam, gdyż to kawał dobrej roboty:
http://chorobyrzadkie.blogspot.com/
piątek, 30 października 2015
Adam Rainer: Karzeł i gigant
Zaintrygowała mnie ta historia, gdyż lubię czytać o bardzo rzadkich i groteskowych chorobach powodujących cielesne deformacje. Niewiele wiadomo o życiu Adama Rainera - urodził się w 1899 roku w Graz w Austrii. Jego rodzice byli przeciętnego wzrostu. W trakcie wybuchu I Wojny Światowej Rainer próbował zasilić szeregi armii, ale nie został przyjęty z powodu karłowatości. W wieku 21 lat mierzył zaledwie 118 centymetrów (1.18 metra), lecz jego dłonie i stopy były anormalnie duże. Adam zaczął w szybkim tempie rosnąć. W wieku 32 lat mierzył 218 centymetrów (2.18 metrów) i miał wykrzywiony kręgosłup. Adam Rainer cierpiał na akromegalię spowodowaną nadmiernym wydzielaniem hormonu wzrostu (somatotropiny) z powodu guza wywołującego nacisk na przysadkę mózgową. Pomiędzy 1930 a 1931 rokiem dwaj doktorzy A. Mandl i F. Windholz przebadali Adama i zdecydowali się zoperować rosnącego od dekady guza (eosinophilic adenoma). Kilka miesięcy po operacji Rainier nadal mierzył ponad dwa metry, a jego skrzywienie kręgosłupa stało się jeszcze ostrzejsze, co przykuło mężczyznę do łóżka. Adam nie mógł stać (stał się ślepy na prawo oko, tracił słuch w lewym uchu), więc został oddany do domu starców, gdzie zmarł 4 marca 1950 roku w wieku 51 lat. Gdy umierał mierzył 234 cm (2 metry i 34 centymetry). Adam Rainer był jedynym w historii medycyny człowiekiem, który z karła przeobraził się w giganta.
czwartek, 28 sierpnia 2014
Jaskinia Kitum rezerwuarem wirusa Marburg?
Afryka nadal nie może sobie poradzić z wybuchem epidemii Ebola w Liberii, Sierra Leone, Gwinei i Nigerii. W tej chwili od początku epidemii mamy 3069 podejrzewanych i potwierdzonych przypadków zachorowań na Ebola, w tym 1552 zgony. Statystyka śmiertelności wynosi 52% (42% w Sierra Leone, 66% w Gwinei). Wybuch oddzielnej epidemii stwierdzono laboratoryjnie w Demokratycznej Republice Kongo - pomiędzy 28 lipca a 18 sierpnia 24 podejrzewane przypadki gorączki krwotocznej Ebola, w tym 14 zgonów.
Ale nie o Ebola będzie dzisiaj, lecz o wirusie Marburg wywodzącym się z rodziny filowirusów (wysoce wirulentnych patogenów o zdolności spowodowania wybuchu lokalnej epidemii). Epidemie i sporadyczne zakażenia wirusem wybuchały w Kongo, Angoli, Kenii i RPA. Zarażenie poprzez bliski kontakt z krwią i wydzielinami ciała chorego (ślina, odchody, uryna, wymiociny). Objawy: ostry ból głowy, wysoka gorączka, bóle mięśni, gwałtowne osłabienie, ostra biegunka, mdłości i wymioty rozpoczynają się zazwyczaj trzeciego dnia od infekcji. Pacjenci znajdują się wówczas w stanie ekstremalnego letargu. Tak jak w przypadku wirusa Ebola występuje krwawienie z różnych otworów ciała, w tym z nosa, dziąseł i waginy. Ma to miejsce po 5-7 dniach od infekcji. W kilku przypadkach odnotowano zapalenie jądra. Śmierć następuje w niektórych przypadkach po 8-9 dniach od zarażenia, zazwyczaj wskutek utraty krwi i szoku. Po raz pierwszy do epidemii wirusa Marburg doszło w 1967 roku w Niemczech (Frankfurt i Marburg) i byłej Jugosławii. Pracownicy laboratorium mieli kontakt z koczkodanami z Ugandy (25 potwierdzonych przypadków, 7 zgonów), a konkretnie z krwią małp. Wreszcie dochodzimy do jaskini Kitum znajdującej się w wygasłym wulkanie tarczowym Elgon w Kenii. Na ścianach długiej na 200 metrów jaskini odnajdziemy liczne zadrapania i ślady po pazurach. Słonie, bawoły, antylopy, hieny czy leopardy przez setki lat wędrowały do Kitum, aby zlizywać znajdujące się tam pokłady soli.
8 stycznia 1980 roku 56-letni Francuz zaraził się wirusem Marburg prawdopodobnie w jaskini Kitum. Umarł 15 stycznia w szpitalu w Nairobi - nie pomogły zabiegi resuscytacji. 9 dni później zachorował jego lekarz Shem Musoke, ale udało mu się wydobrzeć (szczep wirusa Musoke). 13 sierpnia 1987 roku 15-letni Duńczyk od miesiąca przebywający w Kenii trafił do szpitala z objawami gorączki, apatii, wymiotów i bólu głowy. Diagnoza: wirus Marburg, szczep Ravn (od nazwiska pacjenta). Dziewięć dni wcześniej pacjent przebywał w jaskini Kitum. Mimo natychmiast podjętej terapii chłopiec umarł po 11 dniach pobytu w szpitalu.
Czy wirus Marburg kryje się w jaskini Kitum? Całkiem możliwe, choć nowych przypadków zakażeń nie stwierdzono. Jaskinia Kitum nie jest przyjemnym miejscem. Gnieżdżą się tam setki drapieżnych i pożerających owoce nietoperzy (być może zwierzęcych wektorów wirusa). Można się też natknąć na obfite zasoby nietoperzowego guana (być może to wdychanie guana sprzyja infekcji wirusem Marburg) oraz rozpadlinę, w której bieleją kości słoni, które w nią wpadły.
Rosjanie pracowali w laboratoriach biologicznych zarówno nad wirusem Ebola, jak i Marburg. W 1988 roku doktor Nikolai Ustinov zaraził się wirusem Marburg (szczep MARV) po przypadkowym ukłuciu się igłą. Umarł w męczarniach. Ustinov pracował nad arsenałem sowieckiej broni biologicznej. Jego dziennik był pokryty krwią i musiał zostać zniszczony. Po jego śmierci rosyjscy naukowcy wyodrębnili wysoce wirulentny szczep wirusa Marburg, który można było przenosić drogą powietrzną. Ku czci Ustinova ów szczep nazwano Wariant U.
środa, 30 lipca 2014
Il Medico della Peste czyli Medyk Plagi
Słuchałem wczoraj przed snem płyty black metalowego Oremus "Popioły" z 2011 roku, której cover ozdabiają włoscy medico peste. Nadto mamy w Polsce świetny black metalowy Medico Peste z Krakowa - Panowie kiedy kolejna płyta? Fascynująca jest groteskowa maska Medyka Plagi. Charakterystyczny wydłużony dziób, głębokie oczodoły będące tak jakby jamami do nicości. Dla przypomnienia słynna średniowieczna plaga czarnej śmierci (dżumy) nawiedziła Europę w XIV wieku zabijając dwie trzecie jej populacji. Lecz pierwszy opis maski Medyka Zarazy pochodzi z XVII wieku - od Charlesa de Lorme (1584–1678), naczelnego lekarza francuskich królów Henryka IV, Ludwika XIII i Ludwika XIV, bliskiego przyjaciela kardynała Richelieu ("Nos jest długi na pół stopy, ukształtowany niczym dziób, wypełniony perfumami, z dwiema dziurami po obu stronach [maski], ale to wystarczy do oddychania [...] Pod płaszczem nosimy buty z marokańskiej skóry (skóry kozła), spodnie także z miękkiej skóry, bluzę z krótkimi rękawami z miękkiej skóry, krawędź której jest wciśnięta w rzeczone spodnie. Kapelusz i rękawiczki zrobione są z tej samej skóry... a okulary zasłaniają oczy") Jak wynika z powyższego opisu de Lorme próbował uchronić się przed zarazkami przyodziewając ekwiwalent współczesnego kombinezonu chroniącego przed zagrożeniem biologicznym. Zarazkami, a w zasadzie miazmatami i toksycznymi odorami związanymi z procesem gnicia.
Zioła (tudzież ocet) umieszczone w dziobie miały jakoby oczyszczać powietrze i ochraniać medyka przed wdychaniem chorobotwórczych miazmatów (morowego powietrza). Skórzany płaszcz, spodnie, bluza, buty i rękawiczki ze skóry miały za zadanie osłaniać skórę. Kapelusze nosili ówcześni lekarze, także ich obecność nie dziwi wcale. Nadto drewniana laska dzierżona w dłoni miała odstraszać chorych na dżumę albo wskazywać pomocnikom jak przesuwać ciała w trakcie oględzin tychże. Można nią było bić szczury na których żerowały pchły będące nosicielami yersinia pestis. Maska Plagi kiedyś miała za zadanie odstraszać śmierć, dziś stała się jej symbolem. I inspiracją dla wielu kapel metalowych czy filmowców horrorów.
Warto w tym miejscu wspomnieć o włoskich wyspach Lazzaretto (o osławionej Poveglii już pisałem). W XV wieku służyły one jako miejsca kwarantanny, aby zapobiec rozszerzaniu się Czarnej Śmierci w weneckiej dzielnicy Rialto. Wpierw Lazzaretto Vecchio, na której klasztor przekształcono w centrum kwarantanny, potem Lazzaretto Nuovo. To na tą drugą wyspę najsampierw udawały się statki z ludźmi. Tam wyszukiwano pasażerów z dżumą, po czym ich odsyłano na Lazzaretto Vecchio, gdzie masowo umierali. Na Lazzaretto Nuovo przybywali tzw. kontrolerzy zdrowia, badali wszystkich umieszczonych na wysepce, chorych odsyłano na Vecchio. Codziennie dostarczano na Nuovo zapasy pożywienia i wody. Kwarantanna na Lazzaretto Nuovo trwała 22 dni. Od 2004 roku archeolodzy odkryli na Lazzaretto Vecchio ponad 1500 szkieletów ofiar dżumy - pochowanych w indywidualnych bądź masowych grobach. Ciał może być, rzecz jasna, o wiele więcej.
Zioła (tudzież ocet) umieszczone w dziobie miały jakoby oczyszczać powietrze i ochraniać medyka przed wdychaniem chorobotwórczych miazmatów (morowego powietrza). Skórzany płaszcz, spodnie, bluza, buty i rękawiczki ze skóry miały za zadanie osłaniać skórę. Kapelusze nosili ówcześni lekarze, także ich obecność nie dziwi wcale. Nadto drewniana laska dzierżona w dłoni miała odstraszać chorych na dżumę albo wskazywać pomocnikom jak przesuwać ciała w trakcie oględzin tychże. Można nią było bić szczury na których żerowały pchły będące nosicielami yersinia pestis. Maska Plagi kiedyś miała za zadanie odstraszać śmierć, dziś stała się jej symbolem. I inspiracją dla wielu kapel metalowych czy filmowców horrorów.
Warto w tym miejscu wspomnieć o włoskich wyspach Lazzaretto (o osławionej Poveglii już pisałem). W XV wieku służyły one jako miejsca kwarantanny, aby zapobiec rozszerzaniu się Czarnej Śmierci w weneckiej dzielnicy Rialto. Wpierw Lazzaretto Vecchio, na której klasztor przekształcono w centrum kwarantanny, potem Lazzaretto Nuovo. To na tą drugą wyspę najsampierw udawały się statki z ludźmi. Tam wyszukiwano pasażerów z dżumą, po czym ich odsyłano na Lazzaretto Vecchio, gdzie masowo umierali. Na Lazzaretto Nuovo przybywali tzw. kontrolerzy zdrowia, badali wszystkich umieszczonych na wysepce, chorych odsyłano na Vecchio. Codziennie dostarczano na Nuovo zapasy pożywienia i wody. Kwarantanna na Lazzaretto Nuovo trwała 22 dni. Od 2004 roku archeolodzy odkryli na Lazzaretto Vecchio ponad 1500 szkieletów ofiar dżumy - pochowanych w indywidualnych bądź masowych grobach. Ciał może być, rzecz jasna, o wiele więcej.
piątek, 13 czerwca 2014
Mary Roach "Gastrofaza: Przygody w układzie pokarmowym" - recenzja
Ta książka powinna zainteresować nie tylko gastroenterologów czy proktologów, choć ostrzeżenie "Nie czytać przy jedzeniu!" na jej okładce należy sobie wziąć do serca. Albowiem w najnowszej książce popularnonaukowej Mary Roach (autorki "Bzyka" i "Sztywniaka") roi się od raczej mało przyjemnych opisów związanych z pracą i dolegliwościami jelita grubego, narządu jakże znienawidzonego przez XIX-wiecznych medyków, którzy uznawali go za śmietnik. Czego tutaj nie znajdziemy? Infekcje bakteriami Clostridium dificile, a co za tym idzie przeszczepy mikroflory jelitowej (inaczej mówiąc kału), które mają im zapobiec. Bristolską skalę uformowania stolca (np. typ 4 - Smukły, wężowaty, gładki i miękki). Delektowanie się mózgami, grasicami i narządami płciowymi. Fletcherowską koncepcję starannego przeżuwania pokarmu jako narzędzie oszczędności. Bakteriobójcze właściwości śliny, tudzież inne jej cechy. Wzdęcia i zaparcia. Pęknięcia żołądków na skutek nadmiernego spożycia pokarmów. Przemycanie rozmaitych przedmiotów w odbycie, a nawet dumanie nad tym, czy istnieje możliwość umieszczenia tam ładunku wybuchowego. Cuchnące gazy trawienne (z naciskiem na wodór, metan i siarkowodór). Karmienie doodbytnicze. Zgon Elvisa Presleya w następstwie rozdęcia okrężnicy. Autokoprofagia u gryzoni i ludzi. Plus wiele innych fascynujących, acz niekoniecznie smacznych faktów dotyczących naszego układu pokarmowego, a zwłaszcza jelit. Książka napisana jest przez Mary Roach z przymrużeniem oka, niektóre jej fragmenty autentycznie mnie rozbawiły. Styl pisania odznacza się jasnością, klarownością, przejrzystością wywodu... największy laik nie będzie miał problemu ze zrozumieniem zawartości "Gastrofazy". Żeby tylko nie zwrócił w trakcie lektury nagromadzonych treści żołądkowych.
Muszę przytoczyć wszak jeden fragment dotyczący przyjmowania pokarmu per rectum, a konkretnie przypadek lewatywy dokonanej wodą święconą. Rok 1634, Matka Joanna do Aniołów (Jeanne des Anges), przeorysza klasztoru Urszulanek we francuskim Loudun utrzymywała, że miejscowy proboszcz Urbain Grandier próbował ją uwieść nawiedzając w snach. Niezwłocznie zarządzono odprawienie egzorcyzmów, które jednakże nie pomagały. Wreszcie po latach zmagania się z demonami z pomocą przyszła cudowna lewatywa z wody święconej zaaplikowana przez zaradnego aptekarza. Nieszczęsny proboszcz został oskarżony o czary i spłonął na stosie. Nawet po jego śmierci opętania w Loudun nadal trwały dotykając 16 innych zakonnic, które dopuszczały się seksualnego rozpasania... może uświęcona lewatywa też by pomogła także w ich przypadkach?
Na zdjęciu z 2005 roku martwy pyton birmański, z którego boku sterczą ogon i tylne nogi dwumetrowego aligatora. Bliższe omówienie tej zagadki w książce. :-)
środa, 4 czerwca 2014
Umiera Alexander Shulgin, ojciec psychodelików

Wątpię, że polskie media o nim wspomną, chyba że w ramach ciekawostki. 2 czerwca 2014 roku słynny chemik i ojciec psychodelików Alexander Shulgin umarł na raka wątroby w sędziwym wieku 88 lat. Warto zaznaczyć, że termin "psychodeliczny" ukuł pod koniec lat 50-tych współpracownik Shulgina, Humphry Osmond, brytyjski psychiatra badający efekty zażywania meskaliny. Chodziło o związki chemiczne wpływające na ludzką percepcję, inaczej mówiąc halucynogeny. Na początku XX-wieku (jak twierdził Shulgin) znane były tylko meskalina i marihuana. 50 lat później pojawiły się LSD, psylocybina, psylocyna, rozmaite syntetyczne wariacje DMT i różne izomery - do 2000 roku ponad 200 związków psychoaktywnych. Oczywiście ta liczba systematycznie wzrasta. Wspomniana dywersyfikacja narkotyków w dużej mierze miała miejsce w laboratorium Shulgina. Spod ręki Shulgina wyszło blisko 200 chemicznych związków, w tym stymulanty, depresanty, afrodyzjaki, empatogeny, konwulsanty, narkotyki wpływające na zmysł słuchu, spowalniające poczucie rzeczywistości czy przyśpieszające je, narkotyki powodujące wybuchy agresji, tłumiące emocje, itd. W 1976 roku Shulgin opracował MDMA (XTC), który potem trafił do amerykańskich i europejskich klubów (jako Ecstasy). Shulgin był pionierem psycho-farmaceutyków, wszystkie testował na sobie, zbierał je i starannie katalogował. Z czasem coraz częściej po narkotyki zaczęła sięgać medycyna - przykładowo w 2005 roku naukowcy udowodnili, iż MDMA może złagodzić strach pacjentów w terminalnym stadium nowotworu. Ecstasy ma też działanie terapeutyczne dla pacjentów chorych na zespół stresu pourazowego (PTSD). Także psylocybina odznacza się terapeutycznym potencjałem.
Shulgin zainteresował się farmakologią w 1944 roku. W 1960 roku pracował jako biochemik w Dow Chemicals. Od kilku lat fascynowała go meskalina, aktywny składnik peyotla. Eksploracja psychoaktywnych narkotyków stała się dla Shulgina obsesją. W 1962 roku opracował Zectran, jeden z pierwszych biodegradowalnych insektycydów. Wtedy Dow Chemicals zapewniło mu finanse... i pełną swobodę badawczą. Shulgin testował nowo odkryte narkotyki (np. MEM) na sobie, od 1981 roku pomagała mu w tym jego pochodząca z Nowej Zelandii żona Ann, zapraszał też 6-8 przyjaciół na testy (wśród nich dwóch psychologów i znajomy chemik). Pod ręką trzymał anty-konwulsant, w razie gdy skutki zażycia narkotyku były opłakane (użył go dwukrotnie na sobie). Shulgin oszacował, że uczestniczył w blisko 4000 psychodelicznych tripów. D.E.A zostawiła Shulgina w spokoju, gdyż "nie robił nic nielegalnego". Poza tym wiele z narkotyków pochodzących z jego laboratorium nie było nielegalnych, gdyż nie istniały dopóki ich nie stworzył. W 1991 roku Shulgin wraz z żoną wydali własnym sumptem książkę "PIhKAL", w której opisali (oprócz wątków autobiograficznych) 179 fenetyleamin, a w 1998 roku "TiHKAL" dotyczącą tryptoamin. Niektóre z narkotyków, które Shulgin opisał w książkach są w stanie spowodować śmierć. Przykładowo w 2000 roku 20-letni mężczyzna zmarł w Oklahomie po zażyciu 2C-T-7, narkotyku, który Shulgin w "PIhKAL" opisał jako "przyjacielski i cudowny". Dwa lata po publikacji wspomnianej książki D.E.A zerwała kontakt z Shulginem. Częstokroć w nielegalnych laboratoriach narkotykowych znajdowano jej egzemplarze ze względu na gotowe receptury syntetycznych dragów. Podobnie było z "TiHKAL". W 1994 roku agenci D.E.A zrobili najazd na laboratorium Shulgina, a chemik został zmuszony do zapłaty 25 000 dolarów grzywny i zwrotu licencji.
Shulgin jest uważany za ojca 3,4-Metylenodioksymetamfetaminy (MDMA), którą re-zsyntetyzował w 1976 roku. MDMA w niektórych środowiskach stał się narkotykiem terapeutycznym. Psychiatrzy stosowali go u pacjentów z zaburzeniami psychicznymi. Trafił też do wielu nocnych klubów, a od 1986 D.E.A umieściło go na liście substancji nielegalnych. Miliony nastolatków używało jednak pigułek Ecstasy. Podwyższone dawki MDMA powodują wzrost napięcia w mięśniach, podwyższenie częstotliwości bicia serca, ciśnienia krwi, istnieje ryzyko hipertermii (stanu podwyższenia temperatury ciała), a co za tym idzie zawału serca i dehydratacji (odwodnienia). Zgony po przedawkowaniu/zażyciu MDMA (Ecstasy) zdarzają się nadal.
Spoczywaj w pokoju huxleyowski 'naturalisto umysłu".
http://www.euronews.com/2014/06/03/godfather-of-ecstasy-alexander-sasha-shulgin-dies-at-age-88/
poniedziałek, 5 maja 2014
Scott Carney "Czerwony rynek" - recenzja
Z uwagi na mój niedawny powrót z tygodniowego pobytu na Islandii blog niniejszy leżał odłogiem. Odpuściłem sobie koncerty Hypnos i Amon Amarth czy God Seed i Cult of Luna, ale nawet przebywając na Islandii w miarę możliwości czytałem. Uwielbiam książki. Zwłaszcza mroczne, poruszające, skłaniające do refleksji. Taka jest właśnie tegoroczna propozycja reportażowego wydawnictwa Czarne, czyli "Czerwony rynek" Scotta Careya. Po raz pierwszy zetknąłem się z książkami Czarnego w ubiegłym roku, jeszcze przed założeniem DTB, BTH kiedy z zapartym tchem przeczytałem reportaż Macieja Wasielewskiego "Jutro przypłynie królowa", w którym autor przybywa na najmniejszą demokrację świata, pacyficzną wyspę Pitcairn, miejsce odizolowane i samotne, zamieszkiwane przez garstkę potomków "Bounty" i skrywające straszliwe sekrety (terror, przemoc i praktykowana dekadami pedofilia). Mocna lektura, po którą pewnie sięgnę raz jeszcze, by ją w stosownym czasie tutaj zrecenzować.
"Czerwony rynek" Scotta Careya jest również książką, która potrafi wstrząsnąć. Nasze ciało za życia albo gdy już umrzemy jest niczym więcej niż pożądanym towarem. Intratnym finansowo ludzkim surowcem. Weźmy np. szkielet, który po wykradzeniu z grobu może posłużyć jako pomoc naukowa dla studentów medycyny czy jako preparat w muzeum medycznym. Przysadka mózgowa wycięta z trupa może być źródłem naturalnego hormonu wzrostu HGH, który przyczynia się do przyrostu masy mięśniowej. Włosy z głowy znajdą zastosowanie w perukach noszonych przez podstarzałe damy bądź posłużą do produkcji nawozów lub L-cystyny (aminokwasu będącego dodatkiem do pieczywa). Jest jeszcze krew (osocze, czerwone krwinki, płytki krwi i czynnik antyhemofilowy), serce, wątroba i nerki jako przeszczepy przedłużające komuś życie, a nawet rogówki oczu przeznaczone do przywrócenia wzroku. Także żywe ciało staje się przedmiotem intensywnego obrotu handlowego. Ubogie dziecko z kraju Trzeciego Świata można ukraść jego biologicznym rodzicom, umieścić w sierocińcu, zmienić mu tożsamość, wreszcie sprzedać je oczekującej rodzinie adopcyjnej przy pomocy pośrednika. Sprzedaje się także komórki jajowe pobrane od kobiet w wieku reprodukcyjnym w celu zapewnienia potomstwa bezpłodnym parom. Można sprzedać także własne ciało koncernom farmaceutycznym i ośrodkom badawczym, które będą testowały na nim nowe leki. Liczy się tylko zysk finansowy - z reguły większy po stronie cynicznego biorcy, mało znaczący po stronie ubogiego (i zazwyczaj zdesperowanego) dawcy z nizin społecznych. Altruizm jako taki nie istnieje, a ludzie są podli i wyrachowani. Dla pieniędzy zrobią praktycznie wszystko.
Książka antropologa i dziennikarza śledczego Scotta Careya ukazuje czytelnikowi mroczne oblicza medycyny, a także postępującą dehumanizację lekarzy. Trochę szkoda, że Carey skupia się w dużej mierze na Indiach zahaczając nieznacznie o Stany Zjednoczone, Hiszpanię i Cypr (jako centrum światowego handlu komórkami jajowymi przeznaczonymi do zapłodnienia in vitro); nie ma też praktycznie żadnej dłuższej wzmianki o krajach Europy Wschodniej, ale "Czerwony rynek" czyta się z ogromnym zainteresowaniem. Kolejny nokaut od Czarnego. Indyjskie farmy kości i krwi - nie da się o nich zapomnieć.
"Pal tłumaczy mi, jak wyglądał proces produkcyjny w fabryce. Najpierw zwłoki owijało się siatką i wkładało do rzeki, gdzie mniej więcej w ciągu tygodnia bakterie i ryby zamieniały je w luźną stertę kości i miękkiej papki. Potem pracownicy oczyszczali kości i gotowali je w wodzie zmieszanej z sodą kaustyczną, by rozpuścić pozostałości tkanki miękkiej. Po tym zabiegu kości nabierały żółtego zabarwienia. Aby przywrócić im medyczną biel, przez tydzień suszyło się je na słońcu, a potem zanurzało w kwasie solnym." - Oczywiście po uprzednim wykopaniu z grobu. (Fragment książki).
czwartek, 10 kwietnia 2014
Epidemia wąglika w Swierdłowsku
2 kwietnia 1979 roku, Swierdłowsk (dzisiejszy Jekaterynburg), nocna zmiana. Owego dnia nastąpił w Swierdłowsku śmiercionośny wybuch epidemii wąglika. Zainfekowane zostały 94 osoby, umarły 64 z nich (niektórzy twierdzą, że liczba ofiar jest wyższa i wynosi 105). Pierwsza ofiara skonała po czterech dniach, ostatnia po sześciu tygodniach. Rząd sowiecki twierdził, że wąglik pochodził ze skażonego mięsa. Dopiero w 1992 roku prezydent Jelcyn przyznał, że wybuch epidemii nastąpił na skutek aktywności militarnej w mikrobiologicznym Instytucie Problemów Techniki Wojskowej, gdzie produkowano i magazynowano broń biologiczną (ruiny obiektu na dolnym zdjęciu). W czerwcu 1992 roku i powtórnie w sierpniu 1993 roku zakład w Swierdłowsku odwiedził zespół naukowców z profesorem Mattem Meselsonem ma czele. Co prawda KGB zdążyło już skonfiskować wszelką dokumentację biologiczną odnośnie wypadku, ale wykazano, iż ofiary wąglika były zgromadzone w prostej linii pod wiatr od obiektu militarnego. Bydło pasące się na tym obszarze także umarło. Przyczyną epidemii było wypuszczenie patogenu wąglika w formie aerozolu. Pracownicy obiektu militarnego zapomnieli założyć nowy filtr w systemie wylotowym. Szybko zorientowali się, że popełnili błąd, ale przetrwalniki wąglika oznaczonego jako "836" wydostały się wraz z wiatrem na peryferie miasta i tereny wiejskie. Gdyby tego dnia wiatr wiał w kierunku Swierdłowska ofiar byłoby setki, a nawet tysiące. Wąglik "836" bazował na wysoce wirulentnym szczepie bakterii chorobotwórczej Bacillus anthracis o gęstej kapsule ochronnej i mającym zdolność do produkcji ogromnych ilości toksyn. Rosjanie chcieli doprowadzić do masowej produkcji obronnego wąglika w celu jego zastosowania na masową skalę. Przetrwalniki wąglika mogą pozostawać w powietrzu bądź na ziemi przez wiele lat... uważajcie czym oddychacie.
Polecam dalszą lekturę do poduszki:
http://archiwum.wiz.pl/1999/99033100.asp
piątek, 4 kwietnia 2014
Wirus Ebola znowu medialny
Epidemia wirusa Ebola wybuchła w Gwinei. W tej chwili potwierdzona liczba ofiar wynosi 83, natomiast liczba potwierdzonych i podejrzewanych przypadków zachorowań wynosi 127 (w tym 14 przypadków zachorowań wśród pracowników medycznych, ośmioro z nich zmarło). Osiem podejrzewanych i potwierdzonych przypadków zachorowań odnotowano w sąsiedniej Liberii, w tym sześć zgonów. Od razu zainfekowanego delikwenta odizolowuje się od otoczenia, a osoby mające z nim bezpośrednią styczność znajdują się pod medycznym nadzorem. Epidemia wirusa Ebola wybuchła w lutym w południowo-wschodniej Gwinei, a pierwsze przypadki zachorowań w stolicy państwa, Konakry, stwierdzono w ubiegłym tygodniu. W ramach prewencji Senegal zamknął granice z Gwineą. Nadto potwierdzone bądź podejrzewane są przypadki infekcji wirusem; w Sierra Leone (na razie sześć, w tym pięć śmiertelnych) i Mali (trzy).
Co ciekawe, lokalnym przysmakiem w Gwinei jest pikantna zupa z nietoperza oraz pieczony nad płomieniem nietoperz. W Gwinei zjada się także szczury. Oprócz małp, szympansów i goryli wektorami Ebola są także wspomniane nietoperze - generalnie nosiciele wszelkiej maści zoonoz: wścieklizny, histoplazmozy, wirusa Marburg, SARS, Nipah, Hendra czy też sprawcy infekcji lyssawirusami. Nie ma to jak smaczna potrawka z nietoperza. Bon Apetit!
UPDATE: Stan na 1 sierpnia 2014 roku według WHO: 1603 podejrzewanych oraz potwierdzonych laboratoryjnie przypadków infekcji wirusem Ebola, 887 zgonów, z czego najwięcej w Gwinei, Sierra Leone i Liberii. Genetyczna analiza wirusa wskazuje, iż jest blisko spokrewniony (w 97% identyczny) z wariantami wirusa Ebola (gatunek Zaire ebolavirus) wcześniej zidentyfikowanymi w Kongo i Gabonie. Obywatel USA, 40-letni Patrick Sawyer, który przyleciał z Liberii do Lagos (Nigeria) został zainfekowany i umarł 25 lipca 2014 roku - to pierwszy przypadek gorączki krwotocznej Ebola w Nigerii. Wcześniej zdołał zarazić 8 osób, w tym nigeryjskiego lekarza, który go badał.
No i wygląda na to, że jest potencjalne lekarstwo na wirusa Ebola, ale nie każdy może je używać. Uratowano nim dwóch amerykańskich misjonarzy w Liberii, którzy zachorowali na gorączkę krwotoczną Ebola. Chodzi o tajemniczy ZMapp, wcześniej wypróbowany na zainfekowanych wirusem Ebola małpach. Myszy testowe poddano działaniu fragmentów wirusa Ebola, w ich krwi pojawiły się monoklonalne przeciwciała anty-Bola, po czym je pobrano, by stworzyć szczepionkę. Lek powstrzymuje wirus przed dostaniem się do organizmu i infekcją komórek... może być skuteczny.
czwartek, 26 grudnia 2013
Historia syndromu Cotarda

W 1880 roku do drzwi francuskiego neurologa Julesa Cotarda (na zdjęciu) zapukała pewna dama w średnim wieku znana jako Mademoiselle X. Twierdziła, że "nie ma mózgu, nerwów, klatki piersiowej, żołądka ani wnętrzności". Była "niczym więcej niż gnijącym trupem". Wierzyła, że ani Bóg ani Szatan nie istnieją i że nie ma duszy. Z racji tego, że nie mogła umrzeć śmiercią naturalną "nie odczuwała potrzeby jedzenia". Naturalnie umarła później z wygłodzenia.
Tak narodził się syndrom Cotarda. Ale to dziwaczne schorzenie opisał już w 1788 roku Charles Bonnet. Przypadek dotyczył starszej kobiety, która kazała córkom ubrać ją w pogrzebowy całun i złożyć do trumny, bo była "martwa". Ewentualnie kobieta wybudziła się z trapiącego ją urojenia, ale co trzy miesiące do końca swojego życia miała okresy w których 'umarła'. W dodatku 'rozmawiała z innymi umarłymi i częstowała ich kolacją'. No i mamy Syndrom Żywego Trupa: pacjenci wierzą, że są martwi i nie istnieją, czasem zespół Cotarda przejawia się w przekonaniu, że brakuje im organów wewnętrznych czy części ciała. Syndrom Cotarda bywa łączony z ciężką depresją i schizofrenią. W ramach leczenia stosuje się antydepresanty i leki anty-psychotyczne, terapia elektrowstrząsów także bywała skuteczna.
The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble "Cotard Delusion"
http://www.youtube.com/watch?v=rrnMHOF27E4
"Des destinées de l'ame..." i inne książki antropodermiczne
"Des destinées de l'ame" Arsène Houssaye to medytacja na temat duszy i życia po śmierci. Nie było by w tej książce nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że została oprawiona w ludzką skórę, którą zdjęto z pleców chorej psychicznie i zmarłej na apopleksję (udar mózgu) kobiety. Przedtem nikt nie zgłosił się po jej zwłoki do francuskiego szpitala psychiatrycznego. Książkę oprawił ludzką skórą przyjaciel pisarza, doktor Ludovic Bouland (1839-1932) około roku 1880. Praktyka oprawiania książek w ludzką skórę miała miejsce już od XVI wieku. Używano skór skazanych na śmierć kryminalistów bądź osób zmarłych, których bliscy chcieli zachować w pamięci w nietypowej formie książki.
Natomiast jeszcze starsza książka (na dolnym zdjęciu) została oprawiona skórą księdza Henry'ego Garneta, na którym wykonano egzekucję za próbę podpalenia 36 beczek z prochem umieszczonych pod budynkiem Brytyjskiego Parlamentu. Stało się to w roku 1606. Innym przykładem jest znajdujący się w Muzeum Sugreons Hall w Edynburgu notatnik (środkowe zdjęcie) oprawiony skórą notorycznego mordercy Williama Burke. Pomiędzy 1827 a 1828 rokiem Burke wraz ze wspólnikiem Williamem Hare zamordowali 16 osób w celu dostarczenia ich zwłok anatomowi Dr. Robertowi Knoxowi. Burke został powieszony 29 stycznia 1829 roku, a jego ciało poddano dysekcji w Edinburgh Medical College.
Książek oprawionych w ludzką skórę są podobno setki. Można je znaleźć w stareńkich bibliotekach. Przykładowo kilka kopii Francuskiej Konstytucji z 1793 roku oprawiono w ludzką skórę. Tak samo niektóre XVII i XVIII-wieczne podręczniki do anatomii, a nawet zbiór poematów Johna Miltona. Książkami antropodermicznymi interesował się zapewne również reżyser Sam Raimi, który oprawił w ludzką skórę fikcyjny egzemplarz "Necronomicon" w kultowym horrorze "Martwe zło" ("The Evil Dead", 1982).
Więcej na ten temat można przeczytać u Jacka Dehnela:
http://jacekdehnel.natemat.pl/34309,ksiazki-oprawione-w-ludzka-skore-czyli-cos-dla-milosnikow-makabry
piątek, 22 listopada 2013
Superbakteria KPC-Oxa 48
Ze zdumieniem przeczytałem dzisiaj na Wired Science artykuł dziennikarki naukowej Maryn McKenna dotyczący szczepu bakterii opornej na wszelkie antybiotyki zwanego KPC-Oxa 48. W lipcu 2013 roku spowodowała ona śmierć 69-letniego nauczyciela Briana Poole'a, który pracował w Wietnamie. Tam też doznał krwotoku śródmózgowego i znalazł się w wietnamskim szpitalu. Po przetransportowaniu pacjenta do szpitala w Wellington (Nowa Zelandia) Poole umarł po sześciu miesiącach przebywania w kwarantannie. Na KPC-Oxa 48 nie działał żaden znany stosowany antybiotyk. Zacząłem czytać prace mikrobiologiczne, aby dowiedzieć się bliżej co to za paskudztwo. Być może rzeczywiście znajdujemy się obecnie na skraju ery post-antybiotykowej...
Gram-ujemna pałeczka jelitowa (Klebisella pneumoniae) wytwarzająca karbapenemazy KPC, MBL i Oxa 48 jest wielolekooporna. Rezerwuarem pałeczek jelitowych jest przewód pokarmowy ludzi i zwierząt. O ile przypadek nowozelandzki nie jest pierwszym przypadkiem zakażenia patogenem KPC-Oxa 48 (szczepem Klebisella pneumoniae), o tyle demonstruje on możliwość infekcji poza granicami państwowymi. Epidemie tego patogenu miały miejsce wcześniej w Turcji (pierwsza w 2004 roku), Libanie, Egipcie, Belgii, Francji, Hiszpanii, Senegalu, Izraelu czy w Indiach. Klebisella pneumoniae oporna na karbapenemy, Clostridium difficile czy oporna na antybiotyki Neisseria gonorrhoeae mogą doprowadzić do globalnej katastrofy.
wtorek, 29 października 2013
Mutacja wirusa ptasiej grypy H7N9 na horyzoncie?

Wirusolodzy Ron Fouchier i Yoshihiro Kawaoka oraz 20 innych naukowców pragną zmutować wirus ptasiej grypy H7N9 po to by sprawdzić jak łatwo dochodzi do jego transmisji między ludźmi. Jak już wspominałem w Chinach w trakcie epidemii H7N9 udowodniono transmisję wirusa pomiędzy ojcem a córką. Fouchier i Kawaoka pragną użyć fretek jako zwierząt laboratoryjnych, aby przeprowadzić doświadczenia. Chcą zmutować gen hemaglutyniny (HA) znajdującej się na powierzchni wirusa grypy, czyli gen odpowiedzialny za produkcję białka, które przyłącza cząstki wirusa do komórek gospodarza. Propozycja Fouchiera i Kawaoki już spotkała się z miażdżącą krytyką. Dlaczego? Ponieważ obecnie wirus H7N9 nie transmituje się łatwo pomiędzy ludźmi - podobnie jak szczep H5N1. Krytycy boją się, że po zmutowaniu H7N9 owa mutacja zostanie przypadkowo bądź celowo uwolniona (np. przez bioterrorystów) i doprowadzi do pandemii wśród ludzi przenosząc się wśród nich drogą kropelkową. Do tej pory nie wiadomo jak doszło do transmisji szczepu H7N9 pomiędzy ojcem a córką (obie osoby zmarły), choć w grę może wchodzić genetyczna wrażliwość na grypę. Zdaniem wirusologa Wendy Barclay "eksperymenty takie jak planowany pozwolą naukowcom lepiej zrozumieć w jaki sposób ewoluuje wirus ptasiej grypy." Inżyniera genetyczna wirusów powoli staje się faktem.
sobota, 19 października 2013
Hemolakria czyli krwawe łzy
Hemolakria to niezwykle rzadka choroba, która objawia się krwawym płaczem. Chorzy bez ostrzeżenia zaczynają ronić krwawe łzy, co na myśl nasuwa ujęcia na strużki krwi z oczu w horrorach gore włoskiego mistrza makabry Lucio Fulci'ego tj. "Miasto żywych trupów" z 1980 roku czy rzekomo krwawiące posągi kościelne. Na hemolakrię choruje m.in 22-letni Amerykanin z Tennessee Michael Spann. Zaczęło się od niezwykle bolesnych bólów głowy, potem Michael zaczął krwawić z oczu, nosa i ust. Bóle głowy i krwawienia miały miejsce codziennie, siedem lat później stały się rzadsze: raz/dwa razy w tygodniu. Lekarze po serii testów nie potrafili podać przyczyny hemolakrii Michaela. Na to tajemnicze schorzenie choruje także inny Amerykanin z Tennessee Calvino Inman. Przebadano go przy użyciu tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego czy ultra-dźwięków - i przyczyny nie odnaleziono. Już w XVI wieku włoski lekarz Antonio Brassavola opisał przypadek zakonnicy, która zamiast krwawić menstruacyjnie krwawiła z oczu i uszu. Hemolakria może być spowodowana przez uraz głowy, ale przypadki Spanna i Inmana są idiopatyczne (o niejasnym lub nieznanym podłożu). Spann, utalentowany artysta ma problemy ze znalezieniem pracy z powodu krwawienia i jest zmuszony do życia jako odludek. Dzieciaki się z niego naśmiewają krzycząc, że jest opętany.
środa, 16 października 2013
Zespół obcej ręki (syndrom dr. Strangelove'a) i zaburzenie BIID

Przyczyna: uszkodzenie spoidła przedniego lub spoidła wielkiego. Jedna ręka wykonuje czynności, których wykonywania pacjent nie jest świadom. Zdarza się też, że obie ręce podejmują konkurencyjne działania (jedna zapina guziki, inna je rozpina). Jedna ręka dusi pacjenta, druga stara się ją oderwać od gardła. Pacjent może również być przekonany, że ręka jest mu obca. Nadto pacjent może żywić wobec swojej porażonej kończyny nienawiść, lęk, lekceważenie lub strach. Pamiętacie może horror "Mad Love" z 1935 roku, w którym szalony chirurg Peter Lorre przyszywa pianiście dłoń mordercy-nożownika i ta zaczyna żyć własnym życiem? Pacjenci cierpiący na zespół obcej ręki są świadomi, że ręka coś robi, ale często skarżą się, że nie mają nad nią kontroli. Innym schorzeniem zbliżonym do zespołu obcej ręki jest tzw. zaburzenie BIID (Body Integrity Identity Disorder), inaczej apotemnofilia. Pacjent twierdzi, że kończyna 'nie jest jego częścią' i obsesyjnie myśli o jej amputacji. Wtedy szuka pomocy u chirurga lub się samookalecza, aby przyśpieszyć przyszłą amputację. Kończyna jawi mu się jako obce ciało, intruz, impostor. W 2005 roku wywiad objął 52 chorych na BIID, 9 z nich amputowało w taki czy inny sposób niechcianą kończynę. W 1998 roku chirurg bez licencji amputował w Tijuanie zdrową kończynę choremu na apotemnofilię; pacjent zmarł wkrótce po zabiegu na skutek postępującej gangreny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







































