Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post-rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post-rock. Pokaż wszystkie posty
piątek, 17 lutego 2017
Hegemone, Transceatla i Dordeduh w Bazylu, 16.02.2017 (fotorelacja)
Wybrałem się na kolejny koncert do Bazyla. Koncerty metalowe wciąż mnie przyciągają, choć czasu na regularne słuchanie muzyki mam coraz mniej i mniej. Chciałem zobaczyć Dordeduh - zespół będący owocem schizmy z 2009 roku pomiędzy Negru a Hupogrammosem i Solem Faurem z Negură Bunget. Obecna kondycja Negură Bunget pozostawia wiele do życzenia, choć nie słyszałem nawet jeszcze ich ostatniego albumu "Zi" (2016). Hupogrammos i Sol Faur po rozstaniu z Negru uformowali Dordeduh i nagrali dwa wyśmienite folkowo-progresywno-black metalowe materiały "Valea omului" (2010) oraz długograj "Dar de duh" (2012)- o niebo lepsze od ostatnich dokonań Negura Bunget. W dodatku Hupogrammos i Sol Faur mają jeszcze świetny psychodeliczno post-rockowy projekt Sunset in the 12th House, którego debiutanckiego albumu "Mozaic" (2015) słucha się z wielką przyjemnością. Do tego dochodzi jeszcze progresywno metalowa Transceatla, która dopiero co ma wydać debiutancki materiał. Jednak wczorajszy wieczór U Bazyla rozpoczął się koncertem lokalnego zespołu Hegemone prezentującego interesującą fuzję sludge metalu, post-rocka i black metalu. I choć ich koncert obejrzałem jedynie fragmentarycznie w paru momentach poczułem potęgę i trans tych intensywnych dźwięków.
Żałowałem że merch w trakcie koncertu był ubogi, gdyż chciałem sobie zakupić na CD materiały Dordeduh bądź Sunset in the 12th House. Niestety wszystkie płyty zostały sprzedane w trakcie trasy, pozostały jedynie koszulki. Tak czy owak progresywno-psychodeliczny black metal Transceatla (znakomity zamykający koncert kawałek "Cosmic Fingerprints" - kosmiczne odciski palców!) oraz atmosferyczny folkowy black metal Dordeduh po prostu urzekły mnie na żywo. To w Dordeduh jest obecnie więcej Negură Bunget niż w zespole Negru. Wspaniałe atmosferyczne folkowe intra, doskonałe lawirowanie pomiędzy wolnym a szybkim tempem, spirytualne czyste wokale i black metalowy jad, wreszcie owa wspaniała ethno-folkowa atmosfera utkana przez partie perkusji, cymbały, analogowe syntezatory i długie instrumenty dęte. Podoba mi się to że zarówno muzyka Transceatla, jak i Dordeduh jest eklektyczną (i co istotne - bardzo spójną) mieszaniną wielu stylów, która potrafi zniewolić słuchacza. Żal że na koncert takich wykonawców przychodzi jedynie około 50 osób. Trochę to dziwne że przyszły koncert Einara Selvika z Wardruny (4 marca, Blue Note) cieszy się olbrzymim zainteresowaniem i zostaje wyprzedany, a w trakcie występów Transceatla czy Dordeduh są pustki pod sceną. Przecież muzyka tych wykonawców wcale nie odbiega jakością od twórczości Wardruny (choć rzecz jasna jest bardziej brutalna). Mniejsza z tym. Hupogrammos trzykrotnie dziękował za obecność wszystkim tym co wczoraj pojawili się w Bazylu. Absolutnie nie żałuję że przyszedłem na ten skromny pod kątem frekwencji koncert.
Krótkie nagrania z koncertu:
https://www.youtube.com/watch?v=DIXLg2-kZlI
https://www.youtube.com/watch?v=2snopeEATXQ
niedziela, 2 października 2016
Moanaa "Passage" (2016) - recenzja
Zapowiedź drugiego albumu post-metalowców z Moanaa "Passage" usłyszałem w trakcie koncertu na tegorocznym Castle Party 2016 w postaci utworu "The Process, Part One" (jeśli mnie w tej chwili pamięć nie zawodzi). I już po pierwszym odsłuchu wiedziałem że "Podróż" nie powinna przejść bez echa wśród tegorocznych płyt z ciężkim brzmieniem. Po brzmienia post-metalowe, sludgowe czy post-rockowe sięgam obecnie dość sporadycznie, choć jeszcze kilka lat temu uwielbiałem kapele pokroju Cult of Luna, Isis czy Neurosis (w tym trzecim wypadku dalej śledzę twórcze poczynania tej zasłużonej formacji, która stała się źródłem inspiracji dla setek zespołów). Lubię też dość sporadycznie spotykane połączenie atmosferycznego sludge'a i pogrzebowego doom metalu a la kanadyjski Towards Darkness. Dochodzimy zatem do Moanaa z Bielsko Białej - zespołu zdecydowanie wartego uwagi, oferującego słuchaczowi kawał wielowymiarowej, starannie zaaranżowanej, dopracowanej i pulsującej od emocji muzyki dzięki której można odpłynąć w muzyczny (ten lepszy skądinąd) świat. Można porównać "Passage" do dobrej powieści, która wciąga czytelnika bez reszty i nie pozwala na spokojne zaśnięcie po odłożeniu książki na bok. Powieści wielowątkowej, znakomicie operującej nastrojem, nieco melancholijnej, onirycznej i mrocznej. "Passage" wymaga skupienia w trakcie słuchania - są na niej rozbudowane aranżacje, psychodeliczne fragmenty, intrygujące efekty gitarowe, ambientowe pasaże, post-rockowa melancholia i kruszący post-metalowy ciężar. Podoba mi się także eksperymentowanie wokalne Kvassa, który oprócz agresywnego growlowania robi także doskonały użytek z delikatnego śpiewu i szeptów (jak np. w porywającym "Crystal"). Chętnie zapoznałbym się z warstwą liryczną "Passage" będącą dopełnieniem muzyki, gdyż lubię sprawdzić czym się artyści inspirują przy pisaniu słów do kompozycji czy opracowywaniu konceptu do danego albumu, ale to w swoim czasie. Gorąco polecam zarówno "Descent" (2014), jak i "Passage" (2016) wielbicielom post-metalu, post-rocka i sludge doom metalu. Płyta mocno osadzona w post-metalowym/sludgowym kanonie, elektryzująca i bardzo przestrzenna. Słucha się jej z przyjemnością i bez poczucia znużenia.
Ulubione utwory: "Shift", "Crystal". Premiera płyty w Arachnophobia Records 15 września 2016 roku.
Link do odsłuchu: https://www.youtube.com/watch?v=8VjqdwTuzBw
środa, 21 października 2015
Antimatter w Bazylu 20 października 2015 roku (fotorelacja)
.
Ominął mnie koncert Antimatter na tegorocznym Castle Party, gdyż w dniu kiedy grali nie było mnie w Bolkowie (Castle Party odwiedziłem w 2015 roku tylko na jeden dzień - dzień Wardruny). Po niedawny koncercie Outre i Infernal War miałem też przemożną ochotę posłuchać łagodniejszych i melancholijnych dźwięków. Często zahaczam o tego typu dźwięki, jeśli wypływają z nich szczere emocje. W muzyce metalowej poszukuję nie tylko agresji, wściekłości, nihilizmu, brzydoty, transu, ale też smutku, szarzyzny, mroku, melancholii. Wielu artystów wywodzących się spoza sceny metalowej np. projekty dark ambientowe, neofolkowe, neoklasyczne czy post-rockowe są mi w stanie zagwarantować przepływ właściwych emocji. Nie chodzi o to że jestem skrajnym pesymistą, bo tak nie jest (choć odrobina pesymizmu i rozczarowania światem nie zaszkodzi), po prostu muzyka smutna i posępna zostaje w słuchaczu na dłużej, łatwiej mi jest się z nią zidentyfikować. Dość tych dywagacji, wracam do koncertu.
Pierwsze niemiłe zaskoczenie to brak jakiegokolwiek merchu Antimatter. Czemu? Nie mam pojęcia, tym bardziej że zespoły supportujące kolektyw Micka Mossa miały płyty do sprzedania. Na pierwszy ogień poszła poznańska kapela instrumentalno-post-rockowa Beyond the Event Horizon. Koncert całkiem przyjemny, acz ździebko monotonny i w tej chwili trudno mi sobie przypomnieć jakiekolwiek kompozycje, które wczoraj zagrali. Inna sprawa, że z muzyką BTEH zapoznałem się bardzo pobieżnie na krótko przed koncertem. Zwykle tak robię gdy danej kapeli w ogóle nie znam. Utkwiły mi w pamięci wizualizację w trakcie zagranego w finale porywającego utworu: erupcje wulkaniczne, tornada, teleskopy. Może dlatego że interesuję się zarówno katastrofami naturalnymi, jak i astronomią i kosmologią. Nadto fajna nazwa zespołu, którą można przetłumaczyć jako Poza Horyzont Zdarzeń (przypis: Czarnej Dziury), czyli tam skąd nie ma już powrotu. Granica obszaru, z którego nie może wydostać się informacja o jakimkolwiek zdarzeniu zachodzącym w jego wnętrzu. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu że nastrój muzyki Beyond the Event Horizon był chwilami kosmiczny, do czego przyczyniały się ciekawe partie klawiszowe.
Obecnie po sludge doom czy atmosferyczny sludge sięgam dość rzadko, choć kilka lat temu miałem na tego typu dźwięki dość mocną zajawkę i uwielbiałem kapele pokroju Cult of Luna, Isis czy Pelican. Ta muzyka jednak trochę mi się przejadła, niemniej od czasu do czasu mogę posłuchać tego typu dźwięków. Poznański Butterfly Trajectory widziałem już kilkakrotnie (supportowali w Poznaniu m.in. Leech, Obscure Sphinx i Blindead), zatem ich muzyka nie była mi obca (przynajmniej w wydaniu koncertowym). Nie miałem okazji zapoznać się z najnowszym albumem "An Act of Name Giving" (2015), ale z pewnością to kiedyś uczynię, tym bardziej że muzycy BT zagrali wczoraj z niego kilka kawałków. Momentami potężny i wgniatający w glebę atmosferyczny sludge/post-metal przeplatany łagodniejszymi aranżacjami post-rockowymi. Mało jest w Polsce tego typu zespołów, ale generalnie odnoszę wrażenie że w Polsce muzyka doom metalowa czy ocierająca się o doom metal jest traktowana nieco po macoszemu. Polska stoi death i black metalem.
Czytałem kiedyś mało pochlebną opinię o muzyce Antimatter. Ktoś w czeluściach Internetu stwierdził że jest płaczliwa i adresowana głównie do kobiet. Rzeczywiście na wczorajszym koncercie Antymaterii przedstawicielek płci pięknej było całkiem sporo, a co do płaczliwości muzyki Antimatter to mnie taka płaczliwość odpowiada. Mick Moss jest wrażliwym człowiekiem i przekuwa ową wrażliwość na kompozycje Antimatter. Inna sprawa, że wczorajszy, trwający ponad 90 minut koncert Antimatter nie był pozbawiony rockowego pazura. Momentami gitary brzmiały ciężko, wręcz metalowo, a wokale Mossa poruszały w słuchaczkach i słuchaczach czułe struny. O to chodzi w pięknej i zapadającej w pamięć muzyce: ma poruszać, a nie służyć jako tło. Zespół skupił się na prezentowaniu kawałków z najnowszego albumu "The Judas Table" (2015), który traktuje o zdradzie w stosunkach międzyludzkich, ale też zagrali kilka kompozycji z "Fear of a Unique Identity" (2013). Osobiście zabrakło mi cudownie smutnych numerów z "Planetary Confinement" (2005) czy "Leaving Eden" (2007) np. "Legions", "Epitaph" czy ""Fighting for a Lost Cause", ale nie można mieć wszystkiego. Set-lista (zapewne niepełna, gdyż nie pamiętam wszystkich zagranych piosenek) Antimatter była następująca: "Killer", "Paranova", ""Firewalking", "The Black Eyed Man", "Monochrome", "Uniformed and Black", "Can of Worms", "Leaving Eden" plus jeszcze parę kawałków, w tym jeden utwór projektu Sleeping Pulse z którym nie jestem zaznajomiony.
Ominął mnie koncert Antimatter na tegorocznym Castle Party, gdyż w dniu kiedy grali nie było mnie w Bolkowie (Castle Party odwiedziłem w 2015 roku tylko na jeden dzień - dzień Wardruny). Po niedawny koncercie Outre i Infernal War miałem też przemożną ochotę posłuchać łagodniejszych i melancholijnych dźwięków. Często zahaczam o tego typu dźwięki, jeśli wypływają z nich szczere emocje. W muzyce metalowej poszukuję nie tylko agresji, wściekłości, nihilizmu, brzydoty, transu, ale też smutku, szarzyzny, mroku, melancholii. Wielu artystów wywodzących się spoza sceny metalowej np. projekty dark ambientowe, neofolkowe, neoklasyczne czy post-rockowe są mi w stanie zagwarantować przepływ właściwych emocji. Nie chodzi o to że jestem skrajnym pesymistą, bo tak nie jest (choć odrobina pesymizmu i rozczarowania światem nie zaszkodzi), po prostu muzyka smutna i posępna zostaje w słuchaczu na dłużej, łatwiej mi jest się z nią zidentyfikować. Dość tych dywagacji, wracam do koncertu.
Pierwsze niemiłe zaskoczenie to brak jakiegokolwiek merchu Antimatter. Czemu? Nie mam pojęcia, tym bardziej że zespoły supportujące kolektyw Micka Mossa miały płyty do sprzedania. Na pierwszy ogień poszła poznańska kapela instrumentalno-post-rockowa Beyond the Event Horizon. Koncert całkiem przyjemny, acz ździebko monotonny i w tej chwili trudno mi sobie przypomnieć jakiekolwiek kompozycje, które wczoraj zagrali. Inna sprawa, że z muzyką BTEH zapoznałem się bardzo pobieżnie na krótko przed koncertem. Zwykle tak robię gdy danej kapeli w ogóle nie znam. Utkwiły mi w pamięci wizualizację w trakcie zagranego w finale porywającego utworu: erupcje wulkaniczne, tornada, teleskopy. Może dlatego że interesuję się zarówno katastrofami naturalnymi, jak i astronomią i kosmologią. Nadto fajna nazwa zespołu, którą można przetłumaczyć jako Poza Horyzont Zdarzeń (przypis: Czarnej Dziury), czyli tam skąd nie ma już powrotu. Granica obszaru, z którego nie może wydostać się informacja o jakimkolwiek zdarzeniu zachodzącym w jego wnętrzu. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu że nastrój muzyki Beyond the Event Horizon był chwilami kosmiczny, do czego przyczyniały się ciekawe partie klawiszowe.
Obecnie po sludge doom czy atmosferyczny sludge sięgam dość rzadko, choć kilka lat temu miałem na tego typu dźwięki dość mocną zajawkę i uwielbiałem kapele pokroju Cult of Luna, Isis czy Pelican. Ta muzyka jednak trochę mi się przejadła, niemniej od czasu do czasu mogę posłuchać tego typu dźwięków. Poznański Butterfly Trajectory widziałem już kilkakrotnie (supportowali w Poznaniu m.in. Leech, Obscure Sphinx i Blindead), zatem ich muzyka nie była mi obca (przynajmniej w wydaniu koncertowym). Nie miałem okazji zapoznać się z najnowszym albumem "An Act of Name Giving" (2015), ale z pewnością to kiedyś uczynię, tym bardziej że muzycy BT zagrali wczoraj z niego kilka kawałków. Momentami potężny i wgniatający w glebę atmosferyczny sludge/post-metal przeplatany łagodniejszymi aranżacjami post-rockowymi. Mało jest w Polsce tego typu zespołów, ale generalnie odnoszę wrażenie że w Polsce muzyka doom metalowa czy ocierająca się o doom metal jest traktowana nieco po macoszemu. Polska stoi death i black metalem.
Czytałem kiedyś mało pochlebną opinię o muzyce Antimatter. Ktoś w czeluściach Internetu stwierdził że jest płaczliwa i adresowana głównie do kobiet. Rzeczywiście na wczorajszym koncercie Antymaterii przedstawicielek płci pięknej było całkiem sporo, a co do płaczliwości muzyki Antimatter to mnie taka płaczliwość odpowiada. Mick Moss jest wrażliwym człowiekiem i przekuwa ową wrażliwość na kompozycje Antimatter. Inna sprawa, że wczorajszy, trwający ponad 90 minut koncert Antimatter nie był pozbawiony rockowego pazura. Momentami gitary brzmiały ciężko, wręcz metalowo, a wokale Mossa poruszały w słuchaczkach i słuchaczach czułe struny. O to chodzi w pięknej i zapadającej w pamięć muzyce: ma poruszać, a nie służyć jako tło. Zespół skupił się na prezentowaniu kawałków z najnowszego albumu "The Judas Table" (2015), który traktuje o zdradzie w stosunkach międzyludzkich, ale też zagrali kilka kompozycji z "Fear of a Unique Identity" (2013). Osobiście zabrakło mi cudownie smutnych numerów z "Planetary Confinement" (2005) czy "Leaving Eden" (2007) np. "Legions", "Epitaph" czy ""Fighting for a Lost Cause", ale nie można mieć wszystkiego. Set-lista (zapewne niepełna, gdyż nie pamiętam wszystkich zagranych piosenek) Antimatter była następująca: "Killer", "Paranova", ""Firewalking", "The Black Eyed Man", "Monochrome", "Uniformed and Black", "Can of Worms", "Leaving Eden" plus jeszcze parę kawałków, w tym jeden utwór projektu Sleeping Pulse z którym nie jestem zaznajomiony.
wtorek, 8 września 2015
Mord'A'Stigmata "Our Hearts Slow Down" (2015) - recenzja
Będąc szczerym nie przepadam zbytnio za pisaniem recenzji muzycznych. Nie chodzi o to że nie potrafię tego robić, bardziej o niemożność stworzenia na tym polu czegoś nowatorskiego, nierzadko trudność w opisywaniu emocji, które towarzyszą słuchaniu muzyki rzeczonej kapeli. Powtarzalność pewnych sformułowań opisujących np. nastrój danej płyty. Ściana ograniczeń w operowaniu słowem pisanym. Może byłoby mi łatwiej gdybym sam był muzykiem, niestety nie posiadam umiejętności muzykowania. Na recenzowane materiały przyszło mi zatem patrzeć przez pryzmat słuchacza. No i tak już zostanie. Kiedy dowiedziałem się że muzycy Mord'A'Stigmata dłubią nad nowym materiałem ucieszyłem się, gdyż od czasu "Ansia" (2013) stałem się fanem zespołu z Bochni. Jeszcze zanim dostałem "Our Hearts Slow Down" do przesłuchania i zrecenzowania zapoznałem się z coverem tej EP-ki. I od razu wydał mi się znajomy, ba, kiedyś umieściłem to zdjęcie na tym blogu. Niepokojącą fotografię z 1894 roku przedstawiającą pewną paryżankę, która znalazła się w stanie kacheksji, krańcowego wyczerpania, wyniszczenia organizmu. Kacheksja jest związana z takimi chorobami jak AIDS czy nowotwory płuc i układu pokarmowego. Jej przykładowe objawy to zanik mięśni, drastyczne osłabienie kondycji fizycznej organizmu, nudności, anemia, spadek odporności organizmu czy wzrost stężenia hormonu stresu (kortyzolu). Owa archiwalna fotografia idealnie pasuje do zawartości muzycznej "Our Hearts Slow Down" (2015), na którą składają się trzy kompozycje: "The Mantra of Anguish", "Those Above" i numer tytułowy.
Jako otwarcie "The Mantra of Anguish" - numer utrzymany w umiarkowanym tempie, ale zdecydowanie intensywny, posępny i fatalistyczny. Taka właśnie powinna być muzyka Mord'A'Stigmata - schorowana, udręczona i jednocześnie intrygująca. Niebanalne dźwięki, przy których słuchacz odczuwa psychiczny i fizyczny dyskomfort. Lecz od mniej więcej siódmej minuty trwania pojawia się przestrzenny fragment post-rockowy, który przynosi chwilowe (można by rzec złudne) ukojenie. Mantrę kończą mroczne i pulsujące dronowo-ambientowe pasaże, których nie powstydzili by się tacy wykonawcy jak np. Gnaw Their Tongues. Potem nadchodzi "Those Above" - wściekły black metalowy początek, konfrontacyjny i bezpośredni, będący bolesnym zastrzykiem negatywizmu. Nagle tempo ulega przyhamowaniu i muzyka skręca w kierunku posępnego, odrobinę psychodelicznego doom metalu. Pojawiają się chorobliwe partie mówione świetnie kontrastujące z black metalową jatką pierwszych trzech minut trwania "Those Above". Genialna kompozycja, w której muzycy Mord'A'Stigmata umiejętnie operują nastrojem. Tutaj nic nie jest oczywiste... i niech tak już zostanie. Ep-kę wieńczy najkrótszy numer tytułowy - instrumentalny, bez wokali, z hipnotycznymi partiami perkusji i gitarami wyrażającymi nerwowość, zaniepokojenie.
Premiera Mord'A'Stigmata "Our Hearts Slow Down" 25 września 2015 roku nakładem Pagan Records.
sobota, 29 listopada 2014
Entropia, Outre i Thaw w Bazylu, 28.11.2014 (fotorelacja)
W listopadzie obrodziło koncertami niczym łososiami zmierzającymi na tarło w kamczackich rzekach. Z przyczyn finansowo-logistycznych musiałem odpuścić sobie warszawskie koncerty Cannibal Corpse i Morbid Angel nad czym ubolewam. Aby jednak podreperować swoje morale i posłuchać trochę hałasu udałem się w zimny listopadowy wieczór 28 listopada do Bazyla, by skonfrontować się z Entropią, Outre i Thaw. Wszystkie te zespoły miałem już okazję widzieć na żywo - jedynie Thaw w tym roku wydał nowe materiały: split z Echoes of Yul oraz drugi album studyjny "Earth Ground" (premiera 10 października 2014 roku, Witching Hour Productions).
W klubie u Bazyla pojawiłem się jakoś krótko po 19. Ludzi mało, być może zimno odstrasza gawiedź od przychodzenia na koncerty, poza tym już dzisiaj w Bazylu ma zagrać Decapitated z supportami (nie pojawię się na tym koncercie). Zamówiłem lubelską Perłę i zacząłem czekać na znajomych. Entropia zaczęła grać przed godziną dwudziestą. Pamiętam, że widziałem chłopaków gdy supportowali wraz z Butterfly Trajectory 21 listopada 2013 roku Blindead. Entropia to dość młody i obiecujący band z Oleśnicy. Tak na moje ucho w ich twórczości słychać (zwłaszcza w szybszych partiach i w sferze wokalnej) śladowe ilości black metalu, lecz muzyka Entropii to przede wszystkim intrygująca hybryda post-rocka i sludge metalu. Implementacja spokojnych partii post-rockowych pozwala na chwilowy oddech przed eksplozjami sludge metalowej agresji. Członkowie Entropii są doskonale obyci scenicznie; aż dziw bierze, że żaden z nich nie udziela się w jakiś pobocznych projektach. Z "Vesper" (2013) będę musiał się jeszcze trochę osłuchać, ale bardzo mi się podoba matematyczno-fizyczna otoczka tej płyty wyrażająca się w tytułach utworów np. "Gauss" czy "Pascal" czy chociażby w nazwie zespołu. Ciekawe czy Entropia na kolejnym długograju dalej pójdzie tym tropem.
Po Entropii przyszedł czas na Outre z Krakowa. Widziałem ich w tym roku we wrocławskiej Ciemnej Stronie Miasta, gdy supportowali dwie funeral doomowe kapele: niemiecki Worship i Loss z US (oba te zespoły uwielbiam). Outre gra black metal, niemniej czyni to z eksperymentatorskim zacięciem śmiało eksplorując rejony sludge'owo-metalowe. Zespół zaprezentował (z tego co pamiętam) przekrojowy materiał z EP-ki "Tranquility" (2013) i splitu z Thaw, usłyszałem m.in. chyba mój ulubiony kawałek Outre "Sea of Mercury". Krótki set odegrali perfekcyjnie, ponownie dało o sobie znać klarowne, mięsiste brzmienie. Będę obserwował ich poczynania, tym bardziej że ich pełnometrażowy debiutancki album "Ghost Chants" ma się ukazać z początkiem 2015 roku. Nie pozostaje nic innego jak czekać na ów krążek i promujące go gigi.
Nowy album Thaw "Earth Ground" (2014) już się ukazał i miałem okazję się z nim już wcześniej zapoznać. Płyta bardzo mi się spodobała; nie ma wątpliwości, że sosnowiecki Thaw tworzy we własnej noisowo-dronująco-black metalowej niszy. Ich koncerty - statyczne i bardzo oszczędne jeśli chodzi o prezencję sceniczną - odznaczają się hipnotyczną aurą i nieobliczalnymi metamorfozami nastroju. Muzycy Thaw jak zwykle ukryci za kapturami, odizolowani od publiczności, całkowicie skupieni na kreowaniu zimnego, odhumanizowanego chaosu. To nie jest muzyka do machania łbem czy szaleńczego pogo pod sceną, przeszywające umysł i bezlitosne dźwięki Thaw to doświadczenie niemal fizjologiczne. Thaw w swojej twórczości nie nadużywa noisu, ale jest on nadal obecny, zdaje się pulsować po powierzchnią gotów wybuchnąć intensywną ścianą dźwięku. Nie da się ukryć, że wwiercająca się w mózg głośność wczorajszego koncertu Thaw kompletnie mną zawładnęła. Nawet nie mogę sobie przypomnieć kolejności set-listy, ale tak naprawdę nie ma ona kompletnie znaczenia. Rytuał się dopełnił.
A już pojutrze Swans po raz drugi.
poniedziałek, 17 listopada 2014
Obsidian Kingdom, Esben and the Witch i Solstafir w Blue Note, 16.11.2014 roku (fotorelacja)
Dawno nie widziałem poznańskiego Blue Note'a tak szczelnie wypełnionego. Nic w tym dziwnego skoro Wielkopolskę odwiedzili Islandczycy z Solstafir. Wiele z koncertów, które grali w Niemczech zostało już wyprzedanych. Osobiście czekałem na koncert Solstafir od dawna. Z przyczyn niezależnych ode mnie nie mogłem uczestniczyć w ich gigu przed czterema laty, kiedy zagrali w Progresji dzieląc scenę z doom metalowymi Swallow the Sun i Mar de Grises. Wielka szkoda, gdyż wcale bym się nie obraził gdyby tak zacny skład towarzyszył im teraz. Niestety z tego co się orientuję Mar de Grises z Chile rozpadli się.
Pierwszym supportem, który rozgrzewał tłumnie zgromadzoną w Blue Note publiczność byli Hiszpanie z Obsidian Kingdom. Swoją drogą intrygująca nazwa. Obsydianu czyli kwaśnej skały wylewnej używali w czasach prekolumbijskich Aztekowie i Toltekowie, mieszkańcy Teotihuacan wyrabiając m.in. rytualne noże. Obsidian Kingdom (Królestwo Obsydianu) to także eklektyczny zespół z Barcelony, w którego muzyce ścierają się różnorodne wpływy muzyczne i emocje. Miałem okazję przed koncertem wysłuchać ich debiutanckiego albumu "Mantiis" z 2012 roku i muszę przyznać, że byłem zaskoczony wielowymiarowością muzyki OK. Rdzeniem twórczości Hiszpanów zdaje się być post-metal/post-rock, ale w muzyce Królestwa Obsydianu odkryjemy także wpływy black metalu (głównie w sferze wokalnej), drone doom metalu a la Sunn O))), progresywnego rocka, a nawet nastrojowej elektroniki. Cały ten miszmasz odgrywany na żywo wydaje się być zdumiewająco spójny i wciągający. Dodatkowo na plus żywiołowość sceniczna muzyków Obsidian Kingdom oraz charyzmatyczny wokalista. Będę obserwował ten band.
Po Królestwie Obsydianu scenę Blue Note'a zajęło trio z brytyjskiego Esben and the Witch. Trzy albumy studyjne na koncie, w tym ich ostatni materiał "A New Nature" (2014), z którym się zapoznałem na dzień przed koncertem. I nie wywarł on na mnie zbyt dużego wrażenia, momentami wydawał mi się ciut monotonny. Niemniej postanowiłem sprawdzić jak sobie dają radę Esben and the Witch na żywo. Kiedy wokalistka zespołu Rachel Davis zaczęła śpiewać od razu pomyślałem o możliwościach wokalnych PJ Harvey. Koncertowo Esben and the Witch wypadli całkiem w porządku, choć nie jest to tak naprawdę moja działka muzyczna. Tak czy owak muszę przyznać, iż w muzyce tria nie brakuje emocji. Nadto bardzo podobała mi się w Esben and the Witch praca perkusisty zespołu Daniela Copemana - momentami autentycznie transowa i marszowa. Z "A New Nature" (2014) usłyszałem m.in. "No Dog", "The Jungle" i "Blood Teachings".
W końcu około godziny 21.10 przyszła wreszcie kolej na Islandczyków z Solstafir, którzy na trasie promują najnowszy album "Otta" (2014). Mniej więcej od czasu "Masterpiece of Bitterness" (2005) Solstafir stopniowo wyzbywał się black metalowego brzmienia i zaczął grać ambitnego psychodelicznego rocka. Islandczycy są niezwykle charakterystyczni zarówno koncertowo, jak i w osadzonych wśród surowej islandzkiej przyrody teledyskach: warkoczyki, kowbojskie kapelusze, skórzane kurtki, a pełnego udręki, płaczliwego wokalu Aðalbjörna Tryggvasona nie da się porównać z jakimkolwiek innym. W muzyce Islandczyków można wyczuć szeroki wachlarz emocji: od smutku, tęsknoty, melancholii po erupcję radości. Kiedy Aðalbjörn przed rozpoczęciem "Svartir Sandar" zapytał tłumnie zgromadzonych tego wieczoru w Blue Note fanów kto z nich był na Islandii musiałem się zgłosić. Islandię odwiedziłem pod koniec kwietnia tego roku i muszę przyznać, że oczarowała mnie od pierwszej chwili. Mnogość struktur wulkanicznych od majestatycznych wulkanów po wypełnione jeziorami kratery i rzędy szczelin, liczne miejsca aktywności geotermalnej, ciemne piaski plaż, pokryte dywanem mchu pola lawy, rozległe lodowce, fiordy, przeciskające się przez skały majestatyczne wodospady. Przepiękna arktyczna asceza krajobrazu i zimny, niekiedy wręcz chłostający wiatr. Kiedy słuchałem Solstafir powróciły wspomnienia Islandii na którą planuję jeszcze prędzej czy później wrócić. W każdym razie gdy skończyli grać prezentując na bis "Fjara" i "Goddess of the Ages" miałem poczucie niedosytu. Chciałem więcej. Z "Otta" usłyszeliśmy numer tytułowy, wybrany na teledysk "Lágnætti", "Rismál", "Dagmál" i "Náttmál", otwarcie koncertu należało do "Köld". Chwilami ze sceny biła potężna energia, a nostalgiczne fragmenty skłaniały do zadumy. Dziś Solstafir zawładnie umysłami ludzi w Warszawie. Jeśli kiedykolwiek wrócą do Polski, by zagrać zaznaczcie datę na czerwono w kalendarzu. Takich koncertów nie godzi się przegapić.
Moja galeria z Islandii tutaj: http://volcanic-landscapes.blogspot.com/search/label/Iceland
czwartek, 3 lipca 2014
Neurosis w Berlinie - 2 lipca 2014 roku (fotorelacja)
Znowu Neurosis. W niespełna rok po doskonałym koncercie w warszawskiej Proximie (30 VI 2013), w którym zespół supportowali zamaskowani Szwedzi z Terra Tenebrosa. Tak naprawdę plan wyjazdu na Neurosis do klubu Astra w Berlinie pojawił się na horyzoncie zupełnie spontanicznie. Napisał do mnie na Fejsiku Cukierasa znajomy będący oddanym fanem kapeli. Zaproponował wyjazd na koncert. Zauważył na Last.Fm, iż ktoś z Poznania zapewnia transport samochodem z Poznania. Zdecydowałem się niemal od razu. Reszta to już historia, ale taka którą miło się wspomina. Bo koncerty kapel typu Neurosis to całkiem spore przeżycie wizualne i mentalne.
Zatem ruszyliśmy w piątkę spod Dworca Zachodniego do Berlina, by zobaczyć legendarną ambient/sludge doom/tribal/post-metalową machinę z kalifornijskiego Oakland. W klubie Astra przy Revaler Straße 99 nigdy wcześniej nie byłem, ale muszę przyznać, iż miejsce robiło wrażenie zarówno swoim położeniem, jak i wielkością sali koncertowej. Okolica bowiem to jeden wielki upstrzony graffiti squot, pełen tureckich kebabowni, sklepików z piwem, a nawet miejsc, gdzie można zaopatrzyć się w rzadkie winyle (co też uczynił nasz kierowca z Poznania kupując Fall of Because Justina Broadricka, czyli pre-Godflesh). Bilet na gig kosztował mnie 19 euro... i wpierw pierwszy zgrzyt. Ktoś na Last.Fm puścił plotkę, iż Neurosis będzie supportował genialny Corrections House. Jako że ominął mnie ich koncert we Wrocławiu w grudniu 2013 roku zawierzyłem plotce i jechałem do Berlina z myślą że zobaczę side-project muzyków Neurosis, Minsk, Yakuza i Eyehategod na żywo i usłyszę choćby "Hoax the System". A tu klops. Bo supportu w postaci Corrections House nie było. Zorientowałem się od razu w klubie patrząc na stoisko z merchem. Koszulki, bluzy, płyty wyłącznie Neurosis, zero merchu Corrections House, a co za tym idzie fantastycznego hoodie zespołu, który z pewnością bym zakupił. Na kolejny koncert Corrections House trzeba będzie jeszcze poczekać.
Kolejne niedogodności to dziwaczny zwyczaj dodatkowego płacenia za szklankę z piwem, którą po konsumpcji browaru należało zwrócić barmanowi wraz z numerkiem. Wiem, jedno euro to są grosze, ale z czymś takim jeszcze się nie spotkałem. Zresztą za skorzystanie z ubikacji też należało zapłacić 50 centów, czego jednak sprytnie uniknąłem.
Neurosis rozpoczął swój koncert po 21 od przepięknych dźwięków "A Sun That Never Sets". Spokojne, hipnotyczne, niemal kojące wprowadzenie przed eksplozją pierwotnej brutalności i furii w postaci "Locust Star". I dalej już nie skupiałem się na set-listą chłonąc po prostu monolityczną i wielowymiarową muzykę Neurosis całym ciałem. Muzykę którą tak naprawdę trudno jest umieścić w jakiejkolwiek szufladce gatunkowej, bo też pulsująca od negatywnych emocji, kipiąca wręcz wściekłością dźwiękowa magma Neurosis wymyka się prostym klasyfikacjom stając się rozszalałą symfonią końca świata. Gniewne wykrzyczane wokale Scotta Kelly'ego i Steve'a von Tilla wwiercają się w umysł, miażdżące gitary zdają się zadawać słuchaczom oczyszczający ból, płynne lawirowanie pomiędzy wolnymi tempami a eksplozjami hałasu wprawia w zdumienie, a atmosfera staje się tak gęsta, że można się w tej potwornej mgle zagubić. Neurosis fascynował mnie od dawna zdolnością przepoczwarzania się. W kompozycjach zespołu roi się od rozmaitych twistów, nietuzinkowych przejść. Ta muzyka płynie niczym wartki strumień błota dewastujący wszystko to na co natrafi. Kiedy słucham muzyki Neurosis to na myśl przychodzi mi porównanie do najlepszych projektów dark ambientowych np. Raison d'Etre czy Northaunt. Ich muzyka przenika do świadomości wyzwalając z niej wizje gnijącego zurbanizowanego świata z którego odeszło plugawe ludzkie życie. Jest kalecząca i wyczerpująca, ale też potrafi być przejmująco piękna. Pierwotny gniew i desperacja, ale także zmęczenie życiem - wszystko to zawarte jest w charakterystycznym wrzasku Scotta Kelly'ego. Każdy koncert Neurosis to spirytualne doznanie będące dotknięciem otchłani.
Set-lista:
1. A Sun That Never Sets
2. Locust Star
3. At the Well
4. Distill (Watching the Swarm)
5. The Tide
6. Water Is Not Enough
7. My Heart for Deliverance
8. Bleeding the Pigs
9. The Doorway
10. Stones from the Sky
piątek, 22 listopada 2013
Entropia, Butterfly Trajectory, Blindead w Eskulapie - 21 listopada (fotorelacja)
Blindead. Ich najnowsza płyta "Absence" (2013) dość często gości w moich słuchawkach. Jakoś nie potrafię się oderwać od tej wyśmienitej porcji muzycznych uniesień. Zapragnąłem zatem zobaczyć Blindead po raz trzeci z kolei...
Koncert Entropia, Butterfly Trajectory i Blindead rozpoczął się w Eskulapie z lekkim opóźnieniem, ale potem poszło już jak z płatka. Pierwszym zespołem, który wystąpił wczorajszego wieczoru była oleśnicka Entropia. Posłuchałem ich trochę na kilka dni przed koncertem na Youtube i muzyka mnie zaintrygowała. Przede wszystkim związku z tytułami odnoszącymi się do słynnych matematyków i eksperymentatorów: "Tesla", "Gauss", "Pascal", etc. Zespół w 2013 roku wydał pierwszego długograja "Vesper", z którym muszę się dopiero zapoznać. A jak się zaprezentowała powstała w październiku 2007 roku Entropia na scenie? Fantastycznie. Bardzo mocny i hałaśliwy gig post-black metalowy z delikatniejszymi partiami post-rockowymi. Fantastyczna praca młodego perkusisty, który hipnotyzował swoją grą; zresztą widać było, że członkowie kapeli to jeszcze bardzo młodzi (i ogromnie utalentowani) ludzie. Zwróciłem również uwagę na wokalistę Entropii, a konkretnie na jego koszulkę Medico Peste (w którym, jak wiadomo, udziela się ex-wokalista Mord A'Stigmata - czekam na ich koncert w Poznaniu!) Hybryda Isis i Neurosis z surowością i agresją black metalu przypadła mi do gustu. Jeszcze parę lat i może być o Entropii głośno.
Poznański Butterfly Trajectory miałem sposobność widzieć na scenie już bodaj trzykrotnie (wcześniej przed Obscure Sphinx i post-rockowym Leech). Wczoraj wieczorem zagrali solidny gig częstując zgromadzonych porcją atmosferycznego i intensywnego sludge/post metalu. Było nieśpiesznie, selektywnie i ciężko, delikatne melodie przeplatały się z eksplozjami brzmieniowej i wokalnej agresji (growle Piotra Żurawskiego potrafią być naprawdę brutalne) W 2013 roku Butterfly Trajectory wydali nową EP-kę "Astray", z którą warto się zapoznać. Mam nadzieję, że dzięki temu materiałowi staną się w Polsce coraz bardziej rozpoznawalni, bo na to w pełni zasługują.
Blindead. Nie jest to mój pierwszy (i na pewno nie ostatni) koncert trójmiejsko-warszawskiej grupy. Byłem niezmiernie ciekaw jak zaprezentuje się live ich najświeższy krążek "Absence", na którym Blindead znacznie złagodził brzmienie praktycznie odcinając się od swoich sludge doom metalowych korzeni. No i muszę przyznać, że "Absence" wypadł koncertowo bardzo potężnie i przestrzennie. Zespół zagrał całą płytę od początku do końca, na bis poszły dwa kawałki z "Affliction XXIX II MXMVI" ("So It Feels Like Misunderstanding When" oraz, rzecz jasna, zagrany na sam koniec numer tytułowy). Jak zwykle poszczególnym kompozycjom granym przez zespół towarzyszyły psychodeliczne, niekiedy niepokojące wizualizacje, które dopełniały spektaklu. Momentami ciężar był potworny i sprzyjał headbangingowi, jak przy "b6" czy fenomenalnym utworze zamykającym "a7bsence". Co dla mnie najistotniejsze, muzyka Blindead, wokale Patryka Zwolińskiego i warstwa liryczna utworów z "Absence" rezonują z moimi odczuciami przy każdym przesłuchaniu; Absencja kipi od emocji (podobnie jak wcześniejsze albumy Blindead), co też świadczy o ogromnej klasie zespołu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






































