Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 9 kwietnia 2020
Plaga dżumy w Mandżurii w 1910-11 - galeria
Pod koniec 1910 roku chińską Mandżurię oraz Mongolię dotknęła plaga dżumy płucnej. Widziałem już dziesiątki archiwalnych zdjęć z pandemii grypy hiszpanki (wirusa H1N1) w latach 1918-19, ale muszę przyznać że te stare fotografie z Mandżurii są autentycznie mroczne. Głównym rezerwuarem bakterii (pałeczek) Yersinia pestis były gryzonie, a w szczególności szczury. Jednak należy pamiętać że w przypadku nieleczonej postaci dżumy płucnej śmiertelność wynosi blisko 100 procent. I taka była plaga mandżurska w 1910-11, której rezerwuarem mogły być świstaki, na które w owym czasie polowano dla futra. Mieszkańcy wspólnych domostw zarażali się drogą powietrzną (kropelkową), co powodowało szybkie rozprzestrzenianie się Czarnej Śmierci.
Pacjentami zero w przypadku tej historycznej zarazy byli dwaj górnicy, którzy powrócili z Rosji do Chin. Mieli wysoką gorączkę, krwisty kaszel i wrzodziejące zmiany skórne. Zanim umarli kilka dni później zdążyli zarazić dziesiątki ludzi. Pierwsze symptomy to była gorączka, kaszel i przewlekłe zmęczenie. Potem kaszel stawał się krwisty i dochodziło zapalenie płuc prowadzące do zgonu. Pierwotne symptomy przypominały najzwyklejsze przeziębienie, zatem były przez ówczesnych medyków ignorowane. Przemieszczanie się ludzi rozniosło plagę po całej Mandżurii. Narastała psychoza strachu. Ludzie barykadowali się w domach i nie dopuszczali do siebie obcych. Jeśli wychodzili z domów to tylko na moment i zawsze w maskach.
Dopiero po miesiącu rozprzestrzeniania się epidemii urodzony w Malezji doktor Wu Lien-teh pobrał w Harbinie w trakcie pierwszej w Chinach autopsji próbki krwi i tkanek od zmarłej japońskiej kobiety i pod mikroskopem odkrył bakterię Yersinia pestis (bacillus pestis). Analizując rozmaite przypadki uczony odkrył że zaraza roznosi się poprzez transmisję powietrzną. 7 stycznia 1911 roku do doktora Wu dołączył francuski doktor Girard Mesny. Francuz dokonał badań czwórki pacjentów bez maski, zaraził się i 11 stycznia zmarł.
Szybko Harbin stał się miastem zamkniętym. Domy chorych dezynfekowano karbolem i siarką, pacjentów poddawano surowej kwarantannie, ciała zmarłych polewano parafiną i palono na stosach, te zakopane wydobywano z ziemi i także palono. Były to pierwsze kremacje w historii Chin. Doktorzy i lokalni urzędnicy nosili maski z warstwami bawełny i gazy, by skuteczniej filtrować powietrze.
Szacuje się że plaga dżumy w Mandżurii uśmierciła około 63 000 ludzi zabijając wszystkich mieszkańców wielu wsi i miasteczek. Nieskremowane ciała zmarłych leżały na ulicy i były gryzione przez bezpańskie psy. Po sześciu miesiącach epidemia dżumy w Mandżurii i Mongolii została zdławiona.
W 1935 roku doktor Wu został nominowany do nagrody Nobla. Warto dodać że był pierwszym obywatelem Chin z dyplomem medycyny uzyskanym na Uniwersytecie Cambridge. Zmarł 21 stycznia 1960 roku w wieku 81 lat.
Plaga dżumy w Mandżurii przypomina mi pod wieloma względami XXI-wieczną pandemię Covid-19, która rozlała się praktycznie na cały świat. Najpierw połowa listopada/tudzież grudzień 2019 roku, pierwsze przypadki tajemniczej choroby w Wuhan powiązane z lokalnymi wet markets i całkowite zamknięcie miasta, absolutna konieczność zakrywania maseczkami nosa i ust (koronawirus może przetrwać w powietrzu około 3 godzin), zbliżone symptomy i wysoka zaraźliwość, wreszcie palenie ciał w krematoriach (tak było w Chinach, tak jest też w Guayaquil (Ekwador), gdzie ciała ofiar Covid-19 są palone przez członków rodzin na ulicach, gdyż wskutek straszliwych zaniedbań nikt ich nie zabiera).
Korzystałem z następujących źródeł:
https://en.wikipedia.org/wiki/Wu_Lien-teh
https://www.thinkchina.sg/photo-story-manchurian-plague-outbreak-and-malayan-doctor-wu-lien-teh
https://www.thearticle.com/what-china-can-learn-from-the-manchurian-plague-of-1911
Autorzy niektórych zdjęć nieznani, ale zdjęcia pochodzą m.in. z Thomas H. Hahn Docu-Images Historical photographs of China 中国摄影史图片库» The Manchurian Plague 1910-11
środa, 8 kwietnia 2020
Pandemia Covid-19 w Nowym Jorku i masowe groby na Hart Island
Nowojorska niezamieszkana wysepka Hart Island (Bronks) to jedno z największych cmentarzysk na Ziemi. Pod tym kątem przypomina mi wenecką Poveglię, na której również znajduje się opuszczony szpital psychiatryczny. Na Hart Island mieściły się ongiś obóz skazańców wojennych Konfederacji, baza rakiet i XIX wieczny szpital psychiatryczny dla kobiet. Szacuje się że na wyspie zostało pochowanych ponad 800 000 ludzi: zmarłych w trakcie pandemii grypy hiszpanki w 1918, bezdomnych, zmarłych na AIDS, więźniów, itd. Historia jak widać lubi się powtarzać. Z racji tego że nowojorskie domy pogrzebowe i ciężarówki-chłodnie są przepełnione zmarłymi na Covid19 na wyspie od końca marca są kopane masowe groby dla ofiar pandemii, w których zmarli mają zostać czasowo (?) pogrzebani. Potwierdza to relacja i nagranie z drona. Pracę wykonują więźniowie z Riker Island. Witamy w 2020 roku.
https://vimeo.com/404410176
Jako wielbiciela urban exploration zaintrygowały mnie opuszczone budynki na wyspie. To ruiny szpitala psychiatrycznego dla kobiet (tzw. Phoenix House) i katolickiej kaplicy z 1935 roku. W ramach terapii pacjentki szyły tutaj skórzane buty. Warto jeszcze dodać iż w latach 60-tych XX wieku w tych opuszczonych budynkach mieściło się centrum rehabilitacji dla narkomanów. Tutaj możecie znaleźć więcej zdjęć z tego bardzo rzadko eksplorowanego miejsca.
https://gothamist.com/arts-entertainment/photos/going-to-the-heart-of-hart-island?image=10
Stany Zjednoczone są obecnie najbardziej dotknięte pandemią koronawirusa Sars-Cov2, a przoduje w tym niestety stan Nowy Jork. W chwili gdy piszę te słowa liczba zakażonych w USA przekracza 400 000, a zgonów na Covid-19 12 800.
I jeszcze ciekawostka historyczna. Pierwsza kwarantanna (najpierw trwająca przez okres 30 dni) miała miejsce w Ragusa (dzisiejszy chorwacki Dubrownik) w XIV wieku w trakcie plagi dżumy. Dokładna data to 23 lipca 1377 roku. Ludzie objęci kwarantanną zostali wysłani na wyspę Mrkan w pobliżu Cavtat bądź do samego Cavtat na okres miesiąca. Oczywiście mieli zakaz wstępu na teren Dubrownika.
wtorek, 3 listopada 2015
Ponure choroby: zespół syreny i płód arlekin
Rzadkie choroby genetyczne to tematyka, która zainteresowała mnie od pewnego czasu. I myślę że dość dobrze wpisuje się w ekscentryczną zawartość niniejszego bloga. Co pewien czas będę szukał informacji na temat dziwacznych i niepokojących schorzeń, choć z góry zaznaczam, że medykiem nie jestem.
1) Zespół syreny (Sirenomelia) - Pierwszą mitologiczną syreną była syryjska bogini Atargatis, która stała się pół-kobietą, pół-rybą ze wstydu po zabiciu ludzkiego kochanka. Homer w Illiadzie ukazał syreny jako urodziwe kreatury, które zwabiają marynarzy pięknym śpiewem w morską toń. Przez wieki syreny utożsamiano ze sztormami, wrakami statków i utonięciami żeglarzy. Podobno widział je sam Krzysztof Kolumb w 1493 roku w trakcie morskiej podróży na Karaiby. Zespół syreny to jednocześnie groteskowa i śmiertelna choroba, która charakteryzuje się rotacją i fuzją nóg, które zaczynają przypominać rybi ogon. Pępowinie nie udaje się uformować dwóch arterii, co skutkuje nie wystarczającym dopływem krwi do płodu. Pojedyncza arteria zagarnia całą krew i związki odżywcze z dolnych partii ciała i rozdziela je do łożyska. Wskutek niedożywienia płód nie wykształca osobnych kończyn. Choroba jest bardzo rzadka - doświadcza jej 1 na 100 000 noworodków, zdarza się u bliźniąt jednojajowych. Śmierć następuje zazwyczaj po kilku dniach z powodu niewydolności wątroby czy pęcherza. W XIX wieku płody dotknięte sirenomelią wystawiano w słojach w gabinetach osobliwości. Najdłużej żyjącą osobą chorą na zespół syreny jest 26-letnia Tiffany Yorks, której w 1988 roku (jeszcze przed pierwszymi urodzinami) chirurgicznie rozdzielono nogi.
2) Płód arlekin - Rzadka choroba genetyczna znana także pod nazwą Harlequin Ichthyosis. Charakteryzuje się nadprodukcją białka keratyny w skórze. A to skutkuje pojawieniem się na skórze noworodka olbrzymich łusek i szybką śmiercią z powodu rozmaitych infekcji. Można ją zatem porównać do innych przerażających chorób deformujących skórę takich jak trąd czy ospa wietrzna. Po raz pierwszy zespół arlekina udokumentował 5 lipca 1750 roku wielebny Oliver Hart opisując dziecko Mary Evans, które umarło po 48 godzinach od urodzenia od opisu. Noworodki z zespołem arlekina mają słabo wykształcone uszy i nos. Czasem owych części ciała w ogóle nie ma. Powieki są wywinięte (ektropion), a przez to podatne na infekcję. Wargi są również wywinięte przez co przypominają uśmiech klauna. Zagrożeniem dla dzieci chorych na zespół arlekina jest hipotermia oraz odwodnienie organizmu. Z powodu łusek takie dzieci mają trudności z oddychaniem, co może prowadzić do zgonu z powodu niewydolności oddechowej. Pamiętajmy że kostium XVI-wiecznego arlekina był w kratę. Obecnie pacjenci chorzy na zespół arlekina mogą żyć dłużej wskutek rozwoju medycyny. I tak w 2014 roku chora na zespół arlekina 20-latka Stephanie Turner powiła zdrowego synka.
Znalazłem świetny blog o rzadkich schorzeniach prowadzony przez dwie blogerki. Polecam, gdyż to kawał dobrej roboty:
http://chorobyrzadkie.blogspot.com/
1) Zespół syreny (Sirenomelia) - Pierwszą mitologiczną syreną była syryjska bogini Atargatis, która stała się pół-kobietą, pół-rybą ze wstydu po zabiciu ludzkiego kochanka. Homer w Illiadzie ukazał syreny jako urodziwe kreatury, które zwabiają marynarzy pięknym śpiewem w morską toń. Przez wieki syreny utożsamiano ze sztormami, wrakami statków i utonięciami żeglarzy. Podobno widział je sam Krzysztof Kolumb w 1493 roku w trakcie morskiej podróży na Karaiby. Zespół syreny to jednocześnie groteskowa i śmiertelna choroba, która charakteryzuje się rotacją i fuzją nóg, które zaczynają przypominać rybi ogon. Pępowinie nie udaje się uformować dwóch arterii, co skutkuje nie wystarczającym dopływem krwi do płodu. Pojedyncza arteria zagarnia całą krew i związki odżywcze z dolnych partii ciała i rozdziela je do łożyska. Wskutek niedożywienia płód nie wykształca osobnych kończyn. Choroba jest bardzo rzadka - doświadcza jej 1 na 100 000 noworodków, zdarza się u bliźniąt jednojajowych. Śmierć następuje zazwyczaj po kilku dniach z powodu niewydolności wątroby czy pęcherza. W XIX wieku płody dotknięte sirenomelią wystawiano w słojach w gabinetach osobliwości. Najdłużej żyjącą osobą chorą na zespół syreny jest 26-letnia Tiffany Yorks, której w 1988 roku (jeszcze przed pierwszymi urodzinami) chirurgicznie rozdzielono nogi.
2) Płód arlekin - Rzadka choroba genetyczna znana także pod nazwą Harlequin Ichthyosis. Charakteryzuje się nadprodukcją białka keratyny w skórze. A to skutkuje pojawieniem się na skórze noworodka olbrzymich łusek i szybką śmiercią z powodu rozmaitych infekcji. Można ją zatem porównać do innych przerażających chorób deformujących skórę takich jak trąd czy ospa wietrzna. Po raz pierwszy zespół arlekina udokumentował 5 lipca 1750 roku wielebny Oliver Hart opisując dziecko Mary Evans, które umarło po 48 godzinach od urodzenia od opisu. Noworodki z zespołem arlekina mają słabo wykształcone uszy i nos. Czasem owych części ciała w ogóle nie ma. Powieki są wywinięte (ektropion), a przez to podatne na infekcję. Wargi są również wywinięte przez co przypominają uśmiech klauna. Zagrożeniem dla dzieci chorych na zespół arlekina jest hipotermia oraz odwodnienie organizmu. Z powodu łusek takie dzieci mają trudności z oddychaniem, co może prowadzić do zgonu z powodu niewydolności oddechowej. Pamiętajmy że kostium XVI-wiecznego arlekina był w kratę. Obecnie pacjenci chorzy na zespół arlekina mogą żyć dłużej wskutek rozwoju medycyny. I tak w 2014 roku chora na zespół arlekina 20-latka Stephanie Turner powiła zdrowego synka.
Znalazłem świetny blog o rzadkich schorzeniach prowadzony przez dwie blogerki. Polecam, gdyż to kawał dobrej roboty:
http://chorobyrzadkie.blogspot.com/
piątek, 30 października 2015
Adam Rainer: Karzeł i gigant
Zaintrygowała mnie ta historia, gdyż lubię czytać o bardzo rzadkich i groteskowych chorobach powodujących cielesne deformacje. Niewiele wiadomo o życiu Adama Rainera - urodził się w 1899 roku w Graz w Austrii. Jego rodzice byli przeciętnego wzrostu. W trakcie wybuchu I Wojny Światowej Rainer próbował zasilić szeregi armii, ale nie został przyjęty z powodu karłowatości. W wieku 21 lat mierzył zaledwie 118 centymetrów (1.18 metra), lecz jego dłonie i stopy były anormalnie duże. Adam zaczął w szybkim tempie rosnąć. W wieku 32 lat mierzył 218 centymetrów (2.18 metrów) i miał wykrzywiony kręgosłup. Adam Rainer cierpiał na akromegalię spowodowaną nadmiernym wydzielaniem hormonu wzrostu (somatotropiny) z powodu guza wywołującego nacisk na przysadkę mózgową. Pomiędzy 1930 a 1931 rokiem dwaj doktorzy A. Mandl i F. Windholz przebadali Adama i zdecydowali się zoperować rosnącego od dekady guza (eosinophilic adenoma). Kilka miesięcy po operacji Rainier nadal mierzył ponad dwa metry, a jego skrzywienie kręgosłupa stało się jeszcze ostrzejsze, co przykuło mężczyznę do łóżka. Adam nie mógł stać (stał się ślepy na prawo oko, tracił słuch w lewym uchu), więc został oddany do domu starców, gdzie zmarł 4 marca 1950 roku w wieku 51 lat. Gdy umierał mierzył 234 cm (2 metry i 34 centymetry). Adam Rainer był jedynym w historii medycyny człowiekiem, który z karła przeobraził się w giganta.
poniedziałek, 13 października 2014
Marcin Ryszkiewicz "Okruchy ewolucji" - recenzja
Nie będę ukrywał, że wprost pochłaniam książki popularnonaukowe. Książka "Okruchy ewolucji: Tajemnice historii naturalnej" autorstwa geologa i niestrudzonego popularyzatora nauki, wieloletniego współpracownika "Wiedzy i życie" Marcina Ryszkiewicza rzuciła mi się w oczy niemal od razu po przybyciu do mojej ulubionej księgarni. Nadto niejednokrotnie miałem okazję czytać wciągające artykuły tego naukowca we wspomnianej "WiŻ". Zanim dokonałem zakupu książki zacząłem ją kartkować przeglądając jej zawartość i rzuciły mi się w oczy szczególnie dwa rozdziały zatytułowane "Czy na naszą planetę nie spadały duże meteoryty?" oraz "Jak to możliwe, że najwyższa góra Marsa jest trzy razy wyższa niż Mount Everest?" Interesuję się geologią, a już szczególnie wulkanologią, a także impaktami meteorytów i astroblemami, zatem wiedziałem, że "Okruchy ewolucji" kupię bez wahania. Z dobrą książką mam tak samo jak z dobrą płytą kapeli metalowej. Muszę ją mieć i to jak najszybciej.
Ale "Okruchy ewolucji" to nie tylko te dwa rozdziały, jest jeszcze dwanaście innych zebranych w trzech aktach: "Ewolucji Człowieka", "Ewolucji Życia" i "Ewolucji Planetarnej". Wszystkie rozdziały m.in. "Dlaczego się starzejemy? I dlaczego umieramy?", "Do czego służą nam linie papilarne?" czy "Dlaczego ludzie są praworęczni?" napisane zostały w formie łatwo przyswajalnych esejów sięgających w głąb biologii ewolucyjnej, paleoantropologii, paleontologii, socjologii i geologii. Oczywiście większość wiedzy zawartej w "Okruchach ewolucji" dla specjalistów nie będzie niczym nowym, ale laicy na pewno dowiedzą się z książki Ryszkiewicza wielu ciekawych faktów i teorii. Dziwnym krokiem ze strony wydawnictwa DEMART było umieszczenie w książce zarówno czarnobiałych, jak i kolorowych zdjęć tej samej treści (te ostatnie znajdują się na końcu książki w ośmiostronicowej wklejce). Nie można było od razu zilustrować książki kolorowymi zdjęciami? Brak wyjustowania tekstu w poszczególnych rozdziałach książki też jest niecodziennym zabiegiem. Mnie akurat nie razi zbytnio, ale przydałaby się większa staranność w zakresie edytorskim i foto-edytorskim.
Wracając do kraterów impaktowych Ryszkiewicz w interesujący sposób opisuje wszystkie najważniejsze ziemskie astroblemy m.in. Sudbury w Kanadzie, poznański impakt w Morasku (ukłon w stronę rodzimych wielbicieli meteorytów), jukatański Chixculub czy amerykański słynny krater uderzeniowy Barringera. Zabrakło mi mimo wszystko choćby wzmianki o rosyjskich impaktach tunguskim i czelabińskim. Chcecie wiedzieć dlaczego marsjańskie wulkany tarczowe np. Olympus Mons są ponad trzykrotnie wyższe i znacznie rozleglejsze od najwyższych szczytów Himalajów czy Karakorum? Rozwiązanie tkwi w astenosferze, tektonice płyt, a także w tzw. punktach gorąca znajdujących się chociażby pod wulkanami hawajskimi. Zachęcam do czytania. A ja zabieram się powoli za "Homo sapiens. Meandry ewolucji" tego samego autora. Na zdjęciach krater impaktowy Pingualuit w kanadyjskim Quebecu (moim zdaniem jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi) oraz przykład adermoglyfii (ADG, adermatoglifia, Choroba Utrudnień Imigracyjnych) - rzadkiej i słabo zbadanej choroby genetycznej skutkującej brakiem linii papilarnych i związanej z mutacją genu SMARCAD1.
Ale "Okruchy ewolucji" to nie tylko te dwa rozdziały, jest jeszcze dwanaście innych zebranych w trzech aktach: "Ewolucji Człowieka", "Ewolucji Życia" i "Ewolucji Planetarnej". Wszystkie rozdziały m.in. "Dlaczego się starzejemy? I dlaczego umieramy?", "Do czego służą nam linie papilarne?" czy "Dlaczego ludzie są praworęczni?" napisane zostały w formie łatwo przyswajalnych esejów sięgających w głąb biologii ewolucyjnej, paleoantropologii, paleontologii, socjologii i geologii. Oczywiście większość wiedzy zawartej w "Okruchach ewolucji" dla specjalistów nie będzie niczym nowym, ale laicy na pewno dowiedzą się z książki Ryszkiewicza wielu ciekawych faktów i teorii. Dziwnym krokiem ze strony wydawnictwa DEMART było umieszczenie w książce zarówno czarnobiałych, jak i kolorowych zdjęć tej samej treści (te ostatnie znajdują się na końcu książki w ośmiostronicowej wklejce). Nie można było od razu zilustrować książki kolorowymi zdjęciami? Brak wyjustowania tekstu w poszczególnych rozdziałach książki też jest niecodziennym zabiegiem. Mnie akurat nie razi zbytnio, ale przydałaby się większa staranność w zakresie edytorskim i foto-edytorskim.
Wracając do kraterów impaktowych Ryszkiewicz w interesujący sposób opisuje wszystkie najważniejsze ziemskie astroblemy m.in. Sudbury w Kanadzie, poznański impakt w Morasku (ukłon w stronę rodzimych wielbicieli meteorytów), jukatański Chixculub czy amerykański słynny krater uderzeniowy Barringera. Zabrakło mi mimo wszystko choćby wzmianki o rosyjskich impaktach tunguskim i czelabińskim. Chcecie wiedzieć dlaczego marsjańskie wulkany tarczowe np. Olympus Mons są ponad trzykrotnie wyższe i znacznie rozleglejsze od najwyższych szczytów Himalajów czy Karakorum? Rozwiązanie tkwi w astenosferze, tektonice płyt, a także w tzw. punktach gorąca znajdujących się chociażby pod wulkanami hawajskimi. Zachęcam do czytania. A ja zabieram się powoli za "Homo sapiens. Meandry ewolucji" tego samego autora. Na zdjęciach krater impaktowy Pingualuit w kanadyjskim Quebecu (moim zdaniem jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi) oraz przykład adermoglyfii (ADG, adermatoglifia, Choroba Utrudnień Imigracyjnych) - rzadkiej i słabo zbadanej choroby genetycznej skutkującej brakiem linii papilarnych i związanej z mutacją genu SMARCAD1.
czwartek, 9 października 2014
Szczur za klatką schodową
Ciekawe, choć dość makabryczne znalezisko muzealne w Wielkiej Brytanii. Robotnicy pracujący przy wymagającym renowacji domostwie w Penryn, hrabstwo Cornwall odkryli w dziurze za klatką schodową zmumifikowane ciało szczura, które spoczywało tam przez nikogo nie niepokojone od 600 lat. Truchło szczura, który mógł być (ale nie musiał) inkubatorem czarnej śmierci (dżumy) trafiło do muzeum Penryn w Cornwall. W latach 1346-53 hrabstwo Cornwall nękała epidemia dżumy - w mieście Bodwin umarło 1500 mieszkańców, połowa ówczesnej populacji. Założę się, że zmumifikowany szczur z dobrze zachowanymi zębami i wąsami stanowi nie lada atrakcję dla dzieci. Czternastowieczna pandemia dżumy w Europie przyczyniła się do śmierci od 75 do 200 milionów ludzi. Jest tylko jeden problem: dom w którym znaleziono szczura nie wygląda mi na blisko 700-letni.
czwartek, 26 grudnia 2013
Historia syndromu Cotarda

W 1880 roku do drzwi francuskiego neurologa Julesa Cotarda (na zdjęciu) zapukała pewna dama w średnim wieku znana jako Mademoiselle X. Twierdziła, że "nie ma mózgu, nerwów, klatki piersiowej, żołądka ani wnętrzności". Była "niczym więcej niż gnijącym trupem". Wierzyła, że ani Bóg ani Szatan nie istnieją i że nie ma duszy. Z racji tego, że nie mogła umrzeć śmiercią naturalną "nie odczuwała potrzeby jedzenia". Naturalnie umarła później z wygłodzenia.
Tak narodził się syndrom Cotarda. Ale to dziwaczne schorzenie opisał już w 1788 roku Charles Bonnet. Przypadek dotyczył starszej kobiety, która kazała córkom ubrać ją w pogrzebowy całun i złożyć do trumny, bo była "martwa". Ewentualnie kobieta wybudziła się z trapiącego ją urojenia, ale co trzy miesiące do końca swojego życia miała okresy w których 'umarła'. W dodatku 'rozmawiała z innymi umarłymi i częstowała ich kolacją'. No i mamy Syndrom Żywego Trupa: pacjenci wierzą, że są martwi i nie istnieją, czasem zespół Cotarda przejawia się w przekonaniu, że brakuje im organów wewnętrznych czy części ciała. Syndrom Cotarda bywa łączony z ciężką depresją i schizofrenią. W ramach leczenia stosuje się antydepresanty i leki anty-psychotyczne, terapia elektrowstrząsów także bywała skuteczna.
The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble "Cotard Delusion"
http://www.youtube.com/watch?v=rrnMHOF27E4
sobota, 19 października 2013
Hemolakria czyli krwawe łzy
Hemolakria to niezwykle rzadka choroba, która objawia się krwawym płaczem. Chorzy bez ostrzeżenia zaczynają ronić krwawe łzy, co na myśl nasuwa ujęcia na strużki krwi z oczu w horrorach gore włoskiego mistrza makabry Lucio Fulci'ego tj. "Miasto żywych trupów" z 1980 roku czy rzekomo krwawiące posągi kościelne. Na hemolakrię choruje m.in 22-letni Amerykanin z Tennessee Michael Spann. Zaczęło się od niezwykle bolesnych bólów głowy, potem Michael zaczął krwawić z oczu, nosa i ust. Bóle głowy i krwawienia miały miejsce codziennie, siedem lat później stały się rzadsze: raz/dwa razy w tygodniu. Lekarze po serii testów nie potrafili podać przyczyny hemolakrii Michaela. Na to tajemnicze schorzenie choruje także inny Amerykanin z Tennessee Calvino Inman. Przebadano go przy użyciu tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego czy ultra-dźwięków - i przyczyny nie odnaleziono. Już w XVI wieku włoski lekarz Antonio Brassavola opisał przypadek zakonnicy, która zamiast krwawić menstruacyjnie krwawiła z oczu i uszu. Hemolakria może być spowodowana przez uraz głowy, ale przypadki Spanna i Inmana są idiopatyczne (o niejasnym lub nieznanym podłożu). Spann, utalentowany artysta ma problemy ze znalezieniem pracy z powodu krwawienia i jest zmuszony do życia jako odludek. Dzieciaki się z niego naśmiewają krzycząc, że jest opętany.
wtorek, 13 sierpnia 2013
Pokrzyk wilcza jagoda (Atropa Belladonna)

Wszyscy zapewne pamiętają bajkę o Królewnie Śnieżce, dziewczynce o włosach czarniejszych niż noc, skórze białej niczym śnieg i ustach czerwonych niczym krew. Nowa żona ojca Śnieżki tak bardzo ją znienawidziła, że usiłowała zabić dziewczynkę na różne sposoby m.in podając jej jabłko przyprawione wilczą jagodą. Sama nazwa Belladonna znaczy tyle, co "piękna kobieta". Urodziwe Rzymianki, aby być jeszcze piękniejszymi skraplały sobie źrenice Belladonną, co sprzyjało ich rozszerzaniu i nadawaniu im blasku (tzw. "sarnie oczy"). Oraz jaskrze w przyszłości.
Pierwszy łaciński człon tej trującej rośliny z rodziny psiankowatych odnosi się do Atropos, najstarszej z trzech Mojr, która obcinała nić życia. Pokrzyk wilcza jagoda związana jest także z czarodziejką Circe, demoniczną femme fatale, skuteczną uwodzicielką. Roślinę niniejszą kojarzono z Diabłem, była też składnikiem maści czarownic. Niektóre legendy mówią, że Szatan tak sobie ukochał Atropę Belladonnę, że pozostawia ją niepilnowaną jedynie w Noc Walpurgii, aby dołączyć do sabatu wiedźm. Rzymscy kapłani pili napar z Belladonny przed inwokacją bogini wojny Bellony, a do wina z bacchanaliów dodawano sok z Belladonny.
Charakterystyka: ciemnozielone, duże, owalne liście, kwiaty brunatnofioletowej barwy, silne trujące ciemne jagody, których zjedzenie może zabić. Skład: alkaloidy tropanowe (atropina, hioscyjamina i skopolamina). Atropina poraża ośrodkowy układ nerwowy przyśpieszając bicie serca i tempo oddychania. Tętno po zatruciu przyśpiesza, wzrasta temperatura ciała, pojawiają się halucynacje i silne stany psychotyczne, suchość w ustach, światłowstręt na skutek rozszerzenia źrenic, przy dużych dawkach śpiączka kończąca się zgonem. Atropina jest antagonistą acetylocholiny znosząc jej działanie. Hioscyjamina działa dwa razy silniej niż atropina. Skopolamina wycisza, osłabia wolę, skutkiem jej zażywania są omamy i stany psychotyczne.
http://www.thepoisongarden.co.uk/atoz/atropa_belladonna.htm
Ziele Szatana, nie ma co...
wtorek, 25 czerwca 2013
Śmiertelna bezsenność rodzinna (FFI)

Jak to jest umrzeć z braku snu? Jak to jest nie spać przez kilka miesięcy i powoli umierać z bezsenności? FFI to jedna z najbardziej przerażających chorób mózgu, która dotyczy 40 rodzin na świecie. Powoduje ją mutacja genu PRNP dziedziczona z pokolenia na pokolenie. Pochodzący z Włoch lekarz, który zmarł w 1765 roku był Pacjentem Zero - przed śmiercią przekazał jednak zmutowany gen swoim dzieciom, a te przekazywały go dalej i dalej. Objawy FFI: trwająca miesiącami bezsenność, pogorszenie koncentracji, ataksja, czyli trudności z chodzeniem. Choroba jest nieuleczalna, kończy się zawsze śmiercią. Niekończący się stan przedsnu, jakby lunatykowania, niemożność wejścia w odnawiającą ciało i umysł fazę REM (Rapid Eye Movement). Zakotwiczenie w wiecznym zmierzchu. Chorobę powodują zmutowane białka, czyli priony odpowiedzialne również za choroby szalonych krów, Creutzfelda-Jakoba czy kuru, a odkryte przez Stanleya Prusinera. To właśnie owe źle ukształtowane białka powodują zmiany we wzgórzu, części mózgu regulującej sen. Dobranoc wszystkim.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























