Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 grudnia 2023

Enisum i Ereb Altor w Minodze 5 grudnia 2023 r. (fotorelacja)

                                                                 




Może ten koncert nie był moim żelaznym priorytetem w 2023 roku, ale stwierdziłem, że wybiorę się na niego dla Ereb Altor, gdyż bardzo lubię viking black/epic doom Szwedów (przydałby się też w Polsce koncert epicko doom metalowego Isole, gdyż Ereb Altor to w zasadzie trójka muzyków Isole). Oczywiście powszechnie wiadomo, że muzyka Ereb Altor jest totalnie inspirowana Bathory, ale z drugiej strony co z tego? Bathory już od dawna nie istnieje, gdyż Quorthon zmarł w 2004 roku. Bogata spuścizna black/epic viking metalu Bathory wciąż żyje wśród skandynawskich (i nie tylko) metalowców inspirując zespoły pokroju Ereb Altor. 

Jako support wystąpili bliżej mi nieznani post black metalowcy z Enisum (Włochy). Muzyka jakoś mnie nie zachwyciła, choć słuchałem Włochów z uwagą. Na pewno dało się wyczuć tutaj wpływy kapel pokroju Agalloch czy Wolves in the Throne Room (US Cascadian black metal), czyli w przypadku Enisum mamy do czynienia z melodyjnym, acz odrobinę jednostajnym post-black metalem z melancholijnymi akustycznymi/ambientowymi pasażami. Występuje tutaj kontrast między melancholią a optymizmem, delikatnym spokojem a black metalową agresją. Przyzwoity i całkiem bombastyczny post-black metal, ale nie pochłonął mnie emocjonalnie tak jak powinien. Odsłuch ostatniego albumu poniżej:

https://avantgardemusic.bandcamp.com/album/forgotten-mountains

Set-lista: "The Place You Died", "Forgotten Mountains", "Night Forest", "Woods of Sorrow", "Nothing", "The Wind Shells", "Arpitanian Lands", "Pure Sadness". 

Natomiast na porywającym gigu Ereb Altor bawiłem się doskonale. Wychwyciłem chociażby takie piosenki jak "Fenris", "Queen of All Seas", "Midsommarblot" czy "I Have the Sky". Generalnie viking black/epic doom metalu Ereb Altor słucha się z ogromną przyjemnością. To metal utrzymany raczej umiarkowanych tempach, bardzo podniosły, majestatyczny, natchniony, czasem gwałtowny, złowieszczy i agresywny, czasami przechodzący w miażdżący doom. Czuć też, że muzycy Ereb Altor czerpią ogromną radość z grania na żywo. No i Szwedzi znają polskie słówko: "kurwa". Szkoda tylko, że publiczność wczoraj nie dopisała, było koło 40-50 osób. Natomiast cieszy obecność wielu kobiet, które słuchają dłużej lub krócej cięższych brzmień. 

Odsłuch: https://erebaltor.bandcamp.com/album/vargtimman

niedziela, 23 października 2022

EO (2022) - recenzja

                                                                         
Kilka dni temu miałem sposobność obejrzeć najnowszy film 84-letniego Jerzego Skolimowskiego zatytułowany "EO" (2022). Refleksyjny i przepełniony symboliką dramat o osiołku, który po uwolnieniu z cyrku przez prozwierzęcych aktywistów zaczyna wędrować z miejsca na miejsce natykając się na różnych właścicieli i doznając od nich empatii, obojętności czy okrucieństwa. Osiołek stara się odszukać Kasandrę (Sandra Drzymalska), cyrkową opiekunkę, która go kochała i się nim opiekowała. Oczywiście "EO" może budzić skojarzenia ze słynnym filmem Roberta Bressona "Au Hasard Balthazar" (1966), a także z w pewnym sensie z szokującym dramatem antywojennym "Idź i patrz" (1985). Nie brakuje w "EO" scen psychodelicznych, smutnych i przejmujących (EO mijający umierającego wilka czy pobity przez wściekłych kiboli), zahaczających o horror (podcięcie gardła jednej z postaci) czy humorystycznych (mecz piłkarski gdzieś na przaśnej polskiej prowincji). Dość powiedzieć, że sekwencja wędrówki osiołka przez las nasuwa na myśl mroczną i surrealistyczną baśń. EO jawi mi się jako zwierzę niewinne, czułe, delikatne, o smutnych brązowych oczach kontrastujące ze zgnilizną, brzydotą i dzikością niektórych ludzkich postaci, które w trakcie odysei napotka. Film za sprawą doskonałych zdjęć bywa hipnotyczny, przejmujący, nieco melancholijny. To w zasadzie moralitet o tym jak ludzkość zatraciła więź z przyrodą i przestała być czuła wobec gospodarskich zwierząt. Ludzie bywają chciwi i obojętni wobec cierpienia, a co za tym idzie skłonni do eksploatowania zwierząt i traktowania ich z sadystycznym okrucieństwem (cyrk, ubojnie, zwierzęta wykorzystywane jako posłuszne źródło transportu, fermy futrzarskie). 

Na plus nieoczywista i nierzadko zaskakująca narracja, symboliczno-hipnotyczny nastrój "EO" oraz eksperymentowanie ze stroną wizualną filmu. Zapadają w pamięć także pulsująca elektroniczna ścieżka dźwiękowa Pawła Mykietyna oraz pierwszorzędne zdjęcia Michała Dymka (film kręcono m.in. na Podkarpaciu). Nic zatem dziwnego, że dramat Skolimowskiego doceniony został przez krytyków na festiwalach w Berlinie, Cannes i Wenecji. 

Dystrybucja Gutek Film. Zapraszam do kin studyjnych. Obok "Wulkanu miłości" (2022) Sary Dosy jedna z najciekawszych tegorocznych premier. 

Niestety nie dojadę na koncert w Zabrzu, ale w pisaniu tej krótkiej recenzji towarzyszyła mi wielowymiarowa i bogata w emocje muzyka Diary of Dreams.

https://diaryofdreams.bandcamp.com/album/hell-in-eden

piątek, 16 września 2022

Fides Inversa, Chaos Invocation i Akhlys, 15 września 2022 roku (fotorelacja)

                                                         









Nie mogła mnie ominąć trasa tych trzech młodych stażem zespołów black metalowych (Fides Inversa - Włochy, Chaos Invocation - Niemcy, Akhlys - USA), gdyż uważam "Melinoe" (2020) Akhlys za jeden z najlepszych albumów ambient black metalowych ostatnich lat i godnego następcę "The Dreaming I"  (2015). Oba supporty Akhlys co prawda nie mieszają dark ambientu z black metalem tj. Amerykanie, jednakże także i one zrobiły na mnie wrażenie. Ale po kolei. 

Na gig Włochów z Fides Inversa odrobinkę się spóźniłem, bo muzycy zaatakowali słuchaczy agresywnym occult black metalem jeszcze przed 19 (wówczas kupowałem bilet na bramce). Black metal Fides Inversa z Rzymu jest nastrojowy, mroczny, złowieszczy i diaboliczny. Włosi (choć w gruncie rzeczy obecny line-up FI jest międzynarodowy) przekonali mnie do siebie intensywnym i przekonującym koncertem. Black metalu słucham obecnie bardziej sporadycznie niż jeszcze kilka lat temu, ale przyjemnością zakupiłem na CD ich ostatni album "Historia Nocturna" (2022). 

Odsłuch: https://fidesinversa.bandcamp.com/album/historia-nocturna

Także następni w kolejności Chaos Invocation z Niemiec zagrali całkiem niezły koncert. Black metal CI emanuje agresją, jednak nie jest pozbawiony bardziej melodyjnych i delikatniejszych elementów, zmian tempa na umiarkowane, a także wpływów thrash i heavy metalu (niektóre riffy). Jeśli chodzi o inne zespoły, które mogą być dla muzyków Chaos Invocation inspiracjami to wymieniłbym np. Watain, Hellhammer, Celtic Frost czy Dissection. 

Odsłuch: https://chaos-invocation.bandcamp.com/album/devil-stone-man

Na koniec zaprezentowali się zamaskowani black metalowcy z Akhlys, których liderem jest znany z Nightbringer Naas Alcameth. Co mnie przyciągnęło do Akhlys to przede wszystkim idealny mariaż dark ambientu z intensywnym black metalem, w rezultacie czego mamy do czynienia z gęstą atmosferą onirycznego koszmaru. Gdy się słucha np. "Melinoe" (2020) to ta muzyka potrafi zaniepokoić, a nawet przerazić. Osobiście uważam Akhlys za projekt/zespół równie intrygujący co np. The Axis of Perdition czy Blut Aus Nord. Po prostu black metal Akhlys jest wściekły, psychotyczny, chaotyczny, głęboko atmosferyczny i jednocześnie przerażająco wręcz sugestywny, co dało się odczuć na wczorajszym koncercie Amerykanów. Znowu zrobiłem zakupy - koszulka zespołu i "The Dreaming I" na CD.

Odsłuch: https://akhlys.bandcamp.com/

Ano właśnie na wczorajszym koncercie ceny merchu były przystępne: CD za 50 zł, winyl za 100 zł, koszulka - 80 zł, naszywka - 20 zł, itd. Ceny w pełni jak dla mnie akceptowalne i zachęcające do zakupu.

środa, 31 sierpnia 2022

Zazda strasti/ Thirst of Passion (1991) - recenzja

                                               

W zamierzeniu blog niniejszy ma mieć zauważalny feeling gotycki, zatem często opisuję tutaj horrory z pieczołowicie oddanym klimatem grozy i niesamowitości. W dobie agresji Rosji na Ukrainę raczej wstrzymuję się z promocją rosyjskiej kultury, ale tym razem zrobię wyjątek. "Zazda strasti" aka "Thirst of Passion" to ciekawy przykład sowieckiego horroru. Film jak się zdaję mocno inspirowany gotyckim horrorem z lat 60-tych, filmami giallo Mario Bavy i Dario Argento (być może "Suspiria" z 1977 roku była tutaj główną inspiracją dla reżysera Andrieja Kharitonova) oraz odrealnionym surrealizmem Davida Lyncha. W szkole podstawowej uczyłem się trochę rosyjskiego, jednakże nie wszystko z fabuły "Thirst of Passion" byłem w stanie zrozumieć. Niemniej jednak obfitująca w nadprzyrodzone zdarzenia fabuła dotyczy morderstwa dokonanego na bogatej wdowie. Pewien odziany w długi płaszcz detektyw usiłuje rozwikłać zagadkę śmierci kobiety. W tym celu nawiązuje kontakt z jej kochankiem-lekarzem. Pojawia się także odziany w czerń i uwodzicielski doppelganger (sobowtór) zamordowanej. 

Horrory oglądam od wczesnych lat dzieciństwa, widziałem ich na przestrzeni lat tysiące, ale czasem trafiam na taką zapomnianą perełkę jak "Zazda strasti". Co mnie szczególnie urzekło w "Thirst of Passion"? Gęsta i znakomicie wykreowana atmosfera rodem z gotyckiego horroru (mroczne wnętrza pałacu, cmentarne alejki, pojawiające się znienacka ghoule, tudzież demony, zjawy [miałem tutaj skojarzenia z innym znakomitym gotycko-wampirycznym horrorem z USA "Lemora: A Child's Tale of the Supernatural" z 1973 roku], kwintesencja gotyku, czyli złowrogi, ale jakże uwodzicielski doppelganger, subtelna scena lesbijska), wreszcie całkiem krwawe sceny morderstw przypominające wysmakowane sceny śmierci z najlepszych gialli np. uduszenie młodej kobiety dłoniami w skórzanych rękawiczkach. Jeśli ktoś lubi Eurohorror (gotycką grozę i filmy giallo) to na pewno wychwyci wyraziste wypływy i inspiracje obecne w "Zazda strasti". Niedawno przybliżyłem tutaj belgijski "Malpertuis" z 1971 roku, film oniryczny i piękny, choć nie pozbawiony akcentów humorystycznych. "Thirst of Passion" to podobna, starannie utkana fantasmagoria, obraz, który urzeka odrealnionym nastrojem i nie pozwala się nudzić ani przez moment. 

Przy okazji polecam bardziej szczegółową recenzję znajomej z Kinomisji: 

https://www.pulpzine.pl/thirst-of-passion-1991-argento-po-radziecku/

Natomiast 1 września obejrzałem po raz pierwszy "Il caso Valdemar" (1936) - włoską adaptację noweli (opowieści niesamowitej) z 1845 roku autorstwa mistrza Edgara Allana Poe wyreżyserowaną przez Gianni Hoepli i Ubaldo Magnaghi. To w zasadzie pionierski film gore w historii kina grozy ze świetną sceną topienia się twarzy, której nie powstydziłby się maestro horroru Lucio Fulci. Hipnoza i rozkład ciała po przebudzeniu Ernesta Valdemara na łożu śmierci. Rewelacja!

Sami oceńcie: https://www.youtube.com/watch?v=f185kvknFV0

czwartek, 26 maja 2022

Black Glasses/ Occhiali Neri (2022) - recenzja

                                    

Przynajmniej od czasu "Opera" (1987) horrory i thrillery w reżyserii Dario Argento pozostawiają sporo do życzenia, zatem także do seansu "Black Glasses" aka "Occhiali Neri" (2022) podszedłem z pewną dozą rezerwy. I generalnie muszę przyznać, że najnowszy i być może ostatni już film giallo Dario Argento jest thrillerem całkiem znośnym, przyzwoitym, wciągającym. Oczywiście nie należy oczekiwać wysmakowanej stylistyki "Suspirii" (1977), "Deep Red" (1975) , "Inferno" (1980) czy "Tenebre" (1982), ale to chyba najlepszy film włoskiego reżysera przynajmniej od czasu "Sleepless"(2001). Akcja jest szybka, morderstwa są krwawe i brutalne (szczególnie otwierająca scena mordu na luksusowej prostytutce), pulsujący soundtrack Arnauda Rebotiniego także zapada w pamięć.

Oczywiście brakowało mi w tej historii o przyjaźni niewidomej sex workerki z chińskim sierotą pomysłowej choreografii morderstw, elementu zaskoczenia w trakcie ujawnienia tożsamości mordercy czy zbliżeń na dłonie w czarnych rękawiczkach/narzędzia mordu, jednak należy pamiętać, że ostatnie filmy Dario Argento są niskobudżetowe, zatem nie ma mowy już o powrocie Dario Argento do formy z lat 70-tych i 80-tych.

Tak czy owak, w "Occhiali Neri" wychwyciłem nawiązania do "Suspirii", "The Beyond" czy "Kota o dziewięciu ogonach". Ogromny plus też za świetnie wykonane efekty gore autorstwa Sergio Stivalettiego. A i główną bohaterkę Dianę da się polubić, gdyż jej walka o przetrwanie tragedii, której doświadczyła wciąga. Polujący na nią morderca stanowi w tym filmie jedynie namacalne tło.

Nie mam pojęcia czy Dario Argento wyreżyseruje w przyszłości kolejny thriller. Facet jest już po osiemdziesiątce. Być może "Black Glasses" to jego łabędzi śpiew. Być może. Jestem fanem thrillerów i horrorów Włocha od ponad 25 lat, odkąd po raz pierwszy obejrzałem w polskiej telewizji "Głęboką czerwień" czy "Cztery muchy na szarym aksamicie". Z tego względu podwyższam delikatnie ocenę na 7/10. A miałem ochotę dać 6/10 w skali IMDb czy Filmweba.

Powrócę jeszcze kiedyś do "Occhiali Neri".  Zdj. Asii Argento z ojcem wykonał Casper Wackerhausen-Sejersen.

piątek, 25 marca 2022

Fuoco Fatuo, Grave Miasma i The Ruins of Beverast w Bazylu, 24 marca 2022 roku (fotorelacja)

                                          





To mój pierwszy koncert metalowy od dłuższego czasu. Z wielu wcześniejszych zrezygnowałem w dużej mierze dzięki koronawirusowi. Zagrożenia epidemicznego nie bagatelizowałem i nadal nie bagatelizuję (stąd trzykrotne zaszczepienie i generalnie unikanie większych skupisk ludzkich), ale tym razem powiedziałem sobie, że zaryzykuję, bo skład kusił ogromnie. Brytyjskich death metalowców z Grave Miasma miałem okazję widzieć w starym Bazylu w 2013 roku, pozostałe dwa zespoły, czyli Fuoco Fatuo z Włoch oraz The Ruins of Beverast z Niemiec pragnąłem zobaczyć po raz pierwszy na żywo, gdyż ich muzyka po prostu robi na mnie wrażenie. 

Wielokrotnie wspominałem na tym blogu, że ogromnie cenię doom death i funeral doom. Koncerty zespołów grających wolno, masywnie i ponuro rzadko jednak mają miejsce w Polsce. Częściej można uczestniczyć w gigach stoner doom metalowych czy sludge doom metalowych. Dlatego otwierający trasę trzech zespołów koncert Włochów z Fuoco Fatuo bardzo mi się podobał. Złowieszczy i miażdżący doom death/funeral doom w stylu Tyranny, Esoteric czy Disembowelment. Jednak subtelnie zróżnicowany, choć takiej muzyki prosto z otchłani katakumb trzeba słuchać w skupieniu i mieć na nią nastrój. Nazwa zespołu jest też bardzo ciekawa - "błędne ogniki", czyli zjawy nawiedzające bagna, trzęsawiska czy opuszczone cmentarze. 

Odsłuch "Obsidian Katabasis":

https://fuocofatuo.bandcamp.com/album/obsidian-katabasis

Death metalowcy z Grave Miasma dali bardzo dziki i intensywny koncert. I zostali przyjęci bardzo ciepło przez zgromadzoną w poznańskim Bazylu publiczność. Na pewno był to najbardziej ekstremalny występ wczorajszego wieczoru. Znakomita porcja zatęchłego death metalu prosto z zapomnianej krypty.  Dokładnej set-listy nie pamiętam, bo skupiłem się na robieniu zdjęć, ale wychwyciłem "Ancestral Waters", "Under the Megalith", "Seven Coils" czy "Rogyapa". 

Odsłuch "Abyss of Wraithful Deities":

https://gravemiasma.bandcamp.com/album/abyss-of-wrathful-deities 

The Ruins of Beverast, znakomity projekt black doom metalowy Alexandra von Meilenwalda bardzo mocno chciałem zobaczyć na żywo. Cholernie odpowiada mi atmosferyczny black doom The Ruins of Beverast, gdyż ocieka mrocznym i niepokojącym nastrojem oraz jest mocno unikalny. Weźmy chociażby pod uwagę dwa ostatnie albumy The Ruins of Beverast "Exuvia" oraz najnowszy "The Thule Grimoires": są delikatniejsze, czuć na nich wpływ Dead Can Dance czy nawet gotyckiego rocka/gotyckiego doom metalu (Type O' Negative). To ciągłe poszukiwanie nowych środków wyrazu przez doświadczonego muzyka. Stąd też obecność gotyckich niuansów w atmosferycznym black doom metalu The Ruins of Beverast. Godzinny koncert Niemców całkowicie spełnił moje oczekiwania. A za wisienkę na torcie uznałem zagranie przez zespół cudownie upiornego "Daemon" z "Blood Vaults" (2013). 

Odsłuch "The Thule Grimoires": 

https://theruinsofbeverast.bandcamp.com/album/the-thule-grimoires

Tyle na dzisiaj. I wraz z tym wpisem stuknęło mi 900 000 wejść na bloga. Całkiem niezły wynik zważywszy na to, że blogowanie już nie przynosi takich zasięgów jak kiedyś. Teraz rządzą krótkie wpisy w mediach społecznościowych, podcasty do słuchania i wymyślne filmiki na TikToku, YouTube czy na Instagramie. Z drugiej strony od momentu powstania w 2013 roku ten blog miał być raczej undergroundowy i taki pozostanie.

niedziela, 23 stycznia 2022

Morte sospetta di una minorenne/ Podejrzana śmierć małoletniej (1975) - recenzja

                                             
Film obejrzany na Netflixie. Rzeczywiście to dość dziwaczna i osobliwa hybryda giallo, poliziotteschi oraz ocierającej się o slapstick komedii. W "Podejrzanej śmierci małoletniej" tajemniczy morderca w okularach (Roberto Posse) podcina gardło młodziutkiej prostytutce. Śledztwo w sprawie brutalnego morderstwa prowadzi elokwentny i arogancki detektyw Germi (Claudio Cassinelli) i owo węszenie wspólnie z pewnym nastoletnim złodziejaszkiem (Adolfo Caruso) doprowadzi go do mrocznego półświatka pedofilii i handlu małoletnimi prostytutkami...

Za scenariusz do niniejszego komediowego giallo/filmu policyjnego odpowiadają niestrudzony Ernesto Gastaldi oraz reżyser Sergio Martino (wspaniałe giallo "Torso" z 1973 roku). Film ogląda się wybornie. Mamy tutaj trzy całkiem brutalne sceny morderstw (podcięcie gardła, zadźganie, uduszenie), świetnie zrealizowaną scenę samochodowego pościgu ze slapstickowymi akcentami komediowymi (wirowanie pieszego na głowie!), strzelaninę na rollercoasterze, którą wieńczy pieszy pościg i kilka innych momentów zdecydowanie do zapamiętania. Odrobina nagości i sporo niespodzianek. Na plus także rewelacyjna ścieżka dźwiękowa autorstwa Luciano Michelini przypominająca muzykę Goblins z filmów giallo Dario Argento. W obsadzie m.in. Mel Ferrer i Barbara Magnolfi.

Fajnie, że na Netflixie można znaleźć kultowe włoskie produkcje. "Nieuchwytny morderca" (1971), "Demony 1 i 2", a teraz "Podejrzana śmierć małoletniej" ("Suspected Death of a Minor"). Oby tak dalej. Więcej filmów Davida Lyncha, Johna Carpentera, Martina Scorsese oraz włoskich horrorów, gialli i poliziotteschi. 

czwartek, 6 stycznia 2022

Libido (1965) i Mystere (1983) - recenzje

 
"Libido" (1965) - Wczesne giallo Ernesto Gastaldi i Vittorio Salerno, zrealizowane mniej więcej w tym samym czasie co "Blood and Black Lace" (1964) Mario Bavy. Christian (Giancarlo Giannini w debiutanckiej roli) powraca do nadmorskiej rezydencji jego ojca, z którą wiążą się traumatyczne wspomnienia młodzieńca. Towarzyszy mu jego narzeczona oraz para przyjaciół (Paul i urocza blondynka Brigitte). Jako dziecko Christian widział jak jego ojciec zamordował kobietę w pokoju wypełnionym lustrami, a potem rzucił się z klifu. Gdy po latach Christian powraca do domu zaczynają się dziać dziwne rzeczy...

Dość zapomniane freudowskie czarno-białe giallo z małą obsadą (zaledwie czwórka aktorów). Dobry i logiczny scenariusz, który pozwala na grę domysłów oraz fajna blondyneczka Mara Meryl, która tańczy w bieliźnie i opala się w kocim bikini. "Libido" (1965) został nakręcony zaledwie w ciągu 18 dni.

Sceny w pokoju luster najbardziej zapadają w pamięć.

Psychoseksualna atmosfera, mała i solidna obsada, sporo suspensu, świetne zakończenie. Plus wspaniałe kocie bikini Brigitte (Macha Meryl) oraz nawiązująca do francuskiego kina Nowej Fali scena, w której Christian bawi się w samochodzie i poza nim pistoletem. Intryga powiązana z pokojem luster. Cztery osoby. Jeden spadek.

"Mystère" (1982) - Przyjemny, choć momentami nieco naiwny miks giallo i filmu szpiegowskiego (Eurospy). Hipnotycznie piękna Carole Bouquet wciela się w postać luksusowej prostytutki Mystère, której szuka morderca w czarnych rękawiczkach używający do zabijania laski z ukrytym ostrzem. W posiadaniu Mystère znalazła się złota zapalniczka, w której schowane zostały negatywy przedstawiające zastrzelenie pewnego prominentnego polityka. Prostytutka szuka ochrony u gliniarza nazywanego Colt, który uratował jej życie.

Całkiem przyzwoity film z lekko erotyczną aurą, choć pozbawiony nagości. Pierwsza połowa "Mystère" zawiera oprócz zastrzelenia polityka dwa morderstwa przy użyciu laski z ukrytym ostrzem (pechowego klienta dwóch prostytutek oraz przyjaciółki Mystère, która ukradła mu zapalniczkę). W drugiej pojawia się wątek szpiegowski i mamy m.in. pościgi samochodowe, bijatyki, strzelaniny oraz grę w kotka i myszkę ze służbami bezpieczeństwa.

W kobiecych rolach Carole Boquet ("Mroczny obiekt pożądania", "Tylko dla twoich oczu") oraz znana z "Miasta żywych trupów" (1980) Janet Agren w roli Pameli. Dobra gra aktorska Johna Steinera (m.in. "Tenebre" Argento) wcielającego się w postać rosyjskiego mordercy. W 1985 roku Carlo Vanzina wyreżyserował ciut bardziej znane giallo "Nothing Underneath".

Filmy giallo oglądam już od czasu dzieciństwa (pierwsze widziane to "Phenomena", "Cztery muchy na szarym aksamicie" czy "Głęboka czerwień" - wszystkie wyreżyserowane przez Dario Argento), z przyjemnością wracam do tych różnorodnych filmów. Przy okazji polecam niniejszy blog, na którym znajdziecie sporo recenzji:

 http://giallowkadrze.blogspot.com/

środa, 1 grudnia 2021

Stefano Mancuso "Rewolucyjny geniusz roślin" - recenzja

                    
Nie jest to pierwsza książka Stefano Mancuso, którą przeczytałem - tą pierwszą była "Błyskotliwa zieleń". Włoch jest profesorem Uniwersytetu Florenckiego oraz dyrektorem Międzynarodowego Laboratorium Neurobiologii Roślin, a jego książki dotyczące inteligencji i unikalności roślin są autentycznie porywające. Tak się powinno popularyzować naukę (w tym przypadku botanikę): w sposób jasny, klarowny, przejrzysty nawet dla kompletnego laika (masowego odbiorcy). Naukowiec jest dla mnie osobą ciekawą świata, skupioną, uważną, która zadaje pytania i szuka odpowiedzi. Być może w pewien sposób idealizuję naukowców (także wśród nich znajdą się czarne owce), jednakże wolę ich słuchać niż cynicznych i kłamliwych  polityków (także wśród nich znajdą się ludzie tytułujący się często niemałym dorobkiem naukowym).

Rośliny są często marginalizowane, ale ich znaczenie dla ludzkości jest ogromne. Produkują tlen, który wdychamy i wiążą CO2, otwierają łańcuch pokarmowy zwierząt, stanowią cenny surowiec budowlany (np. drewno), ich substancje czynne wchodzą w skład wielu leków, etc. Botanicy co roku odkrywają nowe i fascynujące gatunki roślin. Rośliny w odróżnieniu od zwierząt prowadzą osiadły tryb życia, wytwarzają energię ze słońca i charakteryzują się budową modułową, powtarzalną. Nie mają jak uciec drapieżnikom, jednakże sposoby obronne//odstraszające niektórych z nich są naprawdę zmyślne i perfidne. Generalnie bogaty i wielowymiarowy świat flory odznacza się ogromną innowacyjnością i decentralizacją, rozproszeniem bez zarządzania centralnego (sieć stożków wzrostu korzeni aktywnie eksplorująca glebę).

Jakie zagadnienia obejmuje m.in "Rewolucyjny geniusz roślin"? Mimoza wstydliwa, która zamyka liście pod wpływem bodźców zewnętrznych np. ludzkiego dotyku. Uzależnienie niektórych konsumentów od kapsaicyny obecnej w papryczkach chili (rodzina psiankowate, podobny mechanizm jak uzależnienie od substancji psychoaktywnych, seksu, hazardu, opioidów). Mimikra (niewiarygodne naśladownictwo) stosowane m.in. przez pnącze Boquila trifoliolata czy przez litopsy (tzw. żywe kamienie, kaktusy przypominające kamienie przystosowane do życia na pustyni Namib). Globalny Bank Nasion jako miejsce przechowywania nasion wszystkich znanych roślin użytkowych i próba zabezpieczenia ich dziedzictwa genetycznego. Wpływające za pośrednictwem nektaru pozkwiatowego na zachowania mrówek akacje (roślinni manipulatorzy, dilerzy). Skala pomiaru ostrości chili, tzw. Scoville'a i kulisy jej powstania. Wikipedia czy spółdzielnie jako formy struktury zdecentralizowanej, rozproszonej (podobnie jak system korzeniowy danej rośliny). Wiktoria królewska i jej niezwykłe liście będące inspiracją dla inżynierów konstruktorów oraz architektów. Hodowla roślin w przestrzeni kosmicznej. Tyle wystarczy, do tego profesor Mancuso dorzuca sporo anegdot historycznych czy prywatnych skarżąc się np. na włoską biurokrację. Książkę czyta się szybko i z zainteresowaniem. 

Na zdjęciu wiktoria amazońska, królewska. 

Do posłuchania znakomity post-punk prosto z nowojorskiego Brooklynu, gdyż celem tego bloga jest także popularyzacja dobrej muzyki (najlepiej niszowej, mało znanej). 

https://bootblacks.bandcamp.com/album/thin-skies

piątek, 19 listopada 2021

Abysmal Grief "Funeral Cult of Personality" (2021) - recenzja

                                     
Od wielu lat uwielbiam gotyckie kino grozy, szczególnie włoskie i hiszpańskie, czyli ogólnie rzecz biorąc Eurohorror i amerykański southern gothic, zwłaszcza z lat 60-tych, 70-tych i 80-tych. Zostańmy jednak przy włoskim kinie grozy/giallo, które fascynuje wielu fanów horroru na świecie. Mario Bava, Dario Argento, Antonio Margheriti, Pupi Avati, Francisco Barilli, Joe D'Amato, Lamberto Bava, Michele Soavi - są to reżyserzy, których filmografię warto poznać, jeśli ktoś chce się zagłębić w fenomen włoskiego Eurohorroru. Ach, gotyckie kino grozy z Włoch (albo z Francji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii): mordercy w długich płaszczach, kapeluszach i skórzanych rękawiczkach, majestatyczne zamczyska ze skąpanymi w mroku korytarzami i piwnicami, pogrzebowe procesje, wioski pełne wampirów, otulone mgłą cmentarze, powabne wampirzyce, kandelabry i mroczne sekrety kryjące się za murami zamków. Przez wiele lat szukałem zespołu, który w pełni odda niepowtarzalny nastrój kultowych gotyckich Eurohorrorów. Aż kilka lat temu natrafiłem na włoski Abysmal Grief. 

Kapela z Genui grająca genialny, piekielnie atmosferyczny trad doom metal z elementami black metalu. I bardzo mocno nawiązująca nastrojem do gotyckich horrorów/filmów giallo. Już album Abysmal Grief "Feretri" (2013) miał na okładce kadr z włoskiego giallo "The Lady In Red Kills Seven Times" (1972), zdjęcie z najnowszego albumu Włochów "Funeral Cult of Personality" (2021) też jest intrygujące, ale w tej chwili nie kojarzę z jakiego filmu ono pochodzi. 

W trakcie słuchania "Funeral Cult of Personality" (2021) i innych albumów AG mam nieodparte wrażenie, że muzyka Włochów jest na wskroś gotycka. Black doom metalowi Abysmal Grief pod kątem specyficznego nastroju blisko do gotyckiego rocka a la Fields of the Nephilim czy Bauhaus ze względu na swoistą teatralność i autentycznie złowieszcze brzmienie inspirowane kinem grozy. Tak, doom metal Abysmal Grief jest posępny i zgniły niczym wieko starej trumny. Chyba nie ma drugiego takiego zespołu metalowego, który byłby tak intensywnie tajemniczy, gotycki. W rzeczy samej szufladka horror doom metal pasuje do muzyki Włochów idealnie! Ciężkie doom metalowe riffy, wyrazista obecność organów, sample ze starych horrorów plus diaboliczno-okultystyczna aura tworzą tutaj iście intrygującą mieszankę. Nie będę tutaj rozpływał się nad poszczególnymi utworami na "Funeral...", po prostu sami posłuchajcie i dajcie się ponieść tym upiornym dźwiękom. 

https://sunandmoonrecords.bandcamp.com/album/funeral-cult-of-personality

Co mi się ostatnio jeszcze spodobało z doom metalu. Krótko i na temat. 

Worm (USA) i album "Foreverglade". Mocny i intensywny doom death/black doom mocno nawiązujący brzmieniowo do "Transcendence Into the Peripheral" (1993) Disembowelment z Australii. Bagno ekstremalnego doom metalu. Wyborna płyta.

https://listen.20buckspin.com/album/foreverglade

Clouds (Rumunia) i album "Despartire". Atmosferyczny doom metal, refleksyjny, introspektywny, przesycony smutkiem i żałobą. Wśród gości na tym albumie znaleźli się m.in. Mick Moss z Antimatter czy Aaron Stainthorpe z My Dying Bride.

https://cloudsofficial.bandcamp.com/album/despartire

Ophis (Niemcy) i album "Spew Forth Odium". Wciągający i melancholijny niemiecki death doom/funeral doom dla wielbicieli Evoken czy Esoteric.

https://ophis.bandcamp.com/album/spew-forth-odium 

Ku mojej uciesze ukazały się także nowe single od Funeral (Norwegia) i Shape of Despair (Finlandia). Kocham funeral doom i nie mogę się doczekać premiery obu albumów tych zespołów. 

"Materie" Funeral (cudowny teledysk z surową norweską przyrodą w tle):

https://www.youtube.com/watch?v=p5pDuS1cdbU

"Reflection in Slow Time" Shape of Despair.

https://www.youtube.com/watch?v=x8TJq3JYUZ4 

Na zdjęciach Abysmal Grief i kadr z jednego z moich ulubionych włoskich horrorów "Domu o śmiejących się oknach" (1976) Pupi Avatiego.

wtorek, 9 listopada 2021

Demony (1985) i Demony 2 (1986) - wspomnienia i muzyka

                                                     

W niedzielę 7 listopada odświeżyłem na Netflixie trzy włoskie filmy: dwie części "Demonów" w reżyserii Lamberto Bavy oraz giallo "Nieuchwytny morderca" (1971) w reżyserii Ducio Tessari. W tej chwili jedynie te trzy tytuły Eurohorroru można obejrzeć na tej platformie. Lepsze to niż nic. Zazwyczaj oglądam na Netflixie wyłącznie horrory, czasem skuszę się na jakiś film dokumentalny czy serial (vide "Katla" czy "Squid Game"). Jednak siłą rzeczy dominują tam filmy grozy nakręcone w ciągu ostatniej dekady, a co za tym idzie zbyt... bezpieczne, pozbawione zazwyczaj dużej dawki makabry czy suspensu (oczywiście to moja subiektywna opinia, zdarzają się chlubne wyjątki jak np. "Nieznajomi 2" czy "Nie oddychaj"). Osobiście uważam wrzucenie obu części "Demonów" do oferty Netflixa za pewną niespodziankę, gdyż horrory te oferują sporo krwistego gore. 

Lubię obie części "Demonów" i znam je od lat. Nie tylko dlatego, że wyprodukował je włoski mistrz horroru Dario Argento, jeden z moich ulubionych reżyserów. Oba filmy charakteryzują się soczystą dawką przemocy i gore, stylową scenografią i wysmakowanym oświetleniem (czuć tutaj wpływ stylistyki Argento, oj czuć!) oraz świetnymi soundtrackami, do których jednak przejdę później. W telegraficznym skrócie w pierwszej części demony atakują widownię niskobudżetowego horroru w berlińskim kinie Metropol, natomiast w drugiej części areną bitwy z krwiożerczymi demonami stanie się wysoki apartamentowiec. W obu częściach pojawiają się punkowe postaci (w "Demonach" czwórka punków narkotyzuje się kokainą z puszki Coca Coli). Główne różnice między filmami to miejsce akcji (pierwsza część - kino Metropol w Berlinie, druga - szklany wieżowiec, zapewne także w Berlinie), druga część jest bardziej stonowana, jeśli chodzi o efekty gore niż oryginał z 1985 roku i nieco bardziej trzyma w napięciu. W "Demonach" pojawia się m.in. reżyser filmów grozy Michele Soavi jako tajemniczy zamaskowany mężczyzna oraz znana z "Głębokiej czerwieni" (1975) Nicoletta Elmi, a także starsza córka Dario Argento, Fiore, natomiast "Demony 2" to aktorski debiut młodszej córki Dario, Asii.

Na osobną uwagę zasługują soundtracki do obu filmów. Soundtrack Claudio Simonetti do "Demons" zawiera także utwory synth popowe i heavy metalowe/hard rockowe takich artystów jak np. Motley Crue ("Save Our Souls"), Billy Idol (znakomity "White Wedding", faworyt wielu gotyckich imprez bat-cave z początku lat 80-tych), Scorpions ("Dynamite"), Saxon ("Everybody Up") czy Accept ("Fast as a Shark"). 

Soundtrack do drugiej części "Demonów" powinien przypaść do gustu wielbicielom rocka gotyckiego i post-punka ze względu na obecność takich zespołów/artystów jak Fields of the Nephilim ("The Power"), The Cult (fenomenalny "Rain"), Dead Can Dance ("De Profundis"), The Smiths ("Panic"), Peter Murphy ("Blue Heart") czy Gene Loves Jezebel ("Heartache"). 

Swoją drogą kawałek Bauhaus "Stigmata Martyr" z debiutu "In a Flat Field" (1980) pojawił się na sooundtracku amerykańskiego horroru Kevina S. Tenneya "Noc demonów" (1988), na pewno inspirowanego przez obie części "Demonów". 

No cóż, wypada zapodać kilka tych kawałków i zachęcić fanów horroru i rocka gotyckiego do obejrzenia obu części "Demonów" na Netflixie.

https://www.youtube.com/watch?v=0beHJudKWcU

https://www.youtube.com/watch?v=D1Lt_yl749c 

https://www.youtube.com/watch?v=RD5b_0QB0wI

https://www.youtube.com/watch?v=KkwbhL9i6pY 

https://www.youtube.com/watch?v=n6Ym5aYTFmk

https://www.youtube.com/watch?v=AAZQaYKZMTI

A kino/sala koncertowa w stylu art nouveau Metropol działa po dziś dzień. W Metropolu wystąpili m.in tacy wykonawcy jak np. Depeche Mode, Front 242 czy Morrissey.

piątek, 13 sierpnia 2021

Stefano Mancuso, Alessandro Viola "Błyskotliwa zieleń" - recenzja

                                      
"Gdyby rośliny zniknęły jutro z powierzchni Ziemi, to życie ludzkie zgasłoby w ciągu kilku tygodni, w najlepszym razie kilku miesięcy. W krótkim czasie wyginęłyby także wszystkie wysoko rozwinięte zwierzęta. A gdyby z kolei zniknął człowiek, to rośliny w zaledwie kilka lat odzyskałyby wszystko, co im zabraliśmy. W ciągu niecałych stu lat wszelkie ślady ludzkiej cywilizacji zarosłyby całkowicie. Tyle właściwie powinno wystarczyć, aby ustalić biologiczny stosunek między rośliną a człowiekiem."

Cytat niniejszy pochodzi z krótkiej książki botanicznej "Błyskotliwa zieleń" autorstwa Alessandry Viola i profesora Stefano Mancuso zajmującego się fizjologią roślin. Książki, którą można przeczytać na upartego w dwie godziny (160 stron z przypisami), ale osobiście wiedzę w nią zawartą dawkowałem sobie powoli. Często stykam się z roślinnością pochłaniającą opuszczone miejsca, z drzewkami rosnącymi na dachach niszczejących industrialnych kolosów. Wówczas ma się wrażenie, że to królestwo roślin kiedyś zawładnie ruinami ludzkiej cywilizacji.

Do roślin ludzie zazwyczaj pochodzą w sposób obojętny. Zapewne dlatego, że rośliny prowadzą osiadły i na pierwszy rzut oka pasywny tryb życia. Co prawda rośliny służą nam jako ozdoby, elementy dekoracji, surowiec (drewno, paliwa kopalne) czy wreszcie jako źródło pokarmu, leków czy kosmetyków, ale zazwyczaj są one mniej 'atrakcyjne badawczo' niż różnorodne zwierzęta. Zafascynowany do głębi roślinami (tak jak Karol Darwin) profesor Stefano Mancuso udowadnia w "Błyskotliwej zieleni", że rośliny potrafią być inteligentne (inteligencja jako umiejętność rozwiązywania problemów), a nawet wrażliwe. Odbierają m.in sygnały ze środowiska, w którym żyją, przetwarzają te sygnały, komunikują się ze sobą, wykorzystują zwierzęta do osiągania takich celów jak np. wzrost, obrona, ekspansja, reprodukcja. Widzą, słyszą, odczuwają, są wrażliwe na dotyk oraz zdolne do przetrwania rozmaitych kataklizmów. Stanowią początek łańcucha pokarmowego i przeprowadzają kluczowy dla wszelkiego życia proces fotosyntezy. 

Rośliny są bardziej skomplikowane i złożone, niż zakładamy, co też udowodnił już w XIX wieku ojciec teorii ewolucji i zapalony botanik Karol Darwin wraz z synem Francisem. 

Wciągająca książka, po którą powinni sięgnąć wielbiciele przyrody, do których się zaliczam. Czuć w niej pióro naukowca, który podchodzi do roślin, ich poszczególnych modułów czy komórek roślinnych z ogromną fascynacją. Wśród ciekawostek zawartych w książce m.in. cuchnące padliną w trakcie kwitnienia dziwidło olbrzymie z Sumatry oraz omówienie strategii polowania roślin owadożernych/mięsożernych  (muchołówki, dzbaneczniki). 

Zdj. dziwidła olbrzymiego Ewa Sas.

niedziela, 24 stycznia 2021

Il Nido del Ragno aka Spider Labirynth (1988) - recenzja

W trakcie pandemii koronawirusa z racji braku koncertów i perspektyw wyjazdów na nie wróciłem do odświeżania niektórych horrorów i filmów, które ongiś lubiłem. Od czasu do czasu będę wrzucał tutaj mini-recenzje. Na pierwszy ogień idzie "Spider Labirynth" z 1988 roku.

Profesor archeologii z USA Alan Whitmore zostaje skierowany przez przełożonych z uczelni do Budapesztu, by nawiązać kontakt z innym uczonym, profesorem Rothem. Alan dociera do stolicy Węgier i nawiązuje kontakt z owym badaczem poprzez jego piękną sekretarkę Genevieve. Wyraźnie czymś zaniepokojony profesor Roth pada ofiarą zagadkowego morderstwa. Wkrótce Alan zaczyna być wciągany w labirynt dziwnych praktyk okultystycznych powiązanych z tajemnym, mrożącym krew w żyłach kultem (tzw. labirynt pająka).

Jeden z najlepszych horrorów nakręcony u schyłku kultowego kina grozy we Włoszech. Padały wręcz opinie, że powinien to być finałowy akord trylogii Dario Argento o Trzech Matkach ("Suspiria" z 1977 roku i "Inferno" z 1980 roku to dwie pierwsze odsłony). Można uznać "Spider Labirynth" za stylowy, złowieszczy i wysmakowany hołd dla horrorów Dario Argento i Mario Bavy (zwłaszcza dla wspomnianej "Suspirii"), jednak film dodatkowo wyróżnia gęsta i iście lovecraftowska atmosfera osaczenia, paranoi i terroru. Suspens budowany jest stopniowo, nieco ospale, groza narasta powoli, sugestywnie. Efekty specjalne Sergio Stivalettiego potrafią być mocne i szokujące. Do tego dochodzą stylowe i krwawe sceny morderstw dokonywane przez upiorną istotę w czerni, których nie powstydziłby się sam maestro Dario Argento. Paranoiczna atmosfera "Il Nido del Ragno" na myśl przywodzi opowiadania Lovecrafta i dreszczowce Romana Polańskiego.

Obok "Deliria" (1987) jeden z wyróżniających się włoskich horrorów lat 80-tych. Mała i wciąż zapomniana perełka.

czwartek, 5 grudnia 2019

Embryo, Monument of Misanthropy, Ragnarok, Immolation 1 XII 2019 w Bazylu (fotorelacja)



















To był jeden z wielu koncertów na których interesował mnie tylko jeden zespół: tytani amerykańskiego death metalu Immolation. Nie pamiętam kiedy widziałem Amerykanów po raz pierwszy na żywo, mogło to być w 2012 roku w łódzkiej Dekompresji, kiedy grali razem z black metalowcami z Marduk. Koncert Immolation był finalnym gigiem promującym ich ostatni doskonały death metalowy album "Atonement" (2017). Nowej płyty Immolation zgodnie z zapowiedziami można spodziewać się w 2020 roku.

Tak jak wspomniałem pozostałe zespoły niewiele mnie interesowały - gig Włochów z Embryo grających melodyjny death metal/metalcore z klawiszami w zasadzie odpuściłem zupełnie słuchając pod sceną 2-3 kawałków. Wolałbym zobaczyć chociażby weteranów z Sadist na scenie jako support Immolation. Koncert Austriaków Monument of Misanthropy był już nieco bardziej interesujący, choć w zasadzie najwięcej emocji wśród widowni wzbudził odegrany przez nich cover Morbid Angel "Fall from Grace" z "Blessed Are the Sick" (1991). Jednak ich płyty nie kupiłem. Ragnarok z Norwegii - z tym zespołem mam mały problem, nie dałem rady przesłuchać w całości ich ostatniego albumu "Non Debellicata" (2019), gdyż wydawał mi się monotonny i nużący. Rozumiem że to agresywny i pełen jadu black metal, ale coraz mniej rajcuję mnie brutalna muzyka, w której prawie wszystkie numery brzmią tak samo. Inna sprawa że przez ostatni rok-dwa dość mocno odszedłem od muzyki metalowej, choć drugiej strony nadal tkwi we mnie głębokie przekonanie iż będę słuchał ciężkich brzmień aż do grobowej deski. Norwedzy zostali jednak przyjęci przez widownię bardzo ciepło. Ludzie wciąż są głodni nienawistnego black metalu - ten sub-gatunek metalu nadal cieszy się wśród fanów ciężkich brzmień największym powodzeniem. Widzę to po wielu moich znajomych z metalowych kręgów. Oni żyją tą muzyką.

A Immolation? Oczywiście ponad godzinny koncert Amerykanów w ramach "The Last Atonement Tour Europe 2019" był doskonały w każdym celu. Nie obyło się bez przeglądu klasycznych numerów Immolation, ale też tych z ostatniej płyty "Atonement" (2017). Szalenie lubię death metal Immolation, gdyż jest mroczny, brutalny i (co istotne) urozmaicony. W dodatku muzycy Immolation jak chociażby wokalista Ross Dolan czy gitarzysta i kompozytor Robert Vigna to przesymaptyczni ludzie, uśmiechnięci i wyluzowani. Nie obyło się zresztą bez pamiątkowej fotki z Robertem Vigną, której jednak tutaj nie wrzucę. W każdym razie koncert Immolation będę wspominał bardzo miło: brutalność i niespożyta energia muzyków sączyły się ze sceny, a publika reagowała na takie numery jak "Father, You Are Not a Father" czy "Dawn of Possession" bardzo żywiołowo.

Set-lista Immolation: "Destructive Currents", "Kingdom of Conspiracy", "Father, You're Not a Father", "The Distorting Light", "Swarm of Terror", "Into Everlasting Fire", "Rise the Heretics", "World Agony", "A Spectacle of Lies", "Burn with Jesus", "Lower", "Dawn of Possession", "When the Jackals Come".