sobota, 6 października 2018

Orkan, One Tail, One Head, Bölzer i Taake w Bazylu 4.10.2018 (fotorelacja)



















Relacja trochę spóźniona, ale nie zawsze mam czas czy chęci, by cokolwiek pisać. Na pewno był to jeden z frekwencyjnie najgęstszych koncertów metalowych w jakich uczestniczyłem w Bazylu. Przyszło ponad 400 osób, choć koncert nie został wyprzedany (bez problemu nabyłem bilet na ten gig dzień wcześniej w Empiku). Jak wiadomo na koncerty metalowe nie przychodzi się tylko i wyłącznie w celu posłuchania i doświadczenia ciężkich brzmień, ale także w celu zawarcia nowych znajomości i odnowienia starych. Na niniejszym koncercie spotkałem przynajmniej ze trzy osoby, których nie widziałem już od kilku lat i naprawdę miło było je zobaczyć i pogadać.

Opóźnienie we wpuszczaniu ludzi do środka klubu zrekompensowały planowe rozpoczęcia koncertów. Na początek Norwedzy z Orkan - przyzwoity black thrash, bardzo dynamiczny i wciągający na żywo. Zresztą zespół tworzą muzycy Taake i Byfrost, zatem nie dziwi iż Orkan gra jako koncertowy support Taake. Dopiero będę musiał zaznajomić się z ich muzyką, ale koncertowo mnie do siebie Orkan przekonał.

One Tail, One Head z Trondheim wchodzą w skład niewielkiego zgrupowania (mini-sceny) Nidrosian Black Metal obok zrytualizowanego black metalowego Mare (ich album "Ebony Tower" to obecnie moja ulubiona black metalowa płyta 2018 roku) oraz np. Kaosritual, Dark Sonority, Vemod, Sarath, Selvhat, Celestial Bloodshed, Saligia i Black Majesty. Wszystkie te zespoły są związane z wytwórnią Ole A. Aune Terratur Possessions z Trondheim, która specjalizuje się w zimnym i mrocznym norweskim black metalu drugiej fali. Koncerty One Tail, One Head słyną z dzikości i wulgarnej siły oraz z użycia krwi i corpsepaintów. Wokalista One Tail, One Head Luctus słynie z nieobliczalnego i ekstremalnego zachowania na scenie. Nie inaczej było tym razem - gwałtowny koncert OTOH (mój trzeci po dwóch przeszłych w Krakowie) nie należał do subtelnych, choć brzmienie blisko sceny kulało. Oprócz kawałków z najnowszego znakomitego albumu "Worlds Open, Worlds Collide" (2018) kapela zaprezentowała także starsze i ograne już koncertowo numery takie jak "One Tail, One Head" czy "The Splendour of the Trident Tyger".

Bölzer to duet z Surychu, którego black death metal jest na tyle unikatowy i niekonwencjonalny iż zdobył sobie spory rozgłos w podziemiu. Na pewno jest to muzyka zdumiewająco ciężka, masywna, mroczno-psychodeliczna i mająca ciągoty w kierunku miażdżącego doom metalu. W black death metalu Bölzer czuć mistyczną atmosferę i iście piekielną moc. Koncerty Bölzer są proste i zdumiewająco ciężkie - KzR stoi na przodzie sceny, śpiewa, krzyczy i po prostu gra na gitarze, natomiast HzR kryje się z tyłu za perkusją. Na koncercie Szwajcarów brzmienie się poprawiło, stało się bardziej klarowne, generalnie ich występ wgniótł mnie w ziemię. Nie pierwszy mój koncert Bölzer i zapewne nie ostatni.

Na sam koniec około 22.30 sceną Bazyla zawładnęli norwescy black metalowcy z Taake (po norwesku 'mgła') promujący na trasie ostatni siódmy już album "Kong vinter" (2018). Hoest od lat tworzy zimny i majestatyczny norweski black metal, w którym (zwłaszcza na ostatnich albumach) pojawiają się rockowe, a nawet folkowe naleciałości. Sam koncert pełen był infekującej publikę energii, a lider zespołu generalnie nie oszczędzał się na scenie. "Kong vinter" zbiera w sieci dość spolaryzowane recenzje, być może Taake najlepsze i najbardziej atmosferyczne dokonania ma już za sobą, ale nadal warto zobaczyć Norwegów na żywo. Warto dodać iż na tym koncercie była moja znajoma, którą poznałem osobiście po raz pierwszy właśnie na koncercie Taake... pięć lat temu.

poniedziałek, 1 października 2018

High On Fire i Enslaved w Bazylu 30 września 2018 roku (fotorelacja)



















Po kilku udanych koncertach wrześniowych w Poznaniu, w których uczestniczyłem i już tutaj ich nie opiszę (By the Spirits i Death in Rome, Maggot Heart i Voivod, Cemetery Urn i Necrowretch), gdyż brakuje mi z tych gigów przyzwoitej jakości zdjęć tym razem postanowiłem wbić na koncert Kraków, High on Fire i Enslaved, który odbył się w Bazylu 30 września 2018 roku. Publiki tak na oko ponad 200 osób. Spóźniłem się znacznie na otwierający gig norweskich stoner metalowców z Kraków, więc w zasadzie powstrzymam się od opisywania wrażeń z ich występu, gdyż widziałem 1-2 kawałki. W każdym razie kilka dni przed tym koncertem przesłuchałem sobie ich ostatni album "Minus" (2018) i jakoś mnie nie zachwycił. Tak czy owak kapela pochodzi z Bergen i została nazwana Kraków, co na pewno intryguje.

Po Kraków przyszedł czas na głośny i intensywny gig tria z High on Fire. Frontmanem tego amerykańskiego zespołu grającego mocarny stoner/sludge doom jest gitarzysta Sleep Matt Pike. Koncert tria z Oakland, Kalifornia był hałaśliwy, intensywny i autentycznie mocny - dało się odczuć ciężar muzyki HoF na całym ciele. Co zagrali? Tutaj się zastanawiam, bo pamięć mam ostatnio coraz bardziej zawodną. Na pewno "Serums of Liao", "Fertile Green", "Rumors of War", "Steps of the Ziggurat", "Spewn from the Earth", "Blood from Zion", "Fury Whip", "Snakes for the Divine" oraz "Electric Messiah" z ostatniej płyty (2018) pod tym samym tytułem.

Enslaved nigdy nie miałem okazji widzieć na żywo, zatem wreszcie nadarzyła się okazja, by zobaczyć jeden z najciekawszych norweskich zespołów progresywno viking black metalowych z jakże bogatym dorobkiem muzycznym. Gig Norwegów był przekrojowy - oprócz nowszych kompozycji muzycy Enslaved zaprezentowali także dwa numery z "Frost" (1994) oraz jeden z dema "Yggdrasill" z 1992 roku. Oczywiście ku uciesze fanów pamiętających black metalowe oblicze Enslaved z początku lat 90-tych. Sam koncert był dość krótki i trwał mniej więcej 55 minut. Wokalista i basista Grutle Kjellson żartował i przekomarzał się z widownią, jednak w trakcie prezentacji poszczególnych kawałków zespół brzmiał świeżo i agresywnie. Osobiście bardzo odpowiada mi długotrwała ewolucja Enslaved w stronę bardziej przystępnego progresywnego viking black metalu. Doprawdy czuć w tej muzyce fascynację nordycką mitologią, sagami, runami i walecznymi wikingami. Set-lista Enslaved była następująca: "Intro", "Roots of the Mountain", "Ruun", "Isöders dronning" (z "Frost" z 1994 roku), "Havenless" (z "Below the Lights" z 2003 roku), "Sacred Horse" (z "E" z 2017 roku), "Jotunblod" (z "Frost" z 1994 roku - wyryczany przez jakiegoś fana zespołu) i na sam koniec stareńki "Allfáðr Oðinn". Te najstarsze numery zespół zaprezentował w Polsce po raz pierwszy o czym Grutle nie omieszkał widowni powiedzieć.

sobota, 29 września 2018

Entropia "Vacuum" (2018) - recenzja
























Zanim zdążyłem się zapoznać z całością najnowszego albumu Oleśniczan z Entropii zatytułowanego "Vacuum" liczne entuzjastyczne recenzje podsycały moją ciekawość. Recenzenci prześcigali się w pisaniu pochwalnych peanów odnośnie trzeciego długograja Entropii, nierzadko padały też wymowne stwierdzenia 'płyta roku'. Daleki jestem jeszcze od tak kategorycznych deklaracji, gdyż jeszcze jedna czwarta bieżącego roku przed nami. Jednak jedno już mogę napisać: "Vacuum" jest niewątpliwie jedną z najciekawszych i najbardziej frapujących płyt rodzimej sceny metalowej jakie ukazały się w 2018 roku.

Przede wszystkim "Vacuum" to ogromnie psychodeliczny album, który potrafi słuchacza zahipnotyzować wielowymiarową i niezwykle nęcącą paletą dźwięków. Do tego jest to płyta, która przypadła mi do gustu od razu po pierwszym przesłuchaniu, co zdarza mi się raczej sporadycznie. Pierwsze co przychodzi mi do głowy w trakcie obcowania z "Vacuum" to atmosfera tego krążka przywołująca chaotyczne obrazy podróży przez wijące się i mroczne korytarze człowieczej podświadomości. Atmosfera niezwykła, abstrakcyjna, fantasmagoryczna, która coraz mocniej zagęszcza się, meandruje, staje się wręcz namacalna, wprowadza słuchacza w kontemplacyjny stan doznawania. Nie da się ukryć iż to właśnie pulsujący od emocji, mocno odrealniony nastrój "Vacuum" przemówił do mnie najbardziej budząc różne mniej lub bardziej oczywiste (i czysto subiektywne) muzyczne skojarzenia: Voivod, Dolorian, Oranssi Pazuzu, Earth, etc. Na pewno to najbardziej dojrzały i najlepszy materiał od Oleśniczan, którego z pewnością warto będzie doświadczyć na żywo w trakcie koncertów. Pierwsze rzeczywiste arcydzieło Entropii. Poprzeczka postawiona bardzo wysoko.

Sześć kompozycji na "Vacuum" ("Poison", "Wisdom", "Astral", "Vacuum", "Hollow", "Endure") odrywa słuchacza od rzeczywistości. Zmusza do błogiego odosobnienia. Wciąga w ruchome piaski psychodelii. Krzyczane wokale są jakby dodatkiem i pojawiają się sporadycznie, ślady black metalu słychać zwłaszcza w partiach perkusji, dominuje natomiast głęboka deliryczno-kosmiczna aura. Muzyka Entropii potrafi indukować stan przypominający trans, z miejsca przykuwa uwagę dziwacznymi dźwiękami, wciąga słuchacza do obszaru granicznego horyzontu zdarzeń czarnej dziury, skąd nie ma już powrotu. Znakomity, świeży i nieprzewidywalny album. Idealny do słuchania po zmroku.

Bandcamp zespołu:

https://entropia.bandcamp.com/

Premiera "Vacuum" 28 września 2018 roku via Arachnophobia Records.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Incinerator i Sadistic Intent w Bazylu 12 sierpnia 2018 roku (fotorelacja)



















Kolejny koncert za mną - tym razem mocno podziemny. Dlaczego tak myślę? Ano dlatego że w porównaniu do niemal wyprzedanego niedawnego koncertu Cannibal Corpse (gdzie sala pękała w szwach) na istniejący od 1987 roku amerykański Sadistic Intent przyszło niewiele osób - sporo znajomych twarzy, generalnie osoby, które od wielu lat siedzą głęboko w metalowym podziemiu. Nie da się ukryć że Sadistic Intent to kwintesencja podziemnego mrocznego death metalu. Zespół znany i hołubiony jedynie przez największych maniaków sceny. To nie Cannibal Corpse, Morbid Angel czy Obituary, na których koncerty przychodzą setki ludzi. Z drugiej strony Sadistic Intent to kapela, która do tej pory nie wydała pełnometrażowego albumu - same dema i EP-ki, w tym dwa najbardziej znane materiały "Resurrection" (1994) i "Ancient Black Earth" (1997), które wchodzą w skład świetnej kompilacji "Resurrection of the Ancient Black Earth" (2000). Gdy jej słucham trudno nie dać się ponieść mrocznej i demonicznej atmosferze kawałków takich jak np. "Funerals Obscure". Występ Sadistic Intent został przyjęty przez zgromadzoną w Bazylu publikę z ogromnym entuzjazmem - wielokrotne głośne skandowanie nazwy kapeli o czymś chyba świadczy. Nigdy nie byłem i już nie będę muzykiem, ale chyba nie ma piękniejszego doświadczenia dla twórcy, gdy widzi szaleńczy entuzjazm widowni ze sceny. Wtedy może on uznać że to co robi ma sens - choćby dla garstki zatwardziałych fanów. Zresztą muzycy Sadistic Intent w przerwach między graniem kolejnych kawałków wiele razy dziękowali fanom za entuzjastyczne przyjęcie. Oczywiście ludzi mogło zgromadzić się więcej, ale z drugiej strony może to i lepiej że na koncerty Sadistic Intent nie przychodzą osoby przypadkowe.

Zapomniałem wspomnieć o supporcie SI, czyli warszawskim Incinerator - młodej warszawskiej kapeli hołdującej old-schoolowemu death metalowi (wczesny Vader czy Deicide). Przyjemnie się słuchało ich death metalu ze brutalnymi riffami i pokręconymi solówkami, choć SI przyćmił potem wszystko.

wtorek, 7 sierpnia 2018

Ragehammer, Voidhanger i Cannibal Corpse w Bazylu, 06.08.2018 (fotorelacja)



















Dzisiaj krótka mini-relacja z doskonałego wczorajszego koncertu Cannibal Corpse. Wiedziałem że przyjdzie na ten koncert mnóstwo ludzi, gdyż CC to jedna z najbardziej rozpoznawalnych kapel death metalowych na świecie. I rzeczywiście sala koncertowa Bazyla pękała w szwach od fanek i fanów Cannibal Corpse w różnym wieku. Wszedłem do klubu akurat w momencie gdy koncert rozpoczął Ragehammer. Wściekły i niebywale agresywny black thrash Tymka Jędrzejczyka i jego ekipy od razu wprawił mnie w doskonały nastrój. Zarówno Ragehammer, jak i Voidhanger widziałem już kilka razy na żywo, zatem większego zaskoczenia nie było. Ragehammer zagrali jeden nowy (i oczywiście ultra-agresywny) numer. A Tymek komentował stanie publiki i brak chęci do rozkręcenia młyna - no cóż, rola pierwszej kapeli nie jest wdzięczna, ale tak naprawdę na drugim koncercie Voidhanger wcale nie było lepiej. Nadal stwierdzam jednak że supporty CC zostały dobrane idealnie - materiał obu kapel jest podręcznikowo wręcz wściekły, nienawistny i pełen jadu. Muzycy Ragehammer i Voidhanger skupili się w dużej mierze na prezentacji utworów z ostatnich płyt obu kapel ("The Hammer Doctrine" i "Dark Days of the Soul"), ale poleciały też swoiste 'szlagiery' jak w przypadku Voidhanger "Dni szarańczy".

Na Cannibal Corpse zabawa była przednia. Kanibale z werwą i niespożytą energią zagrali blisko 80-minutowy, mocno przekrojowy set obejmujący zarówno najnowsze kawałki z "Red Before Black" (2017), jak i te nieco starsze i stare. Nie mogłem się napatrzeć na machającego głową George'a 'Corpsegrindera' Fishera (wokalistę CC) - faceta o niezwykle masywnej szyi, która sprzyja intensywnemu headbangingowi. Do muzyki Cannibal Corpse przyciągnęły mnie ongiś ociekające makabrą krwią teksty utrzymane w estetyce gore horroru - pierwszym albumem CC, który dawno temu nabyłem na CD był "Tomb of the Mutilated" (1992). Zresztą co tu dużo mówić - fanem kina grozy pozostaje do dziś. Wracając do koncertu publika w trakcie występu Kanibali bawiła się doskonale - był ścisk, pot, młyn pod sceną, dwie dziewczyny pływały na rękach widowni. Prawie półtorej godziny koncertu zleciało błyskawicznie. Set-lista była następująca: "Code of the Slashers", "Only One Will Die", "Red Before Black", "Scourge of Iron", "Evisceration Plague", "Scavenger Consuming Death", "The Wretched Spawn", "Pounded Into Dust", "Kill or Become", "Gutted", "Corpus Delicti", "Devoured by Vermin", "A Skull Full of Maggots", "I Cum Blood", "Make Them Suffer", "Stripped, Raped and Strangled" i "Hammer Smashed Face".

Jako ciekawostkę dodam że Alex Webster (wieloletni basista Cannibal Coprse) został nietypowo uhonorowany nazwaniem paleozoicznego wieloszczeta z olbrzymimi szczękami - Websteroprion armstrongi.

http://kopalniawiedzy.pl/wieloszczet-Websteroprion-armstrongi-szczeki-Derek-K-Armstrong-Mats-Eriksson,26022

poniedziałek, 16 lipca 2018

Castle Party 2018 (fotorelacja)



















Kolejne Castle Party już za mną. Tym razem zdecydowałem się pojechać na dwa dni - piątek 13 lipca i sobotę 14 lipca. Na ostatni dzień festiwalu przewidziałem powrót. Inna sprawa że po raz wtóry nocowałem pod namiotem u znajomego. Nie da się ukryć że pole namiotowe nie należy do najcichszych miejsc na nocleg. Tam w zasadzie jest głośno i hałaśliwie przez całą noc, a ja mam płytki sen i regularnie się nie wysypiam. Zatem w niedzielę trzeba było odespać dwudniowy brak snu, tudzież próby zaśnięcia w dość spartańskich warunkach. Nieważne. Raz się żyje i trzeba wykorzystać to jednostkowe życie jak najlepiej.

Choć w Bolkowie pojawiłem się w piątek dość wcześniej (koło 12-13) to czas przed rozpoczęciem koncertów spędziłem (po zakupie trzydniowego karnetu, gdyż najlepiej mi się to kalkulowało) na rozmowach z kumplem. Na pierwszy koncert udałem się po 16 na małą scenę - słowacki Doomas grający melodyjny doom metal, przyjemny w odsłuchu, ale nie porywający. Porządna dawka melancholii. Co ciekawe, lider zespołu jest organizatorem corocznego festiwalu Gothoom Fest w Słowacji. Potem przyszła kolej na Rosk - atmosferyczne połączenie post metalu i black metalu. Można zatracić się w tej głębokiej psychodelii generowanej przez utalentowanych muzyków z Warszawy. Nie miałem pojęcia o istnieniu tej kapeli (zresztą czemu się dziwić, tak mało mamy czasu na odkrywanie rzeczy, które sprawiają nam autentyczną przyjemność), teraz już mam. Posłuchajcie ich debiutu "Miasma" (2017), gdyż warto. Koncert energiczny, wciągający i bardzo dobry.

https://roskband.bandcamp.com/album/miasma

Kumpel namówił mnie wcześniej na koncert Grausame Töchter (Okrutnych Córek), więc udałem się na zamek, by podejrzeć o co biega. A chodzi głównie o perwersyjny erotyzm w wydaniu BDSM, którym Okrutne Córki przesycają koncerty. Tak czy owak to co się działo na zamkowej scenie było bardzo stonowane - przynajmniej w porównaniu do klubowych występów Grausame Töchter (dobrym porównaniem jest także tutaj gotycko-black metalowy Satarial z Rosji). Później za skandaliczny uznany został epatujący erotyką, krwią, makabrą i sztuczną spermą koncert aggrotechowego Agonoize, którego jednak nie widziałem. Jako fan horroru i estetyki gore nie mam zamiaru oburzać się czyimś niesmacznym performansem. Nie należę do osób, które łatwo się oburzają. Owszem, mam swoje wyraźne zakreślone granice, ale dotyczą one REALNYCH obrazów śmierci i cierpienia. Tutaj jest tylko performans, często dość realistyczny, ale jednak zrodzony w czyjejś bujnej wyobraźni, a co za tym idzie nierzeczywisty. Poza tym oburzenie częstokroć kojarzy mi się z dość świętoszkowatym i purytańskim podejściem do życia, które wydaje mi się nadęte i puste. Wolę obrać ścieżkę: żyj i pozwól żyć innym.

Po ciekawym doświadczeniu Okrutnych Córek udałem się na zamek, by zobaczyć Mentor z Sosnowca na żywo. Rodacy wycinają niesamowicie energiczny black/thrash metal/hardcore punk tematycznie nawiązujący do estetyki tanich bluźnierczych horrorów i filmów eksploatacji. Swego czasu katowałem całkiem ostro ich album "Guts, Graves and Blasphemy" (2016) z Arachnophobia Records. Koncert petarda, choć krótki, ale było intensywnie.

Potem przyszła kolej na Shining - apologetów samobójstwa i autoagresji ze Szwecji. Dawno nie doświadczyłem tak długiej i wkurwiającej próby przed właściwym koncertem, ale jak już machina Niklasa Kvarfotha ruszyła to nie brała jeńców. Shining słynie z mocnych i kontrowersyjnych koncertów, a to przede wszystkim z dzięki autodestrukcyjnej osobowości Niklasa. No i rzecz jasna oskarżeń o gloryfikację autodestrukcji i samobójstwa. Niklas może cierpieć na chorobę psychiczną (np. schizofrenię), nadużywa alkoholu i nadużywał narkotyków w przeszłości. Lubi też przesuwać granice artystycznej ekspresji jak najdalej. Na małej scenie pił whisky na koncercie, pluł nią na ludzi, uderzył się raz w twarz, gryzł włosy jednej dziewczyny, zgasił sobie papierosa na nodze, etc. Miał też poharatane ręce. Normalka jak na niego. Koncert wściekły i pełen jadu, choć nie zabrakło łagodniejszych fragmentów. Dobrze zainwestowany czas, choć ten soundcheck przed nim przeciągał się w nieskończoność.

Następnie udałem się na zamek, by po latach znowu doświadczyć wspaniałego gotyckiego rocka The Eden House. Lubię ten zespół w dużej mierze dzięki znakomitemu warsztatowi muzycznemu oraz eterycznym i kojącym damskim wokalom. To dość wykwintna gotycka muzyka - nie zabrakło piosenek z "Songs for the Broken Ones" (np. zaśpiewanego po hiszpańsku "Verdades: I Have Chosen You") czy z "Half Life". Wokalistki The Eden House wyglądały niczym nimfy czy kapłanki animistycznego kultu w tych zwiewnych kreacjach.

Piątkowa noc nieprzespana, nadeszła sobota. Od rana rozmówki ze znajomym przy piwie, wódce i grillu o polityce, wierze (znajomy jest wierzący, ja nie), podróżach, muzyce i wulkanach (obaj uwielbiamy te bestie). Potem udałem się na małą scenę na koncerty. Tuż po ciekawym występie ritual dark ambientowej Gnozy dostaję telefon od mamy, który burzy mi resztę dnia. Rano umiera brat mojego ojca. Śmierć niestety nieunikniona, ale każda śmierć osoby bliskiej boli. Wychodzę z małej sceny, odpuszczam kolejny koncert, nie chcę aby otoczenie widziało że mam łzy w oczach. Idę do parku, siadam po drzewem, próbuję się otrząsnąć, palę papierosa za papierosem. Przyjaciółka pisze mi że Castle Party to dobre miejsce do odczuwania żałoby. Coś w tym jest. Zawsze najbardziej dołowała mnie nieodwracalność śmierci - ten złowieszczy fakt, który przez lata odsuwamy od siebie i od swoich bliskich jak najdalej. To że z czującej, świadomej swojego istnienia, cenionej, kochającej i kochanej osoby zostanie tylko sterta kości. Mniej lub bardziej wyraziste spomnienia, przedmioty, z którymi emocjonalnie była związana. Niby naturalna kolej rzeczy, śmierć istoty ludzkiej zapowiada odrodzenie innego życia, ale trudno się pogodzić z przemijalnością i banalną krótkością ludzkiego życia. No cóż, w końcu i moje życie kiedyś ustanie. Bylebym nie został przed śmiercią kompletnie samotny. Wróciłem na koncert Nytt Land z Syberii. Inspirowany Wardruną zrytualizowany folk z etnicznym instrumentarium, choć czasem nie mogłem się skupić na muzyce duetu. Załapałem się na zamku na końcówkę Tyske Ludder w odczekiwaniu na pierwszy w Polsce koncert The Coffinshakers ze Szwecji. Country podszyte gotycką grozą, zatęchłą atmosferą otwartego grobowca, czarny humor ballad o śmierci, wampirach i zjawach. To zespół idealny dla wielbicieli starego gothic horroru czy zagadkowego kina noir. Z niezwykle charyzmatycznym frontmanem Robem Coffinshakerem, którego wokale przypominają Johnny'ego Casha. Wspaniały koncert - zdecydowanie jeden z najfajniejszych na tegorocznej edycji. Zostałem na Gothminister, którego twórczość zachwalał mi kumpel. I super, bo zmetalizowany gotycki gig tego zespołu okazał się fajnym przeżyciem, choć w trakcie jego trwania miałem chwile kryzysu emocjonalnego. Dużo energii na scenie i przebojowej gitarowej jazdy.

Sobota powoli się kończyła. Załapałem się jeszcze na pół godziny ambientowego/synthpopowego koncertu Mortiis (eks-basista black metalowego Emperor), w trakcie którego panował bardzo unikalny i specyficzny klimat. Warto było się zatracić w tej mrocznej atmosferze, która powinna przypaść do gustu zarówno fanom metalu, jak i szeroko pojętej muzyki gotyckiej. Mój ostatni koncert na Castle Party 2018 roku to Death In Rome - fenomenalny neofolkowy cover band, który w swój własny charakterystyczny sposób przerabia słynne popowe kawałki gwiazd takich jak np. Miley Cyrus, Lana Del Rey (np. "Summertime Sadness") czy Whitney Houston. Te covery w wykonaniu DiR nabierają bardziej mroczno-onirycznej głębi i są fascynujące. Poważnie się zastanawiam aby zobaczyć DiR na żywo ponownie 2 września 2018 roku w Bazylu. Czas pokaże czy się uda.