niedziela, 19 lutego 2017

Chainsaw Metal Slaughter XXVI w Bazylu, 18.02.2017 (fotorelacja)



















Zdziwiłem się trochę gdy okazało się że Chainsaw Metal Slaughter XXVI odbędzie się już w lutym - w końcu od ubiegłorocznej edycji nie minęło tak wiele czasu. Zastanawiałem się czy iść na ten koncert (zależało mi szczególnie na doświadczeniu muzyki Embrional na żywo), jednak chęć posłuchania agresywnego metalu zwyciężyła. Cholernie lubię energię i bezkompromisowość szeroko pojętej muzyki metalowej. Także dobrze się stało że wczoraj przyszedłem na Chainsaw Metal Slaughter XXVI, bo oprócz czterech mocnych koncertów odnowiłem znajomość z kumplem, którego nie widziałem parę lat. Frekwencja trochę większa niż na Dordeduh - trochę znajomych twarzy się przewinęło. Na tegorocznej edycji Chainsaw Metal Slaughter XXVI wystąpiły cztery zespoły:

1) Abhorrent Funeral - młoda poznańska kapela, której muzyka stanowi miks doom metalu, death metalu i punkowej zadziorności. Inspiracją dla Abhorrent Funeral są niewątpliwie stare niskobudżetowe horrory i filmy gore plus Hellhammer i Necrophagia. Z racji tego że sam lubię (i kolekcjonuję, choć obecnie powiedziałbym raczej że kolekcjonowałem) horrory na VHS i DVD, a Necrophagia to jedna z moich ulubionych kapel (6 grudnia 2016 roku mieli wystąpić w Poznaniu i nic z tego nie wyszło), zatem wysłuchałem krótkiego i prymitywnego wyziewu AF z przyjemnością.

2) Martwa Aura - Zauważyłem że w składzie Martwej Aury doszło do zmiany wokalisty. Najnowszym wydawnictwem poznańskiego zespołu jest MCD "Tenebrae Divine" (2016). Tak czy owak black metal Martwej Aury jest dość specyficzny - przesycony grobową atmosferą śmierci i rozkładu. Na pewno nie jest to brutalny atak od początku do końca. Chwilami jest to muzyka medytacyjna, tajemnicza, jakby trochę odrealniona. Być może kiedyś Martwa Aura nieco wychyli się z czeluści undergroundu. Koncert udany - chciałem dokładkę.

3) Mordhell - Kapela niewątpliwie dość zasłużona dla poznańskiego podziemia metalowego. Ich przesycony perwersją i wulgarnością sadomasochistyczny black metal może przypaść do gustu przede wszystkim zwolennikom tradycyjnej black metalowej surowizny. Czuć w nim jednocześnie punkową energię i rock'n'rollowy feeling a la późniejszy Darkthrone czy Carpathian Forest. Krótki, acz intensywny i gniotący koncert sfinalizowany "Fucking Christian Whore".

4) Embrional - Jakoś tak wypadało że nie byłem w stanie do tej pory zobaczyć gliwicki Embrional na żywo, acz chciałem. W końcu obecnie to jedna z najbardziej interesujących rodzimych kapel death metalowych, która dwa lata temu wydała wspaniały album "The Devil Inside" po brzegi wypełniony chorą i mroczną atmosferą. Czegoś takiego poszukuję w death metalu - oryginalnego podejścia, powiewu świeżości. W death metalu Embrional po prostu wiele się dzieje - intrygujące zmiany tempa, wzorcowe budowanie nastroju, masakrujące słuchacza riffy. Oprócz starszego materiału kapela zaprezentowała na żywo jeden premierowy kawałek. Pięknie się słuchało tej intensywnej death metalowej nawałnicy.

piątek, 17 lutego 2017

Hegemone, Transceatla i Dordeduh w Bazylu, 16.02.2017 (fotorelacja)



















Wybrałem się na kolejny koncert do Bazyla. Koncerty metalowe wciąż mnie przyciągają, choć czasu na regularne słuchanie muzyki mam coraz mniej i mniej. Chciałem zobaczyć Dordeduh - zespół będący owocem schizmy z 2009 roku pomiędzy Negru a Hupogrammosem i Solem Faurem z Negură Bunget. Obecna kondycja Negură Bunget pozostawia wiele do życzenia, choć nie słyszałem nawet jeszcze ich ostatniego albumu "Zi" (2016). Hupogrammos i Sol Faur po rozstaniu z Negru uformowali Dordeduh i nagrali dwa wyśmienite folkowo-progresywno-black metalowe materiały "Valea omului" (2010) oraz długograj "Dar de duh" (2012)- o niebo lepsze od ostatnich dokonań Negura Bunget. W dodatku Hupogrammos i Sol Faur mają jeszcze świetny psychodeliczno post-rockowy projekt Sunset in the 12th House, którego debiutanckiego albumu "Mozaic" (2015) słucha się z wielką przyjemnością. Do tego dochodzi jeszcze progresywno metalowa Transceatla, która dopiero co ma wydać debiutancki materiał. Jednak wczorajszy wieczór U Bazyla rozpoczął się koncertem lokalnego zespołu Hegemone prezentującego interesującą fuzję sludge metalu, post-rocka i black metalu. I choć ich koncert obejrzałem jedynie fragmentarycznie w paru momentach poczułem potęgę i trans tych intensywnych dźwięków.

Żałowałem że merch w trakcie koncertu był ubogi, gdyż chciałem sobie zakupić na CD materiały Dordeduh bądź Sunset in the 12th House. Niestety wszystkie płyty zostały sprzedane w trakcie trasy, pozostały jedynie koszulki. Tak czy owak progresywno-psychodeliczny black metal Transceatla (znakomity zamykający koncert kawałek "Cosmic Fingerprints" - kosmiczne odciski palców!) oraz atmosferyczny folkowy black metal Dordeduh po prostu urzekły mnie na żywo. To w Dordeduh jest obecnie więcej Negură Bunget niż w zespole Negru. Wspaniałe atmosferyczne folkowe intra, doskonałe lawirowanie pomiędzy wolnym a szybkim tempem, spirytualne czyste wokale i black metalowy jad, wreszcie owa wspaniała ethno-folkowa atmosfera utkana przez partie perkusji, cymbały, analogowe syntezatory i długie instrumenty dęte. Podoba mi się to że zarówno muzyka Transceatla, jak i Dordeduh jest eklektyczną (i co istotne - bardzo spójną) mieszaniną wielu stylów, która potrafi zniewolić słuchacza. Żal że na koncert takich wykonawców przychodzi jedynie około 50 osób. Trochę to dziwne że przyszły koncert Einara Selvika z Wardruny (4 marca, Blue Note) cieszy się olbrzymim zainteresowaniem i zostaje wyprzedany, a w trakcie występów Transceatla czy Dordeduh są pustki pod sceną. Przecież muzyka tych wykonawców wcale nie odbiega jakością od twórczości Wardruny (choć rzecz jasna jest bardziej brutalna). Mniejsza z tym. Hupogrammos trzykrotnie dziękował za obecność wszystkim tym co wczoraj pojawili się w Bazylu. Absolutnie nie żałuję że przyszedłem na ten skromny pod kątem frekwencji koncert.

Krótkie nagrania z koncertu:

https://www.youtube.com/watch?v=DIXLg2-kZlI
https://www.youtube.com/watch?v=2snopeEATXQ

niedziela, 5 lutego 2017

Amir D. Aczel "W poszukiwaniu zera" - recenzja

Jedną z najnowszych propozycji wydawniczych Prószyński i Spółka jest ostatnia książka amerykańskiego wykładowcy matematyki i historii matematyki Amira D. Aczela zatytułowana "W poszukiwaniu zera: Matematyczna odyseja do źródła pochodzenia liczb" (2015). Profesor Aczel zmarł na raka niedługo po jej ukazaniu się - konkretnie 26 listopada 2015 roku w Nimes na południu Francji. Miał 65 lat. Był niestrudzonym popularyzatorem matematyki i autorem książek dotyczących m.in. Wielkiego Twierdzenia Fermata, odkrycia bozonu Higgsa, wynalezienia kompasu (ojciec profesora był kapitanem statku) czy kwantowo-mechanicznego zjawiska splątania.

W "W poszukiwaniu zera" naukowiec omawia pogmatwaną historię liczb próbując przekazać Czytelnikom gdzie i w jakich okolicznościach pojawiły się po raz pierwszy cyfry, liczby czy koncepcje pustki/ nieskończoności. Czy były to Babilon, starożytna Grecja & Rzym? A może Indie czy Kambodża? Już od dziecka Aczelowi towarzyszyła fascynacja cyframi ( z zerem włącznie), którą dodatkowo podsycał u niego steward z zacięciem matematycznym, pod którego opieką chłopiec przebywał w trakcie śródziemnomorskich rejsów statkiem ojca. Marzeniem Aczela stało się przemierzenie licznych zakątków świata i dotarcie do dziewiczego źródła historii liczb. Warto dodać iż badacz nie zgadzał się z naukowcami, którzy początków powstania systemu liczbowego dopatrywali się gdzieś w krajach europejskich czy na Bliskim Wschodzie. W zamian Aczel skupiał swoją uwagę na wschodniej Azji (Indie, Kambodża).

Poszukiwania pierwszego zapisu historycznego zera doprowadziły go do Kambodży i do ponownego 'odkrycia' steli K-127 (wcześniej opisanej przez francuskiego archeologa George'a Coedesa), na której znajdują się cyfry 605, w tym owo najstarsze światowe zero w postaci kropki. Najstarsze, gdyż pochodzące z roku 683 naszej ery. Urzekła mnie nieustępliwość profesora Aczela w poszukiwaniach tego znaleziska (które mogło zostać zniszczone przez członków reżimu Czerwonych Khmerów bądź przepaść na zawsze) wyrażająca się między innymi poprzez przedzieranie się przez dżunglę skorumpowanej biurokracji. W styczniu 2017 roku Narodowe Muzeum Kambodży ma zamiar zaprezentować stelę osobom chętnym do jej zobaczenia. Szkoda że profesor Aczel tego nie doczekał.

Książka bardzo przyjemna w odbiorze, napisana jasnym i klarownym językiem. Czytelnik odnajdzie w niej trochę matematyki (np. liczby pierwsze, liczby Mersenne'a, kwadraty magiczne czy nieskończoność), trochę filozofii Dalekiego Wschodu, nieco informacji podróżniczych i parę ciekawych zwrotów akcji. Na pewno nie jest to typowa pozycja popularnonaukowa. Słowa uznania dla Bogumiła Bienioka i Ewy Łokas za pierwszorzędne tłumaczenie.

"Wszystko może być albo prawdziwe, albo nieprawdziwe, albo jednocześnie prawdziwe i nieprawdziwe, albo ani prawdziwe, ani nieprawdziwe".

środa, 1 lutego 2017

Paul Halpern "Gra w kości Einsteina i kot Schrödingera" - recenzja

Najnowszą książkę fizyka i niestrudzonego popularyzatora nauki Paula Halperna "Gra w kości Einsteina i kot Schrödingera" można przyrównać do znacznie bardziej obszernej biografii wybitnego fizyka Paula Diraca napisanej przez Grahama Farmelo. Halpern w pasjonujący i przykuwający uwagę sposób opisuje trwającą wiele lat znajomość dwóch wybitnych fizyków teoretycznych - Austriaka Erwina Rudolfa Josefa Alexandera Schrödingera (tzw. równanie falowe Schrödingera, nieco makabryczny eksperyment myślowy związany z kotem Schrödingera oraz słynna publikacja biologiczna "Czym jest życie?") oraz urodzonego w Niemczech najsłynniejszego fizyka XX wieku Alberta Einsteina (ogólna teoria względności, szczególna teoria względności, równanie E=mc2 oraz efekt fotoelektryczny). Obaj uczeni odizolowani od siebie przez dojście nazistów do władzy (jeden w Irlandii, drugi w USA) próbowali bezskutecznie zunifikować inne prawa fizyczne z grawitacją - było to niespełnionym marzeniem Einsteina, który ignorował silne i słabe oddziaływania jądrowe.

O zażartej rywalizacji Einsteina i Schrödingera w poszukiwaniu Wielkiej Teorii Unifikacji i niezgodzie obu naukowców na indeterminizm mechaniki kwantowej opowiada ta książka. Niektóre opisy zagadnień fizycznych poruszone w "Grze w kości Einsteina i kocie Schrödingera" mogą okazać się zbyt abstrakcyjne i trudne do zrozumienia dla laików nie posiadających podstawowej wiedzy matematycznej i fizycznej, ale książka Halperna to nie tylko fizyka teoretyczna i mechanika kwantowa. Ciekawie zarysowane są wątki biograficzne dotyczące obu wybitnych uczonych. O ile udanych biografii Alberta Einsteina powstało już całkiem sporo, o tyle Erwin Schrödinger stał się fizykiem raczej zapomnianym, kojarzonym zazwyczaj z równocześnie żywym i martwym kotem Schrödingera, który stał się po jego śmierci w 1962 roku swoistą ikoną kultury masowej.

W książce opisane zostają liczne namiętne romanse Schrödingera, który był naukowcem dość poligamicznym i kochliwym (zresztą także Einstein posiadał kochanki). I jednocześnie prawdziwym tytanem intelektu dorównującym Einsteinowi. Jednak to Albert Einsten stał się prawdziwym celebrytą świata naukowego opiewanym przez żądnych informacji reporterów i dziennikarzy. Oczywiście gdy Schrödinger zaczął wieloletnią pracę naukową w Irlandii tamtejsza prasa oszalała na jego punkcie. Niewątpliwie to ciekawe zjawisko gdy obaj fizycy teoretyczni byli ongiś traktowani na równi z gwiazdami filmowymi, a prasa rozdmuchiwała niemal każdą ich wysoce spekulatywną hipotezę unifikacyjną, co nie służyło zbyt dobrze postępom w nauce.

Książka zdecydowanie warta poświęceniu jej kilku godzin uważnej lektury. Recenzja ukazała się także na portalu naTemat.pl, na którym udzielam się już tylko recenzując książki.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Ragehammer, Thy Worshiper i Christ Agony u Bazyla, 29.01.2017 roku (fotorelacja)

W tym roku postanowiłem ograniczyć z przyczyn finansowych moje uczestnictwo w koncertach metalowych. Oczywiście wciąż jest kilka koncertów przewidzianych na 2017 rok, które chciałbym zobaczyć np. któryś z polskiej trasy Triptykon, ale zobaczymy czy się uda. W każdym razie wczoraj stawiłem się u Bazyla w Poznaniu, by zobaczyć Ragehammer, Thy Worshiper i Christ Agony na żywo. Na temat tego już minionego gigu nie mam zamiaru się rozpisywać, choć bawiłem się na nim całkiem przyjemnie. Zawsze miło jest też zobaczyć znajome twarze - z osobami z którymi łączą nas wspólne muzyczne (ale też i pozamuzyczne zainteresowania) warto utrzymywać kontakt.

1) Ragehammer - mocne, wściekłe i bezkompromisowe black thrashowe pierdolnięcie z Krakowa. Ragehammer w ubiegłym roku wydali ostrą jak lśniąca brzytwa płytkę "The Hammer Doctrine", która stopniem natężenia jadu dorównuje takim kapelom jak Voidhanger. Na wokalu Tymek Jędrzejczyk, który na scenie zamienia się w zawadiakę i szaleńca. Black thrash Ragehammer to muzyka pierońsko intensywna i dzika, pełna fantastycznej energii, która powinna skłaniać ludzi do 'przemocy' pod sceną. Tak jednak nie było, poznańska publika okazała się całkiem niemrawa na co nie omieszkał zwrócić uwagi Tymek. Dopiero po 3-4 kawałkach Rafehammer coś zaczęło się dziać pod sceną. Będę w końcu musiał się zapoznać z Them Pulp Criminals Tymka.

2) Thy Worshiper - Choć to co gra Thy Worshiper z Dublina nie wszystkim przypada do gustu (np. mój znajomy z Poznania nie mógł zdzierżyć ich wczorajszego koncertu) muszę przyznać że pogański folk/black metal tej kapeli ujmuje mnie swą oryginalnością i nietuzinkowością. To nie jest muzyka przy której ma miejsce intensywne pogo pod sceną. To są dźwięki szamańskie, oniryczne, tajemnicze, przesycone niepokojącą aurą, która oblepia słuchacza niczym solidna pajęczyna. W zespole doszło do małej zmiany na stanowisku wokalistki: ze składu odeszła Anna Malarz, a zastąpiła ją Monika Lubas. Miło było zobaczyć Thy "Klechdy" Worshiper po raz kolejny na żywo.

3) Christ Agony - Ilekroć widzę weteranów melodyjnego black metalu Christ Agony na scenie to nie mogę się nadziwić czemu ta istniejąca od 1990 roku olsztyńska kapela nie odniosła większego sukcesu za granicą. Grają już tak długo, a kiedy powstawali ja nawet nie słuchałem metalu (co nie dziwi, bo byłem wtedy smarkaczem). Ciężkie dźwięki odkryłem dopiero (a może już) w 1995 roku i nadal pozostaję im wierny, choć wciąż daleko mi do ludzi, którzy są istnymi fanatykami podziemia (mam też inne zainteresowania). Na koncerty metalowe chodzę jednak chętnie, gdyż czuję specyficzną więź z metalową subkulturą. To najpierw metal ukształtował moją niechęć do wszelkich zorganizowanych religii, dopiero potem przyszły nauki ścisłe i przyrodnicze. Wracając jednak do koncertu CA Cezarego Augustynowicza publika przyjęła ten zasłużony dla rodzimej sceny metalowej zespół bardzo dobrze. Kapela skupiła się na promocji najnowszego krążka "Legacy" (2016), z którego zagrała m.in. numer tytułowy. Dokładnej set-listy CA nie pamiętam, ale wczoraj usłyszałem m.in. "Devilish Sad", "Paganhorns" "Mephistospell", "Moonlight", "Prophetical" i "Sadness Of Immortality". Z powodu braku kasy nowej płyty CA nie kupiłem, ale może kiedyś nadrobię tą zaległość.

środa, 25 stycznia 2017

Walter Isaacson "Innowatorzy" - recenzja

Amerykański dziennikarz i pisarz Walter Isaacson zasłynął przede wszystkim bestsellerową biografią Steve'a Jobsa, która ukazała się w 2011 roku. Przedtem Isaacson napisał biografie Alberta Einsteina, Benjamina Franklina i Henry'ego Kissingera. Jak tylko dowiedziałem się że nakładem wydawnictwa Insignis ukazała się najnowsza książka Waltera Isaacsona "Innowatorzy" traktująca o innowacjach formujących epokę cyfrową wiedziałem iż muszę ją przeczytać. Na pewno jest to dość czasochłonne zajęcie, gdyż książka liczy ponad 700 stron, ale lektura "Innowatorów" bywa fascynująca.

Pełny tytuł książki to "Innowatorzy: O tym, jak grupa hakerów, geniuszy i geeków wywołała cyfrową rewolucję". Owa cyfrowa rewolucja obejmowała przede wszystkim wynalezienie tranzystora, komputera (w tym osobistego) i Internetu. W "Innowatorach" Isaacson podkreśla rolę pracy zespołowej przy narodzinach innowacji ery komputerowej. Pierwszy rozdział jest w dużej mierze poświęcony Adzie Lovelace (córce słynnego poety Lorda Byrona), która zapisała się w historii nauki przede wszystkim burzliwą współpracą z projektantem nigdy nie zbudowanej Maszyny Analitycznej Charlesem Babbage'm. Ta brytyjska matematyczka w swoich notatkach opracowała pierwszy algorytm i dzięki temu często uznawana jest za pierwszą programistkę (zainspirowały ją tzw. krosna Jacquarda). Jej imieniem nazwano potem język programowania.

Następnie Isaacson w kolejnych rozdziałach prezentuje poszczególne wynalazki skupiając się na pracy zespołowej (czasem też indywidualnej) inżynierów, naukowców i programistów dzięki której powstały: komputer i koncepcja sztucznej inteligencji, programowanie, tranzystor, układ scalony, gry komputerowe (w tym pionierska "Spacewar!" z 1962 roku), Internet (pierwotnie ARPANET od 1969 roku), komputery osobiste (m.in. Apple I i Apple II), software (m.in. BASIC, ale też Linux ), sieć online (od 1990 roku World Wide Web) i www (pierwsze blogi, Wikipedia, Google). Innowatorzy opisani w książce to między innymi Charles Babbage, Ada Lovelace, Vannevar Bush, Alan Turing (i jego słynny test), Grace Hopper, John Mauchly, John von Neumann, William Shockley, J.C.R Licklider, Doug Engelbart, Robert Noyce z Intela, Bill Gates i Paul Allen (Microsoft), Steve Jobs i Steve Wozniak (Apple), Linus Torvalds (od Linuxa), Tim Berners Lee (World Wide Web), Lee Felsenstein, Jimmy Wales (Wikipedia), Larry Page i Sergey Brin (Google). Liczba osób pojawiających się w "Innowatorach" jest doprawdy imponująca, tutaj wymieniam najbardziej znaczących pionierów. Ludzi, którzy kolektywnie współpracowali ze sobą w celu stworzenia cyfrowych innowacji i osiągnięcia symbiozy człowieka z komputerem. Książka kończy się na powstaniu wyszukiwarki Google (googol, czyli jedynka i sto zer w zapisie dziesiętnym) - trochę szkoda, gdyż można było wspomnieć jeszcze o big data, anonimowej sieci TOR, chmurach obliczeniowych czy inwigilacji NSA ujawnionej przez whistleblowera Edwarda Snowdena.

Książkę czyta się momentami z zapartym tchem. Choć bardzo długa jest napisana w sposób niezwykle klarowny i przystępny. Przykładowo w "Innowatorach" sporo uwagi Isaacson poświęca brytyjskiemu kryptologowi i matematykowi Alanowi Turingowi, który popełnił samobójstwo, gdyż musiał się poddać chemicznej kastracji z powodu homoseksualizmu. Ciekawe są także dywagacje na temat sztucznej inteligencji i próba odpowiedzi na pytanie: czy i kiedy komputery nauczą się myśleć, odczuwać, okazywać emocje? Czy w dalekiej przyszłości staną się inteligentniejsze od ludzi i dojdzie do buntu maszyn? Mrożąca krew w żyłach perspektywa, acz obecnie nierealna (choć to moje subiektywne zdanie).

Recenzja niniejsza ukazała się także na portalu naTemat.pl.

niedziela, 22 stycznia 2017

Opuszczony ośrodek wczasowy nad jeziorem



















Na punkcie tego obiektu (tym razem nie podam lokalizacji, ale naprawdę nietrudno ją odszukać) jakiś czas temu zaczęło się zbiorowe szaleństwo. Dość powiedzieć że w ubiegłym roku tzw. okrąglaki (rotundy) stały się nie lada hitem wśród wielbicieli Urban Exploration - nie na darmo, gdyż obiekt był zachowany w doskonałym stanie i w dodatku jest ciekawy architektonicznie i fajny do eksploracji. Niestety jak tylko pojawiły się filmy na Youtube nakręcone z jego wnętrza (i tym samym obiekt stał się wszem i wobec znany za sprawą masowego zainteresowania) w ośrodku wczasowym dokonano niewiarygodnych dewastacji. Obecnie (stan na 21 stycznia 2017 roku) rotundy (choć nadal wyglądają imponująco) znajdują się w stanie agonalnym. Udałem się do ośrodka wczasowego z kumplem i mogę z pełnym przekonaniem to potwierdzić. W większości pokojów demolka na całego - zniszczone zlewy i kible, porozpruwane poduszki, powybijane szyby, powyrzucane meble, porozwalane drzwi, walające się butelki po alkoholu i puszki po piwie. Obiekt padł ofiarą pijackich wandali, szabrowników i chuligańskiego motłochu. Niestety dewastacji dokonują też osoby nierzadko mieniące się eksploratorami i nikogo to nie obchodzi. Nikt tego nie kontroluje. Ciężko pojąć że obiekt jeszcze przed kilkoma miesiącami będący w niemal idealnym stanie został w tak błyskawicznym tempie zdewastowany. Kto to zrobił? Miejscowi? Jakoś przez lata obiekt stał w stanie niemal nienaruszonym (być może za sprawą ochrony, której obecnie nie ma). Kto za coś takiego odpowiada? Oglądający na Youtube filmy z tego miejsca wandale i złodzieje? Do tego drażni mnie wypisywanie gdzieś na ścianach że ktoś z danego miasta w nim był. I co z tego? Nie jest to wielkie osiągnięcie na miarę zimowego wejścia na K2 czy skoku ze stratosfery. Wystarczy pochwalić się zdjęciami przed znajomymi, a nie wypisywać imiona, miasta i nazwy grup na ścianach czy drzwiach. I pomyśleć że robią to często miłośnicy miejskiej eksploracji.

Zaczęliśmy zwiedzać okrąglaki z kumplem jakoś po 8 rano 21 stycznia 2017 roku, skończyliśmy przed 12. Przez pierwsze półtorej godziny na terenie nie było nikogo, potem pojawili się pierwsi zwiedzający. Pogadałem chwilę z dziewczyną z Warszawy, której towarzyszył chłopak z Gdańska. Od góry do dołu ogarnęliśmy z kumplem wszystkie cztery rotundy, recepcję, kuchnię, stołówkę, plac zabaw i opuszczony dom wraz z piwnicą. Autentycznie szkoda mi tego środka wczasowego, gdyż to upływający czas powinien go niszczyć, a nie prymitywni kretyni.

Tak czy owak rotundy zostaną w mojej pamięci na długo. Takie opuszczone miejsca należy celebrować, a nie bezsensownie niszczyć. W pewnym momencie eksploracji powiedziałem do znajomego widząc zniszczone łóżka: "Przecież takie rzeczy można by było wykorzystać dla osób potrzebujących". Myślę o tym ośrodku, ba, chciałbym tam jeszcze wrócić. Autentycznie żal mi tego miejsca, które zniszczone zostało częściowo przez ludzi. Z drugiej strony wandalizm lokalizacji urbexowych szerzy się także za granicą. Taka smutna kolej rzeczy. W końcu łatwiej jest ukraść, dewastować czy niszczyć niż naprawić i wybudować. Opuszczone miejsca ewoluują w stronę coraz większej i postępującej degradacji. Finałem może okazać się rozbiórka & wyburzenie.

A może ktoś z pieniędzmi przeczyta tą notkę i da temu miejscu drugie życie? Obiekt wymaga kapitalnego remontu, ale może udałoby się go uratować od kompletnej ruiny?

Ponad 600 zdjęć do osobistego użytku (z prawie każdego pomieszczenia) - tutaj tylko niewielki wycinek. Data eksploracji: godz. 08.00-12.00, 21 stycznia 2017 roku, zima.

Trochę nagrań z ośrodka na Youtube:

https://www.youtube.com/watch?v=I-EqO7RmByU
https://www.youtube.com/watch?v=aYX1AvMUgjY (najdłuższe)
https://www.youtube.com/watch?v=EbNnxxNwwHE
https://www.youtube.com/watch?v=Huh1BOcypx4
https://www.youtube.com/watch?v=ERwGjgaCJpc
https://www.youtube.com/watch?v=OGB1RVhp5MA
https://www.youtube.com/watch?v=NAKqO9RfYl0
https://www.youtube.com/watch?v=isnv-jMa54I&feature=youtu.be (martwe bądź zahibernowane owady)

Ostatnio dowiedziałem się że Okrąglaki mają się dobrze w Dźwirzynie jako hotel Senator. A może ktoś z moich Czytelników ma jakieś wspomnienia z opuszczonego ośrodka?