poniedziałek, 22 czerwca 2015
Dark Fest 2015, Gród Rycerski, Byczyna, 19-20 czerwca 2015 (fotorelacja)
Tym razem nie będę silił się na jakąś dłuższą relację, gdyż szczerze mówiąc jestem już zmęczony opisywaniem jakie kawałki dany zespół zagrał danego dnia. Zatem czas na kilka dość luźnych uwag pod adresem Dark Fest 2015, który miał miejsce w Grodzie Rycerskim Biskupice koło Byczyny słynnej z miejsca bitwy z 1588 roku, w której wojska hetmana Jana Zamoyskiego pokonały armię arcyksięcia austriackiego Maksymiliana III Habsburga. Do Byczyny wybrałem się wraz z trójką dobrych znajomych - nocleg mieliśmy w oddalonej o jakieś 5 km od miejsca koncertu wsi Proślice (duży dwór, w którym ongiś mieściła się szkoła). Zatem codziennie trzeba było trochę się do Grodu Rycerskiego przespacerować. W trakcie Dark Festu 2015 widziałem łącznie 20 kapel (Bękarta też wliczam, choć załapałem się na ich trzy kawałki), odpuściłem sobie koncerty siedmiu zespołów ze względu na zmęczenie i konieczność późnego wracania pieszo do miejsca noclegu, nie uczestniczyłem także w koncertowym tribute to Bathory.
Pierwszy dzień Dark Festu został zarżnięty przez półtoragodzinną obsuwę, której czas trwania szybko zaczął się zwiększać. Nie mam pojęcia dlaczego doszło do tak dużej obsuwy, dość powiedzieć że ostatnia kapela zakończyła grać koło 6 rano, a Naumachia w ogóle nie zagrała. Zespół otwierający Dark Fest, czyli wrocławski groove thrash metalowy Sicphorm wszedł na scenę dopiero po 16, wcześniej swoje próby miały Hate i Vader. Wydaje mi się, że pierwszy dzień nieco przerósł organizatorów, stąd takie 'kwiatki' jak ograniczenie gigu Devilish Impressions do trzech kawałków (mieli zagrać tylko jeden utwór za karę za spóźnialstwo), próba skrócenia przez prowadzącego koncertu Hate (wokalista Nienawiści Adam the First Sinner Buszko na to nie pozwolił, choć i tak Hate nieco okroił swój koncert) czy brak gigu Naumachii z Oslo. Wprowadzało to nerwową atmosferę i spięcia na linii muzycy-organizatorzy. Na szczęście drugi dzień festiwalu, czyli sobota 20 VI obył się już bez obsuwy czasowej, więc organizatorzy wyciągnęli wnioski z piątkowych zawirowań. Nie lepiej by było jednak na przyszłość zaprosić nieco mniej kapel, aby nie musiały grać z takich czy innych względów o nieludzkich porach dla nieobecnej widowni?
Frekwencja piątkowa była chyba nawet ciut wyższa niż sobotnia, co było widać w trakcie gigów Hate i Vader. Oba zespoły dały kapitalne koncerty - Hate widziałem ostatni raz na żywo dobrych kilka lat temu, a potem przestałem słuchać ich muzyki, więc miło było zobaczyć Nienawiść na scenie. Generalnie najlepsze piątkowe koncerty to Vedonist, Pandemonium oraz wspomniane Hate i Vader, chciałem też zobaczyć death metalowy Ogotay, ale ich koncert odbył się zbyt późno, a trzeba było wracać (jak się okazało na przyczepie furgonu) na miejsce noclegu. Pandemonium - sympatyczna i luzacka konferansjerka pomiędzy np. "Devilri" czy "Unholy Existence". Vader w wielkiej formie - miażdżący koncert, intensywny młyn pod sceną, zagrali m.in. "Sothis", "Carnal", "Hexenkessel", "Triumph of Death", "Wings" czy "Go to Hell". Drugiego dnia chętnie obejrzałem koncerty poznańskich In Twilight's Embrace i Bloodthirst - miło było zwłaszcza usłyszeć ponownie wulgarny i nieokrzesany black thrash Żądzy Krwi. Brytyjski symphonic black metalowy Ethereal zagrał poprawnie, ale jakoś mnie nie zachwycili - może dlatego, że po prostu nie przepadam za symfonicznym black metalem, choć muszę przyznać, że groteskowy image Brytyjczyków robił swoje. O wiele lepiej wypadła Arkona - było brutalnie, lodowato i majestatycznie. "Skrajna nienawiść egoistycznej egzystencji" prawie rozerwała mi małżowiny uszne. Doskonale bawiłem się też na koncercie Decapitated, choć zespół ów był mi przez dłuższy czas obojętny. Jednak na żywo Decapitated nie biorą jeńców, a ich muzyka to istne niszczycielskie tornado tnących gitar i morderczej perkusji. Decapy zagrały oprócz numerów z ostatniej płyty "Blood Mantra" (2014) np. "Nest" czy "Veins" także kilka wałków z poprzednich płyt. Katowicką Furię uwielbiam za odważne przekraczanie granic i dłubanie w eksperymentalnej black metalowej materii, toteż na ich koncert chyba czekałem najbardziej. I, rzecz jasna, nie zawiedli. Oprócz m.in. standardowych "Kosi ta śmierć" czy "Zamawiania drugiego" Nihil zaprezentował też intrygującą nową melodię. Aż dziw bierze że trudna, mało przystępna i abstrakcyjna muzyka Furii ma tak wielu oddanych fanów. To co obecnie prezentuje Furia nie nadaje się jednak do szaleńczego head-bangingu i moshingu - to raczej dźwięki, które określił bym mianem psychoaktywnych. Sobotę zakończyliśmy na gigu Voidhanger z Bytomia, totalnie wściekłym, toksycznym i wkurwionym. "Dni szarańczy" i "Song for Lennon", a także cover Bathory "Sacrifice" w wykonaniu Voidhanger to kolosalna erupcja gniewu i mizantropii.
Na co zwróciłem uwagę na Dark Fest 2015? 1) na małą księżniczkę, czyli dziewczynkę, która siedziała na barkach ojca i była obecna na kilku gigach Dark Fest. To się nazywa muzyczna edukacja. 2) na pewną niewiastę w gorsecie i bordowo-ciemnym stroju, która przybyła na fest z koleżanką (fantastyczny ubiór!), 3) na młodych ochroniarzy patrzących się otępiałym wzrokiem na ludzi pod sceną i zastanawiających się pewnie co oni tutaj do kurwy nędzy robią, 4) na bogate stoiska z merchem (zakupiłem trochę dobra w formie CD), 5) na zawieszonego przed Grodem kościotrupa, 6) wreszcie na parę obiecujących młodych bandów m.in. wrocławski black metalowy AntiFlesh czy poznański Bękart. Jeśli Dark Fest 2016 zaintryguje mnie swoim programem (o ile kolejna edycja się odbędzie) to postaram się zameldować ponownie.
piątek, 5 czerwca 2015
"Hatred": symulator masowego morderstwa?
Zacząłem grać w "Hatred" gliwickiej Destructive Creations, choć w gry komputerowe nie gram już od dawna. Skłoniła mnie do tego ciekawość podsycona przez lament politycznej poprawności, który rozległ się w mediach. "Hatred", czyli nasz rodzimy następca serii "Postal" określony został w prasie jako symulator masowego morderstwa: w owej strzelance izometrycznej odziany w długi skórzany trencz (czyżby aluzja do morderców z Columbine?) długowłosy antagonista i mizantrop chwyta za broń i zaczyna rzeź. Zabija niewinnych cywilów, kobiety i mężczyzn, a także policjantów i żołnierzy jednostek specjalnych, którzy usiłują go powstrzymać. Po co? Ot, po prostu kurewsko nienawidzi ludzkości. Aby się wyleczyć antagonista "Hatred" dobija ranne ofiary na różnorodne brutalne sposoby. Nie będę obecnie recenzował gry, gdyż na razie jestem na jej początku, ale po skończeniu sesji "Hatred" zacząłem się zastanawiać czy pełne przemocy gry komputerowe można rzeczywiście obwiniać za akty agresji wśród młodych ludzi i np. popełnienie masowego mordu w realu.
Odpowiedź na to nie jest jednoznaczna. Ilekroć w Stanach Zjednoczonych czy gdzie indziej dochodzi do strzelaniny w szkole, uniwersytecie czy w innym miejscu publicznym konserwatywne media próbują prześwietlić życiorysy sprawców i obwiniają pełne przemocy gry komputerowe o to, że mogły one przyczynić się do masowego mordu, stać się katalizatorem aktu przemocy. Tak było w przypadku Dylana Kleboda i Erica Harrisa, Jamesa Holmesa, Elliota Rodgera, Andersa Breivika czy Aarona Alexisa. Gry komputerowe stają się łatwym kozłem ofiarnym (podobnie jak 'nieodpowiednia' muzyka czy kino). Weźmy jako przykład grę "Hatred", już zresztą zbanowaną w Niemczech i Australii. Nie da się zaprzeczyć, że "Hatred" to gra bardzo brutalna, nihilistyczna, generalnie jeden wielki napompowany adrenaliną rozpierdol. Otoczka skandalu jaka się wytworzyła wokół tej gry skłoniła jednak wielu graczy do sięgnięcia po nią z czystej ciekawości, bo jak wiadomo zakazany owoc smakuje najlepiej. Mroczna i posępna tematyka "Hatred" mnie również ujęła, gdyż intrygują mnie wszelkiej maści transgresje obecne w sztuce. Od premiery "Hatred" 1 czerwca 2015 roku (w Dzień Dziecka) zapewne tysiące osób z całego świata w tej chwili gra bądź już grało w "Nienawiść". Nie wierzę jednak w to, że ktoś od tak sobie pod wpływem gry komputerowej ("Hatred", "Grand Theft Auto V", itd.) wyjdzie na ulicę i zacznie wyrządzać innym ludziom krzywdę. Owszem, może się zdarzyć, że pełna przemocy gra komputerowa zafascynuje jednostkę chorą psychicznie i niestabilną emocjonalnie, osobę nie potrafiącą odróżnić wykreowanego świata fantazji od rzeczywistości, ale nawet gdy dojdzie do wybuchu przemocy z udziałem tej osoby nie można powiedzieć, że to dana gra komputerowa skłoniła tego kogoś do aktów agresji. Inne czynniki (np. środowiskowe) też należy wziąć pod uwagę. Jednak większość graczy tak nie postąpi. Dla większości graczy gry takie jak "Hatred" to nic innego jak okazja do wyżycia się w wirtualnym świecie. Ja np. umiem się zrelaksować przy dobrym horrorze. Dlatego "Hatred" do mnie przemawia, choć gdyby twórcy chcieli totalnie zaszokować i pojechać po bandzie nie ograniczyli by się do strzelania tylko do dorosłych. Lecz wtedy istniała by możliwość zakazania i bojkotu gry wszędzie. Duży plus za dark ambientowy/elektroniczny soundtrack Adama Skorupy i kawałek Iperyt "Particular Hatred" w creditsach gry, który możecie posłuchać poniżej.
https://www.youtube.com/watch?v=dExAIWPkG2s&feature=youtu.be
poniedziałek, 1 czerwca 2015
Deivos, Abusiveness, Banisher, Varathron i Rotting Christ w Blue Note, 30.05.2015 (fotorelacja)
Na ten koncert czekałem z niecierpliwością. W maju z przyczyn wyjazdowych odpuściłem sobie gig Demonical i Gehenna w poznańskim Bazylu, który miał miejsce 8 V 2015 roku. Co prawda Rotting Christ miałem okazję widzieć już na żywo w 2010 roku (także w poznańskim Blue Note) w ramach Aealo 2010 Tour - jako supporty greckich weteranów black metalu zagrały wówczas Strandhogg, Deivos, Crionics i Naumachia. Zapewne mam gdzieś w archiwum zdjęcia z tego koncertu, musiałbym ich poszukać. No ale Varathron nigdy wcześniej nie widziałem na żywo i to był dla mnie główny magnes do uczestnictwa w sobotnim gigu. Do klubu wszedłem koło 18.45 i po niemal od razu udałem się na stoisko z merchem, gdzie zakupiłem ostatni czwarty już album Deivos "Theodicy" (2015), znakomitą porcję gęstej death metalowej zawiesiny.
Frekwencja w trakcie otwierającego koncertu Deivos z Lublina nie była co prawda powalająca, lecz skondensowana techniczna brutalność muzyki zespołu kompletnie do mnie przemówiła. Wzorcowe połączenie techniki, intensywności i wkurwienia powinno jednak zabrzmieć na żywo lepiej, a niestety nie zabrzmiało. Zresztą kulejące brzmienie dało się wyczuć także w trakcie występu kolejnych wykonawców. Deivos skupili się przede wszystkim na promocji ostatniego ich albumu "Theodicy" (2015), z którym tak naprawdę zapoznałem się dopiero wczoraj. Płyta od razu w trakcie dziewiczego przesłuchania przypadła mi do gustu: jest zawiła, intensywna i zagmatwana, wychwycenie wszystkich smaczków na na niej zawartych zajmie wiele czasu. Powalająca praca perkusisty Krzysztofa Sarana, śliczne solówki, doskonale uwypuklone partie basu i potężny grolwing Angelfucka.
Po Deivos scenę jazzowego Blue Note'a zajęli chłopaki z Abusiveness. Ich ubiegłoroczna płyta "Bramy Nawii" (2014) przez długi czas nie opuszczała mojego odtwarzacza CD - ujęła mnie swoją wściekłością, zadziornością i bezkompromisowością. Tak się powinno grać pogańsko-antychrześćijański black metal. Zresztą perkusista Wizun, który wczoraj był w doskonałej koncertowej formie oraz gitarzysta/wokalista Mścisław grają także w Deivos (plus paru innych kapelach np. Blaze of Perdition czy Ulcer). W trakcie gigu Abusiveness pod sceną zrobiło się nieco gęściej. Abusiveness skupiło się na zagraniu kompozycji z "Bram Nawii" - zaprezentowali "Prawia - Świątynia Światła", "W Górę Chorągwie", "Żywe Kamienie", "Lędziańska Krew", "Nizłomni", "Proces" plus ambientowe intra. Nie jestem pewien, ale chyba nieco okroili swój koncert. W każdym razie pagan black metalowy Abusiveness został ciepło przyjęty przez zgromadzoną w Blue Nocie widownię.
Następnej w kolejności kapeli, czyli Banisher z Rzeszowa nie znałem. Przesłuchałem jeden raz przed koncertem ich album "Scarcity" (2013) na Youtube i stwierdziłem, że jest całkiem wciągający. Ku mojemu zaskoczeniu obecnym wokalistą Banisher okazał się Andrzej Jakub Nowak, którego dotąd kojarzyłem z krakowskiego Outre (nowym wokalistą Outre jest obecnie Stawrogin z Odrazy). Gmatwanina nowoczesnego tech death metalu zaprezentowana przez Banisher przypadła mi do gustu, choć już pod sam koniec ich występu udałem się po piwo i na papierosa.
Aby być jak najbliżej sceny w trakcie koncertu greckiego Varathron musiałem się przepchnąć przez zgromadzony tłum. Rotting Christ, Varathron i Necromantia tworzą nieświętą trójce helleńskiej sceny black metalowej. Varathron powstał w 1988 roku, a w ubiegłym roku pod szyldem Agonia Records ukazał się ich piąty album studyjny "Untrodden Corridors Of Hades", który zespół promował na trasie z Rotting Christ. Wszyscy muzycy Varathron wystąpili na scenie odziani w kaptury i wyglądali demonicznie. Black metal Varathron jest specyficzny: utrzymany raczej w średnich tempach, chwytliwy i zarazem przesycony wyczuwalną aurą okultyzmu. Publika bawiła się przy mrocznych dźwiękach serwowanych przez zespół doskonale - duża w tym zasługa precyzyjnego zgrania muzyków i piekielnych black metalowych wokali/ryków umięśnionego Stefana Necroabyssiousa, przewodnika po mitycznym helleńskim podziemnym świecie. Nie pamiętam jaka była dokładnie set-lista Varathron - chyba poleciały m.in. "Unholy Funeral", "Dawn of the Sordid Decay", "La Reine Noir" czy "Cassiopeia's Ode" plus parę kilka kawałków z ostatniego albumu.
Na Varathron publika bawiła się wybornie, ale to na koncercie powstałego w 1987 roku Rotting Christ (Gnijącego Chrystusa) dostała kompletnego amoku. Musiałem się wycofać nieco na bok, bo z miejsca gdzie stałem nie można było robić zdjęć. Wciąż na mnie ktoś napierał i nie sposób było utrzymać aparatu w dłoniach. Wokalista Sakis Tolis popisywał się zgrabną znajomością języka polskiego pomiędzy poszczególnymi 'przebojami' Rotting Christ. A było co chłonąć całym ciałem: "Kata ton Demona Eautou", "King of a Stellar War", "The Sign of the Evil Existence" (w Gdańsku 31 maja odśpiewany wspólnie z Nergalem i Stefanem z Varathron), "Grandis Spiritus Diavolos", "666", "In Yumen Xibalba", "Societas Satanas", "Non Serviam" czy "Athanati Este". Jeśli coś pomyliłem wybaczcie. Doskonały, zagrany z wielkim kopem i energią koncert, który oglądało się z przyjemnością. Aż chciałoby się więcej występów helleńskich demonów w Polsce.
Mamy dzisiaj 1 czerwca 2015 roku czyli Dzień Dziecka. Pamiętajcie, że dziś też ma miejsce premiera polskiej strzelanki izometrycznej z Gliwic "Hatred" w którą warto zagrać. Ja się o to postaram w najbliższych dniach, choć w gry komputerowe nie gram od lat. Dla "Hatred" zrobię wyjątek.
Frekwencja w trakcie otwierającego koncertu Deivos z Lublina nie była co prawda powalająca, lecz skondensowana techniczna brutalność muzyki zespołu kompletnie do mnie przemówiła. Wzorcowe połączenie techniki, intensywności i wkurwienia powinno jednak zabrzmieć na żywo lepiej, a niestety nie zabrzmiało. Zresztą kulejące brzmienie dało się wyczuć także w trakcie występu kolejnych wykonawców. Deivos skupili się przede wszystkim na promocji ostatniego ich albumu "Theodicy" (2015), z którym tak naprawdę zapoznałem się dopiero wczoraj. Płyta od razu w trakcie dziewiczego przesłuchania przypadła mi do gustu: jest zawiła, intensywna i zagmatwana, wychwycenie wszystkich smaczków na na niej zawartych zajmie wiele czasu. Powalająca praca perkusisty Krzysztofa Sarana, śliczne solówki, doskonale uwypuklone partie basu i potężny grolwing Angelfucka.
Po Deivos scenę jazzowego Blue Note'a zajęli chłopaki z Abusiveness. Ich ubiegłoroczna płyta "Bramy Nawii" (2014) przez długi czas nie opuszczała mojego odtwarzacza CD - ujęła mnie swoją wściekłością, zadziornością i bezkompromisowością. Tak się powinno grać pogańsko-antychrześćijański black metal. Zresztą perkusista Wizun, który wczoraj był w doskonałej koncertowej formie oraz gitarzysta/wokalista Mścisław grają także w Deivos (plus paru innych kapelach np. Blaze of Perdition czy Ulcer). W trakcie gigu Abusiveness pod sceną zrobiło się nieco gęściej. Abusiveness skupiło się na zagraniu kompozycji z "Bram Nawii" - zaprezentowali "Prawia - Świątynia Światła", "W Górę Chorągwie", "Żywe Kamienie", "Lędziańska Krew", "Nizłomni", "Proces" plus ambientowe intra. Nie jestem pewien, ale chyba nieco okroili swój koncert. W każdym razie pagan black metalowy Abusiveness został ciepło przyjęty przez zgromadzoną w Blue Nocie widownię.
Następnej w kolejności kapeli, czyli Banisher z Rzeszowa nie znałem. Przesłuchałem jeden raz przed koncertem ich album "Scarcity" (2013) na Youtube i stwierdziłem, że jest całkiem wciągający. Ku mojemu zaskoczeniu obecnym wokalistą Banisher okazał się Andrzej Jakub Nowak, którego dotąd kojarzyłem z krakowskiego Outre (nowym wokalistą Outre jest obecnie Stawrogin z Odrazy). Gmatwanina nowoczesnego tech death metalu zaprezentowana przez Banisher przypadła mi do gustu, choć już pod sam koniec ich występu udałem się po piwo i na papierosa.
Aby być jak najbliżej sceny w trakcie koncertu greckiego Varathron musiałem się przepchnąć przez zgromadzony tłum. Rotting Christ, Varathron i Necromantia tworzą nieświętą trójce helleńskiej sceny black metalowej. Varathron powstał w 1988 roku, a w ubiegłym roku pod szyldem Agonia Records ukazał się ich piąty album studyjny "Untrodden Corridors Of Hades", który zespół promował na trasie z Rotting Christ. Wszyscy muzycy Varathron wystąpili na scenie odziani w kaptury i wyglądali demonicznie. Black metal Varathron jest specyficzny: utrzymany raczej w średnich tempach, chwytliwy i zarazem przesycony wyczuwalną aurą okultyzmu. Publika bawiła się przy mrocznych dźwiękach serwowanych przez zespół doskonale - duża w tym zasługa precyzyjnego zgrania muzyków i piekielnych black metalowych wokali/ryków umięśnionego Stefana Necroabyssiousa, przewodnika po mitycznym helleńskim podziemnym świecie. Nie pamiętam jaka była dokładnie set-lista Varathron - chyba poleciały m.in. "Unholy Funeral", "Dawn of the Sordid Decay", "La Reine Noir" czy "Cassiopeia's Ode" plus parę kilka kawałków z ostatniego albumu.
Na Varathron publika bawiła się wybornie, ale to na koncercie powstałego w 1987 roku Rotting Christ (Gnijącego Chrystusa) dostała kompletnego amoku. Musiałem się wycofać nieco na bok, bo z miejsca gdzie stałem nie można było robić zdjęć. Wciąż na mnie ktoś napierał i nie sposób było utrzymać aparatu w dłoniach. Wokalista Sakis Tolis popisywał się zgrabną znajomością języka polskiego pomiędzy poszczególnymi 'przebojami' Rotting Christ. A było co chłonąć całym ciałem: "Kata ton Demona Eautou", "King of a Stellar War", "The Sign of the Evil Existence" (w Gdańsku 31 maja odśpiewany wspólnie z Nergalem i Stefanem z Varathron), "Grandis Spiritus Diavolos", "666", "In Yumen Xibalba", "Societas Satanas", "Non Serviam" czy "Athanati Este". Jeśli coś pomyliłem wybaczcie. Doskonały, zagrany z wielkim kopem i energią koncert, który oglądało się z przyjemnością. Aż chciałoby się więcej występów helleńskich demonów w Polsce.
Mamy dzisiaj 1 czerwca 2015 roku czyli Dzień Dziecka. Pamiętajcie, że dziś też ma miejsce premiera polskiej strzelanki izometrycznej z Gliwic "Hatred" w którą warto zagrać. Ja się o to postaram w najbliższych dniach, choć w gry komputerowe nie gram od lat. Dla "Hatred" zrobię wyjątek.
poniedziałek, 25 maja 2015
Kevin Dutton "Mądrość psychopatów" - recenzja
Być może zabrzmi to kontrowersyjnie, ale zazdroszczę pewnych cech psychopatom: nieustraszoności, ogromnej pewności siebie, stoickiego spokoju w sytuacjach stresowych, zdolności do perswazji, braku empatii, skupienia się na teraźniejszości, a nie na przeszłości i przyszłości. Gdybym posiadał te cechy życie stałoby się łatwiejsze i nikt, absolutnie nikt nie mógłby mnie wyprowadzić z równowagi. Odrzucenie przestałoby boleć, a smutek i strach byłyby tylko złudzeniem. Kiedy słyszymy słowo 'psychopata' to pierwsze co nam przychodzi do głowy to zimny i wyrachowany kryminalista o lodowatym, przeszywającym spojrzeniu: seryjny morderca (Ted Bundy czy Jeffrey Dahmer), gwałciciel, pedofil czy szpieg. Psycholog Kevin Dutton w książce "Mądrość psychopatów" nie skupia się jednak wyłącznie na psychopatach stosujących przemoc i tortury. Twierdzi, że niektóre cechy psychopatycznej osobowości mogą być pozytywne. Jako przykład podaje np. psychopatycznych neurochirurgów, prawników, policjantów czy żołnierzy jednostek specjalnych SAS. Chodzi o to, że inteligentni osobnicy psychopatyczni są asertywni, nie odkładają niczego na później koncentrując się na celu tu i teraz, nie przejmują się porażkami ani odrzuceniem, a presja otoczenia w pracy nie robi na nich wrażenia. Są odporni psychicznie i beznamiętni. Dlatego psychopaci odnoszą sukcesy w biznesie czy na giełdzie. Kluczem jest odpowiednia regulacja tych cech: włączanie ich kiedy trzeba i wyłączanie, tudzież trzymanie ich na średnim poziomie. Tam gdzie istnieje hierarchia, możliwość manipulowania innymi czy osiągnięcia nad jednostkami pełni kontroli tam działają psychopaci. I odnoszą sukcesy finansowe, nie narzekają też na brak powodzenia u kobiet. Można wytrenować w sobie cechy psychopatyczne. Trzeba po prostu nauczyć się kontrolować emocje i całkowicie skupić się na celu, który pragniemy osiągnąć. Umieć odczytywać mikro-ekspresje z twarzy osób z którymi wchodzimy w rozmaite interakcje.
Seryjni mordercy zostają w "Mądrości psychopatów" potraktowani trochę po macoszemu. Dutton wspomina m.in. o Johnie Waynie Gacy'm, Henry Lee Lucasie czy Tedzie Bundym, wizytuje też szpital psychiatryczny Broadmoor, w którym przebywają najgroźniejsi kryminaliści Wielkiej Brytanii np. Peter Sutcliffe, Rozpruwacz z Yorkshire. Nie miałem natomiast pojęcia, że we włoskiej Florencji znajduje się Muzeum Seryjnych Morderców (na Lonely Planet nie ma o nim wpisu). Jeśli kiedykolwiek odwiedzę to miasto zajrzę tam na pewno, gdyż takie miejsca wydają mi się fascynujące. Ciekawy jest także przytoczony fakt odnośnie słynnego seryjnego mordercy kobiet Teda Bundy'ego, który potrafił wyczuć dobrą kandydatkę na ofiarę po sposobie jej chodu. Nadto w książce pojawia się króciutka wzmianka o nieuchwytnym seryjnym mordercy z Long Island o którym już tutaj pisałem. Rzeczywiście seryjni mordercy lubią porzucać zwłoki zamordowanych ofiar wzdłuż dróg, autostrad czy też blisko przydrożnych parkingów. Ale tak naprawdę jedynie początek i koniec książki dotyczy psychopatycznych kryminalistów. "Mądrość psychopatów" Duttona czyta się szybko i z zaangażowaniem, tym bardziej że książka podszyta jest sporą dawką humoru. Zwarta dawka informacji z neuroprawa i neurobiologii to kolejny jej atut.
"Możesz sprawić aby ludzie byli mili. Co oczywiście daje ci nad nimi wielką władzę." - cytat z książki.
Na zdjęciu piwnica Johna Wayne'a Gacy'ego w której grzebał ciała zamordowanych chłopców, Muzeum Seryjnych Morderców we Florencji oraz skan mózgów normalnego i psychopaty.
Seryjni mordercy zostają w "Mądrości psychopatów" potraktowani trochę po macoszemu. Dutton wspomina m.in. o Johnie Waynie Gacy'm, Henry Lee Lucasie czy Tedzie Bundym, wizytuje też szpital psychiatryczny Broadmoor, w którym przebywają najgroźniejsi kryminaliści Wielkiej Brytanii np. Peter Sutcliffe, Rozpruwacz z Yorkshire. Nie miałem natomiast pojęcia, że we włoskiej Florencji znajduje się Muzeum Seryjnych Morderców (na Lonely Planet nie ma o nim wpisu). Jeśli kiedykolwiek odwiedzę to miasto zajrzę tam na pewno, gdyż takie miejsca wydają mi się fascynujące. Ciekawy jest także przytoczony fakt odnośnie słynnego seryjnego mordercy kobiet Teda Bundy'ego, który potrafił wyczuć dobrą kandydatkę na ofiarę po sposobie jej chodu. Nadto w książce pojawia się króciutka wzmianka o nieuchwytnym seryjnym mordercy z Long Island o którym już tutaj pisałem. Rzeczywiście seryjni mordercy lubią porzucać zwłoki zamordowanych ofiar wzdłuż dróg, autostrad czy też blisko przydrożnych parkingów. Ale tak naprawdę jedynie początek i koniec książki dotyczy psychopatycznych kryminalistów. "Mądrość psychopatów" Duttona czyta się szybko i z zaangażowaniem, tym bardziej że książka podszyta jest sporą dawką humoru. Zwarta dawka informacji z neuroprawa i neurobiologii to kolejny jej atut.
"Możesz sprawić aby ludzie byli mili. Co oczywiście daje ci nad nimi wielką władzę." - cytat z książki.
Na zdjęciu piwnica Johna Wayne'a Gacy'ego w której grzebał ciała zamordowanych chłopców, Muzeum Seryjnych Morderców we Florencji oraz skan mózgów normalnego i psychopaty.
sobota, 16 maja 2015
Tribulation "The Children of the Night" (2015) - recenzja
Tuż po pierwszych przesłuchaniach najnowszego albumu szwedzkich piewców horroru Tribulation "The Children of the Night" poczytałem trochę recenzji tego krążka i opinii na jego temat na metalowych forach. Jedni wychwalają "Dzieci Nocy" pod niebiosa, inni gnoją tą płytę za jej melodyjność, chwytliwość i brak ciężaru. Wiedziałem że Tribulation będzie niezwykle trudno przebić ich poprzedni album "The Formulas of Death" (2013), który uznaję za kapitalny. Po kilku godzinach obcowania z "The Children of the Night" stwierdzam, iż "The Horror" (2009) i "Formuł Śmierci" nie przebili, ale ich najnowszy twór to całkiem udana płyta. Na chwilę obecną to moja subiektywna opinia, która wraz z kolejnymi przesłuchaniami może ulec zmianie. Death metalu i rozszalałych riffów na "The Children of the Night" raczej już nie uświadczymy, jest za to sporo pierwszorzędnej gitarowej muzyki, a bębny brzmią kapitalnie, gęsto i płynnie. No i "Dzieci Nocy" przesycone są wspaniałym nastrojem grozy i niesamowitości, którym charakteryzowały się gotyckie horrory z lat 60-tych czy 70-tych - mowa tutaj o produkcjach brytyjskiej wytwórni Hammer i Amicus czy włoskich/hiszpańskich horrorach o wampirach, wilkołakach czy rodzinnych klątwach. Gdzieniegdzie na "The Children of the Night" przebrzmiewają echa doskonałej muzyki włoskiej grupy Goblin, która współpracowała z Dario Argento przy jego wysmakowanych wizualnie dreszczowcach (np. "Suspiria", "Deep Red"). Poza tym zachwyca mnie genialna okładka przedstawiająca uskrzydloną postać wampira w czerni. Zastanawiam się na ile belgijsko-niemiecko-francuski horror "Les Lèvres rouges" aka "Dzieci nocy" (1971) w reżyserii Harry'ego Kümela bazujący na historii wampirycznej Elżbiety Batory mógł zainspirować najnowszy album Tribulation. Być może zbieżność tytułów jest przypadkowa. W każdym razie na "The Children of the Night" czuć wpływy zarówno Dissection, jak i Fields of the Nephilim oraz wspomnianego już Goblin. I tak naprawdę jedynie black metalowe wokale Johannesa Anderssona przypominają o tym, że wciąż mamy do czynienia z kapelą metalową, acz zabiegającą o szersze grono słuchaczy. Czekam na kolejny koncert Szwedów w Polsce.
Warto zaopatrzyć się w digipack "The Children of the Night", gdyż zawiera on dwa dodatkowe bonusowe numery: cover The Cure "One Hundred Years" oraz "Laudanum Dreams". Moim faworytem pozostaje jednak genialny goblinowski "Strains of Horror".
Warto zaopatrzyć się w digipack "The Children of the Night", gdyż zawiera on dwa dodatkowe bonusowe numery: cover The Cure "One Hundred Years" oraz "Laudanum Dreams". Moim faworytem pozostaje jednak genialny goblinowski "Strains of Horror".
Madeline Swan "Historia kotów" - recenzja
Tym razem recenzja czegoś lekkiego i przyjemnego. "Historię kotów" przeczytałem w przerwie między lekturą dwóch książek popularnonaukowych z zakresu matematyki i fizyki klasycznej. Swoją drogą dawno nie widziałem tak reklamowanej książki w mojej księgarni - tak jakby wydawnictwo Znak chciało trafić "Historią kotów" w gusta kociar i kociarzy. Sam mogę się zaliczyć do grona wielbicieli kotów, gdyż miałem ongiś dwa koty i lubię tych mruczących indywidualistów. Jak sam tytuł wskazuje "Historia kotów" przedstawia kocią historię oraz związki kotów z ludźmi - od starożytnego Egiptu, Rzymu czy antycznej Grecji, po burzliwe Średniowiecze, okres Reformacji, wiktoriański romantyzm po XX-wiek i czasy współczesne. W "Historii kotów" czytelnik odnajdzie sporo anegdot związanych z kotami i ich dumnymi posiadaczami (poetami, pisarzami, kompozytorami, wodzami, aktorami, etc.) Dowiemy się np. który z XIX-wiecznych autorów był wielbicielem kotów - i tutaj możemy wymienić chociażby Charlesa Baudelaire'a, Edgara Allena Poe, Alexandra Dumasa czy Emily Jane Brontë. Jak dla mnie najbardziej interesujący był rozdział dotyczący wysokiej pozycji kota w starożytnym Egipcie (kocia bogini Bastet i jej centrum kultu Bubastis, mumifikacje kotów), a także część książki dotycząca prześladowań kotów przez religijnych oprawców Kościoła. Jak powszechnie wiadomo kot był uznawany za familiariusza wiedźm, a co za tym idzie te piękne zwierzęta oskarżano o konszachty z Szatanem i uznawano za nikczemne. Dlatego też były torturowane i mordowane. Przytoczę tutaj pewien fragment pochodzący z innej książki (Janusz Tazbir, "Okrucieństwo w nowożytnej Europie")
"Jeśli idzie o zwierzęta domowe, to ze szczególnym upodobaniem prześladowano koty. Dotyczyło to zwłaszcza czarnych kotów, pozostających - jak wiadomo - na usługach diabła, który lubił często przybierać postacie tego zwierzęcia. Zdaniem niektórych lingwistów niemiecka nazwa kacerze (der Katzer) wywodzi się właśnie od kota (die Katze). W wielu krajach palono koty podczas karnawału w środę popielcową oraz w dzień św. Jana, a w święto Wniebowstąpienia zrzucano je z wieży kościelnej (to ostatnie miało miejsce również i w Polsce). We Francji worek, względnie kosz, z kotami, wieszano nad stosem, który następnie zapalano. To okrutne widowisko, organizowane 24 czerwca (w dzień św. Jana) trwało od czasu rządów Ludwika XI (1461) co najmniej do początków XVIII stulecia. Zaszczycali je swoją obecnością kolejni władcy, zazwyczaj w towarzystwie delfinów. Aby sprawić synkom przyjemność, pozwalali im właśnie rozniecać ogień. W r. 1654 król francuski (był nim wówczas Ludwik XIV) po raz ostatni uczestniczył w tej okrutnej "zabawie". Z kolei na Wyspach Brytyjskich w kukły przedstawiające papieża wpychano żywe koty. Wrzaski, jakie wydawały, płonąc wraz z wizerunkiem, stanowiły dodatkowe źródło satysfakcji dla antykatolicko nastawionych gapiów. Żywe koty bywały także zakopywane w fundamentach domów, jak również na rozstajach dróg. Szczególną formą ich dręczenia stanowiły tak zwane "kocie organy". Do małej skrzynki wsadzano kilkanaście zwierzaków, lokując je tak ciasno obok siebie, aby nie mogły się ruszać. Następnie przez odpowiednie otwory pociągano za ogon, co koty kwitowały rozpaczliwym miauczeniem. Takim właśnie pokazem kocich tortur powitała w r. 1549 Bruksela Filipa II, który podobno był zachwycony "zestawem kotów od alty do basu." - Katzenklavier.
Tego wszystkiego można się, rzecz jasna, dowiedzieć także z "Historii kotów". Książkę czyta się bardzo szybko; jeśli ktoś dysponuje wolnym dniem to będzie w stanie przez nią przebrnąć w ciągu paru godzin. Okraszona jest licznymi fragmentami literackimi (m.in. piękny esej Emily Jane Brontë o kotach "Le Chat") czy archiwalnymi zdjęciami przedstawiającymi np. paryżanki wybierające się na spacer z kocimi pupilami w roku 1928. Mam tylko jedno zastrzeżenie: czemu Autorka nie napisała nic o "Czarnym kocie" Edgara Allena Poe? Przecież tak wspaniałe opowiadanie grozy aż się prosi choćby o niewielką wzmiankę. H.P. Lovecraft też cenił koty, a nie został w książce nawet wspomniany.
środa, 13 maja 2015
The Dead Goats "Don't Go in the Tomb" (2015) - recenzja
Tytuł najświeższej EP-ki białostockiego tria The Dead Goats "Don't Go in the Tomb" (2015) z miejsca skojarzył mi się z szeregiem horrorów z lat 70-tych i 80-tych, których tytuły zaczynały się od "Don't Go..." Wiem o czym mówię, bo kilka z owych niskobudżetowych filmów grozy mam w kolekcji od dawna. Warto tutaj wymienić chociażby niskobudżetowy slasher "Don't Go in the Woods" (1981) czy "Don't Go in the House" (1980) o pewnym morderczym maminsynku, który ma fiksację na punkcie ognia. Zresztą muzykom The Dead Goats nie obce jest stare kino grozy i eksploatacji o czym świadczy chociażby ich demo "Ferox" z 2014 roku nawiązujące tytułem do włoskiego filmu kanibalistycznego Umberto Lenziego "Cannibal Ferox" z 1981 roku. Osobiście owa kiczowato-gorowo-horrorowa estetyka w death metalu bardzo mi odpowiada. Na zatęchłą odorem grobu zawartość "Don't Go in the Tomb" składają się jedynie trzy kawałki ("Don't Go in the Tomb", "Featherless" i "Festering Boils" będący smakowitym coverem Repulsion), całokształt trwa zaledwie 11 minut z hakiem, ale po po jego zakończeniu włącza się "Don't Go in the Tomb" znowu. Uwielbiam te trzy przesycone złowieszczą atmosferą horroru i pełne punkowej furii & zadziorności wyziewy głęboko osadzone w archaicznym monolicie szwedzkiego death metalu z lat 90-tych. Porywa mnie ich agresywna, czasem wręcz grindująca energia, zatracam się w mazistym nastroju grozy i perwersji od którego puchnie "Don't Go in the Tomb". Jak już raz wejdziecie do tego grobu to będziecie do niego wytrwale powracać nie zrażeni obecnością ohydnych miazmatów. Od kopiącej dupsko muzyki The Dead Goats naprawdę można się uzależnić - tak samo jak od psychodelicznego kina grozy z lat 60-tych, 70-tych i początku lat 80-tych.
Link: http://sklep.arachnophobia.pl/index.php?p2039,ara014-the-dead-goats-don-t-go-in-the-tomb-digipack-mcd
Bandcamp zespołu: https://thedeadgoats.bandcamp.com/
Subskrybuj:
Posty (Atom)


































































